Wydawca: Ya! Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Testy - Joelle Charbonneau

Testy, które, zmieniają na zawsze twoje życie.

Nigdy wcześniej nie trzymałeś tak mocno kciuków za bohatera powieści.

Powieść, która pokazuje naturę naszego świata.

I tom z trylogii „The Testing”.

Osiemnaście Kolonii stworzonych po nuklearnej apokalipsie Seven Stage War to rzeczywistość, w której młodzi ludzie przechodzą Testy, aby trafić na elitarny uniwersytet. Kształci on naukowo-polityczną elitę społeczeństwa. Stawką w zmaganiach jest życie lub śmierć.

Autorka na tle fabuły zarysowała tragiczną i fascynującą zarazem historię ludzkości. Stworzenie nowego świata, głębia psychologiczna bohaterów, okrucieństwo i brak złudzeń to najważniejsze cechy tej trylogii.

Joelle Charboneau - pisarka i śpiewaczka operowa. Występowała na scenach w Chicago. Autorka bestsellerowej trylogii „The Testing”.

Opinie o ebooku Testy - Joelle Charbonneau

Fragment ebooka Testy - Joelle Charbonneau

Jo­el­le Char­bon­ne­au

TE­STY

przełożył Ja­nusz Maćczak

Tytuł ory­gi­nału: The Te­sting

Co­py­ri­ght © 2013 by Jo­el­le Char­bon­ne­au

Pu­bli­shed by spe­cial ar­ran­ge­ment with Ho­ugh­ton Mif­flin Har­co­urt Pu­bli­shing Com­pa­ny. All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ja­nusz Maćczak, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla Sta­cii Dec­ker z wdzięczności za bar­dzo wie­le

1

Dziś miała się odbyć uro­czy­stość roz­da­nia świa­dectw szkoły śred­niej.

Le­d­wie mogłam ustać w miej­scu, gdy mat­ka wygładzała moją odświętną czer­woną tu­nikę i od­gar­niała mi za ucho ko­smyk ja­snobrązo­wych włosów. W końcu odwróciła mnie i spoj­rzałam w lu­strzaną taflę na ścia­nie na­sze­go sa­lo­nu. Czer­wień. Noszę się na czer­wono. Ko­niec z różowy­mi ubio­ra­mi. Stałam się do­rosła. Uj­rze­nie do­wo­du na to przy­pra­wiło mnie o roz­kosz­ny dreszcz.

– Je­steś go­to­wa, Cia? – za­py­tała mat­ka.

Ona też była ubra­na na czer­wo­no, cho­ciaż jej długa suk­nia z cien­kie­go ni­czym pajęczy­na ma­te­riału spływała fałdami aż do podłogi. W porówna­niu z jej stro­jem moja su­kien­ka bez rękawów i skórza­ne bot­ki wyglądały dzie­cin­nie, lecz to mi nie prze­szka­dzało. Miałam jesz­cze czas, żeby przy­wyknąć do sta­tu­su do­rosłej. W wie­ku szes­na­stu lat byłam na to za młoda – najmłod­sza w kla­sie.

Rzu­ciłam ostat­nie spoj­rze­nie na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Miałam na­dzieję, że dzi­siaj nie zakończę edu­ka­cji, ale to nie zależało ode mnie. Mogłam je­dy­nie ma­rzyć o tym, że moje na­zwi­sko zo­sta­nie wy­mie­nio­ne pośród na­zwisk osób za­kwa­li­fi­ko­wa­nych do Testów. Przełknęłam ner­wo­wo ślinę i skinęłam głową.

– Chodźmy – po­wie­działam.

Ce­re­mo­nia roz­da­nia świa­dectw od­by­wała się na ryn­ku ko­lo­nii wśród stra­ganów pełnych pie­czy­wa i świeżego mle­ka, gdyż bu­dy­nek szkoły był za mały, by po­mieścić wszyst­kich uczest­ników. W uro­czy­stości roz­da­nia świa­dectw brała udział cała ko­lo­nia, po­nie­waż każdy miesz­ka­niec był spo­krew­nio­ny co naj­mniej z jed­nym uczniem wkra­czającym w do­rosłość lub pro­mo­wa­nym do następnej kla­sy. W tym roku w Ko­lo­nii Pięciu Je­zior szkołę kończyła naj­licz­niej­sza kla­sa: ośmiu chłopców i sześć dziewcząt. Sta­no­wiło to wi­domą oznakę roz­kwi­tu ko­lo­nii.

Oj­ciec i czte­rej bra­cia odzia­ni w odświętną pur­purę cze­ka­li na nas przed do­mem. Mój naj­star­szy brat Zeen z uśmie­chem zmierz­wił mi włosy.

– Je­steś go­to­wa zakończyć szkołę, wkro­czyć w praw­dzi­wy świat i dołączyć do resz­ty nas, flej­tuchów?

Mat­ka zmarsz­czyła brwi, a ja się roześmiałam.

Zeen i po­zo­sta­li bra­cia sta­now­czo nie są flej­tu­cha­mi. W isto­cie wprost nie mogą opędzić się od dziew­czyn. Cho­ciaż nie stro­nią od flirtów, żaden z nich nie ma ocho­ty na trwały związek. O wie­le bar­dziej niż założenie ro­dzi­ny in­te­re­su­je ich wy­ho­do­wa­nie ko­lej­nej hy­bry­do­wej od­mia­ny po­mi­dorów. Najbar­dziej fa­scy­nu­je to Ze­ena. Jest wy­so­ki, ja­snowłosy – i nad­zwy­czaj by­stry. Jed­nak nig­dy nie wy­bra­no go do Testów. Myśl o tym psuła mi radość z dzi­siej­sze­go dnia. Być może to pierw­sza za­sa­da, której na­uczę się jako do­rosła – że nie za­wsze możemy do­stać to, cze­go chce­my. Zeen niewątpli­wie pragnął pójść w ślady taty i kon­ty­nu­ować naukę na Uni­wer­sy­te­cie. Z pew­nością wie­dział, co ja te­raz czułam. Przez chwilę pożałowałam, że nie mogę z nim po­roz­ma­wiać, za­py­tać go, jak po­ra­dził so­bie z roz­cza­ro­wa­niem, które naj­praw­do­po­dob­niej cze­kało te­raz również mnie. Na­sza ko­lo­nia będzie miała szczęście, jeśli choćby je­den uczeń zo­sta­nie wy­bra­ny do Testów. Minęło dzie­sięć lat, odkąd za­kwa­li­fi­ko­wa­no do nich ab­sol­wen­ta z Pięciu Je­zior. W szko­le uczyłam się do­brze, ale byli lep­si ode mnie. O wie­le lep­si. Jaką więc mam szansę?

Od­po­wie­działam z wy­mu­szo­nym uśmie­chem:

– Ja­sne, że tak. Nie mogę po­zo­stać w szko­le, jeśli za­mie­rzam opuścić ko­lo­nię, za­nim wy wszy­scy się ożeni­cie.

Hart i Win się za­czer­wie­ni­li. Są ode mnie star­si o dwa lata, lecz na samą myśl o rand­kach i małżeństwie wpa­dają w popłoch. Chętnie pra­cują ra­zem w szkółce ogrod­ni­czej, upra­wiając ga­tun­ki kwiatów i drzew stwo­rzo­ne przez tatę tak, aby mogły rosnąć na skażonej, jałowej zie­mi na obrzeżach ko­lo­nii.

– Nikt nie osiągnie wie­le, jeśli za­raz nie wy­ru­szy­my – rzekła ostro mat­ka i pierw­sza poszła ścieżką.

Moi bra­cia i oj­ciec po­spie­szy­li za nią. Mat­ka za­mar­twiała się bra­kiem per­spek­tyw na ożenki Ze­ena i Ha­mi­na.

Z po­wo­du pra­cy taty miesz­ka­my znacz­nie da­lej od cen­trum ko­lo­nii niż większość jej oby­wa­te­li. Bra­cia i oj­ciec spra­wi­li, że zie­mia wokół na­sze­go nie­wiel­kie­go dom­ku za­zie­le­niła się od roślin i drzew, ale już sto metrów od fron­to­wych drzwi grunt jest spękany i su­chy. Rośnie tam je­dy­nie rzad­ka tra­wa i kil­ka ra­chi­tycz­nych drze­wek. Tata po­wie­dział mi, że zie­mia na zachód od nas jest o wie­le gor­sza i dla­te­go nasi przywódcy po­sta­no­wi­li założyć Ko­lo­nię Pięciu Je­zior tu­taj.

Za­zwy­czaj jeżdżę do mia­sta ro­we­rem. Paru oby­wa­te­li ma sa­mo­cho­dy, ale pa­li­wo czy ogni­wa słonecz­ne – na tyle duże, aby je napędzały – są zbyt cen­ne, by używać ich na co dzień. Dzi­siaj jed­nak wraz z moją ro­dziną prze­szliśmy pie­szo pra­wie osiem ki­lo­metrów do pla­cu zgro­ma­dzeń ko­lo­nii.

Plac to w isto­cie niewłaściwe określe­nie, jed­nakże się nim po-sługu­je­my. To miej­sce nie ma re­gu­lar­ne­go kształtu – przy­po­mi­na ra­czej żółwia z owal­nym cen­trum i kil­ko­ma wy­pust­ka­mi po bo­kach. Pośrod­ku znaj­du­je się fon­tan­na roz­py­lająca w po­wie­trzu mi­go­tliwą mgiełkę przej­rzy­stej wody. Ta fon­tan­na to luk­sus, gdyż nie za­wsze łatwo przy­cho­dzi nam zdo­by­wa­nie czy­stej wody. Po­zwa­la­my so­bie jed­nak na owo piękne mar­no­traw­stwo na cześć człowie­ka, który po Siódmej Fa­zie Woj­ny od­krył sposób na usu­wa­nie za­nie­czysz­czeń z je­zior i stawów. Trud­niej oczyścić to, co po­zo­stało z oce­anów.

W miarę jak zbliżaliśmy się do cen­trum ko­lo­nii, zie­mia sta­wała się zie­leńsza, roz­brzmie­wał śpiew ptaków. Po dro­dze mama nie­wie­le się od­zy­wała. Zeen dro­czył się z nią, że ona nie chce, abym do­rosła, lecz myślę, że nie o to cho­dziło.

A może jed­nak o to.

Mama i ja świet­nie się ze sobą do­ga­dy­wałyśmy, jed­nak od paru lat wy­da­wała się zdy­stan­so­wa­na. Mniej chętnie po­ma­gała mi w od­ra­bia­niu lek­cji, mniej in­te­re­so­wała się ożenie­niem chłopców i rza­dziej roz­pra­wiała o tym, gdzie odbędę prak­tykę za­wo­dową po ukończe­niu szkoły. Nie życzyła so­bie żad­nych dys­ku­sji o za­kwa­li­fi­ko­wa­niu mnie do Testów. Tak więc z nią roz­ma­wiałam co­raz rza­dziej, za to co­raz częściej z oj­cem. Nie zmie­niał te­ma­tu, kie­dy mówiłam, że chcę kon­ty­nu­ować naukę, cho­ciaż nie zachęcał mnie do tego. Chy­ba nie chciał, żebym przeżyła roz­cza­ro­wa­nie.

Słońce paliło i pot ście­kał mi po ple­cach, gdy wcho­dzi­liśmy na ostat­nie wzgórze. Gdzieś nie­da­le­ko roz­brzmie­wała mu­zy­ka i śmie­chy. Usłyszaw­szy te odgłosy, przy­spie­szyłam kro­ku. Tuż przed do­tar­ciem na szczyt tata objął mnie ra­mie­niem i po­pro­sił, żebym za­cze­kała chwilę, pod­czas gdy po­zo­sta­li po­szli da­lej. Udzie­liło mi się pod­nie­ce­nie lu­dzi zgro­ma­dzo­nych za wzgórzem, ale opa­no­wałam się i spy­tałam:

– Czy coś się stało?

Oj­ciec się uśmiechnął, lecz w oczach miał mrok.

– Nic złego – od­parł. – Chciałem po pro­stu pobyć przez mo­ment z moją córeczką, za­nim się za­cznie całe to sza­leństwo. W chwi­li gdy prze­kro­czy­my wzgórze, wszyst­ko się zmie­ni.

– Wiem.

– De­ner­wu­jesz się?

– Tak jak­by – od­po­wie­działam. Kłębiły się we mnie eks­cy­ta­cja, lęk i inne emo­cje, toteż trud­no było mi się zo­rien­to­wać, co właści­wie czuję. – Dziw­nie jest nie wie­dzieć, co będę robiła, kie­dy wstanę ju­tro rano.

Większość mo­ich ko­legów i koleżanek z kla­sy już podjęła de­cy­zje co do swo­jej przyszłości. Wie­dzie­li, gdzie odbędą prak­ty­ki albo czy prze­niosą się do in­nej ko­lo­nii w po­szu­ki­wa­niu pra­cy. Kil­ko­ro wie­działo już na­wet, kogo poślubią. Ja ni­cze­go ta­kie­go jesz­cze nie po­sta­no­wiłam, cho­ciaż oj­ciec oznaj­mił mi ja­sno, że jeśli ze­chcę, mogę pra­co­wać z nim i mo­imi braćmi. Jed­nak ta per­spek­ty­wa mnie nie pociągała, po­nie­waż nie mam żad­nych uzdol­nień po­trzeb­nych do pra­cy przy upra­wie roślin. Kie­dy ostat­nio po­ma­gałam ojcu, omal nie znisz­czyłam sa­dzon­ki słonecz­ni­ka, na której wy­ho­do­wa­nie poświęcił kil­ka mie­sięcy. Umiem na­pra­wiać urządze­nia me­cha­nicz­ne, na­to­miast dla roślin je­stem śmier­tel­nie nie­bez­piecz­na.

– Wsta­niesz ju­tro rano i sta­wisz czoło temu, co się wy­da­rzy. Będę z cie­bie dum­ny, nie­za­leżnie od tego, co przy­nie­sie dzi­siej­szy dzień.

– Na­wet jeśli nie przyjmą mnie do Testów?

– Zwłasz­cza wte­dy – od­rzekł z uśmie­chem i przy­jaźnie szturchnął mnie w brzuch.

Kie­dy byłam mała, za­wsze wywoływało to u mnie wy­bu­chy śmie­chu. Na­wet dziś spra­wiło, że się uśmiechnęłam. Miło wie­dzieć, że pew­ne rze­czy nig­dy się nie zmie­niają, cho­ciaż wątpiłam w szcze­rość żar­to­bli­wej de­kla­ra­cji ojca.

W swo­im cza­sie tata po szko­le śred­niej wstąpił na Uni­wer­sy­tet. Tam na­uczył się ge­ne­tycz­ne­go mo­dy­fi­ko­wa­nia roślin i drzew, tak aby mogły prze­trwać w znisz­czo­nej, jałowej gle­bie. Nie mówił wie­le o stu­diach ani o ko­lo­nii, w której do­ra­stał – przy­pusz­czal­nie dla­te­go, by swo­im suk­ce­sem nie wy­wie­rać na nas pre­sji. W moim przy­pad­ku to mu się jed­nak nie uda­wało.

– Myślisz, że mnie nie przyjmą – po­wie­działam.

Oj­ciec się za­chmu­rzył.

– Myślę, że je­steś by­strzej­sza, niż sądzisz. Nig­dy nie wia­do­mo, kogo ani dla­cze­go wy­bie­ra ko­mi­sja kwa­li­fi­ka­cyj­na. Z mo­jej kla­sy wy­se­lek­cjo­no­wa­no nas pięcio­ro i pod­da­no Te­stom. Po­zo­stała czwórka w szko­le za­wsze ra­dziła so­bie le­piej ode mnie, lecz tyl­ko ja do­stałem się na Uni­wer­sy­tet. Wy­ni­ki Testów nie za­wsze są spra­wie­dli­we i traf­ne.

– Ale nie żałujesz, że stu­dio­wałeś. Spójrz, ja­kich wspa­niałych rze­czy dzięki temu co­dzien­nie do­ko­nu­jesz.

Drze­wo w po­bliżu nas było ob­sy­pa­ne kwie­ciem zwia­stującym ob­fi­tość jabłek za kil­ka mie­sięcy. Krze­wy dzi­kich jeżyn rosły obok sto­kro­tek i in­nych kwiatów, których nazw nig­dy się nie na­uczyłam, ale wie­działam, że tata przy­czy­nił się do ich stwo­rze­nia. Kie­dy byłam mała, wszyst­kie te rośliny nie ist­niały – a przy­najm­niej nie ich zdro­we od­mia­ny, obec­nie po­ra­stające wzgórza. Na­wet te­raz pamiętałam z dzie­ciństwa bo­lesną pustkę w brzu­chu, gdy kładłam się spać głodna. Bra­ko­wało żywności w cza­sach, kie­dy tata pra­co­wał wraz z far­me­ra­mi nad uprawą tych roślin. I udało się im. Obec­nie w Ko­lo­nii Pięciu Je­zior sta­ra­my się ni­cze­go nie mar­no­wać, ale dzięki mo­je­mu ojcu głód prze­stał już być naszą główną troską.

– Nie mogę żałować cze­goś, na co nie miałem wpływu – od­parł. Wpa­trzył się nie­obec­nym wzro­kiem w dal, a wokół nas ćwier­kały pta­ki. W końcu się uśmiechnął, choć w jego oczach po­zo­stał cień wywołany ja­ki­miś wspo­mnie­nia­mi, które do nie­go powróciły. – Poza tym, gdy­bym nie wstąpił na Uni­wer­sy­tet, nie prze­pro­wa­dziłbym się tu­taj i nie po­znałbym two­jej mat­ki. I jak wówczas wyglądałoby moje życie?

– Praw­do­po­dob­nie miesz­kałbyś w domu ro­dziców, a two­ja mat­ka mar­twiłaby się, że nie myślisz poważnie o swo­jej przyszłości.

Z jego oczu zniknął mrok i za­mi­go­tał w nich wesoły błysk. Oj­ciec czu­le zmierz­wił mi włosy.

– To wy­da­je się lo­sem gor­szym od śmier­ci – rzekł. Tak ma­wia mama, ile­kroć na­po­mi­na Ze­ena, że życie prze­cie­ka mu przez pal­ce. – Chodź. Two­ja mat­ka wznie­ci alarm, jeśli nie ru­szy­my da­lej. Chcę tyl­ko, żebyś pamiętała o jed­nym – wierzę w cie­bie, nie­za­leżnie od tego, co się sta­nie.

Ramię w ramię prze­by­liśmy wzgórze i dołączy­liśmy do świętujących. Uśmie­chałam się, lecz w głębi du­szy tra­piło mnie, że tata za­wsze po­dej­rze­wał, iż nie dorównam jego osiągnięciom. I że go roz­cza­ruję – bez względu na wszyst­ko.

Po­nie­waż Ko­lo­nia Pięciu Je­zior roz­ciąga się na ob­sza­rze wie­lu ki­lo­metrów, tyl­ko raz w roku nada­rza się oka­zja, by jej miesz­kańcy zgro­ma­dzi­li się ra­zem. Co jakiś czas zbie­ra­my się wszy­scy, kie­dy od przywódców na­sze­go kra­ju nad­cho­dzi jakaś wia­do­mość, którą trze­ba prze­ka­zać każdemu – lecz to zda­rza się rzad­ko. Na­sza licząca za­le­d­wie nie­co po­nad dzie­więciu­set miesz­kańców ko­lo­nia jest jedną z naj­mniej­szych i położonych naj­da­lej od mia­sta Tosu, w którym re­zy­du­je rząd Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty. Nie przy­ciągamy zbyt wiel­kiej uwa­gi, co większości z nas całko­wi­cie od­po­wia­da. Nie od­rzu­ca­my przy­by­wających do nas ob­cych, ale też nie wi­ta­my ich szczególnie en­tu­zja­stycz­nie. Muszą nas prze­ko­nać, że po­tra­fią wśród nas żyć.

Plac jest dość duży, ale z po­wo­du zgro­ma­dzo­ne­go na nim tłumu odświętnie wy­stro­jo­nych lu­dzi wy­da­wał się te­raz znacz­nie mniej­szy. Wzdłuż jego zewnętrzne­go skra­ju mieściły się skle­py ofe­rujące świe­ce, pie­czy­wo, buty i roz­ma­ite ar­ty­kuły go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Z chwilą roz­poczęcia ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw skle­py te zo­staną za­mknięte, lecz na ra­zie kwitł w nich ożywio­ny han­del. Miesz­kańcy ko­lo­nii, którzy nieczęsto od­wie­dzają mia­sto, na­by­wa­li lub wy­mie­nia­li między sobą niezbędne im przed­mio­ty. W na­szej ko­lo­nii rzad­ko spo­ty­ka się mo­ne­ty Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty, ale kil­ka osób, które tak jak tata pra­cują na po­sa­dach rządo­wych, płaciło nimi pod­czas za­kupów.

– Cia! – Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Da­ile­en po­ma­chała do mnie i po­biegła w moim kie­run­ku. Jej ja­sne włosy i różowa su­kien­ka po­wie­wały, gdy wy­mi­jała grup­ki gawędzących miesz­kańców ko­lo­nii. W ręku ści­skała rożek z szyb­ko top­niejącymi różowy­mi lo­da­mi. Uści­skała mnie moc­no. – To nie do wia­ry, że kończysz szkołę. Co za eks­cy­tująca uro­czy­stość. Roz­dają na­wet dar­mo­we lody!

Ja też ją objęłam, ostrożnie uni­kając kon­tak­tu z top­niejącym sma­kołykiem. Mama wpadłaby w szał, gdy­bym jesz­cze przed roz­poczęciem ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw po­pla­miła so­bie nową su­kienkę.

– Eks­cy­tująca, ale też prze­rażająca – od­rzekłam. – Nie za­po­mi­naj o tym.

Da­ile­en to je­dy­na oso­ba, której zwie­rzyłam się z obaw o swoją przyszłość, jeśli nie zo­stanę wy­bra­na do Testów. Ro­zej­rzała się, by się upew­nić, czy nikt nie słucha, i oznaj­miła:

– Mój oj­ciec słyszał, że zja­wił się dziś wyjątko­wy gość i ma wygłosić przemówie­nie.

Pod­czas uro­czy­stości roz­da­nia świa­dectw występują licz­ni mówcy. Głos za­biorą nasi na­uczy­cie­le, a także bur­mistrz i wie­lu in­nych przywódców Pięciu Je­zior. Gdy zbie­ra się cała ko­lo­nia, za­wsze jest o czym mówić. Tak więc wia­do­mość o zja­wie­niu się spe­cjal­ne­go gościa nie wy­da­wała się ni­czym szczególnym, dopóki Da­ile­en nie do­rzu­ciła:

– Oj­ciec mówi, że on przy­był z mia­sta Tosu.

To przy­kuło moją uwagę.

– Jest tu­taj ktoś z Tosu?

Ostat­nim ra­zem urzędni­cy z Tosu zja­wi­li się w Pięciu Je­zio­rach trzy lata temu, kie­dy zmarł nasz sta­ry bur­mistrz. Wówczas przy­było tu dwóch mężczyzn i ko­bie­ta, aby wy­brać no­we­go przywódcę ko­lo­nii. Władze w Tosu najczęściej ko­mu­ni­kują się z nami za po­mocą pro­kla­ma­cji lub ko­mu­ni­katów ra­dio­wych skie­ro­wa­nych do na­szej obec­nej bur­mistrz.

– Tak słyszał mój oj­ciec – po­twier­dziła Da­ile­en i zli­zała z dłoni ście­kającą strużkę top­niejących lodów. – Tata uważa, że ten gość zja­wił się, aby eskor­to­wać kan­dy­da­ta wy­bra­ne­go do Testów. To możesz być ty. – Przez chwilę jej uśmiech przy­gasł. – Na­prawdę będzie mi cie­bie bra­ko­wać.

Między Da­ile­en i mną różnica wie­ku wy­no­si tyl­ko dwa ty­go­dnie, a od trze­cie­go roku życia je­steśmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółkami. Jej ro­dzi­ce za­pi­sa­li ją do szkoły, gdy ukończyła prze­pi­so­we sześć lat. Na­to­miast moi ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się wysłać mnie do szkoły w wie­ku pięciu lat i dla­te­go nie cho­dziłyśmy do tej sa­mej kla­sy. Z nas dwóch ona jest bar­dziej nieśmiała, by­strzej­sza i łagod­niej­sza. Trud­niej też nawiązuje nowe przy­jaźnie, chy­ba że ktoś pierw­szy się do niej ode­zwie. Gdy­bym nie nakłaniała jej do roz­po­czy­na­nia po­gawędek z in­ny­mi ucznia­mi pod­czas lun­chu i zo­sta­wa­nia z nimi po lek­cjach, za­pew­ne jadałaby sama, a po­tem wra­całaby do przygnębiającego, pu­ste­go domu na długo przed­tem, za­nim kto­kol­wiek inny opuściłby te­ren szkoły. Jej mat­ka zmarła przed dwo­ma laty, a oj­ciec, cho­ciaż miły, rzad­ko bywa w domu i zo­sta­wia córkę, by sama ra­dziła so­bie z uciążli­wy­mi obo­wiązka­mi do­mo­wy­mi i bo­le­sny­mi wspo­mnie­nia­mi. W szko­le sta­ram się utrzy­mać ją w do­brym na­stro­ju, lecz nie­kie­dy do­pa­dają ją czar­ne myśli. Mar­twię się, że pew­ne­go dnia te czar­ne myśli całkiem ją pochłoną, bo nie będzie przy niej ni­ko­go, kto by je odpędził.

Raz jesz­cze uści­skałam ją prze­lot­nie.

– Co rok krąży pogłoska o urzędni­ku z Tosu przy­by­wającym na ce­re­mo­nię roz­da­nia świa­dectw – po­wie­działam, cho­ciaż w głębi du­szy pragnęłam, by tym ra­zem ta plot­ka oka­zała się praw­dzi­wa. Aby ode­rwać od tej kwe­stii zarówno myśli Da­ile­en, jak i swo­je, dodałam: – Te­raz chciałabym zdo­być trochę tych lodów, za­nim ich za­brak­nie. Do­brze?

Zwer­bo­wałam inne przy­ja­ciółki – z których wie­le przeszło do ostat­niej kla­sy – do po­szu­ki­wa­nia lodów tru­skaw­ko­wych. Miałam na­dzieję, że któraś z nich weźmie Da­ile­en pod swo­je skrzydła, kie­dy za kil­ka ty­go­dni roz­pocz­nie się nowy rok szkol­ny. Gdy­by się tak nie stało, za­mie­rzałam zna­leźć jakiś sposób osłod­ze­nia jej na­sze­go roz­sta­nia.

Mat­ka z po­chmurną miną przy­wołała mnie ge­stem ręki, zo­sta­wiłam więc uśmiech­niętą Da­ile­en z in­ny­mi uczen­ni­ca­mi i przeszłam przez plac do fon­tan­ny, gdzie na mnie cze­kała. Pra­wie wszy­scy, których mijałam, ma­cha­li do mnie i po­zdra­wia­li mnie. Moja ro­dzi­na nie­mal co roku prze­no­si się do in­ne­go lo­kum – w zależności od tego, w której części ko­lo­nii, zda­niem pani bur­mistrz, naj­bar­dziej po­trzeb­ne są umiejętności za­wo­do­we taty. Z po­wo­du wszyst­kich tych prze­pro­wa­dzek trud­no mi się przy­wiązać do domu, ale za to w prze­ci­wieństwie do większości miesz­kańców ko­lo­nii, którzy znają tyl­ko swo­ich sąsiadów i daw­nych ko­legów szkol­nych, znam z wi­dze­nia pra­wie wszyst­kich.

Dzie­cia­ki – jesz­cze zbyt małe, by cho­dzić do szkoły – ubra­ne w bla­dożółte i zie­lo­ne stro­je uga­niały się wokół owal­nej fon­tan­ny o śred­ni­cy sied­miu metrów, od cza­su do cza­su opry­skując się na­wza­jem wodą. Uni­kały jed­nak miej­sca, gdzie sie­działa moja mat­ka. Jej mina mówiła wyraźnie, że zru­ga je, jeśli ją ochla­pią. Naj­praw­do­po­dob­niej z ja­kie­goś po­wo­du mnie też cze­kała bura.

Mat­ka przyj­rzała mi się uważnie.

– Je­steś cała po­tar­ga­na. Co ty robiłaś?

Za­wsze je­stem po­tar­ga­na z po­wo­du mo­ich kędzie­rza­wych włosów i loczków. Pro­po­no­wałam, żeby obciąć je krótko, lecz mat­ka się uparła, że długie włosy spływające ka­skadą to niezbędny atut nie­zamężnej młodej ko­bie­ty. Mogłabym się z nią zgo­dzić, gdy­by moje włosy chciały choć trochę spływać ka­skadą.

Dźwięk bębnów i trąbek zmu­sił matkę, by prze­stała cze­piać się mo­jej fry­zu­ry. Po­czułam w żołądku ner­wo­wy skurcz, a po­tem ko­lej­ny. Na­deszła pora, abym zajęła miej­sce pomiędzy ucznia­mi. Za chwilę za­cznie się ce­re­mo­nia roz­da­nia świa­dectw.

Z tłumu wyłoni­li się oj­ciec i bra­cia. Uści­ska­li mnie i po chwi­li udałam się w kie­run­ku po­dium, gdzie wraz z po­zo­stałymi ab­sol­wen­ta­mi szkoły śred­niej miałam stać pod­czas całej uro­czy­stości. Ma­wia się często, że łatwiej prze­trwać sie­dem lat na­uki w szko­le niż dwu­go­dzin­ne lub na­wet dłuższe sta­nie na pod­wyższe­niu, ko­niecz­ne, aby tę szkołę opuścić. Miałam na­dzieję, że kto­kol­wiek to po­wie­dział, tyl­ko żar­to­wał.

Zgod­nie z po­le­ce­niem usta­wi­liśmy się w sze­re­gu w głębi po­dium. Dziewczęta na przo­dzie, a chłopcy za nimi – za co byłam wdzięczna, gdyż in­a­czej ni­cze­go bym nie wi­działa. Moi bra­cia odzie­dzi­czy­li po ro­dzi­cach wy­so­ki wzrost, ja na­to­miast sta­no­wię pod tym względem re­likt wcześniej­szych po­ko­leń. Mierząc za­le­d­wie metr pięćdzie­siąt pięć, je­stem naj­niższą dziew­czyną w kla­sie.

Na­sza na­uczy­ciel­ka pan­na Jor­ghen na­ro­biła trochę za­mie­sza­nia, prze­sta­wiając nas i przy­po­mi­nając nam co naj­mniej kil­ka­naście razy, że mamy się uśmie­chać, stać pro­sto i za­cho­wać sku­pie­nie. To była jej pierw­sza ce­re­mo­nia roz­da­nia świa­dectw w Ko­lo­nii Pięciu Je­zior, więc niewątpli­wie się de­ner­wo­wała. Kie­dy wresz­cie za­do­wo­liło ją na­sze roz­lo­ko­wa­nie, zajęła miej­sce pośrod­ku pod­wyższe­nia. Znów roz­brzmiały bębny i trąbki. Bur­mistrz Owens po­ja­wiła się w drzwiach swo­je­go domu – je­dy­ne­go dwu­piętro­we­go bu­dyn­ku na pla­cu – i sztyw­nym kro­kiem przeszła przez tłum. Pani Owens to moc­no zbu­do­wa­na, si­wowłosa ko­bie­ta z twarzą po­brużdżoną głębo­ki­mi zmarszcz­ka­mi. Jej czer­wo­na suk­nia była ciem­niej­sza niż większość po­zo­stałych, nie­mal w od­cie­niu rdza­wym. Gdy bur­mistrz do­tarła do mówni­cy na po­dium, na­chy­liła się do mi­kro­fo­nu mającego wzmoc­nić jej głos, tak aby był słyszal­ny na całym pla­cu, i po­wie­działa:

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji dnia roz­da­nia świa­dectw.

Po­dzięko­wa­liśmy jej wszy­scy chórem, a kil­ko­ro miesz­kańców ko­lo­nii za­kla­skało. Bur­mistrz Owens za­cze­kała, aż na pla­cu znów za­pad­nie ci­sza, po czym mówiła da­lej:

– Uro­czy­stość roz­da­nia świa­dectw to eks­cy­tująca pora dla nas wszyst­kich, w szczególności dla stojących za mną uczniów. Po dzi­siej­szym dniu z radością przyj­mie­my ich do gro­na pra­cow­ników na­szej ko­lo­nii. Przed dwu­dzie­stu pięciu laty rząd Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty po­sta­no­wił wysłać do tego re­jo­nu sto pięćdzie­sięcio­ro mężczyzn, ko­biet i dzie­ci. Założyliśmy Ko­lo­nię Pięciu Je­zior w na­dziei, że ciężką pracą zdołamy przywrócić tę jałową, znisz­czoną glebę do nie­gdy­siej­sze­go sta­nu, kie­dy było tu mnóstwo te­renów upraw­nych i rosły zdro­we, gęste lasy. Pięć je­zior, od których na­zwa­liśmy naszą ko­lo­nię, nosiło daw­niej nazwę Wiel­kich Je­zior. Z po­mocą na­szych oby­wa­te­li po­ma­ga­my im od­zy­skać owo pier­wot­ne mia­no. Aby urze­czy­wist­nić ten cel, po­trze­bu­je­my każdego członka na­szej społecz­ności. Po ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw na­sze siły powiększą się o czter­naścio­ro z was, co ogrom­nie nas cie­szy. Każdy krok naprzód, ja­kie­go do­ko­nu­je­my, stwa­rza po­trzebę do­dat­ko­wych rąk do pra­cy przy roz­sze­rza­niu upraw. Wierz­cie mi, tych po­mocnych rąk nig­dy nie mamy dość. Wiem, że wie­lu z was jesz­cze nie zde­cy­do­wało, jaki zawód wy­brać, ale wszy­scy będzie­my wam wdzięczni za wszelką pracę, którą wy­ko­na­cie tu­taj w nad­chodzących la­tach.

Tłum zaczął bić bra­wo. W żołądku po­czułam skurcz ze zde­ner­wo­wa­nia i pod­nie­ce­nia, gdy bur­mistrz po­wie­działa:

– Ogłaszam uro­czy­ste roz­poczęcie ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw.

Przy­gryzłam drżące usta, kie­dy trąbki i bębny za­grały mar­szową me­lo­dię. W oczach stanęły mi łzy i przez mo­ment nie wi­działam wyraźnie, jak na plac mar­szowym kro­kiem zaczęli wcho­dzić moi już wkrótce byli szkol­ni ko­le­dzy. Ucznio­wie ko­lej­nych klas de­fi­lo­wa­li przy akom­pa­nia­men­cie głośnych owa­cji zgro­ma­dzo­ne­go tłumu. Dwo­je uczniów z każdej kla­sy niosło trans­pa­rent oznaj­miający, ja­kich przed­miotów na­uczo­no się w mi­nio­nym roku. Po uro­czy­stości wszyst­kie trans­pa­renty zo­staną wy­sta­wio­ne na pla­cu i drogą głoso­wa­nia wyłoni się zwy­cięzcę. Dorośli często za­wie­rają między sobą przy­ja­ciel­skie zakłady o to, która kla­sa wy­gra. Po raz pierw­szy nie byłam pośród de­fi­lujących i ude­rzyła mnie myśl, że już nig­dy nie będę.

Pa­radę otwie­rała najmłod­sza kla­sa, a za nią szły ko­lej­no co­raz star­sze. W rytm bębnów prze­ma­sze­ro­wały wokół fon­tan­ny, a po­tem skie­ro­wały się do wy­zna­czo­nej dla nich, ogro­dzo­nej sznu­ra­mi części po­dium. Kie­dy ucznio­wie wszyst­kich dzie­sięciu klas sta­li już na pod­wyższe­niu, bur­mistrz Owens roz­poczęła prze­mowę o nowo wy­bu­do­wa­nym sys­te­mie połączeń ko­le­jo­wych między mia­stem Tosu a dzie­sięcio­ma spośród po­zo­stałych ko­lo­nii oraz o pla­nach dal­szej roz­bu­do­wy sie­ci torów, dzięki której wresz­cie będzie można do­trzeć pociągiem do wszyst­kich ko­lo­nii. Z mo­je­go miej­sca na po­dium wi­działam, że tłum z pod­nie­ce­niem przyjął tę wia­do­mość. Gdy bur­mistrz Owens skończyła re­la­cjo­no­wa­nie wieści ze Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty, za­pro­siła do wygłosze­nia oświad­czeń oso­by od­po­wie­dzial­ne za spra­wy do­tyczące wody, ener­gii, rol­nic­twa i inne pro­jek­ty re­wi­ta­li­za­cyj­ne. Te wystąpie­nia trwały przeszło go­dzinę i do­tyczyły naj­roz­ma­it­szych kwe­stii – od przy­po­mnie­nia o ko­niecz­ności oszczędne­go używa­nia wody po apel do ochot­ników o po­moc w bu­do­wa­niu miesz­kań dla świeżo poślu­bio­nych małżeństw. Na­wet mój oj­ciec wygłosił ko­mu­ni­kat na te­mat no­wej, od­por­niej­szej od­mia­ny ziem­niaków wy­ho­do­wa­nej przez jego zespół.

Za­mru­gałam, sta­rając się nie oka­zać za­sko­cze­nia. Nie zdzi­wiła mnie in­for­ma­cja o ziem­nia­kach, bo o tym wie­działam. Daw­na od­mia­na ziem­niaków miała łupinę po­nad­cen­ty­me­tro­wej gru­bości, czer­niejącą w ze­tknięciu z po­wie­trzem. Miało to jakiś związek z mo­dy­fi­kacją ge­ne­tyczną, którą tata wpro­wa­dził, aby to wa­rzy­wo mogło przede wszyst­kim prze­trwać w skażonej gle­bie. Czar­ne łupi­ny w za­sa­dzie ni­ko­mu nie prze­szka­dzały. Po ich ob­ra­niu ziem­niaki można było bez­piecz­nie jeść. Jed­nakże Zeen po­sta­no­wił po­pra­co­wać nad uzy­ska­niem no­wej od­mia­ny i osiągnął wspa­niały re­zul­tat. Tak więc to nie sama wia­do­mość o ziem­nia­kach mnie za­sko­czyła, lecz sposób, w jaki tata o niej oznaj­mił. W ubiegłym ty­go­dniu powie­dział nam, że całe uzna­nie za po­wo­dze­nie tego pro­jek­tu przy­pad­nie Ze­eno­wi. Ale tak się nie stało. Te­raz w ogóle nie wspo­mniał o Ze­enie.

Wyciągnęłam szyję, usiłując do­strzec bra­ta w tłumie. Czy wyglądał na roz­cza­ro­wa­ne­go? To miała być chwi­la jego trium­fu. Czy był równie zdez­o­rien­to­wa­ny, jak ja? Zo­ba­czyłam go, jak stoi opar­ty o drze­wo pośród wi­wa­tującego tłumu. Kil­ka osób po­kle­pało go po ple­cach, należał prze­cież do ze­społu taty. Jego uśmiech jed­nak mnie nie zwiódł. Zaciśnięte szczęki i ostre spoj­rze­nie Ze­ena po­wie­działy mi wyraźniej niż słowa, że po­czuł się urażony.

Tata opuścił po­dium przy akom­pa­nia­men­cie jesz­cze burz­liw­szych oklasków, a jego miej­sce na mówni­cy zajęła na­sza na­uczy­ciel­ka. Po­czułam ner­wo­wy ucisk w żołądku, mój od­dech przy­spie­szył. To już. Za­raz zo­stanę ab­sol­wentką szkoły.

Pan­na Jor­ghen uśmiechnęła się do nas i po­wie­działa do mi­kro­fo­nu:

– Z wielką dumą od­czy­tam listę ab­sol­wentów, którzy dziś kończą naukę i wchodzą w do­rosłość.

Ko­lej­no wy­mie­niała na­zwi­ska uczniów na­szej kla­sy. Moi szkol­ni ko­le­dzy i koleżanki wy­cho­dzi­li jed­no po dru­gim na śro­dek pod­wyższe­nia, ści­ska­li dłoń bur­mistrz Owens i wra­ca­li na swo­je miej­sce w sze­re­gu. Na­zwi­ska wy­czy­ty­wa­no w porządku al­fa­be­tycz­nym, toteż moje wywołano na końcu:

– Ma­len­cia Vale.

Nogi osłabły mi ze zde­ner­wo­wa­nia i ze­sztyw­niały od długie­go sta­nia bez ru­chu. Po­deszłam do mówni­cy i przy ogólnym aplau­zie uścisnęłam dłonie pan­ny Jor­ghen i bur­mistrz Owens. Po­nad wi­wa­ty tłumu wybiły się ra­do­sne okrzy­ki Da­ile­en. Od­po­wie­działam uśmie­chem na jej uśmiech. Ser­ce prze­pełniała mi radość. Stałam się już ofi­cjal­nie do­rosła. Do­ko­nałam tego.

Wciąż się uśmie­chając, wróciłam na swo­je miej­sce pośród ko­legów i koleżanek z kla­sy. Na po­dium weszła po­now­nie bur­mistrz Owens. Tłum ucichł. Prze­biegł mnie dreszcz ocze­ki­wa­nia. Jeżeli któregoś z uczniów wy­bra­no do Testów, zo­sta­nie to ogłoszo­ne właśnie te­raz. Wyciągnęłam szyję, sta­rając się wy­pa­trzyć w tłumie nie­zna­jomą twarz – twarz urzędni­ka z mia­sta Tosu, o którego przy­by­ciu krążyły pogłoski.

Jed­nak nie było żad­ne­go urzędni­ka z Tosu. Bur­mistrz Owens ob­da­rzyła zgro­ma­dzo­nych pro­mien­nym uśmie­chem i rzekła:

– Gra­tu­luję wszyst­kim uczniom, a zwłasz­cza na­szym te­go­rocz­nym ab­sol­wen­tom. Nie mogę się już do­cze­kać, aby zo­ba­czyć, co przyszłość cho­wa dla was w za­na­drzu.

Ze­bra­ni znów zaczęli wi­wa­to­wać, a ja uśmiechnęłam się od­ru­cho­wo, choć po­czułam w gar­dle łzy roz­cza­ro­wa­nia. Od lat przy­go­to­wy­wałam się do tego dnia i oto już się skończył. Wraz z nim skończyły się także moje ma­rze­nia o wspa­niałej przyszłości. Bez względu na to, jak ciężko pra­co­wałam w szko­le, nie oka­załam się na tyle do­bra, by wy­bra­no mnie do Testów.

Gdy opuściłam po­dium i od­bie­rałam gra­tu­la­cyj­ne uści­ski od przy­ja­ciół, po­tra­fiłam myśleć tyl­ko o jed­nym: „Co ja te­raz zro­bię?”.

2

Ukry­wasz się?

Py­ta­nie bra­ta mnie za­sko­czyło. Znaczący uśmiech Ze­ena spra­wił, że słowa za­prze­cze­nia za­marły mi na ustach. Za­miast tego wzru­szyłam ra­mio­na­mi i od­parłam:

– Dzi­siej­szy dzień był trochę zwa­rio­wa­ny. Po­trze­bo­wałam po pro­stu kil­ku mi­nut od­de­chu.

Przed pie­kar­nią roz­brzmie­wała mu­zy­ka gi­tar, bębnów i kil­ku rogów, a dzie­siątki lu­dzi tańczyło i kla­skało do ryt­mu. Po dru­giej stro­nie pla­cu wciąż kra­ja­no w gru­be pla­stry pie­czo­ne mięsiwo. Połączo­ny blask po­chod­ni i elek­trycz­nych lamp oświe­tlał resztę pla­cu. Lu­dzie tam się śmia­li, śpie­wa­li i gra­li w roz­ma­ite gry. To światło nie do­cie­rało jed­nak do pogrążone­go w cie­niu miej­sca, gdzie stałam. Przez mi­nio­nych kil­ka go­dzin tańczyłam i śpie­wałam, tego bo­wiem ode mnie ocze­ki­wa­no. Gdy­bym się tak nie za­cho­wy­wała, oka­załabym swo­je roz­cza­ro­wa­nie i tym sa­mym ujaw­niłabym aro­ganc­kie przeświad­cze­nie, że je­stem na tyle by­stra, iż po­win­nam zo­stać wy­bra­na do Testów.

– Masz, wy­pij – po­wie­dział Zeen z wy­ro­zu­miałym kiw­nięciem głowy i podał mi ku­bek. – Może to ci do­brze zro­bi.

Napój był słodki, lecz wy­czułam w nim też jakiś ostry i gorz­ki smak. Al­ko­hol. Po­nie­waż większość owoców i zbóż, z których można uzy­skać al­ko­hol, jest po­trzeb­na do wyżywie­nia miesz­kańców Ko­lo­nii Pięciu Je­zior, tyl­ko z nie­wiel­kiej ilości ziar­na pro­du­ku­je się napój al­ko­holowy. Jed­nak pewną ilość trun­ku za­cho­wu­je się na wyjątko­we oka­zje – ta­kie jak wieczór dnia ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw. Je­dy­nie do­rosłym wol­no pić te drin­ki, ale bra­cia już wcześniej po­zwa­la­li mi łyknąć ze swo­ich kubków.

– Trochę le­piej, sio­strzycz­ko?

Spuściłam wzrok, by uniknąć jego spoj­rze­nia.

– Nie bar­dzo.

– No tak. – Oparł się o wiel­ki dąb i wysączył resztę trun­ku z kub­ka. – Spra­wy nie za­wsze układają się tak, jak byśmy chcie­li. Te­raz mu­sisz po pro­stu się po­zbie­rać i zna­leźć nowy cel w życiu.

Usłyszałam w jego głosie napięcie i za­sta­no­wiłam się: „Czy ty właśnie to za­mie­rzasz zro­bić, Zeen?”. W ciągu mi­nio­nych dwóch lat Zeen roz­ważał możliwości podjęcia pra­cy poza Pięcio­ma Je­zio­ra­mi. Gdy­by te­raz się na to zde­cy­do­wał i opuścił naszą ko­lo­nię, okrop­nie by mnie tym za­smu­cił. Świa­do­mość, że wyjeżdża, złamałaby mi ser­ce.

Moc­no ścisnął w dłoni ku­bek, ale po­wie­dział łagod­nym to­nem:

– Nie wysyłam po­da­nia do mia­sta Tosu, jeśli o to ci cho­dzi. Bur­mistrz po­pro­siła tatę, żeby zmie­nił treść swe­go dzi­siej­sze­go ko­mu­ni­ka­tu, więc usłuchał. Znasz mnie. Przez kil­ka dni będę wku­rzo­ny, a po­tem mi przej­dzie.

Wzru­szył ra­mio­na­mi i prze­niósł spoj­rze­nie na za­bawę na pla­cu. Robiło się późno. Niektórzy będą tańczyć i śpie­wać do rana, ale wie­lu wy­ru­szało już w drogę po­wrotną do swo­ich domów. Dzień ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw zbliżał się ku końcowi.

Po kil­ku chwi­lach Zeen za­gadnął:

– Wiesz, ty mogłabyś to zro­bić.

– Co zro­bić?

– Po­roz­ma­wiać z panią bur­mistrz. Wysłać po­da­nie o pracę do mia­sta Tosu.

Ta myśl była równie kusząca, co nie­po­kojąca. Każdy ko­lo­ni­sta za­in­te­re­so­wa­ny podjęciem pra­cy w mieście Tosu bądź w in­nej ko­lo­nii może wypełnić for­mu­larz po­da­nia i złożyć go w biu­rze bur­mi­strza. Następnie rząd Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty kon­tak­tu­je się z kan­dy­da­tem i przy­dzie­la mu od­po­wied­nie zajęcie, o ile jest dostępne. W ciągu szes­na­stu lat życia po­znałam tyl­ko dwo­je kan­dy­datów, na których po­da­nia od­po­wie­dzia­no i za­ofe­ro­wa­no im sta­no­wi­ska. Po dzi­siej­szym roz­cza­ro­wa­niu nie byłam pew­na, czy je­stem go­to­wa sta­wić czoło ko­lej­ne­mu.

Wi­docz­nie to wa­ha­nie odbiło się na mo­jej twa­rzy, bo Zeen objął mnie ra­mie­niem i trzy­mał tak przez chwilę.

– Nie martw się, sio­strzycz­ko. Masz mnóstwo cza­su na zde­cy­do­wa­nie, co za­mie­rzasz robić przez resztę życia.

Nie­ste­ty, mat­ka była in­ne­go zda­nia. Następne­go dnia wszy­scy spa­liśmy do późnego ran­ka, ale le­d­wie zdążyłam się ubrać, rzekła do mnie:

– Jeśli zde­cy­do­wa­nie nie chcesz pra­co­wać z oj­cem, Kip Dry­sten ma wol­ne miej­sce w swo­im ze­spo­le. Po­win­naś z nim po­roz­ma­wiać, za­nim który­kol­wiek z po­zo­stałych te­go­rocz­nych ab­sol­wentów obej­mie to sta­no­wi­sko.

Zespół Kipa Dry­ste­na na­pra­wia urządze­nia rol­ni­cze. Wpraw­dzie lubię pra­co­wać przy ma­szy­nach, ale przygnębiła mnie per­spek­ty­wa re­pe­ro­wa­nia przez resztę życia ze­psu­tych trak­torów.

– Za­sta­no­wię się nad tym – od­parłam.

Chmur­na mina mat­ki była bar­dzo wy­mow­na, toteż wsiadłam na ro­wer i po­wo­li po­je­chałam w kie­run­ku mia­sta, by od­szu­kać pana Dry­ste­na.

Dry­ste­no­wie miesz­ka­li w nie­wiel­kim, ład­nym dom­ku na dru­gim końcu ko­lo­nii. W napięciu za­pu­kałam do fron­to­wych drzwi. Mimo woli po­czułam ulgę, gdy żona Dry­ste­na oznaj­miła mi, że Kip wcze­snym ran­kiem udał się na farmę En­dressów i wróci do­pie­ro za kil­ka dni. Zy­skałam od­ro­cze­nie eg­ze­ku­cji.

Dzień po ce­re­mo­nii roz­da­nia świa­dectw jest wol­ny. Większość firm po­zo­sta­je za­mknięta. Ro­dzi­ny w swo­ich do­mach świętują bar­dziej pry­wat­nie. Mat­ka za­pla­no­wała na dzi­siej­szy wieczór uro­czy­sty posiłek i na­wet za­pro­siła kil­ka spośród mo­ich przy­ja­ciółek. Przy­pusz­czal­nie po­win­nam wrócić do domu i pomóc w przy­go­to­wa­niach. Za­miast tego po­je­chałam na ry­nek.

Ze­sko­czyłam z ro­we­ru, oparłam go o drze­wo i usiadłam przy fon­tan­nie. Paru miesz­kańców po­ma­chało do mnie, ale byli zajęci i nie przy­stanęli na po­gawędkę. Zresztą wolałam pobyć sama. Wsparłam głowę na dłoniach, pa­trzyłam na wodę bul­goczącą w fon­tan­nie i usiłowałam igno­ro­wać po­czu­cie pust­ki, które za­ko­rze­niło się we mnie po wczo­raj­szej ce­re­mo­nii. Je­stem do­rosła. Od dzie­ciństwa przyglądałam się ro­dzi­com oraz in­nym do­rosłym i wy­cze­ki­wałam dnia, w którym stanę się jedną z nich – pewną sie­bie i silną. Jed­nak te­raz czułam się za­gu­bio­na jak nig­dy dotąd.

Ze­gar na bu­dyn­ku ma­gi­stra­tu wybił trze­cią. Pora wra­cać do domu, za­nim mat­ka za­cznie się o mnie mar­twić. W połowie dro­gi po­wrot­nej spo­strzegłam mo­je­go bra­ta Har­ta pędzącego polną dróżką w moim kie­run­ku. Cho­le­ra. Jeżeli mat­ka wysłała go po mnie, wpadłam w praw­dzi­we ta­ra­pa­ty.

Ale to nie mat­ka mnie szu­kała.

– Tuż po two­im wyjściu z domu tata otrzy­mał przez ra­dio pul­sa­cyj­ne wia­do­mość od bur­mistrz Owens. Masz się zgłosić u niej w domu o czwar­tej na roz­mowę o two­ich pla­nach na przyszłość. Kie­dy nie wróciłaś od razu, mama ro­zesłała nas wszyst­kich, żebyśmy cię od­szu­ka­li – oznaj­mił Hart i posłał mi szel­mow­ski uśmiech. – Le­piej się po­spiesz, jeśli chcesz zdążyć.

Miał rację. Kie­dy zja­wiłam się z po­wro­tem na pla­cu, pot ście­kał mi po twa­rzy, włosy miałam kosz­mar­nie po­tar­ga­ne, a mój żołądek ści­skał ner­wo­wy skurcz. Ojca i bra­ci wzy­wa­no cza­sa­mi do bur­mi­strza, aby prze­dys­ku­to­wać ich roz­ma­ite pro­jek­ty, lecz mnie zda­rzyło się to pierw­szy raz. Moje pla­ny na przyszłość? Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to we­zwa­nie spro­wo­ko­wała moja mat­ka. Czy skon­tak­to­wała się z bur­mistrz Owens i zjed­nała so­bie jej po­moc? A może mój brak za­wo­do­wych planów jest oczy­wi­sty na­wet dla osób po­stron­nych? Na myśl, że moje roz­cza­ro­wa­nie do­strze­gli lu­dzie spo­za ro­dzi­ny, prze­niknął mnie dreszcz wsty­du.

Przy­go­to­wałam się na re­pry­mendę. Prze­cze­sałam pal­ca­mi włosy, wygładziłam białą tu­nikę z krótki­mi ręka­wa­mi oraz sza­re spodnie i za­pu­kałam do fron­to­wych drzwi domu bur­mistrz.

– Do­tarłaś. To do­brze. – Bur­mistrz Owens posłała mi uśmiech, który jed­nak nie objął jej oczu. – Wejdź, proszę, Cia. Wszy­scy inni już tu są.

Wszy­scy inni?

Bur­mistrz Owens wpro­wa­dziła mnie do wiel­kie­go sa­lo­nu z wykładziną dy­wa­nową i odwróciły się ku mnie czte­ry twa­rze. Tro­je z siedzących osób znałam. Przy­stoj­ny, sza­ro­oki To­mas En­dress. Wsty­dli­wy, lecz uro­czy Ma­la­chi Ro­ur­ke. Piękna, uta­len­to­wa­na ar­ty­stycz­nie Zan­dri Hicks. To ab­sol­wen­ci z mo­jej kla­sy, lu­dzie, których znałam nie­mal przez całe życie. Nie znałam jed­nak czwar­te­go.

To­mas skinął na mnie, żebym usiadła obok nie­go, i uśmiechnął się do mnie. Gdy ob­da­ro­wy­wał in­nych uśmie­chem, który trud­no było nie od­wza­jem­nić, robiły mu się w po­licz­kach dołecz­ki. Bur­mistrz Owens przeszła przez pokój, stanęła przy nie­zna­jo­mym i zwróciła się do na­szej czwórki:

– Dziękuję, że zja­wi­liście się tak szyb­ko. Wy­bacz­cie, że ode­rwałam was na­gle od ro­dzin­nych uro­czy­stości, lecz to było ko­niecz­ne. – Omiotła wzro­kiem sa­lon, spoglądając ko­lej­no na każde z nas. – To Mi­chal Gal­len, urzędnik z mia­sta Tosu. Za­mie­rzał zja­wić się wczo­raj na ce­re­mo­nię, ale jego przy­by­cie opóźniła nie­spo­dzie­wa­na uster­ka tech­nicz­na po­jaz­du.

Mia­sto Tosu.

Ser­ce pod­sko­czyło mi w pier­si, gdy Gal­len, urzędnik z Tosu, wystąpił krok do przo­du i wyjął z kie­sze­ni złożoną kartkę. Był star­szy od nas, ale nie­wie­le – mniej więcej w wie­ku Ze­ena. Miał gęste, kasz­ta­no­we włosy, a jego nie­zgrab­nie chu­da, tycz­ko­wa­ta po­stać kłóciła się z au­to­ry­te­tem przy­na­leżnym mu jako re­pre­zen­tan­to­wi mia­sta Tosu.

Roz­winął kartkę, spoj­rzał na nią z po­wagą czar­ny­mi ocza­mi i od­czy­tał:

– Każdego roku Zjed­no­czo­na Wspólno­ta do­ko­nu­je oce­ny osiągnięć ab­sol­wentów szkół śred­nich we wszyst­kich osiem­na­stu ko­lo­niach. Naj­lep­szych z nich spro­wa­dza się do mia­sta Tosu i pod­da­je Te­stom kwa­li­fi­kującym do stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie. Wstąpie­nie na Uni­wer­sy­tet to za­szczyt. Jego ab­sol­wen­ci są naszą wielką na­dzieją. Li­czy­my, że po­mogą zre­ge­ne­ro­wać glebę i po­pra­wić jakość życia nas wszyst­kich. To przy­szli na­ukow­cy, le­ka­rze, na­uczy­cie­le i urzędni­cy rządowi. – Opuścił kartkę i posłał nam uśmiech. – Was czwo­ro wy­bra­no do udziału w Te­stach.

Zalała mnie fala pod­nie­ce­nia. Ro­zej­rzałam się, aby się prze­ko­nać, czy na pew­no do­brze usłyszałam. To­mas miał twarz roz­pro­mie­nioną uśmie­chem. Był naj­by­strzej­szy w na­szej kla­sie, więc nic dziw­ne­go, że zo­stał wy­bra­ny. Ale według oświad­cze­nia urzędni­ka z mia­sta Tosu wy­bra­no również mnie. Całą naszą czwórkę. Na­prawdę. Nie będę mu­siała re­pe­ro­wać trak­torów. Zo­stałam za­kwa­li­fi­ko­wa­na do Testów. Do­ko­nałam tego.

– Ju­tro wy­je­dzie­cie na Te­sty.

Moja radość przy­gasła, gdy ude­rzyło mnie z całą mocą zna­cze­nie słów urzędni­ka z Tosu. Ju­tro wyjeżdżamy.

– Dla­cze­go już ju­tro? – za­py­tała bur­mistrz Owens. – Pamiętam, że za­zwy­czaj między wy­bo­rem a Te­sta­mi była nie­co dłuższa prze­rwa.

– Wie­le się zmie­niło od cza­su, gdy z wa­szej ko­lo­nii po raz ostat­ni wy­bra­no kan­dy­da­ta do Testów – od­po­wie­dział urzędnik z mia­sta Tosu. W jego głosie po­brzmie­wała nuta znie­cier­pli­wie­nia. – Kan­dy­da­ci roz­poczną zda­wa­nie Testów w tym ty­go­dniu. Jak sądzę, zgo­dzi się pani ze mną, że będą mie­li większą szansę na po­wo­dze­nie, jeżeli zja­wią się o cza­sie.

– A jeśli nie ze­chce­my po­je­chać?

Odwróciliśmy się wszy­scy i po­pa­trzy­liśmy na Zan­dri. Jej twarz miała nie­mal taki sam pąsowy od­cień, co tu­ni­ka. Początko­wo pomyślałam, że to z zakłopo­ta­nia. Po­tem jed­nak Zan­dri gwałtow­nie uniosła głowę i z błysku w jej nie­bie­skich oczach po­znałam, że jest roz­gnie­wa­na. Fakt, iż naszą czwórkę wy­bra­no do Testów, był zdu­mie­wający, lecz dla Zan­dri sta­no­wił przy­pusz­czal­nie naj­większe za­sko­cze­nie. Nie cho­dzi o to, że ona nie jest by­stra. Owszem, jest, choć wie­lu z nas uważa ją bar­dziej za ar­tystkę niż przyszłą uczoną. Wyróżniała się w na­ukach ścisłych je­dy­nie wówczas, gdy po­ma­gało jej to w two­rze­niu no­wych ob­razów. A cho­ciaż nig­dy nie wy­ka­zy­wała chęci kon­ty­nu­owa­nia edu­ka­cji, to jej py­ta­nie mnie zdu­miało. Kto od­rzu­ciłby za­szczyt do­pusz­cze­nia do Testów?

Urzędnik z Tosu się uśmiechnął, a ja mi­mo­wol­nie zadrżałam, gdyż nie był to miły uśmiech.

– Nie masz wy­bo­ru. Pra­wo sta­no­wi, że każdy oby­wa­tel Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty musi sta­wić się w wy­zna­czo­nym ter­mi­nie na Te­stach, a w ra­zie nie­posłuszeństwa pod­le­ga ka­rze.

– Ja­kie­go ro­dza­ju ka­rze? – spy­tała Zan­dri, spoglądając na bur­mistrz Owens, ta z ko­lei po­pa­trzyła na urzędni­ka z mia­sta Tosu.

Następnie urzędnik i Zan­dri utkwi­li wzrok w bur­mistrz Owens, która od­po­wie­działa:

– Zgod­nie z pra­wem nie­sta­wie­nie się na Te­stach jest trak­to­wa­ne jak zdra­da.

A zdradę za­zwy­czaj ka­rze się śmier­cią.

Chy­ba to Ma­la­chi wy­szep­tał słowa pro­te­stu. Po­czułam ucisk w klat­ce pier­sio­wej, jak­by ktoś oplótł mnie ra­mio­na­mi i ścisnął moc­no. Całe pod­eks­cy­to­wa­nie z po­wo­du wy­bra­nia mnie do Testów znikło, wy­par­te przez lo­do­wa­ty strach. Tyle że ja nie miałam żad­ne­go po­wo­du do lęku. Chciałam przystąpić do Testów. Nie trze­ba będzie mnie karać.

Ani ni­ko­go z mo­ich współto­wa­rzy­szy. Na dźwięk słowa „zdra­da” Zan­dri zre­zy­gno­wała bo­wiem ze sprze­ci­wu.

Widząc na­sze zszo­ko­wa­nie, bur­mistrz Owens wyjaśniła, że pra­wo do­tyczące ka­ra­nia za od­mowę udziału w Te­stach wy­wo­dzi się z początków Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty. Ist­niały wówczas anar­chi­stycz­ne frak­cje, które pragnęły się ode­rwać od nowo po­wstałego państwa i usiłowały nakłonić do bun­tu kan­dy­datów wy­bra­nych do Testów. Obec­nie dys­ku­tu­je się o zmia­nie tego pra­wa, lecz ta­kie de­cy­zje wy­ma­gają cza­su.

Po­czułam się trochę le­piej, do­wie­dziaw­szy się, że tego pra­wa nie sto­so­wa­no od dzie­sięcio­le­ci. Moje pod­eks­cy­to­wa­nie zaczęło po­wra­cać, gdy bur­mistrz Owens wy­mie­niała niezbędne rze­czy, które po­win­niśmy za­brać do Tosu. Kan­dy­da­tom za­kwa­li­fi­ko­wa­nym do Testów wol­no wziąć ze sobą dwie zmia­ny co­dzien­nych ubrań, dwa kom­ple­ty bie­li­zny, strój noc­ny, dwie pary butów i dwa przed­mio­ty oso­bi­ste. Żad­nych książek ani pa­pierów – ni­cze­go, co mogłoby za­pew­nić kan­dy­da­to­wi prze­wagę nad in­ny­mi. Całość musi się zmieścić w tor­bie, jaką każde z nas otrzy­ma po opusz­cze­niu tego ze­bra­nia. Z na­szy­mi tor­ba­mi mamy sta­wić się ju­tro o świ­cie na pla­cu. Urzędnik z mia­sta Tosu Mi­chal Gal­len będzie tam na nas cze­kał i od­wie­zie nas do Cen­trum Eg­za­mi­na­cyj­ne­go.

Na ko­niec spo­tka­nia bur­mistrz Owens oznaj­miła, że jest bar­dzo dum­na z na­szych osiągnięć, i wy­ra­ziła prze­ko­na­nie, że wszy­scy pomyślnie przej­dzie­my Te­sty. Wie­działam jed­nak, że kłamie. Taki sam wy­mu­szo­ny, prze­sad­nie pro­mien­ny uśmiech wi­dy­wałam u mo­jej mat­ki, kie­dy była zde­ner­wo­wa­na. Bur­mistrz Owens wca­le nie uważała, że wszy­scy zda­my Te­sty. Czyżby mar­twiła się, że na­sze nie­po­wo­dze­nie od­bi­je się nie­ko­rzyst­nie na sy­tu­acji Ko­lo­nii Pięciu Je­zior?

Wciąż jesz­cze się nad tym za­sta­na­wiałam, gdy po­pro­wa­dzo­no nas do wyjścia.

Otwar­to drzwi i w oczy ude­rzył nas ja­skra­wy blask słońca. Jako ostat­nia z na­szej czwórki ode­brałam od bur­mistrz Owens ciem­nobrązową torbę z czer­wo­no-fio­le­to­wym godłem Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty. Za­rzu­ciłam na ramię jej gru­by pa­sek i uświa­do­miłam so­bie, że uro­czystą ko­lację, dro­bia­zgo­wo za­pla­no­waną przez matkę, trze­ba będzie skrócić, gdyż w prze­ciw­nym ra­zie nie zo­sta­nie mi dość cza­su na spa­ko­wa­nie się i przy­go­to­wa­nie na wielką nie­wia­domą, jaką przy­nie­sie ju­trzej­szy dzień.

Gdy wyszłam na dwór, Zan­dri już nie było, ale To­mas i Ma­la­chi cze­ka­li na mnie. Przez chwilę wszy­scy tro­je w mil­cze­niu po­pa­try­wa­liśmy na sie­bie na­wza­jem, nie wiedząc, co po­wie­dzieć. Nie zdzi­wiło mnie, że To­mas pierw­szy od­zy­skał głos. Ze swym uj­mującym pro­mien­nym uśmie­chem spoj­rzał mi w oczy i po­wie­dział:

– Chy­ba po­win­niśmy wrócić do na­szych domów. Ju­tro cze­ka nas wiel­ki dzień.

Wie­działam, że ma rację. Pora iść oznaj­mić mo­jej ro­dzi­nie, że ju­tro rano opusz­czam dom i już nie wrócę.

3

Kiedy otwo­rzyłam fron­to­we drzwi, po­wi­tał mnie śmiech ro­dzi­ny. Na prze­ciw­ległej ścia­nie wi­siał trans­pa­rent z gra­tu­la­cja­mi. Na ku­chen­nym sto­le stało mnóstwo ta­le­rzy pełnych chle­ba, mięs i słody­czy. Ta uro­czy­sta ko­la­cja z oka­zji ukończe­nia prze­ze mnie szkoły będzie też przyjęciem pożegnal­nym.

– A oto i ona! – wy­krzyknął Zeen, uj­rzaw­szy mnie w pro­gu. – Mówiłem wam, że nie spóźni się na własną im­prezę! Nie wte­dy, gdy w jadłospi­sie jest chleb cy­na­mo­no­wy.

Oj­ciec odwrócił się do mnie z uśmie­chem. Jed­nak gdy zo­ba­czył torbę na moim ra­mie­niu, ten uśmiech spełzł mu z warg, a w oczach błysnęło zro­zu­mie­nie.

– Wy­bra­no cię do Testów – po­wie­dział.

Śmie­chy ucichły, uśmie­chy zniknęły z twa­rzy i wszyst­kie spoj­rze­nia skie­ro­wały się na mnie, szu­kając po­twier­dze­nia. Po­mi­mo całej mo­jej radości z by­cia wy­braną do Testów, przy­ta­kując, miałam ściśnięte gardło. Ab­sol­wen­ci Uni­wer­sy­te­tu udają się tam, do-kąd skie­rują ich urzędni­cy Zjed­no­czo­nej Wspólno­ty – tam, gdzie ich umiejętności są naj­bar­dziej po­trzeb­ne. Jeżeli pomyślnie przejdę Te­sty, szan­se na mój powrót do domu są bli­skie zeru.

Pierw­si do­szli do sie­bie bliźnia­cy. Za­nim się obej­rzałam, przy­sko­czy­li do mnie i objęli mnie moc­no, wy­krzy­kując gra­tu­la­cje. Po­tem uści­skał mnie Ha­min. Jego radość była mniej żywiołowa, lecz równie szcze­ra. Następnie po­deszła do mnie mat­ka. Ręce jej drżały, gdy mnie obej­mo­wała, ale uśmie­chała się z dumą. Spy­tała, co wol­no mi za­brać ze sobą i kie­dy wyjeżdżam. Le­d­wie zdążyłam od­po­wie­dzieć i za­uważyć, że Zeen wy­mknął się z po­ko­ju, roz­legło się pu­ka­nie do drzwi oznaj­miające przy­by­cie mo­ich przy­ja­ciółek.

Ogrom­nie mnie ura­do­wał ich wi­dok, zwłasz­cza Da­ile­en. Cie­szyłam się, że mam okazję się z nimi pożegnać. Po­wie­działam, że wy­bra­no mnie do Testów i o po­zo­stałych za­kwa­li­fi­ko­wa­nych. Przy­ja­ciółki za­re­ago­wały na to okrzy­ka­mi radości i łzami. Naj­bar­dziej uszczęśli­wio­na, a jed­no­cześnie za­smu­co­na była Da­ile­en. Usiłowała ukryć smu­tek za pro­mien­ny­mi uśmie­cha­mi, jed­nak w trak­cie przyjęcia spo­strzegłam, że co­raz bar­dziej usu­wa się w cień, dy­stan­su­je się ode mnie i po­zo­stałych, których za­wsze uważała bar­dziej za mo­ich przy­ja­ciół niż własnych. Ogarnął mnie lęk. Moja ro­dzi­na ciężko przeżyje de­fi­ni­tyw­ne roz­sta­nie ze mną, ale oni nadal będą mie­li sie­bie. Na­to­miast Da­ile­en zo­sta­nie sama.

Dla­te­go kie­dy mat­ka oznaj­miła wszyst­kim, że przyjęcie musi się skończyć wcześniej, pierwszą osobą, którą od­szu­kałam, aby się z nią pożegnać, była Ly­ane Mad­dows. Nie pod­ska­ki­wała z pod­eks­cy­to­wa­nia ani nie krzy­czała radośnie, by zwrócić na sie­bie moją uwagę. Stała spo­koj­nie przy drzwiach, cze­kając, aż moi bra­cia od­pro­wadzą ją do domu. Ly­ane i ja nie byłyśmy naj­bliższy­mi przy­ja­ciółkami. Po­zdra­wiałyśmy się za­wsze przy spo­tka­niach, ale rzad­ko sia­dy­wałyśmy ra­zem w po­rze lun­chu czy uci­nałyśmy so­bie po­gawędki po lek­cjach. Nie­mniej ist­niała między nami więź i dla­te­go za­pro­siłam ją dzi­siaj. Wie­działam, że ona nie za­po­mniała o tej więzi, i miałam na­dzieję, że właśnie dla­te­go mogę li­czyć na jej po­moc.

Za mo­imi ple­ca­mi po­zo­stałe dziewczęta wciąż pisz­czały i traj­ko­tały. Objęłam Ly­ane i uści­skałam. Po­czułam, że ze­sztyw­niała za­sko­czo­na, lecz się nie wy­rwała. Szepnęłam jej do ucha:

– Kie­dy ju­tro wy­jadę, Da­ile­en będzie po­trze­bo­wała przy­ja­ciółki. Czy za­opie­ku­jesz się nią i nie po­zwo­lisz, żeby zo­stała sama? Proszę.

Ly­ane objęła mnie moc­niej. Nie­mal wy­czu­wałam, jak roz­waża moją prośbę. W końcu wy­szep­tała od­po­wiedź, która spra­wiła, że w oczach zakręciły mi się łzy ulgi i wdzięczności. Da­ile­en nie będzie sama.

Ly­ane wyszła z domu, nie oglądając się za sie­bie, a ja odwróciłam się, by pożegnać po­zo­stałych gości. Da­ile­en cze­kała na końcu. Wi­działam, jak sta­ra się po­wstrzy­mać łzy, gdy obie­cy­wała, że spo­tka się ze mną za rok w mieście Tosu.

– Za­mie­rzam się uczyć pil­niej niż kie­dy­kol­wiek. Będą mu­sie­li mnie wy­brać.

Ser­ce pękało mi z żalu, ale trochę po­cie­szyło mnie wołanie Ly­ane z dwo­ru:

– Da­ile­en, wrócisz ra­zem ze mną?!

Spoglądałam za wy­chodzącą Da­ile­en. Ly­ane wie­działa z doświad­cze­nia, jak bar­dzo groźny jest mrok zbyt wiel­kiej sa­mot­ności. Przed czte­re­ma laty po­mogłam jej wy­do­być się z ta­kie­go mro­ku. Zna­lazłam ją wówczas na obrzeżach ko­lo­nii. Stała na skra­ju wąwozu, za­mie­rzając sko­czyć w prze­paść. Ale nie po­zwo­liłam jej na to. Zmu­siłam ją, żeby ze mną po­roz­ma­wiała. O jej ojcu, urzędni­ku w mieście Tosu, i o mat­ce, która nie­na­wi­dziła życia w Pięciu Je­zio­rach i wyłado­wy­wała gniew i fru­strację na córce. O ile wiem, Ly­ane nig­dy ni­ko­mu oprócz mnie nie po­ka­zała blizn po ra­zach otrzy­ma­nych z ręki mat­ki. Dzięki po­mo­cy mo­je­go ojca i bur­mistrz Owens jej mat­ka dołączyła do swe­go męża w Tosu, a Ly­ane zna­lazła miej­sce u in­nej ro­dzi­ny miesz­kającej w Pięciu Je­zio­rach i od­zy­skała po­godę du­cha. Ufałam, że te­raz Ly­ane pomoże od­zy­skać ją Da­ile­en.

Kie­dy bra­cia wy­szli od­pro­wa­dzić moje przy­ja­ciółki, a ja po­ma­gałam ro­dzi­com ze­brać na­czy­nia ze stołu i po­sprzątać sa­lon, na­gle dom wydał mi się ob­szer­niej­szy niż zwy­kle. Nasz obec­ny dom jest większy niż prze­ciętne. Oprócz główne­go sa­lonu ma w głębi jesz­cze dwa po­ko­je. Ten po pra­wej należy do ro­dziców, a w le­wym no­cuję z braćmi – cho­ciaż Zeen i Ha­min chra­pią tak głośno, że wolę sy­piać w sa­lonie na ster­cie koców przed ko­min­kiem. Uśmiechnęłam się na myśl, że wy­jazd do mia­sta Tosu na Te­sty ozna­cza, iż być może znów będę spała w łóżku.