Tessa d'Urberville. Historia kobiety czystej - Thomas Hardy - ebook
Opis

Jedna ze stu najważniejszych książek wszechczasów!

Szalone kontrowersje, jakie wzbudziła książka Thomasa Hardy’ego, Tessa D’Urberville, ukazując otwarty portret seksualnej hipokryzji społeczeństwa epoki wiktoriańskiej, tylko przyczyniły się do tego, że stała się ona komercyjnym sukcesem natychmiast po ukazaniu w roku 1891.

Ufna i bezbronna Tessa zostaje w myśl przyjętych ówczesnych zachowań wystawiona przez własną rodzinę jako atrakcyjny towar, by zyskać majątek. Bezlitośnie uwiedziona i wykorzystana przez rzekomego przyszłego męża, w konsekwencji samotnie rodzi dziecko, które wkrótce umiera. Wówczas Tessa spotyka młodego idealistę, Angela Clare’a. Ostatecznie jednak, kiedy poznaje jej przeszłość, ten odrzuca ją. Pozbawiona nadziei i środków do życia, będąc ofiarą obłudnej, skostniałej angielskiej moralności, Tessa ucieka przed cierpieniem, decydując się na straszny, desperacki krok.

Bogaty, poetycki język, którym Hardy kreśli wstrząsającą historię miłości, zdrady oraz zbrodni, w połączeniu z krytyką społecznych konwenansów wraz z  dogłębną refleksją nad rolą przeznaczenia w ludzkim życiu sprawiają, że Tessa D’Urberville należy do najbardziej poruszających i pamiętnych powieści Hardy’ego.

W 1979 roku na podstawie powieści powstał wielokrotnie nagradzany i doceniony przez krytykę film Romana Polańskiego z Nastassją Kinski w roli głównej, a roku 2008 nakręcono dokonały serial z Gemmą Arterton.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 610

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

Tytuł oryginału

Tess of the d’Urbervilles: A Pure Woman

 

 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2015

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Korekta

Agnieszka Zienkowicz

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Zdjęcie na okładce

Copyright © depositphotos.com/ mimadeo

Copyright © depositphotos.com/ SolominViktor

Copyright © depositphotos.com/ EkaterinaYa

Copyright © depositphotos.com/ bereta

 

 

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, aby ustalić właściciela praw do przekładu. Spadkobierców prosimy o kontakt: [email protected]

 

 

Wydanie elektroniczne 2015

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

ISBN 978-83-7674-341-7

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 061 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

 

 

Okres pierwszy

 

Dziewczyna

 

 

 

I

 

Pod koniec maja wieczorem pewien człowiek w średnim wieku wracał piechotą z Shaston do domu, do wsi Marlott, położonej w sąsiedniej dolinie zwanej Blakemore lub Blackmoor. Nogi niosły go niezbyt pewnie, a chód jego odznaczał się skłonnością do lekkiego zbaczania z linii prostej na lewo. Od czasu do czasu mocnym kiwnięciem głowy zdawał się potwierdzać jakieś swoje przekonanie, mimo że nie myślał specjalnie o niczym. Niósł przewieszony przez ramię pusty kosz od jaj; kapelusz jego miał włos stargany, a na rondzie, tam gdzie dotykał go przy zdejmowaniu, widniał głęboki odcisk palca. Mijał właśnie pastora, człowieka starszego już, który jadąc okrakiem na siwej kobyle, nucił coś pod nosem.

– Dobry wieczór – pozdrowił go człowiek z koszem.

– Dobry wieczór, sir Johnie – odpowiedział pastor.

Człowiek idący pieszo przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym przystanął i odwróciwszy się, rzekł:

– Za pozwoleniem jegomości, w ostatni dzień targowy spotkaliśmy się także na tej drodze, prawie o tej samej porze; powiedziałem wtedy: dobry wieczór, ksiądz proboszcz zaś odpowiedział mi jak dziś: dobry wieczór, sir Johnie.

– Tak jest – potwierdził pastor.

– A jeszcze, będzie jakiś miesiąc temu, zdarzyło się to samo.

– Być może.

– A więc dlaczego ksiądz dobrodziej nazywa mnie sir Johnem, skoro jestem sobie po prostu Jack Durbeyfield, przekupień?

Pastor podjechał o kilka kroków bliżej.

– Ot, taką miałem fantazję – odrzekł; a potem po chwili wahania: – A to z powodu pewnego odkrycia, które zrobiłem niedawno, poszukując rodowodów do historii tego hrabstwa. Jestem pastor Tringham, badacz starożytności ze Stagfoot Lane. Czy naprawdę nie wiecie, Durbeyfield, że jesteście w prostej linii potomkiem starego rycerskiego rodu d’Urberville’ów, wywodzącego się od sławnego rycerza sir Pagana d’Urberville’a, który według archiwów w Battle Abbey przybył tu z Normandii razem z Wilhelmem Zdobywcą?

– Pierwsze słyszę, księże proboszczu.

– Ale to prawda! Podnieście no w górę podbródek, abym mógł lepiej się wam przyjrzeć z profilu. Tak, tak, to nos i podbródek d’Urberville’ów – trochę zdegenerowane. Wasz przodek był jednym z dwunastu rycerzy, którzy pomagali w Normandii lordowi Estremavilla zdobywać hrabstwo Glamorgan. Przedstawiciele licznych gałęzi waszego rodu mieli swoje dwory rozsiane po całej tej części Anglii. Nazwiska ich pojawiają się w archiwach Skarbu Państwa za czasów króla Stefana. Podczas panowania króla Jana jeden z nich był dość bogaty, by ofiarować zamek rycerzom szpitalnikom, a za czasów Edwarda II wasz praszczur Brian został wezwany do Westminsteru, by uczestniczyć w Wielkiej Radzie Koronnej. W epoce Oliwera Cromwella wasz ród nieco podupadł, ale tylko w nieznacznej mierze, natomiast za panowania Karola II w nagrodę za wierność zostaliście mianowani Rycerzami Królewskiego Dębu. Tak, tak, mieliście w waszym rodzie całe pokolenie sir Johnów i gdyby tytuł rycerza, tak jak baroneta, był dziedziczny jak niegdyś, kiedy to tytuł rycerza przechodził z ojca na syna, to wy bylibyście teraz także sir Johnem.

– Czy być może?

– Słowem – zakończył pastor, energicznie uderzając się szpicrutą po udzie – może w całej Anglii rodzina wasza nie ma sobie równej.

– O rety! Czy to możliwe? – zawołał Durbeyfield – A ja od lat włóczę się tam i sam i haruję, jak gdybym był już ostatnim w całej parafii… A od jak dawna te wiadomości są znane, księże proboszczu Tringham?

Duchowny wyjaśnił, że o ile mu wiadomo, sprawy te poszły zupełnie w zapomnienie i można by powiedzieć, że nikt o nich nie wie; on sam rozpoczął badania dopiero ubiegłej wiosny, gdy śledząc losy rodziny d’Urberville’ów, zauważył był na wózku przekupnia nazwisko Durbeyfield. To go skłoniło do zebrania wiadomości o jego ojcu i dziadku, aż wreszcie teraz nie ma już w tym przedmiocie żadnych wątpliwości.

– Z początku postanowiłem, że nie będę was niepokoił takimi bezużytecznymi wiadomościami – ciągnął pastor. – Czasem jednak nasze odruchy bywają silniejsze od naszych postanowień. Sądziłem zresztą, że może sami coś niecoś o tym wiecie.

– Tak, prawda, parę razy zdarzyło mi się słyszeć, że moja rodzina przed osiedleniem się w Blackmoor znała lepsze czasy. Nie zwracałem na to uwagi, bom myślał, że tu chodzi o to, że niegdyś mielim dwa konie, a teraz tylko jednego. Mam w domu starą srebrną łyżkę i jakąś starą pieczęć, ale, mój Boże, cóż znaczy jedna łyżka lub pieczęć…! I pomyśleć, że w moich żyłach płynie ta sama krew, co u tych możnych d’Urberville’ów! Ludzie mówili, że mój pradziad miał tam jakieś swoje tajemnice i nie chciał mówić, skąd tu przybył… A, za pozwoleniem jegomości, gdzie jest teraz nasze gniazdo? To jest, chciałem zapytać, gdzie teraz mieszkamy, my, rodzina d’Urberville’ów?

– Nigdzie. Cały ród wasz w tym hrabstwie wygasł.

– O, jaka szkoda!

– Tak, tak. Jak to kłamliwe kroniki rodzinne nazywają, gałąź męska wygasła, czyli – prawdę mówiąc – podupadła.

– A więc gdzie jesteśmy pochowani?

– W Kingsbere-sub-Greenhill. Wasi przodkowie całymi rzędami tam spoczywają w rodzinnych grobowcach z rzeźbionymi pomnikami, każdy pod purbeckowskim[1] marmurowym baldachimem.

– A gdzie są nasze rodowe zamki i włości?

– Już ich nie macie.

– A ziemi także już nie mamy?

– Nie, ani piędzi, choć niegdyś posiadaliście jej pod dostatkiem, gdyż, jak wam już wspomniałem, wasz ród był bardzo rozgałęziony. W tutejszym hrabstwie mieliście jedną siedzibę w Kingsbere, drugą w Sherton, inną w Millpond, jeszcze inne w Lullstead i Wellbridge.

– Czy jeszcze kiedy powrócimy do naszej własności?

– O, tego już wiedzieć nie mogę.

– Co mógłbym zrobić w tej sprawie, księże proboszczu? – zapytał Durbeyfield po chwili milczenia.

– Nic a nic. Chyba tylko zdobyć się na pokorę, rozmyślając nad tym, „jak możni tego świata upadają nisko”. Cała ta sprawa może interesować tylko historyka lub badacza starych rodów, nikogo więcej. W naszym hrabstwie pośród wieśniaków jest kilka rodzin o prawie równej świetności. Dobranoc.

– Proszę, niechże wielebny ksiądz zawróci i przy tej okazji zechce wypić ze mną kufelek piwa. W oberży „Pod Jedną Kropelką” mają wcale niezłe piwo z beczki, choć nie umywa się do piwa u Rollivera.

– Nie, dziękuję, dziś nie, Durbeyfield. I tak macie już trochę w czubie.

Zakończywszy na tym rozmowę pastor pojechał dalej, zadając sobie pytanie, czy aby uczynił rozsądnie, dzieląc się z owym człowiekiem tym ciekawym okruchem wiedzy.

Po odjeździe pastora Durbeyfield przeszedł jeszcze kilka kroków, pogrążony w głębokim zamyśleniu, po czym postawiwszy na ziemi kosz, usiadł na porośniętym trawą brzegu gościńca. Wkrótce w oddali ukazał się jakiś wyrostek idący w tym samym kierunku, w jakim zmierzał Durbeyfield; ten ostatni ujrzawszy go, podniósł do góry rękę, a chłopiec przyśpieszył kroku i zbliżył się.

– Mały, weź no ten kosz! Załatwisz mi pewne polecenie.

Chudy jak szczapa wyrostek zmarszczył brwi.

– Kimże to jesteście, Johnie Durbeyfield, żeby mi rozkazywać i wołać na mnie „mały”? Przecież znacie moje imię, tak jak ja znam wasze.

– Ho, ho! To tajemnica! Tajemnica! A teraz spełnij mój rozkaz i załatw to polecenie… Zresztą niech tam, Fred, powiem ci tę moją tajemnicę: pochodzę ze szlacheckiego rodu. Dowiedziałem się o tym właśnie dziś po południu. – Wypowiadając te słowa, Durbeyfield porzucił pozycję siedzącą i rozciągnął się rozkosznie na trawie pośród stokrotek.

Chłopak stojąc przed Durbeyfieldem, obejrzał go w całej długości, od stóp do głów.

– Sir John d’Urberville, oto jak się nazywam! – mówił dalej rozciągnięty na trawie mężczyzna. – To jest, gdyby rycerze byli baronetami… którymi właśnie są. Wszystko, co mnie dotyczy, zapisane jest w historii. Chłopcze, czy nie znasz miejscowości, która nazywa się Kingsbere-sub-Greenhill?

– Tak, byłem tam na jarmarku.

– A więc przed kościołem tego miasta spoczywają…

– To nie miasto, to, o czym mówię. W każdym razie nie było nim wtedy, kiedym tam pojechał. Taka sobie nędzna mała dziura.

– Mniejsza o to, mój chłopcze, tu nie o to chodzi. Otóż pod kościołem w tej parafii spoczywają moi przodkowie – są ich tam całe setki – leżą w wielkich ołowianych trumnach ważących Bóg wie ile ton. Leżą ubrani w zbroje i klejnoty. W całym hrabstwie południowego Wessexu nie znajdziesz nikogo, kto by miał w rodzinie równie wspaniałe i pańskie szkielety jak ja!

– No, no!

– A teraz weź ten koszyk i leć do Marlott. Gdy dojdziesz do oberży „Pod Jedną Kropelką”, powiedz im tam, by mi natychmiast przysłali konia i powozik, który mnie zawiezie do domu. A niech włożą do powozu butelczynę rumu i niech ją zapiszą na mój rachunek. Gdy to załatwisz, pójdź z koszem do mojej żony i powiedz jej, żeby rzuciła pranie, gdyż nie będzie już potrzebowała go kończyć. Niech czeka na mój powrót, bo mam dla niej nowiny.

Widząc, że chłopak waha się, Durbeyfield sięgnął do kieszeni i wyjął szylinga, jednego z tych niewielu, jakie rzadko kiedy posiadał.

– Masz tu za fatygę – powiedział.

To zmieniło pogląd chłopca na sytuację.

– Dobrze, sir Johnie. Dziękuję. Czy to już wszystko, sir Johnie?

– Powiedz tam u mnie w domu, że chciałbym mieć na kolację… powiedzmy, potrawkę z jagnięcia, o ile to możliwe, jeżeli nie, to krwawą kiszkę, a jeżeli jej nie dostaną, to wystarczą flaki.

– Dobrze, sir Johnie.

Wyrostek wziął kosz i w chwili gdy miał wyruszyć w drogę, od strony wsi dały się słyszeć dźwięki orkiestry dętej.

– Co to znaczy? – zapytał Durbeyfield. – To chyba nie na moją cześć?

– To procesja klubu kobiet, sir Johnie. Przecież wasza córka jest jedną z członkiń.

– To prawda! Zamyśliłem się o ważniejszych sprawach i zupełnie o tym zapomniałem! A więc ruszaj do Marlott i zamów mi powóz. Może mi wypadnie zrobić przegląd tej procesji klubu.

Wyrostek odszedł, a Durbeyfield czekając, leżał dalej w popołudniowym słońcu, pośród trawy i stokrotek. Przez dłuższy czas na drodze nie było widać ani żywej duszy i tylko słabe dźwięki orkiestry mąciły ciszę w kręgu niebieskich wzgórz.

 

 

[1] Purbeck – wyspa w hrabstwie Dorset w północnej Anglii, słynąca z bogatych złóż marmuru.

 

 

 

II

 

Wioska Marlott położona jest pośród północno-wschodnich falistości wspomnianej wyżej pięknej doliny Blackmoor; jest to okolica ustronna, zamknięta wśród wzgórz, w znacznej części niedotknięta jeszcze stopą turysty ani malarza, mimo że oddalona zaledwie o cztery godziny drogi od Londynu.

Dolinę tę najlepiej oglądać ze szczytów otaczających ją wzgórz, byle podczas letniej suszy. Wędrówka bez przewodnika po jej zakątkach, szczególnie podczas niepogody, nie byłaby przyjemna, gdyż drogi są wąskie, kręte i błotniste.

Ta żyzna i zaciszna połać kraju, gdzie pola nigdy nie żółkną, a źródła nigdy nie wysychają, zamknięta jest od południa stromym wapiennym grzbietem obejmującym wyniosłości Hambledon Hill, Bulbarrow, Nettlecombe-Tout, Dogbury, High Stoy i Bubb Down. Gdy podróżny, przybyły od strony morza, po mozolnym, wielomilowym marszu poprzez kredowe wyżyny i uprawne pola znajdzie się nagle na brzegu jednego z urwisk, staje zaskoczony i oczarowany, widząc, że u stóp jego ściele się – jak mapa – kraj zupełnie odmienny od tego, który przewędrował. Za nim są nagie wzgórza, słońce pała ogniem nad polami tak rozległymi, że krajobraz wydaje się otwarty, drogi są białe, przydrożne żywopłoty – niskie i plecione, powietrze bezbarwne. Tu w dolinie świat wydaje się stworzony w mniejszej skali i bardziej delikatny; pola – to zaledwie małe łączki, tak rozdrobnione, że z tej wysokości przegradzające je żywopłoty robią wrażenie siatki z ciemnozielonych nici rozciągniętej na bledszej zieleni traw. Tu w dole powietrze jest łagodne i tak zabarwione błękitem, że to, co artyści nazywają średnim planem, przybiera również ten sam odcień, gdy w oddali horyzont jest barwy najciemniejszej ultramaryny. Ziem ornych jest niewiele i nie zajmują dużych przestrzeni. Niemal cały ten kraj wygląda jak rozległa, bujna masa traw i drzew, otulająca niby płaszczem mniejsze pagórki i dolinki tonące w większych. Taka jest dolina Blackmoor.

Okolica to nie mniej interesująca pod względem historycznym, jak topograficznym. Dolina ta niegdyś była znana pod nazwą Lasu Białego Jelenia. Ciekawa legenda z czasów Henryka III głosi, że niejaki Tomasz de la Lynd zabił był pięknego jelenia, ściganego, lecz oszczędzonego przez samego króla, i za to został skazany na zapłacenie wysokiej grzywny. W owych czasach i jeszcze stosunkowo do niedawna kraj ten był porośnięty gęstym borem. Dziś znajdujemy jego ślady w starych dębowych gajach, w nieregularnych pasach starodrzewu, które zachowały się na stokach, w wydrążonych przez próchnicę pniach drzew, ocieniających tak liczne tu pastwiska.

Lasy znikły, lecz pozostały pewne związane z nimi obyczaje. Liczne spośród nich przetrwały jednak tylko w zmienionej i zamaskowanej postaci. Na przykład dzisiejsza klubowa zabawa czy „procesja klubowa”, jak ją tam nazywano, stanowi odpowiednik starodawnego korowodu tanecznego w święto maja.

Dla młodzieży w Marlott uroczystość ta była nader doniosłym wydarzeniem, aczkolwiek właściwe jej znaczenie było uczestniczącym w niej nieznane. Odrębność tego święta polegała nie tyle na zachowaniu zwyczaju uczestniczenia corocznie w procesji i tańczenia na trawie, ile na tym, że do klubu należały wyłącznie kobiety. W klubach męskich uroczystości takie, choć już powoli znikały, były rzeczą mniej niezwykłą; lecz bądź nieśmiałość, tak właściwa płci słabszej, bądź ironiczna postawa męskich krewnych pozbawiły ostatnie kluby kobiece (o ile takie jeszcze istniały) całego ich dawnego blasku i świetności. Jedynie klub w Marlott trwał nadal dla podtrzymania tradycji lokalnych cerealii. Klub ten defilował w procesji przez setki lat, jeśli nie jako klub dobroczynny, to jako rodzaj bractwa, i defiluje nadal.

Cała gromada ubrana była w białe suknie – wesoła pozostałość minionej mody dawnych lat, kiedy to radość i maj były synonimami – lat, gdy przezorna dalekowzroczność nie zdołała jeszcze sprowadzić wzruszeń do monotonnej mierności. Dziewczęta najpierw paradowały w uroczystym pochodzie, maszerując dwójkami dokoła probostwa. Ideał i rzeczywistość spotykały się i walczyły po trosze z sobą, gdy słońce rysowało ich sylwetki na tle zielonych żywopłotów i fasad domów oplecionych koronką pnących roślin, choć bowiem cała gromadka ubrana była biało, wśród tej białości nie znalazłbyś dwóch tonów jednakowych. Biel niektórych sukien była prawie idealna, inne miały zabarwienie niebieskawe, jeszcze inne, spoczywające pewnie od lat w skrzyniach i noszone przez osoby starsze, wpadały w siny, trupi odcień i krojem przypominały modę z czasów króla Jerzego.

Oprócz odświętnego białego stroju każda kobieta i dziewczyna niosła w prawej ręce odartą z kory gałązkę wierzbową, a w lewej – wiązankę białych kwiatów. Odarcie z kory gałązek i wybór kwiatów musiały być dokonane osobiście.

W procesji brało udział kilka kobiet dojrzałych, a nawet parę starszych. Ich przetykane srebrem włosy oraz pomarszczone, zniszczone przez czas i troskę twarze były w tym wesołym otoczeniu zjawiskiem nieledwie groteskowym, a z pewnością – patetycznym. Gdyby się jednak głębiej zastanowić, to od tych doświadczonych i stroskanych kobiet, tak bliskich lat rezygnacji – lat, o których wiedziały, że nie dadzą im już żadnej radości, można by się więcej nauczyć i więcej o nich powiedzieć niż o ich młodocianych towarzyszkach. Ale przejdźmy już od starszych do tych, w których ciałach przepływa wartki i gorący strumień życia.

Większość gromady stanowiły młode dziewczęta, a ich bujne włosy mieniły się w słońcu różnymi odcieniami złota, czerni i brązu. Jedne miały piękne oczy, inne ładny nos, jeszcze inne – piękne usta lub figurę, lecz nieliczne, a może nawet żadna nie posiadała wszystkich tych zalet razem. Widać było wyraźnie, że dziewczętom tym, wystawionym na widok publiczny, trudno było ułożyć wargi, poruszać zręcznie głowami czy też nadać twarzy wyraz obojętny; wszystko wskazywało, że są to proste wiejskie dziewczyny, onieśmielone spojrzeniami licznych skierowanych na nie oczu.

I podobnie jak ciała ich ogrzewało słońce, tak w duszy każda miała własne, promieniujące ciepłem słoneczko: jakieś marzenie, uczucie czy upodobanie, a przynajmniej jakąś wątłą i daleką nadzieję, która aczkolwiek niezaspokojona, lecz mimo to – jak każda nadzieja – żyła dalej. Toteż wszystkie dziewczęta były pogodne, a niejedna nawet wesoła.

Obeszły dokoła oberżę „Pod Jedną Kropelką” i zboczyły z głównego gościńca, żeby wejść przez furtkę na łąkę, gdy jedna z kobiet zawołała:

– Wielki Boże, Tesso Durbeyfield, czy to aby nie twój ojciec wraca do domu w powozie?

Na ten okrzyk jedna z młodszych dziewcząt z gromady odwróciła głowę. Była to zgrabna i piękna dziewczyna, może nie piękniejsza od innych, lecz ruchliwe, czerwone jak piwonia usta i wielkie niewinne oczy dodawały wyrazistości jej rysom i karnacji. Miała we włosach czerwoną wstążkę i w tej białej procesji ona jedna mogła się pochwalić taką świetną ozdobą. W chwili gdy się odwróciła, na drodze ukazał się Durbeyfield jadący w powozie wynajętym w oberży „Pod Jedną Kropelką” i powożonym przez tęgą dziewuchę o kędzierzawych włosach, mającą rękawy podwinięte powyżej łokci. Była to wesoła dziewka z oberży, rodzaj służącej do wszystkiego, pełniąca czasem czynności stangreta i parobka stajennego. Durbeyfield, z rozkosznie przymkniętymi oczami, rozparty na tylnym siedzeniu, machał ręką nad głową i śpiewnie, wolno deklamował:

– Mam ci ja wielkie ro-dzin-ne gro-bow-ce w Kingsbere i ry-cer-skich przo-odków w oło-wia-nych trumnach!

Członkinie klubu zachichotały z wyjątkiem dziewczyny zwanej Tessą, w której widocznie wzbierał gniew na widok ojca narażającego się na śmieszność.

– On jest tylko zmęczony – powiedziała żywo – i wynajął sobie powóz dlatego, że nasz koń musi dziś odpocząć.

– O, święta naiwności! Tesso, jakaś ty niemądra – odpowiedziały jej towarzyszki. – Jest przecież podchmielony jak zwykle w dzień targowy. Ha, ha, ha!

– Słuchajcie, jeśli będziecie się z niego śmiały, to nie pójdę z wami ani kroku dalej! – zawołała Tessa, a rumieniec spłynął z jej policzków aż na szyję. Po chwili spuściła głowę, a oczy jej zwilgotniały. Dziewczęta widząc, że sprawiły jej przykrość, umilkły i znów zapanował spokój. Duma nie pozwoliła Tessie odwrócić głowy, by sprawdzić, jakie ojciec ma zamiary, jeżeli je w ogóle miał, i wraz z całą gromadą skierowała się ku ogrodzonej łączce, gdzie miały się rozpocząć tańce na trawie. Gdy już tam przybyły, odzyskała dobry humor, uderzała wierzbowym prętem o pręt swojej sąsiadki i rozmawiała jak zwykle.

W tym okresie życia Tessa Durbeyfield była jak gdyby siedliskiem samych uczuć bez najmniejszej przymieszki doświadczenia. Mimo że chodziła do wiejskiej szkoły, język jej trącił gwarą; charakterystyczną cechą gwary jej stron ojczystych było wymawianie litery „r” w sposób najbardziej ostry i wyraźny, jaki można spotkać w ludzkiej mowie. Pełne, ciemnoczerwone wargi Tessy, nawykłe od dzieciństwa do tej wymowy, jak gdyby nie miały jeszcze zdecydowanego zarysu, a gdy po wypowiedzeniu słowa zamykały się, dolna warga wypychała w górę wargę górną.

W wyglądzie Tessy taiły się jeszcze różne okresy dzieciństwa. Dziś, gdy tak szła, można by powiedzieć, że mimo bujnej kobiecej urody z policzków jej wyziera dwunasty rok, w oczach iskrzy się dziewiąty, a nawet od czasu do czasu w wygięciu warg igra wesoło piąty roczek.

Jednak mało kto to widział lub się nad tym zastanawiał. Tylko nieliczni, szczególnie obcy, mijając ją, długo za nią patrzyli, od razu oczarowani jej świeżością, myśląc z żalem, czy ją jeszcze kiedy zobaczą. Dla większości zaś Tessa była tylko piękną, dorodną dziewczyną wiejską, niczym więcej.

Członkinie klubu nie zobaczyły już Durbeyfielda ani nie słyszały o nim i o jego triumfalnym powozie, powożonym przez dziewczynę z oberży, i gdy znalazły się na oznaczonym miejscu, rozpoczęły się tańce. Ponieważ nie było wśród nich mężczyzn, dziewczęta tańczyły ze sobą, lecz gdy zbliżał się koniec dnia roboczego, mieszkańcy wioski oraz kilku próżniaków i przechodniów zebrało się dokoła i widać było, że chętnie poszukaliby sobie partnerki do tańca.

Pośród tych widzów znajdowało się trzech młodych ludzi należących do wyższej klasy społecznej; mieli oni umocowane na ramionach niewielkie plecaki, a w rękach grube laski. Zbliżony wiek i rodzinne podobieństwo pozwalało przypuszczać, że są braćmi, i tak też istotnie było. Najstarszy miał na sobie zapiętą pod szyję kamizelkę, biały krawat i kapelusz o wąskim rondzie, czyli zwykły przepisowy strój duchownych; drugi był studentem; trzeciego, najmłodszego, byłoby trudno scharakteryzować z zewnętrznego wyglądu. Jego nie wzorowany na nikim sposób ubrania i otwarte spojrzenie świadczyły o tym, że jeszcze nie obrał sobie drogi do przyszłej kariery. Można było przypuszczać, że bezładnie poszukuje i próbuje wszystkiego, a trudno przewidzieć, co wybierze.

Trzej bracia opowiadali właśnie przypadkowo spotkanemu znajomemu, że korzystając z ferii podczas Zielonych Świątek, wybrali się na wycieczkę do doliny Blackmoor; droga ich prowadzi w południowo-zachodnim kierunku do miasta Shaston.

Stali, oparci o barierę biegnącą wzdłuż głównego gościńca, i pytali, co znaczy ten taniec dziewcząt w białych sukniach. Było widoczne, że dwaj starsi nie zamierzają pozostać tu dłużej niż chwilkę, lecz trzeci zdawał się rozbawiony widokiem roju dziewcząt tańczących bez kawalerów i wcale mu nie było spieszno maszerować dalej. Odpiął plecak, razem z laską położył przy żywopłocie i otworzył furtkę.

– Co chcesz zrobić, Angelu? – zapytał go najstarszy.

– Mam ochotę pokręcić się z nimi trochę. A może byśmy zostali wszyscy? Tylko na parę minut, to nas długo nie zatrzyma.

– Nie, nie, co za pomysł! – rzekł pierwszy. – Tańczyć publicznie z bandą wiejskich dziewuch! A gdyby nas ktoś zobaczył! Chodź już, bo noc zapadnie, zanim przybędziemy do Stourcastle, a nigdzie bliżej nie możemy przenocować. Prócz tego przed powrotem musimy skończyć jeszcze jeden rozdział z Odprawy agnostykom, skoro zadałem sobie trud zabrania tej książki ze sobą.

– Dobrze, więc nie zatrzymujcie się. Za pięć minut dogonię ciebie i Cuthberta. Przyrzekam ci to, Feliksie.

Dwaj starsi niechętnie zgodzili się i odeszli, zabierając ze sobą plecak brata, żeby mógł ich łatwiej dogonić, najmłodszy zaś wszedł na łąkę.

– Czy to nie szkoda, żebyście tańczyły same, moje panienki? – zwrócił się z galanterią do dwóch czy trzech dziewcząt, które w przerwie między tańcami znalazły się najbliżej niego. – A gdzież są wasi kawalerowie?

– Jeszcze nie skończyli roboty – powiedziała jedna ze śmielszych. – Pewnie będą tu za chwilę. Tymczasem może pan zechce być naszym kawalerem?

– Oczywiście, ale cóż znaczy jeden na tyle tancerek?

– Zawsze lepiej niż nic. To wcale niezabawne kręcić się w kółko z inną dziewczyną i nie mieć nikogo, kto by nas trzymał wpół i do siebie przytulał. No, niech pan teraz wybiera!

– Przestań, nie bądź taka czelna – wtrąciła się inna, bardziej nieśmiała.

Zaproszony w ten sposób młodzieniec rozejrzał się wokoło i zastanowił nad wyborem, ale że żadnej z dziewcząt nie znał, nie było to łatwe. Wziął pierwszą, jaka mu się nawinęła pod rękę, lecz nie była to tamta wygadana, która się spodziewała, że ją wybierze. Nie była to także Tessa Durbeyfield. Dotychczas w życiowej walce Tessy nie przydały się na nic ani jej rodowód, ani prochy przodków i ich pomniki, ani też rysy twarzy d’Urberville’ów; wszystko to nie przyczyniło się nawet do tego, by ją tancerz przeniósł nad inne najzwyklejsze wieśniaczki. Oto co w epoce wiktoriańskiej znaczy błękitna krew Normanów niepoparta przez pieniądz.

Imię tej, która zaćmiła inne dziewczęta, jakiekolwiek było, nie zostało nam przekazane, lecz wszystkie towarzyszki jej zazdrościły, gdyż tego wieczoru ona pierwsza doznała przyjemności zatańczenia z kawalerem. Tymczasem taka jest moc naśladowcza przykładu, że młodzi wieśniacy, którzy nie kwapili się do przekroczenia furtki, dopóki intruz nie pokazał im drogi, teraz tłumnie wpadli na plac; toteż wkrótce w wielu parach znaleźli się chłopcy i wreszcie nawet najbrzydsza dziewczyna nie potrzebowała odgrywać w tanecznych figurach roli kawalera.

Nagle zegar na wieży kościelnej wydzwonił godzinę i młodzieniec oznajmił, że musi już odejść – zapomniał się – przecież musi dogonić swoich towarzyszy. Gdy już opuszczał tańce, wzrok jego padł na Tessę Durbeyfield, której wielkie oczy zdawały się spoglądać na niego z wyrazem lekkiego wyrzutu, że nie ją wybrał. On również żałował, że trzymała się na uboczu, co nie pozwoliło mu jej zauważyć, i myśląc o tym, opuścił pastwisko.

Chcąc nadrobić czas stracony, pobiegł pędem drogą w kierunku zachodnim, więc też wkrótce minął nizinę i dotarł do szczytu sąsiedniego wzgórza. Jeszcze braci nie dogonił, lecz zatrzymał się, żeby nabrać tchu, i spojrzał poza siebie. Mógł dojrzeć na zielonym placu białe sylwetki dziewcząt wirujące w tańcu, tak jak wirowały, gdy i on się wśród nich znajdował. Zdawały się już o nim nie pamiętać.

Wszystkie z wyjątkiem może jednej. Jej biała postać stała samotnie koło żywopłotu. Poznał, że to ta ładna dziewczyna, z którą nie zatańczył. Mimo że była to sprawa błaha, czuł instynktownie, że ją to dotknęło. Żałował, że jej nie zaprosił i nie zapytał, jak się nazywa. Miała twarz tak skromną, tak wyrazistą, wyglądała tak delikatnie w swojej lekkiej białej sukience, że doznał wrażenia, iż zachował się głupio.

W każdym razie nie mógł już na to nic poradzić, więc odwrócił się, pochylił w szybkim biegu i przestał o tym myśleć.

 

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej