Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tęsknota - Gael Faye

Nominowana do najważniejszych nagród literackich we Francji, szczera i poruszająca, inspirowana osobistymi doświadczeniami autora, historia chłopca, którego dzieciństwo zostało naznaczone ludobójstwem w Rwandzie i wojną domową w Burundi. Laureat Nagrody Goncourtów - Polski Wybór 2016!

1992 rok. Dziesięcioletni Gabriel, mieszka w Burundi ze swoim francuskim ojcem, rwandyjską matką i siostrzyczką Anną w przytulnej dzielnicy cudzoziemców. Gabriel spędza większość czasu z przyjaciółmi, miłymi łobuziakami. Spokojne życie słodkiego dzieciaka skończy się w tym samym czasie, gdy ten „mały afrykański kraj” zostanie brutalnie potraktowany. Gabriel obserwuje z niepokojem jak jego rodzice się rozstają, czuje zbliżającą się wojnę cywilną oraz tragedię Rwandy. Cała dzielnica wrze.
Do dzielnicy falami wkracza przemoc, przesyca ją i wszystko się zmienia. Gabriel myślał, że jest dzieckiem. Odkryje, że jest metysem, Tutsi, Francuzem...

Gaël Faye (ur. 1982 r.) – jest raperem i tekściarzem, synem Rwandyjki i Francuza. Urodził i dorastał w Burundi, a po wybuchu wojny w Rwandzie przeniósł się z ojcem do podparyskiego Yvelines, gdzie borykał się z chłodem (atmosferycznym i ludzkim) oraz nietolerancją. Po studiach rozpoczął karierę w londyńskim City, którą jednak szybko porzucił, by nagrać swój pierwszy album. W twórczości muzycznej łączy tradycję francuskiej poezji z afrykańskimi dźwiękami. Sam pisze swoje teksty, w których opowiada o utraconej ojczyźnie, byciu metysem i wielokulturowości.

Opinie o ebooku Tęsknota - Gael Faye

Fragment ebooka Tęsknota - Gael Faye

Gael Faye

TĘSKNOTA

przełożyła Katarzyna Marczewska

Tytuł oryginału: Petit pays

Copyright © Éditions Grasset & Fasquelle, 2016

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Marczewska, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Dla Jacqueline

Prolog

Właściwie sam nie wiem, jak się to wszystko zaczęło.

A przecież Tata wyjaśnił nam to któregoś dnia, kiedy jechaliśmy furgonetką.

– Wiecie, w Burundi jest tak samo jak w Rwandzie. Są trzy różne grupy, mówi się na nie grupy etniczne. Najwięcej jest Hutu. Są niscy, z grubymi nosami.

– Jak Donatien? – zapytałem.

– Nie, on jest Zairczykiem, to nie to samo. Na przykład tak jak Prothé, nasz kucharz. Są również Twa, Pigmeje. Tych jest niewielu, można powiedzieć, że się nie liczą. No i są też Tutsi, tacy jak wasza mama. Jest ich o wiele mniej niż Hutu, są wysocy i chudzi, mają wąskie nosy i nigdy nie wiadomo, co im siedzi w głowie. Z ciebie, Gabrielu – powiedział, wskazując na mnie palcem – jest prawdziwy Tutsi, nigdy nie wiadomo, co sobie myślisz.

Tym razem ja sam też nie wiedziałem, co myślę. A zresztą co można o czymś takim myśleć? Więc spytałem:

– Czy między Tutsi i Hutu dlatego jest wojna, że są w różnych krajach?

– Nie, nie o to chodzi, mają wspólny kraj.

– W takim razie… nie mają wspólnego języka?

– Owszem, mówią tym samym językiem.

– To może nie mają tego samego boga?

– Owszem, mają wspólnego boga.

– No to dlaczego prowadzą wojnę?

– Bo mają różne nosy.

Na tym rozmowa się zakończyła. Była to jednak bardzo dziwna sprawa. Myślę, że i Tata niewiele z tego rozumiał. Od tego dnia zacząłem zwracać uwagę na nosy i wzrost ludzi na ulicach. Podczas zakupów w centrum miasta staraliśmy się po kryjomu zgadywać z moją młodszą siostrą Aną, kto jest Hutu, a kto Tutsi. Szeptaliśmy do siebie:

– Ten w białych spodniach to Hutu, jest niski i ma gruby nos.

– Taa, a tamten w kapeluszu, okropnie wysoki, strasznie chudy i z wąskim nosem, to Tutsi.

– A tamten w koszuli w paski to Hutu.

– Nie, popatrz, jest wysoki i chudy.

– Tak, ale ma szeroki nos!

Wtedy właśnie zaczęliśmy mieć wątpliwości, o co chodzi z tymi grupami etnicznymi. A poza tym Tata nie chciał, żebyśmy o tym rozmawiali. Uważał, że dzieci nie powinny się mieszać do polityki. Nic na to jednak nie mogliśmy poradzić. Dziwna atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Także w szkole koledzy co chwila wszczynali bójki, wyzywając się od Tutsich i Hutu. Zdarzyło się nawet, że jakiś uczeń powiedział podczas projekcji Cyrana de Bergerac: „Patrzcie, jaki ma nos, to na pewno Tutsi”. Coś wisiało w powietrzu i wyczuwał to każdy, niezależnie od tego, jaki miał nos.

Nieustannie myślę o powrocie. Nie ma dnia, żeby mi się nie przypomniał kraj. Wystarczy byle odgłos, niewyraźny zapach, popołudniowe światło, gest, czasem cisza, by zbudziło się wspomnienie z dzieciństwa. „Nie znajdziesz tam niczego prócz widm i sterty gruzu” – powtarza mi stale Ana, która nie chce słyszeć o tym „przeklętym kraju”. Słucham jej i wierzę w to, co mówi. Zawsze patrzyła na wszystko trzeźwiej niż ja. Więc odpędzam od siebie tę myśl. Raz na zawsze postanawiam, że nigdy już tam nie wrócę. Moje życie jest tutaj. We Francji.

Nie mieszkam teraz nigdzie. Kto mieszka, wpasowuje się ciałem w topografię miejsca, w szczeliny i fałdy otoczenia. Ze mną tak nie jest. Wpadam tylko na chwilę. Bywam. Nocuję. Koczuję. Moje osiedle to sypialnia i funkcjonalizm. Mieszkanie czuć świeżą farbą i nowym linoleum. Moi sąsiedzi są doskonale anonimowi. Omijamy się przyjaźnie na korytarzu szerokim łukiem.

Mieszkam i pracuję pod Paryżem. Saint-Quentin-en-Yvelines. RER, linia C. Nowo powstałe miasto, jak życie bez przeszłości. Potrzebowałem wielu lat na tak zwaną integrację, czyli posiadanie stałego zatrudnienia, mieszkania, ulubionych rozrywek, znajomych.

Lubię zawierać znajomości przez internet. Przygody na jedną noc albo na parę tygodni. Dziewczyny, które się ze mną spotykają, są bardzo różne, jedna piękniejsza od drugiej. Uwielbiam słuchać, jak o sobie opowiadają, upajam się zapachem ich włosów, zanim zatonę w miękkiej wacie ramion, nóg, ciała. Żadna nie omieszka nigdy zadać mi tego samego bolesnego pytania: „Skąd pochodzisz?”. Banalne, konwencjonalne pytanie. Poniekąd nieodzowny pomost do bliższego poznania. Moja karmelowa skóra często jest powodem nagabywań o rodowód. „Jestem człowiekiem”. Odpowiedź wywołuje rozdrażnienie. A przecież wcale nie staram się ich denerwować. Ani też pozować na snoba czy filozofa. Już wtedy, kiedy byłem nie większy niż owoc mango, postanowiłem, że nigdy nie będę określał, kim jestem.

Randka trwa. Mechanizm działa bezbłędnie. Dziewczyny mówią. Lubią być słuchane. Ja nasiąkam. Tonę. Zalewam się mocnym alkoholem i wyzbywam się szczerości. Staję się chytrym łowcą. Rozśmieszam je. Uwodzę. Dla zabawy wracam do kwestii pochodzenia. Umyślnie podsycam ciekawość. Bawię się w kotka i myszkę. Z chłodnym cynizmem odpowiadam, że moją tożsamość odważa się w trupach. Nie podejmują tematu. Chcą lekkości. Patrzą na mnie sarnimi oczyma. Mam na nie ochotę. Czasem mi się oddają. Mają mnie za oryginała. Bawi je to do czasu.

Nieustannie myślę o powrocie, odsuwam go od siebie w nieskończoność, coraz dalej. Z obawy przed napotkaniem głęboko ukrytych prawd, koszmarów pozostawionych na progu mojego rodzinnego kraju. Wracam od dwudziestu lat – nocą we śnie, w dzień w marzeniach – do mojej dzielnicy, do zaułka, w którym żyłem szczęśliwie z rodziną i przyjaciółmi. Dzieciństwo odcisnęło na mnie piętno, z którym nie wiem, co mam począć. W lepszych okresach mówię sobie, że czerpię stamtąd siłę i wrażliwość. Kiedy siedzę w czarnej dziurze, upatruję w nim przyczyny mojego nieprzystosowania do świata.

Moje życie przypomina długą łazęgę. Wszystko mnie ciekawi. Nic mnie nie pasjonuje. Brakuje mi bakcyla obsesji. Z natury jestem gnuśny, należę do apatycznej większości. Czasami szczypię się w ramię. Przyglądam się sobie w towarzystwie, w pracy, z kolegami z biura. Czy ten facet, którego widzę w lustrze, kiedy jadę windą, to naprawdę ja? A ten chłopak koło ekspresu do kawy, który zmusza się do śmiechu? Nie poznaję samego siebie. Przybyłem z tak daleka, że nadal się dziwię, co tu robię. Koledzy w pracy rozmawiają o pogodzie i o programie telewizyjnym. Nie słucham ich. Trudno mi oddychać. Rozluźniam krawat. Ciało mam ciasno skrępowane. Przyglądam się swoim wypucowanym butom, błyszczą, odsyłają mi zwodnicze odbicie. Co się stało z moimi stopami? Chowają się. Nigdy ich nie widuję boso na dworze. Podchodzę do okna. Na niebie wiszą ciężkie chmury. Jest szaro, mży, w parku wciśniętym między centrum handlowe i tory kolejowe nie rośnie ani jeden mangowiec.

Tego wieczoru zaraz po wyjściu z pracy biegnę się schronić w najbliższym barze, naprzeciwko dworca. Siadam przy piłkarzykach i zamawiam whisky, żeby uczcić swoje trzydzieste trzecie urodziny. Próbuję złapać Anę, dzwonię na jej komórkę, ale nie odbiera. Nie daję za wygraną. Wybieram jej numer raz za razem. W końcu przypomina mi się, że pojechała służbowo do Londynu. Chcę jej opowiedzieć, porozmawiać o dzisiejszym porannym telefonie. To z pewnością palec losu. Muszę wrócić. Chociażby po to, żeby się upewnić. Rozliczyć się raz na zawsze z tą sprawą, przerwać udrękę. Na zawsze zamknąć za sobą drzwi. Zamawiam następną whisky. Odgłosy z telewizora nad barem nakładają się przez chwilę na tok moich myśli. Kanał telewizji informacyjnej nadaje obrazy ludzi uciekających przed wojną. Patrzę, jak ich łajby przybijają do lądu europejskiego. Schodzące z nich dzieci są przemarznięte, wygłodzone, odwodnione. Grają o życie na boisku opanowanego przez szaleństwo świata. Oglądam je, siedząc sobie wygodnie w prezydenckiej loży ze szklanką whisky w ręku. Opinia publiczna będzie uważała, że uciekły z piekła, by trafić do Eldorado. Bzdura! Nikt nic nie powie o kraju, który w sobie mają. Poezja nie jest informacją. A przecież to jedyna rzecz, jaką człowiek zachowuje z pobytu na ziemi. Odwracam wzrok od tych obrazów, pokazują rzeczywistość, a nie prawdę. Tamte dzieci może o tym kiedyś napiszą. Jest mi smutno, czuję się jak pusty parking przy autostradzie w środku zimy. Tak jest za każdym razem, w dniu urodzin spływa na mnie jak tropikalna ulewa czarna melancholia, kiedy tylko zaczynam myśleć o Tacie, Mamie, kolegach, o zabawie wokół leżącego w głębi ogrodu wypatroszonego krokodyla i o chwili zatrzymanej na wieczność…

1

Nigdy się nie dowiem, dlaczego właściwie rodzice się rozstali. Od samego początku jednak musiało tkwić w tym wszystkim jakieś wielkie nieporozumienie. Usterka u podstaw ich znajomości, odsyłacz do uwagi drobnym druczkiem, której nikt nie zauważył lub nie chciał zauważyć. W tamtym, poprzednim czasie rodzice byli młodzi i piękni. Z sercami wezbranymi nadzieją, jak słońce niepodległości1. Trzeba to było widzieć! W dniu ślubu Tata nie mógł się nadziwić, jak mu się udało założyć jej na palec obrączkę. Staruszek miał oczywiście wiele uroku: śmiałe zielone oczy, włosy ciemnoblond z jaśniejszymi pasmami, wygląd wikinga. Nie dorastał jednak Mamie do pięt. A pięty Mamy to było naprawdę coś! Wyrastały z nich długie, wysmukłe nogi, na których widok w oczach kobiet pojawiały się dubeltówki, a przed oczyma mężczyzn uchylone żaluzje. Tata był przeciętnym francuskim chłopakiem z Jury, który przypadkiem znalazł się w Afryce, gdzie odbywał zastępczą służbę wojskową. Pochodził z mieściny położonej w górach przypominających do złudzenia krajobrazy Burundi, tyle że nie było tam kobiet o postawie Mamy, słodkowodnych trzcin o wydłużonej sylwetce, piękności strzelistych jak drapacze chmur, o czarnej jak heban skórze i wielkich oczach jałówek ankole. Trzeba to było słyszeć! W dniu ich ślubu ze źle nastrojonych gitar płynęła beztroska rumba, szczęście pogwizdywało w rytmie cza-czy pod niebem wysadzanym gwiazdami. Wszystko było jasne! Nic, tylko! Kochać. Żyć. Śmiać się. Istnieć. Ciągle do przodu, bez zatrzymania, gdzie oczy poniosą, a nawet trochę dalej.

Tyle że moi rodzice byli zagubionymi nastolatkami, którym nagle kazano stać się odpowiedzialnymi dorosłymi. Ledwo wyszli z wieku dojrzewania, z burzy hormonów, szalonych nocy, a już trzeba było opróżnić cmentarzysko wysuszonych butelek, wysypać z popielniczek niedopałki skrętów, schować do kopert winyle z psychodelicznym rockiem, złożyć w kostkę dzwony i indiańskie koszule. Czas się dopełnił. Przyszły dzieci, podatki, obowiązki, kłopoty, za wcześnie, za szybko, a wraz z nimi wątpliwości i losu przeciwności, przeszkody, zamachy stanu i dyktatorzy, programy dostosowań strukturalnych, rezygnacja z ideałów, trudne poranne przebudzenia, słońce, które codziennie wyleguje się w łóżku odrobinę dłużej. Rzeczywistość narzuciła swoje prawa. Surowe. Okrutne. Beztroska pierwszych dni przerodziła się w bezwzględny rytm, nieubłagany jak tykanie zegara. Autentyczność i swoboda zmieniły się w bumerang i walnęły po głowach moich rodziców, którzy nagle zrozumieli, że pomylili pożądanie z miłością i każde stworzyło sobie obraz drugiego. Nie dzielili ze sobą marzeń, tylko złudzenia. A marzenia każde z nich miało własne, osobne, egoistyczne, i nie byli wcale gotowi zaspokajać wzajemnych oczekiwań.

Ale w tamtym, poprzednim czasie, przed wszystkim, przed tym, co opowiem, i całą resztą, było tylko szczęście, życie bez pytań i dociekań. Dni były takie, jakie powinny były być, jakie zawsze były i jakie chciałem, żeby zostały na zawsze. Spokojny, niezakłócony sen, bez brzęczącego nad uchem komara, bez deszczu pytań, który pewnego dnia zaczął bębnić w blachę mojej głowy. W szczęśliwych czasach na pytanie: „Jak leci?” odpowiadałem zawsze: „Świetnie!”. Bez zastanowienia. Szczęście pozwala nie myśleć. Dopiero potem zacząłem się zastanawiać nad pytaniem. Ważyć wszelkie za i przeciw. Wymigiwać się, odpowiadać wymijającym ruchem głowy. Tak samo zresztą zaczął się zachowywać cały kraj. Ludzie odpowiadali już tylko: „Tak sobie”. Bo nie mogło już być świetnie po tym wszystkim, co nas spotkało.

2

Zdaje się, że szczęście zaczęło się kończyć w tamte mikołajki, na wielkim tarasie Jacques’a w Bukavu, w Zairze. Odwiedzaliśmy go co miesiąc, wizyty u starego Jacques’a były uświęconym zwyczajem. Tamtego dnia pojechała z nami Mama, chociaż już od paru tygodni prawie się do Taty nie odzywała. Przed odjazdem wstąpiliśmy do banku wymienić pieniądze. Kiedyśmy wychodzili, Tata powiedział: „Jesteśmy milionerami!”. W Zairze za rządów Mobutu była taka inflacja, że za szklankę wody płaciło się banknotami pięciomilionowymi.

Przy posterunku granicznym wjeżdżało się w inny świat. Burundyjska rezerwa ustępowała miejsca zairskiemu zgiełkowi. W ruchliwym tłumie ludzie poklepywali się przyjaźnie, nawoływali się, obrzucali wyzwiskami jak na bydlęcym targu. Hałaśliwe, umorusane dzieci przyglądały się lusterkom, wycieraczkom i felgom zachlapanym błotem przy przejazdach przez kałuże, na klientów czekały koźle szaszłyki za kilka taczek pieniędzy, młodociane matki przemykały zygzakiem między sznurami jadących zderzak w zderzak ciężarówek z towarami i mikrobusów, handlując pokątnie jajkami na twardo do maczania w grubej soli i przyprawionymi na ostro fistaszkami w torebkach, żebracy z nogami powykręcanymi po przebytym polio domagali się paru milionów, by móc przetrzymać pożałowania godne skutki upadku muru berlińskiego, a jakiś pastor, który wspiął się na maskę rozklekotanego mercedesa, zapowiadał wrzaskliwie rychły koniec świata, trzymając w ręku Biblię w języku suahili, oprawioną w skórę pytona królewskiego. W zardzewiałej budce zaspany żołnierz poruszał leniwie miotełką do odganiania much. Spaliny zmieszane z gorącym powietrzem wysuszały gardło funkcjonariusza, który od niepamiętnych czasów nie dostawał ani grosza pensji. Głębokie kratery, w jakie przemieniały się dziury na drogach, dawały się samochodom mocno we znaki. Nie zrażało to bynajmniej celnika, który metodycznie sprawdzał stan każdego auta, badał przyczepność opon, poziom wody w chłodnicy, działanie migaczy. Jeśli pojazd nie wykazywał żadnej z oczekiwanych usterek, przed udzieleniem zgody na wjazd na terytorium Zairu celnik domagał się świadectwa chrztu albo pierwszej komunii.

Tamtego popołudnia Tata, doprowadzony tymi groteskowymi zagraniami do kresu wytrzymałości, złamał się w końcu i dał celnikowi w łapę. Szlaban podniósł się wreszcie i pojechaliśmy dalej wśród oparów wydobywających się z gorących źródeł wzdłuż drogi.

Między miasteczkiem Uvira a Bukavu zatrzymywaliśmy się kilka razy w przydrożnych barach i kupowaliśmy racuszki bananowe i smażone termity w tutkach. Nad wejściami do byle jak skleconych szop wisiały najrozmaitsze fantazyjne szyldy: U Fouqueta przy Champs Elysees, Snack-bar Giscard d’Estaing, Kóchnia domowa. Kiedy Tata wyciągnął polaroid, by uwiecznić szyldy i uhonorować lokalną inwencję, Mama fuknęła, wyrzucając mu, że się zachwyca obliczoną na białych egzotyką.

Uniknąwszy cudem rozjechania mnóstwa kogutów, kaczek i dzieciaków, dotarliśmy wreszcie do Bukavu, które jest czymś w rodzaju rajskiego ogrodu nad jeziorem Kiwu, secesyjnym reliktem futurystycznego niegdyś miasta. U Jacques’a czekał nakryty stół, gotów na nasze przyjęcie. Jacques zamówił dla nas krewetki gamba, świeżo przywiezione z Mombasy. Tata nie posiadał się z radości:

– Wprawdzie nie ma to jak półmisek porządnych ostryg, ale nieźle od czasu do czasu zjeść coś dobrego!

– Coś ci się nie podoba, Michel? Źle cię karmią w domu? – powiedziała Mama bez cienia życzliwości.

– Tak! Ten tłumok Prothé każe mi codziennie zapychać się na obiad afrykańskimi papkami. Gdyby chociaż potrafił przyzwoicie usmażyć antrykot!

– Po prostu szkoda gadać, Michel! Mój kuchenny makak wszystko przypala pod pretekstem, że wysoka temperatura zabija pasożyty! Zapomniałem już, jak smakuje krwisty befsztyk. Marzę o tym, żeby wreszcie wrócić do Brukseli i najeść się ameb za wszystkie czasy!

Gremialny wybuch śmiechu. Tylko ja z Aną siedzieliśmy cicho przy końcu stołu. Miałem wtedy dziesięć lat, a ona siedem. Może dlatego nie chwytaliśmy dowcipów Jacques’a. W każdym razie mieliśmy kategoryczny zakaz odzywania się, chyba że ktoś zwrócił się bezpośrednio do nas. Była to żelazna zasada, obowiązująca zawsze, kiedy byliśmy gdzieś z wizytą. Tata nie znosił, gdy dzieci wtrącały się do rozmowy dorosłych. Zwłaszcza u Jacques’a, którego traktował jak przybranego ojca i brał za wzór, do tego stopnia, że bezwiednie powtarzał jego powiedzonka, naśladował mimikę, a nawet intonację. „To Jacques nauczył mnie Afryki” – powtarzał często Mamie.

Jacques schylił się pod stół dla osłony przed wiatrem i przypalił papierosa srebrną zapalniczką zippo z wygrawerowanymi dwoma jeleniami. Potem wyprostował się, z nozdrzy wypłynęło mu parę spiralnych obłoczków i przez chwilę patrzył na jezioro Kiwu. Z tarasu widać było ginący w dali łańcuszek wysp. A za nimi, po drugiej stronie jeziora, w Rwandzie, leżało miasto Cyangugu. Wzrok Mamy był wlepiony w tę drugą stronę. Za każdym razem, kiedy jedliśmy obiad u Jacques’a, przez jej głowę musiały przepływać ciężkie myśli. Rwanda, jej rodzinny kraj, który opuściła w roku 1963 nocą, podczas masakry, w blasku płomieni trawiących jej dom, jako czterolatka, kraj, do którego od tamtej pory nigdy nie wróciła, był tuż, kilka kabli od niej, prawie na wyciągnięcie ręki.

W ogrodzie Jacques’a trawnik był idealnie przystrzyżony; zajmował się tym stary ogrodnik, który ciął trawę maczetą, wykonując szerokie, wahadłowe ruchy przypominające zamach kijem do golfa. Tuż przy nas spijały nektar z czerwonych hibiskusów zielone, połyskujące metalicznie kolibry, wirujące w niezwykłym balecie. Para koronników przechadzała się w cieniu drzew cytrynowych i gujaw. Ogród Jacques’a tętnił życiem, mienił się kolorami, pachniał słodko trawą cytrynową. Dom, w którym boazerie z cennych gatunków drewna pochodzących z lasu Nyungwe połączono z czarną, porowatą lawą z wulkanu Nyiragongo, przypominał szwajcarski dom alpejski.

Jacques potrząsnął stojącym na stole dzwoneczkiem i zaraz zjawił się kucharz. Jego strój – czapka kucharska i biały fartuch – kontrastował z bosymi, spękanymi stopami.

– Podaj nam jeszcze trzy butelki primusa i uprzątnij trochę ten bajzel! – polecił Jacques.

– Co słychać, Évariste? Jak się miewasz? – odezwała się Mama do kucharza.

– Dzięki Bogu jako tako, proszę pani!

– Bardzo cię proszę, zostaw Boga w spokoju! – odparował Jacques. – Wszystko gra, bo jest jeszcze w Zairze paru białych, którzy pilnują, żeby interes się kręcił. Beze mnie żebrałbyś jak wszyscy twoi ziomkowie!

– Kiedy mówię o Bogu, mówię o tobie, szefie! – odrzekł uszczypliwie kucharz.

– Przestań sobie robić jaja, makaku!

Roześmiali się obaj i Jacques mówił dalej:

– Pomyśleć tylko, że nigdy nie mogłem zatrzymać przy sobie żadnej baby dłużej niż przez trzy dni, a z tym szympansem użeram się już od trzydziestu pięciu lat!

– Trzeba się było ze mną ożenić, szefie!

– Funga kinwa! I przynieś nam piwo, zamiast pieprzyć głupoty! – odparł Jacques i znowu wybuchnął śmiechem, a potem tak charknął, że miałem ochotę zwrócić wszystkie krewetki.

Kucharz poszedł sobie, nucąc pobożną pieśń. Jacques wydmuchał energicznie nos w chusteczkę z wyhaftowanymi swoimi inicjałami, sięgnął znów po papierosa, strząsnął trochę popiołu na polakierowany parkiet i zwrócił się do Taty:

– Jak ostatni raz byłem w Belgii, konowały mówiły mi, że mam przestać palić, bo wykorkuję. Wszystko tu przetrzymałem: wojny, rabunki, głód, Boba Denarda i Kolwezi, trzydzieści lat kretyńskiej „zairyzacji”, a teraz mają mnie wykończyć papierosy! Na litość boską!

Dłonie i łysą czaszkę miał usiane starczymi plamami. Po raz pierwszy widziałem go w szortach. Nieowłosione, mlecznobiałe nogi kontrastowały ze spaloną słońcem skórą na przedramionach i pooranej twarzy; zdawało się, że jego ciało jest poskładane z rozmaitych niedopasowanych części.

– Może lekarze mają rację, powinieneś trochę przystopować – powiedziała zaniepokojona Mama. – Trzy paczki dziennie to sporo, drogi Jacques’u.

– Może przynajmniej ty nie będziesz mi suszył głowy – powiedział Jacques, zwracając się nadal do Taty, jakby Mamy wcale tu nie było. – Mój ojciec kopcił jak smok i dożył dziewięćdziesiątki piątki, a lepiej nie mówić, jakie miał życie. Kongo za czasów Leopolda II to była całkiem inna para kaloszy! Z ojca był kawał chłopa! Kierował budową linii kolejowej Kabalo–Kalemi. Ta linia już zresztą od dawna nie działa, tak jak wszystko inne w tym gównianym kraju! Słowo daję, co za burdel!

– Dlaczego nie miałbyś wszystkiego sprzedać? Zamieszkaj w Bużumburze. Przyjemnie się tam żyje – powiedział Tata z zapałem, jaki okazywał zawsze, kiedy po raz pierwszy przedstawiał spontanicznie jakiś pomysł. – Prowadzę mnóstwo budów i dostaję co chwila zawiadomienia o przetargach. Jest teraz pełno forsy.

– Wszystko sprzedać? Przestań pieprzyć głupoty! Moja siostra bez przerwy do mnie dzwoni, żebym się do niej sprowadził do Belgii. Powtarza mi: „Wracaj, Jacques, bo będzie z tobą źle. U Zairczyków zawsze wszystko się kończy rabunkami i linczowaniem białych”. Wyobrażasz mnie sobie w bloku w Ixelles? Nigdy tam nie mieszkałem, co ja bym tam miał do roboty w moim wieku? Jak przyjechałem pierwszy raz do Belgii, miałem dwadzieścia pięć lat i dwie kule w bebechu, które dostałem w zasadzce, kiedy tropiliśmy w Katandze komunistów. Położyli mnie na stole, zeszyli i w try miga tu wróciłem. Jestem bardziej Zairczykiem niż wszyscy Murzyni razem wzięci. Tu się urodziłem i tutaj umrę! Bużumbura jest dobra na parę tygodni, podpisuję dwa–trzy kontrakty, ściskam dłonie paru ważnym bwanom, odwiedzam knajpy i starych znajomych i wracam do siebie. Burundyjczycy to nie moja bajka! Z Zairczykami można się przynajmniej łatwo dogadać. Matabisz-bakczysz i załatwione! A Burundyjczycy? Co to za ludzie! Drapią się prawą ręką w lewe ucho…

– Stale to samo powtarzam Michelowi – powiedziała Mama. – Ja też już mam dosyć tego kraju.

– Ty to co innego, Yvonne – odparował zirytowany Tata. – Marzysz o tym, żeby zamieszkać w Paryżu, to twoja idée fixe.

– Pewnie, tak by było lepiej dla ciebie, dla mnie, dla dzieci. Jaka przyszłość nas czeka w Bużumburze? Możesz mi to powiedzieć? Oprócz tego nędznego życia?

– Daj spokój, Yvonne! Mówisz o swoim własnym kraju.