Tetragon - Arnold Thomas - ebook + książka

Tetragon ebook

Arnold Thomas

4,2

Opis

Syn wiceszefa policji znika w podejrzanych okolicznościach, a na miejscu domniemanej zbrodni technicy znajdują ślady jego krwi. Rozpoczyna się pozornie typowe śledztwo, które szybko spowija mgła niejasności, gdy na jaw wychodzą dziwne zachowania Erica McAleera oraz tożsamość mężczyzny, z którym spotkał się tuż przed zniknięciem. Podczas przeszukania mieszkania, James Adams – detektyw z wydziału zabójstw w Cleveland – znajduje dziwnego, martwego owada. Niecodzienne odkrycie postanawia skonsultować z entomologiem, który uświadamia mu, że przypadki nie istnieją. W tym samym czasie młodszy kolega Adamsa zza ściany – detektyw David Ross – zostaje przydzielony do zbadania zwłok porzuconych w kolejowym magazynie. Wszystko wskazuje na to, że ofiara nie żyła już od kilku miesięcy, ale nikt nie potrafi wyjaśnić, jak się tam znalazła. Podczas sekcji patolog znajduje w ciele nieboszczyka szereg toksyn, które składem przypominają jad pewnego pajęczaka. Detektywi nie przypuszczają, że z dnia na dzień pozostaje coraz mniej czasu, a każdy ich krok jest poddawany skrupulatnej analizie. Nie mają też pojęcia, o jaką stawkę toczy się gra, w którą ktoś każe im grać. Dopiero po zniknięciu samego kapitana – Arthura Goldwyna – wszyscy zaczynają zadawać sobie pytanie: co tak naprawdę się dzieje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 504

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Thomas Arnold

Tetragon

Redakcja

Robert Ratajczak

Współpraca

Sabina Zarzycka

Korekta

Katarzyna Spyrka

Danuta Dworaczek

Skład i łamanie

Artur Kaczor

PUK KompART, Czerwionka-Leszczyny

ISBN 978-83-65950-09-3

Wydawca

Agencja Reklamowo-Wydawnicza „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2015

www.arw-vectra.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny i nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.

Z całego serca dziękuję Robertowi, Sabinie, Kasi, Arturowi i Danusi. Bez Was ta książka byłaby tylko mało znaczącą stertą kartek na dnie szuflady.

Książkę dedykuję mojej najbliższej Rodzinie.

PROLOG

Pustynia Arizona

Parking przy ósmej międzystanowej świecił pustkami. W ciągu dnia drogą tą poruszało się niewiele samochodów — maksymalnie kilka na minutę. Nocą okolica stawała się zupełnie pusta. Oprócz samochodów miejscowych, czasem przemknęła tędy ciężarówka, kamper albo rozśpiewana rodzina w drodze z jednego wybrzeża na drugie.

Mężczyzna w jasnej koszuli i brązowych spodniach wyjął latarkę z bagażnika i otarł czoło. Była noc, ale przez ostatnie dni nawet po dwudziestej drugiej temperatura utrzymywała się powyżej dwudziestu stopni. Z kolei w dzień panował istny skwar — ponad trzydzieści pięć stopni w cieniu. Powietrze było suche, co znacznie zmniejszało problem potliwości. Wysokie temperatury skutecznie odstraszały ewentualnych przejezdnych. Rzadko pozostawali w okolicy dłużej, niż to było konieczne.

Księżyc ledwo świecił i wokoło panowały egipskie ciemności. Brzęk szklanych słoików w podróżnej torbie chwilowo zagłuszył cykające świerszcze.

Osobnik szedł ścieżką, która istniała tylko w jego wyobraźni. Teren był płaski. Co jakiś czas mijał kępy pustynnych roślin albo karłowatych krzewów. Zachodził w głowę, jak cokolwiek może tutaj rosnąć. To nie była jego pierwsza wycieczka na pustynię. Wcześniej trzykrotnie odwiedzał to miejsce, zawsze w tym samym celu.

Nagle przystanął. Małe coś, przestraszone światłem latarki, czmychnęło pod rozłożysty krzak. Spokojnie ominął zarośla. Po kilku metrach odwrócił się i oświetlił gałązki. Dostrzegł dwa małe srebrzyste ślepia, odbijające światło latarki. Amatorowi pustynia mogła wydawać się terenem całkowicie nieprzyjaznym dla życia, ale wiedział, że to tylko złudzenie. Nocą miejsce to ożywało — toczyła się tu walka o przetrwanie i zaspokojenie głodu.

Po kilku kilometrach teren zmienił się. Pojawiły się pojedyncze skały, deformując płaską pustynię. Powierzchnia stawała się coraz bardziej nieregularna i jednocześnie nieprzewidywalna. Gdzieniegdzie rosły niewielkie drzewa, korzeniami wbijając się w rozpadliny, mające możliwość gromadzenia wody.

Mężczyzna zatrzymał się za sporym kamieniem. To tutaj ostatnio udało mu się znaleźć to, czego potrzebował. Postawił torbę na ziemi i wyjął z niej dwa słoiki. W pierwszym, mniejszym, znajdowały się owady. Gdy oświetlił szkło, wyraźnie ożywiły się. Założył specjalne, grube, wielowarstwowe rękawiczki. Wyjął jednego osobnika i postawił niedaleko miejsca, w którym olbrzymi kamień stykał się z podłożem. Odsunął się i przygotował drugi słoik, pusty, znacznie większy od pierwszego.

Stał nieruchomo, czekając na rozwój wydarzeń. Zgasił latarkę, a na oczy nasunął noktowizor.

Mały owad poruszał odnóżami, przewracał się, turlał po piaszczystym podłożu. Chciał uciec, odlecieć, ale wcześniej został odpowiednio przygotowany do funkcji ofiary. Pozbawiony dwóch par odnóży i jednej pary skrzydeł nie potrafił wzbić się w powietrze. Gdy wreszcie udało mu się skoordynować ruchy i zaczął niebezpiecznie oddalać się od skały, wyszedł spod niej ogromny pająk — ptasznik. Wraz z odnóżami miał ponad dwadzieścia centymetrów. Zaatakował błyskawicznie, po czym zastygł w bezruchu, przytrzymując ofiarę.

Obserwator westchnął i z niesmakiem pokręcił głową. Nie ten drapieżnik był dziś jego celem. Zmarnował jedną przynętę, ale miał jeszcze około pięćdziesięciu sztuk. Mała strata, pomyślał i pozostawił ptasznika samemu sobie.

Oddalił się o kilka metrów i przystanął przy kolejnej rozpadlinie. Powtórzył operację, ale tym razem żadne z pustynnych stworzeń przez ponad piętnaście minut nie zainteresowało się przynętą. Niestety, w tym co zamierzał, cierpliwość była podstawą. Zapowiadała się długa noc.

Wkrótce dostrzegł stary, przewrócony pień, z którym wiązał największą nadzieję. W tym miejscu zakończył ostatnie, kwietniowe łowy. Tym razem nie silił się na oszczędności. Na ziemi wylądowało pięć owadów. Stanął w bezpiecznej odległości. Rozstawił trójnóg, na którym umieścił lampę ultrafioletową i rozpoczął obserwację.

Tym razem nie musiał długo czekać. Pierwszy skorpion wynurzył się spod korzenia już po trzydziestu sekundach. Ciało pokryte specjalną substancją zdradziło go w ultrafioletowym świetle — był niczym ruchoma, biała plama na ciemnym tle. Zatrzymał się w odległości trzydziestu centymetrów, szacując ewentualny kontratak i swoje szanse. O dziwo, sam nie kwapił się do ataku. Czekał na ruch mniejszego przeciwnika. Wreszcie doskoczył do niego, złapał szczypcami i zatopił w tułowiu jadowy kolec.

Mężczyzna był już gotowy do uwięzienia skorpiona, ale wtedy dostrzegł drugiego osobnika, znacznie większego, który nie zainteresował się pozostałymi owadami, a towarzyszem. Podążył w jego stronę. Mniejszy pajęczak wycofał się, próbując uniknąć walki.

Obserwator nie mógł ryzykować. Pierwszy słoik szybko wylądował na mniejszym skorpionie. Mężczyzna szarpnął torbę, z której wyjął kolejny pojemnik. Natychmiast wrócił na miejsce, ale po większym osobniku nie było już śladu. Miał wrażenie, że widział, jak jasny odwłok pajęczaka znika w pniu, ale tę szansę zmarnował. Pozostała cierpliwość i nadzieja.

Pięć minut później pojawiła się kolejna okazja. Do kolekcji trafił spory skorpion, wielkością zbliżony do pierwszego. Po dwudziestu minutach mężczyzna upolował jeszcze jednego, po czym przeniósł się sto pięćdziesiąt metrów dalej, gdzie znalazł kolejne dwa.

Ostatecznie łowy zakończył przed pierwszą w nocy. Zebrał wystarczającą ilość osobników, potrzebną do dalszej pracy. Upewnił się, że słoiki są dobrze zakręcone. Ustawił je na olbrzymim, płaskim kamieniu i przyjrzał się zdobyczom. Skorpiony wierciły się w szklanych więzieniach, próbując znaleźć wyjście. Po jednej ściance wolno płynęła w dół przezroczysta kropla śmiertelnego jadu. Wyglądały pięknie... jak zawsze.

14 WRZEŚNIA

ROZDZIAŁ 1

Ohio, Cleveland

— Mamy coś! — krzyknął mężczyzna w kombinezonie płetwonurka, zdjąwszy maskę.

To był już siódmy tego typu okrzyk w ciągu ostatnich czterech godzin i, co gorsza, nie różnił się zbytnio od sześciu poprzednich. Znudzony detektyw podszedł do burty.

— Znaleźliście go?

— Jeszcze nie wiemy, ale zdecydowanie coś tam jest. Jakiś czarny worek. Dajcie linkę, podczepimy to.

Dwaj członkowie załogi policyjnego kutra podeszli do dźwigu. Jeden z nich uderzył od niechcenia w wajchę i bęben wciągarki zaczął się obracać. Drugi asekurował linkę i czekał na sygnał ekipy pod wodą. Z radia wydobył się szelest, niezrozumiały dla niecierpliwego detektywa, ale całkowicie czytelny dla załogantów. Kolejny szelest nie mógł być niczym innym, jak potwierdzeniem przyczepienia ładunku.

— Udało się? Idzie do góry?

Mężczyzna stojący przy wciągarce skinął głową.

Detektyw przeszedł na rufę. Oparł nogę o burtę i obserwował metalową linkę, wolno nawijającą się na bęben. W milczeniu, z niewyraźną miną, David Ross czekał na to, co znajduje się na jej końcu. Cztery godziny kołysania zaczęły dawać mu się we znaki. Na niebie pojawiało się coraz więcej burzowych chmur i było pewne, że lada chwila zacznie lać. Skromny daszek na łodzi nie był wymarzonym miejscem na przeczekanie ulewy. Na szczęście do brzegu mieli niecałe pięćset metrów i gdyby nurkowie znaleźli to, czego szukają, wszyscy mogliby zaliczyć ten dzień do udanych.

Wreszcie pojawiły się bąbelki powietrza, a chwilę po nich jednolita tafla wody została przecięta nieregularnym, czarnym kształtem. Obok długiego przedmiotu wyłonił się nurek.

— Tym razem chyba trafiliśmy w dziesiątkę.

— Oby...

David Ross zrobił zdjęcie, a następnie pomógł wciągnąć ponad stukilogramowy wór na pokład. Ze szczelin cienkimi strużkami zaczęła wyciekać woda podbarwiona na lekko żółtawy kolor.

— I co pan sądzi, detektywie? — zapytał nurek, gramoląc się na pokład. Jeden z oficerów pomógł mu zdjąć ciężkie butle.

Ross nie odpowiedział. Zabrał ze sterówki nóż i ostrożnie naciął worek, ze środka którego wydobył się powalający odór. Zasłonił ręką usta i nos. Musiał wstać. Dopadł burtę, wychylił się i puścił pawia. Kołysanie i smród — każde z osobna były znośne, ale razem stworzyły zabójczy zestaw, nawet dla tak twardej sztuki, za jaką się miał.

Nurkowie na pokładzie zasłonili usta i nosy, a mężczyzna przy dźwigu roześmiał się.

— Nigdy nie wąchaliście zdechłej ryby?!

— Nie sądzę, żebyśmy mieli do czynienia z rybą... — Ross wytarł usta chusteczką. Wziął głęboki wdech i z nieskrywanym obrzydzeniem rozciął kolejne dwadzieścia centymetrów. W brei ukazała się głowa mężczyzny — niespotykanie białe zęby, jasna, ponaciągana, rozmokła skóra i przeraźliwie wyglądające białka oczu, wpatrzone w pustkę. W niektórych miejscach na ciele widniały niewielkie dziury. Miniaturowe rybki i mikroorganizmy powoli dobierały się do smakowitego kąska. Zwłoki musiały przeleżeć w wodzie kilka dobrych miesięcy.

— To on? — dopytywał nurek z nadzieją, że jego zmiana właśnie dobiegła końca.

— Nie wiem...

— Macie chyba jakiś rysopis?

— Owszem, ale facet trochę tutaj leżał i z pewnością nieco się zmienił od czasu, gdy żona zgłosiła zaginięcie. Jeżeli to w ogóle on.

— Ubyło mu kilka kilogramów — rzucił kąśliwie człowiek przy dźwigu i splunął do wody. Podszedł bliżej, aby przyjrzeć się ciału.

Ross wyciągnął telefon.

— Tak... Coś mamy. Myślę, że to on. Tak na dziewięćdziesiąt procent. Jest podobny do faceta ze zdjęć, ale musimy zrobić badanie DNA. — Otrzymał potwierdzenie zakończenia operacji do czasu identyfikacji topielca. — Dobra...

— Wracamy?

— Zbierajcie się.

Wszyscy przyjęli rozkaz z ulgą. Pozostali nurkowie wrócili na pokład. Silnik zamruczał i policyjna łódź pomknęła do brzegu.

Smród był wszechobecny — przenikał dosłownie wszystko i każdy marzył już o zejściu na ląd. W myślach Ross odliczał metry do pomostu. Przykrył worek folią, aby nieco zahamować ulatniający się odór i osłonić nietypowe znalezisko przed reporterami oraz gapiami na brzegu. Długa policyjna akcja zdążyła zainteresować lokalne media i dziennikarze uzbrojeni w długie teleobiektywy czekali na ekipę niczym snajperzy na swój cel.

— Pieprzę ich... — Ross szepnął coś do oficera kierującego łodzią i przed samym pomostem wykonali nawrót. Reporterzy na brzegu wyjrzeli zza aparatów. Byli tak samo zaskoczeni, jak dwaj policjanci oczekujący przy żółtej taśmie.

Detektyw skontaktował się z koronerem, który zmierzał już na nabrzeże. Potem wykonał jeszcze jeden szybki telefon. Nowy punkt spotkania był oddalony zaledwie o dwa kilometry, ale to w zupełności wystarczyło, aby przeładować zwłoki, zanim dziennikarze zwietrzą krew.

Nurkowie zrzucili niewygodne, piankowe kombinezony i włożyli luźniejsze ubrania. Jeden z nich usiadł na burcie, przytrzymując się mocowania daszku.

— Sprytnie...

— To się okaże...

— Słyszałem, że już kiedyś miałeś z czymś takim do czynienia. — Nurek miał ponad czterdzieści lat i nie widział przeszkód w przejściu z młodszym detektywem na ty.

— Sprawa była podobna, ale... jak by to ująć... na większą skalę.

— Więcej trupów?

— Trzynaście.

— Jezu...

— Gwałcił je, zabijał, topił.

— I wszystkie trzynaście kobiet ukrył w tym samym jeziorze?

— A kto powiedział, że wszystkie ofiary były kobietami?

Mężczyzna zmarszczył czoło.

— Jak go złapaliście?

— Sam do nas przyszedł.

— Poddał się?

— Nie... Utknęliśmy przy ósmej ofierze. Pokazał się, żeby wskazać nam dalszą drogę. Przez pewien czas świetnie się bawił. Nie wiedzieliśmy, że to był on.

— Nie podejrzewaliście go?

— Może przez chwilę, ale policyjny psycholog wykluczył go. Podobno nie pasował do profilu seryjnego mordercy.

— Jak ostatecznie wpadł?

Ross uśmiechnął się ironicznie.

— Właściwie nie on wpadł, tylko jego psychiatra.

— Nie rozumiem.

— Po trzynastej ofierze kapitan zwołał zebranie. Mieliśmy jeszcze raz prześwietlić każdego podejrzanego. Mnie przypadł właśnie ten świadek. Okazało się, że policyjny psycholog był jednocześnie jego lekarzem. Od początku obaj wodzili nas za nos. Sprawdziłem, dlaczego odrzucił jego osobę jako podejrzanego.

— I co?

— W ogóle nie założył mu teczki. Gdy pojechałem wyjaśnić tę sprawę, zabawiali się w piwnicy z czternastą ofiarą.

— Mam nadzieję, że dostali to, na co zasłużyli. Trzynaście morderstw... — Nurek pokręcił głową.

— Trzynaście morderstw, czternaście ofiar... Tamta kobieta zabiła się, gdy doszła do siebie i uświadomiła sobie, co przeszła.

Na drodze biegnącej równolegle do brzegu jeziora dostrzegli dwa policyjne samochody.

— Przygotujcie się. Mamy jakieś dziesięć minut, zanim pojawią się sępy.

— Za późno... Jeden już wylądował.

— Chyba raczej jedna... — skorygował operator wciągarki.

— George, bierz kamerę! Jadą! — krzyknęła dziennikarka do operatora. Ten posłusznie przygotował sprzęt i stanął za nią. Poprawiała się tak długo, dopóki kamerzysta nie upomniał jej, że najwyższy czas zacząć.

— Nazywam się Melissa Harding. Znajdujemy się w Cleveland, na brzegu jeziora Eric, gdzie dzisiejszego dnia policja znalazła...

W tle pojawiła się cumująca łódź. Kamerzysta uchwycił także parkujący wóz koronera i radiowóz. Policjanci szybko zabezpieczyli teren. Pierwszy przechodzień już wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął kręcić niecodzienną scenę. Obecność wozu transmisyjnego utwierdziła go w przekonaniu, że za chwilę może wydarzyć się coś ciekawego.

— Detektywie Ross, czy jest możliwe, że ofiara, którą wydobyliście z jeziora, to zaginiony mężczyzna, uprowadzony ponad miesiąc temu ze swojego domu?

— Bez komentarzy — warknął policjant, nie łapiąc kontaktu wzrokowego.

— Wszyscy pamiętamy dramatyczny apel żony po zapłaceniu okupu. Policja zapewniała, że złapiecie porywaczy i zrobicie wszystko, co w waszej mocy, aby uwolnić tego człowieka.

— Nie wiemy, kim jest ofiara, więc nie mogę niczego potwierdzić.

— Detektywie, pracuje pan w wydziale zabójstw. Czy pana obecność na miejscu zbrodni nie oznacza, że i tym razem się nie udało?

Ross myślał, że wybuchnie. Opanował się w ostatniej chwili. Po niedawnej kłótni z dziennikarzem kapitan dosadnie uświadomił mu, co oznacza dyplomatyczne podejście do mediów. Dwa tygodnie bezpłatnego urlopu Ross przyjął obojętnie, ale w którymś momencie zrozumiał, że przez swoje wyskoki szkodzi nie tylko sobie, ale także całemu wydziałowi. Właśnie nadarzyła się świetna okazja, aby udowodnić coś sobie i przełożonemu.

— Panno Harding, jak mniemam... Jak już wspomniałem, nie znamy tożsamości ofiary, więc nie będę wypowiadał się w tej sprawie. Ciało przeleżało w wodzie sporo czasu i potrzebna będzie analiza DNA. A teraz proszę pozwolić nam wykonywać obowiązki.

Dwaj funkcjonariusze zatrzymali upartą parę, gdy chciała podejść bliżej wozu. Kamerzysta naciągał się, jak tylko mógł, aby zrobić kilka ujęć czarnego worka lądującego na pace terenówki.

— Dobra, zbieramy się... — ponagliła Melissa Harding. — Najważniejsze, że mamy materiał. Reszty dowiem się później.

Koniec wersji demonstracyjnej.