Testerka szczęścia - Anna Szczęsna - ebook + książka

Testerka szczęścia ebook

Anna Szczęsna

4,0

Opis

Ciepła i pełna optymizmu opowieść o poszukiwaniu przepisu na szczęście

Agnieszka Piotrowska ma pracę, którą kocha: prowadzi blog, na którym testuje i recenzuje przepisy na szczęście. Gdy staje przed wyzwaniem znalezienia partnera na wesele siostry, poznaje Bartka, będącego w finansowych tarapatach. Agnieszka, prowadząca do tej pory bezproblemowe życie, postanawia mu pomóc, a to zapoczątkowuje gorącą, ale też burzliwą relację. Czy wyjazd w przepiękne Bieszczady i wspólnie spędzony czas pozwoli im odnaleźć prawdziwy przepis na szczęście?

__

O autorce

Anna Szczęsna – bibliotekarka i absolwentka Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Obecnie szuka szczęścia na Pomorzu. Autorka książek "Myśl do przytulania" i "Trzykrotka". Całe życie jest związana z książkami. Wegetarianka, siostra czterech braci, miłośniczka dobrego filmu i literatury. W swoich tekstach lubi wracać do miejsc, z którymi jest związana. Początkowo romansowała z horrorem, z czasem fascynacja mrocznymi historiami osłabła, a swoje zainteresowanie skierowała na jaśniejszą stronę życia. Teraz pisze dla kobiet i o kobietach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Książkę dedykuję Zosi, Weronice, Ewie, Basi i Wojtkowi (KunaTravel – jesteście najlepsi).

Rozdział 1

Najlepszy sposób na życie

Mały biały domek skryty na końcu zielonej alei powoli wynurzał się z cienia. Wschodzące słońce ozłociło swoim blaskiem najpierw stojące w oddali wieżowce, by w końcu musnąć spadzisty dach pokryty czerwoną dachówką. To było bajkowe miejsce, wyróżniające się wśród bliźniaczo do siebie podobnych nowoczesnych willi. Relikt przeszłości, zadbany i wymuskany niczym najdroższa pamiątka. Zamiast trawnika rabatki z kwiatami znanymi z babcinych ogródków. Żadne tam tuje i magnolie. Zwykłe floksy, ostróżki, malwy, lwie paszcze, a pod płotem słoneczniki. Przy nieczynnej studni z zielonym włazem rosły kosmosy. Wzdłuż ścieżki wiodącej do czerwonych drzwi przycupnęły kwitnące jak szalone krzaczki poziomek, a do okien próbował się wspiąć pachnący groszek.

Mimo wczesnej pory ogród tętnił życiem. Pracowite pszczoły z podmiejskich pasiek wybrały się na wycieczkę do tego uroczego zakątka, a wraz z nimi trzmiele, motyle i rozmaite chrząszcze. Za domem w zadrzewionym zakątku przekomarzały się ptaki. Zapach wilgotnej ziemi i rześkie powietrze kusiły, by na chwilę przed nadchodzącym upałem przycupnąć na niskiej, trochę krzywej ławce, oprzeć plecy o ścianę i w spokoju wypić pierwszy kubek aromatycznej, gorącej kawy.

Tak też zrobiła Agnieszka, właścicielka tej małej oazy na skraju betonowej pustyni. Jeszcze nie przedmieścia, a już nie miasto. Atmosfera wsi połączona z bliskością metropolii wyróżniały to miejsce, w którym zakochiwał się każdy, kto choć raz je odwiedził. O jego charakter dbała Agnieszka, która mogła uchodzić za najszczęśliwszą osobę na ziemi. Jak nikt potrafiła się cieszyć drobiazgami. Być może ciężka praca nad sobą albo droga, jaką obrała, wpłynęły na jej podejście do życia i świata, a może po prostu była w czepku urodzona i od początku towarzyszyły jej odpowiednie osoby. Doceniała każdy dzień, każdą chwilę i potrafiła wydobyć z nich to, co najlepsze.

Nie bez znaczenia było, że wychowywana przez babcię, przejęła od niej cechy uniemożliwiające zbyt długie poddawanie się negatywnym nastrojom. Nie tylko to zawdzięczała seniorce rodu. Dom z ogrodem był również prezentem od tej wyjątkowej osoby. Starsza pani odeszła niedługo po wkroczeniu wnuczki w dorosłość. Po hucznych urodzinach Agnieszki cicho i skromnie zamknęła oczy, już na zawsze, pozostawiając najbliższych nieutulonych w żalu. Przed śmiercią babcia Agnieszki przezornie postanowiła osłodzić wszystkim nadchodzące gorzkie chwile i obdarowała ukochanych sprawiedliwie i adekwatnie. Agnieszce przypadł dom. Cóż więcej trzeba na początek dorosłego życia?

Dziewczyna chciała się odwdzięczyć babce. Postanowiła, że ta, obojętnie gdzie teraz jest, będzie z niej dumna. Agnieszka dzięki niespodziewanemu spadkowi dość szybko się usamodzielniła. Świadomość, że może mieszkać sama i sama o sobie decydować, była na tyle motywująca, że znalazła sposób na życie, który stał się jednocześnie źródłem utrzymania. Może nie zarabiała wielkich pieniędzy, ale była w stanie się utrzymać. Praca była jedną wielką przyjemnością. Agnieszka mówiła o sobie „testerka szczęścia”.

Zaczęła skromnie, od blogu, na którym recenzowała wszelkiego rodzaju poradniki mające wskazać ludziom drogę do pełniejszego, szczęśliwszego życia. Wiele z porad traktowała poważnie i wszystkie sprawdzała, potem pisała o swoich doświadczeniach. Wizje szczęścia wielu coachów fascynowały Agnieszkę i testowała na sobie ich wskazówki. Chciała wiedzieć, czy szczęście dla nich i dla niej oznacza to samo. W krótkim czasie stała się specjalistką od tego tematu. Oprócz poradników w Internecie zaczęły się pojawiać strony, filmy, podcasty i profile w mediach społecznościowych różnych trenerów życia, nauczycieli, psychologów, terapeutów i przewodników. Rozwój duchowy stał się bardzo popularny, każdy zainteresowany mógł znaleźć coś dla siebie, ale jak poruszać się w tym gąszczu? Takim drogowskazem był blog Agnieszki. Pomagała unikać hochsztaplerów, a wyłuskać naprawdę wartościowe źródła informacji. Jej blog nieustannie się rozwijał.

Po surfowaniu w internetowym świecie przyszedł czas na liczne wyjazdy w realu. Zaczęła dostawać zaproszenia na konferencje, szkolenia i warsztaty. Uwielbiała je. Bez przerwy poznawała nowych, inspirujących ludzi i czuła, że jej działania nabierają rozmachu. Pomysłów jej nie brakowało. To była najlepsza praca pod słońcem i chociaż wielu namawiało ją, by sama poprowadziła takie warsztaty i udzielała czytelnikom rad, jak żyć, to ona jednak wolała być tą, która odsyła do sprawdzonego źródła. Do czegoś, co sama przetestowała i uznawała za warte polecenia. Znalazła dla siebie niszę i miała mocną pozycję, cieszyła się zaufaniem, a wszystko to zawdzięczała ciężkiej pracy, solidności i szczerości. Przede wszystkim była szczera sama ze sobą i to przynosiło efekt. Dobrą energią i motywacją mogłaby obdzielić połowę miasta.

Wtorkowy poranek obiecywał piękny dzień. Agnieszka zbierała myśli po weekendowym wyjeździe. Czekało ją napisanie recenzji kolejnych warsztatów. Tym razem temat był jej obcy. Związki. Nie śpieszyło się jej do zmiany wygodnego życia singielki i zostania czyjąś partnerką. Oczywiście, nie wykluczała, że kiedyś się z kimś zwiąże, ale do tej pory na swojej drodze nie trafiła na nikogo interesującego i godnego zaufania. Mimo bujnego życia towarzyskiego i nieustannego poznawania nowych ludzi jej myśli były zajęte pracą, a nie miłosnymi uniesieniami. Wolała być w stu procentach panią swojego losu. Tego się nauczyła podczas wielu kursów: trzeba mieć priorytety, a rozmienianie się na drobne nie przyniesie jej satysfakcji. Jeśli już się podejmuje jakiegoś wyzwania, to należy iść na całość. Tyle dawała z siebie teraz i wszystko funkcjonowało jak należy. Agnieszka czuła się spełniona.

Po wypiciu kawy przespacerowała się po ogrodzie, zieloną konewką podlała grządki i uznała, że właśnie wyczerpała limit aktywności fizycznej. Wróciła do domu i zjadła kromkę upieczonego przez siebie chleba z miodem, po czym spojrzała na wielką korkową tablicę zawieszoną na ścianie w kuchni. Od wielości kolorowych karteczek można było dostać zawrotu głowy, ale Agnieszka bardzo dobrze wiedziała, że ten kalejdoskop ma sens. Jeden kolor to sprawy związane z wyjazdami; drugi – to notatki dotyczące pisania; trzeci – sprawy prywatne: rodzina, urodziny, imieniny, planowane spotkania; czwarty to kwestie dotyczące domu: rachunki, naprawy, sprawy administracyjne, a nawet sprzątanie. Dzięki temu panowanie nad czasem było łatwiejsze i nie sposób było o czymś zapomnieć. Agnieszka lubiła kontrolować, chociaż wciąż wmawiała sobie, że tak nie jest. No cóż, każdy miał jakieś wady. Dopóki nie dzieliła z nikim codzienności, nie stanowiło to problemu. Schody zaczynały się, gdy spędzała więcej czasu ze swoją rodziną. Każde spotkanie okazywało się jednym wielkim chaosem.

Zerknęła na listę rzeczy do zrobienia w tym tygodniu i uświadomiła sobie, że ma zaproszenie od siostry na grilla. Ciężko westchnęła i skierowała myśli na przyjemniejszy tor. Mogła odhaczyć z listy kilka punktów, które już zrealizowała, i przez chwilę cieszyła się poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Już wiedziała, co napisze na temat minionego weekendu. Miała w głowie zarys recenzji. Uznała za niesamowite, że płacą jej za wyjazdy na warsztaty i nie musi wykładać pieniędzy z własnej kieszeni. Czasami jakaś firma chcąca wysłać swoich menedżerów na szkolenie wynajmowała ją, by wydała opinię na temat wartości zajęć, innym razem sami prowadzący, którym zależało na bezstronnej opinii, zapraszali ją do uczestnictwa. Zleceń jej nie brakowało. Do tego dochodziły reklamy na stronie. Oczywiście, jeśli już coś firmowała swoim nazwiskiem, czuła się zobligowana to sprawdzić.

Agnieszka usiadła przy odziedziczonym po babci biurku i włączyła laptopa. Czekając, aż system się załaduje, błądziła wzrokiem po drzewach za oknem. Świeża zieleń i słońce przedostające się przez zasłonę z liści działały na nią kojąco. Jeszcze niezmęczone upałem powietrze szerokim strumieniem wpływało do pokoju. Agnieszka nie zmieniła w nim dużo po śmierci babci. Zostawiła meble, stare podłogi. Jedynie odmalowała ściany i zamieniła makatki z przysłowiami na nowocześniejsze grafiki z motywującymi hasłami. Mimo modnej formy kolorami korespondowały z klimatycznymi wnętrzami. Niski sufit, drewniane podłogi, białe firanki w oknach, gliniane dzbanki, których używała jako wazony, oraz charakterystyczny zapach czystości i starego domu składały się na niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Otoczenie sprzyjało pracy twórczej i utrzymaniu wewnętrznego spokoju. Cicha przystań dla zapracowanej, aktywnej kobiety.

Miarowe stukanie klawiatury przeplatało się z szumem drzew i śpiewem ptaków. Jakaś ciekawska sroka usiadła na zewnętrznym parapecie i bez cienia lęku przyglądała się pracy Agnieszki. Najwidoczniej wabiły ją błyszczące długie kolczyki kobiety. Ta tylko uśmiechnęła się znad ekranu. Nie lubiła się odrywać od pracy, szczególnie gdy dobrze jej szło. Nim dzwony na wieży pobliskiego kościoła oznajmiły południe, tekst był gotowy.

W kuchni czekało na nią zsiadłe mleko. Do tego ziemniaki z koperkiem zerwanym w ogrodzie i sadzone jajko od szczęśliwych kur. Nagroda za dobrze wykonaną pracę. Po weekendowym wyjeździe potrzebowała leniwego dnia w domowych pieleszach, żeby się zregenerować. Nagły hałas na ścieżce przerwał jednak błogie chwile samotności. Poderwała się, gdy do domu bez pytania wpakowała się liczna, kolorowa i rozszczebiotana gromadka.

– Tylko pamiętajcie, żeby grzecznie się zachowywać u cioci, nie jesteście u siebie. Ściągajcie buty. Daj mi sweterek. Michaś, nie rzucaj torebką mamy. No już, spokój. Cześć, kochana! Jak dobrze, że jesteś w domu. Plany mi się posypały. Ratuj, siostra!

Rozdział 2

Bachorzęta

Agnieszka musiała się powstrzymać, by nie jęknąć na widok swojej rodzinki. Przede wszystkim trzeba szukać pozytywów – przypomniała sobie. Wyglądało na to, że spędzi trochę czasu ze swoimi przyszywanymi i rodzonymi siostrzeńcami i siostrzenicami. To nie zdarzało się często i szczerze mówiąc, nagła i niespodziewana sytuacja wyprowadziła Agnieszkę z równowagi. Cztery nieokiełznane istoty ludzkie w formie larwalnej spoglądały na nią wyczekująco. Nie dała się zwieść. To była cisza przed burzą. Ze zdenerwowania przełknęła ślinę.

– Michaś urósł – stwierdziła w końcu, gdy siostra cmoknęła ją w policzek.

– Kochana, to naprawdę wyjątkowa okoliczność, nie mam kogo poprosić o pomoc. Kilka godzin, tylko o tyle proszę. Musimy pojeździć z Kacprem po urzędach. Jak się uda dzisiaj wszystko pozałatwiać, już nigdy nie poproszę cię o pomoc – zażartowała Asia. Nie wyglądała na swój wiek. Odkąd związała się z dużo młodszym Kacprem, odżyła. Do tej pory nie zawsze było różowo. Miała lepsze, a częściej gorsze momenty w swoim życiu uczuciowym. W spadku po pierwszym związku został jej Michaś. Syn byłego chłopaka, który pewnego pięknego dnia po prostu zniknął, zostawiając partnerce chłopca. Asia nie miała serca oddać małego do domu dziecka, a poszukiwania bliższej lub dalszej rodziny spełzły na niczym. Udało się wywalczyć tyle, że Asia została opiekunem prawnym rezolutnego sześciolatka.

Potem trafiła się szczęśliwa relacja, po której została urocza pamiątka z piegami na zadartym nosku i pomarańczowymi lokami. Niestety, tatuś tego ślicznego aniołka stwierdził, że ma w nosie rodzinę i wyjechał w Bieszczady, by tylko od czasu do czasu pojawiać się niespodziewanie i siać zamęt. Zosia, bo tak miała na imię pierwsza rodzona córka siostry Agnieszki, była nad wyraz grzeczna i dojrzała mimo dopiero co skończonych czterech lat. Czasami, gdy tak uparcie wpatrywała się w swoją ciocię, ta czuła, jak przechodzi ją dreszcz. Mimo niewinnej fizjonomii dziecko miało w sobie coś niepokojącego. Agnieszka w skrytości ducha podejrzewała, że ojciec małej był okultystą i bliżej niesprecyzowanym kontaktom z ciemnymi mocami przypisywała nieuchwytną, mroczną i niepokojącą aurę dziewczynki. Nigdy jednak nie przyznała się siostrze do swoich podejrzeń. Po pierwsze bała się, a po drugie nie chciała sprawić jej przykrości. To, że ona miała jakieś irracjonalne przypuszczenia, nie uprawniało jej do dzielenia się nimi z matką Zosi, szczególnie że Asia była wręcz zakochana w córeczce.

Siostra Agnieszki miała pod swoją opieką jeszcze Celę. Okrągłą i słodką niczym beza księżniczkę, córkę Kacpra. To był jego wkład w budowę ich niestandardowej rodziny. Rodzicielka owej osóbki mieszkała w Norwegii i dobrze się czuła w roli weekendowej mamy, co skutkowało tym, że Asia co jakiś czas przyjmowała byłą swojego partnera u siebie w domu, ale też korzystała z jej gościny. Raz do roku, gdy dni były najdłuższe, a pogoda w Norwegii najbardziej łaskawa, całą rodziną odwiedzali mamę Celi, która zwykle wtedy przebywała w drewnianym domku nad fiordem. Wysoka i piękna Ingrid nie była zagrożeniem dla Asi, bo zaraz po urodzeniu Celi odkryła, że jest zabójczo zakochana w swojej koleżance z pracy. O ile Agnieszka dostawała zawrotów głowy przy próbie rozeznania się w sytuacji osobistej swojej siostry, o tyle Asia zdawała się dobrze czuć w tym całym patchworkowym układzie. Starsza od Agnieszki, miała w sobie pokorę, spokój i morze miłości, którą obdzielała wszystkich wokół w sposób naturalny i bez żadnych pretensji. Nie oczekiwała niczego w zamian. Gościła u siebie w domu obcych, przypadkowo poznanych ludzi, zapraszała niezliczone grono przyjaciół dzieci z pobliskiej piaskownicy wraz z rodzicami, bez słowa skargi gotowała jak dla pułku żołnierzy, bo nigdy nie było wiadomo, kto wpadnie niezapowiedziany, a każdy był mile widziany. Wydawała się uosobieniem chrześcijańskiego miłosierdzia. Jej rozpuszczone długie do pasa włosy były przetykane od niedawna siwymi pasmami, nosiła kwieciste suknie do kostek, brzęczącą metalową biżuterię oraz nieodłączną torbę na ramieniu, z której właśnie wyjmowała na blat stołu w kuchni pieluchy, słoiczki z jedzeniem dla najmłodszej latorośli i zabawki.

– Gucia przewinęłam, więc na kilka godzin powinien być spokój. Przed wyjściem zrobił kupę. Jest najedzony. Zaraz uśnie jak aniołek. – Berbeć, który był owocem związku Asi i Kacpra, uśmiechał się, jakby wcale nie zamierzał zasnąć. Miał dopiero kilka miesięcy i wyglądał na wzorcowego bobasa, z tymi wszystkimi fałdkami i dołeczkami w policzkach. Z uwagą śledził poczynania starszej dziatwy i można się było spodziewać, że jak tylko zacznie chodzić, to on będzie wiódł prym w tej gromadce. Coś na kształt przywódczych samorodnych talentów kryło się w wyrazie jego twarzy. Potrafił jakimś szczególnym sposobem skupić na sobie uwagę starszych dzieci na dłużej, niż to było przewidziane w fachowej literaturze o rozwoju dzieci.

– I błagam cię, nie dawaj im słodyczy. Żadnych. Ewentualnie jakiś owoc. Tu masz banany. Dla Celi rozgnieć. Nie wiem, czemu boi się bananów w całości.

Na to stwierdzenie Michaś zareagował złośliwym chichotem. „Nie trzeba być detektywem, by domyślać się źródła niespodziewanej fobii Celiny”, zauważyła w myślach Agnieszka. Nie miała pojęcia, co zrobił Michaś, ale na pewno w jakiś sposób przyczynił się do tego, że akurat ten owoc jawił się małej jako źródło wszelkiego zła.

– Nie rób takiej miny. Potraktuj to jak wyzwanie. Potem możesz opisać wrażenia na blogu. – Asia się roześmiała. – Ja daję radę, to ty też dasz.

– Ty masz powołanie, dar, talent… a ja? To nie moja działka – próbowała jeszcze rozpaczliwie się bronić Agnieszka, ale w końcu została ze śliniącym się Guciem na ręku, Celą uczepioną jej nogi i Michasiem szarpiącym Zosię za włosy, na co dziewczynka nie reagowała, a jedynie stała z zaciśniętymi piąstkami i zmarszczonym czołem.

Gdy tylko Agnieszka się odwróciła, żeby zamknąć za siostrą drzwi, za jej plecami rozegrał się dramat. Gdy zaskoczona spojrzała w stronę dzieciarni, Zosia stała jak gdyby nigdy nic z założonymi rękoma, a Michaś wysoko unosił głowę i zaciskał palcami nos, z którego sączyła się cienka strużka krwi.

– Spokojnie, ogarnę to, poradzę sobie, kto jak nie ja! – Drżącym głosem powtarzała sobie Agnieszka.

Usiłowała rozłożyć koc na podłodze i odłożyć Gucia, który jak na złość wczepił się w nią jak małpka i na próby odstawienia zareagował histerycznym płaczem. Chociaż serce jej się krajało, położyła go na stercie poduszek i poprosiła Celę, by zerkała na brata, sama zaś ruszyła na pomoc Michałkowi. Papierowy ręcznik okazał się nieoceniony. Nim jednak zatamowała krwotok, nie wiadomo jakim cudem Cela dobrała się do słoika z ciastkami. Na ten widok Agnieszka zamarła, wciąż w głowie rozbrzmiewały jej ostrzegawcze słowa siostry, ale w końcu uznała, że odrobina płatków owsianych z miodem i suszonymi owocami nie może dzieciom zaszkodzić. Porażona wręcz własnym geniuszem, zaczęła je częstować, pomijając oczywiście rozwrzeszczanego Gucia, słodkościami ze słoja.

– No to co, bachorzęta? Na co dzisiaj macie ochotę?

– Ciastko. – Chociaż Cela miała pełne usta, pokazała na napełnione do połowy naczynie pod pachą cioci.

– Dostaniesz ciastko, jeśli uda ci się uspokoić Gucia. – Kolejny genialny pomysł zelektryzował Agnieszkę.

Cela przez chwilę się wahała, by w końcu zbyt dorosłym jak na trzylatkę gestem wzruszyć ramionami i sięgnąć do bałaganu pozostawionego przez matkę na stole, wyłuskując z wielu przedmiotów ten jeden – klucz do ciastek. Triumfalnie uciszyła wymachującego wściekle wszystkimi kończynami brzdąca na podłodze, wsuwając mu w szeroko rozwartą buzię smoczek. Nastała upragniona cisza. Dopiero wtedy Agnieszka zdała sobie sprawę, jak bardzo jest spocona. Jedynie chrupanie Celi zakłócało ciszę tej błogiej chwili spokoju. Michaś wciąż grzecznie siedział przy stole, przyglądając się krwawej mozaice plam na koszulce. Na szczęście krwawienie ustało, Agnieszka nadal nie wiedziała, czy sam się uderzył, czy któraś z sióstr dała mu w nos, ale nie próbowała już tego dociec. Zosia milcząco lustrowała kuchnię, Gucio ssał zawzięcie smoczek, a ich ciocia gorączkowo szukała sposobu na zagospodarowanie tych kilku godzin do przyjścia Asi, na którą była zwyczajnie wściekła. Nie tak miał wyglądać ten dzień. Z żalem spojrzała w stronę tablicy. Będzie musiała wszystko przeorganizować, a nie znosiła nagłych zmian. Pogrążona w myślach, zapomniała, że przy dzieciach trzeba mieć oczy dookoła głowy. O ile Gucio, uspokojony smoczkiem, zaczął przysypiać, o tyle reszta dzieciarni, zostawiona sama sobie, szybko znalazła zajęcia. Jak na złość, każde w innym pomieszczeniu. Rozpełzły się po domu, przyprawiając ciotkę o palpitacje. Nie wiedząc, czy raczej skupić się na Guciu, czy też lepiej sprawdzić, co knuje rodzeństwo, uznała, że jeśli zagna ich wszystkich do jednego pomieszczenia, łatwiej jej będzie nad wszystkim zapanować.

– Kto pierwszy wróci do kuchni, ten dostanie ciastko! – krzyknęła w akcie desperacji.

– Nie ma głupich, ciastka się skończyły – odpowiedział jej Michaś.

Uznała, że głos dochodzi z okolic gabinetu.

– Mój tekst! – jęknęła i pognała w kierunku pokoju, w którym spodziewała się znaleźć Michasia. Nie pomyliła się. Chłopiec siedział przy biurku i zapamiętale uderzał w klawiaturę. Podbiegła do niego, ale na ekranie zobaczyła niebieski samochód wyścigowy.

– Michaś, twoja mama nie mówiła, że możesz grać.

– Że nie mogę, też nie mówiła – odpowiedział rezolutnie, nie odrywając wzroku od pędzącego samochodu.

– A jak cię ładnie poproszę, pomożesz mi szukać sióstr? – zapytała przymilnie.

– A co mi za to dasz? – Chłopiec postanowił negocjować.

– Przeniosę ci laptopa do kuchni i będziesz grał do powrotu mamy. – Zrezygnowana Agnieszka skapitulowała.

– A jeśli nie pomogę?

– Schowam laptopa. – Uznała, że musi być twarda.

Chociaż w swoim CV miała też kilka kursów i warsztatów dla rodziców i nauczycieli, jakoś teraz wszystkie złote myśli, które pilnie na nich notowała, wydały się jej banalne, trywialne i oderwane od rzeczywistości. Od wychowywania dzieci miały rodziców, ona zamierzała je utrzymać przy życiu przez te kilka godzin. Kosztem napasienia ich niewyobrażalną ilością cukru, pozwolenia na nieograniczone oglądanie bajek i granie w gry komputerowe aż do bólu nadgarstków. Wszystko, byle nikt nie zrobił sobie krzywdy. Nim się obejrzała, Michaś przyprowadził siłą szarpiące się dziewczynki. Trzyletnia Cela i czteroletnia Zosia były z tego powodu bardzo niezadowolone. Agnieszka została zmuszona do podjęcia szybkiego działania, w przeciwnym razie groziło rozpętanie się trzeciej wojny światowej.

– Gdzie byłyście i co robiłyście? – zapytała naburmuszone dziewczynki.

– Pić – odpowiedziała, sapiąc z wysiłku, Cela.

Zosia mimo swojego wieku nie wypowiedziała jeszcze ani jednego słowa, co sprawiało, że milcząca laleczka wydawała się jeszcze bardziej niepokojąca. O dziwo, jakoś nie martwiło to jej opiekunów. Do pewnego momentu rodzice chodzili z dziewczynką do pedagoga, psychologa dziecięcego i do logopedy, ale póki co ich zabiegi nie przyniosły żadnych efektów. Uznali, że widocznie tak musi być, i cierpliwie czekali na samoistny przełom, wierząc w inteligencję dziewczynki i ufając, że w najbardziej odpowiednim dla niej momencie wreszcie wypowie pierwsze słowo. Na nieśmiałe sugestie Agnieszki, że może trzeba szukać innych specjalistów, Asia ze spokojem powoływała się na swoją intuicję, która mówiła jej, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

– Tobie też chce się pić? – zapytała Agnieszka Zosię bez nadziei na odpowiedź. Dziewczynka jednym szarpnięciem wyrwała się bratu, z całej siły nadepnęła na jego stopę i pognała do kuchni, nie czekając na resztę. Agnieszka wzięła Celę za rękę i dołączyły do Zosi, która już czekała ze zdjętą z suszarki szklanką w dłoni. Gucio na szczęście nadal spał, od czasu do czasu prostując jedną nóżkę, jakby we śnie kopał piłkę. Ten widok rozczulił Agnieszkę na tyle, że przestała zwracać uwagę na otaczające ich pobojowisko. Pokruszone ciastka, porzucony słój, koc i poduchy rozrzucone wokół Gucia, zabawki na stole, a między nimi pampersy, butelki, słoiczki. Niech się dzieje, co chce.

– Dziewczynki, macie ochotę na bajki? Cela, naleję ci soczku do niekapka. Gdzie jest kubeczek? – Mała stanęła na palcach i znowu bezbłędnie ze sterty rzeczy wyłowiła kolorowy kubek.

Po chwili Agnieszka zadowolona oceniła, że sytuacja jest opanowana. Michaś siedział na sofie wraz z siostrami. On z laptopem na kolanach, one zgodnie wpatrzone w telewizor. Agnieszka nie była pewna, czy bajka jest dla nich odpowiednia, ale skoro obie nie zwracały na nic uwagi i były całkowicie pochłonięte tym, co się działo na ekranie, uznała, że nie musi zmieniać kanału. Nie bardzo też interesowała się tym, czy Michaś nadal kieruje wyścigówką, czy też morduje jakieś potwory. Najważniejsze, że mogła odetchnąć i pomyśleć o obiedzie dla trójki starszaków.

Idylla nie trwała długo. Już prawie podgrzała zupę, gdy Gucio otworzył oczy, rozejrzał się wokół zdziwiony, nabrał powietrza i zawył ze wszystkich sił. Żadne z dzieci nie zareagowało, ale Agnieszce na ten dźwięk włosy stanęły dęba. Rzuciła garnek do zlewu, robiąc przy tym jeszcze więcej hałasu i bałaganu, co na chwilę uspokoiło bobasa. Niestety, gdy do niego podbiegła i wyciągnęła ręce, płacz wrócił ze zdwojoną siłą.

Jałowe potyczki trwały do późnego popołudnia, chociaż Agnieszce wydawało się, że to cała wieczność. Gdy w końcu wróciła Asia, trudno było stwierdzić, kto bardziej cieszy się z jej powrotu, bachorzęta czy ich udręczona ciotka.

Agnieszka z ulgą zamknęła drzwi za gośćmi. Na widok bałaganu machnęła tylko ręką. Przechodząc przez przedpokój, zobaczyła swoje odbicie w lustrze. Resztki chrupek w jej włosach były najmniejszym problemem. To na pewno nie było jej powołanie, uznała. Nalała sobie wielki kieliszek wina i na dłuższy czas zaległa w wannie pełnej gorącej wody i piany.

Rozdział 3

Projekt „facet”

Sobotni poranek nie napawał optymizmem. Agnieszka miała w planach rodzinne spotkanie u siostry na grillu. Po ostatnim epizodzie opiekowania się dziećmi i wyczerpującej reszcie tygodnia najchętniej spędziłaby trochę czasu pod gruszą, regenerując siły. Niestety, już obiecała. Niechętnie spakowała niewielki plecak, ubrała się w dżinsy, T-shirt i bluzę, związała włosy. Ociągając się, dopiła wystygłą popołudniową kawę i, zapominając na chwilę o pozytywnym podejściu do tego, co zsyła życie, wsiadła do żółtego fiata. Droga minęła szybciej, niżby tego chciała, ale na końcu czekała na nią niespodzianka.

– Cześć, kochana. Jak dobrze, że jesteś. Mama z Kacprem już wojują przy karkówce.

– Hej, Asiu. Ładnie ci w tej sukience. Ja za mięso dziękuję. Wiesz, że nie przepadam za smakiem węgla.

– Kacper przygotuje dla ciebie malutki kawałek, zobaczysz, będzie idealny. Chyba że wolisz rybę, jak ja, albo jakiś wegetariański szaszłyk. Kacper na pewno się z tobą podzieli.

– Rzucę sobie na grill banana albo ananasa. Trzymaj, zrobiłam sałatkę. Coś lżejszego do tego całego tłuszczu.

– Ty i te twoje dziwactwa. – Asia się uśmiechnęła.

– I kto to mówi? Gdzie reszta twojej rodziny? – Agnieszka rozejrzała się po półdzikim ogrodzie, ale nigdzie nie widać było rozrabiających dzieciaków.

– Przyjechała Ingrid ze swoją partnerką i uwolniła nas na chwilę od tego słodkiego balastu.

– Sama się na to zdecydowała czy ją zmusiłaś? Jak ona sobie poradzi z całą czwórką?

– Ty sobie poradziłaś.

– Tak i do dzisiaj nie doszłam do siebie.

– Przesadzasz. Chodź do reszty, bo wygląda, jakbyśmy migały się od roboty.

Kamienny grill między drzewami był trochę koślawy, ale dobrze spełniał swoją funkcję. Dzieło Kacpra było jego największą dumą. Gdy tylko aura na to pozwalała, konsekwentnie zadymiał całą okolicę. Agnieszka nie była fanką spędzania wolnego czasu w ten sposób, ale tym razem obowiązek został jej osłodzony. Mogła usiąść na wiklinowym, ogrodowym krześle i cieszyć się towarzystwem dorosłych.

Dom Asi różnił się od wymuskanego ustronia Agnieszki. Usytuowany za miastem, na skraju lasu, na dużo większej działce, dwupiętrowy, urządzony przypadkowymi meblami, dobrze spełniał swoją funkcję. Otwarty dla wszystkich i dostosowany do potrzeb dzieci. Żadnych ostrych kantów i cennych bibelotów. Za to gałgankowe dywaniki na drewnianych wysłużonych podłogach i kolorowe zabawki, często własnoręcznie wykonane przez Asię. Własność dzieci zajmowała prawie całą przestrzeń. Pozostałe, jakimś cudem niezagospodarowane kąty należały do wesołej domowej menażerii. Dobre serce Asi nie pozwalało jej przejść obojętnie obok kociego czy psiego nieszczęścia i tym sposobem w ciągu kilku lat do rodziny dołączyli ślepa suczka Brosia, nazwana tak od niewielkiej białej plamki na piersi, i bezogoniasty kot Mruczek. W pokojach dzieci stały liczne terraria, klatki i akwaria, ale nieprzepadająca za gryzoniami, gadami i płazami Agnieszka przezornie wolała do nich nie zaglądać i nie próbowała zaprzyjaźniać się z ich mieszkańcami. Wychodziła z założenia, że pupile powinny mieć sierść, dać się pogłaskać i być większe od jej dłoni. Chociaż kilka razy Michaś próbował przekonać ją do wiecznie uśmiechniętego aksolotla, nie zmieniła zdania i zaczęła unikać odwiedzin w dziecięcym królestwie. Nikt nie był w stanie zagwarantować tego, że akurat jakaś zabłąkana jaszczurka albo pająk nie wybiorą się na spacer. Gdy mogła decydować, wolała mimo wszystko spotkania pod gołym niebem.

Działka była podzielona na dwie części. Ogród, w którym teraz grillowali, był przestronny, z przypadkowymi grządkami, gdzieniegdzie gołą ziemią, skalniakiem zaimprowizowanym na starej, dziurawej miednicy, huśtawką i oczkiem wodnym, które okazało się przystanią dla żab. Zaraz za nim zaczynał się sad ze starymi, wciąż owocującymi drzewami, które dawały cień w największą spiekotę. Powykręcane wiekowe gałęzie drzew wyglądały jak z baśni. Gęsty baldachim z liści miał w przyszłości stać się bazą dla domków na drzewach. Kacper już obiecał dzieciom, że każdy będzie miał swój, ale póki co jeszcze nie zabrał się do pracy.

– Kochanie, włosy ci urosły, nie zajrzysz do mnie, do salonu? Podetniemy. Może jakaś zmiana by się przydała, co powiesz na grzywkę? – Mama zakończyła swój dyżur przy ogniu i przyniosła do stołu ogromny talerz mięsa. – Częstujcie się.

– Może pod koniec przyszłego tygodnia. W poniedziałek jadę na Mazury.

– Znowu w rozjazdach? – Mama wydawała się zmartwiona. – Kiedy będziesz miała czas na swoje życie?

– Mamo, to jest moje życie.

– No, ale jak tak można, przecież to męczące, a kiedy zdecydujesz się na rodzinę?

– Proszę cię, daj spokój. Nalać ci lemoniady? I jak twój cholesterol? Sałatki byś lepiej zjadła.

– Jaka matka, taka córka. Zrzędzisz, Agnieszko, gorzej ode mnie. Co to będzie, jak będziesz miała tyle lat co ja?

– Dojdę do mistrzostwa w marudzeniu – zażartowała. – Wiesz co, mamuś? Podetniesz mi tylko końcówki, żadnej grzywki. Podoba mi się, jak jest.

– A może umówię cię z Wioletką? Paznokcie ci zrobi, brwi wyskubie.

– I będziemy wyglądać jak klony. Lubię ją, ale ona wszystko robi na jedno kopyto. Pozwolisz, mamuś, że swoimi brwiami zajmę się sama. A paznokci nie maluję. Za długo schną. Szkoda mi na to czasu.

– Gadanie, hybrydę by ci zrobiła.

– Nie, dziękuję, nie skorzystam. Niech zrobi Asi.

– Przecież Asia ma, nie zauważyłaś?

Agnieszka spojrzała bykiem na mamę. Zaczynała męczyć ją ta rozmowa. Ceniła sobie naturalność i wygodę, to się sprawdzało w podróży. Poza tym nigdy nie wiedziała, czy nie przyjdzie jej w celach zawodowych zmierzyć się z szukaniem szczęścia na obozie survivalowym albo spędzić wiele godzin w kąpieli czekoladowej. Wszelkiego rodzaju zabiegi poprawiające urodę uważała za zbędne i ograniczyła się do domowego spa. Balsam do ciała, dobry krem do twarzy, szampon, płyn do kąpieli. Depilacja co trzy dni i tusz na rzęsach od wielkiego dzwonu. Trudno było się pogodzić z takim stanem rzeczy matce, która prowadziła salon fryzjerski i wynajmowała jedno pomieszczenie swojej przyjaciółce, kosmetyczce. Sama mimo zaawansowanego wieku wyglądała świetnie, chociaż jej styl znacznie się różnił od praktycznego minimalizmu z nutą elegancji, któremu hołdowała Agnieszka, i od hipisowsko-romantycznej stylistyki, preferowanej przez starszą córkę. Teresa wprost uwielbiała zwierzęce motywy. Im więcej tygrysich cętek i pasów zebry, tym lepiej. Dodatkowo błyszczące buty na koturnach, korkach albo obcasach, szerokie paski podkreślające talię, obcisłe sweterki z dekoltami słusznych rozmiarów i kolczyki w stylu lat osiemdziesiątych. Krążyły legendy, że nikt nigdy nie widział jej bez makijażu. Krótkie ciemne włosy, zawsze starannie ułożone, i pomalowane paznokcie. Dzisiaj po ogrodzie paradowała w stylu swobodnym. Do obcisłych legginsów do połowy łydki wdziała białe sportowe buty ze srebrnymi sznurowadłami – drobne ustępstwo na rzecz czasu spędzonego w sposób nieformalny w gronie najbliższych. Aby jednak tradycji stało się zadość, na prawym nadgarstku grzechotały bransolety.

– No to jak, córciu? Na kiedy cię umówić?

– Zostaw, mamuś, komórkę, nic nie zapisuj w kalendarzu, dam ci znać. To tylko końcówki włosów, możesz mi nawet teraz podciąć.

– O nie, nałożymy jeszcze odżywkę. Przesuszone masz.

– Gdzie jest Kacper i Asia? – Agnieszka zauważyła nieobecność siostry i jej partnera, ale ci jak na zawołanie wyłonili się z domu. Asia niosła butelkę szampana.

– Słuchajcie, skoro jesteśmy tu razem i nie ma dzieciarni – zaczęła – mamy wam coś do zakomunikowania.

– Ja bym się bała puścić dzieci z tą Ingrid. Moim zdaniem jesteście nieodpowiedzialni – zaczęła swoją klasyczną tyradę matka. Nie ukrywała, że nie podoba się jej bliska obecność i uczestnictwo w wychowaniu dzieci „tej lesbijki”, jak nazywała byłą partnerkę Kacpra.

– Mamo, daj im skończyć – uciszyła rodzicielkę zaintrygowana Agnieszka.

Asia usiadła naprzeciwko niej i między sosami, sałatką i ledwie ruszoną zgrillowaną karkówką postawiła szampana. Kacper zadbał o kieliszki, które niespodziewanie wyjął z kieszeni swoich obszernych szarawarów.

– Co chcecie nam powiedzieć?

Asia wyciągnęła prawą dłoń, a na jej serdecznym palcu błysnął miedziany drucik zapętlony w fantazyjny sposób na kształt pierścionka.

– Postanowiliśmy uregulować prawnie naszą obecną sytuację i… zaręczyliśmy się!

– No wreszcie! Twój pierwszy ślub, kochanie! – wykrzyknęła mama.

– I ostatni! – uściślił zdecydowanie Kacper.

– Dzieci nie ma, możemy się wreszcie napić. – Asia sięgnęła po kieliszek.

– Ależ się cieszę! Macie już jakieś plany? Zaczęliście coś organizować? – Mamie podejrzanie błyszczały oczy. Była szczęśliwa i podekscytowana. Już wątpiła, że jej córki kiedykolwiek wypowiedzą sakramentalne „Tak”.

– Oczywiście, że zaczęliśmy. Kacper wyjął z szopy stary namiot ogrodowy i zaczął go cerować. Nie chcemy tradycyjnego wesela, tylko przyjęcie pod gołym niebem, u nas w ogrodzie.

– Ale jak to? – Rozczarowania matki nie można było nie zauważyć.

– Zwyczajnie, mamo. To będzie nasza uroczystość.

– Ale biała sukienka chyba będzie? – Matka próbowała się jeszcze targować.

– Na to chyba za późno – skwitowała kąśliwie Agnieszka.

Spodziewała się takiego obrotu sprawy. Kacper był najnormalniejszym z facetów Asi. Zajmował się domem i dziećmi, zarabiał, dbał o Asię i był w niej wręcz nieziemsko zakochany. Poza tym mieli podobny światopogląd i podejście do życia. To musiało tak się skończyć. Tym bardziej że dzieci rosły i pojawiało się coraz więcej komplikacji formalnych, które znacznie utrudniały skorzystanie z pomocy lekarza albo załatwienie czegoś w urzędzie. Każdorazowe tłumaczenie dość zawiłej sytuacji rodzinnej było uciążliwe i męczące.

Szampana rozlano do kieliszków, omówiono kwestię organizacji ślubu, a Agnieszka, trochę wbrew sobie, została zmuszona do sprzątania po przyjęciu.

– Zaczyna się robić chłodno. Aga, pomożesz ogarnąć ten bajzel? – Asia wyciągnęła siostrę do kuchni, gdzie mogły spokojnie porozmawiać.

Niespodziewająca się już żadnych rewelacji Agnieszka ochoczo stanęła przy zlewie. Tyle godzin bezczynności przy stole zmęczyło ją bardziej niż pielenie grządek. To drugie wprost uwielbiała. Praca, której efekty były natychmiast widoczne. Trudniej o skuteczniejszą motywację, chociaż Asia uważała to za syzyfową pracę. „Po co tak się męczysz, za kilka dni znowu wyrosną chwasty”, powtarzała za każdym razem, gdy zastała siostrę w kucki, wyrywającą jakieś niechciane rośliny. Poza tym z tych chwastów Asia potrafiła robić niezłe cuda. Okazywało się, że większość z nich była jadalna i świetnie komponowała się z różnego rodzaju sałatkami.

– Jak ci się podoba pomysł ślubu? – zapytała Asia, gdy wszystkie naczynia zostały wpakowane do zlewu. Przez otwarte okno słychać było, jak mama przekomarza się z Kacprem przy wygaszaniu grilla.

– Szczerze? Wiedziałam, że prędzej czy później to nastąpi. Bardzo się cieszę. Kacper to porządny facet.

– Lepszego nigdzie nie znajdę, uwielbiam go. – Asia usiadła na blacie i bawiła się pierścionkiem.

– Bardzo oryginalny. – Agnieszka wskazała palec siostry dłonią ozdobioną obłokiem piany z płynu do naczyń.

– Kacper sam go zrobił.

– Ma chłopak pomysły. – Agnieszka uśmiechnęła się bez cienia złośliwości. Lubiła Kacpra i cieszyła się, że już wkrótce będzie jej szwagrem. – Myśleliście, jakie byście chcieli dostać prezenty? Przy tylu dzieciach może warto zasugerować w zaproszeniach, że pieniądze mile widziane?

– Nie martw się o to. Ten temat cię nie dotyczy.

– Jak to, nie zaprosisz mnie?

– Jasne, że zaproszę, głuptasie. Ale mam prośbę. Oczywiście, możesz odmówić, do niczego cię nie zmuszę, ale jeśli zrobisz to, o co cię poproszę, będę uszczęśliwiona.

– Już się boję. Ty, Aśka, jak coś wymyślisz…

– Daj mi skończyć. Proszę cię, żebyś przyszła na ślub z facetem.

– Tylko to? Żaden problem.

– Nie rozumiesz, nie z kolegą i kimś przypadkowym. Z twoim facetem. Masz na to trzy miesiące.

– Oszalałaś.

– Nie. Mówię całkiem serio. Żyjesz sobie wygodnie w bezpiecznej bańce i omija cię to, co najlepsze.

– Ej, to niesprawiedliwe. Co ty wygadujesz? Każdy ma swoją drogę. Ty realizujesz się jako święta, a ja kocham to, co robię, i nie czuję się samotna. Mam was, to i tak nadto.

– Po prostu daj sobie szansę. Zrobisz to dla mnie?

– Nie, nie podoba mi się ten pomysł.

– W takim razie mój ślub nie będzie idealny.

– To szantaż.

– Zgadza się.

– Zdajesz sobie sprawę, że to głupie, irracjonalne, bezsensowne i że mnie zdenerwowałaś?

– Oczywiście, ale moim zdaniem jeszcze kiedyś mi za to podziękujesz.

– Czyli mam na zawołanie zakochać się z wzajemnością w ciągu trzech miesięcy?

– Nie jestem naiwna, wiem, że może nie wypalić. Po prostu obiecaj mi, że spróbujesz. I chcę relacji z twoich wysiłków.

– Niech ci będzie. Chociaż nie mam pojęcia, dlaczego się na to godzę.

– Bo jesteś najlepszą siostrą na świecie i mnie kochasz!

– Niestety, nic na to nie poradzę. A wszystkie warsztaty asertywności diabli wzięli.

– Uwielbiam cię, Aga!

Rozdział 4

To nie może być takie trudne

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1. Najlepszy sposób na życie
Rozdział 2. Bachorzęta
Rozdział 3. Projekt „facet”
Rozdział 4. To nie może być takie trudne
Rozdział 5. Pierwsze koty za płoty
Rozdział 6. Nawet lakier nie chce współpracować!
Rozdział 7. Facet jak marzenie
Rozdział 8. Sztuka uniku
Rozdział 9. Festiwal katastrof
Rozdział 10. Randka marzeń
Rozdział 11. Foch
Rozdział 12. Historie rodzinne
Rozdział 13. Obiecaj mi
Rozdział 14. Nieznośna uroda krótkiego romansu
Rozdział 15. Rekonwalescencja
Rozdział 16. Nieszczęście Magdaleny
Rozdział 17. Przedszkole w akcji
Rozdział 18. Tajemnica Leny
Rozdział 19. Samowolka
Rozdział 20. Chłód straty
Rozdział 21. Załamanie
Rozdział 22. Żart Pana Boga
Rozdział 23. Przełom
Rozdział 24. Światełko w tunelu
Rozdział 25. Powrót
Rozdział 26. Niespodzianki wczesnej jesieni
Rozdział 27. To nie był dobry pomysł
Rozdział 28. I jak ja pójdę na ślub?
Rozdział 29. Dlaczego nie?
Rozdział 30. Propozycja
Rozdział 31. Majowy październik
Rozdział 32. Niespodziewany ciąg dalszy
Rozdział 33. Echa przeszłości
Rozdział 34. Powrót miłością pachnący
Rozdział 35. Chwila szczęścia
Rozdział 36. Przeszłość bis
Rozdział 37. Święta first minute
Rozdział 38. W rodzinnym gronie
Rozdział 39. Jestem szczęściarą!
Rozdział 40. Przeprowadzka
Rozdział 41. To nie koniec świata
Rozdział 42. Kolejny szczyt
Rozdział 43. Kryzys na połoninie
Rozdział 44. Wszystko, co dobre, szybko się kończy

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Redakcja: Anna Skowrońska, Agata Wawrzaszek, CAŁA JASKRAWOŚĆ

Korekta: Sylwia Kordylas-Niedziółka, Anna Skowrońska, CAŁA JASKRAWOŚĆ

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Yuliya Yafimik (Shutterstock.com)

Copyright © 2019 by Anna Szczęsna

Copyright © 2019 for the Polish edition

by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66338-79-1

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek