Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 398 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Testament Mamy - St John Greene

W 2005 roku Kate Greene zachorowała na raka. Miała trzydzieści siedem lat. Mimo podjęcia natychmiastowego leczenia, usunięcia piersi, ostrej, wyniszczającej radio- i chemioterapii, nastąpiły liczne przerzuty.  "Pewnej nocy  naprawdę się przeraziła, że nie dożyje do rana. Postanowiła spisać dla mnie i dla synków swoją listę życzeń. Skończyła ją pisać o czwartej nad ranem".

Lista zawiera sto rzeczy, które mąż ma zrobić, żeby wychować synów na dobrych ludzi, instrukcje, czego ma nie robić, jej nadzieje wobec synków, czteroletniego Finna i sześcioletniego Reeda.

Prosta szczera opowieść męża Kate jest jak dziennik.  Dobrze napisany, autentyczny i optymistyczny zarazem. Dający otuchę. Pokazuje też, jak poradzić sobie z bólem i osamotnieniem.

Opinie o ebooku Testament Mamy - St John Greene

Fragment ebooka Testament Mamy - St John Greene

Tytuł oryginału: MUM’S LIST. A MOTHER’S LIFE LESSONS TO THE HUSBAND AND SONS SHE LEFT BEHIND
Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: TOMASZ JENDRYCZKO
Redakcja: ANNA WALENKO
Korekta: JADWIGA PRZECZEK, MIROSŁAWA KOSTRZYŃSKA
Skład: Akces, Warszawa
Copyright © St John Greene and Rachel Murphy, 2012 All rights reserved First published in Great Britain in the English language by Penguin Books Ltd. Copyright © for the Polish translation by Anna Zeller, 2014
ISBN 978-83-7943-579-1
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ 1

„KIEDY MNIE JUŻ ZABRAKNIE, ZAWSZE CAŁUJ CHŁOPCÓW DWA RAZY”

– Udało nam się! – Kate roześmiała się radośnie.

Ten śmiech. Te blond włosy. Te błękitne oczy. Patrzyłem na moją piękną żonę i śmiałem się. Miała talent do rozśmieszania mnie. Wystarczyło, że usłyszałem jej zawadiacki chichot. Tego dnia nie mogłem przestać się śmiać. Położyłem się na mokrym piasku i zanosząc się śmiechem, pociągnąłem Kate obok siebie na piasek. Przypomniało mi to dzień, w którym jej się oświadczyłem, ponad dwadzieścia lat wcześniej. Byliśmy wtedy na nartach i przewróciłem ją prosto w zaspę kopnego śniegu. Skoczyłem za nią i wyjąłem z kieszeni pierścionek zaręczynowy. Zachichotała i pocałowaliśmy się, zupełnie jak teraz. Wtedy śmiałem się z ulgi, że zgodziła się zostać moją żoną, i ze szczęścia, że mam szansę spędzić życie z tak cudowną kobietą. Teraz też śmiałem się z ulgi i ze szczęścia, ale z innych powodów.

Cały mój smutek jakby wsiąkał w piasek – czułem teraz radość i optymizm, których nie zaznałem od dawna. Kiedy nagle fala obmyła nam stopy, pisnęliśmy i mocniej przytuliliśmy się do siebie. Fala cofnęła się, a ja poczułem, jak wraz z nią odpływa w dal mrok i strach ostatnich trzech lat. Słońce świeciło pięknie, przywracając naszemu życiu światło i ciepło.

Leżeliśmy na piasku, trzymając się za ręce, a ja myślałem o tym, jak bardzo nasze życie się zmieniło. Chociaż z drugiej strony, może nie tak bardzo. Mieliśmy teraz dwóch ukochanych synów, Reefa i Finna, ale w głębi duszy nadal czuliśmy się jak para lekkomyślnych nastolatków szukających kolejnej przygody. Byłem pewien, że nic nie może stanąć nam na przeszkodzie.

Podparci na łokciach, patrzyliśmy na chłopców biegających po plaży. To było lato 2008 roku, ledwie kilka tygodni po czwartych urodzinach Reefa.

„Bardzo nam przykro, ale Reef może nie przeżyć dłużej niż kilka dni”.

Pamiętam, jakim szokiem były dla nas te słowa, gdy dowiedzieliśmy się, że nasz półtoraroczny synek Reef ma raka. Czułem, jakby ktoś wysypał wiadro lodu na moją klatkę piersiową, zamrażając mi serce i miażdżąc płuca. Kiedy usiłowałem wziąć oddech, usłyszałem kolejne złe wieści. Lekarze oznajmili, że nawet jeśli nasz syn przeżyje, będzie niepełnosprawny. „Bardzo nam przykro, ale Reef może już nigdy nie chodzić”.

Kiedy teraz myślałem o tym, miałem wrażenie, że to jakiś scenariusz filmowy albo opowieść o życiu innych ludzi. Zdawało się niemożliwe, że dziecko, które tuliliśmy w ramionach, kiedy potrzebowało kolejnej transfuzji lub kolejnej dawki chemii, to ten sam beztroski malec, który biega teraz po plaży. To był nasz cud.

Uśmiechnąłem się do Kate. Po wyrazie jej twarzy widziałem, że myśli o tym samym. Byłem zaskoczony, jak młodo wyglądała, leżąc tu obok mnie na plaży. Dwie bruzdy pomiędzy brwiami jakby rozpłynęły się w jej delikatnej skórze. Znów była tą młodą dziewczyną, tą beztroską Kate, którą znałem, zanim nasz świat pogrążył się w strachu i bólu, które człowiek czuje, gdy ma chore dziecko.

– Spójrz, jak Reef biega! – zawołała Kate. – Udało mu się! – Nawet jej głos brzmiał młodziej. – Udało nam się!

Jej oczy błyszczały tak samo jak wtedy, gdy nurkowaliśmy na wakacjach. Uwielbiałem ten moment, w którym Kate zdejmowała maskę do nurkowania. Promieniała wówczas jak tęcza, jakby okradła tropikalną rybę z żywych, elektryzujących kolorów. Tak właśnie wyglądała tamtego dnia, kiedy patrzyła na biegających po plaży Reefa i Finna.

– Singe, to niesamowite. Mamy tyle szczęścia!

Skinąłem głową i uśmiechnąłem się. Moja dawna Kate wróciła. Większość ludzi na pewno nie użyłaby w tej sytuacji słowa „szczęście”. Ale Kate to zrobiła i to był jeden z powodów, dla których tak bardzo ją kochałem. Inni po takiej traumie czuliby się wykończeni i wypaleni, ale nie ona. Kochała życie i zawsze starała się dostrzegać jego jasną stronę.

– Nie złapiesz mnie, nie złapiesz mnie! – przekomarzał się Finn.

Spojrzałem teraz na młodszego brata Reefa, Finna. Jak na dwulatka był niebywałym sprinterem. Wszyscy mówili, że Reef jest nieco refleksyjny, podobnie jak Kate, z czym się zgadzałem. Finn natomiast był raczej moją kopią: zuchwały, hałaśliwy, kochał sport. On także był naszym cudem. Przypomniałem sobie ten moment, gdy Kate zaczęła przedwcześnie rodzić. Wykrycie guza u Reefa wywołało u niej ogromny stres. Skurcze porodowe rozpoczęły się, kiedy czekaliśmy na wyniki badań mających ustalić typ nowotworu. W tym czasie Kate była w siódmym miesiącu, o wiele za wcześnie na poród.

Obserwując Finna biegającego po plaży, dziękowałem Bogu, że koszmar tamtych szpitalnych dni już minął. W pewnej chwili życie obu chłopców było zagrożone. Jeden leżał w inkubatorze, drugi miał raka miednicy. Jakie mieli szanse? Po co myśleć w ten sposób? To był koszmar. Upłynęły zaledwie dwa lata, a wydawało się, że było to całe wieki temu.

Odetchnąłem głęboko, pozwalając, by wspomnienia strachu i udręki uleciały wraz z morską bryzą. Patrzyłem zachwycony, jak chłopcy krzyczeli i skakali po plaży, nie przejmując się niczym. Przyjaciele przezwali nas „Iniemamocni”. „Jesteście niesamowitą rodziną” – powtarzali nam. W tamtej chwili, kiedy u boku miałem Kate i moich synów, przyznawałem im rację. Spotkała nas seria nieszczęść, ale przetrwaliśmy i uśmiechaliśmy się teraz triumfalnie. Moja rodzina naprawdę była niesamowita.

Przypomniałem sobie te słoneczne chwile na plaży w dniu, kiedy siedzieliśmy w samochodzie zaparkowanym na kamienistym wybrzeżu w Clevedon niecałe dwa lata później. Był 20 stycznia 2010 roku i tym razem na niebie, zamiast słońca, były zwały szarych chmur. Chłopcy siedzieli przypięci pasami w swoich fotelikach, a ja zdecydowałem się usiąść między nimi z tyłu. Kiedy wysiadłem z samochodu, zadrżałem od zimnego podmuchu wiatru. Żałowałem, że nie mogę odsunąć tych chmur i pozwolić słońcu świecić. Sprawdziłem kieszeń płaszcza, czy na pewno jest tam guma balonowa. Chłopcy męczyli nas od dawna, że chcą jej spróbować, i uznaliśmy, że to odpowiedni moment, by im pozwolić.

– Chłopcy, muszę wam powiedzieć coś bardzo ważnego i bardzo, bardzo smutnego – powiedziałem, przytulając ich do siebie.

Czułem ucisk w klatce piersiowej, a serce waliło mi tak mocno, że obawiałem się, iż sam ten odgłos może wystraszyć chłopców. Wziąłem głęboki oddech.

Odebrałem synów ze szkoły i przedszkola i pojechaliśmy prosto do naszego ulubionego miejsca nieopodal plaży w Clevedon. Podczas tej krótkiej przejażdżki próbowałem zachowywać się normalnie, jak co dzień.

– Jak wam minął dzień? – zapytałem i od razu tego pożałowałem.

Cokolwiek by odpowiedzieli, miało być tylko gorzej. Zresztą nawet nie usłyszałem ich odpowiedzi, bo całą moją energię pochłaniało bezpieczne prowadzenie samochodu i udawanie, że wszystko jest jak zawsze.

Tego poranka zapisałem w moim dzienniku zdanie: „O mój Boże, to najczarniejsza godzina”. Teraz ta godzina wydawała się jeszcze czarniejsza. Reef i Finn z uwagą oczekiwali, aż przekażę im te ważne i smutne wieści. To byli tacy dobrzy chłopcy, zawsze chcieli zrobić nam, rodzicom, przyjemność. Siedzieli obok mnie, ubrani w swoje schludne mundurki, a ja instynktownie uśmiechnąłem się do nich i poczochrałem im lekko włosy. Myślę, że ukrywanie uczuć szło mi nieźle i naprawdę bardzo nie chciałem im mówić, co stało się wcześniej tego dnia. Marzyłem, by być jak inni rodzice odbierający dzieci ze szkoły i gawędzić o ich kolegach czy pracy domowej albo wymyślać, co będzie na podwieczorek. Nie wiedziałem, co powiedzieć ani jak to powiedzieć, więc po prostu przytuliłem ich mocniej do siebie, próbując wyrównać oddech i powstrzymać łzy.

„Powiedz to, co masz na myśli” – wyobraziłem sobie szepczącą do mnie Kate. Jej łagodny głos dodawał mi odwagi, ale ranił serce. Przypomniałem sobie, jak Kate mówiła te same słowa kilka tygodni wcześniej, kiedy leżała w łóżku, pisząc swoją listę. „Myślę, że bardzo ważne jest, by mówić to, co ma się na myśli, i chcę, żeby chłopcy się tego nauczyli” – wytłumaczyła, zanim zapisała na liście punkt numer cztery, który brzmiał: „Proszę, naucz chłopców, by zawsze mówili to, co mają na myśli”. Miałem nie owijać w bawełnę ani nie kluczyć, żeby nie dawać im fałszywej nadziei.

Odchrząknąłem i przesunąłem się nieco, żebym mógł patrzeć na synów, kiedy będę do nich mówił. Musiałem powiedzieć im to wprost.

– Przykro mi to mówić, chłopcy – zacząłem łamiącym się głosem.

Dwie pary niebieskich oczu spojrzały mnie jak na komendę. W tym momencie zobaczyłem w nich oczy Kate i poczułem, że mnie obserwuje. Pamiętam, jak płakała i mówiła, że chciałaby zamienić się miejscami z Reefem, kiedy cierpiał w szpitalu. Wiedziałem doskonale, co miała na myśli. Gdybym mógł ich teraz uchronić przed bólem, zrobiłbym to. Ale to było niemożliwe.

Ich oczy wpatrywały się we mnie jak małe latarki, szukając jakiejś wskazówki. Mieli dopiero cztery i niespełna sześć lat, byli na to stanowczo za mali. Z trudem przełknąłem ślinę i poczułem, jak twarz mi czerwienieje, gdy bezskutecznie usiłuję powstrzymać łzy.

– Mama umarła. Nie wróci ze szpitala. Umarła dziś rano – usłyszałem własne słowa i rozpłakałem się.

Chłopcy przycisnęli się do mnie i razem płakaliśmy.

– Czy mama poszła do nieba? – zapytał nagle Reef.

– Tak – odpowiedziałem.

– Czy siedzi teraz na chmurce? – Przełknął ślinę.

– Tak – powtórzyłem i dodałem szybko: – Jeśli chcesz, możesz ją sobie wyobrazić, jak siedzi na chmurce.

Miałem nie mówić nic w rodzaju „mama zasnęła”, bo chłopcy mogliby się bać zasnąć wieczorem albo uwierzyć, że mama jeszcze kiedyś się obudzi. Nie chciałem, żeby naprawdę uwierzyli, że mama jest na chmurce, bo przecież nie była, ale pomyślałem, że Reef, jeśli chce, może tak to sobie wyobrażać.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Siedzieliśmy wtuleni w siebie i płakaliśmy, dopóki nie usłyszeliśmy ryku silników ponad nami. Spojrzeliśmy w zaparowaną tylną szybę. Przez załzawione oczy zobaczyliśmy, jak na ciężkim, ciemnogranatowym niebie przelatują dwa samoloty, przecinając nawzajem swoje trasy i zostawiając ślad w kształcie krzyża.

– Patrzcie, mama przesłała nam buziaka – powiedział Reef i wszyscy znów zaczęliśmy płakać.

Zostaliśmy tylko we trójkę. Odczułem to teraz bardzo mocno, kiedy siedzieliśmy stłoczeni na naszej białej chmurze, oddychając tym samym powietrzem i dzieląc ten sam ból. Szlochaliśmy jeszcze dobre pół godziny, nie zważając na ciemność i chłód wokół nas. Łzy paliły mi twarz, a chłopcy zamiast zwykłych rumieńców mieli na policzkach ogniste wypieki. Mógłbym tak płakać całymi godzinami i dniami, ale kiedy szloch chłopców przycichł, poczułem, że pora przestać.

– Chcecie gumę balonową? – zapytałem.

Ich twarze pojaśniały nieco, kiedy odwijali papierki, ale po policzkach Finna wciąż toczyły się łzy.

– Dziękuję, tato – powiedział grzecznie, wkładając gumę do ust. – Dlaczego mama umarła? – Pociągnął głośno nosem i spojrzał mi prosto w oczy.

– Była bardzo chora, pamiętasz? A kiedy widziałeś ją wczoraj wieczorem, kiedy cię uściskała, była już bardzo, bardzo chora. Tak bardzo, że umarła.

– Chcę ją zobaczyć – powiedział Finn. – Czy mogę jeszcze raz zobaczyć mamę?

– Przykro mi, Finn, ale to jest niemożliwe.

Żuł swoją gumę, a ja patrzyłem na niego bezradnie. Nie przychodziło mi do głowy ani jedno słowo, które mógłbym dodać, by moja odpowiedź stała się dla niego choć odrobinę znośniejsza.

– Smakuje mi – odezwał się Finn po dłuższej chwili. – Bardzo dobra, tato.

– Dziękuję, tato, że dałeś nam gumę. – Reef otarł z twarzy łzy rękawem kurtki. – Dostaniemy jeszcze kiedyś?

– Myślę, że guma będzie zawsze na specjalne okazje. Mama też uważała, że to dobry pomysł. A teraz jedźmy do domu.

Kiedy siedziałem już za kierownicą i zapinałem pasy, czułem dziwny spokój. Samodzielnie wykonałem tak trudne zadanie. Czułem, że Kate pochwaliłaby to, jak sobie z nim poradziłem, i zrobiłaby dokładnie tak samo, gdyby była na moim miejscu. Ta myśl przyniosła mi ulgę.

Spojrzałem na chłopców w lusterku wstecznym. Kiedy odjeżdżaliśmy z plaży, obaj patrzyli w okna zapuchniętymi oczami i głośno mlaskali, wypełniając powietrze słodkim zapachem truskawkowej gumy.

Teraz tylko ja byłem odpowiedzialny za tych dwóch niewinnych, małych pasażerów. Żołądek mi się ścisnął i chwyciłem mocniej kierownicę, myśląc o ciężarze tej odpowiedzialności. Oni nie mieli już mamy i teraz wszystko spoczywało na moich barkach. Nagle, w jednej chwili, stałem się wdowcem i samotnym ojcem. Już sama myśl o tym napełniła mnie przerażeniem i serce mi zamarło.

Jakaś część mnie chciała uciekać i udawać, że to wszystko nigdy się nie zdarzyło, ale czułem jednocześnie ogromną chęć, by podołać temu wyzwaniu. Pragnąłem chronić chłopców i pragnąłem, by Kate była ze mnie dumna. Wciąż chciałem być jej panem Iniemamocnym i to było jedyne, co mogłem dla niej zrobić.

Prowadziłem powoli i bardzo ostrożnie. Nie mogłem teraz podejmować żadnego ryzyka. Będę musiał jeździć wolniej już zawsze, bo jeśli coś mi się stanie, kto zajmie się chłopcami? Poza tym nie było po co spieszyć się do domu. Nic tam przecież nie wydarzyło się od rana. Nikt nie przypalał obiadu w piekarniku, jak to zwykła robić Kate. Moje usta bezwiednie ułożyły się w lekki uśmiech, gdy pomyślałem o kuchennych dokonaniach Kate. Jeśli danie wymagało czegoś więcej niż wrzucenia do mikrofalówki i poczekania na „ping”, było poza jej zasięgiem. Zawsze tak mówiłem, by się z nią podroczyć.

Ruth, najlepsza przyjaciółka Kate, po naszym ślubie nauczyła ją przyrządzać parę prostych dań. Tagliatelle, lasagne, meksykańskie fajitas, curry i spaghetti bolognese stały się „specjalnością” Kate, ale nigdy tak naprawdę nie zgłębiła sztuki kulinarnej. Teraz rola Ruth miała się zmienić. „W razie konfliktu z dziadkami w kwestii wychowania dzieci, zapytaj o radę Ruth, bo ma dwóch synów w podobnym wieku”. Uśmiechnąłem się na wspomnienie słów „w razie”. Nasi rodzice byli zupełnie różni i jak większość par, nie zawsze potrafiliśmy zadowolić obie strony rodziny. Teraz rodzice Kate, Christine i Martin, mieli zięcia, ale nie mieli córki. Wszystko się zawaliło. Do tej pory nawet o tym nie pomyślałem, ale teraz aż mną wstrząsnęło. Ona także musiała się tym przejmować, choć zawsze była o krok przede mną i próbowała znaleźć rozwiązania, które ułatwiłyby mi życie po jej śmierci.

Bardzo lubiłem Ruth. Jej mężem był kiedyś mój przyjaciel, Chris, którego poznałem dwadzieścia kilka lat temu na kursie nurkowania. Teraz są rozwiedzeni, a Ruth mieszka niedaleko nas. Nazywam ją rottweilerkiem, bo jest takim typem przyjaciółki, która mówi otwarcie, kiedy zachowujesz się jak palant. Ceniłem Ruth i przyznałem, że Kate postąpiła rozsądnie, wskazując właśnie ją jako osobę, która może udzielać mi rad dotyczących wychowania dzieci.

Spojrzałem przez ramię.

– Nie połykajcie gumy, chłopcy – przypomniałem im. – Pamiętajcie, że to właśnie dlatego nie dostawaliście jej wcześniej. Uważajcie. Obiecajcie, że będziecie uważać.

– Dobrze, tato – odpowiedział Reef. – Patrz, umiem zrobić balona!

Rozległ się głośny „trzask” i poczułem truskawkowy aromat, a potem usłyszałem śmiech Finna. Chichotali przez całą drogę i nie przestali nawet, kiedy podjechaliśmy pod dom i weszliśmy do środka.

Zabrakło mi znajomego okrzyku Kate: „Cześć, chłopaki!”. Brakowało mi jej torebki porzuconej w korytarzu i butów przy schodach, ale ku mojemu zdziwieniu dom nawet w połowie nie sprawiał wrażenia tak opuszczonego, jak się obawiałem. Nasza terierka, Coral, szczekała, telefon dzwonił, a zanim zdążyłem zdjąć płaszcz, już ktoś pukał do drzwi.

To była Paula, matka jednego z kolegów Reefa ze szkoły. Płakała, a ja w pierwszym odruchu chciałem ją pocieszyć.

– Tak mi przykro, Singe – wykrztusiła. – Po prostu musiałam coś upiec dla was.

– W porządku, nie martw się – odparłem, obejmując ją. – Dziękuję, że przyszłaś.

Uczucie, że to ja kogoś pocieszam zamiast ten ktoś mnie, sprawiło mi przyjemność. Ta rola o wiele bardziej mi odpowiadała. Paula wyciągnęła olbrzymie pudełko.

– Muszę zawsze coś upiec, kiedy jest mi smutno. Tu jest jakieś dwieście czterdzieści ciastek. Przykro mi!

Zaśmiałem się, patrząc, jak biegnie chodnikiem, raz po raz odwracając się, by zawołać, że jest jej przykro.

W ciągu następnych paru godzin odwiedziło nas wielu innych przyjaciół, przynosząc curry, zapiekankę ziemniaczaną czy lasagne. Niektórzy wpadali do środka na kilka minut, inni zostawiali pyszności na progu. Czułem, jakby w moim domu ogłoszono stan klęski żywiołowej, jakby tego wieczoru dom zamienił się w małe Haiti i dobrzy ludzie znosili zapasy jedzenia, dzięki którym mogliśmy przetrwać. Przyszli także rodzice Kate. Bawili się z chłopcami, podczas gdy ja odbierałem telefony, otwierałem drzwi i co jakiś czas wymykałem się na oszkloną werandę, by chwilę popłakać w samotności.

Kate była wszędzie, ale tak naprawdę nigdzie jej nie było. Część jej ulubionych ubrań leżała w koszu z rzeczami do prasowania. Jedna z jej kamizelek ratunkowych spadła z wieszaka za drzwiami. Roiło się tu od kamizelek i innego sprzętu ratunkowego. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Pomyślałem, że to złośliwa ironia, choć słowo „ironia” nie było chyba odpowiednie. Zwykły pech – tak lepiej. Dlaczego Kate umarła? Przecież była zdrowa i wysportowana. Nigdy nie paliła i prawie nie piła, przestrzegała też wszystkich zaleceń dotyczących zdrowego trybu życia. Nie lubiła jeść warzyw, ale starała się. Nie zasłużyła na śmierć. Dlaczego ją to spotkało?

Teraz odwiedzały mnie inne żony i matki, ofiarując słowa pocieszenia. Moja żona, moja druga połówka, odeszła. Moi synowie stracili mamę, ale życie innych toczyło się dalej. Inni ludzie nadal kochali się, dzielili radościami i smutkami i troszczyli się o siebie. Inni ludzie wzdychali, pocieszali mnie, przytulali, a potem wychodzili z mojego domu i wracali do swoich dzieci i partnerów.

O siódmej wieczorem zostałem sam i nadszedł czas kąpieli. Ja i Kate zawsze trzymaliśmy się ustalonego porządku. Ja puszczałem wodę do wanny, potem Kate myła chłopców, ubierała w piżamy i całowała na dobranoc. Następnie znów wypadała moja kolej i czytałem im bajkę, łaskotałem ich i rozśmieszałem. Wtedy zjawiała się Kate, stawała w progu sypialni, podpierała się pod boki i z dezaprobatą kręciła głową.

Tak naprawdę uwielbiała nasze wygłupy i wiedziała, że ja o tym wiem. Lubiła zabawę i nic nie sprawiało jej większej radości niż widok roześmianych chłopców. Ale pamiętała też, aby być wzorową mamą pilnującą przestrzegania domowych zasad. Gdy przychodził czas na spanie, trzeba było iść spać. „No już, wy trzy łobuziaki – beształa nas z błyskiem w oku. – Uspokójcie się. Pora spać”. Całowała ich na dobranoc, potem ja to robiłem i zwykle jeszcze trochę ich łaskotałem, kiedy Kate nie patrzyła.

Od czego mam zacząć dzisiaj? Niby jakim sposobem miałem być mamą i tatą jednocześnie?

– Chłopcy, czas na kąpiel! – zawołałem głośno.

Wołałem tak setki razy, ale dzisiaj zabrzmiało to jakoś inaczej, jakbym wypowiedział te słowa po raz pierwszy w życiu. Tak jak zwykle poszliśmy we trzech na górę, tyle że zupełnie nie było tak jak zwykle. Nic już nigdy nie będzie tak jak zwykle.

Mój wzrok padł na framugę w pokoju chłopców, o którą wieczorami opierała się Kate, udając zagniewaną naszymi zabawami. Mieliśmy zwyczaj zaznaczać tu ołówkiem wzrost chłopców. Pamiętam, jak kładła im na głowach książki, każąc stać prosto i spokojnie, po czym zakreślała na framudze ich wzrost. Nie było między nimi dużej różnicy, mimo że dzieliło ich osiemnaście miesięcy. W czasie choroby Reef rósł wolniej, więc wyglądali z Finnem prawie jak rówieśnicy. „Zaznaczcie mój wzrost na framudze drzwi – mamusia miała 155 centymetrów” – taki punkt Kate dołączyła do swej listy. Pomyślałem, że dobrze by było jak najbardziej zaangażować chłopców w realizację listy, a przy tym życzeniu akurat mogliby mi pomóc.

Odkręciłem kran nad wanną i spojrzałem na ulubiony płyn do kąpieli Kate. Butelka była do połowy pusta. „Do połowy pełna” – poprawiłaby mnie. Tyle razy słyszałem, jak to mówiła. Kate takim właśnie była człowiekiem. Jej szklanka zawsze była „do połowy pełna”, nawet wtedy, gdy choroba wysysała z niej życie.

Trzymałem się tej myśli podczas kąpieli i kiedy ubierałem synów w piżamy, zmuszając się do pozytywnego myślenia. Nigdy nie pogodzę się z utratą Kate, ale posiadanie tych dwóch wspaniałych urwisów to było wielkie szczęście. Oni byli częścią jej i częścią mnie. Miałem dla kogo żyć, mimo że ona umarła.

– Możemy dziś spać u ciebie, tato? – zapytał Reef.

– Jasne, że tak – odpowiedziałem.

Wpadli do naszej sypialni i wskoczyli do łóżka jak dwie małe rakiety. W trakcie choroby Kate kupiła ogromne łóżko. Gdy była już zbyt słaba, żeby wstawać, chciała mieć wygodne miejsce, by chłopcy mogli się bawić u jej boku. Niestety zmarła w szpitalu, zanim dostarczono łóżko do domu.

Chłopcy szaleli po puszystej kołdrze rozłożonej na ogromnej, pokrytej kremową skórą ramie.

– Uspokójcie się już – poprosiłem. – Czas się kłaść.

Wślizgnęli się posłusznie pod kołdrę, czekając na łaskotki, ale nie byłem w nastroju do wygłupów. Wszystkie siły skupiłem na tym, by zachowywać się normalnie i nie rozpłakać w ich obecności.

– Bądźcie grzeczni i śpijcie dobrze. – Pochyliłem się, by ucałować ich na dobranoc. Poczułem, jak zapach perfum Kate, unoszący się z poduszek, zmieszał się z zapachem ich umytych włosów. „Kiedy mnie już zabraknie, zawsze całuj chłopców dwa razy”, zapisała na liście, ale nie potrzebowałem tego przypomnienia. – Dobranoc, Reef – powiedziałem, całując go w oba policzki.

Jeden całus ode mnie, drugi od Kate. Tak samo ucałowałem Finna. Potem mocno ich przytuliłem, starając się, by nie ujrzeli moich łez.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki