Testament duchowy. Gdy noc staje się jaśniejsza niż dzień - Augustyn Pelanowski OSPPE - ebook

14 osób właśnie czyta

Opis

Książka "Testament duchowy. Gdy noc staje się jaśniejsza niż dzień" to tytuł doskonały zarówno dla wierzących, jak i niewierzących. Ojciec Augustyn Pelanowski pisze dla wszystkich, którzy szukają Boga, którzy mają potrzebę spojrzenia w głąb siebie, którzy pragną odnaleźć sens i cel swojego życia.

Sięgnij więc po "Testament duchowy. Gdy noc staje się jaśniejsza niż dzień", a dowiesz się: Jak dostać się do nieba? Jak być zbawionym? Jak odnaleźć się w dzisiejszym świecie? Jakich proroków słuchać…?

Znajdziesz tu jasne odpowiedzi na fundamentalne pytania, niepozostawiające żadnych wątpliwości i niepozwalające błądzić w domysłach.

Takich właśnie wskazówek udziela ojciec Augustyn Pelanowski. Książka "Testament duchowy. Gdy noc staje się jaśniejsza niż dzień" to fascynująca podróż wiary, której przewodnikiem jest zakonnik o niezwykłej osobowości, obdarzony charyzmatem ratowania błądzących, znany z nawracania ku Bogu znajdujących się w trudnych, wydawałoby się beznadziejnych sytuacjach.

Pewnego dnia staniesz przed Bogiem i całe twoje życie, minuta po minucie, słowo po słowie, wszelkie czyny i ich zaniechanie, i myśli, i bezmyślność, wszystko to stanie między tobą i Bogiem jak KSIĘGA WSPOMNIEŃ. Jak ty to wytrzymasz, kiedy wyjdzie na jaw, że przez większość życia po prostu nie było w tobie miłości do Boga, mówiąc najdelikatniej? Jeśli masz minimum nadziei na swoje dobre czyny, to przeczytaj odczarowujący werset z proroctwa Izajasza (zob. 64,5) i pozbądź się złudzeń. Fragment książki

Przesłanie rodzące się z lektury słów ojca Pelanowskiego zawiera głębokie prawdy, najistotniejsze przemyślenia i – co najważniejsze – wskazówki kapłana, pasterza, kierownika duchowego, będące podsumowaniem jego dotychczasowej drogi życiowej.

Książka "Testament duchowy. Gdy noc staje się jaśniejsza niż dzień" to przewodnik pozbawiony jakichkolwiek zbędnych słów. Z niebywałą dbałością o każdy szczegół wypowiedzi autor prowadzi przez szereg zagadnień dotyczących naszej postawy moralnej, współczesnych zjawisk społecznych, lęków, zagrożeń, wątpliwości. Całość opiera na najmocniejszym fundamencie, jakim jest Pismo Święte. Każda wskazówka, każde przemyślenie wypływa wprost z przyjęcia słowa Bożego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym ­zatrzymacie, są im zatrzymane».

(J 20,22-23)

Był wieczór, zapewne ciemno już, a jednak wewnątrz pomieszczenia, gdzie spożywali jeszcze nie tak dawno ostatnią Paschę z Jezusem, nagle zrobiło się jaśniej, niż mogłoby to uczynić słońce, gdyż nikt już nie mógł nie ujrzeć swojego wnętrza. Zamiast jednak wyrzutów i oskarżeń, Chrystus zaskoczył wszystkich pokojem nie z tego świata i słowami, które nie pozwalały przed Nim na żadne tajemnice. Od czasów Edenu ludzie wstydzili się tego wszystkiego, co naprawdę nimi powoduje, i tej godziny ku swemu zaskoczeniu dowiedzieli się, że już nie będę musieli. Ulgą – par excellence – jest czynić i myśleć, mówić i patrzeć bez ryzyka zawstydzenia.

Miłosierni są jedynie ci, którzy dogłębnie doznali miłosierdzia.

Nie wolno tego kontekstu pominąć: Jezus daje Ducha Świętego w tchnieniu przebaczenia. Jeśli uczniowie udzielą rozgrzeszenia skruszonym i wyznającym swoje winy grzesznikom, sam Bóg ich usprawiedliwi, a jeśli komuś nie zostanie udzielone rozgrzeszenie, niebo pozostanie wierne wyrokowi ziemi. Potężna władza, którą dotychczas jedynie sam Jezus dysponował, ku zgorszeniu faryzeuszów i saduceuszów oraz uczonych w Piśmie, dostaje się teraz w ręce tych jedenastu Apostołów. Dlaczego? Przecież dopiero co kilkadziesiąt godzin wcześniej się Go zaparli, pozostawili Go, zgrzeszyli ucieczką gorszą niż ateizm! Właśnie dlatego! Któż bowiem bardziej nadaje się na sędziego czynów ludzkich jak nie ten, kto był winowajcą, któremu darowano coś gorszego niż karę śmierci? Miłosierni są jedynie ci, którzy dogłębnie doznali miłosierdzia. Piotr, jak wiemy, wyparł się Jezusa, chcąc uratować siebie w słynnej scenie przy ognisku (zob. Mt 26,69-75). Wyprzeć się powinno swego życia, a nie Chrystusa, ale on uczynił zupełnie przeciwnie. Jezus tak bardzo nastawał na tych, którzy chcieli nieść krzyż za Nim:

Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!

(Łk 9,23)

Zwrot ‘zaprzeć się’ (gr. arnesastho) użyty został w znaczeniu utraty nawet życia dla Jezusa. Wyparcie się Jezusa zapewne było największym grzechem Piotra; grzechem, w który nie chciał on wierzyć (zob. Mt 26,35). A jednakwyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał. Owo ‘na zewnątrz’ (gr. exo) w kilku miejscach ma znaczenie wyrzeczenia się wszystkiego, utraty wszystkich dóbr, związków i szans życiowych, nawet potępienia w wiecznych ciemnościach – jest to miejsce kary nieodwracalnej i pełnej nieugaszonej rozpaczy (zob. Mt 5,13; Mt 8,12; Ap 22,15; Mt 25,30; Mt 22,13). Bóg jednak wszystko przekreśla za jednym zamachem ręki kapłana, bo przecież, jeśli dobrze się przyjrzeć kapłanowi w konfesjonale czy poza nim, to można ten ruch ręki zinterpretować jako krzyż albo jakby Bóg na nasze grzechy chciał położyć rękę, by je przykryć – bez lekceważenia samego gestu albo grzesznika – po prostu On ma gest, który jest odpowiedzią na naszą skruchę wyrażoną w spowiedzi. Nikt inny na świecie nie może tak przykryć swą dłonią naszych win ani my sami też nie możemy machnąć ręką na nasze grzechy, bo tylko Bóg może je odpuszczać. Mieli rację ci faryzeusze, którzy powiedzieli, że gdyby człowiek odpuszczał grzechy, to by bluźnił. Kiedy więc ktoś z nas mówi, że sam sobie odpuści grzechy – to bluźni! Jak więc teraz zrozumieć to udzielenie władzy Apostołom? Czyżby Jezus dopuścił do bluźnierstwa? W żadnym wypadku! To po prostu On sam w Duchu Świętym będzie udzielał rozgrzeszenia. Duch Święty to obecność Boga w kapłanie.

Pan Bóg nie przebacza dlatego, że musi albo że to mu się opłaci, albo że wypada, ale dlatego, że kocha jak Ojciec.

Podczas uzdrawiania paralityka (zob. Mt 9,1-8) Jezus mówi do niego: „Synu”. Jezus, zanim przebaczył, nazwał go synem – uczynił go dzieckiem Bożym. Dzieckiem, czyli kimś kochanym i własnym. Pan Bóg nie przebacza dlatego, że musi albo że to mu się opłaci, albo że wypada, ale dlatego, że kocha jak Ojciec. Nie powiedział ani Piotrowi, ani żadnemu z Apostołów, ani paralitykowi: „wyrodny synu”, „przestępco”, „potępieńcze”. Nie odrzucił tego sparaliżowanego człowieka, nie potępił Piotra, nie wyzwał od tchórzy żadnego z Apostołów. Nie wykpił, nie wyśmiał, nie wydrwił, ale nazwał grzesznika pokutującego synem. Zanim go uleczył, najpierw go usynowił. Dlaczego? Ponieważ uczucia albo leczą, albo powodują choroby. Od uczuć wiele zależy. Uczucia decydują o większości naszych decyzji życiowych. Od uczuć zależy to, czy coś od kogoś przyjmiemy, czy nie; czy komuś się zwierzymy, czy też się przed nim zamkniemy. Jeśli tak dużo zależy od uczuć, jeśli tak wiele zależy od miłości, to o ileż więcej od Tego, który jest samą Miłością; od Tego, który jest Kimś nieskończenie więcej niż uczucia!

Komu uczniowie Jezusa nie udzielą przebaczenia, temu niebo też tego przebaczenia nie udzieli.

Wrócę do pierwszej myśli: trzeba to podkreślić, iż Bóg daje Ducha Świętego tchnieniem w kontekście władzy przebaczania. Właśnie w strumieniu władzy przebaczenia, ale i… nieudzielenia tego przebaczenia. Tak, wszak powiedział, że komu Jego uczniowie nie udzielą przebaczenia, temu niebo też tego przebaczenia nie udzieli. Czy taka władza jest dziełem Ducha? Czy władza nieudzielenia przebaczenia, nierozgrzeszenia jest też dziełem miłości? Jak najbardziej. Przecież w pewnych okolicznościach oznajmienie komuś niemożliwości udzielenia rozgrzeszenia jest zmotywowaniem go do walki o nie, do zastanawiania się nad szczerością woli utraty grzechu, wyrzeczenia się go bez połowiczności, pogłębienia skruchy aż do unicestwienia jej pozorów – a może nawet przerażenia się możliwością rozminięcia się z wiecznym szczęściem. Gest kapłana rozgrzeszającego zaczyna być tak utęskniony jak przytulenie ojcowskie. Łaknie się go tak bardzo właśnie dlatego, że przez przywiązanie do grzechu, brak skruchy, brak żalu stałem się nieosiągalny dla ramion Boga, które chciały mnie przytulić. Pojednanie jest gestem Ducha Świętego, aby miłość Boga Ojca mogła mnie ogarnąć przez tę łaskawość, która stała się namacalna w uczłowieczonym Synu Boga, Jezusie Chrystusie.

Łaska od Jezusa Chrystusa, Miłość od Boga i jedność od Ducha Świętego

(2 Kor 13,13).

Apostoł Paweł klarownie oddziela działania trzech Osób Trójcy Przenajświętszej. Jeden Bóg w trzech Osobach daje swoją tchnącą pokojem miłość ojcowską, w łaskawości, jaka objawia się w Chrystusie, by doprowadzić do ściślejszej jedności w Duchu Świętym cały Kościół. Jedność w Duchu Świętym została nazwana w tym fragmencie po grecku koinonia, czego odpowiednikiem łacińskim jest communicatio, a Salkinson i Ginsburg przełożyli to pojęcie jako… LIWEJAH, co tłumaczy się jako ‘czułe przytulenie’, wierne przywiązanie niczym uroczysta przysięga lub też splecenie kwiatów jako nadobnego wieńca. Znane imię protoplasty rodu kapłańskiego Lewi pochodzi właśnie od tego wyrażenia. Syn Lei, odsuniętej żony Jakuba, otrzymał to imię w chwili, gdy Lea liczyła bardzo na czułe przywiązanie męża. Pojawia się on także w tekście opowiadającym o grzechu bałwochwalstwa pod górą Synaj. Potomkowie Lewiego na wezwanie Mojżesza przyłączyli się do niego wiernie i byli gotowi na wszystko, byleby tylko nie zdradzić przywiązania do Boga i Jego Prawa. Czułość oczekiwana przez Leę od męża Jakuba po tym, jak urodziła Lewiego, i wierność lewitów podczas bałwochwalczego odstępstwa, gdy lud grzeszył kultem złotego bydlęcia, splatają się w wyobrażenie tego, czym jest LIWEJAH – jedność wspólnoty Kościoła. Jeśli jedność, to tylko taka, w której wszyscy tworzą wieniec przywiązania do Boga Ojca w łaskawym miłosierdziu Jezusa, które pozwala na tworzenie komunikacji bez uprzedzeń, bez lęku, bo bez osaczenia. Wszędzie tam, gdzie pojawia się zwyrodniała imitacja miłości polegająca na osaczeniu kogoś, a nie na wspomaganiu; na pożądliwym zniewoleniu, a nie na czystej wolności; bezwzględnej presji, a nie delikatnej zachęcie; wścibskiej kontroli, a nie wyrozumiałości; tyranii, a nie służeniu – nie może zaistnieć przywiązanie do Boga Ojca ani korzystanie z łaskawości Chrystusa, ani nie może powstać przyjaźń w Duchu Świętym we wspólnocie. Wszystkie deformacje miłości mają za kurtyną udawania szeptane za plecami osądy i skrywane porównywania się, zaś wszelkie przejawy miłości, którą obdarza Duch Święty, mają na scenie szczerości usprawiedliwienie i uniżenie. W pestce ludzkiego przeznaczenia, wewnątrz miąższu światła Duch wypuszcza odrośl świadomości spełnienia się, nasycając życiodajnymi aromatami słów miłości i powodując uwalniającą utratę zagubienia w niepewności siebie samego. Opuszczając Ducha Świętego, rozstajemy się nie tylko z Nim i z innymi, ale też ze swoją prawdziwą tożsamością. Przytulenie wierności, jakie otrzymujemy od Trójcy Przenajświętszej, tworzy zdrowe przywiązania i splata łańcuch wieńca wspólnoty. Żadne ludzkie przywiązanie nie ma szans na przetrwanie, jeśli od niego samego nie jest silniejsze moje i czyjekolwiek przywiązanie do Trójjedynego Boga. Mój Ojciec z miłości posłał swego Syna Jezusa Chrystusa, który rzucił się w odmęty tego świata i wydobył z dna moją duszę. Kurczowo się wczepiłem w Jego ramiona i, tracąc przytomność, wiedziałem, że nawet jeśli moje dłonie skostnieją z zimna i nie będą miały siły się Go trzymać, Jego ręce nie pozwolą mi usunąć się na dno. A potem resuscytacja jak drugie tchnienie w nozdrza Adamowe w czasie stworzenia. Jeden oddech – jeden Duch. Życie. Czy warto ratować człowieka, łowić go jak śniętą rybę, dawać jej oddech nowy, gdy już nie ma siły zaczerpnąć powietrza?

Opuszczając Ducha Świętego, rozstajemy się nie tylko z Nim i z innymi, ale też ze swoją prawdziwą tożsamością.

Kto wie, jak potoczyłyby się losy świata, gdyby nie ksiądz Johann Kuehberger, który jako młody chłopak uratował życie kilkuletniemu chłopcu, gdy ten wpadł do rzeki i zaczął tonąć. Bez zastanowienia wskoczył do rzeki i wyciągnął zmarznięte dziecko na brzeg. O sprawie napisała lokalna gazeta codzienna „Donauzeitung”, której archiwalne wydanie znajduje się w Passau. Tym uratowanym chłopcem był Adolf Hitler! Nieznany fakt z życia przywódcy III Rzeszy potwierdzał także ksiądz Max Tremmel, który słyszał tę historię z ust samego Kuehbergera. Czy Johann Kuehberger uratowałby go, gdyby wiedział, jaka będzie przyszłość tego zmarzniętego, szczupłego chłopca, który co niedziela chodził do kościoła? Uratować komuś życie jest rzeczą godną pochwały, ale po cóż komuś ratować życie, jeśli nie obdarowałoby się go życiem wiecznym? Hitler doprowadził do śmierci milionów ludzi. Uratowany nie nauczył się ratować, tylko niszczyć.

Żadne ludzkie przywiązanie nie ma szans na przetrwanie, jeśli od niego samego nie jest silniejsze moje i czyjekolwiek przywiązanie do Trójjedynego Boga.

Był rok 1863, trwało powstanie styczniowe w Polsce – partyzancka wojna z rosyjskim okupantem. W okolicach Lelowa, Janowa, Żarek, niedaleko klasztoru nowicjackiego, gdzie spędziłem dziewięć lat, działał oddział powstańczy kapitana Zygmunta Chmielińskiego, którego adiutantem był siedemnastoletni Adam Chmielowski. Był w tym oddziale także równolatek Chmielowskiego, mieszkaniec Żarek, Kacper Kustrzyński, którego rodzina do dziś tam mieszka. W bitwie stoczonej 30 września 1863 roku pod Mełchowem (n. Lelowa) brało udział około 800 powstańców. Wojsk carskich posiadających artylerię było prawie dwa razy więcej. Zginęło wówczas 70 powstańców, ale Rosjanie ponieśli większe straty. Wśród rannych w tej bitwie znaleźli się między innymi Kacper Kustrzyński oraz Adam Chmielowski, późniejszy… święty Brat Albert. Rannych powstańców wywieziono do szpitala w Koniecpolu. Szpital był otoczony przez wojska carskie i nikomu tam nie pozwolono wejść. Dość prawdopodobna jest opowieść, iż Kustrzyński umarł, ale jego śmierć wykorzystała rodzina Adama Chmielowskiego, któremu w szpitalu amputowano nogę. Polska załoga szpitala do trumny, w której miał być wyniesiony na cmentarz Kacper Kustrzyński, włożyła żywego Adama Chmielowskiego. W ten sposób Kacper Kustrzyński już po śmierci uratował życie przyszłemu świętemu. Bywa, że noc staje się jaśniejsza niż dzień i śmierć może uratować życie.

Z cmentarza rodzina Adama Chmielowskiego zabrała go już nie do jego domu, lecz wysłała na leczenie do Francji. Adam prowadził życie hulaszcze i pełne grzechów, zwłaszcza gdy przebywał w Monachium na studiach. Jednak w końcu chwycił za Biblię i jego życie zmieniło się. Zaczął ratować najbiedniejszych, dając im nie tylko pomoc materialną, ale – co najważniejsze – dbając o ich zbawianie.

Bywa nawet tak, że ratując tylko czyjeś życie, ratujesz swojego zabójcę. Austriacki arystokrata Karl ­Philipp Schwarzenberg do wojska wstąpił w 1787 roku i już rok później walczył w wojnie z Turcją wraz z Józefem Poniatowskim, który uratował mu życie w bitwie pod Šabacem. Po przyłączeniu się Austrii do koalicji antynapoleońskiej w 1813 roku Schwarzenberg jako naczelny dowódca zjednoczonych sił odniósł zwycięstwo w wielkiej „bitwie narodów” pod Lipskiem, która była drugim upadkiem Napoleona – w niej to poległ książę Józef Poniatowski. Czasem ratujesz własnego rzeźnika… ale czasem ratujesz dla nieba kogoś najbliższego, ratujesz jego wiarę i żyjesz dotąd, dopóki nie dasz komuś życia wiecznego!

Uratować komuś życie jest rzeczą godną pochwały, ale po cóż komuś ratować życie, jeśli nie obdarowałoby się go życiem wiecznym?

Wobec tych wszystkich i innych przykładów postać świętej Moniki jawi mi się wyjątkowo nie tylko ze względu na imię, które noszę. Tej matce nie wystarczyło urodzić syna, gdyż całe życie troszczyła się o to, by jej syn został wybawiony z grzechów i zbawiony w świętości. Święta Monika z Hippony (albo z Tagasty) urodziła się w 332 roku, zmarła w 387 roku. Imię świętej Moniki z Hippony w języku łacińskim oznacza ‘jedyna’. Wiarę przekazała jej służąca, która nią się opiekowała i jednocześnie ją wychowywała. Prawdopodobnie w młodym wieku trudno było jej zwalczyć pociąg do wina, ponadto była próżna, szukała zauważenia i pochwał u innych ludzi. W bardzo młodym wieku, gdy miała dwanaście lat, wydano ją za poganina Patrycjusza – człowieka rozpustnego i wybuchowego, pijaka. Przed swą śmiercią, pod naciskiem nieustępliwego charakteru swej żony, przyjął on chrzest mimo długoletniego oporu (w 371 roku). Nie tylko charakterny mąż, również teściowa nie umilała jej życia. Jednak Monika okazała się silniejsza w swej cierpliwości niż mąż i teściowa razem wzięci w swoich ekstremalnych nastrojach. Być może chwytała się na pokusach żalu do Boga i tłumiła w sobie bólem spisane myśli: „Czy nie jesteś, Panie, zbyt cierpliwy dla złych i czy niezbyt dużo to kosztuje dobrych?”. Cierpienie czyni czas spowolnionym, natomiast szczęście go skraca. Mając dwadzieścia trzy lata, 13 października 354 roku, Monika urodziła swego pierwszego syna – Augustyna, znanego dzisiaj jako święty Augustyn. Potem urodził się jeszcze jeden syn – Nawigiusz – i córka Perpetua. Świętość Moniki jest bardzo prawdziwa, ponieważ walczyła ona ze swoimi słabościami i cierpliwie znosiła słabości tych, wśród których żyła.

Dorastający Numidyjczyk Augustyn, o iście afrykańskim temperamencie, dość szybko – delikatnie mówiąc – zanurzył się w hulaszcze życie. Zniosło go w wiry pożądliwości i związał się z kobietą, której imienia, niestety, nigdy nie zdradził. Augustyn również wkręcił się w wiry sekty manichejczyków. Monika zabroniła mu pokazywania się w progach domu rodzinnego, ale za jego plecami nieustannie modliła się za syna. Nie dała za wygraną i modliła się, a nawet ścigała go, ciągle napierając, by porzucił grzeszny konkubinat, w którym zupełnie już utonął. Zapewne jej modlitwa doprowadziła go do przeobrażenia, gdy ciężko zachorował, ale i wtedy jeszcze nie zdecydował się ostatecznie na chrzest. Po wielu latach przyznał, że kiedyś zachowywał się jak ostatni dureń. W Mediolanie Monika poszła do świętego Ambrożego, który słynął z pełnych Ducha Świętego homilii. Ambroży, usłyszawszy przyczynę jej przygnębienia, wyprorokował esencjonalnie słowa, które stały się epigramatem pocieszenia dla wielu dusz pogrzebanych w przewinach: „Matko, jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. Niedługo po tym, pod wpływem słuchania homilii miodoustego Ambrożego, w 387 roku Augustyn podjął decyzję o oddaniu się zupełnie Chrystusowi, pozwalając sobie na wynurzenie z dna.

Matka co prawda latami cierpiała, ale wiedziała, co uczynić z łzami – zamieniała je w nieustępliwą modlitwę i to przez nie więcej dała Augustynowi niż własnym mlekiem z piersi. Zwykle matki rodzą po dziewięciu miesiącach dziecko, ale by urodzić je dla nieba, niejednokrotnie noszą je w łonie modlitwy jeszcze wiele lat. Szkoda, że takich matek dziś jest tak mało. Jeśli ona nie odpuściła nawrócenia synowi, to czy Bóg miał odpuścić sobie jego los? Bóg nie da się wyprzedzić w zbawianiu – lecz, być może, nie tylko chciał syna nawrócić, ale i matkę uczynić bardziej niezachwianą niż aniołowie? Kto więcej zdobywa łaski: modlący się za kogoś czy omodlony? Dotychczas uważano, że kobieta, stając się matką, powinna karmić dziecko swoją piersią, ale dziś nawet karmienie piersią wydaje się już coraz bardziej nieetyczne, ponieważ umacnia role związane z płcią – tak można już usłyszeć w narzucanych społeczeństwu poglądach gender, choćby na łamach czasopisma „Pediatrics”.

Zwykle matki rodzą po dziewięciu miesiącach dziecko, ale by urodzić je dla nieba, noszą je w łonie modlitwy jeszcze wiele lat.

Augustyna ratowała niezwyciężona miłość matki. Wiedział on dobrze, że gdyby umarł w stanie grzechu i niepojednania się z Chrystusem, zraniłby nieuleczalnie serce matki, które tak o niego walczyło, że stało się prawie jednością z sercem Jezusa. Jeśli kobieta potrafiła tak walczyć o zbawienie syna, to czy Bóg ma bardziej nieczułe serce? Walczyła jak lwica o zbawienie syna i jak baranek była zraniona. W końcu doprowadziła Augustyna do tego, że rozstał się z kobietą, z którą żył w konkubinacie, zabierając ze sobą syna Adeodatusa. Gdyby żyła w naszych czasach, to być może niektórzy kapłani zachęcaliby Monikę, aby jedynie towarzyszyła synowi w grzechu. No bo co by jej zaproponowała adhortacja Amoris laetitia? Chciała tylko pełnego zwrócenia się do Chrystusa jej syna, ale Bóg podarował Monice więcej: Augustyn stał się kapłanem, a w końcu biskupem walczącym o czystość wiary i wolność od herezji z taką samą gorliwością, z jaką wcześniej walczyła o niego matka. Gdyby święty Augustyn żył w naszej epoce i został biskupem, obawiam się, że inni pasterze uciszyliby go w tej gorliwości i wymuszali na nim nabożeństwa ekumeniczne. Monika rozchorowała się jeszcze przed powrotem do Afryki Augustyna i zmarła w Ostii – w porcie niedaleko Rzymu, gdzie czekała na statek powrotny do Afryki. Monika nigdy nie zgodziła się, aby syn żył w nieformalnym związku, bez ślubu – nigdy na ten związek się nie zgodziła, aż Augustyn zerwał grzeszny konkubinat… Dziś, niestety, świętej Monice może ktoś by powiedział, aby cieszyła się, że jej Augustyn jest wierny jednej kochance, by mu towarzyszyła... Przykre. A może nawet ktoś by jej doradził, aby syn bez spowiedzi przyjmował Komunię jako nienawrócony sekciarz? Kto to wie? Monika uczyniła wszystko, by Augustyn stał się prawowitym katolikiem, człowiekiem bez kompromisów z grzechem – nie towarzyszyła i nie integrowała, nie zgodziła się nigdy na jego grzech. Jednak mogła już tak jak Symeon powiedzieć: „Teraz, o władco, pozwól odejść swojej służebnicy, bo moje oczy ujrzały zbawienie syna” ­(zob. Łk 2,29-32). Zmarła w Ostii zapewne na febrę. Miała wówczas pięćdziesiąt siedem lat – właśnie zbliżam się do tego wieku.

Kto więcej zdobywa łaski: modlący się za kogoś czy omodlony?

W brewiarzu jest umieszczony w dniu 27 sierpnia fragment wyznań Augustyna opowiadający właśnie o tych chwilach ostatnich i najszczęśliwszych dla Moniki. Matka i syn, oparci o okno, patrząc na domowy ogród, rozmawiają długo ze sobą. Scena wyjątkowa i dialog, jaki trudno znaleźć. Moja matka również wiele lat modliła się za mnie – rodziła mnie duchowo aż do swojej śmierci i zapewne dalej, już bez mleka i bez łez, troszczy się o mnie w niebie. Na kilka lat przed śmiercią wielokrotnie naciskała na mnie, bym spytał Jezusa, w jakim wieku dokładnie umrze. W końcu zapytałem i otrzymałem odpowiedź. Spokojnie zakupiła sobie odpowiednie ubranie i buty. Przygotowała się doskonale również duchowo. Do końca nie rozstawała się z Biblią i Eucharystią. W końcu pewnego dnia upadła w domu na podłogę i nie mogła wstać. Miała jeszcze żyć rok. Kiedy o tym się dowiedziałem, byłem kilkaset kilometrów dalej na rekolekcjach. Od razu poszedłem przed ikonę Matki Jezusa i powiedziałem Jej, że nie mam żadnych środków i żadnych możliwości, by towarzyszyć mojej matce w ostatniej drodze. Nic, byłem bezradny. Gdy wstałem z klęczek otrzymałem telefon od siostry franciszkanki, która razem z nią znalazła się w szpitalu – informowała mnie, bym się nie martwił o matkę, bo ona się nią zaopiekuje. Nawet nie umiałem jej być wdzięczny, nawet nie umiałem tego uszanować ani się właściwie odwdzięczyć. Nic – za wszystko i jeszcze więcej niż wszystko. Przez rok ta miłosierna zakonnica zadbała o moją matkę jak o swoją, gdyż mieszkała w tej samej miejscowości. A ja nic nie mogłem uczynić. Nic. Nie mogłem liczyć na to, że ktoś mnie zwolni z posługi klasztornej i kapłańskiej i uposaży finansowo. Nic. Gdy przyszły dni, że nie mogła być w domu i trzeba było przewieźć ją do ośrodka opieki właściwej dla kogoś, kto jest w stanie ultymatywnym dla życia, znowu poszedłem do Maryi i znowu prosiłem, by zaradziła. Wychodząc z kaplicy, natknąłem się na ojca Pawła, a ten poprosił o pomoc znajomą siostrę, która pracowała w takim ośrodku. Znowu nic nie mogłem uczynić, nic zrobić, nijak się odwdzięczyć. Bezradność i ubóstwo są poniżające nie tylko dla tego, kto nic nie może – również mogą się jawić jako brak wdzięczności w oczach tych, którzy pomagają. Co za wstyd. Leżąc na łóżku przy oknie, prosiła mnie, bym ja z kolei uprosił jej śmierć we śnie. Prosiłem Jezusa. Umarła nad ranem, nie wiedząc o tym. Może to kogoś zdziwić, ale byłem szczęśliwy, że nie jest zdana na moją nieporadność i ubóstwo, niemożliwość udzielenia jej jakiejkolwiek pomocy – i wreszcie jest w rękach najlepszych. Niebo jest najlepszym ośrodkiem troski dla kochanych matek. I nikt tam nie oczekuje zapłaty, wdzięczności, nikt nie zobowiązuje do niczego.

Paweł, wraz z Sylwanem i Tymoteuszem, pisze około 51 roku list do ludzi, którzy trzysta lat wcześniej byli potomkami najeźdźców i okupantów Ziemi Świętej. Po wcześniejszym liście do tych samych Tesaloniczan jest to drugi tekst natchniony Nowego Testamentu i znamienne, że za adresatów ma Europejczyków. Paweł z przyjaciółmi dają wyraz ogromnej, wręcz matczynej troski o zbawienie ludzi, z którymi nic ich do czasu chrystianizacji nie łączyło, a po doświadczeniu być może dwu- lub trzymiesięcznego głoszenia, jedynie otwarcie wiary. Ani Paweł, ani Sylwan, ani Tymoteusz nie mieli wśród nich matek ani ojców, ani dzieci, ani nawet najdalszych kuzynów, a jednak nazywają ich braćmi i mają wielką rodzicielską troskę o ich życie w Chrystusie.

Paweł, Sylwan i Tymoteusz do Kościoła Tesaloniczan w Bogu Ojcu naszym i Panu Jezusie Chrystusie. Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa! Bracia, zawsze winniśmy za was Bogu dziękować, co jest rzeczą słuszną, bo wiara wasza bardzo wzrasta, a miłość wzajemna u każdego z was obfituje, i to tak, że my sami w Kościołach Bożych chlubimy się wami z powodu waszej cierpliwości i wiary we wszystkich waszych prześladowaniach i uciskach, które znosicie. Są one zapowiedzią sprawiedliwego sądu Boga; celem jego jest uznanie was za godnych królestwa Bożego, za które też cierpicie.

(2 Tes 1,1-5)

Czy tak się pisze do ludzi, których się nie znało nawet rok? Albo autorzy udają troskliwą miłość, albo mają miłość, której nawet prawowici rodzice nie potrafią w sobie wskrzesić. Tesaloniki (dziś Saloniki) były założone przez jednego ze spadkobierców ­(diadochoi) imperium Aleksandra Wielkiego o imieniu Kassander, który ogłosił się królem Macedonii i ożenił się z siostrą Aleksandra o imieniu właśnie Tessalonike! Zamordował on wdowę po Aleksandrze, piękną Roksanę, która schroniła się u teściowej Olimpias. Zamordował też syna Roksany i Aleksandra Wielkiego – czternastoletniego Aleksandra IV, który nie zdążył dożyć przejęcia dziedzictwa swojego wielkiego ojca! Zamordowano go akurat w chwili, gdy miał objąć tron, i tylko dlatego, że był synem Roksany i Aleksandra Wielkiego. Niepewna jest przyszłość potomstwa ludzi wielkich, bowiem wielkość rodziców przygniata najpierw własne dzieci jak ścięte drzewo w pierwszej kolejności łamie własne gałęzie.

Ta zaś żona Aleksandra, Roksana, nie była zresztą niewinną, biedną kobietą, gdyż sama kazała w roku 323 przed Chrystusem zamordować inną żonę Aleksandra – Statejrę – oraz jej siostrę Drypetis, która była żoną Hefajstiona, bliskiego przyjaciela Aleksandra. Rodzice tych dwóch sióstr, Statejry i Drypetis – Dariusz III i Statejra – pomimo że byli małżeństwem, byli też… rodzeństwem! Cudzołóstwo, kazirodztwo, zazdrość, mordercza rywalizacja, żądza władzy, pycha, żądza oczu. Tessalonike zaś była córką Filipa II i jakiejś małoznaczącej nałożnicy Nikesipolis. Obok Aleksandra miała ona przyrodniego brata, którym był Filip III, król. Człowiek ten był upośledzony umysłowo i dlatego razem z nim miał rządzić syn Aleksandra i Roksany, ów czternastolatek, który nie zdążył się nacieszyć władzą. Biednego Filipa III w czasie ucieczki razem z żoną pochwycili żołnierze matki Aleksandra Wielkiego, słynnej Olimpias. Ta zaś znęcała się nad nim, trzymając go w ciasnej ciemnicy więziennej. Gdy był już dostatecznie udręczony, jej siepacze weszli do celi i zakłuli go sztyletami. Jego żona powiesiła się na swoim pasie. Dodajmy jeszcze jeden krwawy szczegół: Tessalonike, gdy się urodziła, otrzymała takie właśnie imię dla uczczenia zwycięstwa Tesalii nad Fokijczykami, których Filip II Macedoński, jej ojciec, wymordował w liczbie prawie dziewięciu tysięcy! Co za nawarstwienie pokoleniowego dziedzictwa strasznych grzechów w tych kobietach?

Szczątki tej