The Beatles - Davies Hunter - ebook
Opis

JEDYNA AUTORYZOWANA BIOGRAFIA

Jest tylko jedna książka prawdziwie opisująca Beatlesów. Właśnie trzymasz ją w dłoni.

W latach 1967–1968 Hunter Davies spędził osiemnaście miesięcy z Beatlesami, którzy wówczas definiowali gusta nowej generacji i tworzyli podstawy współczesnej muzyki popularnej. Jako ich jedyny autoryzowany biograf miał nieograniczony dostęp nie tylko do Johna, Paula, George’a i Ringo, ale również do ich przyjaciół, rodzin i znajomych. Podczas współpracy z zespołem i jego otoczeniem zebrał pokaźne bogactwo materiałów – często intymnych i odsłaniających nieznane
fakty. To czyni z niniejszej książki biografię-matkę, na której pozostali biografowie opierają swoje własne teksty.

The Beatles to rzetelne i kompletne dzieło, które aktualizuje historię członków zespołu o informacje na temat ich solowych karier i życia prywatnego. Dzięki archiwaliom autora i samych Beatlesów książka ta rzuca zupełnie nowe światło na legendę gigantów rock and rolla.

Opieka merytoryczna: Piotr Metz.

„Beatlesi uratowali świat od nudy”, mawiał George Harrison. Tak samo Hunter Davies uratował od nudy wszystkich spragnionych wiedzy fanów Wielkiej Czwórki.
– Robert Sankowski, „Gazeta Wyborcza”

Dla każdego szanującego się fana Beatlesów ta oficjalna biografia to lektura absolutnie obowiązkowa.
- Tymon Tymański

O autorze:

Hunter Davies (1936) brytyjski pisarz, dziennikarz i nadawca radiowy. Autor ponad trzydziestu książek. Pisze dla „Sunday Times”, „Daily Mail” i „New Statesman”. Razem z żoną i córką – również zajmującymi się pisarstwem – mieszka w Londynie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 872

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przedmowa

Dokładnie czterdzieści lat temu1 – no, może nie aż tak dokładnie – ukazało się pierwsze wydanie niniejszej książki. Wyszła w roku 1968 i nigdy bym nie przypuszczał, że po tylu latach ktoś nadal będzie chciał ją drukować. Znakomita jej część to wierny zapis wydarzeń z tamtego okresu – niezmieniona, szczera relacja z pierwszej ręki, dokładny zapis tego, co Beatlesi myśleli i robili w latach sześćdziesiątych, a także skąd się w ogóle wzięli. Dziś traktuje się ją jako „źródło pierwotne”, co chyba zasadniczo oznacza, że można czerpać z niej cytaty i inne informacje, ponieważ siłą rzeczy wielu spośród tamtych osób nie ma już wśród nas i nie można z nimi porozmawiać. Udało mi się oprzeć pokusie, by przepisywać lub zmieniać oryginał, wygładzać lub polerować go z dzisiejszej perspektywy, gdy wszyscy jesteśmy starsi i mądrzejsi. Za to tutaj, w Przedmowie, postanowiłem dodać nowy materiał, próbując mniej więcej doprowadzić historię zespołu do dzisiaj i zawrzeć najnowsze wydarzenia, jak również wytłumaczyć czytelnikowi, jak w ogóle doszło do powstania tej książki. Również na końcu dodałem kilka uwag i przemyśleń na temat osób, o których wspominam, a których nie ma już wśród nas. Część z nich poznałem w latach sześćdziesiątych, część natomiast w późniejszym okresie.

Przygotowując niniejsze wydanie, przeglądałem swoje archiwum z materiałami, płytami i pamiątkami – archiwum to naturalnie stale się rozrasta, ponieważ nadal jestem zapalonym, niepoprawnym kolekcjonerem wszystkiego, co związane z Beatlesami. Natknąłem się na odręcznie zapisane słowa piosenki, o których kompletnie zapomniałem. Jest to pismo George’a, co bez problemu rozpozna każdy fan zespołu, ale sama piosenka nie doczekała się nagrania, ba!, chyba nawet nie doczekała się muzyki. Na drugiej stronie znajdują się odręcznie zapisane wytyczne, jak dotrzeć do wiejskiej posiadłości Briana Epsteina w Sussex. Pewnie Brian napisał je dla George’a. Tak więc jako pamiątka po Beatlesach kartka ta ma podwójną wartość.

Oto osiem linijek zapisanych przez George’a:

Cieszę się, że to tylko sen,

gdy spotykam ludzi podobnych tobie.

To tylko sen, a przez ciebie jest nieprzyzwoity

przez to, co myślisz, i to, co robisz.

Nie masz pojęcia, jak bardzo cierpię

i jak bardzo ci zazdroszczę tego, czego nie możesz.

Czasami wydaje mi się, że nie masz szans,

Ale zarazem wiem, że to nieprawda.

W tekście jest tylko jedno skreślenie, zbędnego „s” przy pierwszym that, z czego wnoszę, że nie jest to brudnopis. Jestem pewien, że w wersji ostatecznej dodałby też apostrofy w takich słowach jak youre, ponieważ oczywiście skończył szkołę średnią. Wiersz ten trąci lekko młodzieńczym lękiem egzystencjalnym – być może powstał kilka lat wcześniej i leżał gdzieś zapomniany, póki nie poprosiłem George’a o próbkę charakteru pisma. Dziś już dokładnie nie pamiętam, kiedy konkretnie dał mi tę kartkę i co wtedy powiedział, ale wydaje mi się, że musiało to być w pierwszej połowie 1967 roku, gdy odwiedziłem go w Esher. Mógł mieć wówczas około dwudziestu trzech, dwudziestu czterech lat.

Wcześniej poprosiłem o próbki charakteru pisma Johna i Paula, jakieś fragmenty piosenek, które mógłbym wykorzystać w książce, więc tę samą prośbę skierowałem do George’a. Wtedy właśnie trafiła do mnie ta kartka. Później jednak George dał mi coś znacznie cenniejszego – odręcznie zapisane słowa piosenki Blue Jay Way, która weszła do repertuaru Beatlesów (płyta Magical Mystery Tour). Oczywiście była to o wiele większa gratka niż ten strzępek papieru, który dostałem wcześniej i którego ostatecznie nie wykorzystałem w książce ani w jej kolejnych wydaniach. Wrzuciłem go do szuflady i zupełnie o nim zapomniałem. Aż do dziś. Oczywiście jest już za późno, by spytać autora, co zainspirowało go do napisania tych słów, kiedy powstały, skąd je wziął i czy kiedykolwiek doczekały się podkładu muzycznego.

Skontaktowałem się nawet z wdową po George’u, Olivią, ponieważ potrzebowałem jej zgody na opublikowanie tego tekstu. Potwierdziła, że to pismo George’a i że czytając te słowa, słyszy nawet jego głos, jednak niestety nie wie nic na ich temat, ponieważ zostały zapisane na długo zanim się poznali. Fragment ten przesłałem też do pierwszej żony George’a, Pattie Boyd. I ona potwierdziła autentyczność pisma, ale nic więcej nie była w stanie mi powiedzieć.

Mam zamiar przekazać tę pamiątkę British Library, by uzupełniła kolekcję Beatlesów. Znajdują się tam piosenki Johna i Paula, wystawione w sali z manuskryptami, obok rękopisów Szekspira, tekstuWielkiej karty swobód, Beethovena czy Wordswortha, jednak do tej pory biblioteka nie dysponowała piosenkami napisanymi ręką George’a. Wszystkie te utwory Beatlesów to skrawki papieru, które zbierałem z podłogi w studiu przy Abbey Road. Beatlesi pozwalali mi je zatrzymać na pamiątkę, miały też posłużyć jako pomoc w pisaniu niniejszej biografii. W innym przypadku trafiłyby do kosza lub zostały spalone. Zawsze zbieram różne zapiski, notatki, listy, dokumenty, bilety i inne śmieci związane z książką, nad którą aktualnie pracuję. Naturalnie nie miałem wówczas pojęcia, że wiele lat później okażą się aż tak wartościowe – pierwszą aukcję memorabiliów związanych z muzyką popularną zorganizował w 1981 roku dom aukcyjny Sotheby’s. Gdy przekazywałem je British Museum, sądziłem nawet, że nie będą ich chcieli, uznając je za zbyt trywialne i mało doniosłe. Te, które jeszcze posiadam, zapisałem w testamencie narodowi brytyjskiemu. Olivia Harrison oraz przedstawiciele British Library są zadowoleni, że wreszcie kolekcja wzbogaci się o próbkę pisma George’a, która trafi do sali z manuskryptami i znajdzie się obok notatek Paula i Johna. Opowiadam tę historię, żeby uzmysłowić czytelnikowi, że czterdzieści lat temu nie sądziłem nawet, iż skrawek ten warto zamieścić w książce. W ciągu tych czterech dekad trochę się pozmieniało.

Jeden z licznych „ekspertów od Beatlesów”, których jest dziś na świecie cała masa, a wszyscy niebywale mądrzy i oczytani, z pewnością przedstawi nam kilka pomysłów dotyczących genezy i interpretacji tych słów. Kim była dziewczyna, o której marzył? Czy chodziło o ówczesną żonę, Patti, czy o kogoś innego? Może kogoś z lat młodzieńczych? A może w ogóle nie chodziło o dziewczynę? Ja podejrzewam, że adresatem był chłopak, a konkretnie John Lennon. George miał zaledwie czternaście lat, gdy poznał Johna – macho i lidera grupy – a John, jak wiemy, potrafił być zarówno okrutny, jak i nieprzyzwoity. Z drugiej jednak strony George był fantastycznym gitarzystą, znacznie lepszym niż John, i być może z tego powodu John trochę mu zazdrościł? Wielu twierdziło, że John nie ma szans na dobre życie i nigdy nie znajdzie sensownej pracy, czego i sam zainteresowany się obawiał. Ale George czuł, że to nieprawda, i wierzył w Johna – może właśnie tę wiarę wyrażają dwie ostatnie linijki odnalezionego tekstu? Uczeni będą analizować każdy wers, zastanawiając się, czy którykolwiek z nich mógł zostać zaczerpnięty z innego źródła. Jakie były poetyckie inspiracje? Czy youre so unaware of the pain that I bear to dobry rym wewnętrzny, czy może jest raczej nieudolny, chaotyczny i wtórny? Zostawię to ekspertom. Może to zabawne, ale mnie już nic nie jest w stanie zdziwić, jeśli chodzi o zainteresowanie Beatlesami. Co więcej, im większy dystans czasowy, tym jawią nam się więksi i bardziej niezwykli.

Był taki okres w połowie lat siedemdziesiątych, gdy wszystko wskazywało na to, że gwiazda Beatlesów gaśnie, że przegoniły ich nowe, bardziej popularne zespoły i bardziej przebojowi wokaliści, że nowe trendy i nowa muzyka poślą Beatlesów do lamusa. Jeśli spojrzymy na statystyki, możemy uznać, że faktycznie tak się stało. Nowi wykonawcy, jak Michael Jackson, sprzedawali swoje albumy w niebotycznych nakładach, bijąc nawet niektóre z rekordów sprzedaży ustanowionych przez The Beatles. Ale ostatecznie Beatlesi jako wielka twórcza siła nie zniknęli. W każdym rankingu, czy to głosami muzyków, czy fanów, zawsze pojawiają się jako ten najważniejszy, najbardziej inspirujący, najbardziej kochany i najwspanialszy zespół w historii świata. Sgt. Pepper jest najczęściej wymieniany jako najlepszy album w historii muzyki, podobnie zresztą jak sama okładka. Ich stare piosenki i płyty, wydawane wciąż na nowo w różnych wersjach (na przykład Anthology), po dziś dzień sprzedają się w milionach egzemplarzy. W roku 2000 składanka utworów, które dotarły do pierwszego miejsca list przebojów, sama trafiła na szczyty list aż w trzydziestu czterech krajach.

Na początku lat osiemdziesiątych zostałem poproszony o przyjęcie roli niezależnego eksperta, ponieważ jeden ze studentów Uniwersytetu Londyńskiego pisał pracę doktorską na temat słów piosenek Beatlesów. Pomyślałem, że ktoś mnie wkręca. Nie mogłem uwierzyć, że tak szacowna instytucja zgodziła się na taki numer. Dziś w szkołach, College’ach i na uniwersytetach na całym świecie dzieci i młodzież uczą się o Johnie, Paulu, George’u i Ringo. Beatlesów się studiuje, analizuje i bada. Co roku wychodzi na ich temat więcej książek niż kiedykolwiek wcześniej, a co tydzień gdzieś na świecie ktoś organizuje konferencję, której są tematem. W samej Japonii w roku poświęconym Beatlesom odbywa się aż czterdzieści niezależnych imprez. Znajduje się tam też wspaniałe muzeum Johna Lennona. W przeróżnych krajach dziesiątki zespołów złożonych z sobowtórów Beatlesów działają i na okrągło grają w klubach i na koncertach.

Stosunkowo późno Liverpool zorientował się, że sławne chłopaki działają na turystów jak magnes. Obecnie miasto posiada hotel o nazwie Hard Day’s Night, lotnisko przemianowano na Port Lotniczy im. Johna Lennona w Liverpoolu, a co roku setki tysięcy osób biorą udział w wycieczkach z przewodnikiem śladami Beatlesów. Czynszowy dom, w którym kiedyś mieszkał Paul, obecnie pod opieką National Trust2, jest otwarty dla zwiedzających, podobnie jak szeregowiec, który zajmowali John i jego ciotka Mimi. Szacuję, że mniej więcej pięć tysięcy osób na całym świecie utrzymuje się dziś z Beatlesów – pisarzy, badaczy, handlarzy, profesorów, artystów, osób związanych z turystyką i muzealnictwem. Tymczasem nawet u szczytu swej potęgi Apple – organizacja założona przez Beatlesów3 – nie zatrudniała więcej niż pięćdziesięciu pracowników.

Ceny pamiątek po Beatlesach osiągają poziom trudny do ogarnięcia, zwłaszcza jeśli dana rzecz pretenduje do miana oryginału. W roku 2008 odręczny zapis piosenki A Day in the Life został sprzedany przez nowojorski dom aukcyjny Bonhams za milion trzysta tysięcy funtów. Cena za zestaw autografów całej czwórki złożonych na fotografii może sięgać pięciu tysięcy funtów. Dla porównania w 1981 roku, gdy rynek na beatlesowskie memorabilia dopiero się rozkręcał, cena takiego zestawu wynosiła pięćdziesiąt funtów. W 1975 roku włamano się nam do domu, a jedną ze skradzionych rzeczy była płyta Sgt. Pepper, którą podpisała dla mnie cała czwórka. Z ubezpieczalni otrzymałem trzy i pół funta, czyli koszt nowej płyty. Podpisów nie dało się wycenić, miały jedynie wartość sentymentalną. Dziś są warte pięćdziesiąt tysięcy funtów.

Kilka tygodni temu spotkała mnie kolejna bolesna strata. Przez czterdzieści lat, czyli od pierwszego wydania książki, miałem w domu oryginalne odbitki czterech pierwszych zdjęć Beatlesów autorstwa Ringo, które wykonał specjalnie na potrzeby książki. Wisiały u mnie w przedpokoju. Nie wiedziałem, że ubikacja na górze przecieka, dopóki na ramkach nie pojawiła się pleśń. Na nieszczęście trzech zdjęć nie dało się uratować.

Bardzo mnie śmieszy, gdy włoscy lub inni europejscy fani futbolu śpiewają Yellow Submarine – z własnymi słowami, oczywiście. Zawsze się wtedy zastanawiam, czy Sony, które jest obecnie właścicielem praw autorskich do utworów Beatlesów, będzie się ubiegać o tantiemy od stacji telewizyjnych, które transmitują te śpiewy. Pewnie większość włoskich kibiców nie ma nawet pojęcia, że to piosenka Beatlesów. W roku 2007 Daniel Levitin, profesor muzyki na Uniwersytecie McGill w Montrealu, przewidywał, że słowa i muzyka Beatlesów są znane tak szerokim masom na całym świecie, że za sto lat będą traktowane tak, jak traktuje się tradycyjne rymowanki dla dzieci. „Większość zapomni, kto je stworzył. Będą tak głęboko zakorzenione w kulturze popularnej, że będzie nam się zdawało, iż są z nami od zawsze, niczym Zuzanna, This Land Is Your Land czyPanie Janie”.

W tym samym roku sędzia z Montany podczas odczytywania uzasadnienia wyroku skazującego mężczyznę za kradzież piwa, popisał się znajomością twórczości Beatlesów. Gdy spytano oskarżonego, jaki wymiar kary byłby jego zdaniem na miejscu, rzekomo odpowiedział: „Jak mawiali Beatlesi, Let It Be4”. Te słowa zainspirowały sędziego do użycia czterdziestu dwóch tytułów utworów Beatlesów w podsumowaniu wyroku:

Nie trzeba się udawać w interpretacyjnąMagiczną wyprawę w nieznane, by wiedzieć, żeSłowomówi: zostaw. Ufam, że możemySpotkać sięw tym rozumieniu. Gdybym miał przymknąć oko na pański czyn, musiałbym zupełnie zignorowaćTen jeden dzień z życia, czyli 21 kwietnia 2006 roku. Tego wieczoru powiedział pan sobie:Czuję się świetnie, spożywając piwo. Później, nie wiem, czy dlaPieniędzy,Czy po prostu chciał panNie wzbudzać podejrzeń, ale ostatecznie został panGłupkiem na wzgórzu… Mam nadzieję, żeWwieku sześćdziesięciu czterech latpowie pan sobieTrzeba było być mądrzejszym…5

W starych archiwach bez przerwy ktoś buszuje w poszukiwaniu rzekomo istniejących nieupublicznionych filmów, taśm i nieznanych fotografii. Zazwyczaj są to te same ujęcia, które znamy, tylko pod ciut innym kątem, mniej lub bardziej wyraźne. Wcale nie powstrzymuje to fotografów przed umieszczaniem ich w książkach i na wystawach, czy drukowaniem i sprzedawaniem serii limitowanych z podpisem autora za setki funtów. Boże broń, nie krytykuję, skoro sam odkopałem stare zapiski George’a i sam zawsze rzucam się na „nowe” fotki. Niedawno zresztą nabyłem jedno zdjęcie, którego wcześniej nie widziałem. Zrobiono je w moim rodzinnym Carlisle w 1963 roku, gdy Beatlesi występowali w kinie Lonsdale. Zdjęcie – które okropnie mnie śmieszy – przedstawia członków zespołu w windzie z operatorką tejże o wyjątkowo dzikiej aparycji. Wykonał je Jim Turner z „Cumberland News” i, owszem, poprosiłem go o autograf.

Oprócz wyszperanych nowości ciągle odgrzewane i na nowo oceniane są starocie, na wypadek gdyby jakiś element czy aspekt został wcześniej przeoczony. Sądziłem, że już wszystkie materiały archiwalne BBC na temat Beatlesów się wyczerpały, a tymczasem jedna z teczek z 1962 roku jakiś czas temu doczekała się ponownego badania. Okazało się, że Beatlesi mieli przesłuchanie do programu radiowego w Manchesterze. Znaleziono notatkę z tego przesłuchania, którą sporządził producent programu, a czytamy w niej między innymi: „Paul McCartney nie, John Lennon tak. Niebanalny zespół, nie tak rockandrollowy jak większość. Bardziej country i western z tendencją do grania muzyki. Ogólnie – tak”. Wydaje mi się, że to dość istotny komentarz, ponieważ zwykle słyszy się, że to głos Paula był powszechnie bardziej akceptowany.

Kolejny temat to zapaleńcy i kujony, którzy bez końca analizują słowa piosenek Beatlesów w nadziei na jakąś świeżą perspektywę albo robią zestawienia i statystyki, które nikomu innemu nie przyszłyby nawet do głowy. Ben Schott, dobrze znany ze swego Miscellany6, stworzył Beatles Miscellany, które ukazało się w „Timesie” w czerwcu 2007 roku, jako część specjalnej wkładki wydanej w czterdziestą rocznicę premiery płyty Sgt. Pepper. (Rocznice: doskonała wymówka, by publikować jeszcze więcej). Ben przeanalizował wszystkie piosenki Beatlesów pod kątem najczęściej pojawiających się słów, tworząc listę stu czternastu najpopularniejszych. Na szczycie znalazły się: you [ty] (260 razy), I [ja] (178), to [do] (149), me [mnie] (137) oraz love [miłość] (125). Listę zamykają: yesterday [wczoraj] (11), hand [ręka] (10) orazlonely [samotny] (10). Fascynujące, nieprawdaż?

Niedawno mój przyjaciel Rod Davis – z oryginalnego składu The Quarrymen – przysłał mi ciekawy materiał badawczy. Wiedział, podobnie jak my wszyscy, że jego kumpel ze szkoły John Lennon urodził się w Liverpoolu o szóstej trzydzieści rano 9 października 1940 roku podczas nalotu bombowego. Informacja o nalocie powtarza się w każdej książce, ale Rod zaczął się zastanawiać, czy to aby na pewno prawda. Podjął się więc wyprawy do archiwum prasowego British Library w Colindale w północnym Londynie i przestudiował każdy numer „Liverpool Echo” z października 1940 roku w poszukiwaniu informacji o nalotach. Znalazł wiadomość o bombardowaniu przeprowadzonym przez trzydzieści lub czterdzieści samolotów, ale dziesiątego, nie dziewiątego października. Rod stwierdził więc, że faktycznie można powiedzieć, iż John przyszedł na świat w okresie nalotów, ale nie istnieją dowody na to, że w dniu jego narodzin miasto było bombardowane. Mam nadzieję, że to wyjaśnia całą sprawę w sposób wystarczający.

Kto więc jest źródłem informacji, której najwyraźniej nie poprzedziły wnikliwe badania? Chyba ja. Gdy czytelnik dojdzie do rozdziału o Johnie, przeczyta: „Mały chłopiec przyszedł na świat podczas nalotu bombowego”. Taką relację usłyszałem od samego Johna, który powtarzał ją słowo w słowo po ciotce Mimi i ojcu Fredzie. Była to rodzinna legenda, nadal żywa jeszcze w 1968 roku. Nie mam zamiaru teraz jej zmieniać. Gdybym chciał się sugerować wszystkimi większymi i mniejszymi nowymi odkryciami oraz teoriami i opiniami, musiałbym co roku na nowo przepisywać całą książkę. Jest to kolejny powód, dla którego postanowiłem pozostawić wersję z 1968 roku bez zmian. To relacja rzetelna w takim stopniu, w jakim było to możliwe.

Niemniej są fakty, o których należy wspomnieć, by zaktualizować opowieść o Beatlesach. Mimo że nadal interesuje nas głównie to, co działo się wtedy, czyli gdy Beatlesi byli na szczycie, koncertowali i tworzyli, to historia toczy się dalej. Tragiczne odejście w listopadzie 2001 roku George’a Harrisona – najmłodszego Beatlesa – oznacza, że została ich już tylko dwójka. George miał pięćdziesiąt osiem lat i od jakiegoś czasu chorował na raka. Informację o jego śmierci zamieściły na pierwszych stronach wszystkie gazety, a wyrazy uznania dla jego osoby płynęły zewsząd – od czołowych polityków po gwiazdy muzyki. George był zawsze postrzegany jako ten cichy, ten, który unikał rozgłosu i którego nie interesowały media, spotkania z fanami czy podgrzewanie reakcji tłumów. Przez jakiś czas był nawet traktowany jako na wpół pustelnik – w latach 1982–1987 nie wydał żadnej płyty. W roku 1989 pojawił się – bardzo dobrze przyjęty przez publiczność – jego albumCloud Nine. W roku 1991 i 1992 znowu był obecny w mediach i koncertował, po czym nastąpił kolejny okres ciszy. Na początku roku 2001 wyszła reedycja jego klasyki – albumuAll Things Must Pass. Większość czasu George poświęcał swoim domom, ogrodom, myślom, wiódł życie kontemplacyjne i tworzył muzykę tylko dla siebie.

To okrutna ironia losu, że ktoś, kto wycofał się z życia publicznego, pragnąc żyć w spokoju, otarł się o śmierć, gdy nieznany napastnik wtargnął do jego domu i dźgnął go nożem. Stało się to w roku 1999 w pobliżu Henley. Na szczęście George doszedł do siebie. Do samego końca był bardzo uduchowiony. Nadal interesował się muzyką i religią hinduską, nawet gdy pozostali Beatlesi już dawno porzucili ten temat. Zachował też doskonałe poczucie humoru. Ostatnią piosenkę, nad którą pracował tuż przed śmiercią w 2001 roku, Horse to the Water, opatrzył taką oto linijką na temat praw autorskich: „Spoczywaj w Pokoju, Sp. z o.o. 2001”.

Moje osobiste wrażenie na temat George’a mogę streścić tak: głęboka powaga połączona z samoświadomością. Godzinami potrafił mówić o teorii reinkarnacji, aż miałem ochotę ziewać lub krzyczeć, po czym przerywał i wyśmiewał się z samego siebie, przybierając zabawny ton głosu. Pewnego razu byłem u niego w Esher i przez dłuższą chwilę próbował wyjaśnić mi jakieś swoje przemyślenia natury duchowej. Nagle zadzwonił telefon. George podniósł słuchawkę i z akcentem z robotniczych dzielnic Londynu oznajmił: „Sklep z winem w Esher”.

Przeżyli go jego żona Olivia, którą poślubił w 1978 roku, urodzona w Meksyku w 1948, a wychowana w Ameryce, oraz ich syn, jedyne dziecko George’a, Dhani, który przyszedł na świat w roku ślubu rodziców. „Dhani” w sanskrycie oznacza „bogaty”.

Kolejnym przykrym wydarzeniem, które przyciągnęło uwagę mediów, był rozwód Paula i Heather Mills w 2008 roku. Tematem tym media karmiły się przez wiele miesięcy, podobnie zresztą jak całym ich burzliwym związkiem. Linda, pierwsza żona Paula, zmarła w roku 1998 na raka piersi. Ta sama choroba była przyczyną śmierci mamy Paula, Mary. Paul bardzo wiele zawdzięcza Lindzie, a ich małżeństwo było długie, szczęśliwe i oboje się w nim realizowali. Praktycznie cały czas spędzali razem, więc po jej śmierci Paul był załamany, zdruzgotany, zagubiony i bardzo samotny. „Czy cokolwiek mnie jeszcze czeka w życiu?”, pytał siebie samego. Przez dwa lata nie był w stanie komponować.

Rok po śmierci Lindy (1998) spotkał Heather Mills. Poznali się podczas jednej z ceremonii wręczenia nagród i bardzo zaimponowała mu jej praca na rzecz organizacji charytatywnych oraz determinacja w walce z własną niepełnosprawnością po częściowej amputacji nogi. Heather była od niego o dwadzieścia pięć lat młodsza, przez krótki czas pracowała jako modelka. Oprócz silnego charakteru na pewno przemówiła do niego również jej uroda. Na pewno nie było to zauroczenie, a miłość – od pierwszego wejrzenia. Media nie były co do tego przekonane. Paul stał się przecież ikoną, dobrem narodowym, więc wszyscy się zastanawiali, czy Heather ma czyste intencje. Tym samym sugerowano, że może zależy jej na pieniądzach. Przyglądano się jej pochodzeniu, ujawniając, że kariera w świecie mody nie była aż tak oszałamiająca, jak twierdziła sama zainteresowana. Kwestionowano jej uczciwość, udowadniając niefrasobliwy stosunek do prawdy. Paul stał za nią murem. Twierdził, że media są po prostu, jak zawsze, zawistne i złośliwe i nie mają żadnych podstaw, by ją krytykować. W kilku plotkarskich gazetach pojawiły się artykuły, że dzieci Paula też nie darzą Heather nadmierną sympatią – informacjom tym zaprzeczyli i Paul, i Heather.

Czytając te doniesienia praktycznie bez znajomości faktów, pomyślałem, że może historia jednak lubi się powtarzać. Gdy Jim, ojciec Paula, ożenił się po raz drugi, ani Paul, ani jego brat Michael nie zapałali szczególną miłością do macochy. Osobiście uważałem to za niesprawiedliwe. Jim wydawał mi się taki szczęśliwy i zadowolony – po długim okresie samotności, kiedy zmagał się z wychowywaniem dwóch synów w pojedynkę, wreszcie odnalazł szczęście.

Szum wokół Heather, Paula i ich relacji wzmógł się, gdy wyszło na jaw, że w ich małżeństwie faktycznie nie układa się najlepiej. Gdy tylko ogłosili informację o planach rozwodowych, wyciekły przeróżne niepoparte dowodami zarzuty na temat zachowania obu małżonków – ich źródłem rzekomo była każda ze stron. Wszystko to mogło pozostać w sferze plotek, czyli w królestwie informacji niesprawdzonych i mało wiarygodnych, ale sędzia prowadzący sprawę rozwodową, ku zaskoczeniu większości, zdecydował się upublicznić proces.

W marcu 2008 roku sędzia Bennet zdecydował, że szczegóły ugody rozwodowej, liczącej łącznie pięćdziesiąt osiem stron, mogą zostać ujawnione. Uzasadnił tę decyzję chęcią położenia kresu spekulacjom pojawiającym się w mediach. Skutek był oczywiście odwrotny – wszyscy poznali intymne szczegóły życia pary, które inaczej pozostałyby tajemnicą. Doprowadziło to do jeszcze większej fali spekulacji i plotek. W wyroku sądowym czytamy, że para poznała się w roku 1999, zaręczyła 22 lipca 2001 roku, pobrała 11 lipca 2002 roku, a rozstała 29 kwietnia roku 2006. Małżeństwo w oczach sędziego trwało więc cztery lata, ponieważ para nie mieszkała razemde factoaż do zawarcia małżeństwa. Ujawniono, że przed ślubem Paul stosował środki antykoncepcyjne, ponieważ w tamtym okresie nie chciał mieć więcej potomstwa. Ich jedyne dziecko, Beatrice, urodziło się 28 października 2003 roku.

Większość tych pięćdziesięciu ośmiu stron dotyczy kwestii finansowych. Heather początkowo zażądała stu dwudziestu pięciu milionów funtów, Paul zaoferował szesnaście milionów. Heather utrzymywała, że majątek Paula wart jest osiemset milionów – ta kwota pojawiała się w wielu gazetach przez kilka następnych lat. Paul zaprzeczył, a jego księgowy potwierdził, że jest to jedynie czterysta milionów funtów. Heather upierała się, że na życie potrzebuje trzech milionów dwustu pięćdziesięciu tysięcy funtów rocznie, z czego czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy wyszczególnione było jako fundusz wakacyjny, trzydzieści dziewięć tysięcy – na wino, mimo że, jak zauważył sędzia, Heather nie pije alkoholu. Domagała się też sześciuset dwudziestu siedmiu tysięcy funtów rocznie na działalność charytatywną, z czego sto dwadzieścia tysięcy miała przeznaczyć na przeloty helikopterem, a sto dziewięćdziesiąt dwa tysiące na loty czarterowe. Sędzia określił te żądania jako „absurdalne”. Heather twierdziła również, że potrzebuje pięciuset czterdziestu dwóch tysięcy funtów rocznie na ochronę dla siebie i Beatrice. Dla porównania, z tego, co udało się ustalić, Paul funkcjonuje praktycznie bez ochrony – wiadomość dość zaskakująca w świetle tego, co stało się z Johnem Lennonem i również George’em. Wygląda na to, że Paul nie ma żadnych ochroniarzy w swoim londyńskim domu, a jeśli chodzi o posiadłość w Sussex – po prostu polega na pracownikach, ufając, że będą czujni w obliczu jakichś podejrzanych zajść. W zeznaniu Paula czytamy, że żadne z jego dzieci w okresie dzieciństwa – a każde z nich chodziło do szkoły publicznej – nie miało ochroniarzy, chyba że towarzyszyły ojcu podczas trasy koncertowej.

W dokumencie widnieją pełne adresy zarówno jego posiadłości w Sussex o powierzchni tysiąca pięciuset akrów, którą sędzia określił jako „skromną własność”, jak i domu w Londynie. Zapaleni fani zespołu znają oczywiście te adresy, ale obecnie każdy podejrzany typ, któremu wcześniej były one nieznane, może być wdzięczny sędziemu. Paul poczynił ciekawą uwagę, gdy wyjaśniał, że większość dzisiejszych dochodów z muzyki pochodzi z materiału, który powstał na długo przed znajomością z Heather. Przyznał, że muzyka, którą stworzył w trakcie ich małżeństwa, czyli w latach 2001–2006, nie ma się aż tak dobrze jak starsze utwory: „Stworzyłem nowy materiał w trakcie naszego małżeństwa i mimo że został on dobrze przyjęty przez krytykę, nie jest zbyt dochodowy”.

Możemy się też zapoznać z długą listą rzeczy będących w posiadaniu Paula – są na niej między innymi domy i dzieła sztuki, w tym obrazy Picassa i Renoira – oraz jego interesów, z których większość była nieznana nawet najbardziej zagorzałym fanom. Przyznając, że Heather była „oddana sprawom charytatywnym” oraz miała „silny charakter i stanowczą osobowość”, sędzia uznał ją zarazem za mało wiarygodnego świadka z uwagi na niedokładność i nie najlepsze wrażenie, jakie robiła w tej roli. Określił ją jako największego wroga dla samej siebie, osobę fałszywą o „zmiennej i wybuchowej naturze”. Paula z kolei ocenił jako szczerego i precyzyjnego. Jeszcze przed rozprawą rozwodową część osobistych zarzutów Heather pod adresem Paula wyciekła do prasy, między innymi na temat zażywania narkotyków i alkoholu oraz agresywnego zachowania. Do tych historii sędzia odniósł się bardzo pobieżnie, określając je jako nieistotne dla sprawy, ponieważ ta miała dotyczyć ugody finansowej.

Ostatecznie sędzia przyznał Heather kwotę dwudziestu czterech milionów trzystu tysięcy funtów, czyli o około stu milionów mniej, niż żądała. Paul wyszedł więc z całej sprawy finansowo dużo lepiej, niż mógł, zachował też dobre imię, nawet jeśli musiał ujawnić szczegóły, które na pewno wolałby zatrzymać dla siebie. Stres, ból i rozmiar nieszczęścia, które było udziałem ich obojga w następstwie tego rozwodu, musiały być niewyobrażalne. Znakomitą większość dwóch lat musieli poświęcić na składanie zeznań, spotkania z prawnikami i księgowymi, śledztwo, reagowanie na oskarżenia i oszczerstwa, w efekcie czego ich życie prywatne stało się własnością całego świata. Wyszło na jaw między innymi to, jak bardzo hojny był Paul podczas ich pierwszego roku znajomości, gdy wpompował w Heather i jej rodzinę ogromne pieniądze w postaci domów, pożyczek i darowizn. Wiele faktów ujawnionych przez sędziego będzie doskonałą pożywką dla biografów Paula przez wiele następnych lat, przede wszystkim jednak stanowiły one żniwa dla prasy.

Dlaczego to wszystko musiało się wydarzyć? Dlaczego Paul, zwykle tak ostrożny i sprytny, zwykle prześwietlający ludzi, ich charaktery i historię – w przeciwieństwie na przykład do Johna, który wierzył każdemu, kto pukał do jego drzwi – dał się wmanewrować w tę sytuację? Była to najpewniej wypadkowa pożądania, miłości i samotności po śmierci ukochanej Lindy.

* * *

Jeśli chodzi o rewelacje na temat innych osób z otoczenia Beatlesów, najbardziej zaskakująca, ba!, niewiarygodna, wiadomość dotyczy Mimi Smith – ciotki Johna, która go wychowała. Mimi odegrała istotną rolę w jego wczesnym życiu i w swojej książce przedstawiłem ją, zgodnie z relacją Johna i rodziny samej Mimi, jako osobę surową, snobistyczną, staroświecką i autorytarną. Taka też jawiła mi się podczas licznych rozmów, które z nią przeprowadziłem. Niewątpliwie miała silny charakter i nie bała się iść pod prąd. Wcześnie owdowiała, a jej mężem był dość nieciekawy, mało ambitny typ imieniem George, były mleczarz. Mimi utrzymywała, że „prowadził gospodarstwo mleczarskie”. Zmarła w roku 1992, a w 2007 przyrodnia siostra Johna, Julia Baird, w swojej książce pod tytułemImagine This: Growing Up with My Brother John Lennon7napisała, że Mimi, mieszkając w Liverpoolu i wychowując Johna, miała jednocześnie wieloletni romans z jednym ze swoich lokatorów – studentem o dwadzieścia lat od niej młodszym, który później wyemigrował do Nowej Zelandii. Julia nigdy nie lubiła Mimi, więc początkowo miałem wątpliwości co do prawdziwości tych informacji. Podejrzewałem, że jest to wymysł autorki książki, ale dziś fakt ten potwierdza wielu znawców historii Beatlesów. Mimi naturalnie nie może temu zaprzeczyć. Nadal trudno mi w to uwierzyć. Mimi – ze wszystkich ludzi akurat ona. Wniosek z tego, że nigdy nie należy się kierować pozorami. Jaka szkoda, że John się o tym nie dowiedział, po tych wszystkich reprymendach, których nasłuchał się od niej przez lata na temat swojego zachowania i rzekomo pozostawiającej wiele do życzenia postawy. Już sobie wyobrażam jego zdziwienie, jak mówi: „Ożeż kurwa”, po czym zwija się ze śmiechu i przeciera mokre od łez okulary.

Kolejna tego typu rewelacja, tym razem na temat George’a, pojawiła się w książce autorstwa jego pierwszej żony, Pattie Boyd. Pattie pisze, że George miał romans z Maureen, żoną Ringo, gdy oba małżeństwa były już w fazie schyłkowej. Ta plotka jakoś nie zaskoczyła mnie aż tak, jak historia o Mimi.

Wiele pikantnych szczegółów ujrzało światło dzienne dopiero po latach, część z pewnością jeszcze poznamy. Główni bohaterowie tych anegdot i opowieści zazwyczaj już nie żyją, jak Mimi, George czy Maureen, nie zdementują więc pomówień i plotek i nie przedstawią własnej wersji zdarzeń. Być może przydałby się jakiś sędzia, który spojrzałby na fakty, orzekł, co naprawdę zaszło, i oczywiście na koniec podzielił się z nami swoją wiedzą.

Dwaj żyjący Beatlesi mają się bardzo dobrze i oby tak było jeszcze przez długi czas. Obaj wystąpili w 2008 roku na uroczystości z okazji ogłoszenia Liverpoolu Europejskim Miastem Kultury. Obaj są niezwykle zapracowani, choć Ringo przebywa głównie za granicą, a konkretnie w Stanach, gdzie jeździ w trasy z zespołem All-Starr Band. W ciągu tych wszystkich lat skład zespołu zmieniał się, a sam Ringo okazjonalnie koncertował z różnymi sławnymi muzykami. Regularnie wydaje też płyty. W roku 2000, w wieku sześćdziesięciu lat, zapowiedział, że kończy karierę, jednak skończyło się wyłącznie na deklaracji. Ringo jest wciąż aktywny artystycznie nie dla pieniędzy – muzyka po prostu czyni go szczęśliwym. Nadal jest żonaty z Barbarą Bach. Czas dzielą głównie między Stany Zjednoczone a Monako.

Paul wypuszcza płyty równie często co Starr. Zbierają pozytywne recenzje, choć – jak sam mówi – nie sprzedają się tak dobrze jak te stare.Memory Almost Full zroku 2007 została bardzo pozytywnie przyjęta przez fanów, a większość osób dostrzegła w niej wspomnienia i emocje związane z Lindą – w końcu powstała w czasie, gdy miał szczególnie wiele powodów, by o niej myśleć. Paul tworzy również poezję, maluje, pisze książki dla dzieci i komponuje muzykę poważną. Jego albumEcce Cor Meumzostał okrzyknięty brytyjską płytą roku 2007 w kategorii muzyka klasyczna. Teraz, gdy ma już za sobą koszmar rozwodu z Heather, może będzie tworzył jeszcze więcej. Niedawno zapowiedział, że planuje ostatnią, aż dwuletnią trasę po świecie, potem zaś zamierza więcej czasu spędzać z dorastającą córką Beatrice. Jak będzie – zobaczymy.

* * *

Sam oczywiście najbardziej lubię klasyczny okres w historii zespołu i to on jest głównym tematem tej książki. Jakoś nigdy nie wciągnęły mnie późniejsze historie sporów i kłótni między muzykami oraz detale rozpadu grupy. Oczy szklą mi się też, gdy słyszę znawców mądrzących się na temat różnych wersji albumów, piratów i najdrobniejszych szczegółów każdej sesji nagraniowej – gdzie wtedy byli Paul, John, George i Ringo, z dokładnością co do dnia, a nawet do minuty. Pozostawiam to współczesnym Ekspertom od Beatlesów. Ich wiedza jest niezwykle obszerna. Przyszłe książki o zespole będą o wiele bardziej opasłe, w wielotomowych wydaniach, w miarę jak autorzy będą robić coraz więcej wycieczek w poboczne tematy, opowiadając nam o życiu zupełnie marginalnych postaci i o szczegółowym przebiegu zupełnie nieistotnych wydarzeń. Oczywiście szalenie mi imponuje i cieszy zarazem ta skrupulatność, obecna zwłaszcza w pracach Marka Lewisohna. Imponuje mi też, że ludzie, którzy nigdy nawet nie spotkali Beatlesów, nie widzieli ich na żywo, nadal zgłębiają ich historię, żywiąc pasję, dzięki której będzie można przekazać pałeczkę następnym pokoleniom.

Najważniejsza jednak jest muzyka. Beatlesi dali nam sto pięćdziesiąt piosenek i one pozostaną z nami na zawsze, póki światu starczy sił i oddechu, by je nucić. Celem niniejszej książki było zgłębienie tamtego właśnie okresu, gdy Beatlesi pozostawali najbardziej twórczy. Ale najpierw zobaczmy, jak w ogóle doszło powstania tej biografii…

Pierwszym poznanym przeze mnie Beatlesem był Paul, a do naszego spotkania doszło we wrześniu 1966 roku. To był wielki rok. W lipcu Anglia wygrała mistrzostwa świata w piłce nożnej na Wembley – nasz pierwszy światowy sukces piłkarski. Sprzedałem wytwórni United Artists prawa do sfilmowania mojej pierwszej powieści, która ukazała się rok wcześniej, i dostałem od BBC zlecenie na napisanie sztuki dla teatru telewizji. W październiku 1966 roku odbyła się światowa premiera Georgy Girl – filmu nakręconego na podstawie książki autorstwa mojej żony.

Moim głównym zajęciem była praca w charakterze dziennikarza londyńskiego „The Sunday Times”, dla którego prowadziłem stałą rubrykę pod tytułemAtticus. Do zespołu redakcyjnego dołączyłem w 1960 roku, ale przez pierwsze trzy lata byłem typowym nadgorliwcem, urabiającym sobie ręce po łokcie, choć moje nazwisko nie pojawiło się w gazecie ani razu. Dziś trudno w to uwierzyć, ale takie wtedy były czasy – linijki z nazwiskiem autora należały do rzadkości, a moja gazeta była bardzo tradycjonalistyczna.Atticus, czyli nasza kronika towarzyska, była równie staroświecka, a skupiała się głównie na informacjach na temat biskupów, ambasadorów i klubów dżentelmenów. Jako chłopak z robotniczej rodziny z północy kraju, który dorastał w mieszkaniu komunalnym, chodził do miejscowej szkoły powszechnej, a potem kończył prowincjonalny uniwersytet, nie miałem ani odpowiedniego pochodzenia, ani akcentu, ani zainteresowań, żeby spełniać warunki typowego autoraAtticusa. Zazwyczaj rubrykę tę redagowali wyjadacze z Eton czy Oksbridge8, którzy osobiście znali biskupów i należeli do najlepszych klubów. Wśród nich były postacie wyjątkowo zasłużone – sam Ian Fleming zrezygnował z tej rubryki stosunkowo niedawno przed moim przybyciem (w 1959 roku), a przed nim na tym zaszczytnym stołku zasiadali i inni pisarze, tacy jak sir Sacheverell Sitwell. Ale w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku w Anglii wydarzyło się coś ciekawego. Nie tylko w naszymAtticusie, ale i na całym bożym świecie tradycyjne role i zasady wywrócone zostały do góry nogami.

Gdy przejmowałem rubrykę, skupiałem się na postaciach takich jak pisarze z północnej Anglii, fotografowie z robotniczego Londynu, młodzi gniewni projektanci mody i wyszczekane młode wilki biznesu. To był złośliwy dobór repertuaru, ponieważ wiedziałem, że zirytuję nim starą gwardię, szczerze nienawidzącą tych osobników, ale pisałem o nich głównie dlatego, że fascynował mnie ich sukces. Wszyscy drwiliśmy i szydziliśmy, gdy nowojorski „Time” ukuł określenie „Swinging London”9 i przysłał do miasta tabuny dziennikarzy oraz fotoreporterów mających rejestrować i analizować wszystkie te niesamowite rzeczy, które miały się tu rzekomo dziać. Patrząc z perspektywy czasu, Londyn faktycznie przeżył w latach sześćdziesiątych swego rodzaju eksplozję. Porównując go z dzisiejszymi czasami, które dla tak wielu są niewyobrażalnie dramatyczne i beznadziejne, to, co działo się wtedy, było dla młodych porywające i graniczyło z rewolucją. Beatlesi naturalnie (myśleliście, że już o nich zapomniałem?) stanowili niezwykle istotny element obalania starego porządku i systemu wartości.

Jeśli chodzi o pojawienie się Love Me Do, zlekceważyłem je, sądząc, że oto mamy do czynienia z kolejną nierozwojową gwiazdą jednego przeboju, a gdy pierwszy raz usłyszałem, jak John naśladuje Amerykanów, wykrzykując Twist and Shout, rozbolała mnie głowa. Ale za to szczerze pokochałem IWant to Hold Your Hand i od tamtej chwili nie mogłem się doczekać każdej kolejnej ich płyty. Poszedłem na jeden z koncertów – wydaje mi się, że grali wtedy w Finsbury Park – i było to fascynujące przeżycie (choć irytowały mnie piszczące dziewczyny). Chciałem ich dobrze słyszeć, a nie ogłuchnąć od wrzasków nastoletnich ekspedientek i fryzjerek.

Bez reszty utożsamiałem się z ich pochodzeniem i poglądami. Sam pochodzę z Carlisle, położonego na północny zachód od Liverpoolu, gdzie uważamy się za ludzi północy, a Liverpool to dla nas miasto prawie nad Morzem Śródziemnym. Mimo że byłem od Johna starszy o cztery lata, czułem pokrewieństwo typowe dla rówieśników, ponieważ i on, i Paul, i George chodzili do takich szkół jak ja. Beatlesi jako pierwsi śpiewali piosenki dla mnie, piosenki, które miały jakiś związek z moim życiem – czerpiąc z własnego doświadczenia, śpiewali o moim własnym. Lubiłem, ale zarazem gardziłem amerykańską papką, na której wszyscy się wychowaliśmy, z wszystkimi tymi panami w średnim wieku, w błyszczących garniturach, mówiących nam, jaką to jesteśmy wielce cudowną publicznością i jak bardzo się cieszą, że mogą dla nas zagrać – a potem grali, kolejną łzawą balladę z banalnym tekstem. Nie zmienia to faktu, że do dziś znam na pamięć słowa przynajmniej trzech największych przebojów Guya Mitchella.

Mimo ogromnej popularności Beatlesów w połowie lat sześćdziesiątych nadal wielu ludzi gotowych było twierdzić, że ich sukces to tylko kwestia mody. Stroje, fryzury, akcent, lekceważący stosunek do otoczenia, poczucie humoru – to za to ludzie ich lubili, nie za muzykę. Wszystko to media i promocja. Wkrótce zastąpi ich nowy zespół. W sierpniu 1966 roku wyszedł singiel Eleanor Rigby (jako strona B Yellow Submarine) i to był dowód, że Beatlesi potrafią pisać teksty. Muzyka, jak zwykle, była kolejnym krokiem naprzód – tym razem wykorzystali instrumenty klasyczne i harmonie.

Z Paulem spotkałem się w jego domu przy Cavendish Avenue, w dzielnicy St. John’s Wood. Nie mogłem sobie tego odmówić. Chciałem go oczywiście poznać, ale równie mocno pragnąłem poznać kulisy powstawania Eleanor Rigby. Zakładałem, że to on był autorem piosenki, ponieważ on ją wykonywał, choć wówczas była to po prostu spółka Lennon-McCartney i nikt nie traktował ich jako osobnych artystów. Nigdy nie czytałem wywiadu, w którym ktokolwiek pytałby ich poważnie o proces twórczy. Gazety popularne miały obsesję na punkcie pieniędzy i szaleństwa tłumów, podczas gdy czasopisma dla fanów interesowały tylko ich ulubione kolory i ulubieni aktorzy. Planowałem przepisać całą piosenkę, żeby ignoranci mogli się przekonać, z jakim dziełem mają do czynienia – podziwiać metafory, poczuć jakość. Niestety moi zwierzchnicy nie zgadzali się na to. Nie chcieli marnować miejsca na jakieś tam banalne piosenki pop. Napisałem więc tylko, że obecnie nie ma piosenki pop, która byłaby lepsza od Eleanor Rigby pod względem tekstu i muzyki.

Wywiad był bardzo ciekawy, przynajmniej z mojego punktu widzenia, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że Paul wyszedł na ciut zbyt zadowolonego z siebie, a jednocześnie nieśmiałego lub nawet umniejszającego swoje zasługi. Czyżby tak bardzo się zmienił? W wywiadzie tym użył słowa „na haju”. W tamtych czasach określenie to odnosiło się do alkoholu, nie narkotyków, i wówczas tak to zrozumiałem. Wydaje mi się, że całkiem się polubiliśmy. Rozmawialiśmy o tle powstania wielu innych utworów, choć nie miałem zbyt wiele miejsca, żeby się o tym rozpisywać. Później dotarło do mnie, że nie wiem tak wielu rzeczy o nich i o ich pracy i że każdy zadaje im te same durne pytania o sławę i sukces, i o to, kiedy ta bańka pęknie.

Udało mi się znaleźć jedynie dwie pozycje na temat Beatlesów – obie niesatysfakcjonujące. Jedna to książka fanklubowa, krótka, w miękkiej oprawie, zatytułowana The True Story of the Beatles10, która wyszła w 1964 roku, wypuszczona przez tych samych ludzi, którzy wydawali „Beatles Monthly”. Druga to praca młodego Amerykanina, Michaela Browna, pod tytułem Love Me Do – znacznie lepsza, ale ograniczająca się jedynie do rozmów, które autor przeprowadził z zespołem podczas jednej z tras koncertowych. I ona ukazała się w 1964 roku. Zespół dokonał tak wiele, ale nikt nie wpadł na to, by spojrzeć na całą ich karierę czy też poświęcić czas i poważnie porozmawiać z nimi, ich przyjaciółmi i rodziną. Nikt nawet nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, co tak naprawdę działo się w Hamburgu, że nie wspomnę o czasach szkolnych.

Pomyślałem, że to całkiem niezły plan, ale czy Beatlesi zgodzą się na takie przedsięwzięcie? W 1966 roku stali się już milionerami – byli wystarczająco bogaci, sławni i doceniani, by nie musieć zawracać sobie głowy kolejnymi nudnymi pogawędkami na temat bycia Beatlesem. Zapomniałem więc o tym i zająłem się codziennym życiem i pracą. W 1966 urodziło mi się drugie dziecko – Jake. Byłem w połowie pracy nad trzecią książką. To miał być reportaż o uniwersytetach, spojrzenie na studentów i nauczycieli w Wielkiej Brytanii. Miała nosić tytuł Class of ’6611. Ukończyłem między innymi rozdziały o dwóch młodych studentkach – jednej z Uniwersytetu w Manchesterze, Annie Ford, a drugiej z Sussex, Buzz Goodbody. Każdy rozdział zawierał po dziesięć tysięcy słów. W grudniu zrobiłem sobie przerwę, żeby naszkicować plan scenariusza do sztuki pod tytułem Here We Go, Round the Mulberry Bush, którą zakupiła wytwórnia United Artists. Była to z życia wzięta historia z północy Anglii o chłopaku z osiedla domów czynszowych, marzącym o dziewczynie z domku jednorodzinnego. Zdziwiłem się, gdy prawa do niej kupiła wytwórnia filmowa, a jeszcze bardziej, gdy postanowili nakręcić film. Odsetek zakupionych książek, które faktycznie doczekają się ekranizacji, nie jest aż tak duży. To miał być film dla ówczesnych nastolatków, a reżyser – Clive Donner – wpadł na pomysł, że może Paul McCartney napisałby do niego muzykę, miał już przecież na koncie tego typu projekty. Z tej okazji pojawiłem się na Cavendish Avenue nie jako dziennikarz szukający ciekawych cytatów, ale jako scenarzysta filmowy z nadzieją na współpracę przy projekcie. Paul wydawał się zainteresowany i rozmawialiśmy jeszcze kilka razy twarzą w twarz i przez telefon, ale ostatecznie odmówił. (Muzykę zrobił w końcu Steve Winwood wspólnie z zespołem The Spencer Davis Group i efekt okazał się znakomity).

Rozmawiając z Paulem, tym razem z trochę innej pozycji, sprzedałem mu pewien pomysł: a może byśmy tak napisali porządną książkę o Beatlesach – podjęli poważną próbę opowiedzenia całej historii, raz a dobrze, tak że gdy później ktoś zada wam po raz kolejny to samo durne pytanie, moglibyście odesłać go do książki? To chyba byłoby coś, prawda? Próba skupienia uwagi któregokolwiek z Beatlesów na jednej rzeczy przez czas dłuższy niż kilka sekund zawsze stanowiła spore wyzwanie. Nawet w domu czyhała na nich cała kolejka ludzi z wytwórni, projektantów, artystów, asystentów, czekających, aż któryś znajdzie czas, by się z nimi spotkać. Tak więc rzuciłem ten pomysł, nie oczekując ani reakcji, ani odpowiedzi, a tymczasem on powiedział coś w rodzaju: „Jasne, czemu nie, przydałoby się coś takiego. Ale jest pewien problem”. Od razu pomyślałem, że jakiś dziennikarz mnie ubiegł i otrzymał ich zgodę.

– Przede wszystkim będziesz musiał pogadać z Brianem – zastrzegł Paul. – To on podejmie decyzję. Ale chodź, siadaj, pomogę ci naszkicować prośbę.

Usiadłem więc i napisałem list na brudno. Na drugi dzień przepisałem go na maszynie i wysłałem do Briana Epsteina. To śmieszne, ale do dziś mam kopię tego listu. To Paul zasugerował jego ton i kazał zaznaczyć, jakim to jestem ważnym panem dziennikarzem i że „już kilka razy przeprowadzałem wywiady z Beatlesami”. Zmyśliłem to? A może pamięć mnie zawodzi? Nie. Przypominam sobie teraz, że faktycznie przeprowadzałem z nimi wywiad na planie AHard Day’s Night w 1964 roku. Pamiętam nawet pewien skomplikowany żart Johna. Mieli właśnie nagrywać piosenkę i zapaliło się światełko „Dźwięk”. John zaczął się bawić w rymowanki w stylu „Dźwięczy dźwięk”. Kiedyś „dźwięczy” oznaczało, że coś jest fajne, w porządku. Wydaje mi się, że zupełnie się wyłożyłem, próbując wyjaśnić ten żart, bo z tego, co pamiętam, artykuł ostatecznie się nie ukazał.

Na spotkanie z Brianem Epsteinem umówiłem się w środę 25 stycznia 1967 roku. W ostatniej chwili odwołał je z powodu natłoku obowiązków i przełożyliśmy rozmowę na następny dzień. Ponieważ kazał mi na siebie czekać, spacerowałem sobie po jego salonie, podziwiając dwa przepiękne obrazy Lowry’ego. W tamtym okresie mieszkał w londyńskiej Belgravii pod numerem dwudziestym piątym przy Chapel Street – luksusowy adres w samym sercu dzielnicy dyplomatów. W końcu przyszedł, ubrany jak zawsze w garnitur. Wyglądał na wypoczętego, zdrowego z tymi swoimi pulchnymi policzkami, choć był lekko rozkojarzony. Puścił miPenny LaneiStrawberry Fields Forever– nowy singiel, który miał się ukazać lada moment. Siedział tak niczym dumny ojciec i przyglądał mi się. Wcale nie słuchał muzyki, po prostu obserwował, jak ja jej słucham.Strawberry Fieldsmnie oczarowały. To był ogromny krok naprzód, wielki postęp w porównaniu do młodzieńczej twórczości Beatlesów.Pełno tam było przeskoków dysharmonijnych i upiornego echa, niemal jak u Stockhausena. Zadałem sobie pytanie, czy fanom Beatlesów to się spodoba. Spytałem Briana, co oznacza ten tytuł. Nie wiedział. Powoli i z namaszczeniem odłożył taśmy i zamknął je pod kluczem, podkreślając, że ostrożności nigdy za wiele. Poprzednia taśma Beatlesów została wykradziona i dla wszystkich było to dość krępujące. Na takich taśmach można zbić majątek, gdyby udostępnić je stacjom pirackim przed oficjalną premierą.

W tamtym okresie w Wielkiej Brytanii funkcjonowało kilka rozgłośni pirackich. Nie mogłem uwierzyć Brianowi, że ktoś faktycznie mógłby wykraść taśmy tylko po to, żeby wyprzedzić konkurencję o kilka dni. W końcu udało mi się sprowadzić rozmowę na temat mojego listu. Spytałem go, co sądzi i czy zastanawiał się nad propozycją. Początkowo sprawiał wrażenie, jakby miał bardzo ograniczoną wiedzę na ten temat, chociaż uśmiechał się i był czarujący, więc postanowiłem po kolei omówić szczegóły. Powiedział, że faktycznie pomysł jest dobry i będzie musiał przedstawić go całej czwórce. Ja z kolei postanowiłem dodać kilka informacji, których nie zamieściłem w liście, a mianowicie, że podzielę się z nimi zaliczką z wydawnictwa, jeśli dadzą mi wyłączne prawo do współpracy na tym obszarze. Wydawało mi się, że to najuczciwsza propozycja. Brian machnął ręką – w białym mankiecie podkreślającym wyjątkowo zadbane dłonie – jakby chciał podkreślić, że to najmniej istotne. Powiedziałem, że mój wydawca to Heinemann – marka z górnej półki – na co on stwierdził, że chciałby się z nimi spotkać, jak również z moim agentem, żeby omówić szczegóły. Termin kolejnego spotkania wyznaczył na następną środę, 31 stycznia. Do tego czasu obiecał zdobyć opinię Beatlesów.

Spencer Curtis Brown, szef agencji reprezentującej autorów, której klientem wówczas byłem (to na owe czasy największa taka instytucja na świecie), postanowił pójść na spotkanie osobiście. Podobną decyzję podjął Charles Pick – dyrektor naczelny wydawnictwa Heinemann. Zaproponowałem, że zadzwonię po nich z biura Epsteina, jeśli okaże się, że plan faktycznie ma szansę na realizację. Spotkałem się z Brianem o piętnastej i dowiedziałem się, że Beatlesi nie mają nic przeciwko, więc zadzwoniłem do Spencera Curtisa Browna i Charlesa Picka i poprosiłem ich o stawienie się u Briana tak szybko, jak to możliwe. Jestem pewien, że chcieli zjawić się tylko po to, żeby zobaczyć, jak żyje człowiek u szczytu kariery, bo przecież nasza umowa nie była niczym nadzwyczajnym. Rozmawiałem wcześniej z kilkoma pracownikami wydawnictwa na temat planów powstania tej książki i na żadnym nie robiło to specjalnego wrażenia. „Wiemy już o nich wszystko, co człowiek chciałby wiedzieć – powiedziała mi jedna z osób. – Poza tym książki o gwiazdach muzyki się nie sprzedają. Popatrz na tę o Cliffie Richardzie”. Odparłem, że to będzie raczej socjologia – książka o zespole, który przedefiniował świat, w którym żyjemy. „Socjologia? A po co komu socjologia? To też się nie sprzedaje”.

Brian poinformował całą naszą trójkę, że mogę zabrać się do pisania i że on stworzy mi do tego warunki, ale nie da rady zmusić żadnego z Beatlesów, żeby nie rozmawiali z nikim poza mną. Trochę mnie to zmartwiło. Spencerowi pozostawiłem temat podziału zaliczki. Zaproponował jedną trzecią przekazać Beatlesom, a dwie trzecie mnie, ponieważ większą część pracy miałem wykonać sam i potrzebowałem funduszy na podróże zagraniczne, by rozmawiać z dawnymi przyjaciółmi i współpracownikami zespołu. Uznał, że to spore przedsięwzięcie, „ponieważ wszystkim nam zależy, żeby książka była rzetelna, a nie żadne tam tanie czytadło, sklecone naprędce dla fanów”. Brian zgodził się na taki układ.

W końcu powstała umowa, którą osobiście przygotował Epstein jako menedżer zespołu. Heinemann zgodził się zapłacić za książkę trzy tysiące funtów, co oznaczało, że ja otrzymam dwa tysiące minus dziesięć procent wynagrodzenia dla agenta. Nawet jak na tamte czasy nie była to suma zawrotna. Dziś oczywiście wydaje się śmiesznie niska, gdy wiem, że autor jednej z późniejszych książek o Beatlesach, powstałej w latach osiemdziesiątych, zarobił sto razy tyle. Niemniej byłem szczęśliwy, bo oto zapewniłem sobie dostęp do czterech ludzi, których chciałem poznać najbardziej na całym świecie. Nawet jeśli całe to przedsięwzięcie miałoby wziąć w łeb, ja i tak byłbym już szczęściarzem, który gościł w ich domach i widział ich podczas pracy w studiu. Martwiłem się tylko, że ktoś dowie się o książce i zrobi szybszą wersję w oparciu o jakieś przelotne rozmowy albo wycinki z gazet, więc postanowiliśmy zgodnie, że zachowamy całą sprawę w tajemnicy. Wstyd mi się do tego przyznać, ale trochę się martwiłem, że być może jest trochę prawdy w powszechnym poczuciu, które podzielało tak wiele osób w 1966 roku, że bańka kiedyś musi pęknąć. Lubiłem muzykę Beatlesów, ale przez te dwa lata świat mógł przecież przerzucić się na coś zupełne innego. To by tłumaczyło, dlaczego nikt wcześniej nie podjął się podobnego zadania. Nie chciałem, żeby wyszła z tego lipa, która się nie sprzeda, a ja będę się musiał wstydzić, że wziąłem zaliczkę. Co do mojej rozpoczętej książki Class of ’66, postanowiliśmy odłożyć ją na później. Zawsze będzie można zmienić tytuł na Class of ’67.

* * *

7 stycznia 1967 roku, czyli w moje trzydzieste pierwsze urodziny, zacząłem pracę od rozmowy z Ringo. Pomyślałem, że z nim pójdzie mi najłatwiej. Jak to bywa z biografiami, zwłaszcza osób żyjących, zawsze istnieje ryzyko, że popadnie się w niełaskę albo że dwie osoby nie polubią się od początku, zanim jeszcze cały proces się rozpocznie. Ringo zawsze wydawał mi się bardzo sympatyczny. Jako fan takie właśnie miałem wrażenie. Tego samego dnia odebrałem w redakcji „The Sunday Times” dziwny telefon. Nadal pracowałem jako redaktor rubryki Atticus, ponieważ książkę o Beatlesach planowałem pisać wieczorami i w weekendy – tak jak moje poprzednie książki. Po drugiej stronie słuchawki właścicielka dość dziwnego głosu przedstawiła się jako Yoko Ono. Powiedziała, że z tego, co słyszała, jestem najlepszym felietonistą w Londynie (lizus, lizus) i że chciałaby mnie w związku z tym zaprosić do udziału w swoim filmie, w którym miałbym pokazać gołe siedzenie. „Bez jaj – powiedziałem. – Kto to?”. Przypuszczałem, że jakiś pijany dziennikarz z „Observera” próbuje mnie wkręcić.

„Nie, nie, skądże – odparła – to bardzo poważna oferta” i zaczęła wymieniać listę filmów, które do tej pory zrobiła. Wszystkie tytuły brzmiały równie głupkowato. Podała mi adres planu filmowego i nalegała, żebym przyszedł. Powiedziałem, że może będę, ale niczego nie obiecuję. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o obnażenie siedzenia, muszę porozmawiać z moim agentem. Poszedłem, ponieważ historia wydawała się idealna do mojej rubryki, choć część mnie ciągle podejrzewała podstęp. Jak można się było spodziewać, na miejscu, czyli w eleganckim mieszkaniu przy Park Lane, zastałem kolejkę mężczyzn czekających, by wejść na obrotową scenę, niczym na karuzelę, podczas gdy Yoko filmowała ich po kolei opuszczających spodnie. Zacząłem rozmawiać z dość rozkojarzonym Amerykaninem, niejakim Anthonym Coxem, który okazał się mężem Yoko, i z rozmowy wywnioskowałem, że to on finansuje cały projekt, ponieważ ona jest bez grosza. Wyglądał tak elegancko – typowy Amerykanin z Ivy League12– że aż trudno mi było uwierzyć, że dał się namówić na całą tę bzdurę. Im więcej mi opowiadał, tym bardziej wychodziło na to, że ona faktycznie chce przez to powiedzieć coś ważnego. Niestety nie pamiętam, co to było.

Yoko próbowała mnie namówić na zdjęcie spodni. Przeprosiłem i grzecznie wyszedłem, wzorem wszystkich najlepszych dziennikarzy od zarania dziejów. Powiedziałem, że nie mógłbym pisać obiektywnie o filmie, w którym sam występuję. Poczyniłem artykulik na ten temat w wydaniu z 12 lutego 1967 roku. Miałem nadzieję, że za bardzo się z niej nie natrząsam, choć obawiałem się, że może poczuć się urażona doborem tytułu: Oh, no, Ono. Tymczasem okazało się, że właśnie tego chciała – reklamy. Nawet do mnie zadzwoniła z podziękowaniami.

Nigdy więcej jej nie spotkałem, aż do momentu, gdy pojawiłem się w studiu przy Abbey Road pewnego wieczoru w 1968 roku. Ujrzałem ją, siedzącą w pozycji kwiatu lotosu, obok John wpatrywał się w nią z uwielbieniem, a pozostali Beatlesi wyglądali na zupełnie skołowanych.

Odbyłem pierwsze, szybkie spotkanie z Ringo i z pozostałą trójką. Nie były to bynajmniej wywiady. Chciałem się tylko przywitać, przedstawić, wyjaśnić koncepcję książki i zdobyć listę dawnych przyjaciół, nauczycieli, sąsiadów, no i przede wszystkim dostęp do rodziców. Wiedziałem, że będzie mi to potrzebne, by utorować sobie drogę do samych Beatlesów. Postanowiłem, że przez pierwsze pół roku pracy w ogóle nie będę rozmawiał z Beatlesami. Czułem podskórnie, że na pewno mają dość tych samych durnych pytań ludzi, którzy swoją wiedzę czerpią jedynie z gazet. Ja chciałem wybrać się w podróż w przeszłość, a potem iść powoli, krok po kroku przez ich karierę, tak by za każdym razem przychodzić do nich z nowymi wiadomościami i obserwacjami na temat tych wszystkich miejsc i ludzi, których mijali gdzieś po drodze. Pomyślałem, że w ten sposób będę im się jawił jako miły gość. No, chyba że sukces i sodówka tak bardzo uderzyły im do głowy, że mieli w nosie swoje korzenie.

Tak więc nasze pierwsze rozmowy były bardzo krótkie, pospieszne, prowadzone głównie w studiu przy Abbey Road przed rozpoczęciem sesji. Na starcie musiałem zachować czujność, żeby nie nadużyć ich gościnności, pamiętając, że panowie zawsze odmawiają, gdy ktoś obcy chce ich oglądać podczas pracy.

John musiał mnie słuchać uważnie podczas tego wstępnego przelotnego spotkania, gdy opowiadałem, kim jestem, skąd się wziąłem i czym się zajmuję. Jakiś czas później dostałem od niego list, zaadresowany w następujący sposób: „White Hunter13 Davies, William Heinemann Ltd, 15 Queen Street, Londyn, W1”. Niezły żart. W środku był wycinek prasowy, bez widocznej daty. Wyglądało na to, że jakaś miejscowa gazeta z Liverpoolu donosi, iż zespół o nazwie The Beatles zadebiutował w Neston Institute. Dopiero niedawno udało mi się w końcu ustalić datę tej informacji, po długich poszukiwaniach w Liverpoolu i kwerendzie w czytelni czasopism w British Library. Ukazała się ona 11 czerwca 1960 roku (w dniu mojego ślubu) w lokalnym dodatku do „Birkenhead News” z Heswall i Neston. Wychodzi na to, że to w tym miejscu słowo „Beatles” pojawiło się drukiem po raz pierwszy. (Wydawane w Liverpoolu czasopismo muzyczne „Mersey Beat”, które pisało o nich bez przerwy, pojawiło się na rynku dopiero rok później, czyli w czerwcu 1961 roku).

To ciekawe, że gazeta nazwała ich „The Beatles”, skoro zaledwie dwa tygodnie wcześniej, 27 maja w „Hoylake News and Advertiser” byli jeszcze „The Silver Beatles”. Na nazwę, którą wszyscy znamy, zdecydowali się ostatecznie dopiero pod koniec roku 1961. Z tego wycinka możemy dowiedzieć się, że John pozostał przy własnym nazwisku, Paul przeistoczył się w Paula Ramona – przybierając maskę gwiazdy Hollywoodu z lat dwudziestych. George pojawia się jako Carl Harrison – w hołdzie dla swego idola Carla Perkinsa, a Stu Sutcliffe został Stu de Stijl, niczym kierunek w sztuce. Natomiast Thomas Moore – ówczesny perkusista – też brzmi jak pseudonim artystyczny, ale okazuje się, że gość faktycznie tak się nazywał.

Mimo że John zawsze sprawiał wrażenie, jakby zupełnie nie obchodziła go historia The Beatles, domyśliłem się od razu, że to tylko pozory, ponieważ to właśnie on przez te wszystkie lata nie wyrzucił tego skrawka gazety i na pewno był to wówczas dla niego wielce ekscytujący moment. Z tyłu koperty, w której przesłał mi ten wycinek, napisał: „TAKI Z NIEGO JAKE JAK Z KOZIEJ DUPY TRĄBA”. Musiałem mu się podczas tego spotkania zwierzać z dość osobistych spraw, na przykład że niedawno urodził mi się syn, chociaż przez te niedowidzące oczy schowane za grubymi szkłami korekcyjnymi i nieobecne, zamyślone spojrzenie, wydawało mi się pewnie, że wcale mnie nie słucha. Najwyraźniej uznał, że taki prosty chłopak z Północy nie powinien nadawać swoim dzieciom takich ciotowatych imion. Wtedy nie wiedziałem jeszcze o istnieniu Juliana (ponieważ jego żona i syn byli wówczas sprawą bardzo prywatną). Później naturalnie przy każdej okazji komentowałem, że Julian to wyjątkowo drobnomieszczańskie imię, strasznie afektowane, a właściwie to ciotowate.

Spotkania z rodzicami były zdecydowanie najdziwniejszą częścią zbierania materiału do książki. Chciałem im poświęcić sporo miejsca – im oraz ich reakcji na sukces synów. Zgromadziłem sto stron notatek. Ostatecznie starczyło mi miejsca, żeby tylko w kilku akapitach streścić, jakie były dalsze losy rodziców (Rozdział 28). Sława synów zupełnie ich zaskoczyła, a niedawny nagły przeskok z robotniczych mieszkań do luksusowych domów na podmiejskich osiedlach był dla nich jeszcze większym szokiem. Inaczej było tylko w przypadku Mimi – ciotki Johna, która zawsze deklarowała, że należy do klasy średniej. W przeciwieństwie do pozostałych trzech par ona i jej mąż posiadali dom na własność. Fakt, że był to skromny bliźniak przy ruchliwej ulicy, ani bogaty, ani w dobrej dzielnicy, nie przeszkadzał Mimi, która zawsze miała większe ambicje i była bardzo niezadowolona, że John brata się z pospólstwem. Niemniej nawet ona odczuła swego rodzaju szok kulturowy, emocjonalny i społeczny. I nie chodziło tylko o to, że chłopcy stali się sławnymi postaciami i milionerami. Również ich rodzice zostali teraz osobami publicznymi, a wszyscy traktowali ich jak milionerów. Każde z nich zareagowało na to w inny sposób.

Mama Ringo, Elsie, oraz jego ojczym, Harry, byli tym wszystkim najbardziej zdumieni – właściwie prawie przerażeni, niczym małe króliczki, które namierzył reflektor sławy. Właśnie przeprowadzili się do nowego, luksusowego domu parterowego i czuli się zupełnie odizolowani od świata. Nikogo nie znali i nie wiedzieli, co ze sobą począć. Nie chciałem, żeby ich obraz w książce wyszedł aż tak żałośnie, ale tak naprawdę to było mi ich żal. Zostali zmuszeni do wyprowadzki ze swojego starego szeregowca w Dingle, ponieważ życie tam stało się nieznośne. Wyjaśniłem im przez telefon, czym się zajmuję i że dostałem zgodę na kontakt z nimi. Siedząc w nowym salonie, który ciągle pachniał nowością i farbą, wyczuwałem ich zdenerwowanie. Jakby bali się, że powiedzą coś nie tak. Zadzwoniłem więc do Ringo i poprosiłem, żeby z nimi porozmawiał. Dopiero wtedy się rozluźnili.

„Mieliśmy już tego wszystkiego naprawdę dość – opowiadała Elsie – gdy zaczęli kraść skrzynkę na listy, obskubywać po kawałku drzwi wejściowe i zabierać kamienie z podwórka. Pewnego wieczoru wracamy do domu, a tam na drzwiach i na każdym oknie namalowane »Kochamy cię, Ringo«. Większość z nich to były fajne dzieciaki. Kupowali płyty, więc coś im się należało. Prosili o jego stare skarpetki albo koszule czy buty. Rozdawałam, aż nie zostało nic. Gdy Ritchie akurat był w domu, mógł wyjść tylko po kryjomu nocą. Gdy o niego wypytywali, kucał, a ja mówiłam, że go nie ma. No więc w końcu musieliśmy się tu przeprowadzić”.

Z drugiej strony Louise Harrison, mama George’a, mieszkała w swoim nowiuteńkim domu niesamowicie szczęśliwa. Od samego początku z radością powitała w swoim życiu fanów i całe to zamieszanie. Lubiła z nimi rozmawiać, otwierać festyny, rozdawać autografy, wygłaszać małe przemówienia. Z bycia mamą Beatlesa uczyniła pełnoetatową pracę. Gdy spotkałem ją po raz pierwszy, na początku 1967 roku, akurat znowu gruchnęła plotka, że Beatlesi się rozstają (zazwyczaj plotkowano właśnie o tym lub że Paul nie żyje). Żeby ogarnąć pocztę przychodzącą w tych doniosłych chwilach, pani Harrison przygotowała pisane na maszynie odpowiedzi, które rozsyłała fanom. Dzięki temu, że była mamą George’a, otworzyła w Liverpoolu sklep, a nawet poznała kilka miejscowych gwiazd, jak Ken Dodd czy Jimmy Tarbuck. Razem z mężem zostali ostatnio zaproszeni na pogrzeb wokalisty jednego z liverpoolskich zespołów, mimo że zupełnie go nie znali. Pani Harrison poczuła się w obowiązku, żeby się pojawić i reprezentować George’a.

Louise była jedyną spośród wszystkich rodziców, która aktywnie wspierała ich działania od samego początku i sama została swego rodzaju groupie, chodząc na większość ich wczesnych koncertów. W 1967 roku nadal uwielbiała o nich rozmawiać. W końcu miała to wszystko jeszcze świeżo w pamięci. „Kiedy nagrali Love Me Do – swój pierwszy singiel, George powiedział mi, że może puszczą go w Radiu Luxemburg. Nie spaliśmy do drugiej w nocy, przyklejeni do odbiornika radiowego, ale nic się nie działo. Harold [mąż] poszedł do łóżka, bo o piątej musiał wstać na pierwszą zmianę, był kierowcą autobusu. W końcu i ja poszłam spać. Byłam właśnie w łazience, gdy George z impetem wbiegł na górę z radiem pod pachą, krzycząc: »Grają, grają!«. Harold obudził się i rzucił: »Kto tu przywlókł ten cholerny odbiornik?«”.

Pani Harrison, która lepiej pamięta wczesne występy Beatlesów niż oni sami, wykazała się nieocenioną pomocą przy ustalaniu chronologii zdarzeń. Oni w kwestii dat byli zupełnie do niczego, nawet jeśli chodziło o daty roczne. „Byłam na czterdziestu ośmiu koncertach, odkąd zostali Beatlesami. Manchester, Preston, Southport, cała północ kraju. Zawsze siadałam w pierwszych rzędach. Raz w Manchesterze ich występ miał być rejestrowany przez telewizję. Jak zawsze kupiłam bilety, i to na oba koncerty, jeden po drugim. George powiedział, że oszalałam i że w życiu tego nie wytrzymam, bo będą musieli grać bardzo głośno ze względu na filmowców. Pierwszego koncertu wysłuchałam bez problemu, ale na początku drugiego piski tak mnie ogłuszyły, że prawie zemdlałam i musiałam poprosić policjanta, żeby pomógł mi wyjść. Nie mógł uwierzyć, kiedy przyznałam, że byłam też na pierwszym występie…

Po raz pierwszy George pomógł nam w roku 1963. Powiedział, że kupił dla mnie prezent na urodziny, ale nie mogę go ani zobaczyć, ani dotknąć. Miałam się tylko przygotować, bo w środę lecę na Jamajkę. Powiedziałam, że będą mi potrzebne nowe ubrania. Odparł, że przyda mi się jedynie kostium. Te wakacje w Montego Bay były najlepszymi w moim życiu. Pewnego dnia przysiadł się do mnie na plaży pewien gość i przywitał się, mówiąc: »Dzień dobry, pani Harrison«. »Skąd pan wie, że to ja?«, spytałam. W hotelu powiedzieli mu, w co byłam ubrana, gdy wychodziłam. To był dziennikarz. Obudziłam Harolda, mówiąc, że jakiś dziennikarz notuje jego chrapanie. Zasugerowałam, że jestem zbyt spragniona, by udzielić mu wywiadu, i że chętnie bym się napiła. Posłał gdzieś swojego fotografa Japończyka, a ten wrócił z ośmioma butelkami piwa. Wieczorem zabrał nas na rundkę po barach. Świetnie się bawiliśmy.

Wydaje mi się, że najbardziej dumni byliśmy z George’a podczas spotkania z władzami miejskimi Liverpoolu. Przyszło tylu mieszkańców. Z lotniska w Speke do samego miasta po obu stronach ulicy ciągnął się tłum o grubości ośmiu osób. Trzeba było widzieć tych wszystkich staruszków machających do nas śnieżnobiałymi chusteczkami. Wyszli ze swoich domów spokojnej starości, może pierwszy raz. Boże, co to był za dzień”. W tamtym czasie George dopiero zaczął interesować się muzyką hinduską, a pani Harrison w dość specyficzny sposób upatruje w tym swego udziału. „Zawsze bawiłam się radiem, żeby złapać muzykę hinduską. Raz na nią trafiłam przez przypadek i bardzo mi się spodobała, więc potem już zupełnie świadomie jej szukałam. Nie mówię, że to wywarło wpływ na George’a. To było jeszcze zanim się urodził…”.

Jim McCartney, ojciec Paula, równie bezboleśnie przerzucił się na nowy styl życia, choć na trochę innych zasadach, ponieważ próbował trzymać się z dala od świateł jupiterów. W odróżnieniu od pozostałych Jim zamiast domu typu bungalow kupił starą edwardiańską willę, elegancką i okazałą, a sam stał się niejako dżentelmenem w swych szykownych marynarkach sportowych i spodniach w kratkę; do tego posiadał konia wyścigowego i uprawiał winorośl. Oczywiście już wcześniej jako przedstawiciel handlowy nosił się schludnie i dbał o prezencję.

Jim zorientował się, że chłopcy są popularni, gdy jego telefon zaczął dzwonić bez przerwy. Mimo mieszkania w domu czynszowym, zawsze mieli telefon, ponieważ jego żona była akuszerką. „Dzwonił dosłownie co sekundę. Odbierałem na wypadek, gdyby to jednak było coś ważnego. Dzwoniły dziewczęta z Kalifornii z prośbą o rozmowę z Paulem. Co za marnotrawstwo pieniędzy. Gdy przybywały do nas z dalekich stron, zapraszałem je do środka na herbatę, po czym wskazywałem im drogę do kuchni. Wchodziły i zaczynały piszczeć, bo rozpoznawały to miejsce ze zdjęć. Wiedziały o mnie więcej niż ja sam. Fani byliby świetnymi detektywami. Zastanawiałem się nieraz, jak długo to potrwa. Wszystkie gazety podawały codziennie, że policja znowu musiała interweniować, bo dzieciaki oszalały. A cała ta promocja za darmo, Brian nie wydał ani centa. Wydaje mi się, że młodzi ich tak lubili, bo chłopcy reprezentowali ich punkt widzenia, reprezentowali wolność i bunt. A ponieważ uwielbiali to robić, robili to dobrze”.

Kilka razy gościłem w domu Jima i jego nowej żony, Angie, i zawsze były to bardzo przyjemne wieczorne wizyty. Gdy przyjeżdżał do Londynu, dzwonił do mnie i wpadał na herbatę. Pewnego wieczoru, gdy byliśmy razem w Cheshire, Paul przysłał nam pierwszy egzemplarz When I’m Sixty-Four z informacją, że napisał to dla taty. Tego wieczoru Jim i Angie puścili ten kawałek chyba ze dwadzieścia razy, tańcząc po całym salonie. Byłem pewien, że Jim zaraz zejdzie na zawał. A Angie, znacznie młodsza od niego, jeszcze go zachęcała do wygłupów.

Michael, młodszy brat Paula, mieszkał wówczas z rodzicami i opowiedział mi historię o wrodzonym takcie Paula, ujawniającym się już od najmłodszych lat. „Byłem z nimi w Paryżu, gdy George Martin zorganizował im sesję nagraniową, podczas której mieli zaśpiewać She Loves You po niemiecku. Czekał na nich w studiu dwie godziny, a ich nie było i nie było. W końcu przyjechał do hotelu Jerzy V, w którym się zatrzymaliśmy, a na jego widok cała czwórka dała nura pod stół. »Idziecie to nagrać czy nie?«, spytał. John powiedział, że nie. Potem potwierdzili to George i Ringo. Tylko Paul się nie odezwał. Wszyscy wrócili do obiadu, a po chwili Paul nagle zwrócił się do Johna i mówi: »Hej, kojarzysz ten wers jakiś tam? Może zrobilibyśmy go tak?«. John wysłuchał pomysłu Paula i po chwili zastanowienia powiedział: »Jasne, o to chodziło«. To był prawdziwy powód, dla którego nie stawili się na nagranie. Bez wszczynania kłótni Paul sprytnie powrócił do tematu i wszystko się wyjaśniło. Po chwili wszyscy weszli do studia”.

Mimi jako jedyna wyjechała z okolic Liverpoolu i przeprowadziła się na południe do nowego parterowego domu w pobliżu Bournemouth. I ona uznała, że jej liverpoolskie życie zostało zdominowane przez fanów, chociaż zawsze starała się być dla nich miła i na ich prośbę wynajdywała stare przedmioty należące do Johna. „Pewnego dnia nie mogłam już znaleźć niczego. »Nie ma nawet guzika?«, spytała mnie jakaś dziewczyna. Tak się składa, że miałam taki zwyczaj, że przed wyrzuceniem starych ubrań zawsze odcinałam guziki. Wyjęłam więc wielką puszkę, w której zbierałam je przez te wszystkie lata, i dałam jej guzik. Rzuciła mi się na szyję i wycałowała. Powiedziała, że nigdy nie zapomni, co dla niej zrobiłam. Później napisała, że nosi ten guzik na złotym łańcuszku, a wszystkie dziewczyny w fabryce jej zazdroszczą”.

W efekcie oczywiście wszystkie jej koleżanki napisały do Mimi listy z prośbą o guziki Johna, a następnie, gdy wieść się rozniosła, zaczęli pisać fani z całego świata. „Wysyłałam te guziki do każdego zakątka na ziemi. Stany, Czechosłowacja, wszędzie”. Skończyło się jednak dużym zawodem, gdy dwie fanki włamały się do jej domu, gdy leżała chora. Nie zamknęła drzwi od podwórka, żeby lekarz mógł wejść bez problemu, a gdy usłyszała hałas na dole, pomyślała, że to włamanie. Cichutko zeszła na dół i zastała tam dwie dziewczyny, wyłożone na jej nowiuteńkiej kanapie, a wokoło pełno papierków po cukierkach. Kazała im się wynosić, wściekła, że weszły bez pozwolenia, traktując jej dom jak dobro publiczne. Wyszły, ale po drodze ukradły klucz do drzwi od podwórka. Mimi usiadła i się rozpłakała. „Dalej siedziałam taka [zapłakana], gdy przyjechał dostawca z piekarni. Był tak miły, że zadzwonił do jakiegoś swojego znajomego zakładu, więc przyjechali wymienić mi zamek i dali nowy klucz. To był dostawca ze Scott’s. Jedna z najmilszych rzeczy, jakie ktoś dla mnie zrobił”. Wkrótce potem Mimi opuściła Liverpool na zawsze.

Niesamowite, gdy człowiek sobie uświadomi, że tak wiele z tych pamiątek po Beatlesach pojawia się teraz po latach w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby’s i sprzedają się za bajońskie sumy, a następnie zdobią salę bilardową czy bar jakiegoś japońskiego milionera. Rozmowy z Mimi bardzo mi pomogły, choć wiele spośród jej historii na temat dzieciństwa Johna zdawało się stać w sprzeczności do jego opowieści i relacji jego szkolnych kolegów. W jej przekonaniu John odebrał doskonałe wychowanie typowe dla klasy średniej. Owszem, bywał czasem niegrzeczny, ale to były raczej wygłupy i żarty w stylu bohatera serii Just William, nic poważnego czy złośliwego, a już na pewno nic nielegalnego. Zupełnie nie rozumiała, skąd biorą się takie plotki. Jej własne opowieści dotyczyły głównie wczesnego dzieciństwa Johna, zupełnie jakby na resztę spuściła zasłonę milczenia, nie chcąc, by jej John dorastał, lecz na zawsze pozostał słodkim i niewinnym chłopcem – przynajmniej w jej głowie.

Mimo że wzięła udział w triumfalnym koncercie Beatlesów w Boże Narodzenie 1963 roku – pierwszym liverpoolskim występie od czasu wielkiego sukcesu ich singla – jej myśli nadal uciekały do okresu, gdy John był małym chłopcem. Stała z tyłu i zdecydowanie odmówiła zajęcia miejsca w pierwszym rzędzie. „To było w Liverpool Empire. Przyglądałam się Johnowi na scenie, ale widziałam tam jedynie małego chłopca. Zawsze go zabierałam do Empire w okolicach Bożego Narodzenia, taki coroczny prezent. Pamiętam, jak oglądaliśmy tam razem Kota w butach. Padał śnieg i