Tetragon - Arnold Thomas - ebook + książka

Tetragon ebook

Arnold Thomas

4,3

Opis

Syn wiceszefa policji znika w podejrzanych okolicznościach, a na miejscu domniemanej zbrodni technicy znajdują ślady jego krwi. Rozpoczyna się pozornie typowe śledztwo, które szybko spowija mgła niejasności, gdy na jaw wychodzą dziwne zachowania Erica McAleera oraz tożsamość mężczyzny, z którym spotkał się tuż przed zniknięciem. Podczas przeszukania mieszkania, James Adams – detektyw z wydziału zabójstw w Cleveland – znajduje dziwnego, martwego owada. Niecodzienne odkrycie postanawia skonsultować z entomologiem, który uświadamia mu, że przypadki nie istnieją. W tym samym czasie młodszy kolega Adamsa zza ściany – detektyw David Ross – zostaje przydzielony do zbadania zwłok porzuconych w kolejowym magazynie. Wszystko wskazuje na to, że ofiara nie żyła już od kilku miesięcy, ale nikt nie potrafi wyjaśnić, jak się tam znalazła. Podczas sekcji patolog znajduje w ciele nieboszczyka szereg toksyn, które składem przypominają jad pewnego pajęczaka. Detektywi nie przypuszczają, że z dnia na dzień pozostaje coraz mniej czasu, a każdy ich krok jest poddawany skrupulatnej analizie. Nie mają też pojęcia, o jaką stawkę toczy się gra, w którą ktoś każe im grać. Dopiero po zniknięciu samego kapitana – Arthura Goldwyna – wszyscy zaczynają zadawać sobie pytanie: co tak naprawdę się dzieje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 491

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (70 ocen)
35
22
10
3
0

Popularność




RedakcjaRobert Ratajczak

WspółpracaNatalia JargiełoSabina Zarzycka

© by Thomas Arnold

Cytaty z Biblii za Biblią Tysiąclecia, wyd. III – poprawione, Wydawnictwo Pallotinum, 1990 r.

Skład, łamanie, realizacja okładkiprzygotowanie publikacji elektronicznejArtur Kaczor, PUK KompART

Druk i oprawaWZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-83-3(wydanie elektroniczne)

ISBN 978-83-65950-75-8(wydanie papierowe)

Wydanie II

WydawcaWydawnictwo „Vectra”Czerwionka-Leszczyny 2021

www.arw-vectra.pl

Powieść ta jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, miejsca i zdarzenia są dziełem wyobraźni autora. Użyto ich w sposób fikcyjny i nie powinny być interpretowane jako rzeczywiste. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych zdarzeń, miejsc, organizacji lub osób jest wyłącznie dziełem przypadku.

Z całego serca dziękuję Robertowi, Sabinie, Kasi, Arturowi i Danusi. Bez Was ta książka byłaby tylko mało znaczącą stertą kartek na dnie szuflady.Książkę dedykuję mojej najbliższej Rodzinie.

PROLOG

Pustynia Arizona

Parking przy ósmej międzystanowej świecił pustkami. W ciągu dnia drogą tą poruszało się niewiele pojazdów, maksymalnie kilka na minutę. Nocą zaś okolica zupełnie pustoszała. Oprócz samochodów miejscowych czasem przemknęła tędy ciężarówka, kamper albo rozśpiewana rodzina w drodze z jednego wybrzeża na drugie.

Była noc, ale przez ostatnie dni nawet po zmierzchu temperatura utrzymywała się powyżej dwudziestu stopni Celsjusza. W dzień z kolei panował istny skwar – ponad trzydzieści pięć stopni w cieniu. Powietrze było suche, co znacznie zmniejszało problem potliwości, jednakże wysokie temperatury skutecznie odstraszały przejezdnych, którzy rzadko pozostawali w okolicy dłużej, niż to było konieczne.

* * *

Mężczyzna w jasnej koszuli i brązowych spodniach otarł spocone czoło, po czym wyjął z bagażnika latarkę oraz torbę podróżną. Brzęk szklanych słoików chwilowo zagłuszył cykające świerszcze.

Upewniwszy się, że nikt go nie śledzi, ruszył przed siebie.

Szedł ścieżką, która istniała tylko w jego wyobraźni. Co jakiś czas mijał kępy pustynnych traw oraz niewielkie skupiska krzewów. Zachodził w głowę, jak cokolwiek może tutaj rosnąć.

To nie była jego pierwsza wycieczka na pustynię. Wcześniej już trzykrotnie odwiedzał tę okolicę.

Nagle przystanął, gdy przestraszone światłem latarki małe coś czmychnęło pod rozłożysty krzak. Spokojnie ominął skąpo ulistnione zarośla. Po kilku krokach się odwrócił i oświetlił gałązki. Dostrzegł odbijające światło dwa małe srebrzystobiałe ślepia.

Przypadkowej osobie pustynia mogła się wydawać terenem całkowicie nieprzyjaznym dla życia, ale on doskonale wiedział, że to tylko złudzenie. Nocą miejsce to ożywało – toczyła się tu nieustanna walka o przetrwanie oraz zaspokojenie głodu.

Sierpowaty księżyc był ledwie widoczny i wokoło panowały egipskie ciemności.

Po dwóch kilometrach teren nieco się zmienił. Pojawiły się pojedyncze skały, przez co płaska powierzchnia stała się bardziej nieregularna, a więc także nieprzewidywalna. Gdzieniegdzie rosły nawet niewielkie drzewa, korzeniami wślizgując się w rozpadliny.

Mężczyzna zatrzymał się za sporym kamieniem. Właśnie tutaj poprzednim razem udało mu się znaleźć to, czego potrzebował. Postawił więc torbę na ziemi i wyjął z niej dwa słoiki. W mniejszym znajdowały się owady. Gdy oświetlił szkło, wyraźnie się ożywiły. Założył specjalne, grube, wielowarstwowe rękawice i wyjął małego świerszcza. Położył go niedaleko miejsca, w którym olbrzymi kamień stykał się z podłożem.

Odsunął się, po czym przygotował drugi słoik, nieco większy od pierwszego. Czekając na rozwój wydarzeń, zgasił latarkę i założył noktowizor.

Mały owad energicznie poruszał odnóżami – przewracał się i turlał po piaszczystym podłożu. Najwyraźniej chciał uciec, odlecieć, lecz wcześniej został odpowiednio przygotowany do roli ofiary. Pozbawiony dwóch par odnóży oraz jednej pary skrzydeł nie potrafił się wzbić w powietrze. Gdy wreszcie udało mu się skoordynować ruchy i zaczął się oddalać od skały, wyszedł spod niej ogromny ptasznik. Wraz z odnóżami mógł mieć nawet dwadzieścia centymetrów średnicy. Zaatakował błyskawicznie, po czym zastygł w bezruchu, przytrzymując ofiarę.

Obserwator westchnął i z niesmakiem pokręcił głową. Nie ten drapieżnik był dziś jego celem. Wprawdzie tę przynętę zmarnował, ale w słoiku czekało jeszcze około pięćdziesięciu owadów. Mała strata, pomyślał. Pozostawił ptasznika samemu sobie i pokonawszy kilkanaście metrów, przystanął przy niewielkiej rozpadlinie. Powtórzył operację, lecz tym razem żadne z pustynnych stworzeń przez ponad kwadrans nie zainteresowało się przynętą. Niestety w tym, co zamierzał, cierpliwość była podstawą. Zapowiadała się więc długa noc.

Wkrótce dostrzegł dobrze mu znany, przewrócony stary pień, w którym pokładał największe nadzieje. Właśnie w tym miejscu zakończył ostatnie, kwietniowe łowy.

Tym razem nie silił się na oszczędności i na ziemi wylądowało pięć owadów. W odległości kilku kroków rozstawił trójnóg, na którym umieścił specjalną lampę. Nie musiał długo czekać, gdyż pierwszy skorpion wychynął spod pnia już po niecałej minucie. Był niczym ruchoma biała plama na ciemnym tle – zdradziło go ciało pokryte specjalną substancją reagującą na światło ultrafioletowe.

Drapieżnik zatrzymał się w niewielkiej odległości od ofiary. O dziwo, początkowo nie kwapił się do ataku. Ostatecznie jednak doskoczył do świerszcza, złapał go szczypcami i zatopił w tułowiu kolec jadowy.

Mężczyzna był już gotowy do schwytania skorpiona, ale wtedy dostrzegł drugiego osobnika – znacznie większego, który nie zainteresował się pozostałymi owadami a… towarzyszem. Gdy podreptał w jego stronę, mniejszy pajęczak natychmiast się wycofał, próbując uniknąć walki. Obserwator nie mógł ryzykować ucieczki żadnego ze stworzeń, więc pierwszy słoik błyskawicznie wylądował na mniejszym skorpionie. Niestety, zanim łowca wyjął z torby kolejny pojemnik, po większym osobniku nie było już śladu.

Tę okazję zmarnował, ale wkrótce trafiła się następna.

Po godzinie cierpliwego polowania schwytał trzeciego skorpiona, a chwilę po tym, jak przeniósł się kilkadziesiąt kroków dalej, natrafił na jeszcze dwa pajęczaki. Ostatecznie łowy zakończył przed pierwszą w nocy, gdy miał już zebraną wystarczającą ilość osobników, potrzebną do dalszej pracy. Zanim jednak ruszył w drogę powrotną, upewnił się, że słoiki są dobrze zakręcone. Ustawił je na olbrzymim płaskim kamieniu i przyjrzał się zdobyczom.

Po wewnętrznej ściance jednego słoika wolno spływała przezroczysta kropla jadu.

Skorpiony wierciły się w szklanych więzieniach, próbując znaleźć wyjście. Wyglądały przepięknie. Jak zawsze…

14 WRZEŚNIA

ROZDZIAŁ 1

Cleveland, Ohio

Płetwonurek wynurzył się z wody, zdjął maskę i krzyknął:

– Jest!

Znudzony detektyw podszedł do burty.

– Oby tym razem się nam poszczęściło, bo mam już dość wyciągania śmieci.

– To zdecydowanie nie są śmieci. Worek długości dorosłego człowieka, w dodatku czarny. Dajcie linkę, to go podczepimy.

Dwaj członkowie załogi policyjnego kutra podeszli do dźwigu. Roślejszy z nich od niechcenia uderzył w wajchę i bęben wciągarki zaczął się obracać. Drugi mężczyzna, czekając na sygnał ekipy będącej pod wodą, asekurował linkę.

Wreszcie z radia wydobył się szelest. Był on niezrozumiały dla zniecierpliwionego detektywa, ale całkowicie czytelny dla załogantów. Kolejny dochodzący z radia odgłos nie mógł więc być niczym innym, jak potwierdzeniem podczepienia ładunku.

– Idzie do góry?

Stojący przy wciągarce mężczyzna skinął głową.

Detektyw przeszedł na rufę. Oparł nogę o burtę i z rosnącym zainteresowaniem obserwował wolno nawijającą się na bęben stalową linkę. W milczeniu, z niewyraźną miną David Ross czekał na to, co znajduje się na jej końcu. Dwie godziny kołysania dały mu się we znaki. Co gorsza, na niebie pojawiało się coraz więcej burzowych chmur. Nadchodziła ulewa, a niewielka przestrzeń pod skromnym daszkiem łodzi nie była wymarzonym miejscem na przeczekanie burzy. Na szczęście do brzegu mieli niecały kilometr i gdyby nurkowie znaleźli to, czego od dawna szukali, wszyscy mogliby zaliczyć ten dzień do udanych.

Wreszcie na powierzchni pojawiły się bąbelki powietrza, a chwilę później niemalże jednolita tafla wody została przecięta nieregularnym czarnym kształtem. Tuż obok długiego przedmiotu wyłonił się nurek.

– W dziesiątkę!

– Oby…

David Ross zrobił zdjęcie, a następnie pomógł wciągnąć ponad stukilogramowy wór na niższy pokład. Ze szczelin cienkimi strużkami zaczęła wyciekać podbarwiona na lekko żółtawy kolor śmierdząca woda.

– I co pan sądzi, detektywie? – zapytał nurek, gramoląc się na pokład. Jeden z oficerów pomógł mu zdjąć ciężkie butle.

Ross nie odpowiedział. Zabrał ze sterówki nóż, po czym ostrożnie naciął worek, z którego środka wydobył się zwalający z nóg odór. Zasłonił dłonią usta i nos, lecz niewiele to pomogło. Kołysanie, a na dodatek smród… Osobno były do zniesienia, ale razem stworzyły zabójczą mieszankę, nawet dla tak twardej sztuki jak Ross.

Dopadł burtę w ostatniej chwili. Wychylił się i puścił pawia.

Nurkowie na pokładzie również nie mieli wesołych min. Z kolei mężczyzna przy dźwigu tylko głośno się zaśmiał.

– Nigdy nie wąchaliście zdechłej ryby?!

– Nie sądzę, żebyśmy mieli do czynienia z rybą. – Ross wytarł usta chusteczką i wziął głęboki oddech. Z nieskrywanym obrzydzeniem rozciął kolejne dwadzieścia centymetrów worka. W żółtej brei dostrzegł głowę mężczyzny. Niespotykanie białe zęby, jasna, ponaciągana, rozmokła skóra i przeraźliwie wyglądające białka wpatrzonych w pustkę oczu. Zwłoki musiały przeleżeć w wodzie kilka miesięcy, gdyż na policzkach widniały niewielkie dziury – prawdopodobnie wygryzione przez miniaturowe rybki i mikroorganizmy, które powoli zaczynały ucztować na smakowitym kąsku.

– To on? – dopytał nurek z nadzieją, że jego zmiana właśnie dobiegła końca.

– Nie wiem.

– Chyba macie jakiś rysopis…

– Owszem, ale facet trochę tutaj leżał. Nieco się zmienił od czasu, gdy żona zgłosiła zaginięcie. Pod warunkiem, że to w ogóle on.

– Z pewnością ubyło mu kilka kilogramów – rzucił kąśliwie mężczyzna przy dźwigu i splunął do wody. Podszedł nieco bliżej, aby lepiej przyjrzeć się ciału.

Ross wyciągnął telefon i połączył się z wydziałem.

– Tak, kogoś mamy… Myślę, że to on. Jest podobny do faceta ze zdjęć, ale musimy zlecić badanie DNA. – Gdy otrzymał od przełożonego rozkaz potwierdzający zakończenie operacji do czasu identyfikacji ofiary, odetchnął z ulgą. – Dobra, szefie, to my się zbieramy.

– Kończymy? – dopytał jeden z członków załogi.

– Taaa… – oznajmił Ross, wkładając telefon do kieszeni marynarki.

– Nareszcie!

Gdy pozostali nurkowie wrócili na pokład, silnik przyjemnie zamruczał i łódź pomknęła do brzegu.

* * *

Z worka stale wylewała się woda, więc smród był wszechobecny i każdy marzył o jak najszybszym zejściu na ląd. Ostatecznie przykryli zwłoki folią, aby nieco zahamować ulatniający się odór, a także osłonić znalezisko przed czyhającymi na brzegu gapiami oraz reporterami. Policyjną akcją żywo interesowały się lokalne media – uzbrojone w długie teleobiektywy ekipy czekały na łódź niczym snajperzy na swój cel.

– Pieprzę ich… – Ross szepnął coś do oficera i przed samym pomostem wykonali skręt.

Reporterzy na brzegu wyjrzeli zza aparatów. Byli tak samo zaskoczeni, jak oczekujący przy żółtej taśmie policjanci.

Ross błyskawicznie skontaktował się z koronerem, który zmierzał na nabrzeże. Potem wykonał jeszcze jeden szybki telefon.

Nowy punkt spotkania był oddalony o niecałe dwa kilometry od poprzedniego, ale to w zupełności wystarczyło, aby przeładować zwłoki, zanim dziennikarze zwietrzą krew.

Nurkowie zrzucili niewygodne piankowe kombinezony i włożyli luźniejsze ubrania. Jeden z mężczyzn usiadł na burcie. Przytrzymując się słupka daszku, powiedział:

– Sprytnie…

– To się okaże.

– Słyszałem, że już kiedyś miałeś do czynienia z… czymś takim. – Nurek niedawno skończył czterdzieści lat i nie widział przeszkód w przejściu z młodszym detektywem na ty.

– Sprawa była podobna, ale… jak by to ująć… na większą skalę.

– Więcej trupów?

– Trzynaście…

– Jezu!

– Facet gwałcił, zabijał, a na końcu topił.

– I wszystkie trzynaście kobiet ukrył w tym samym miejscu?

– A kto powiedział, że wszystkie ofiary były kobietami?

Mężczyzna zmarszczył czoło.

– Jak go złapaliście?

– Sam do nas przyszedł.

– Poddał się?!

– Nie… Przy ósmej ofierze śledztwo utknęło w martwym punkcie. Pokazał się, żeby nam wskazać drogę.

– A to sukinsyn!

– Przez pewien czas świetnie się bawił. Nie wiedzieliśmy, że to był on. Udawał partnera jednej z zaginionych kobiet.

– Nie podejrzewaliście go?

– Może przez chwilę, ale szybko został wykluczony. Nie pasował do profilu seryjnego mordercy.

– Jak ostatecznie wpadł?

Ross uśmiechnął się ironicznie.

– Właściwie to nie on wpadł, tylko jego terapeuta.

– Nie rozumiem…

– Po trzynastej ofierze szef zwołał zebranie. Mieliśmy jeszcze raz prześwietlić każdego podejrzanego. Mnie przypadł w udziale właśnie ten gość, co pojawił się po ósmej ofierze. Okazało się, że policyjny psycholog, który pracował w naszym wydziale, wiele lat temu był terapeutą tego sukinsyna. Od samego początku obaj wodzili nas za nos.

– Chyba żartujesz…

– Chciałbym… Gdy pojechałem do niego zapytać o tę sprawę, razem zabawiali się w piwnicy z czternastą ofiarą.

– Mam nadzieję, że dostali za swoje. Trzynaście morderstw… – Nurek pokręcił głową.

– Trzynaście morderstw, czternaście ofiar… Tamta kobieta, którą torturowali, gdy doszła do siebie i uświadomiła sobie, co przeszła, zabiła się.

– Chryste…

Na drodze biegnącej równolegle do brzegu jeziora dostrzegli dwa policyjne samochody.

– Przygotujcie się! Mamy najwyżej kilka minut, zanim nadlecą sępy!

– Za późno… Jeden już wylądował – zauważył kapitan łodzi.

– Chyba raczej… jedna – skorygował Ross.

* * *

– George, bierz kamerę! – krzyknęła dziennikarka do operatora. Ten posłusznie przygotował sprzęt i stanął za nią. Poprawiała się tak długo, dopóki kamerzysta jej nie upomniał, że najwyższy czas zacząć.

– Trzy, dwa, jeden, jedziesz…

– Znajdujemy się w Cleveland, na brzegu jeziora Erie, w którym dziś policja znalazła…

W tle pojawiła się cumująca łódź. Kamerzysta uchwycił także parkujący wóz koronera oraz radiowóz. Policjanci błyskawicznie zabezpieczyli teren, ale pierwszy przechodzień już zdążył wyciągnąć telefon – zaczął rejestrować niecodzienną sytuację.

– Detektywie, czy jest możliwe, że ofiara, którą wydobyliście z jeziora, to zaginiony mężczyzna uprowadzony kilka miesięcy temu ze swojego domu?

– Bez komentarza… – warknął Ross, nie łapiąc kontaktu wzrokowego.

– Wszyscy pamiętamy dramatyczny apel żony po zapłaceniu okupu. Policja zapewniała, że złapiecie porywaczy i zrobicie wszystko, co w waszej mocy, by uwolnić tego człowieka.

– Nie wiemy, kim jest ofiara, więc nie mogę niczego potwierdzić.

– Detektywie, pracuje pan w wydziale zabójstw. Czy pana obecność na miejscu zbrodni nie oznacza, że i tym razem policji nie udało się spełnić złożonej obietnicy?

Ross opanował się w ostatniej chwili. Po niedawnej kłótni z dziennikarzem kapitan dosadnie mu uświadomił, co oznacza dyplomatyczne podejście do mediów. Obojętnie przyjął dwa tygodnie bezpłatnego urlopu, lecz w którymś momencie na szczęście zrozumiał, że przez swoje wyskoki szkodzi nie tylko sobie, ale także wydziałowi. Właśnie nadarzyła się świetna okazja, aby udowodnić przełożonemu, że potrafi wykonywać rozkazy.

– Panno Harding… Jak już wspomniałem, nie znamy tożsamości ofiary. Ciało długo przebywało w wodzie, więc aby cokolwiek potwierdzić, będzie potrzebne badanie DNA. A teraz proszę nam pozwolić wykonywać obowiązki.

Dwaj funkcjonariusze zatrzymali upartą parę, gdy chciała podejść bliżej wozu.

Na polecenie reporterki, kamerzysta się naciągał, jak tylko mógł, aby zrobić kilka ujęć lądującego na pace terenówki czarnego worka.

– Dobra, zbieramy się… – ponagliła Melissa Harding. – Najważniejsze, że mamy materiał. Reszty dowiem się później.

ROZDZIAŁ 2

Arthur Goldwyn – szef wydziału zabójstw w Cleveland – od kilku miesięcy nie miał łatwego życia. Coraz więcej osób chciało się do niego dobrać: dziennikarze, przełożeni, a niedawno do grona wielbicieli dołączył także prawnik jego żony. Goldwyn był w trakcie sprawy rozwodowej ciągnącej się już trzy miesiące. Toksyczny związek, w którym tkwił, od dawna rządził się własnymi prawami, a w domu był jedynie gościem. Gdyby nie córka, w ogóle by się tam nie pokazywał. Na domiar złego, zrobił najgłupszą rzecz, jaką mógł – podczas trwania sprawy rozwodowej znalazł sobie kochankę. Wierzył, że uda mu się to ukryć, lecz koperta, którą trzymał w rękach, mogła być tego zaprzeczeniem.

Od kilku dni czekał na kolejną propozycję podziału majątku. Poprzednia nie zadowoliła go nawet w niewielkim stopniu. Podarł ją, zadzwonił do żony i powiedział, że ma ją sobie wsadzić. Liczył na to, iż kolejna oferta będzie znacznie rozsądniejsza, lecz poważnie się obawiał, czy jego mały sekret nie wyszedł na jaw. Mogłoby się to dla niego skończyć przegraną na całej linii – straciłby nie tylko córkę, ale i dom, zostając z niczym.

Zobaczywszy przechodzącego obok jego biura Rossa, otrząsnął się z zamyślenia. Schował nieotwartą kopertę do szuflady i wezwał detektywa.

– Tak, szefie?

– Wejdź i zamknij drzwi.

Ross usiadł przy biurku.

– Mam się bać?

– Nie, ale… Po prostu powiedz, że coś masz.

– Ciałem zajął się patolog. Mam wpaść za dwie godziny. Wiem, wiem… Pójdę za godzinę.

– Nie o to pytałem.

– Aaa… Nie, na razie nic nowego.

– Szlag by to!

– Spokojnie, coś znajdziemy.

– A z dupy to coś weźmiesz?

– Nie wiem…

Zamilkli. Arthur Goldwyn za długo pracował w policji, aby pewne sprawy pozostawić przypadkowi. Zbyt wiele razy patrzył, jak winny wychodzi z pokoju przesłuchań razem ze swoim prawnikiem, śmiejąc się policjantom w twarz. Tym razem przeciwnikiem była żona, ale jej przypadek niewiele różnił się od tych, z jakimi miał do czynienia w pracy. Oszukiwała go od kilku miesięcy, a teraz, chcąc odwrócić kota ogonem, rzucała kolejnymi układami jak pospolity przestępca, który za wszelką cenę próbuje uniknąć kary.

Susan Goldwyn miała swoje metody, a jej mąż swoje – dogadał się z Rossem. Ten niezbyt chętnie, ale ostatecznie zgodził się na nieoficjalne śledztwo w sprawie niewiernej żony kapitana. W zamian za to przełożony przydzielił mu do pomocy młodego oficera, który miał odwalać papierkową robotę. Na początku wszystkim podobał się taki układ. Ross nie znosił papierologii, więc uznał go za wybawienie, a kapitan miał żonę na oku. Do pewnego czasu wszystko układało się po ich myśli. Gdy jednak dyskretne śledztwo nie przyniosło oczekiwanych rezultatów, Goldwynowi zaczęły puszczać nerwy.

– Może źle szukamy… – próbował racjonalizować Ross.

– To znaczy?

– Zacznijmy od drugiej strony. Z kim może się spotykać?

– Gdybym to wiedział, nie potrzebowałbym twojej pomocy.

– Przysłała kolejną ofertę?

Goldwyn udał, że nie usłyszał pytania.

– Mogę to jeszcze pociągnąć, ale jeżeli niczego nie znajdziesz, przystanę na jej propozycję.

– Przecież nie możemy pozwolić, aby…

– Jasne, że nie, ale nie mam zamiaru przez to wszystko stracić także córki! Z każdym dniem suka przeciąga Zoe na swoją stronę. Ta sprawa odbija się także na niej, a Susan wykorzysta każdą drobnostkę, żeby uprzykrzyć mi życie.

Ross tylko skinął głową. Doskonale rozumiał impas, w jakim kapitan się znalazł.

– Dobra, zbieram się. Wpadnę później z raportem, to jeszcze pogadamy.

ROZDZIAŁ 3

W niewielkim pokoju zgasło światło, a pomieszczenie zostało zalane czerwoną łuną bijącą od lamp umieszczonych nad niewysokimi terrariami. Stały one ciasno jedno obok drugiego w kilku rzędach. W większości z nich panował bezruch.

Nadeszła pora karmienia i przypominające pasikoniki owady wgryzły się w pocięte liście kukurydzy, które właśnie im dostarczono. Stworzenia zachowywały się tak, jakby ich nie karmiono przez tydzień, choć codziennie o stałej porze zjadały wszystko, co im podano. Gdy wpadały w szał, były w stanie pożreć tyle, ile same ważyły, a poszatkowane na kawałki listki znikały w okamgnieniu. Dlatego też nietrudno było sobie wyobrazić, do czego jest zdolna chmara tych owadów, często wędrujących rojami mogącymi dochodzić do miliardów osobników.

Wkrótce insekty nieco się ożywiły i zaczęły buszować po szklanych celach. Ciszę zaś regularnie przerywało charakterystyczne cykanie.

Po kolacji drzwi małego pokoju się otworzyły i do środka wszedł karmiciel. Ostrożnie, nie płosząc owadów, wybrał najdorodniejszego osobnika. Założywszy rękawiczkę, przełożył go do zakręcanego słoika, po czym niemalże bezgłośnie opuścił pomieszczenie.

Zajął miejsce przy biurku w sąsiednim pokoju. Zapalił lampkę i przygotował cztery duże szpile. Odkręciwszy wieko, pewnym ruchem złapał swą ofiarę.

Owad nie chciał dać za wygraną – ze wszystkich sił odpychał się wątłymi odnóżami od palców intruza – lecz wkrótce jego ciało przebiła pierwsza szpila. Towarzyszył temu charakterystyczny chrzęst. Po chwili trzy kolejne ostrza przeszyły żółtobrązowy tułów i spastyczne ruchy szybko ustały.

Gdy mężczyzna przytwierdził stworzenie do styropianowego podłoża, wyjął z szuflady mały pędzelek oraz tubkę ze złotą farbą. Z wyczuciem, samą końcówką pędzla namalował idealną obręcz na małej główce owada. Następnie go odwrócił, sięgnął po srebrnoszarą farbę i przyozdobił nią dolną część tułowia.

Dokładnie obejrzał swoje dzieło, po czym odłożył je do wyschnięcia.

Korzystając z wolnej chwili, wyczyścił pędzle, a także uprzątnął miejsce pracy. Gdy farba przeschła, przełożył martwego owada do pojemnika próżniowego i odessał z niego powietrze. Ostatecznie pudełko wylądowało w lodówce.

Zakończywszy operację, poszedł do łazienki – musiał się przygotować do spotkania.

Przez ponad minutę szorował ręce ostrą szczotką, jakby chciał zmyć z nich grzech, którego przed chwilą się dopuścił. Przestał dopiero, gdy wnętrza dłoni się zaczerwieniły i poczuł pieczenie. Następnie zrzucił ubranie, po czym stanął pod prysznicem. Odkręciwszy ciepłą wodę, oparł się dłońmi o zimne kafelki. Uwielbiał, gdy gorące strumienie smagały jego plecy niczym palące bicze.

* * *

Winda ruszyła w górę. W kabinie stał niewysoki młody mężczyzna ubrany w luźne szare spodnie i zielonkawą bluzę z długimi rękawami. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Z niepokojem patrzył na licznik pięter, a gdy winda zwolniła i wyświetliła się czwórka, poczuł ogarniające go mrowienie. Odsunął rękaw. Miał gęsią skórkę. Ostatni raz zerknął na kartkę, którą nerwowo gniótł, od kiedy wszedł do budynku. Bezgłośnie powtórzył adres i schował zmięty papier do kieszeni.

Gdy stanął pod drzwiami z numerem siedem, dreszcze ustały – wyciszył się, jakby ktoś zaaplikował mu sporą dawkę środków uspokajających. Nacisnął dzwonek. Niemalże natychmiast do jego uszu dotarły charakterystyczne odgłosy – ktoś podszedł do drzwi. Podwinął więc rękaw, tym razem lewy, i podniósł rękę na wysokość wzroku.

Zamek został odblokowany, ale drzwi nawet nie drgnęły. Postanowił chwilę zaczekać. Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony gospodarza szybko spotęgował jego niepokój. Coraz bardziej się denerwował, aż wreszcie sam nacisnął klamkę.

– Halo…

Ponowny brak odpowiedzi nie poprawił mu nastroju. Przecież ktoś otworzył te przeklęte drzwi, pomyślał.

Większą część mieszkania spowijały ciemności. Tylko w jednym pokoju – na końcu wąskiego korytarza – paliło się słabe światło.

– Halo… – Ostrożnie stawiając kroki, skierował się w tamtą stronę.

W skąpo umeblowanym pokoju, na szklanym stoliku stało zamknięte plastikowe pudełko. Gdy je podniósł, poczuł bijący od niego chłód. Dreszcze powróciły ze zdwojoną siłą. Natychmiast schował pojemnik do worka i nie patrząc za siebie, pospiesznie opuścił mroczne mieszkanie. Gdy tylko zamknął drzwi, ktoś zablokował zamek.

– Chryste… – Pędem pobiegł do windy.

Z uporem maniaka wciskał guzik wzywający kabinę. Miała do pokonania zaledwie jedno piętro, ale trwało to wiecznie. Nagle za plecami usłyszał szczęk. Z trwogą spojrzał przez ramię. Na środku korytarza dostrzegł postawnego mężczyznę. Stał z założonymi na piersiach rękami i bacznie mu się przyglądał.

Po raz kolejny poczuł mrowienie na plecach, a podenerwowanie zmieniło się w najzwyklejszy strach. Gdy drzwi windy wreszcie się rozsunęły, wbiegł do kabiny i energicznie wcisnął zero. Bał się, ale jednocześnie nie potrafił oderwać wzroku od stojącego nieruchomo mężczyzny. Odetchnął dopiero, gdy drzwi się zasunęły i winda ruszyła.

* * *

Lokator mieszkania numer siedem wrócił do siebie, zgasił jedyne światło i podszedł do okna. Nieco rozbawiony patrzył, jak przestraszony kurier spogląda z konsternacją na budynek. Najwyraźniej starał się zlokalizować pokój, w którym znalazł nietypową przesyłkę. Przez chwilę patrzył we właściwym kierunku, lecz szybko zrezygnował i wsiadł do czekającej na niego taksówki.

Gospodarz już miał zapalić światło, gdy nieoczekiwanie usłyszał dźwięk dzwonka. Zdziwiony, spojrzał na zegarek, a później na zegar naścienny. Czyżby coś przeoczył? O czymś zapomniał?

Ponownie złapał kij bejsbolowy i bezszelestnie zakradł się pod drzwi. Zerknąwszy przez wizjer, nieco się zdziwił. Na korytarzu stała kobieta, i to nie byle jaka – młoda, piękna, ponętna, ubrana wyzywająco, ale ze smakiem. Rozpięty guzik białej bluzki uwidaczniał wyraźny zarys piersi, a długie ciemne włosy łagodnie opadały na szczupłe ramiona.

Nie spodziewał się tej wizyty.

Odłożywszy kij, zapalił światło i odblokował zamek.

– Zaskoczony? – zapytała kobieta prowokacyjnym tonem.

– I to jak… Wejdź, proszę… – Przepuścił ją przodem i zamknął drzwi. Na wszelki wypadek wyjął z nich klucz.

ROZDZIAŁ 4

Metaliczne brzęki rozchodziły się po wąskich kamiennych korytarzach, pozostając bez odzewu. Trzy szybkie, trzy z dłuższymi przerwami i znowu trzy szybkie.

Tylko tyle Robert Chafree zapamiętał ze spotkań z dziadkiem, który zmarł, gdy wnuk miał trzy latka. Ucząc się tej prostej, wtedy jedynie irytującej wszystkich czynności, nie przypuszczał, że trzydzieści lat później sygnał ten być może uratuje mu życie.

Nie wiedział, gdzie jest ani co się z nim dzieje. Po przebudzeniu przez kwadrans próbował rozeznać sytuację. Nie należał do ludzi bojaźliwych, ale gdy sobie uświadomił, że znajduje się w klaustrofobicznie ciasnej kamiennej celi ograniczonej stalową kratą, spanikował.

Przez następne pół godziny wrzeszczał jak opętany. Gdy to nie odniosło skutku, zaczął uderzać w kraty, czym popadło, jednak solidnie osadzone w kamieniu stalowe pręty nawet nie drgnęły. Ostatecznie skapitulował i obolały, ze zdartym gardłem, usiadł bezradnie na ziemi. Znalazłszy kamień, rozpoczął nadawanie znanego większości ludziom sygnału. Wierzył, że prędzej czy później ktoś go usłyszy.

Wokoło panowała całkowita ciemność, a w powietrzu dało się wyczuć zapach stęchlizny. Skalne ściany były wyraźnie wilgotne i co jakiś czas na głowę Roberta Chafree spadała zabłąkana kropla wody. Zrozumiał, że zanim odzyskał przytomność, musiał leżeć w celi wiele godzin, gdyż ubranie zdążyło już namoknąć.

Bolała go lewa ręka, szczęka, plecy, a policzek piekł niemiłosiernie. Za każdym razem, gdy go dotykał, paraliżujący ból rozchodził się po całym ciele. Wybito mu także dwa zęby, a przełykając ślinę, czuł słodkawy smak krwi. Na domiar złego, gdy solidnymi kopniakami próbował wyważyć kratę, prawdopodobnie skręcił prawą kostkę.

Usłyszawszy dziwnie brzmiący szelest, natychmiast wrzasnął:

– Halo! Pomocy!

Zamarł, wstrzymując nawet oddech. Po chwili kilkakrotnie uderzył kamieniem o kraty i ponownie wrzasnął:

– Jest tam kto?! Potrzebuję pomocy!

Znowu te szmery… Podobnie brzmiące, lecz tym razem głośniejsze. Coś jakby… brzęczenie.

Po chwili w odległości kilkunastu kroków dostrzegł delikatną żółtopomarańczową łunę.

– Halo!

Światło stawało się coraz jaśniejsze i zaczęło wyraźnie falować.

Na połyskującej skalnej ścianie Chafree zobaczył przesuwające się cienie – podążały w jego kierunku. Chciał ponownie zawołać, ale wtedy dostrzegł pierwszą postać. Przerażony, zesztywniał z otwartymi ze zdumienia ustami. Pozostało mu jedynie wierzyć, że wzrok go zawodzi.

Podążający w kierunku celi osobnik miał na sobie strój przypominający czerwono-czarną liturgiczną szatę z połyskującą gwiazdą na wysokości klatki piersiowej. Z głowy przebierańca zaś wystawały olbrzymie rogi – ledwie mieściły się pod skalnym sklepieniem.

Za pierwszą postacią podążały kolejne, tworząc upiorny pochód. Co druga dzierżyła pochodnię. Były identycznie ubrane i powtarzały te same słowa w nieznanym więźniowi języku.

Gdy orszak zbliżył się na odległość kilku kroków, Chafree odsunął się od krat. Plecami przylgnął do wilgotnej ściany. Niezrozumiały, demoniczny bełkot zmroził mu krew w żyłach. Chciał krzyknąć, lecz głos ugrzązł mu w gardle.

Z przerażeniem patrzył na upiory przesuwające się obok celi niczym brnące w głąb nicości zjawy. O dziwo, mroczne postacie w ogóle nie zwróciły na niego uwagi. Korzystając ze światła ich pochodni, rozejrzał się po celi. Przypominała zaślepiony korytarz. Nie można się było z niego wydostać inaczej niż przez furtę w kracie.

Gdy ponownie spojrzał przed siebie, zesztywniał. Ostatnia rogata zjawa zatrzymała się przy celi. Stała nieruchomo, wpatrując się w niego, a jej sylwetka powoli znikała w gasnącej poświacie oddalających się pochodni.

Wiedział, że nie zdoła uciec. Podszedł więc do kraty i przyjrzał się porywaczowi.

Ten osobnik również miał na głowie maskę, z której wystawały potężne rogi. Usta były po prostu czarną dziurą, a otwory na oczy otaczały okręgi żółtoczerwonych płomieni. Ręce przebierańca przez cały czas tkwiły pod czarną narzutą, która sięgała ziemi. Wyszyty na szacie emblemat – czteroramienna gwiazda na tle czerwonego koła – nie przypominał żadnego popularnego znaku czy symbolu.

– Kim jesteście i czego ode mnie chcecie?

Rogaty demon nie odpowiedział. Niewzruszony, przez cały czas wpatrywał się w ofiarę. Był już prawie niewidoczny, gdyż towarzysze z pochodniami zniknęli za załomem, pozostawiając go samego.

– Mam pieniądze… Wypuść mnie, a jutro na twoim koncie znajdzie się sześciocyfrowa suma. Oni nie muszą wiedzieć… – Chafree kiwnął głową za porywaczami. – Powiesz, że ci uciekłem. – Z każdym kolejnym słowem jego ton stawał się coraz bardziej błagalny. – Mam cię prosić na kolanach? Mogę… – Uklęknął. – Proszę, wypuść mnie. Zrobię wszystko, co każesz.

Gdy podniósł głowę, zauważył, że zjawa trzyma coś przy ustach.

– Wkrótce doświadczysz czwartego z czterech… Śpij, bo twój czas jeszcze nie nadszedł.

Chciał coś powiedzieć, ale w tym samym momencie poczuł bolesne ukłucie w okolicy szyi. Dłonią wyczuł coś twardego – jakby tkwiącą w ciele długą drzazgę. Natychmiast ją wyszarpnął, a mimo to zaczął szybko tracić siły. Kilka sekund później nie potrafił już nawet podnieść głowy. Próbując wstać z klęczek, chciał mocniej złapać za stalowe pręty, ale ciało odmówiło posłuszeństwa i dłonie ześlizgnęły się po zimnym metalu.

Tracąc przytomność, Chafree padł na twarz.

Zamaskowany osobnik schował prymitywną broń, po czym pospiesznie ruszył za pochodem.

15 WRZEŚNIA

ROZDZIAŁ 5

David Ross nie uznawał pracy po godzinach. Zwłaszcza takiej, za którą nikt mu nie płacił. Całkowicie kłóciło się to z jego wyobrażeniem normalnej etatowej pracy. Niestety, w ciągu ostatnich tygodni coraz częściej łamał swoje żelazne zasady i nie był z tego powodu zadowolony.

Na szczęście śledzenie żony kapitana nie nastręczało większych trudności. Kobieta zachowywała się bardzo przewidywalnie – miała swoje przyzwyczajenia. Jak zresztą każdy… Problem w tym, że była także ostrożna, a na pewno ostrożniejsza niż jej porywczy mąż, który kilka dni po tym, jak wyprowadził się z domu, znalazł sobie kochankę. Według kapitana, to żona pierwsza przyprawiła mu rogi, jednak kobiecy instynkt samozachowawczy szybko zadziałał i Susan Goldwyn urwała wszelkie kontakty z nowym partnerem. A przynajmniej na czas sprawy rozwodowej. W którymś momencie Ross pojął, iż przyłapanie jej na zdradzie jest tak samo prawdopodobne jak to, że jutro awansują go na szefa policji.

– Dość… – mruknął. Poirytowany zgniótł czwartą puszkę po energetyku i uruchomił silnik. Od sześciu godzin wpatrywał się w okna domu Goldwynów. Uznał, że to w zupełności wystarczy. Susan już dawno pogasiła światła, a nikt niepożądany nie kręcił się po obejściu. – Niech cię szlag, Adams…

James Adams, którego Ross miał w tej chwili na myśli, również był detektywem, tyle że z dużo dłuższym stażem w wydziale zabójstw, gdzie razem pracowali. To właśnie on jako pierwszy został poproszony przez kapitana o wyświadczenie tej… niecodziennej przysługi. Jednak Adams czuł, że ta robota nie jest dla niego. Przekierował więc prośbę o pomoc do kolegi z sąsiedniego biura. Oczywiście nie obyło się bez drobnej zachęty w stylu: Chyba jesteś mi coś winien…

Na początku Goldwyn nie krył niezadowolenia, że Adams mu odmówił. Uważał młodego detektywa za mało ambitnego i porywczego, ale dobrze wiedział, iż w tej sytuacji nie ma zbyt dużego wyboru.

Ross bardzo niechętnie zgodził się zastąpić Adamsa. Miał tylko nadzieję, że szybko załatwi tę sprawę. Niestety, rzeczywistość okazała się złośliwą jędzą i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej żałował swojej decyzji.

* * *

Gdy Ross dotarł wreszcie na swoje osiedle i zatrzymał się przed trzypiętrowym budynkiem, uświadomił sobie, że zostały mu zaledwie dwie, może trzy, a w dużych porywach cztery godziny snu. Wszystko zależało od tego, jak bardzo spóźni się do pracy.

– Świetnie… – warknął i trzasnął drzwiami samochodu. Miał w nosie, czy kogoś obudzi. On nie spał, więc inni też nie musieli.

Przechodząc obok prowizorycznej portierni, minął głośno chrapiącego stróża.

– Witaj, Sam… – rzucił cicho do ochroniarza, który spał jak zabity. – Daj spokój… Nawet nie pytaj… Tak, wszystko dobrze… – Na podłodze, obok fotela wartownika, leżała gazeta. Ross podniósł ją i w drodze na drugie piętro zaczął czytać. Na czwartej stronie natknął się na swoje zdjęcie. Zrobiono je, gdy wraz z kolegami opuszczał łódź.

Czwarta strona… Całkiem nieźle, pomyślał. Jego rekordem była druga, jednak cały czas zostawał daleko w tyle za Adamsem, który trzykrotnie kłuł czytelników w oczy swoją mizerną twarzyczką wydrukowaną na pierwszych stronach gazet. W wydziale prowadzono nawet nieoficjalny ranking i wszyscy dobrze wiedzieli, że tylko jeden człowiek może zagrozić Adamsowi. Był nim właśnie on – David Ross.

Zamykając drzwi mieszkania, poczuł niewymowną ulgę. Będąc jeszcze w salonie, zrzucił ubranie i przeszedł do sypialni. Ostrożnie ułożył się na łóżku. Chwilę poleżał na prawym boku, potem obrócił się w stronę okna i objął ramieniem leżącą obok kobietę przykrytą kołdrą.

– Miałeś być wcześniej…

– Musiałem coś załatwić.

Zaspana, sięgnęła po telefon, by sprawdzić, która godzina.

– Czwarta trzydzieści… – podpowiedział jej.

– Jezu…

– Musiałem coś załatwić – powtórzył. – Śpij…

– Czy to coś ma imię?

– Tak. Nazywa się Cholerna Praca i jest jeszcze bardziej irytująca niż ty.

Obróciła głowę.

– A czy z nią jest ci tak dobrze jak ze mną?

– Bywa nawet lepiej…

Kopnęła go.

– Ej! To napaść na policjanta!

– Poradzisz sobie, czy chcesz wezwać posiłki?

– Ciekawe, kto by przyjechał…

– Cameron wygląda całkiem nieźle. Widziałeś go pod prysznicem?

– To dziecko siłowni? Chyba żartujesz…

– Może więc Adams?

– Posłuchaj… Wiem, że podniecają cię inteligentni faceci, ale… naprawdę nie oczekujesz od życia czegoś więcej? Czegoś… większego?

Parsknęła śmiechem.

– A tak na poważnie… Długo czekałaś?

– Wpadłam po jedenastej. Spać poszłam przed drugą.

– Przepraszam…

– Nadrobimy jutro.

– Mam tylko jedną prośbę…

– No…

– Mogłabyś następnym razem wybrać lepsze zdjęcie do gazety? To czwarta strona, a nie jakiś dodatek sportowy. Wyglądam koszmarnie.

– Wybacz, za bardzo skupiłam się na tekście. – Melissa Harding zachichotała i wtuliła się w ramiona Rossa.

– A o tekście też jeszcze sobie pogadamy…

ROZDZIAŁ 6

Przechodząc obok pustego biura Rossa, James Adams zerknął na zegarek. Już dawno minęła dziewiąta. Żałował, że on też tak nie potrafi. Od godziny i dwudziestu pięciu minut siedział nad papierami, podczas gdy młodszy kolega nie raczył się jeszcze nawet zjawić w pracy.

Kręcąc głową, wczytał się w raport z sekcji zwłok młodej kobiety. Ostatnio dostawał proste, nudne sprawy. Nie miał nawet możliwości się wykazać, a większą część dnia zabierała mu papierologia. Kartka po kartce, raport za raportem… Wertował, czytał, opisywał… Musiał jednak przyznać, że coraz bardziej mu to odpowiadało. Ze skwaszoną miną ruszał w teren, a z uśmiechem na twarzy wracał za biurko. Przynosił sobie wtedy kawę i zagłębiał się w papiery. Wreszcie spisywał raport. Tak mijały kolejne dni, a z nimi tygodnie. Dobrze wiedział, że okres świetności ma już za sobą. Przez wiele lat pracował na najwyższych obrotach. W końcu jednak zrozumiał, że czas odpuścić i pozwolić przejąć pałeczkę młodszym od siebie.

Ross ostro aspirował do roli jego godnego następcy. Wprawdzie był lekkoduchem, ale chętnie ruszał w teren i coraz bardziej zależało mu na wynikach – starał się o awans. Gdy kiedyś rozmawiali w cztery oczy, zażartował, że sam kapitan powinien się czuć zagrożony.

Pomimo skrajnie różnych osobowości Adams i Ross często pracowali razem. Na początku wspólne sprawy nie szły im najlepiej, ale od pamiętnego przypadku Daniela Younga wszystko zaczęło zmierzać we właściwym kierunku. Nie podlizywali się sobie ani nie pałali zbytnim entuzjazmem do pracy zespołowej, jednak zgodnie podkreślali, że jeżeli już muszą z kimś pracować, to niech tym kimś będzie sąsiad z biura za ścianą.

* * *

Tego ranka nie tylko Ross się spóźniał. Kapitan również gdzieś przepadł, co było już znacznie bardziej zagadkowe. Może są gdzieś razem, zastanawiał się Adams.

Wkrótce jednak wszystko wróciło do normy – szum panujący na piętrze przycichł i wszyscy wzięli się do roboty. Jakiejkolwiek… To mogło oznaczać tylko jedno…

Po chwili pojawił się Goldwyn i omiótł wzrokiem podwładnych. W dłoni trzymał nieopisaną kremową teczkę. Zazwyczaj zaczynał dzień od wytknięcia swoim ludziom błędów, ale tym razem myślami był zupełnie gdzieś indziej. Szybko zamknął się w gabinecie i zasłonił rolety.

Policjanci nie wierzyli własnym oczom. Jeden z oficerów cicho zgadywał, że może kapitan dostał przeniesienie albo nawet go zwolniono.

Wkrótce szepty ponownie przerodziły się w głośniejsze rozmowy.

Początkowo Adams machnął na to wszystko ręką i wrócił do raportu, jednak zachowanie Goldwyna nie dawało mu spokoju. Pracował z kapitanem najdłużej ze wszystkich, toteż niejako czuł się odpowiedzialny nie tylko za wydział, ale również za niego.

Zamknął akta i wychodząc z biura, zabrał przypadkowy raport. Udał, że nie zauważył dziwnego zachowania Goldwyna. Przemknął obok stanowisk młodszych oficerów i zapowiadając się krótkim pukaniem, bez zaproszenia wtargnął do paszczy lwa.

– Szefie, mam tutaj… – Zatrzasnąwszy drzwi, natychmiast zakończył przedstawienie. – Arthurze?

Kapitan siedział nieruchomo, wpatrując się pustym wzrokiem w kalendarz na ścianie. Prezentował się niechlujnie – półleżał w fotelu, a jego przekrzywiona głowa spoczywała oparta na pięści. Był nieogolony, miał wyraźne sińce pod oczami i bladą cerę. W najlepszym wypadku wyglądał na niewyspanego, a w najgorszym – na naćpanego.

– Arthurze…

– Co się stało?

– To ja pytam, co się stało!

– Wszystko diabli wzięli. Odeszła…

– Żona?

– Tę szmatę niech piekło pochłonie! Steph… Steph odeszła.

– Kobieta, z którą widzieliśmy cię z Rossem?

– Nie, kurwa, pokojówka z Manhattanu!

Adams westchnął ciężko.

– Spieprzyłem to, James… Na całej linii…

– Czyli że…

– Czyli spieprzyłem… Zapomniałem, do ciężkiej cholery, że ta zdzira ma się u mnie zjawić, by omówić propozycję podziału majątku. To znaczy… nie zapomniałem, ale pomyliłem dni. Ostatnia oferta, którą mi przysłała, nie była najgorsza, a chciałem, żeby ten cały syf już się skończył. Myślałem, że przyjdzie dzisiaj wieczorem. Niestety, przyszła wczoraj… i też, kurwa, wieczorem!

– Nakryła was?

– Nie, ale zastała ją. Gdy Steph się dowiedziała, że mam żonę, zaczęła przepraszać Susan. Wyobrażasz to sobie?! Szkoda, że tego nie widziałeś. Cyrk jak u Monty Pythona. Oczywiście Susan świetnie zagrała rolę pokrzywdzonej żony. Oburzyła się i zaczęła strzelać fochy. – Goldwyn wymachiwał rękami jak szalony. – Zachowywała się jak jakaś wariatka. Nawet podarła umowę, a gdy Steph wybiegła z płaczem, roześmiała mi się w twarz.

– Myślałem, że Steph wiedziała o żonie i o rozwodzie.

– A po cholerę miałem jej mówić, skoro moje małżeństwo istniało już tylko na papierze?! Pierdolony świat… – Goldwyn kopnął w biurko.

– Uspokój się. Po co mają się zastanawiać… – Adams kiwnął głową w stronę drzwi. – Chcesz mojej rady, to wyjdź tam i zrób porządek, jak zawsze. Być może twoje małżeństwo się skończyło, ale pracy Susan ci nie zabierze.

– Mam gdzieś to małżeństwo! Problem w tym, że przez jedną głupotę mogę stracić córkę, dom, Steph i Bóg jeden wie, co jeszcze. Już nie mogę się doczekać kolejnej propozycji tej… suki. Chciałbym słyszeć, jak właśnie rozmawia z adwokatem albo pierze mózg Zoe.

Ktoś zapukał.

– Wejść!!!

– Szefie…

– Czego?!

– Przyszła pana żona.

Goldwyn zdębiał. Wymienili z Adamsem porozumiewawcze spojrzenia.

– A ona czego tu szuka?

– Nie wiem, panie kapitanie.

– Będę u siebie – oznajmił Adams i pospiesznie wyszedł. Nie miał zamiaru uczestniczyć w tej rozmowie.

Goldwyn został sam, ale nie na długo. Jego żona szła już w kierunku biura. Miała na sobie elegancki beżowy kostium. Pomimo prawie pięćdziesiątki na karku wyglądała bardzo młodo i ponętnie. Bez zbędnych uprzejmości weszła pewnie do biura, po czym zajęła miejsce naprzeciwko męża.

– Witaj…

– Przyszłaś mnie dobić nową propozycją?

– Dogadać się.

Kapitan, choć dysponował ciętą ripostą, zaniemówił. Po raz drugi w ciągu dwóch minut. Patrząc bezradnie na żonę, próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zajrzała do jego biura. To mogło być nawet… pięć lat temu.

– Masz papiery?

– Nie.

Coraz bardziej się dziwił. Gdy usłyszał, że przyszła, od razu sobie wyobraził, jak wpada do jego biura z armią prawników, by go oskubać do ostatniego centa.

– Zapomnij na chwilę o umowie i porozmawiajmy o Zoe.

– Co z nią? – zapytał nieufnie.

– Nie wiem, ale… Od pewnego czasu spotyka się z jakimś facetem.

Susan mówiła zupełnie normalnym tonem – jak matka przejęta losem córki, a nie jak wredna żona żądająca rozwodu.

– To chyba normalne w jej wieku. Ma już prawie dwadzieścia lat. Aż dziw, że jeszcze z tobą mieszka.

– Gdy mieszkała z nami, nie było to dla ciebie problemem.

– Ale już ze mną nie mieszka.

– Jest dorosła i wybrała mnie.

– Bo nagadałaś jej bzdur na mój temat!

– Bzdur?! Przecież wczoraj przyłapałam cię z kochanką!

– Po pierwsze, to tylko przyjaciółka. Po drugie, pamiętaj, że małżeństwem jesteśmy już tylko na papierze.

– Wczoraj dobitnie mi to uświadomiłeś!

– Myślałaś, że będę czekał, aż dasz mi swoje błogosławieństwo na pieprzenie się z innymi kobietami?!

Susan zacisnęła zęby. Jedno z nich musiało przerwać to szaleństwo, zanim będzie za późno.

Na szczęście odezwał się telefon Goldwyna. Adams napisał mu wiadomość:

/ Jeżeli ja w moim biurze słyszę, to ci za drzwiami również.

Kapitan przełknął ślinę.

– Arthurze, posłuchaj… Nie przyszłam, żeby się z tobą kłócić. Chcę pomóc naszej córce. Poza tym, to nie ona zawiniła, tylko my.

– O co chodzi? – warknął, starając się opanować złość.

– Zoe coś przede mną ukrywa. Od kilku miesięcy spotyka się z jakimś facetem, dużo starszym od niej. Rozmawiałam z nim. Sprawiał wrażenie człowieka na poziomie, jednak… sama nie wiem. Gdy spotkaliśmy się na obiedzie, na który nalegałam od kilku tygodni, opowiedział mi o sobie, ale… jakoś nie pasuje mi do wizerunku prawnika. Podobno ma własną kancelarię i mnóstwo pieniędzy.

– Co w tym złego?

– Niby nic, ale potem zapytałam go o rodziców. Zmieszał się, jakby nie przygotował sobie odpowiedzi na to pytanie.

– Może po prostu nie lubi o nich mówić.

– Nie rozumiesz… Spojrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić. Na szybko sklecił łzawą historyjkę o wypadku rodziców. Podobno zginęli, gdy był nastolatkiem.

– Pytałaś Zoe?

– O jego rodziców?

Goldwyn skinął głową.

– Powiedziała, że nie mam się interesować jej sprawami, tylko skupić na rozwodzie.

– Nieźle…

– Zaczęła krzyczeć i wyrzucać mi to rozstanie. Powiedziała, że ona też nie chciała się chwalić rozwodem rodziców, ale ostatecznie musiała mu wytłumaczyć, dlaczego spotkają się tylko ze mną.

– Dajmy jej trochę czasu.

– Nie, Arthurze. Zrozum… Coś jest nie tak – powiedziała niemalże błagalnym tonem Susan. – Ona nigdy się tak nie zachowywała, a ten człowiek… Na jego widok dostaję gęsiej skórki.

– Czego ode mnie oczekujesz?

– Sprawdź go… Prześwietl… Z góry na dół… Masz tutaj wszystko, czego potrzebujesz. – Rozłożyła ręce.

– Myślisz, że ot tak mogę rozdać jego dane policjantom i kazać im zajmować się moją prywatną sprawą?

– A widziałbyś w tym jakiś problem, gdybyśmy dalej mieszkali razem?

Trafiła w sedno. Jeśli taka sytuacja wydarzyłaby się przed aferą rozwodową, już dawno zająłby się tym facetem. Nikt nie musiałby go specjalnie zachęcać. Zoe była ich jedynym dzieckiem, a do niedawna również oczkiem w głowie tatusia. Oziębienie stosunków między ojcem i córką, częściowo spowodowane postawą matki, było największą przykrością, jaka spotkała Goldwyna w trakcie sprawy rozwodowej.

– Arthurze… oddam ci dom.

Poprawił się w fotelu.

– Mówisz poważnie?

– Jeżeli chodzi o Zoe, zawsze. Nie zrozum mnie źle, ale my już spieprzyliśmy sobie życie. Nie pozwólmy, aby naszą córkę spotkało coś złego, i to tylko dlatego, że zamiast na nią, większą uwagę zwracaliśmy na swoje sprawy.

– W porządku, sprawdzę go. Byłoby dobrze, gdybyś namówiła Zoe na spotkanie ze mną. Wiem – uniósł ręce – że to nie po twojej myśli, ale chciałbym z nią szczerze porozmawiać.

– Arthurze…

– Przesłuchiwałem już niejedną osobę, więc z własną córką też sobie poradzę.

– Postaram się to załatwić. Powiem, że masz dla niej ważną wiadomość. Wymyśl, co nią będzie.

– Jak się nazywa ten facet?

– Ralph Hayes.

– Gdzie mieszka?

– Nie wiem.

– A ta jego kancelaria? Masz adres?

– Nie znalazłam jej w żadnej bazie danych.

Goldwyn ściągnął brwi.

– Nie sprawdzę go, jeżeli mi w tym nie pomożesz.

– Chciałabym, ale próbowałam już wszystkiego. Nie ma go w albumie uczelni w Cleveland, gdzie podobno studiował, ani w książce telefonicznej. Resztę zostawiam tobie. – Wstała. – Gdy Zoe brała prysznic, wzięłam jej telefon i przesłałam na swój ich wspólne zdjęcie. Tylko tak mogę ci pomóc. – Podała mu wydrukowaną fotografię i poszła w stronę drzwi.

– Susan…

Odwróciła się.

– Dowiem się, kim on jest.

– Wiem…

Na schodach minęła się z Rossem. Ten tylko skinął głową, gdyż kiedyś zostali sobie oficjalnie przedstawieni. Starał się przejść obok w jak najbardziej naturalny sposób, ale… nic mu z tego nie wyszło.

– Witam, detektywie.

– Pani Goldwyn…

– Widzę, że mój mąż nie oszczędza najlepszych ludzi.

– Po prostu miałem ciężką noc. – Zdawał sobie sprawę z tego, że wygląda jak siedem nieszczęść.

– Raczej długą i niewygodną – ukąsiła.

Poczuł chłód jej spojrzenia. Od razu się domyślił, że dalsze wyczekiwanie pod domem Goldwynów nie ma sensu. Milczeniem i uśmiechem próbował wybrnąć z niezręcznej sytuacji, udając, że to wszystko wina nocnych igraszek z jakąś… wymagającą kobietą. Obydwoje jednak wiedzieli, iż prawda była zgoła inna.

– Przepraszam, mam…

– Spokojnie, detektywie, nie zatrzymuję pana. Na mnie też już czas.

* * *

Godzinę po wyjściu Susan kapitan odsłonił żaluzje. Przez cały ten czas w policyjnych bazach danych szukał informacji o partnerze córki. Niestety, podobnie jak żona, on również niczego nie znalazł, więc naburmuszony wyskoczył z biura. Zaczął miotać przekleństwami na prawo i lewo, a papiery niedokończonych spraw poleciały na podłogę. Ci, którzy tylko udawali zapracowanych, szybko dostali tyle roboty, że nie wiedzieli, w co ręce włożyć.

Widząc rozjuszonego Goldwyna, Ross wezwał Adamsa do siebie. Poprosił go, by ten potwierdził, że spotkali się ponad godzinę temu, gdzieś na dole. Za wszelką cenę chciał zminimalizować spóźnienie. Wtedy nieoczekiwanie kapitan wpadł do jego biura, zatrzasnął drzwi i warknął:

– Jesteś z siebie zadowolony? – Bez ostrzeżenia rzucił mu swój telefon. Niewiele brakowało, a Ross by go upuścił.

– O co chodzi?

– Poczytaj sobie!

/ I przestań wysyłać ludzi pod mój dom. Niech lepiej zajmą się sprawą, o której rozmawialiśmy, bo anuluję naszą umowę.

Adams również przeczytał wiadomość i parsknął śmiechem.

– Nie rozumiem… – bąknął Ross.

– Nie udawaj głupszego, niż jesteś.

– Ale skąd wie?!

– Mógłbym spytać o to samo! Mówiłem, że masz być ostrożny! – wykrzyczał Goldwyn, po czym zwrócił się do Adamsa: – A tobie co tak wesoło?

– Nic. Ja tylko… spotkałem go ponad godzinę temu.

Ross wybuchnął śmiechem.

– Dom wariatów… – skomentował kapitan, któremu również udzielił się dobry humor. Wkrótce wszyscy trzej śmiali się jak dzieci podczas niewinnej zabawy. – Dobra, dość tego! Posłuchajcie mnie uważnie…

Nieoczekiwanie ktoś zapukał.

– Panie kapitanie, zastępca szefa policji chce z panem rozmawiać. Podobno nie mógł się dodzwonić, więc przyszedł osobiście – zakomunikował ten sam funkcjonariusz, który wcześniej zameldował o wizycie żony Goldwyna.

– O Jezu… – mruknął kapitan, po czym westchnął ciężko.

– A ten, czego znowu chce? – zapytał cicho Adams.

– Góra przyszła do Mahometa – dorzucił Ross.

– Coś jest na rzeczy. Ostatnim razem pofatygował się tutaj, gdy zgarnęliśmy jego kuzyna. Pamiętacie? Facet był zamieszany w jakieś morderstwo.

– Sprawę umorzono.

– Owszem, i to całkiem szybko.

– Zajmijcie się czymś wreszcie, na litość boską! – zirytował się Goldwyn, wychodząc z biura. – Zgłosiłem cię do awansu, ale to raczej nie oznacza, że możesz sobie organizować tutaj prywatne herbatki.

– Szefie… – Ross rzucił Goldwynowi telefon, który został na biurku. – A co oznacza… Bo anulujemy naszą umowę?

– Nie twój zasrany interes!

Gdy kapitan wyszedł, Ross zbliżył się do oddzielającego biuro od reszty sali przeszklenia i wzrokiem odprowadził przełożonego prosto przed oblicze wiceszefa policji.

– McAleer zdecydowanie czegoś chce. Jeszcze nie widziałem, żeby ten sztywniak był dla kogoś taki miły. Widziałeś? Poklepał Goldwyna po ramieniu i się uśmiechnął.

– Może jego kuzyn znowu kogoś zabił – oznajmił Adams.

Rozbawiony uwagą Ross prychnął wesoło.

– Myślisz, że się dogadali?

– Kto?

– Goldwyn z żoną.

– Na to wygląda, ale mam wrażenie, że czegoś nam nie powiedział.

– No to jest nas dwóch. Rzeczywiście przyłapała cię na obserwacji domu?

– Nie… Nie wiem… Mam to gdzieś! Jeśli Goldwyn chce ją nakryć, jak pieprzy się z innym, to niech sam ślęczy pod jej oknem. Ja mam dość.

– Oho… Idą kłopoty.

Kapitan pospiesznie wyszedł ze swojego biura. Popatrzył wymownie w ich kierunku, więc Ross otworzył drzwi.

– Adams, do mnie! – wrzasnął Goldwyn. – A ty masz wolne! Weź dzień urlopu i zbierz się do kupy, bo wyglądasz jak…

– Gówno? – dopowiedział Ross.

– Żeby tylko!

– A urlop będzie płatny?

– A chcesz mieć jutro do czego wracać?!

– Tak myślałem…

– Rozumiem, że ja nie dostanę urlopu – wtrącił wesoło Adams, wychodząc z biura kolegi.

– Nie… Pora, żebyś i ty zapracował na swój awans.

ROZDZIAŁ 7

Zgodnie z przypuszczeniami detektywów, wizyta wiceszefa policji nie przyniosła niczego dobrego. Największym szczęściarzem okazał się Ross, który dostał dzień wolnego i szybko opuścił wydział. Adams z kolei został poproszony przez samego Bernarda McAleera, aby natychmiast przyjrzał się pewnej… delikatnej sprawie. Od razu więc pojechał na miejsce domniemanej zbrodni, gdzie przed kilkoma dniami, po zgłoszeniu przez jednego z lokatorów podupadającej kamienicy uciążliwych hałasów, w otwartym na oścież mieszkaniu policja znalazła krew.

Śledztwo przebiegło podręcznikowo. Sfotografowano każdy podejrzany kąt, zebrano dowody i pobrano próbki. Funkcjonariusze przepytali sąsiadów, a mieszkanie zapieczętowano żółtą taśmą. Wszystko toczyło się normalnym rytmem aż do chwili, gdy z laboratorium przyszły wyniki badania krwawych śladów znalezionych w zapyziałym mieszkaniu. Od tego momentu telefon McAleera był stale zajęty, a wszystkie jego spotkania zostały anulowane.

Okazało się, że w trakcie śledztwa zidentyfikowano DNA najstarszego syna wiceszefa policji – Erica McAleera. Już wcześniej był notowany, więc jego dane widniały w bazie. Co gorsza, zapuszczone mieszkanie nie należało do niego, a z właścicielem nie można było się skontaktować. Dozorca zaś nie mieszkał w tej kamienicy i niewiele go obchodziło, co tam się wydarzyło.

McAleer natychmiast utajnił dochodzenie, ale ktoś musiał przejąć niewygodną sprawę. Potrzebował detektywa, który zrobi wszystko, aby dobre imię wysokiego rangą funkcjonariusza policji nie zostało zszargane. Co więcej, Adams, podobnie jak Ross, miał obiecany awans. To z kolei jeszcze bardziej, a przynajmniej według McAleera, powinno go motywować do posłusznego wykonywania obowiązków.

Gdy Adams usłyszał, kogo dotyczy dochodzenie, już na wstępie pożegnał się ze stopniem porucznika. Dobrze wiedział, iż w tym śledztwie liczył się pożądany wynik, a nie rzetelne dążenie do prawdy. Problem w tym, że nigdy nie dopuściłby do sfabrykowania dowodów ani sfałszowania wyników dochodzenia. Tak więc jego awans zależał wyłącznie od zachowania Erica McAleera w ciągu kilku ostatnich dni.

* * *

Policyjny dodge charger zatrzymał się bezpośrednio przed wejściem do starego budynku. Połyskująca karoseria wozu wyraźnie kontrastowała z porysowanymi i pordzewiałymi gratami zaparkowanymi przy krawężniku.

Trafili do biednej dzielnicy, gdzie widok radiowozu nikogo nie dziwił.

Gdy Adams wysiadł, kierowca dał czekającym przy drzwiach policjantom cichy znak, że wszystko w porządku.

Sługusy McAleera pilnowały wejścia niczym dwa pitbulle. Zatrzymywali i legitymowali każdego, kto wchodził do środka. Do czasu zakończenia śledztwa żadna przypadkowa osoba nie miała prawa tam wejść, a mimo to policjanci nawet nie drgnęli, gdy niewysoki detektyw z teczką w ręku przeszedł między nimi.

Dobre pieski, pomyślał Adams.

– Trzecie piętro, mieszkanie numer dziewięć… – odezwał się niespodziewanie wyższy funkcjonariusz.

A jednak potrafią mówić… Adams skinął głową i wybrał schody. Wprawdzie winda była czynna, ale nie wyglądała zbyt zachęcająco.

Z krótkiej i niezbyt przyjemnej rozmowy odbytej w radiowozie z pupilkami McAleera Adams się dowiedział, że kamienica jest na liście budynków, które w przyszłym roku mają zostać wyburzone. Nowy plan zagospodarowania zakładał stworzenie w tym miejscu centrum handlowego. Nikogo więc nie dziwił stan rudery. Bezwzględni właściciele chcieli z niej wycisnąć, ile tylko się da, nie ponosząc już żadnych kosztów.

Musiał uważnie patrzeć pod nogi, żeby w coś nie wdepnąć. Odrapane ściany, wszechobecny zapach moczu i walające się po korytarzach śmieci… W ciemnym zaułku pierwszego piętra zauważył sylwetkę człowieka. Mężczyzna spał pod drzwiami, owinięty brudną szmatą. Nad nim wisiał nakaz eksmisji.

– Jezu… – Adams zachodził w głowę, co syn wiceszefa policji robił w takim miejscu.

Bliższa i dalsza rodzina McAleera posiadała dar popadania w kłopoty. Jeden z jego synów – Marcus – został zatrzymany za jazdę pod wpływem alkoholu, a kuzyn był zamieszany w morderstwo. Teraz przyszła kolej na Erica. Adams miał już okazję go spotkać. Wtedy Eric był jeszcze zwyczajnym nastolatkiem – włosy na żelu, podarte dżinsy i spojrzenie typu odwal się. Na pierwszy rzut oka nie różnił się od rówieśników i, jak każdy nastolatek, miał coś za uszami. Potem coraz częściej było słychać, że najstarszy syn wiceszefa policji postanowił kontynuować rodzinną tradycję. Poszedł w ślady ojca, jednak na dobrych intencjach się skończyło. Po pierwszym roku Eric zrezygnował z akademii. McAleer był wściekły. Tłumaczył odejście syna z uczelni jego kiepskim stanem zdrowia, ale wszyscy dobrze wiedzieli, że młody po prostu nie wytrzymał presji ze strony apodyktycznego ojca i na przekór jego oczekiwaniom postanowił obrać zupełnie inny kierunek. Obecnie studiował informatykę na uniwersytecie w Cleveland.

Po dotarciu na trzecie piętro Adams odszukał włącznik. W długim holu zapaliły się dwie z czterech żarówek, co uznał za całkiem niezły wynik. Jego celem było ostatnie mieszkanie po prawej. Już z daleka dostrzegł taśmy. Dotarłszy przed drzwi, zerwał zabezpieczenia i przy pomocy klucza, który otrzymał od samego McAleera, odblokował zamek.

Mieszkanie nie wyglądało lepiej niż reszta budynku. Gości witała poplamiona wykładzina. Do tego odrapane meble, naderwane tapety i niedziałająca lampa w przedpokoju. Szyby były tak brudne, że światło ledwie przez nie przechodziło. Co gorsza, w środku panował koszmarny zaduch, więc Adams musiał otworzyć okno, by móc jakoś pracować.

Gdy wyjrzał na zewnątrz, dostrzegł dwóch policjantów, którzy go tutaj przywieźli. Stali oparci o radiowóz i paląc papierosy, rozmawiali z kolegami przy wejściu. Gwizdami zaczepili jakąś lalunię, która bez skrępowania do nich podeszła. Nietrudno było odgadnąć profesję kobiety.

– Fajny masz mundur…

– Pod nim są jeszcze fajniejsze rzeczy.

– Pajace… – skomentował Adams.

Nie wiedział, od czego zacząć. Gdyby ktoś mu powiedział, że w każdym z tych pokoi popełniono jakąś zbrodnię, uwierzyłby na słowo. Aby łatwiej odnaleźć się w bałaganie, otworzył raport z przeszukania. Jak na tego typu miejsce, został sporządzony bardzo wnikliwie.

Z samego rana, zaraz po ujawnieniu wyników badania DNA, ponownie przysłano tutaj ekipę, która pobrała ponad sto pięćdziesiąt dodatkowych próbek płynów, włosów i włókien, a także zabezpieczyła sześćdziesiąt trzy przedmioty mogące coś wnieść do sprawy. Lista wydawała się nie mieć końca, choć z drugiej strony, gdyby technicy spędzili w tej melinie kolejne cztery godziny, z pewnością znaleźliby znacznie więcej interesujących śladów.

Według zeznań zgłaszającego podejrzaną sytuację, drzwi do mieszkania były otwarte. Mężczyzna wszedł do środka, ale nikogo nie zastał. Sprawdzając kolejne pokoje, w sypialni natknął się na ślady krwi, więc bezzwłocznie wezwał policję. A przynajmniej tak zeznał.

Będąc jeszcze w wydziale, Adams bardzo pobieżnie zapoznał się z materiałem dowodowym. Nie miał na to wiele czasu, ponieważ McAleer nalegał, aby jak najszybciej pojechał na miejsce domniemanej zbrodni. Śledczy odwalili już brudną robotę i przesłuchali potencjalnych świadków, z sąsiadem na czele, więc Adams nie do końca wiedział, czego ma tutaj szukać. Znacznie bardziej wolałby się zagłębić w wyniki analiz, które wciąż spływały z laboratorium.

Doskonale rozumiał, dlaczego wybrano akurat jego. Prosząc Goldwyna o najlepszego człowieka, który szybko i rzetelnie rozwiąże sprawę, McAleer zapewnił sobie bardzo solidne alibi. Gdyby jego syn okazał się niewinny, nikt nie zarzuciłby mu stronniczości. W przeciwnym razie odciąłby się od wszystkiego, twierdząc, że przydzielił do śledztwa najskuteczniejszego detektywa.

Adams wszedł do sypialni, gdzie spodziewał się znaleźć rzekome ślady krwi. Okno było zasłonięte, więc zapalił światło. Energooszczędna żarówka ledwie rozbłysła i trochę potrwało, zanim zrobiło się wystarczająco jasno.

Zdjęć przedstawiających krwawe ślady było ponad dwadzieścia, ale szybko się okazało, że obrazowały one zaledwie trzy leżące blisko siebie miejsca.

– Ktoś naprawdę się postarał… – bąknął Adams.

Początkowo uwagę skupił na nocnym stoliku, gdzie znajdował się spory rozbryzg. Wyglądało na to, że ofiara, podnosząc się z łóżka, dostała w głowę. Cios musiał być mocny, ponieważ na żółtym abażurze nocnej lampki, a także na ścianie znalazło się sporo czerwonych punktów. Kolejne elementy układanki widniały na podłodze – kilkanaście kropel krwi otaczało dużą plamę i rozmazany ślad długości buta dorosłego człowieka.

Prawdopodobnie poszkodowany oberwał w głowę, po czym upadł. Mógł próbować wstać albo ktoś go podniósł i przeciągnął. Wszystko wskazywało na to, że krew należy do jednej osoby. Według wstępnych wyników badań był nią Eric McAleer, który prawdopodobnie jako jedyny ucierpiał w tym mieszkaniu.

Adams ponownie przyjrzał się zrobionym podczas oględzin miejsca zbrodni zdjęciom. Szukał na nich ważnego elementu – pościeli, której nie dopatrzył się na liście skatalogowanych dowodów.

Podczas przeglądania fotografii zaintrygowało go coś jeszcze – natrafił na zdjęcie zrobione z kąta sypialni. Obejmowało ono niemalże całe pomieszczenie. Na podłodze Adams dostrzegł ledwie widoczny, duży prostokąt, nieco jaśniejszy od samej podłogi. Wyglądało na to, że całkiem niedawno ktoś zabrał sprzed łóżka długi dywanik.

Już wiedział, jak prawdopodobnie wyniesiono ciało. Najpierw owinięto je tym, co było na łóżku, a później dodatkowo zapakowano w dywan. Co więcej, morderca musiał zabrać ze sobą zawiniątko, gdyż oględziny okolicznych śmietników niczego nie wniosły.

Gdy Adams stał w bezruchu, analizując zdjęcia, nagle poczuł, jak coś skrobie go po bucie. Spuściwszy wzrok, dostrzegł olbrzymiego karalucha próbującego się dobrać do impregnowanej skóry. Potrząsnął nogą i przestraszony insekt uciekł pod szafkę.

Jak ci ludzie mogą tutaj mieszkać, nie mówiąc już o… innych sprawach, zastanawiał się. Nieoczekiwanie na parapecie zauważył kolejnego lokatora. Owad wyglądał jak konik polny. Siedział nieruchomo i wpatrywał się w gościa.

– Cholerne insektarium… – Dosłownie bał się ruszyć, żeby nie nadepnąć jakiegoś stworzenia. Zawsze brzydził go chrzęst zgniatanego owadziego pancerzyka. Z tego też powodu powoli wycofał się do przedpokoju.

Podczas służby bywał już w gorszych melinach, widział dużo bardziej przerażające rzeczy, ale ten obraz nędzy i rozpaczy jakoś szczególnie napawał go obrzydzeniem. Mimo iż bardzo się starał, nie potrafił umieścić Erica McAleera w takim otoczeniu. Wyobrażał sobie, jak musiało wyglądać wnętrze domu wiceszefa policji, gdzie wychowywał synów na swoje podobieństwo – idealnie czysta przestrzeń będąca całkowitym przeciwieństwem tego mieszkania. Tymczasem DNA Erica znaleziono w miejscu, w którym jedynymi gośćmi powinni być pracownicy ekipy od deratyzacji albo brygady rozbiórkowej.

Adams nie miał zamiaru przebywać tutaj ani sekundy dłużej, niż to było konieczne. Uznał, że wystarczająco zapoznał się z miejscem zbrodni i powtórzył podstawy entomologii. Nadeszła pora na pracę z dowodami.

Gdy minął strażników, którym McAleer wsadził kij w tyłek i zapomniał wyjąć, oficerowie przy radiowozie zadeptali niedopałki.

– I jak? – zapytał kierowca, wsiadając. – Znalazł pan coś, detektywie?

– Nic tu po mnie, możemy wracać. Wasi ludzie odwalili kawał dobrej roboty. Wszystko, czego potrzebuję, jest w laboratorium albo w pudłach z dowodami. Mam tylko jedno pytanie…

– Tak?

– McAleer kazał wam mnie tylko wozić, czy dodatkowo pilnować?

Kierowca zerknął w lusterko.

– Mamy po prostu pomóc panu rozwiązać tę sprawę – odpowiedział spokojnie, niemalże lekceważąco siedzący na miejscu pasażera policjant. Na dodatek się odwrócił i spojrzał wymownie na sfrustrowanego detektywa, aby ukryte przesłanie na pewno do niego dotarło.

Adams pokręcił głową, po czym uśmiechnął się ironicznie – doskonale zrozumiał przekaz. Po raz ostatni zerknął na kamienicę, do której miał nadzieję już nie wracać. Widząc wyglądającą z okna kobietę, dopytał jeszcze:

– A jak sprawa z panienką? Umówiliście się?

Kierowca obrzucił go lodowatym spojrzeniem.

– Siksa chciała sobie dorobić – wyjaśnił drugi funkcjonariusz. – Dziwka pewnie potrzebowała na prochy. Tutaj wszyscy ćpają albo dają dupy.

Wtedy coś tknęło Adamsa. Otworzył teczkę i szybko przewertował kilka kartek – odszukał stronę opisującą zebrane dowody. Po chwili wrócił do początku dokumentacji. Nagle wszystko stało się dla niego jasne.

ROZDZIAŁ 8

Po telefonie od Adamsa, który poprosił o natychmiastowe spotkanie, Goldwyn siedział jak na szpilkach. Gdy zobaczył detektywa przed swoim biurem, w ciągu minuty zakończył towarzyską rozmowę z radnym i zaprosił podwładnego do środka.

Mijając się z mężczyzną w drogim garniturze, Adams obojętnie skinął głową, po czym przymknął drzwi.

– Powiesz mi, co tym razem ma się nie znaleźć w moim raporcie, czy sam mam zgadywać? – zapytał ostro.

– O co ci chodzi?!

– Od początku wiedziałeś, że śledztwo dotyczące młodego McAleera to pic na wodę. Eric nikogo nie zabił. Co najwyżej to jego ktoś kropnął. Założę się o każde pieniądze, że wyniki badań potwierdzą moje słowa.

– Nie rozumiem więc, w czym problem.

– To zapytaj tego dupka, który od początku wciska nam kit.

– Dowiem się, co znalazłeś?

– Powiedz mi, po jaką cholerę syn McAleera miałby się pokazywać w takiej dzielnicy. Szczury stamtąd uciekają! Spójrz na te zdjęcia…

– Widziałem już krew.

– Nie o nią mi chodzi. Nie sądzisz, że na łóżku powinna być pościel?

– Mogli go nią owinąć i w ten sposób wynieść ciało.

– Na początku też tak założyłem, ale potem pomyślałem, że to wszystko nie ma sensu. Zrozumiałbym, gdyby wzięli tylko prześcieradło. Ale po cholerę brali kołdrę?! Nie wspominając już o dywaniku… – Adams postukał w fotografię ukazującą pustą przestrzeń przed łóżkiem.

– No więc…

– Pościel tam była. To chłopcy McAleera ją zabrali, podobnie jak parę innych rzeczy. Sprawdziłem faceta wynajmującego mieszkanie. Oczywiście jego kartoteka okazała się czysta, ale nie dlatego, że gość jest bez skazy. Ktoś zadbał o to, aby tak wyglądał.

– Skąd wiesz?

– Bo zadzwoniłem do Rossa, a on zadzwonił do swojego informatora z tamtego rejonu. Wynajmujący mieszkanie to zwykły diler. Wprawdzie płotka, ale miał dostęp do wszystkiego, na co akurat był popyt.

– Do czego zmierzasz?

– Sąsiad słyszał awanturę… Gówno prawda! Przejrzałem jego zeznania. Słyszał jakiś trzask i głośne jęki.

Gdy Goldwyn zrozumiał, zapadł się w fotelu.

– O ja pierdolę…

– McAleer odciął syna od domowych funduszy za to, że ten zrezygnował z akademii. Młody się zbuntował i zaczął ćpać, a gdy wyczerpał świnkę skarbonkę, dawał dupy za działkę. Dlatego na zdjęciach nie było pościeli.

– Chryste Panie… – Goldwyn potarł strapione czoło.

– Pieski McAleera usunęły niewygodne dowody. Nie zdziwiłbym się, gdyby to on sam przywalił Ericowi i jego kochankowi w łeb, po czym obydwu wywiózł w siną dal albo zakopał w szczerym polu. – Adams wstał. – Jak będziesz z nim o tym rozmawiał, to powiedz, że chcę dostać pełną listę dowodów, bo tą, którą mi dostarczył, może się podetrzeć w kiblu!

ROZDZIAŁ 9

Bar na rogu Szóstej oraz St. Claire świecił pustkami. Zbliżała się godzina zamknięcia i jedyna kelnerka uwijała się jak w ukropie. Zasada była prosta: nie mogła opuścić lokalu, dopóki wszystko nie zostało przygotowane na następny dzień pracy. Gdy więc na sam koniec weszli dwaj klienci, zaklęła pod nosem. Na domiar złego, usiedli przy stoliku, który przed chwilą wytarła. Ze złością rzuciła ścierkę na oparcie krzesła i sięgnęła po notes.

– Co podać? – zapytała szorstko.

– Dwie kawy… – bąknął zmęczony życiem pięćdziesięciolatek.

W tym czasie jego młodszy kompan przyglądał się długim nogom dziewczyny. Obstawiał, że ma najwyżej dwadzieścia lat. W sam raz, pomyślał. Buźka też niczego sobie. Lubił brunetki, zwłaszcza długowłose, o nietuzinkowej urodzie. Kelnerka do złudzenia przypominała starające się o swoje pięć minut w konkursach piękności południowoamerykańskie laleczki, więc idealnie wpasowywała się w jego gust. Na dodatek czarna, obcisła bluzka powabnie eksponowała kształtne piersi.

– Coś jeszcze? – Nieco spokorniała, gdy u jednego z mężczyzn zauważyła odznakę oraz broń.

– To wszystko.

Wróciła do baru. O tej porze właściciel był na zapleczu – liczył utarg. Musiała więc radzić sobie sama.

Szybko podała kawę i oznajmiła oschle:

– Za dziesięć minut zamykamy.

– W porządku…

– Może przysiądziesz się do nas? – zaproponował młody policjant.

Starszy oficer skarcił kolegę wzrokiem.

Po tonie głosu i sposobie wypowiedzi poznała, że młodzik miał ochotę nie tylko na rozmowę. Z pewnością chętnie podwiózłby ją też do domu, gdyby tylko się zgodziła.

– Dzięki, ale mam jeszcze sporo pracy – rzuciła obojętnie, po czym wróciła do sprzątania stolików. Przywykła do tego typu zaczepek i wiedziała, jak na nie reagować. Wprawdzie lubiła pewnych siebie, lecz stroniła od facetów w mundurach, a młody policjant nie był w jej typie. Poza tym spotykała się z kimś, więc nie było o czym mówić. Natręt jeszcze dwukrotnie puścił do niej oczko, lecz całkowicie go zignorowała. Bardzo chciała, żeby już sobie poszli.

* * *

Policjanci opuścili bar dwie minuty po jedenastej.

– Mogło być gorzej… – mruknęła kelnerka i dokończyła sprzątanie.

Nie minął kwadrans, a stała już przed budynkiem. Pożegnała się z właścicielem i poszła na oddalony od baru o dwie przecznice przystanek. Gdy skręciła za róg, stanęła jak wryta. Kilka kroków dalej czekali na nią, oparci o radiowóz, dwaj znajomi policjanci. Miała wrażenie, że doskonale wiedzieli, którędy będzie wracać do domu.

– Zoe Goldwyn?

– Dobrze wiecie, kim jestem.

Nie zaskoczył ich odważny ton młodej kobiety.

– Jeżeli przysłał was mój ojciec, to…

– Kapitan Goldwyn nie ma z tym nic wspólnego – odezwał się starszy funkcjonariusz. – Pracujemy w innym wydziale i prowadzimy śledztwo w sprawie handlu narkotykami.

– Chyba nie macie mnie za dilera?

– Zna pani Roya Rayburna?

– Nie – wypaliła natychmiast. Trochę za szybko, by jej uwierzyli.

– Nie zna go pani?

– Przecież powiedziałam, że nie!

– I nigdy nie była pani w jego mieszkaniu przy Sprecher Ave.?

– Ile razy mam powtarzać, że go nie znam… Nie wiem nawet, gdzie jest ta ulica. Macie coś jeszcze, bo spieszę się na autobus.

– Tylko to… – Starszy oficer podał jej zwiniętą kartkę.

– Co to?

– Wyniki badania próbki z miejsca zbrodni.

– Nie wiedziałam, że mam podwyższony cholesterol.

Młody policjant parsknął śmiechem. Starszy zachował kamienną twarz.

– To badanie DNA potwierdza, że była pani u Roya Rayburna. Pani włos jakimś cudem znalazł się na wykładzinie w jego mieszkaniu. Wyjaśni nam pani, co tam robił, czy mamy panią aresztować i na resztę pytań odpowie pani w sali przesłuchań?

– Jeszcze raz wam powtarzam, że nie znam tego człowieka! Skąd w ogóle mieliście próbkę mojego DNA do porównania?! Dajcie mi święty spokój! – Ominęła ich i szybkim krokiem poszła przed siebie.

– Panno Goldwyn, proszę się zatrzymać!

Nie miała zamiaru. Zaczęła biec. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z faktu, że ucieka przed policją. Niestety, skręciła w ślepą uliczkę. Policjanci mogli łatwo odciąć jej drogę, toteż rozpaczliwie zaczęła szukać jakiegoś rozwiązania. Dopadła odrapanych drzwi, lecz były zamknięte. Ostatecznie przykucnęła za dużym metalowym kontenerem. Było ciemno, więc miała nadzieję, że jej nie wypatrzą.

* * *

– Widziałeś ją?!

– Chyba skręciła tutaj!

Młody policjant wbiegł w ślepą uliczkę.

– Sprawdź to, ja wracam po wóz!

– Dobra! – Funkcjonariusz wyciągnął broń. Kobieta nie wyglądała na uzbrojoną, ale wolał dmuchać na zimne. – Panno Goldwyn?! Proszę wyjść z rękami w górze i nie komplikować sytuacji! Chcemy tylko porozmawiać! – Ostrożnie stawiał kolejne kroki. Najpierw sprawdził odrapane z farby drzwi, a gdy te okazały się zamknięte, ruszył w kierunku ledwie widocznego śmietnika. Zbliżywszy się do końca długiego kontenera, wstrzymał oddech i ostrożnie się wychylił. Na szczęście nikt się tam nie czaił.

Dalej znajdowała się już tylko trzymetrowej wysokości siatka. Ta część uliczki była nieoświetlona, więc przy pomocy latarki sprawdził każdy kąt. Już chciał wrócić na główną ulicę, gdy nagle usłyszał brzęk tłukącego się szkła. Zajrzał do kontenera, ale ten był niemalże pusty.