Testament Templariusza - Jolanta Maria Kaleta - ebook
Opis


Testament Templariusza” Jolanty Marii Kalety zabiera Czytelników do starego, o magicznym klimacie, opactwa cystersów w Henrykowie na Dolnym Śląsku. W pobliskiej małej Oleśnicy, przed wiekami, istniała komandoria templariuszy. Czyżby autorce udało się odnaleźć więzy łączące obydwa klasztory?

Powieść historyczno-kryminalna, rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych. Rok 1307, z miasta Troyes we Francji ucieka garstka templariuszy do komandorii Klein Öls, aby uniknąć aresztowań zarządzonych przez króla Filipa Pięknego. Tylko niektórzy z nich będą mieli szansę zrealizować misję, której się podjęli. Grudzień 1981 roku. Magda Michalska po rozwodzie z mężem, wyrzucona z pracy za działalność związkową, wyprowadza się z Wrocławia na wieś, gdzie po swoim tragicznie zmarłym dziadku odziedziczyła starą, poniemiecką chałupę. Otrzymuje posadę nauczycielki w szkole rolniczej. Po pierwszej nocy Magda budzi się w realiach stanu wojennego. Zostaje wciągnięta w tryby aparatu władzy wraz z mieszkańcami wsi Świątniki i niewielką społecznością zakonników. We wsi dochodzi też do brutalnych morderstw. Porucznik milicji prowadzący śledztwo nie radzi sobie z problemem, a sąsiedzi Magdy, jak i zakonnicy mają swoje sekrety.

Czy morderstw dopuszczają się pospolici przestępcy, a może mają one związek z tajemnicą tak pilnie przez wszystkich skrywaną? Czy zaginiony przed wiekami, przypadkiem odnaleziony, fragment Księgi Henrykowskiej może zawierać rozwiązanie zagadki? Jak wysoką cenę przyjdzie niektórym zapłacić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 605

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jolanta Maria Kaleta
Testament Templariusza

!!!Wersja Demonstracyjna!!!

Jolanta Maria Kaleta „Testament Templariusza”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2015 Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Marta Kamińska

Korekta: Paulina Jóźwiak

ISBN: 978‒83‒7900‒442‒3

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:

Zobaczyć świat w ziarenku piasku,

Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.

W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,

W godzinie – nieskończoność czasu.

W. Blake, „Wróżby niewinności”, tłum. Z. Kubiak

I

            Tego dnia słońce długo zwlekało z udaniem się na spoczynek, jakby liczyło, że odwróci bieg mających nadejść tragicznych wydarzeń. Wychylając się nieśmiało zza sinych chmur wiszących nisko nad ziemią, spoglądało badawczo na trzech mężczyzn, którzy już od godziny siedzieli wciśnięci między gęsto rozrośnięte krzaki derenia. W świetle gasnącego dnia mieli widoczną jak na dłoni chałupę Demona - tak mówili na starego człowieka, który mieszkał w tej rozlatującej się ruinie. Czekając na jego powrót, nie spuszczali ze ścieżki wiodącej do furtki czujnych oczu. Od pól, które mieli za plecami, zalatywało dopiero co rozrzuconym obornikiem i zeszłoroczną, sfermentowaną kiszonką dla bydła, zalegającą gdzieniegdzie po pastwiskach, a wraz z wieczorną mgłą zaciągała zimna, wciskająca się pod ubrania wilgoć. W zapadającym zmierzchu dostrzegli starą Kołodkową, jak zadarła spódnicę, rozkraczyła się niczym krowa podczas dojenia i wysikała wprost na dymiący ciepłem gnój, dopiero co widłami wygarnięty z chlewu przez jej najstarszego syna, któremu z mężem przepisali gospodarkę w zamian za rentę od państwa. Otrzepała spracowanymi, zniekształconymi przez reumatyzm dłońmi szeroką spódnicę i pokuśtykała w stronę domu. Po chwili do ich uszu dobiegły siarczyste przekleństwa rzucane przez starszego syna Kmitów, Wojtka, który po ścieżce biegnącej z tyłu wioskowych chałup, ciągnął na sznurku oporną Krasulę. Pół dnia spędziła w zagrodzie starego Józka Zdechlika, doprowadzona do byka, i widać zagustowawszy w tym, co z nią wyczyniał, nie miała ochoty wracać do własnej, pozbawionej męskiego towarzystwa obory. Nagle, tuż za plecami siedzących w krzakach mężczyzn, przemknął ogromny pies, czarny niczym diabeł z piekła rodem. Nakreślili na piersiach symboliczny znak krzyża, a dla pewności splunęli także przez lewe ramię, aby odpędzić Złego. Po chwili w oknach widocznej tuż przed ich oczyma chałupy rozbłysło mdłe światło pochodzące od wiszącej w kuchni pod sufitem, obsranej przez muchy, pozbawionej klosza żarówki. Kilka minut później, kiedy w środku ktoś napalił pod kuchnią, dotarł do nich swąd dymu, który wylewając się z pękniętego na pół komina, siną wstęgą snuł się po okolicy.

Wiercili się oszczędnie. Na tyle, aby choć trochę pobudzić krążenie w zdrętwiałych z bezruchu i zimna kończynach, a jednocześnie nie poruszyć gałęziami krzaków, w których się skryli. Odczekali jeszcze kilka minut. Przez ten czas słońce zdążyło już całkiem skryć się za horyzontem, a okolica pogrążyła się w grobowych ciemnościach, rozpraszanych migotliwym światłem lamp w oknach chałup luźno rozrzuconych między polami a drogą. Jeszcze tylko u Łopucha cienko i lękliwie zaszczekał Szarik, wyrzucony na noc z ciepłej stodoły na zimne podwórko, aby pilnował obejścia, od chałupy Wlazłów doleciał płacz nowo narodzonego dziecka, które zapewne dostało kolki po proszkowym mleku, a już u Kołodków okna rozbłysły niebieskim światłem telewizora i charakterystyczny, niczym pobudka w koszarach, sygnał rozpoczynającego się właśnie Dziennika Telewizyjnego rozszedł się po najbliższej okolicy. Po chwili dołączyły do niego kolejne telewizory u pozostałych mieszkańców wsi.

Był to dla siedzących w krzakach derenia trzech mężczyzn znak, że nadeszła właściwa pora. Przed szklanymi ekranami, aby wysłuchać informacji na jakie kolejne towary rząd podniósł ceny i czy dojdzie z tego powodu do strajku, czy wręcz odwrotnie, zasiedli wszyscy mieszkańcy wsi. Niektórzy z nich przecież także zapisali się do Solidarności, tej rolniczej, więc chcieli wiedzieć, czy mają się szykować, aby wesprzeć tych w mieście. Niech komuna wie, że nikt jej nie chce. Ci starsi podkręcali gałki potencjometrów rozklekotanych, wysłużonych odbiorników, aby usłyszeć dokładniej słowa pani redaktor prowadzącej Dziennik. Była świeżo od fryzjera, uśmiechała się uprzejmie, okazując im szacunek, a kokardę przy białej bluzeczce miała fantazyjnie zawiązaną pod samą szyją. To spoglądając im w oczy za pośrednictwem kamery, to zerkając dyskretnie na trzymaną przed sobą kartkę papieru, recytowała oficjalne informacje, dokładnie przesiane przez cenzorskie sito, wymawiając starannie każdą literkę, akcentując każdy przecinek i kropkę. Odgłosy dochodzące z dworu w tak ważnym momencie, jakim było wysłuchanie Dziennika, nikogo we wsi nie interesowały, mogło się walić i palić.

            - Już czas – szepnął jeden z czatujących w krzakach mężczyzn i wygrzebał się z zarośli. Za pazuchą ściskał jakieś pokaźne zawiniątko, wewnątrz którego coś poruszyło się niecierpliwie.

            Nie czekając na swoich kompanów, zgięty jak paragraf, pomknął polną drogą wiodącą wzdłuż szczerbatych sztachet drewnianego ogrodzenia wprost do nędznych resztek czegoś, co w zamierzchłej przeszłości można było nazwać furtką. Za nim jak cień podążyli pozostali dwaj mężczyźni. Choć pośród czerni nocy trudno było ich zauważyć, czujnie rozglądali się na boki i skradali pod osłoną owocowych drzew gęsto rosnących wzdłuż płotu. Jeszcze nie zdążyły się pokryć kwiatowymi pąkami, ale zapach nadchodzącej wiosny czuło się w powietrzu. Na moment wszyscy trzej zatrzymali się przy pozostałościach furtki. Z sobie tylko znanych przyczyn nałożyli na głowy ciemne, skrywające część twarzy wełniane kominiarki.

            - Demon już jest … – szepnął ten, który biegł przodem. Z jego postawy i zachowania pozostałych można było wywnioskować, że on tutaj szefował.

            Wyciągnął pakunek zza pazuchy i rozwinął. W ciemności bezksiężycowej, pochmurnej nocy nawet on sam nie był w stanie dostrzec, jakież to, pokryte gęstym futrem zwierzę, tak okropnie szamotało się w jego rękach. Ni pies, ni kot, ni wydra, może kuna lub łasica. Trzymał je za fałdę skóry na karku tak, aby nie miało możliwości ukąsić go w rękę. Wiło się jak piskorz i syczało niczym żmija złapana za ogon. Mężczyzna śmiało popchnął resztki drewnianych szczebelków będących wspomnieniem furtki i ruszył wydeptaną ścieżką przez środek podwórka. I wówczas, jakby spod ziemi, wyskoczył ku nim ogromny, czarny pies. W zasadzie ujrzeli jedynie jego gorejące niczym dwie latarki żółte ślepia i usłyszeli głuchy charkot wydobywający się ze strasznej paszczy. Gdy znalazł się kilka kroków przed nimi, mężczyzna trzymający jak w kleszczach szarpiące się zwierzątko, rzucił je wprost w pędzącego ku nim psa. Czując intensywny zapach, którego się nie spodziewał, kundel stanął jak wryty. Natomiast uwolniony ku swemu zaskoczeniu zwierzaczek na nic więcej nie czekał, tylko z zadartym do góry ogonem puścił się przed siebie, wprost w ziejące jeszcze głębszą czernią niż podwórko, otwarte na oścież wrota stodoły. Pies przez chwilę dokonywał istotnego dla przyszłych wydarzeń wyboru. Instynkt łowcy okazał się w nim silniejszy od instynktu obrońcy i cisnął się w pogoń za futrzakiem mknącym jak rakieta, mimo zadziwiająco krótkich nóżek. I na to tylko czekali, wstrzymując oddechy, ci trzej mężczyźni, którzy chłodny marcowy wieczór spędzili w pobliskich krzakach derenia. Rzucili się w stronę stodoły i błyskawicznie zasunęli bramę za zwierzętami, które niczym przeciąg wpadły do przestronnego, lecz ciemnego wnętrza. Już po chwili, na świat Boży, przez szpary widniejące w rozlatującym się murze pruskim, z którego przed stu, a może więcej laty wybudowano stodołę, wydostały się przeraźliwe piski i wrzaski futrzaka, usiłującego ujść swemu oprawcy. Darł się przeraźliwie, jakby go kto ze skóry obdzierał, i było to najtrafniejsze określenie wydarzeń, które rozgrywały się w środku.

Trzej mężczyźni natychmiast pobiegli w kierunku frontowych drzwi stojącej tuż obok chałupy. Rozmiękła ziemia obszernego podwórka, pokryta gęstymi, choć zbutwiałymi resztkami zeszłorocznej trawy, niczym miękki dywan skutecznie stłumiła ich kroki. Przyciskając plecy do ściany domu, zaczaili się po obydwu stronach drzwi i zastygli w bezruchu.

            Najpierw usłyszeli starcze szuranie nóg po posadzce w sieni. Wstrzymali oddechy, czując szóstym zmysłem, że stary człowiek przyłożył ucho do szpary w drzwiach i nasłuchiwał. Piekielne wrzaski dochodzące od strony stodoły przybrały na sile i świadczyły wyraźnie, że futrzane zwierzątko w końcu znalazło się w paszczy psa. Szczęknął zamek i drzwi uchyliły się. Na to czekali ci trzej, zaczajeni na zewnątrz.

            Ten stojący najbliżej, niski i krępy, szybkim ruchem wsunął nogę w szparę, aby starzec nie miał możliwości zatrzasnąć drzwi, gdy zorientuje się w czym rzecz. Sekundę później, ryzykując więcej niż pozostali, wcisnął się do chałupy. Po chwili dostał to, czego się obawiał, choć w skrytości ducha liczył, że go to ominie. W mdłym świetle żarówki, dochodzącym od strony otwartej kuchni, ujrzał tuż przed sobą masywnie zbudowanego mężczyznę. Musiał być bardzo stary, gdyż mimo szerokich pleców, sylwetkę miał przygarbioną, a białe jak mleko włosy, nastroszone wokół głowy, tworzyły coś na kształt aureoli. Dolną część twarzy zasłaniała mu długa jak u apostołów broda w kolorze słomy. Jego ciemne oczy momentalnie zalśniły dziwnym blaskiem i zanim intruz zorientował się, co go czekało, starzec uchwycił go za kark i portki na siedzeniu, uniósł wysoko ponad głowę i cisnął nim, jakby był snopkiem zboża, o podłogę. Ale dwaj pozostali już byli w środku. Jeden z nich, zwinny i szybki w ruchach, przygotowaną zawczasu na kształt kowbojskiego lassa pętlę, zarzucił starcowi na ramiona i błyskawicznie przysznurował mu ręce do boków. Natomiast ten drugi, wysoki i dobrze zbudowany, zarzucił mu worek foliowy na głowę i zacisnął wokół szyi. Starzec szarpał się przez moment, licząc na zwycięstwo, ale po chwili, pozbawiony powietrza, nie mogąc walczyć przywiązanymi do boków rękoma, pokonany, osunął się na kolana, zwiesił głowę i zastygł w bezruchu.

Wówczas zdjęli mu worek foliowy, aby się nie udusił przed czasem, a w usta, gdyby przyszło mu do głowy wołać o ratunek, wcisnęli kawał szmaty wiszącej na haczyku tuż przy zlewie. Aby nie widzieć strasznego spojrzenia ciemnych oczu starca, zarzucili na jego siwą głowę, zdjętą z oparcia krzesła, flanelową koszulę. Odnieśli wrażenie, że do ich uszu, przez spraną tkaninę dobiegł szept modlitwy, lecz nie mieli pewności, bo znaczenia słów w żaden sposób nie mogli zrozumieć.

Starzec klęczał znieruchomiały, ze zwieszoną na piersi głową. Wiedział od samego początku, że kiedyś ten dzień nadejdzie, że musi nadejść. Ostatnio nie mógł się już go doczekać, tak bardzo był tym wszystkim zmęczony. Był na ten dzień w pełni przygotowany i świadomy. Zrobił wszystko, co do niego należało i chciał już stąd odejść. Czuwał, choć znał dzień i godzinę. A miał być to dzień świętego Cyryla przypadający na środę. Tak, jak wówczas, gdy odchodził On. Rok nie grał żadnej roli. I dziś właśnie nastał ten szczególny dzień. Środa, osiemnastego marca, po zmierzchu.

            Trzech mężczyzn zdołało dojść do siebie po krótkiej szamotaninie ze starcem. Ten, którym cisnął o ziemię, z podkurczoną do góry ręką niczym ptak z przetrąconym skrzydłem, kwilił z bólu. Posadzili go na krześle i wygrzebawszy w kredensie butelkę z wódką, wlali pół szklanki i kazali wypić. Po chwili zrzucili na ziemię walające się po stole resztki kolacji starego i chwyciwszy go pod pachy, cisnęli na blat, jakby był wieprzkiem do wypatroszenia.

            - Ale ciężki – jęknął jeden z napastników. – Co może tyle ważyć w takim zgrzybiałym staruchu? Przecież to sama skóra i kości.

            - Belzebub – zarechotał drugi i wyciągnął z kieszeni roboczych portek długie gwoździe, przygotowane specjalnie na dzisiejszą okoliczność. Rozejrzał się po kuchni i tuż przy piecu dostrzegł siekierę. Chwycił ją do ręki i chwilę oglądał, sprawdzając czy się nadaje do tego, co oni sobie zaplanowali. – Zaraz zobaczysz, jak będzie z niego usiłował się wydostać – z jadowitym uśmiechem zwrócił się do kolegi, gdy stwierdził przydatność siekiery, choć ostrze miała mocno stępione.

            - Nie trać czasu na pieprzenie o Belzebubach – syknął i rzucił w swego kompana krytycznym spojrzeniem. Natychmiast umilkł. – Przybij go do stołu, żeby się nam nie wyrwał – polecił, zapalając papierosa.

            Rozciągnęli ciało starego jak na krzyżu. Chwycili za nogę, zdarli trzewik i dziurawą na pięcie skarpetkę. Oparli stopę o blat i przyłożyli gwóźdź tak, aby gładko przeszedł między długimi kośćmi śródstopia. Nie mogli przecież pozbawić go życia przed czasem. Ten starzec najpierw, zanim wyzionie ducha, musi im coś wyjawić. Po to przyszli. Gdy gwóźdź zagłębił się w ciało, starym człowiekiem szarpnął paroksyzm bólu, czerwona krew pociekła wąską strużką, szeroko rozlała się po stole i zadziwiająco głośno zaczęła kapać na podłogę. Szmata wetknięta głęboko w usta siwego człowieka, skutecznie stłumiła krzyk, który rozpaczliwie usiłował się wydostać z jego gardła. Po chwili ten sam manewr powtórzyli z drugą stopą. Gdy mieli już pewność, że się nie zerwie ze stołu, aby poukręcać im łby jak kurczakom, uwolnili mu ramiona ze sznurkowych pęt. Błyskawicznie chwycili go za ręce, rozciągnęli na boki i przycisnęli do blatu, ale on już się nie szarpał i nie wyrywał. Jedynie dziwnie brzmiące słowa, zapewne modlitwy w nieznanym im języku, mimo szmaty, którą miał wciśniętą w usta, wydostały się na zewnątrz i wypełniły kuchnię aż pod sufit. Prowodyr poczuł na plecach dziwny dreszcz, a krótko ostrzyżone włosy stanęły mu na karku dęba. Być może był to lęk przed tym starcem, o którym po okolicy krążyły różne plotki, a o którym nikt nic konkretnego nie wiedział. Kiedy zaraz po wojnie do wsi przybyli Polacy, on już tutaj mieszkał. Nikt nie wiedział od jakiego czasu. Wieść gminna niosła, że od zawsze. Ale cóż właściwie oznaczało to słowo? Od początku świata? Od powstania wsi? Może od najazdu Tatarów? Ponoć prawdę o tym człowieku poznał przeor klasztoru cystersów w pobliskim Henrykowie, ojciec Fabian, ale on zaliczał się do ludzi wyjątkowo zamkniętych w sobie i skrytych, więc przed nikim nie uchylił nawet rąbka tej głęboko skrywanej tajemnicy. Być może nawet na spowiedzi przed swoim opatem w Szczyrzycu prawdy nigdy nie wyznał. Mężczyzna pazernym gestem chwycił wiszący na piersiach starego człowieka złoty krzyżyk misternej roboty, zdjął ostrożnie, aby nie uszkodzić zapięcia i zawiesił sobie na szyi. Poczuł na skórze piekące ciepło rozgrzanego metalu, jakby wypalano mu piętno.

            Jeden z napastników fachowo wziął w dwa palce kolejny gwóźdź i przytknął do wnętrza starczej dłoni, pomarszczonej i spracowanej. Zamierzył się siekierką i uderzył raz a dobrze. Dłoń starego zadrżała jak zwiędły liść na wietrze, a do ich uszu dotarły słowa dziwnej modlitwy – nie mogli wykluczyć, że diabelskich zaklęć – wydobywające się nie wiadomo skąd. Dopiero gdy do stołu przybili jego drugą rękę, zdjęli mu koszulę z głowy, a z ust wyszarpnęli szmatę.

            - Powiedz tylko, gdzie to jest, a będziesz mógł sobie nadal żyć w tej norze – bardzo grzecznie, jakby byli u cioci na imieninach, poprosił ten, który był szefem. Zatrzymał wzrok na zwiędłych ustach przybitego do stołu Demona, którego nawet w myślach bał się nazwać człowiekiem. Nawet nie drgnęły. Napastnik odniósł wrażenie, że zacisnęły się jeszcze mocniej, a mimo to do jego uszu dobiegł szept: - „Niech was piekło pochłonie…”

            - Tobie zaraz zrobię piekło – warknął starcowi wprost do ucha. - Wyjmij no jeden węgielek – ruchem głowy wskazał kompanowi stojący w kącie piec, w którym złowieszczo, jakby już jakiś grzesznik smażył się w jego wnętrzu, skwierczał ogień.

            Mężczyzna posłusznie pogrzebał w czeluściach, czerwonych i gorących, i nabrał na szufelkę kilka żarzących się białym ogniem węgli. Podszedł do stołu, zadarł koszulę i sweter starego do góry, obnażając zwiędły i zapadnięty brzuch, przewiązany sznurem. Rozplątał mizernie zawiązany supeł i sznur wsunął do kieszeni portek. Zdjęty z wisielca ponoć przynosił szczęście, a co dopiero z Demona. Mógł też przydać się do czegokolwiek. Nie czekając na rozkaz, wysypał zawartość szufelki na brzuch starca, który ryknął z bólu i stracił przytomność.

            - Czy kazałem ci to zrobić, durniu! – warknął szef i błyskawicznie koszulą flanelową zgarnął dymiące węgle na podłogę, a po kuchni rozszedł się swąd spalonego mięsa. – Jeśli strzeli kopytami w kalendarz, już nic nam nie powie. Ocuć go! – szturchnął swego nadgorliwego kompana łokciem.

            - Gadają po wsiach, że on jest nieśmiertelny. Ponoć to Demon. Antychryst…

            - Nie pieprz głupot jak ksiądz po kolędzie. Nikt nie jest nieśmiertelny! Ocuć go!

            Polany lodowatą wodą starzec odzyskał przytomność i trzęsąc się jak w febrze, szepnął:

            - Pokażę, gdzie jest…

            - Nie musisz się fatygować. Wystarczy, że powiesz.

            - Nie wystarczy…     

II

Ogromna kula słońca, czerwonego jak nigdy dotąd, skąpanego krwawą łuną, powoli chyliła się ku zachodowi, zapowiadając nadejście tragicznych wydarzeń. Zbite w ciasne gromady ptaki, jedne ćwierkając, inne kracząc, krążyły ponad murami miasta Troyes, nie znajdując dla siebie bezpiecznego schronienia w koronach drzew, które jesienne, chłodne noce niemal ogołociły z liści. Koty i psy, do tej pory wałęsające się po próżnicy wśród zaułków, z podwiniętymi ogonami, ze zjeżoną na grzbietach sierścią, w panice wciskały się gdzie bądź, choćby do najpodlejszej jamy, choćby do kloaki, choćby do wozu hycla, byle tylko zejść z oczu upiornemu słońcu. Konie rżały po stajniach i trzęsąc grzywami, tłukły kopytami w ziemię, a zdesperowane kury, usiłując salwować się ucieczką, zderzały się ze ścianami kurników, aż pierze fruwało w powietrzu. Nawet świnie, opróżniwszy koryta do czysta, pokładły się w chlewach pokotem i chrumkały donośnie.

Mieszkańcy miasta spoglądali z niepokojem w niebo i czyniąc na piersiach znak krzyża, zatrzaskiwali z hukiem okiennice i ryglowali drzwi. Klęcząc przed krucyfiksami, żałując za grzechy, głośno odmawiali pacierze. Dzieci po kołyskach kwiliły, myszy skryły się do nor, mężczyźni dodawali sobie odwagi, pociągając tęgo z butelek, kobiety ocierając ukradkiem łzy, tuliły się jak nigdy do mężowskich boków, a starcy o niewidzących oczach, skrytych bielmem katarakty, wyczuwali szóstym zmysłem nadciągającą, bliżej nieznaną im grozę. Niejednemu przyszły na myśl słowa świętego Mateusza setki razy powtarzane przez księży podczas mszy: „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny”. Więc mieszkańcy miasta Troyes czuwali, bojąc się nawet w myślach zadać sobie pytanie, co miał zamiar im przynieść jutrzejszy dzień. Wszyscy z przerażeniem czekali na jego nadejście. A miał być to 13 dzień października roku Pańskiego 1307. Piątek. Dzień Męki Pańskiej.

Nagle, w ciszy tak niespodziewanie wyludnionych ulic i placów, od strony budynków przynależnych do komandorii rycerzy Świątyni, dał się słyszeć tętent końskich kopyt, tak upiorny, jakby stado dzikich ogierów z piekła rodem gnało przez miasto. Ciekawscy, którzy przełamując strach, wyjrzeli przez okna, ujrzeli kawalkadę dziesięciu konnych, którzy w pośpiechu, aby zdążyć przed zawarciem wschodniej bramy przez straże, opuszczali Troyes. Jeźdźcy, okryci czarnymi opończami, za wyjątkiem dwóch na przedzie, którzy cali odziani byli na biało, gdy tylko zostawili za sobą miasto, od razu skierowali się ku Marnie. Rzeka ta odgraniczała Szampanię od Sacrum Imperium Romanum, na tronie którego od kilku lat zasiadł Albrecht Habsburg, znany ze swej wrogości do papiestwa i sojuszu z królem Francji, Filipem Pięknym. O tym, że nim rok minie, zginie z rąk swego bratanka jeszcze nie wiedział, ani mu się nawet nie śniło. U każdego z jeźdźców na krótkich, bo sięgających zaledwie kolan tunikach, w miejscu, gdzie bije serce, widniały krzyże w kolorze żywej krwi. Identyczne zdobiły na lewym ramieniu ich płaszcze. Był to znak rozpoznawczy braci należących do zakonu Świątyni zwanych templariuszami. Nie przyoblekli się w kolczugi, więc można było wnosić, że nie kolejna wyprawa krzyżowa była ich celem. Przytroczone do siodeł pękate juki świadczyły zaś, że wybierali się w długą drogę. Potwierdzały ten fakt luzaki zamykające kawalkadę. Ciężkie uzbrojenie, w postaci kopii, hełmu czy tarczy, utrudniałoby podróż. Galopujące konie, tłukąc głośno kopytami o wysuszoną i spękaną ziemię gościńca, zostawiały za sobą tumany pyłu i kurzu. Nie minęło wiele chwil, a już gromada mknęła po trakcie wiodącym ku przeprawie przez rzekę.

Zanim ostatnie promienie słońca, lśniące niczym święta aureola zgasły, pogrążając miasto w mroku nocy, bracia zakonni wjechawszy na wzgórze, wstrzymali wierzchowce i obejrzeli się za siebie. Chwilę stali w milczeniu i ciszy przerywanej przez rżenie zniecierpliwionych tą niespodziewaną przerwą w podróży rumaków i łopotanie płaszczy na wietrze, który naganiał ze wschodu na zachód kłęby czarnych chmur.

- W Troyes wszystko miało swój początek – oznajmił ponuro jeden z templariuszy, którego niemłodą już twarz zdobił ciemny, o miedzianym odcieniu, gęsty zarost. Skrywał szpetną bliznę biegnącą od ucha aż do kącika ust. Stanowiła pamiątkę po ranie odniesionej w walkach pod murami Akry. – Da Bóg, że do Troyes będziemy mogli powrócić, aby nadal pełnić służbę na chwałę Pana naszego, Jezusa Chrystusa, Syna Bożego i matki Jego, Przenajświętszej Panienki.

- Amen – szepnęli chórem pozostali, zamaszyście kreśląc na piersiach znak krzyża.

Choć było to przed wielu laty, kiedy miedzianobrody rycerz Esteban de Surra y Poitiers właśnie w tej komandorii składał przysięgę przed Wielkim Mistrzem zgodną ze słowami starej Reguły Zakonnej, nadanej na synodzie właśnie w Troyes, jeszcze w 1129 roku, przez słynnego teologa, opata zakonu cystersów, Bernarda z Clairvaux, miał wrażenie, jakby to działo się wczoraj. Przystępując do zakonu, za progiem zostawił swe świeckie, dostatnie życie najstarszego syna hrabiego Alonso de la Surry z Kastylii, stając się bratem Estebanem. Tym samym zgodził się na porzucenie historycznych tytułów i przynależnych mu urzędów oraz wszelkich dóbr materialnych. Gdy już po trzykroć odrzekł, że nie opuścił prawowitej małżonki, że nie jest mnichem, który zerwał z klasztorem, że nie ucieka przed wierzycielami i że nie cierpi na żadną ukrytą chorobę, zaprzysiągł swoje słowa na Ewangelię. Wówczas pozostało mu jedynie złożyć trzy śluby zakonne: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa oraz czwarty: gotowość do walki za wiarę, związany ze statusem mnicha-żołnierza. Po złożeniu przysięgi, w asyście psalmu Ecce quam bonum, zrzucił z siebie świecki strój i założył zakonny. A wówczas Mistrz przywitał go słowami: „Piękny bracie, Pan Nasz zaspokoił Wasze pragnienia i wprowadził Was w to piękne druhostwo, jakie stanowi rycerstwo zakonu templariuszy, dlatego winniście pilnie baczyć, aby nie uczynić nic takiego, za co przystało by Wam je utracić, od czego niech Bóg Was strzeże…”

W pamięci Estebana de Surry y Poitiers zatarło się upokorzenie, którego doznał całując cuchnące pośladki i kosmaty pępek komandora Troyes oraz przyjmując jego obleśny pocałunek w usta na zakończenie tajnej procedury inicjacji, której sensu wówczas nie pojmował, a o której już wówczas pośród plebsu krążyły przedziwne plotki. Zagryzł wargi do krwi i napluł, jak kazano, na podsunięty mu pod nos krucyfiks, wykazując się bezwzględnym posłuszeństwem, tak niezbędnym na polu walki. Po wielokroć sam później stosował tę procedurę, za każdym razem odrzucając postulanta odmawiającego wykonania polecenia. Odmówi raz, odmówi i drugi, w najmniej odpowiednim momencie, a złapany do niewoli, szybko wyda na siebie wyrok śmierci.

Wszelako nie zdołał całkiem zapomnieć o przyczynie, która popchnęła go do tego kroku, którego nie mógł zrozumieć ani ojciec ani matka, a z którego cieszyli się młodsi bracia, którym dzięki temu w podziale schedy przypadnie więcej tłustych kąsków, za wyjątkiem tego, co już przeszło na własność zakonu. W codziennym rytmie modłów, przerywanych przez zbrojne wyprawy, dzięki postom i nauce prawdziwej pokory, ból po stracie tak bardzo kochanej dziewczyny o kasztanowych włosach i smutnym wejrzeniu brązowych oczu, jedynie stępił się i skurczył, przybierając postać kamyczka w bucie. Gdy człowiek ma coś ważniejszego na głowie, zapomina o nim. Brzemię wspomnień jednak powracało w chwilach samotności i zamyślenia, podczas długich, bezsennych nocy. Wyklętą przez rodziców i spowiedników dziewczynę za grzeszną miłość z Estebanem, zamknięto na wieki w klasztorze pod wezwaniem świętej noszącej to samo imię co ona, Marii Magdaleny od Pokuty.

- Szlachetny Panie – zwrócił się do brata Estebana siedzący na koniu tuż obok, okryty białym płaszczem, dobrze zbudowany rycerz, którego długą, czarną brodę srebrnym włosem przyozdobił czas. Spod filcowego kapelusza, naciśniętego głęboko na uszy, wymykały się krótkie szpakowate kosmyki. - Czy możesz wyjawić czemuż to, z jakich ważkich przyczyn, tak nagle i to przed nocą, musieliśmy opuścić naszą komandorię? A może zostałeś zobowiązany przez zwierzchników do zachowania tajemnicy?

- Czcigodny bracie Renaldzie… – odezwał się wyrwany z zamyślenia miedzianobrody, z oczami pełnymi smutku, zatopionymi w majaczących w oddali, na tle krwawego nieba murach Troyes, gdzie za klasztorną furtą pozostała jego ukochana o oczach zranionej łani. – Dzisiejszego dnia miałem widzenie. Ledwiem skończył wieczorne modły, objawił mi się Hugon de Payens, założyciel i pierwszy Wielki Mistrz naszego zakonu, i nakazał, abym jak najszybciej opuścił maison de France, zabierając ze sobą wszystko, co nasz zakon ma najcenniejszego…

- Czy zdradził przyczyny tego rozkazu?

- I owszem – miedzianobrody skinął głową i spojrzał głęboko w oczy swego konfratra. - Oznajmił, iż król szykuje dla nas zagładę i zostały już rozesłane tajemne listy do jego urzędników.

- Z jakiegoż to powodu? Jakaż przyczyna skłoniła go do takiego niecnego kroku ? – w głosie Renalda dało się słyszeć święte oburzenie postępowaniem władcy. - Przecież nie tak dawno chronił się przed gniewem swego ludu w paryskim Templum należącym do zakonu…

- I to był właśnie nasz błąd! – przerwał ostro brat Esteban i zacisnął szczęki, aby nie zakląć szpetnie, przypomniawszy sobie tamten dzień. – Wpuściliśmy wilka do owczarni… - warknął pod nosem.

Renald wsłuchiwał się z trwogą w każde słowo opuszczające usta komandora, ale nie śmiał zaprzeczyć. Pozostali bracia, fratres servientes, stojący niżej w hierarchii zakonnej, w milczeniu i ze zgrozą malującą się na ich brodatych twarzach, pilnie nadstawiali uszu, aby usłyszeć, co miał do powiedzenia ich komandor, brat Esteban. Jednak świst wiatru i krakanie kruków krążących nad ich głowami skutecznie zagłuszały treść rozmowy.

- Co macie na myśli, szlachetny bracie? – zakonnik spojrzał z uwagę na swego przełożonego. – Czy godzi się nam nazywać króla wilkiem?

- Doszły mnie słuchy, iż król pospołu z tą nędzną kreaturą, Wilhelmem de Nogaret… – Esteban de Surra wycharczał z wściekłością – knują coś od jakiegoś czasu.

- Mówcie bracie, jeśli to nie jest tajemnicą…

- Podczas swej ostatniej wizyty w Troyes, mój stryj, seneszal Szampanii, ogródkami dawał mi do zrozumienia, iż ten pomiot szatana, ten krzywoprzysięzca i zbrodniarz, który przyczynił się do przedwczesnej śmierci jego świątobliwość Bonifacego VIII, podsunął królowi zeznania fałszywych świadków… – wyrzucił z siebie ciążącą mu tajemnicę i bezwiednie zacisnął pięść na rękojeści przytroczonego do boku szerokim, czarnym pasem miecza, jakby miał zamiar użyć go przeciwko naczelnikowi królewskiej policji politycznej. - Wiadomym jest w zaufanych kręgach, że ten bezbożnik zdolny jest do wszystkiego, aby dopiąć swego. Teraz oskarżył nas przed królem o plugastwa, których nawet powtórzyć nie potrafię. A jednemu i drugiemu chodzi wszak tylko o jedno. O nasz pełen skarbiec… - dorzucił na koniec.

Starszy od komandora brat Renald de Alleman, mający za sobą trudy walk w Ziemi Świętej, blizny szpecące całe ciało i brak trzech palców u lewej ręki, które stracił w obronie Akry, poruszył się niespokojnie w siodle. Choć zasady Reguły poznał na pamięć, nie potrafił się opanować i wykrzyknął:

- Na rany Chrystusa! Ten chciwy król zamierza zniszczyć nasz zakon, aby zagarnąć złoto, które ujrzał w Templum w Paryżu!

- Obawiam się, czcigodny bracie, że masz całkowitą słuszność – miedzianobrody spojrzał swemu konfratrowi w oczy i dodał: - Świadczy o tym treść tajnych pism, które rozesłał.

- Mów bracie, jeśli masz litość nade mną, cóż one zawierają? – szepnął brat Renald, czując niepokój zakradający się do jego serca i ściągnął mocno uzdę swego wierzchowca, który przebierał niespokojnie kopytami, jakby miał zamiar ruszyć galopem.

- Kiedy tylko nastanie świt 13 października, a więc już za kilka godzin – de Surra zerknął z niepokojem na ciemną linię horyzontu, jakby ujrzał tam zapowiedź jutrzenki - każdy seneszal, każdy baliw, każdy prewot, a nade wszystko przyboczni rycerze, owi missi dominici należący do tego zaprzedanego szatanowi Filipa Pięknego, mają otworzyć podwójnie opieczętowane koperty, które do wszystkich jakiś czas temu rozesłał Nogaret. Znajdą w nich następującą instrukcję: „…aresztować wszystkich braci wymienionego zakonu, bez żadnych wyjątków, wtrącić do więzienia, pozostawiając do dyspozycji sądu kościelnego oraz zająć wszystkie dobra ruchome i nieruchome…” – wyrecytował słowa, które boleśnie wryły mu się w pamięć.

- Chryste… – jęknął z przerażeniem brat Renald. – Jeśli święta relikwia trafi w ręce króla i Nogareta, nie tylko zniszczą nasz zakon i zdepczą boski porządek, ale na wieki zapanują nad światem.

Rycerz nazywany bratem Estebanem uczynił na piersiach szeroki znak krzyża i odparł z całą mocą swego autorytetu:

- Nie lękajcie się czcigodny bracie. Nic nie trafi w ich plugawe łapy. Preceptor Gerard de Villers już jakiś czas temu udał się do La Rochelle, gdzie stały zakotwiczone nasze galery. Miał przy sobie ciężkie i pękate juki, pełne wozy oraz braci milities dla ochrony. Natenczas nie pojmowałem sensu tego nagłego zamieszania i wyjazdu z Paryża. Teraz rozumiem. Musiał i on mieć widzenie, podobnie jak ja albo ktoś go ostrzegł.

- Dlaczego zatem my nie podążamy ich śladem…? - brat Renald nie śmiał dokończyć zdania.

- Nam przypadło inne, znacznie ważniejsze zadanie do wykonania – komandor odparł zdawkowo, widać nie chcąc, aby Renald oraz bracia serwienci stojący tuż obok, wstrzymując za uzdy zniecierpliwione postojem konie i wsłuchując się z uwagą w słowa szlachetnych rycerzy, poznali szczegóły jego tajnej misji.

- Dokąd zatem mamy się udać? – padło krótkie, rzeczowe pytanie. Jak każdy templariusz, tak i brat Renald składał przysięgę zachowania tajemnicy. Jej wyjawienie groziło wykluczeniem z Domu. Zadawanie pytań, czego dotyczyła tajna misja, było więc zbędne. Komandor zakonu w Troyes, szlachetny brat Esteban de Surra y Poitiers, z pewnością nikomu powierzonej mu tajemnicy nie wyjawi, nawet przypiekany żywym ogniem. Kierunek podróży wszak musiał wskazać.

- W dalekim kraju, nawiedzanym przez srogie i śnieżne zimy, gdzie latem kuszą pokryte kwieciem łąki szmaragdowe, gdzie skowronki śpiewają nad polami, w lasach zwierzyny w bród, a naród żyjący w rozproszeniu na ogromnym terenie, pobożny i Bogu posłuszny, herezji nieznający … - miedzianobrody poszedł spojrzeniem w kierunku czarnych chmur zgromadzonych na horyzoncie, tuż za plecami rycerzy – znajduje się komandoria KleinÖlszałożona przed laty… Nasz wicepreceptor, Bertram de Feldheim z Lietzen, winien nam zapewnić niezbędną pomoc, abyśmy mogli bezpiecznie tam dotrzeć, bo nie masz w tamtym dzikim kraju rycerzy strzegących gościńców. Mniemam, iż rozkazy tego wcielonego diabła, Filipa Pięknego, uważającego się za kolejne wcielenie Jezusa, sięgają jedynie maison de France. Dlatego przed świtem musimy przekroczyć Marnę… - dorzucił po chwili i zawracając wierzchowca, ruszył kłusem we właściwym kierunku. Reszta mnichów-żołnierzy karnie podążyła za swoim komandorem.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok