Test na miłość - Helen Hoang - ebook + książka

Test na miłość ebook

Helen Hoang

4,3

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Khai Diep ma problemy z emocjami. Kiedy ktoś dotyka jego rzeczy, robi się poirytowany, a największą satysfakcję sprawiają mu starannie wypełnione księgi rachunkowe, w których wszystko zgadza się co do jednego centa. Nie potrafi jednak przeżywać głębszych uczuć takich jak miłość i żal. Jego kłopoty związane są z zaburzeniami autystycznymi, ale Khai nie chce przyjąć tego do wiadomości. Dochodzi do wniosku, że jest wybrakowany i powinien unikać angażowania się w związki z kobietami. Jego mama, doprowadzona do ostateczności, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Leci do Wietnamu, żeby znaleźć synowi idealną kandydatkę na żonę.

W slumsach Ho Chi Minh mieszka śliczna dziewczyna, pół-Azjatka, pół-Amerykanka. Esme Tran zawsze czuła się nie na miejscu. Kiedy pojawia się możliwość ślubu z obcokrajowcem, po chwili wahania decyduje się podjąć ryzyko, licząc, że będzie to szansa na poprawę losu jej rodziny. Żeby wyjść za mąż, musi najpierw uwieść Khaia, ale niestety nie wszystko idzie zgodnie z planem. Lekcje miłości okazują się skuteczne, ale tylko… w jej przypadku. Dziewczyna beznadziejnie zakochuje się w mężczyźnie, który uważa, że nie jest w stanie odwzajemnić jej uczuć.

Esme musi go przekonać, że jest inaczej. Khai nie ma wiele czasu, żeby wreszcie zrozumieć, jak działa jego serce. Inaczej Esme wróci do domu, na drugi koniec świata.

""Test na miłość" to rozkosznie zachwycająca lektura. Inteligentnie napisana, szczera i bardzo romantyczna. Idealne połączenie seksu i słodyczy."
Taylor Jenkins Reid, autorka "Daisy Jones & The Six"

"Helen Hoang jest mistrzynią w tworzeniu postaci, do których od razu czujemy sympatię."
Christina Lauren, autorka bestsellerów z listy "New York Timesa"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 417

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The Bride Test

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Anna Kowalska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Maria Śleszyńska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Peopleimages/iStockphoto.com

© 2019 by Helen Hoang

© 2019 by Penguin Random House LLC

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.This edition published by arrangement with Berkleyan imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Paweł Wolak

ISBN 978-83-287-1348-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Dla Mẹ

Dziękuję, że mnie kochałaś i nauczyłaś spełniać swoje marzenia.

Czuję dumę, że jestem Twoją córką.

Oraz dla Johnny’ego.

Nadal za Tobą tęsknię, szczególnie na ślubach.

Zawsze będę Cię kochać.

Prolog

Dziesięć lat wcześniej

San Jose, Kalifornia

Khai powinien się rozpłakać. Dobrze wiedział, że tak właśnie trzeba zrobić. Przecież wszyscy wokół zalewali się łzami.

Niestety, jego oczy były suche.

Co prawda, trochę go szczypały, lecz tylko dlatego, że w sali, w której odbywała się ceremonia pogrzebowa, unosił się gęsty dym z kadzidła. Wydawało mu się, że jest trochę smutny, ale powinien być znacznie smutniejszy. Kiedy umiera twój najlepszy przyjaciel, należy się czuć całkowicie zdruzgotanym. Gdyby to była wietnamska opera, po policzkach Khaia spływałyby strumienie łez i tworzyły u jego stóp rozległą kałużę.

Dlaczego zachowywał się tak spokojnie? Z jakiego powodu myślał teraz o pracy domowej, którą miał przygotować na następny dzień? Co sprawiało, że był w stanie normalnie funkcjonować?

Jego kuzynka Sara wpadła w tak wielką rozpacz, że zrobiło jej się niedobrze i musiała pobiec do łazienki. Jeszcze nie wróciła i Khai podejrzewał, że ciągle nie może dojść do siebie. Jej matka, Dì Mai, siedziała sztywno w pierwszej ławce. Miała dłonie złączone jak do modlitwy i nisko pochyloną głowę. Od czasu do czasu mama Khaia, czyli jej siostra, klepała ją delikatnie po plecach, ale nie wywoływało to żadnej reakcji. Dì Mai zachowywała się nadzwyczaj spokojnie i nawet nie szlochała, ale to dlatego, że przez ostatnie dni już wypłakała oczy. Rodzina bardzo się o nią martwiła. Kobieta wyglądała mizernie, przypominała chodzący szkielet.

Ubrani na żółto buddyjscy mnisi stali w rzędach, zasłaniając widok na otwartą trumnę, ale Khaiowi wcale to nie przeszkadzało. Chociaż pracownicy zakładu pogrzebowego zrobili wszystko, co w ich mocy, ciało szesnastoletniego chłopaka nadal było zniekształcone i nienaturalnie powykręcane. Khai nie chciał zachować w pamięci takiego obrazu swojego najlepszego przyjaciela. Andy wyglądał zupełnie inaczej.

Najgorsza była świadomość, że odszedł na zawsze.

Zostały po nim tylko wspomnienia. W dzieciństwie toczyli między sobą pojedynki na patyki i drewniane miecze oraz walki zapaśnicze, które Khai zawsze przegrywał, choć nigdy nie mógł zaakceptować porażki. Wolał połamać sobie obie ręce niż przyznać, że przyjaciel jest od niego lepszy. Andy często powtarzał, że Khai jest uparty jak osioł, ale tak naprawdę chodziło o zasady. Nadal pamiętał ich wspólne powroty ze szkoły: szli na piechotę w palącym słońcu z ciężkimi plecakami i rozmawiali na bardzo ważne tematy.

Nawet w tej chwili wydawało mu się, że słyszy, jak jego kuzyn z jakiegoś powodu go sztorcuje. Nie był w stanie przypomnieć sobie okoliczności, w których do tego doszło, ale potrafił powtórzyć każde słowo: „Nic do ciebie nie dociera. Chyba masz serce z kamienia”.

Wtedy nie rozumiał znaczenia tych słów, ale teraz zaczynał pojmować, co Andy miał na myśli.

Salę wypełniał monotonny śpiew buddyjskich mnichów. Mężczyźni wydawali z siebie niski pomruk w języku, którego nikt nie rozumiał. Dźwięk krążył wokół żałobników i wibrował w ich głowach. Khai nie był w stanie się powstrzymać i zaczął potrząsać nogą, chociaż widział, że zwraca to uwagę innych osób. Ukradkiem spojrzał na zegarek. Dobrze mu się wydawało: ceremonia trwała już kilka godzin. Chciał, żeby wreszcie zrobiło się cicho. Zaczął sobie wyobrażać, że wchodzi do trumny i zamyka wieko, żeby tylko w jakiś sposób odgrodzić się od uciążliwego hałasu. Jeśli jednak naprawdę by to zrobił, znalazłby się w ciasnej skrzyni razem z martwym ciałem. W ten sposób raczej nie poprawiłby swojej sytuacji.

Gdyby był przy nim Andy – rzecz jasna żywy – wymknęliby się chyłkiem z sali pogrzebowej i znaleźli jakieś ciekawe zajęcie. Mogliby robić cokolwiek, na przykład snuć się po parkingu, kopiąc kamienie. Na Andy’ego zawsze można było liczyć. Nigdy nie zawodził. Aż do teraz.

Obok Khaia siedział jego starszy brat. Trudno było jednak oczekiwać, żeby Quan miał ochotę urwać się przed końcem ceremonii. Pogrzeby były stworzone dla ludzi takich jak on. Niektórzy po prostu potrzebowali takiego symbolicznego domknięcia. Quan był potężnie zbudowany, a jego szyję i ramiona pokrywały tatuaże, które sprawiały, że wyglądał jak prawdziwy twardziel. Mimo to miał zaczerwienione oczy i od czasu do czasu ukradkiem ocierał łzy z policzków. Khai żałował, że nie przypomina bardziej swojego brata.

Zadźwięczała metalowa czara i mnisi przestali śpiewać. Khai poczuł tak ogromną ulgę, że aż zakręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, jakby ktoś zdjął z jego pleców ogromny ciężar. Zamknięto wieko, podniesiono trumnę i przez środek sali ruszyła procesja żałobników. Khai nie lubił stać w tłumie i czuć, jak napierają na niego ludzie, więc postanowił nigdzie się nie ruszać. Quan wstał z ławki, ścisnął go za ramię i dołączył do reszty rodziny.

Uczestnicy ceremonii powoli kierowali się do wyjścia. Jedni nie kryli łez, inni zachowywali się bardziej powściągliwie, ale widać było, że są pogrążeni w smutku. Ciotki, wujkowie, kuzyni, dalsi krewni i przyjaciele: wszyscy wzajemnie się wspierali i łączyło ich wspólne przeżywanie żałoby. Tylko Khai czuł, że jest całkowicie poza tym. Tak było jednak zawsze, więc nikt nie wydawał się zaskoczony jego zachowaniem.

Na końcu do procesji dołączyła grupka starszych kobiet – mama Khaia, Dì Mai oraz dwie inne ciotki. Kobiety trzymały się razem już w młodości i nadal łączyła je mocna więź. Gdyby nie były ubrane na czarno, można by uznać, że przyszły na ślub. Ich uszy, szyje i palce były obwieszone biżuterią z diamentami i jadeitem, a dookoła nich unosiła się woń kosmetyków i mocnych perfum, której nie było w stanie zneutralizować nawet kadzidło.

Kiedy przechodziły obok, Khai wreszcie się podniósł i wygładził marynarkę, którą dostał od starszego brata. Zdał sobie sprawę, że jeśli chce, żeby ten ciuch dobrze na nim leżał, to musi sporo poćwiczyć. Powinien więcej podciągać się na drążku. Przynajmniej tysiąc powtórzeń. Zacznie jeszcze dziś wieczorem.

Podniósł wzrok i zobaczył, że kobiety stanęły tuż obok niego. Dì Mai wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać go po policzku, ale w ostatniej chwili się powstrzymała i zaczęła mu się uważnie przyglądać.

– Myślałam, że byliście ze sobą bardzo blisko. Naprawdę nie jest ci przykro, że Andy odszedł z tego świata?

Serce podeszło mu do gardła i zaczęło walić jak szalone. Chciał coś powiedzieć, ale miał tak sucho w ustach, że nie był w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.

– Owszem, byli blisko – wtrąciła mama Khaia, wyraźnie zniesmaczona zachowaniem swojej siostry. – Daj mu spokój, Mai. Lepiej chodźmy. Czekają na nas.

Khai stał nieruchomo, jakby stopy przymarzły mu do podłogi, i patrzył, jak kobiety znikają w drzwiach. Miał wrażenie, że spada w głęboką przepaść, chociaż tak naprawdę ani na moment nie oderwał się od ziemi.

„Myślałam, że byliście ze sobą bardzo blisko”.

Od kiedy nauczyciel z podstawówki nakłonił rodziców, żeby skonsultowali się z psychologiem, Khai zdawał sobie sprawę, że jest inny. Większość rodziny nie akceptowała jednak postawionej wtedy diagnozy, uznawszy, że chłopiec jest po prostu „lekko zdziwaczały”. Na wietnamskiej prowincji nie istniało przecież coś takiego jak autyzm czy zespół Aspergera. Poza tym Khai był bardzo inteligentny i unikał pakowania się w kłopoty. Jakie znaczenie miała więc opinia lekarza?

„Myślałam, że byliście ze sobą bardzo blisko”.

Te słowa rozbrzmiewały echem w jego głowie. W pewnym momencie zrozumiał przykrą prawdę na swój temat: był inny i nie oznaczało to nic dobrego.

„Myślałam, że byliście ze sobą bardzo blisko”.

Andy nie tylko był jego najlepszym przyjacielem. Był jego jedynym przyjacielem i łączyła ich naprawdę szczególna więź. Skoro Khai nie odczuwał smutku z powodu jego śmierci, to w ogóle nie był zdolny do żadnych głębszych emocji, również tych pozytywnych.

Nie potrafił kochać.

Andy się nie mylił. Khai naprawdę miał serce z kamienia.

Ta świadomość podziałała na niego paraliżująco. Była jak rozlewająca się po oceanie plama ropy naftowej. Uświadomił sobie, że nic z tym nie można zrobić. Emocjonalna oziębłość była niezmienną częścią jego osobowości.

„Myślałam, że byliście ze sobą bardzo blisko”.

Okazało się, że jest… złym człowiekiem.

Przestał zaciskać dłonie, rozprostował palce. Zmusił się do zrobienia kroku i nabrał powietrza w płuca. Znowu widział, słyszał i doświadczał. To było jednak głęboko niesprawiedliwe. Gdyby mógł wybrać, wolałby leżeć teraz w trumnie zamiast Andy’ego.

Znowu rozległ się monotonny śpiew zwiastujący koniec pogrzebu. Najwyższy czas dołączyć do żałobników i pożegnać się z przyjacielem. Ludzie nie rozumieli jednak, że jest za późno na takie gesty. Andy odszedł i już nigdy nie wróci. Khai uznał, że lepiej po prostu milczeć.

Rozdział 1

Dwa miesiące wcześniej

Ho Chi Minh, Wietnam

Czyszczenie toalet nie było szczególnie interesującym zajęciem. Mỹ robiła to już tyle razy, że udało jej się wypracować własną metodę. Najpierw spryskiwała wszystko środkiem bakteriobójczym, następnie wlewała do muszli płyn dezynfekujący i zaczynała szorować. Szuru-buru, szuru-buru, szuru-buru. Potem wystarczyło tylko wytrzeć i spuścić wodę. Gotowe. Zajmowało to mniej niż dwie minuty. Gdyby organizowano zawody sprzątaczek, Mỹ należałaby pewnie do grona faworytek. Dzisiaj pracowała jednak znacznie wolniej, ponieważ rozpraszały ją hałasy dochodzące z sąsiedniej kabiny.

Była niemal pewna, że ktoś tam płacze. Albo się gimnastykuje. Wyraźnie słyszała przyspieszony oddech. Jakiego rodzaju ćwiczenia wykonuje się w toalecie? Może przysiady?

Nagle rozległ się stłumiony jęk, a potem ktoś zaczął głośno lamentować. Mỹ wypuściła szczotkę z ręki. Tam obok działo się coś niedobrego. Oparła głowę o ścianę, odchrząknęła i zapytała:

– Wszystko w porządku, proszę pani?

– Tak, wszystko w porządku – odparła dziewczyna, a potem zaniosła się szlochem. Po chwili udało jej się jednak uspokoić i Mỹ słyszała tylko jej ciężki oddech.

– Pracuję w tym hotelu. – Była jednocześnie sprzątaczką i pokojówką. – Mogę pomóc, jeśli ktoś panią źle potraktował. – Mỹ nienawidziła ludzi, którzy znęcają się nad słabszymi. Była gotowa stanąć w obronie dziewczyny, chociaż istniało ryzyko, że się komuś narazi. A wiedziała, że nie może sobie pozwolić na utratę pracy.

– Dziękuję, ale naprawdę nic mi nie jest. – Zazgrzytała zasuwka, a na marmurowej podłodze zastukały obcasy.

Mỹ wysunęła głowę z kabiny i zobaczyła, jak do umywalki podchodzi śliczna dziewczyna. Miała buty na bardzo wysokich obcasach, w których można by sobie połamać nogi, i obcisłą czerwoną sukienkę ledwie zakrywającą pupę. Jeśli wierzyć słowom babci, ktoś tak ubrany zaszedłby w ciążę już w chwili wyjścia na ulicę. Co więcej, biorąc pod uwagę sposób, w jaki mężczyźni gapili się na kobiety, ta dziewczyna była już brzemienna, chociaż być może nie zdawała sobie z tego sprawy. Mỹ zaszła w ciążę z innego powodu. Po prostu niepotrzebnie zadała się z miejscowym playboyem. Na początku mu się opierała, ale żeby go sprowokować, nie były potrzebne wysokie obcasy i wyzywający strój. Mama i babcia uważały, że najpierw należy skończyć studia, lecz ten koleś tak długo się wokół niej kręcił, aż mu uległa. Wtedy myślała, że to miłość. Kiedy powiedziała mu o dziecku, nie chciał się z nią ożenić. Zaproponował jedynie, że Mỹ może zostać jego sekretną kochanką. Nawet nie ukrywał tego, że uważa ją za nieodpowiednią partię. Pochodził z wyższych sfer i jego rodzina nie zaakceptowałaby takiej kandydatki na żonę. Okazało się również, że ten sukinsyn ma już narzeczoną i wcale nie zamierza jej zostawić. Mỹ, rzecz jasna, odrzuciła jego ofertę. Zdziwił się, ale przyjął to z wyraźną ulgą. Rodzina Mỹ była natomiast zdruzgotana. Mama i babcia wiązały z dziewczyną ogromne nadzieje i nagle ich marzenia runęły w gruzach. Na szczęście szybko ochłonęły i bezwarunkowo wspierały Mỹ w każdej trudnej chwili.

Dziewczyna w czerwonej mini umyła ręce i poprawiła rozmazany makijaż, a potem rzuciła wilgotny ręcznik na blat i wyszła z łazienki. Mỹ tak mocno zacisnęła pięści, że aż zatrzeszczały jej rękawice ochronne z żółtej gumy. Przecież kosz był tuż obok umywalki! Mamrocząc pod nosem, wstała z kolan, wytarła blat do sucha i wyrzuciła ręcznik do śmieci. Rozejrzała się dookoła, sprawdzając, czy wszystko jest na swoim miejscu, i ruszyła w kierunku ostatniej kabiny.

Nagle otworzyły się drzwi i do łazienki wbiegła inna dziewczyna. Z wyglądu przypominała swoją poprzedniczkę. Była bardzo szczupła, miała długie nogi, czarne włosy opadające luźno na ramiona, niebezpiecznie wysokie obcasy i obcisłą białą sukienkę. Czyżby w hotelu odbywał się jakiś konkurs piękności? Tylko dlaczego ta młoda kobieta również płakała?

– Wszystko w porządku, proszę pani? – Mỹ zrobiła nieśmiały krok w jej kierunku.

Dziewczyna ochlapała twarz wodą.

– Nic mi nie jest – odburknęła i oparła się mokrymi rękami o granitowy blat. Mỹ wiedziała, że oznacza to dla niej dodatkową pracę. Dziewczyna wbiła wzrok w lustro i wzięła głęboki oddech. – Myślałam, że mnie wybierze. Byłam taka pewna siebie. Po co zadawać pytania, jeśli nie oczekuje się odpowiedzi? Podstępna baba.

Mỹ przestała patrzeć na brudny blat i skupiła uwagę na dziewczynie.

– Jaka baba? O co chodzi?

Dziewczyna spojrzała na hotelowy uniform Mỹ i zrobiła zdegustowaną minę.

– I tak nic nie zrozumiesz.

Mỹ zesztywniała i poczuła, jak jej twarz zalewa rumieniec wstydu. Ludzie już nieraz patrzyli na nią w ten sposób i odzywali się do niej z podobnym lekceważeniem. Doskonale wiedziała, co to znaczy. Zanim przygotowała jakąś ripostę, dziewczyna zniknęła, zostawiając po sobie bałagan. Najwyraźniej pochodzenie społeczne nie miało wiele wspólnego z dobrymi manierami.

Mỹ podeszła do umywalki, po raz kolejny wytarła blat i wyrzuciła mokry ręcznik do kosza. To znaczy planowała to zrobić, ale źle wycelowała i papierowa kulka wylądowała na podłodze. Mỹ głośno westchnęła i schyliła się, żeby ją podnieść.

Właśnie w tym momencie ponownie otworzyły się drzwi. Podniosła wzrok. Jeśli to kolejna zapłakana dziewczyna z wyższych sfer, lepiej przenieść się ze sprzątaniem gdzie indziej.

Na szczęście jej przewidywania się nie sprawdziły. Do łazienki weszła starsza kobieta. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Powoli podreptała na drugą stronę pomieszczenia, gdzie znajdowała się niewielka część wypoczynkowa, i usiadła na dwuosobowej kanapie obitej aksamitem. Mỹ od razu zorientowała się, że ma do czynienia z Viêt kiêu. Składała się na to kombinacja kilku czynników: kobieta miała na sobie drogie ubrania, w ręku trzymała oryginalną torebkę Louisa Vuittona, a jej stopy w sandałach zdobił staranny pedikiur i nie widać było na nich żadnych nagniotków. To musiała być Wietnamka mieszkająca za granicą. Tacy ludzie zazwyczaj mieli pieniędzy jak lodu i dawali hojne napiwki. Czyżby do Mỹ uśmiechnęło się dzisiaj szczęście?

Wrzuciła papierowy ręcznik do kosza i podeszła do nieznajomej.

– Czy czegoś pani potrzebuje?

Kobieta lekceważąco machnęła ręką.

– W razie gdyby zmieniła pani zdanie, proszę dać znać. Można się tutaj dobrze zrelaksować. To bardzo wygodna łazienka. – Zdała sobie sprawę, że wygaduje straszne głupoty. Nie mogła jednak cofnąć swoich słów, więc tylko skrzywiła się z niesmakiem i odwróciła w stronę toalet. Owszem, to było eleganckie miejsce, ale ludzie nie przychodzili tu odpoczywać, tylko załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne.

Kiedy zakończyła pracę, postawiła wiadro z detergentami obok umywalki i jeszcze raz rozejrzała się dookoła. Chciała mieć pewność, że wszystko jest w należytym porządku. W pewnym momencie zauważyła, że jedna z rolek z papierowymi ręcznikami trochę się rozwinęła. Zdjęła ją z podajnika, poprawiła i zawiesiła z powrotem. Potem przestawiła w inne miejsce pudełko z chusteczkami higienicznymi. Teraz lepiej. Łazienka wyglądała perfekcyjnie.

Schyliła się, żeby podnieść wiadro, ale zanim dotknęła uchwytu, usłyszała za plecami głos kobiety:

– Dlaczego przesunęłaś pudełko?

Mỹ wyprostowała się i rzuciła okiem na chusteczki, a potem odwróciła się i lekko przekrzywiła głowę.

– Ponieważ takie są wytyczne dyrekcji hotelu.

Kobieta na chwilę się zamyśliła, a potem przywołała Mỹ skinieniem dłoni i poklepała miejsce obok siebie, dając jej do zrozumienia, żeby usiadła.

– Chciałabym z tobą porozmawiać. Możesz do mnie mówić Cô Nga.

Mỹ poczuła się lekko skonsternowana, ale uśmiechnęła się i zrobiła to, o co została poproszona. Usiadła wyprostowana na kanapie, położyła splecione ręce na udach i złączyła kolana jak najcnotliwsza dziewica. Babcia z pewnością byłaby z niej dumna.

Kobieta miała bladą twarz pokrytą grubą warstwą pudru. Kiedy wbiła w dziewczynę świdrujące spojrzenie, Mỹ pomyślała, że sama ma dokładnie taką minę, kiedy ocenia czystość łazienki. Zakłopotana zaczęła kręcić młynka palcami i posłała nieznajomej najbardziej promienny uśmiech, na jaki było ją stać.

Kobieta przeczytała jej plakietkę z imieniem i zwróciła się do dziewczyny przyjaznym głosem:

– Nazywasz się Trần Ngọc Mỹ, prawda?

– Tak, proszę pani.

– Czyścisz toalety czy masz też jakieś inne obowiązki?

Mỹ poczuła, że uśmiech zamiera jej na ustach.

– Sprzątam jeszcze pokoje gości, zmieniam pościel, ścielę łóżka, odkurzam i tak dalej. – Kiedy była młodsza, marzyła o zupełnie innej pracy. Musiała jednak jakoś zarabiać na życie i zawsze starała się dobrze wykonywać swoje zadania.

– To ciekawe… Chyba jesteś mieszańcem. – Kobieta pochyliła się i ujęła Mỹ za podbródek, żeby lepiej przyjrzeć się jej twarzy. – Masz zielone oczy.

Mỹ wstrzymała oddech, próbując odgadnąć, czy według nieznajomej to dobrze, czy źle. Czasami ludzie reagowali pozytywnie, lecz zazwyczaj jej odmienność spotykała się z niechęcią. Wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby była bogata.

Kobieta zmarszczyła brwi.

– Jak do tego doszło? Przecież od zakończenia wojny nie ma tu żadnych amerykańskich żołnierzy.

Mỹ wzruszyła ramionami.

– Mama twierdzi, że moim ojcem był jakiś biznesmen. Niestety, nigdy go nie poznałam. – Według oficjalnej wersji matka Mỹ zajmowała się jego domem i po jakimś czasie połączył ich romans. Mężczyźnie skończył się kontrakt i wrócił do Stanów. Dopiero po jego wyjeździe matka odkryła, że jest w ciąży. Nie utrzymywała z cudzoziemcem żadnego kontaktu i nie była w stanie go odnaleźć. Nie miała innego wyboru jak tylko wrócić na wieś do swojej rodziny. Mỹ zawsze myślała, że nie popełni tych samych błędów, ale niestety przydarzyło jej się niemal dokładnie to samo.

Kobieta skinęła głową i ścisnęła jej ramię.

– Kiedy przeprowadziłaś się do miasta? Chyba niedawno, bo nie wyglądasz jak miejscowa dziewczyna.

Mỹ odwróciła wzrok i przestała się uśmiechać. W domu rodzinnym nigdy się nie przelewało, ale dopiero kiedy trafiła do Ho Chi Minh, zrozumiała, jak bardzo jest biedna.

– Przyjechałam kilka miesięcy temu. Naprawdę tak bardzo widać, że jestem z prowincji?

Kobieta poklepała ją po policzku. Było w tym geście coś nadzwyczaj serdecznego.

– Ciągle jesteś bardzo naiwna. Skąd pochodzisz?

– Z małej wioski leżącej nad rzeką niedaleko Mỹ Tho.

Na twarzy kobiety pojawił się szeroki uśmiech.

– Teraz już wiem, dlaczego od razu cię polubiłam. Miejsce, z którego pochodzimy, ma na nas ogromny wpływ. Wyobraź sobie, że ja również wychowałam się w tej okolicy, a teraz prowadzę w Kalifornii restaurację, którą nazwałam Mỹ Tho Noodles. To najlepsza knajpa w całym stanie. Piszą o niej w gazetach i mówią w telewizji. Podejrzewam jednak, że tutaj nikt o niej nie słyszał. – Głośno westchnęła i zmrużyła oczy. – Ile właściwie masz lat?

– Dwadzieścia trzy.

– Wyglądasz na mniej – powiedziała Cô Nga, wybuchając śmiechem. – To doskonały wiek.

Doskonały wiek na co? Mỹ nie odważyła się o to zapytać. Wciąż liczyła na napiwek, ale szczerze mówiąc, miała już ochotę skończyć tę rozmowę. Prawdziwa dziewczyna z miasta już dawno by stąd wyszła. Poza tym Mỹ była w pracy i wiedziała, że toalety same się nie posprzątają.

– Myślałaś kiedyś o tym, żeby pojechać do Ameryki? – zapytała Cô Nga.

Mỹ zaprzeczyła, ale to nie była prawda. W dzieciństwie snuła fantazje na temat życia za granicą, w miejscu, w którym nie byłaby odmieńcem. Być może spotkałaby tam swojego zielonookiego ojca. Ale niestety Wietnam był oddzielony od Ameryki nie tylko oceanem. Im była starsza, tym dystans między tymi dwoma krajami wydawał jej się większy.

– Jesteś mężatką? A może masz chłopaka? – Pytania Cô Nga były coraz bardziej osobiste.

– Nie, nie mam nikogo. – Mỹ wygładziła rękami spódnicę i złapała się za kolana. Czego chciała od niej ta kobieta? Mỹ słyszała przerażające historie o ludziach nagabujących młode dziewczyny w miejscach publicznych. Czyżby ta sympatyczna pani próbowała sprzedać ją do domu publicznego w Kambodży?

– Widzę, że się przestraszyłaś, ale nie ma się czego bać. Mam dobre zamiary. Chciałabym ci coś pokazać. – Kobieta zaczęła grzebać w ogromnej torebce z logo Louisa Vuittona. Po dłuższej chwili znalazła w niej szarą kopertę. Wyciągnęła z niej fotografię i podała Mỹ. – To Diệp Khải, mój najmłodszy syn. Przystojny, prawda?

Mỹ nie chciała oglądać tego zdjęcia. Tak naprawdę nie interesował jej nieznajomy mężczyzna, który mieszkał gdzieś daleko w rajskiej Kalifornii. Uznała jednak, że może zrobić kobiecie przyjemność. Wystarczy rzucić okiem na odbitkę i zacząć wydawać z siebie dźwięki wyrażające aprobatę. Trzeba jeszcze powiedzieć, że syn Cô Nga wygląda jak gwiazdor z Hollywood, a potem znaleźć jakąś dobrą wymówkę, żeby się ulotnić.

Jednak kiedy spojrzała na fotografię, nagle zesztywniała i poczuła, jakby świat wokół przestał istnieć.

Diệp Khải naprawdę prezentował się jak gwiazda filmowa. Niezłe ciacho. Miał regularne, niezwykle męskie rysy twarzy, a wiatr seksownie rozwiewał mu włosy. Największą uwagę przyciągała jednak emanująca z niego magnetyczna siła połączona ze spokojem i opanowaniem. Chłopak spoglądał w bok, a na jego ustach błąkał się uśmiech. Mỹ pochyliła się nad zdjęciem. Gdyby był aktorem, zgarniałby role małomównych twardzieli. Świetnie sprawdziłby się jako osobisty ochroniarz albo mistrz kung-fu. Patrząc na niego, zastanawiała się, o czym myślał z taką intensywnością. Jaka była jego historia? Dlaczego robił taką tajemniczą minę?

– Widzę, że wpadł ci w oko. Mówiłam, że jest przystojny – oznajmiła Cô Nga, uśmiechając się znacząco.

Mỹ zamrugała, jakby wychodziła z transu, i oddała fotografię.

– To prawda, całkiem ładny chłopak. – Jego przyszła żona to niezła szczęściara. Na pewno będą żyli długo i szczęśliwie. Mỹ miała nadzieję, że chociaż raz na jakiś czas nabawią się zatrucia pokarmowego. Rzecz jasna, nie życzyła im śmierci. Wystarczy, że poczują się niekomfortowo i znajdą się w kłopotliwej sytuacji. Trochę bólu również nie zaszkodzi.

– Jest też inteligentny i utalentowany. Skończył bardzo dobre studia.

Mỹ zmusiła się do uśmiechu.

– Rzeczywiście robi wrażenie. Byłabym niezwykle dumna z takiego syna. – Jej mama miała córkę, która zajmowała się czyszczeniem toalet. Mỹ nie chciała się jednak nad sobą użalać. Przełknęła gorzką prawdę i przypomniała sobie, że powinna spuścić głowę i zająć się swoimi sprawami. Z zazdrości mogą wyniknąć tylko same nieszczęścia. Nie powstrzymała się jednak i w myślach życzyła temu przystojniakowi uciążliwej grypy żołądkowej. W końcu musi być na świecie jakaś sprawiedliwość.

– To moje oczko w głowie – odezwała się Cô Nga. – I właśnie dlatego tutaj przyjechałam. Szukam dla niego żony.

– Aha. – Mỹ zmarszczyła brwi. – Nie wiedziałam, że w Ameryce aranżuje się małżeństwa. – Jej zdaniem to było strasznie staroświeckie.

– Masz rację, zasadniczo już się tego nie robi. Khai byłby na mnie zły, gdyby się dowiedział, co knuję. Muszę jednak wziąć sprawy w swoje ręce. Jego starszy brat radzi sobie świetnie z kobietami i nie mam powodów, żeby się o niego martwić. Jednak Khai ma już dwadzieścia sześć lat i jeszcze nie znalazł sobie narzeczonej. Organizuję mu randki, ale on na nie nie przychodzi. Kiedy dziewczyny do niego dzwonią, odkłada słuchawkę. Tego lata w naszej rodzinie odbędą się trzy wesela. Trzy! Czy mój syn stanie w tym roku na ślubnym kobiercu? Nie. Skoro sam nie potrafi znaleźć żony, postanowiłam zrobić to za niego. Przez cały dzień przesłuchiwałam kandydatki, ale niestety żadna z nich nie spełniła moich oczekiwań.

Mỹ otworzyła usta ze zdumienia.

– A więc te wszystkie zapłakane dziewczyny…

Cô Nga machnęła lekceważąco ręką.

– Zalewają się łzami, bo jest im wstyd, jestem jednak pewna, że szybko się otrząsną. Szukałam kogoś, kto potraktuje ślub z moim synem poważnie. Nikogo takiego nie znalazłam.

– Sprawiały wrażenie zainteresowanych zamążpójściem. Chyba nie przyszły tu dla żartu. – Przecież nie udawały smutku. Akurat tego Mỹ była pewna.

– A ty co o tym myślisz? – Cô Nga ponownie wbiła w nią badawcze spojrzenie.

– Nie rozumiem pani pytania.

– Czy chciałabyś wyjść za mąż za mojego syna?

Mỹ obejrzała się, żeby sprawdzić, czy ktoś za nią nie stoi, a potem wskazała na siebie palcem.

– Ja?

Kobieta przytaknęła.

– Tak, ty. Muszę przyznać, że przykułaś moją uwagę.

Mỹ wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. O co w tym wszystkim chodzi?

Cô Nga chyba czytała w jej myślach, ponieważ powiedziała:

– Jesteś dobrą i pracowitą dziewczyną o bardzo oryginalnej urodzie. Wydaje mi się, że mogłabym obdarzyć cię zaufaniem i powierzyć ci mojego Khaia.

Mỹ nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Czyżby zawarte w detergentach środki chemiczne uszkodziły jej mózg?

– Mam poślubić pani syna? Przecież nawet się nie znamy. Mimo że czuje pani do mnie sympatię, to… – Pokręciła głową. Nadal niewiele z tego rozumiała. Przecież jest zwykłą sprzątaczką. – Nie sądzę, żeby Khai się we mnie zakochał. Sprawia wrażenie wymagającego, a ja nie jestem…

– Nie, nie, nie – przerwała jej Cô Nga. – On nie jest wybredny, tylko chorobliwie nieśmiały i na dodatek uparty jak osioł. Wbił sobie do głowy, że nie chce założyć rodziny. Potrzebna mu stanowcza i charakterna dziewczyna. Twoim zadaniem będzie zmienić jego zdanie na temat małżeństwa.

– W jaki sposób miałabym…

– Ty już dobrze wiesz jak. Ładnie się ubierzesz, zadbasz o niego, ugotujesz jego ulubione potrawy, będziesz spełniać jego zachcianki…

Mỹ zrobiła niezadowoloną minę, a wtedy Cô Nga wybuchnęła radosnym śmiechem.

– Właśnie dlatego cię lubię! Zawsze jesteś sobą i nikogo nie udajesz. Co myślisz o mojej propozycji? Pojechałabyś do Ameryki na całe lato, spotkała mojego syna i zobaczyłybyśmy, czy do siebie pasujecie. Jeśli się nie uda, to po prostu wrócisz do domu. W najgorszym wypadku pójdziesz na trzy wesela, będziesz się dobrze bawić i zjesz dużo smacznego jedzenia. Co ty na to?

– Hm… ja… – Mỹ nie miała pojęcia, co powiedzieć. Czuła, że sytuacja zaczyna ją przerastać.

– Jest jeszcze jedna rzecz. – Cô Nga zmierzyła ją wzrokiem i odezwała się dopiero po dłuższej chwili: – Khai nie chce mieć dzieci, ale ja marzę o wnukach. Jeśli uda ci się zajść w ciążę, jestem pewna, że mój syn stanie na wysokości zadania i niezależnie od wszystkiego zaproponuje ci małżeństwo. Bardzo mi na tym zależy, więc mogę ci nawet zapłacić. Co powiesz na dwadzieścia tysięcy dolarów? Zrobisz to dla mnie?

Mỹ poczuła, że brakuje jej tchu i przechodzi ją zimny dreszcz. Cô Nga chciała wrobić swojego syna w dziecko i zmusić go do małżeństwa. Mỹ była zawiedziona i całkowicie bezradna. Przez chwilę wydawało jej się, że nieznajoma rzeczywiście zobaczyła w niej coś wyjątkowego. Okazało się jednak, że po raz kolejny została oceniona na podstawie pozorów. Cô Nga nie różniła się niczym od zapłakanych dziewczyn w kusych sukienkach.

– Pozostałe kandydatki odmówiły, prawda? Pomyślała pani, że ja się zgodzę, bo… – Wskazała palcem na swój uniform.

Cô Nga milczała, nie odrywając jednak wzroku od dziewczyny.

Mỹ poderwała się z kanapy, wzięła do ręki wiadro z detergentami i otworzyła drzwi. Zatrzymała się jednak w progu i patrząc prosto przed siebie, oznajmiła:

– Moja odpowiedź brzmi: nie.

Była biedna, nie miała żadnych znajomości i nic nie umiała, ale nadal mogła być zimna i bezlitosna. Wyszła z łazienki, nawet nie spojrzawszy na tę nadętą paniusię. Liczyła, że jej odmowa choć trochę ją zaboli.

***

Wieczorem, po godzinnym spacerze do domu – tę samą trasę musiała pokonać dwa razy dziennie – weszła po cichu do swojego malutkiego mieszkania. Była wykończona i od razu położyła się na macie. Wiedziała, że musi się umyć i przygotować do snu, ale chociaż przez kilka minut chciała po prostu nic nie robić. Takie chwile były dla niej prawdziwym luksusem.

Nagle zawibrował jej telefon. Koniec odpoczynku. Sfrustrowana westchnęła i wyjęła aparat z kieszeni.

Nieznany numer.

Przez moment zastanawiała się, czy odebrać, jednak w końcu nacisnęła zielony guzik i przytknęła telefon do ucha.

– Halo?

– Czy to Mỹ?

Dziewczyna była zaskoczona. Głos wydawał się znajomy, ale nie potrafiła przypomnieć sobie, do kogo należy.

– Tak. Z kim rozmawiam?

– Tu Cô Nga. Proszę, nie rozłączaj się – dodała kobieta z determinacją. – Dostałam twój numer od kierownika hotelu.

Mỹ zacisnęła palce na obudowie aparatu i wyprostowała się jak struna.

– Nie mam nic więcej do powiedzenia.

– A może jednak zmienisz zdanie?

Powstrzymała chęć rzucenia telefonem o podłogę.

– Nie.

– To dobrze – oznajmiła Cô Nga.

Mỹ zmarszczyła brwi, opuściła rękę i zaczęła wpatrywać się w ekran. Co ta kobieta miała na myśli, mówiąc, że to dobrze?

Nagle rozległ się jej głos i Mỹ z powrotem przysunęła aparat do ucha.

– To był test. Nie chcę, żebyś złapała mojego syna na dziecko, ale musiałam sprawdzić, jaką osobą tak naprawdę jesteś.

– Czyli to oznacza, że…

– Uważam cię za idealną kandydatkę. Chcę, żebyś pojechała do Ameryki i poznała Khaia. Będziesz miała całe lato, żeby zdobyć jego serce, a przy okazji pójdziesz z nim na trzy wesela. Na pewno będzie trudno i zajmie to trochę czasu, ale zobaczysz, że warto się postarać. To dobry chłopak. Jeśli istnieje dziewczyna, dla której mógłby stracić głowę, to jesteś nią właśnie ty. Czekam na twoją decyzję. Mam nadzieję, że się zgodzisz.

Mỹ poczuła, że zakręciło jej się w głowie.

– Sama nie wiem. Muszę się jeszcze zastanowić.

– Dobrze. W takim razie zadzwoń do mnie, jak już podejmiesz decyzję. Tylko się pospiesz. Muszę załatwić dla ciebie wizę i bilet na samolot – wyjaśniła Cô Nga. – Czekam na odpowiedź – dodała i szybko się rozłączyła.

Po drugiej stronie pokoju zapaliła się lampa, rzucając na zagracone pomieszczenie miękkie blade światło. Na ceglanych ścianach wisiały ubrania i akcesoria kuchenne zakrywające niemal każdy centymetr kwadratowy powierzchni. W kąt wciśnięta była wysłużona kuchenka, a obok stały niewielka lodówka i miniaturowy telewizor, na którym Mỹ oglądała kiedyś seriale kung-fu i pirackie wersje amerykańskich hitów filmowych. Na środku pokoju leżał materac, na którym spała rodzina Mỹ: córka Ngọc Anh i babcia. Matka rozścieliła swoje posłanie bliżej kuchenki. Patrzyła teraz na córkę, trzymając rękę na włączniku lampy. Nastawiony na najwyższe obroty wentylator dmuchał w jej stronę wilgotnym powietrzem.

– Kto dzwonił? – zapytała.

– Viêt kiêu, którą spotkałam dzisiaj w hotelu. Chce, żebym pojechała do Ameryki i wyszła za mąż za jej syna – wyjaśniła Mỹ, ledwo wierząc we własne słowa.

Matka oparła się na łokciu i podniosła z podłogi. Długie gęste włosy opadły jej na ramiona niczym jedwabista kurtyna. Zwykle spinała je gumką i rozpuszczała tylko na noc. Szkoda, że nie robiła tego częściej, ponieważ z taką fryzurą wyglądała dziesięć lat młodziej.

– Co jest z nim nie tak? Ma więcej lat niż twój dziadek i przypomina skunksa?

W tym momencie zawibrował telefon. To był SMS od Cô Nga:

Żeby było ci łatwiej podjąć decyzję.

Po chwili przyszła kolejna wiadomość. Na ekranie pojawiło się zdjęcie Khaia, to samo, które widziała wcześniej. Mỹ bez słowa pokazała je mamie.

– To on? – zapytała, przecierając oczy ze zdziwienia.

– Nazywa się Diệp Khải.

Mama w ciszy wpatrywała się w fotografię. Słychać było jedynie jej rytmiczny oddech. Wreszcie oddała telefon córce i oznajmiła:

– Nie masz wyboru. Musisz się zgodzić.

– Ale on wcale nie ma zamiaru się żenić. Musiałabym się za nim uganiać, żeby zmienił zdanie. Zupełnie nie wiem, jak się do tego zabrać…

– Po prostu jedź i spełnij ich oczekiwania. W końcu chodzi o Amerykę. Powinnaś to zrobić dla małej. – Sięgnęła ręką nad śpiącą babcią i poprawiła cienki kocyk, pod którym leżała Ngọc Anh. – Gdybym w młodości miała taką możliwość, ani przez chwilę bym się nie wahała. Pamiętaj o córce. Ona tutaj nie pasuje. Poza tym powinna mieć ojca.

Mỹ zacisnęła zęby, żeby powstrzymać napływ koszmarnych wspomnień, które zwykle starała się trzymać w ukryciu. Nadal słyszała jednak piosenkę śpiewaną przez dzieci, kiedy wracała ze szkoły do domu: „Skundlona panienka, która sra wszystkimi dziurami”. Miała trudne dzieciństwo, ale dzięki temu była lepiej przygotowana do życia. Stała się silniejsza i bardziej odporna na stres.

– Ja też nie miałam ojca.

Matka wbiła w nią surowy wzrok.

– I zobacz, jak skończyłaś.

Mỹ spojrzała na swoją córeczkę.

– Coś mi się jednak w życiu udało. – Wyrzucała sobie romans z bezdusznym ojcem dziewczynki, ale nigdy nie żałowała, że urodziła dziecko. Ani przez sekundę.

Odgarnęła wilgotne włosy z czoła Ngọc Anh i poczuła, że jej serce wypełnia się bezwarunkową miłością. Kiedy patrzyła na twarz śpiącej córeczki, miała wrażenie, że przegląda się w lustrze pokazującym, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu. Ngọc Anh wyglądała dokładnie tak samo jak mała Mỹ: takie same brwi, nos i policzki, taka sama karnacja, nawet tak samo wykrojone usta. Ngọc Anh miała jednak w sobie o wiele więcej uroku. Mỹ wiedziała, że jest w stanie zrobić dla niej wszystko.

Była pewna, że nigdy jej nie zostawi.

Kiedy ojciec Ngọc Anh wziął ślub, okazało się, że jego żona cierpi na bezpłodność. Małżonkowie zaproponowali więc, że wezmą dziewczynkę na wychowanie. Mỹ odrzuciła ofertę, chociaż wszyscy oczekiwali, że się zgodzi. Kiedy odmówiła, uznali ją za egoistkę. To oczywiste, że w nowej rodzinie Ngọc Anh miałaby wszystko, czego dusza zapragnie.

A co z miłością? Uczucia miały przecież ogromne znaczenie. Mỹ zdawała sobie sprawę, że nikt nie będzie kochał dziewczynki tak mocno jak ona. Była o tym całkowicie przekonana.

Mimo to od czasu do czasu martwiła się, że dokonała niewłaściwego wyboru.

– Jeśli ten facet ci się nie spodoba – powiedziała matka – poczekasz na zieloną kartę, a potem się z nim rozwiedziesz i wyjdziesz za mąż za kogoś innego.

– Nie mogę wziąć ślubu tylko dla zielonej karty. – W końcu Khai jest człowiekiem, a nie plikiem papierów. Jeżeli się z nią ożeni, to dlatego, że się zakocha i będzie mu na niej zależało. Nie chciała go w żaden sposób wykorzystać. Stałaby się wtedy kimś takim jak ojciec Ngọc Anh.

Mama pokiwała głową, jak gdyby słyszała myśli swojej córki.

– A co się stanie, jeśli go do siebie nie przekonasz?

– Skończy się lato i wrócę do domu.

Kobieta wydała z siebie zdegustowane chrząknięcie.

– Dlaczego ty się w ogóle zastanawiasz? Przecież nie masz nic do stracenia.

Mỹ spojrzała na czarny ekran telefonu i w głowie zaświtała jej pewna myśl.

– Cô Nga powiedziała, że jej syn nie chce zakładać rodziny, a ja mam przecież Ngọc Anh.

Mama zrobiła zniesmaczoną minę.

– A który młody chłopak marzy o ustatkowaniu się? Jeśli się w tobie zakocha, na pewno obdarzy uczuciem również twoją córkę.

– Dobrze wiesz, że to wcale tak nie działa. Kiedy facet dowiaduje się o dziecku, najczęściej przestaje być zainteresowany. A jeśli tak nie jest, to chodzi mu tylko o seks.

– W takim razie nie musisz go od razu o wszystkim informować. Daj mu czas, żeby się w tobie zadurzył, i dopiero potem powiedz mu całą prawdę – zasugerowała mama.

Mỹ pokręciła głową.

– Czuję, że to byłoby nie w porządku.

– Jeżeli wyzna ci miłość, a potem nie będzie chciał się z tobą ożenić tylko dlatego, że masz córkę, to i tak przecież dasz sobie z nim spokój. Pamiętaj jednak, że Cô Nga dobrze zna swojego syna i wybrała właśnie ciebie. Musisz spróbować. W najgorszym razie spędzisz lato w Ameryce. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jakie masz szczęście? Nie chcesz pojechać za ocean? Dokąd konkretnie zostałaś zaproszona?

– Do Kalifornii. Nie wydaje mi się jednak, abym mogła zostawić małą na tak długo. – Mỹ musnęła palcami delikatny policzek córki. Nigdy nie wyjeżdżała na dłużej niż jeden dzień. Co jeśli Ngọc Anh pomyśli, że została porzucona?

Matka zmarszczyła czoło i na dłuższą chwilę pogrążyła się w myślach, a potem wstała i zaczęła grzebać w stojących w rogu pokoju kartonach. Trzymała w nich swoje rzeczy osobiste, których nikomu nie wolno było dotykać. Zdarzało się, że w okresie dorastania Mỹ ukradkiem zaglądała do środka, szczególnie jeśli nikogo nie było w domu. Interesowała ją szczególnie zawartość pudła znajdującego się na samym dole. Kiedy okazało się, że mama otworzyła dokładnie ten karton, serce Mỹ zaczęło walić jak szalone.

– Właśnie stamtąd pochodzi twój ojciec. Chodź tutaj. Chciałabym ci coś pokazać. – Mama podała jej pożółkłe zdjęcie, na którym obejmował ją ramieniem nieznajomy mężczyzna. Mỹ spędziła wiele godzin, wpatrując się w tę odbitkę. Oglądała ją pod różnym kątem, odwracała do góry nogami i patrzyła spod przymrużonych powiek. Za wszelką cenę chciała się utwierdzić w przekonaniu, że ten facet ma zielone oczy. Wtedy byłaby pewna, że to jej ojciec, ale niestety fotografię zrobiono ze zbyt dużej odległości, żeby można było na sto procent rozróżnić wszystkie szczegóły. Szczerze mówiąc, wydawało jej się, że jego oczy są raczej brązowe.

Bez trudu dało się jednak odczytać napis na jego koszulce: Cal Berkeley.

– „Cal” to Kalifornia, prawda? – zapytała.

Mama pokiwała głową.

– Sprawdziłam i okazało się, że chodzi o bardzo znany uniwersytet. Może uda ci się tam pojechać, a wtedy… Mogłabyś spróbować odnaleźć swojego ojca.

Mỹ poczuła ucisk w sercu i przeszedł ją dreszcz.

– Powiesz mi wreszcie, jak on się naprawdę nazywa? – wyszeptała drżącym głosem. Wiedziała tylko, że ma na imię Phil. Właśnie w ten sposób mówiła o nim babcia, kiedy rozmawiała z Mỹ na osobności. Zawsze wyrażała się o nim z nieskrywaną niechęcią, powtarzając z przekąsem: „ten cały Phil”, „facet twojej matki”, „pan Phil z Ameryki”.

Mama gorzko się uśmiechnęła.

– Nigdy nie poznałam jego prawdziwej tożsamości. Wszyscy zwracali się do niego Phil. Twierdził, że ma brzydkie nazwisko. Wydaje mi się jednak, że zaczynało się na L.

Słysząc te słowa, Mỹ straciła wszelką nadzieję.

– To zupełnie bez sensu. Nigdy nie uda mi się go odnaleźć.

Mama była jednak pełna determinacji.

– Nie możesz tego wiedzieć, jeśli najpierw nie spróbujesz. Istnieją przecież drogie komputery, które mogą przeanalizować dane i sporządzić listę potencjalnych kandydatów. Myślę, że istnieje jakaś szansa. Musisz się tylko postarać.

Mỹ jeszcze raz spojrzała na fotografię. Poczuła w piersiach narastającą tęsknotę, która z każdą sekundą robiła się coraz bardziej dojmująca. Czy jej ojciec mieszka w Kalifornii? Jak zareaguje, jeśli otworzy drzwi i zobaczy w progu… swoją córkę? Czy pomyśli, że przyszła tylko po pieniądze?

A może ucieszy się, że odnalazło go dziecko, o którego istnieniu nawet nie miał pojęcia?

Mỹ wzięła do ręki telefon i położyła go na kolanach, żeby porównać zdjęcie Khaia z wizerunkiem swojego ojca. Co takiego zobaczyła w niej Cô Nga, żeby uznać ją za odpowiednią kandydatkę na żonę dla syna? Czy Khai również będzie pod tak wielkim wrażeniem? Czy zaakceptuje fakt, że jego wybranka ma już dziecko? A ojciec Mỹ? Czy uraduje się na widok córki?

Niezależnie od wszystkiego matka miała rację. Żeby się czegoś dowiedzieć, najpierw należało spróbować.

Mỹ podjęła decyzję. Napisała wiadomość i wysłała ją do Cô Nga.

Tak, zgadzam się.

– Zrobię to – oznajmiła mamie. Chciała to powiedzieć stanowczym tonem, ale czuła, że w środku cała się trzęsie. Nie miała pojęcia, w co tak naprawdę się pakuje.

– Cieszę się. Wiedziałam, że podejmiesz wyzwanie. Podczas twojej nieobecności zaopiekujemy się Ngọc Anh. Teraz kładź się spać. Jutro musisz jeszcze iść do pracy. – Zgasło światło. Mimo że w pokoju zrobiło się ciemno, mama kontynuowała swój wywód: – Nie możesz zapominać, że masz zaledwie kilka miesięcy. To zbyt mało czasu, żeby stosować tradycyjne metody. Niewykluczone, że ten facet nie przypadnie ci do gustu, lecz moim zdaniem należy postawić wszystko na jedną kartę. Jeżeli nie jest złym człowiekiem, miłość może przyjść z czasem. I pamiętaj, to nie grzeczne dziewczynki zdobywają faceta. Musisz pokazać pazurki i być trochę niegrzeczna.

Mỹ przełknęła ślinę. Wiedziała, co mama ma na myśli, mówiąc: „niegrzeczna”. Zdziwiła się jednak, że takie słowa przechodzą jej przez gardło w obecności babci.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz