Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 10 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 10 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Tęsknię za tobą - Harlan Coben

Detektyw nowojorskiej policji, Kat Donovan, przeglądając profile na portalu randkowym, natrafia na zdjęcie byłego narzeczonego, który osiemnaście lat temu porzucił ją i złamał jej serce. Dawny ukochany nie chce jednak odnawiać znajomości. Co więcej, wygląda na to, że Jeff jest powiązany z gangiem oszustów zajmujących się porywaniem, okradaniem i mordowaniem ludzi zwabionych wizją płomiennego romansu w internecie. Niewykluczone też, że to on stoi za zabójstwem ojca Kat.

Po raz kolejny Harlan Coben fachowo skonstruował, a potem rozbroił, bombę z zapalnikiem czasowym, którą przypomina fabuła jego książek

Booklist

Opinie o ebooku Tęsknię za tobą - Harlan Coben

Fragment ebooka Tęsknię za tobą - Harlan Coben

O książce

Kat Donovan, detektyw nowojorskiej policji, nigdy nie korzystała z portali randkowych. Dopiero kiedy przyjaciółka wykupuje jej abonament, Kat – z czystej ciekawości – przegląda strony potencjalnych partnerów. Jej uwagę przykuwa jeden z profili, a właściwie umieszczone na nim zdjęcie. Fotografia byłego narzeczonego patrzącego na nią z ekranu komputera wywołuje wybuch tłumionych od dawna emocji. Przeszłość powraca, a z nią przekonanie, że tamten romans nigdy nie został zakończony. Jeff odszedł, i tak jak przed osiemnastu laty Kat nie miała pojęcia, dlaczego to zrobił, tak nie wie tego teraz.

Nie jest to jedyne pytanie, na które nie zna odpowiedzi. Okoliczności zamordowania jej ojca – sprawa dawno temu oficjalnie zamknięta przez policję – wciąż nie dają jej spokoju. A tymczasem w więzieniu umiera człowiek, który przyznał się do zabójstwa. Kat ma niewiele czasu, żeby się dowiedzieć, kto naprawdę za tym stał.

W poszukiwaniu prawdy o własnej przeszłości przypadkiem trafia na ślad działalności przestępców, którzy w okrutny sposób wykorzystują ludzki lęk przed samotnością.

HARLAN COBEN

Współczesny amerykański pisarz, który uznanie w kręgu miłośników literatury sensacyjnej zdobył swoją trzecią książką Bez skrupułów, opublikowaną w 1995 r. Jako pierwszy współczesny autor otrzymał trzy prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą – Edgar Poe Award. Światowa popularność Cobena zaczęła się w 2001 r. od thrillera Nie mów nikomu, zekranizowanego w 2006 r. przez Guillaume’a Caneta. Kolejne powieści, za które otrzymał wielomilionowe zaliczki, m.in. Na gorącym uczynku, Wszyscy mamy tajemnice, Zostań przy mnie, Schronienie, Kilka sekund od śmierci, Sześć lat później i Tęsknię za tobą uczyniły go megagwiazdą gatunku i jednym z najchętniej czytanych autorów, także w Polsce. Twórczość pisarza wciąż budzi zainteresowanie filmowców: na podstawie Sześć lat później powstaje film z Hugh Jackmanem w roli głównej, a prawa do ekranizacji Tęsknię za tobą zostały kupione przez Warner Bros.

www.harlancoben.com

Tytuł oryginału:MISSING YOU

Copyright © Harlan Coben 2014All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Robert Waliś 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Zdjęcie na okładce: Copyright © Mark Fearon/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-084-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Rayowi i Maureen Clarke’om

1

Kat Donovan właśnie zeskoczyła ze stołka, na którym kiedyś siadywał jej ojciec, i szykowała się do wyjścia z pubu O’Malley’s, gdy nagle Stacy powiedziała:

— Nie spodoba ci się to, co zrobiłam.

Ton jej głosu sprawił, że Kat zatrzymała się w pół kroku.

— To znaczy?

O’Malley’s kiedyś był typowym barem dla gliniarzy. Zaglądał tutaj dziadek Kat, a także jej ojciec oraz ich koledzy z nowojorskiej policji. Od tamtego czasu zmieniono go jednak w bar dla bogatych, zadufanych w sobie, nadętych i pozerskich japiszonów, w którym roiło się od facetów ubranych w wyprasowane białe koszule i czarne garnitury, z dwudniowym zarostem tak przystrzyżonym, żeby wyglądał na nieprzystrzyżony. Ci delikatni chłoptasie ze zbyt dużą ilością pianki modelującej nałożonej na włosy uśmiechali się z wyższością i zamawiali wódkę Ketel One zamiast Grey Goose, ponieważ zobaczyli w reklamie telewizyjnej, że właśnie to pijają prawdziwi mężczyźni.

Stacy rozglądała się nerwowo po lokalu. Kat ogarnęły złe przeczucia.

— Co zrobiłaś? — spytała.

— Ojej — rzuciła Stacy.

— Co?

— Mięso Armatnie na godzinie piątej.

Kat odwróciła się w prawo, żeby popatrzeć.

— Widzisz go? — spytała Stacy.

— O tak.

Pod względem wystroju wnętrza O’Malley’s przez lata niewiele się zmienił. Oczywiście stare telewizory zastąpiono płaskimi ekranami, na których pokazywano zbyt wiele meczów — kogo obchodzi, jak sobie radzi drużyna Edmonton Oilers? — jednak poza tym lokal utrzymał policyjny klimat i właśnie ta fałszywa autentyczność podobała się pozerom, którzy pozbawili go życia i zmienili w disneyowską wersję tego, czym był dawniej.

Oprócz Kat nie bywali tutaj inni gliniarze. Wszyscy po służbie wracali do domów albo szli na spotkania klubów AA. Tylko ona wciąż przychodziła do baru i spokojnie siadała na dawnym miejscu swojego ojca, za towarzystwo mając duchy, tak jak dzisiaj, gdy znów prześladowały ją wspomnienia z dnia, w którym go zamordowano. Chciała tutaj być, żeby czuć jego obecność i — jakkolwiek ckliwie by to brzmiało — czerpać z niej siłę.

Ale te dupki nie zamierzały dać jej spokoju.

Ten konkretny przedstawiciel Mięsa Armatniego — czyli facet, który nadawał się tylko na odstrzał — popełnił klasyczny grzech. Nosił okulary przeciwsłoneczne. O dwudziestej trzeciej. W słabo oświetlonym barze. Innymi niewybaczalnymi przewinieniami były: łańcuszki na portfelu, bandany na głowie, rozpięte jedwabne koszule, nadmiar tatuaży (szczególną kategorię stanowiły symbole plemienne), nieśmiertelniki u osób, które nie służyły w armii, a także duże białe zegarki.

Uśmiechnął się kpiąco i uniósł szklankę w stronę Kat i Stacy.

— Wpadłyśmy gościowi w oko — zauważyła Stacy.

— Przestań grać na zwłokę. Co mi się nie spodoba?

Kiedy Stacy ponownie zwróciła się w jej kierunku, Kat zobaczyła ponad ramieniem przyjaciółki rozczarowanie na twarzy Mięsa Armatniego aż lśniącej od drogiego balsamu. Już wielokrotnie widywała taką minę. Stacy podobała się mężczyznom. To zapewne mało powiedziane. Była z niej taka seksowna laska, że facetom miękły kolana oraz roztapiały się zęby i kości. Tracili przy niej rezon albo głupieli. Przeważnie to drugie. Stawali się głupi jak stołowe nogi.

Dlatego prawdopodobnie nie było warto spędzać czasu z kimś, kto wyglądał tak jak Stacy, gdyż faceci często dochodzili do wniosku, że nie mają szans u kobiety o takiej urodzie. Wydawała się niedostępna.

W odróżnieniu od Kat.

Mięso Armatnie skupiło uwagę na Kat i ruszyło w jej stronę. Nie tyle szło, ile ślizgało się na własnym ego.

Stacy powstrzymała chichot.

— Nieźle się zapowiada.

Licząc na to, że uda jej się go zniechęcić, Kat posłała facetowi obojętne spojrzenie i z pogardą zmarszczyła czoło. Nie poddawał się. Zbliżył się tanecznym krokiem, poruszając się w rytm muzyki, która rozbrzmiewała tylko w jego głowie.

— Cześć, mała — zagadnął. — Masz na imię Wi-Fi?

Kat się nie odezwała.

— Ponieważ czuję, że coś nas łączy.

Stacy parsknęła śmiechem.

Kat tylko się w niego wpatrywała. Facet kontynuował swoją przemowę:

— Uwielbiam takie drobne dziewczyny jak ty. Jesteście słodkie. No i mógłbym cię nieźle zwyobracać. Wiesz, co by na mnie dobrze leżało? Ty.

— Czy te teksty na kogokolwiek działają? — spytała Kat.

— Jeszcze nie skończyłem. — Zakaszlał w kułak, a potem wyjął iPhone’a i pomachał nim przed oczami Kat. — Gratulacje, mała, właśnie trafiłaś na szczyt mojej listy rzeczy do zaliczenia.

Stacy była zachwycona.

— Jak masz na imię? — spytała Kat.

Uniósł brwi.

— Jak tylko zechcesz, mała.

— Może Pan Dupek? — Kat odchyliła żakiet, pokazując broń przy pasie. — Zaraz sięgnę po pistolet, Panie Dupku.

— Cholera, kobieto, jesteś moją nową szefową? — Wskazał swoje krocze. — Bo właśnie dałaś mi podwyżkę.

— Spadaj.

— Moja miłość do ciebie jest jak biegunka — dodał. — Nie mogę jej w sobie utrzymać.

Kat popatrzyła na niego z przerażeniem.

— Przesadziłem? — spytał.

— Stary, to było obrzydliwe.

— Jasne, ale na pewno nigdy wcześniej tego nie słyszałaś.

O to mógł się założyć.

— Odejdź. Natychmiast.

— Naprawdę?

Stacy prawie tarzała się ze śmiechu.

Mięso Armatnie zaczęło się odwracać.

— Zaczekaj — powiedział. — Czy to test? Może Pan Dupek to jakiś komplement?

— Wynocha.

Wzruszył ramionami, odwrócił się, zauważył Stacy i uznał, że nie ma nic do stracenia. Zmierzył wzrokiem jej smukłe ciało.

— Co za nogi — zagaił. — Może pojedziemy do ciebie i sprawdzimy, co się między nimi kryje?

Stacy wciąż była zachwycona.

— Weź mnie, Panie Dupku. Tutaj i teraz.

— Naprawdę?

— Nie.

Obejrzał się na Kat, a kiedy położyła dłoń na rękojeści pistoletu, uniósł dłonie i chyłkiem się oddalił.

— Stacy? — odezwała się Kat.

— Hm?

— Dlaczego tym gościom wydaje się, że mają u mnie szanse?

— Bo jesteś urocza i żywiołowa.

— Wcale nie jestem żywiołowa.

— Nie, ale sprawiasz takie wrażenie.

— Serio, wyglądam aż tak żałośnie?

— Wyglądasz na skrzywdzoną — odparła Stacy. — Przykro mi to mówić, ale to jest jak feromon, któremu ci frajerzy nie potrafią się oprzeć.

Upiły po łyku ze swoich drinków.

— Więc co mi się nie spodoba? — spytała Kat.

Stacy ponownie popatrzyła w stronę Pana Dupka.

— Teraz mi go żal. Może powinnam się zgodzić na szybki numerek.

— Nie zaczynaj.

— No co? — Stacy skrzyżowała imponująco długie nogi i uśmiechnęła się do Pana Dupka, aż zrobił minę jak pies, którego zbyt długo pozostawiono w samochodzie. — Uważasz, że ta spódniczka jest za krótka?

— Spódniczka? — mruknęła Kat. — Myślałam, że to pasek.

Stacy to się spodobało. Uwielbiała być w centrum uwagi. Uwielbiała podrywać mężczyzn, ponieważ sądziła, że jednorazowy seks z nią odmieni ich życie. To stanowiło także część jej pracy. Stacy była współwłaścicielką agencji detektywistycznej, którą prowadziła z dwiema innymi zachwycającymi kobietami. Ich specjalność? Łapanie (chwytanie w sidła) zdradzających małżonków.

— Stacy?

— Hm?

— Co mi się nie spodoba?

— To.

Wciąż drocząc się z Panem Dupkiem, Stacy wręczyła Kat kawałek papieru. Ta popatrzyła na niego i zmarszczyła czoło.

KD8115

NajlepszySeksik

— Co to jest?

— KD osiemdziesiąt jeden piętnaście to twoja nazwa użytkownika.

Jej inicjały i numer odznaki.

— NajlepszySeksik to hasło. Zwróć uwagę na wielkie litery.

— Hasło do czego?

— Strony internetowej. YouAreJustMyType.com.

— Co?

— To internetowy serwis randkowy.

Kat się skrzywiła.

— Proszę, powiedz, że żartujesz.

— Ale bardzo ekskluzywny.

— To samo mówi się o klubach ze striptizem.

— Wykupiłam ci roczny abonament — dodała Stacy.

— Robisz sobie jaja, prawda?

— Nic z tych rzeczy. Czasami wykonuję zlecenia dla tej firmy. Są świetni. No i nie oszukujmy się. Potrzebujesz kogoś i chcesz kogoś znaleźć. No a tutaj ci się to nie uda.

Kat westchnęła, wstała i skinęła głową do barmana, Pete’a; facet wyglądał jak aktor charakterystyczny, który zawsze grywa irlandzkich barmanów — tylko że on rzeczywiście nim był. Pete odpowiedział skinieniem głowy, dając znać, że dopisał drinki do rachunku Kat.

— Kto wie — odezwała się Stacy. — Może spotkasz księcia z bajki.

Kat ruszyła w stronę drzwi.

— Raczej znów Pana Dupka.

■ ■ ■

Kat wpisała „YouAreJustMyType.com”, wcisnęła ENTER, a następnie wprowadziła swoją nazwę użytkownika oraz żenujące hasło. Zmarszczyła czoło, widząc opis, który Stacy dla niej wybrała.

Urocza i żywiołowa!

— Zapomniała o „skrzywdzona” — mruknęła pod nosem.

Minęła północ, ale Kat niewiele sypiała. Mieszkała w zdecydowanie zbyt eleganckiej dzielnicy — w Atelier przy Zachodniej Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy obok Central Parku. Sto lat wcześniej w tym i okolicznych budynkach, wliczając słynny Hotel des Artistes, mieszkali pisarze, malarze, intelektualiści — twórcy. Po jednej stronie budynku znajdowały się obszerne staromodne apartamenty z widokiem na ulicę, po drugiej zaś — pracownie. Z czasem przekształcono je w dwupokojowe mieszkania. Ojciec Kat, gliniarz, który widział, jak jego przyjaciele bogacą się na handlu nieruchomościami, również spróbował się załapać. Jakiś facet, któremu kiedyś uratował życie, sprzedał mu to lokum za bezcen.

Kat początkowo korzystała z niego jako studentka Uniwersytetu Columbia. Płaciła za naukę w tej należącej do Ivy League prestiżowej uczelni dzięki policyjnemu stypendium. Zgodnie ze swoim życiowym planem miała następnie pójść na studia prawnicze i dołączyć do jakiejś ekskluzywnej kancelarii w Nowym Jorku, wyrywając się z zaklętego kręgu policyjnej roboty, w którym tkwiła jej rodzina.

Niestety, to się nie udało.

Obok klawiatury stał kieliszek z czerwonym winem. Kat za dużo piła. Wiedziała, że to stereotyp — policjant, który za dużo pije — ale czasem takie zachowania są usprawiedliwione. Funkcjonowała bez zarzutu. Nie piła w pracy. Alkohol nie wpływał w wyraźny sposób na jej życie. Jeśli jednak podejmowała jakieś decyzje późnym wieczorem, zazwyczaj okazywały się one nieprzemyślane. Przez lata nauczyła się więc, żeby po dwudziestej drugiej wyłączać telefon i trzymać się z daleka od skrzynki e-mailowej.

A jednak, pomimo późnej pory, właśnie oglądała profile przypadkowych facetów w serwisie randkowym.

Stacy wgrała na jej stronę cztery zdjęcia. Zdjęcie profilowe, pokazujące twarz, wycięła z grupowej fotografii wykonanej rok wcześniej podczas czyjegoś ślubu. Kat usiłowała spojrzeć na siebie w sposób obiektywny, ale to było niemożliwe. Nie znosiła tej fotki. Widniejąca na niej kobieta sprawiała wrażenie niepewnej; uśmiechała się niewyraźnie, jakby czekała, aż ktoś ją uderzy. Wszystkie zdjęcia — które właśnie z bólem obejrzała — Stacy wycięła z fotografii grupowych, a na każdym Kat wyglądała, jakby się krzywiła.

No dobrze, wystarczy oglądania własnego profilu.

W pracy jedynymi mężczyznami, których spotykała, byli policjanci. Nie chciała gliniarza. Byli dobrymi ludźmi, ale fatalnymi mężami. Widziała to na własne oczy. Kiedy okazało się, że babcia jest nieuleczalnie chora, dziadek nie poradził sobie z sytuacją i uciekł, a gdy wrócił, było już za późno. Nigdy sobie tego nie wybaczył. Przynajmniej tak uważała Kat. Czuł się samotny i chociaż wielu ludzi miało go za bohatera, stchórzył, gdy był najbardziej potrzebny, i nie potrafił z tym żyć. Jego służbowy rewolwer zawsze leżał na górnej półce w kuchni, więc pewnej nocy dziadek sięgnął po niego, usiadł samotnie przy kuchennym stole i…

Pach!

Tata również potrafił ruszyć w tango i zniknąć na kilka dni. Mama robiła się wtedy wyjątkowo pogodna — przez co cała sytuacja stawała się jeszcze straszniejsza i dziwaczniejsza. Udawała, że tata wykonuje jakieś tajne zadanie, albo całkowicie ignorowała jego nieobecność, zgodnie z zasadą „co z oczu, to z serca”, a kiedy po tygodniu wpadał do domu, świeżo ogolony i z bukietem róż dla mamy, wszyscy zachowywali się, jakby nic się nie stało.

YouAreJustMyType.com. Ona, urocza i żywiołowa Kat Donovan, znalazła się w internetowym serwisie randkowym. Życie płata dziwne figle. Ujęła kieliszek z winem, wzniosła toast w stronę ekranu i pociągnęła zbyt duży łyk.

Świat, niestety, nie ułatwiał już poznania życiowego partnera. Co innego seks. Z tym nie było problemu. Prawdę mówiąc, wszyscy go oczekiwali, nawet jeśli nie przyznawali się do tego otwarcie, a chociaż Kat jak każda dziewczyna lubiła rozkosze ciała, uważała, że zbyt szybkie pójście z kimś do łóżka, z dobrych albo złych powodów, skutecznie rujnuje szanse zbudowania długoterminowego związku. Nie miała pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Po prostu tak to działało.

Komputer zabrzęczał. Pojawił się dymek z wiadomością:

Znaleźliśmy dla ciebie partnera! Kliknij tutaj, żeby zobaczyć kogoś, kto może być dla ciebie idealny!

Kat dopiła wino. Przez chwilę zastanawiała się nad kolejnym kieliszkiem, ale doszła do wniosku, że ma dosyć. Przyjrzała się swojej sytuacji i uświadomiła sobie oczywistą, chociaż niewypowiedzianą prawdę: chciała mieć kogoś w swoim życiu. Miej odwagę to przyznać, dobrze? — nakazała sobie w duchu. Mimo że ceniła niezależność, jednocześnie pragnęła znaleźć mężczyznę, partnera, kogoś, z kim dzieliłaby w nocy łóżko. Nie usychała z tęsknoty, nie czuła się do niczego przymuszona ani nawet specjalnie się nie starała, ale nie była stworzona do samotności.

Zaczęła przeglądać profile. Trzeba podjąć grę, żeby wygrać, czyż nie?

Żałosne.

Niektórych mężczyzn mogła wyeliminować już na podstawie zdjęcia. Jeśli się nad tym zastanowić, to ono stanowiło klucz. Fotografia, którą każdy z kandydatów starannie wybrał, by zrobić na innych piorunujące wrażenie. Dlatego warta była więcej niż tysiąc słów.

Jeżeli świadomie postanowiłeś pokazać się w kapeluszu, odpadałeś w przedbiegach. Jeśli nie włożyłeś koszuli, również odpadałeś, nieważne, jak dobrze byłeś zbudowany. Jeśli miałeś w uchu słuchawkę Bluetooth — rany, ale ważniak! — nic z tego. Jeśli wyhodowałeś sobie kępkę zarostu pod ustami, nosiłeś kamizelkę, puszczałeś oko, gestykulowałeś, włożyłeś pomarańczową koszulę (osobisty uraz) albo zatknąłeś okulary przeciwsłoneczne na czubku głowy — nie, nie, nie. Jeśli nazwałeś swój profil Ogier, SeksownyUśmiech, BogatyPiękniś, UlubieniecPań — sami rozumiecie.

Kat otworzyła kilka profili, w których faceci wyglądali… chyba sympatycznie. Przygnębiła ją identyczność opisów. Wszyscy lubili spacery po plaży, kolacje w restauracjach, ćwiczenia, egzotyczne podróże, delektowanie się winem, wizyty w teatrze i muzeach, aktywny tryb życia, ryzyko i wielkie przygody — jednak równie chętnie zostawali w domu, żeby obejrzeć film, napić się kawy i porozmawiać, coś ugotować, poczytać albo oddać się innym prostym przyjemnościom. Każdy facet twierdził, że najważniejszą cechą, której szuka w kobiecie, jest poczucie humoru — tak, jasne — aż w końcu Kat zaczęła się zastanawiać, czy „poczucie humoru” to nie eufemistyczne określenie „wielkich cycków”. Oczywiście każdy zaznaczał, że lubi kobiety o wysportowanej, smukłej, a zarazem krągłej sylwetce.

To wydawało się bardziej prawdziwe, chociaż nierealne.

Profile nigdy nie odzwierciedlają rzeczywistości. Nie pokazują tego, kim jesteś, tylko cudowne — nawet jeśli zupełnie fałszywe — wyobrażenie o sobie albo wizję tego, jak chciałbyś się pokazać potencjalnemu partnerowi, bądź też, co najbardziej prawdopodobne (psychiatrzy mieliby tu co robić), po prostu odzwierciedlają to, kim chciałbyś być.

Motta życiowe bardzo się między sobą różniły, lecz gdyby Kat przyszło je podsumować jednym słowem, wybrałaby „syrop”. Pierwsze brzmiało: „Każdego ranka życie jest jak płótno, które czeka, żeby je pomalować” — klik. Niektórzy postawili na szczerość, bez końca powtarzając, że są szczerzy. Inni tylko udawali. Niektórzy byli pretensjonalni, sztuczni, niepewni albo zbyt wymagający. Jak w prawdziwym życiu, pomyślała Kat. Większość po prostu za bardzo się starała. Z ekranu bił falami smród desperacji, jak woń kiepskiej wody kolońskiej. Bezustanna gadka o pokrewieństwie dusz działała co najmniej zniechęcająco. W prawdziwym życiu nikt z nas nie może znaleźć kogoś, z kim chciałby się umówić więcej niż raz, a jednak wierzymy, że na YouAreJustMyType.com natychmiast znajdziemy osobę, przy której będziemy się chcieli budzić do końca życia.

Urojenie — czy może nieustająca nadzieja?

Oto druga strona medalu. Łatwo być cynicznym i kpić, kiedy jednak Kat popatrzyła na to wszystko z dystansu, zrozumiała coś, od czego ścisnęło jej się serce: każdy profil to czyjeś życie. Banalne, owszem, ale za każdą z tych schematycznych sylwetek, zabiegających o względy, krył się bliźni, który miał swoje marzenia, aspiracje, czegoś pragnął i za czymś tęsknił. Ci ludzie zarejestrowali się, opłacili abonament i podali te wszystkie informacje nie bez powodu. Pomyślcie: każda z tych samotnych osób wchodzi na tę stronę internetową, rejestruje się i ogląda różne profile z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, wierząc wbrew rozsądkowi, że wreszcie pozna kogoś, kto stanie się dla niej najważniejszy.

O rany! Tylko dopuśćcie do siebie tę myśl.

Kat zatraciła się w tej świadomości i coraz szybciej klikała w kolejne profile, aż twarze mężczyzn — którzy pojawili się tutaj, licząc, że znajdą „tę jedyną” — zmieniły się w rozmazaną plamę, gdy nagle zauważyła to zdjęcie.

Przez kilka sekund jej mózg nie wierzył w to, co zobaczyły oczy. Palec dopiero po chwili przestał uderzać w przycisk myszy, a ciąg zdjęć zwolnił i zatrzymał się. Kat zaczerpnęła głęboko powietrza.

To niemożliwe.

Przeglądała profile tak szybko, myśląc o mężczyznach kryjących się za zdjęciami, o ich życiu, pragnieniach, nadziejach. Błądziła gdzieś myślami — to była jej siła, a zarazem słabość jako policjantki — i nie do końca skupiała się na tym, co znajdowało się przed nią, a jednak potrafiła dostrzec większy obraz. W kontekście zawodowym to oznaczało, że umiała zobaczyć kilka możliwości, drogi ucieczki, odmienne scenariusze, postać ukrytą za przeszkodami i mgłą trudności oraz podstępów.

Ale z tego samego powodu czasami przegapiała to, co oczywiste.

Powoli zaczęła klikać na strzałkę prowadzącą do wcześniej przeglądanych profili.

To nie mógł być on.

Obraz pojawił się tylko na chwilę. Rozmyślała o prawdziwej miłości, pokrewnej duszy, człowieku, z którym chciałaby spędzić życie — nic dziwnego, że dała się zwieść wyobraźni. Minęło osiemnaście lat. Kilka razy po pijaku szukała go przez Google, ale znalazła tylko stare artykuły, które napisał. Niczego aktualnego. To ją zaskoczyło i rozbudziło jej ciekawość — Jeff był świetnym dziennikarzem — tylko co więcej mogła zrobić? Kusiło ją, żeby przeprowadzić dokładniejsze śledztwo. Nie byłoby to trudne na jej stanowisku. Jednak nie lubiła wykorzystywać swoich kontaktów zawodowych w sprawach osobistych. Mogłaby także poprosić o pomoc Stacy… Ale w jakim celu?

Jeff odszedł.

Ściganie byłego kochanka, a nawet wpisywanie jego nazwiska w wyszukiwarkę wydało jej się żałosne. W porządku, Jeff był kimś ważniejszym. Znacznie ważniejszym. Kat z roztargnieniem dotknęła kciukiem lewego palca serdecznego. Pusto. Ale nie zawsze tak było. Jeff poprosił, by została jego żoną, i zrobił wszystko jak należy. Uzyskał zgodę od jej ojca. Oświadczył się na kolanach. Żadnej tandety. Nie ukrył pierścionka w deserze ani nie wyznał jej miłości podczas meczu w Madison Square Garden. Zachował się z klasą, romantycznie i tradycyjnie, ponieważ wiedział, że tego chciała.

Łzy napłynęły jej do oczu.

Cofała się przez zbieraninę twarzy i fryzur, prawdziwą Organizację Kawalerów Zjednoczonych, aż w końcu się zatrzymała. Przez chwilę tylko patrzyła, bojąc się poruszyć, wstrzymując oddech.

Potem z jej ust wydobył się cichy okrzyk.

Złamane serce błyskawicznie się odezwało. Dawny ból przeszył ją z nową siłą, zupełnie jakby Jeff wyszedł z jej mieszkania przed sekundą, a nie osiemnaście lat wcześniej. Wyciągnęła drżącą rękę w stronę ekranu komputera.

Jeff.

Wciąż był cholernie przystojny. Nieco się postarzał, posiwiał na skroniach, ale było mu z tym do twarzy. Spodziewała się tego. Jeff był jednym z tych facetów, którzy z wiekiem wyglądają coraz lepiej. Pogładziła go po twarzy. Z jej oka wypłynęła pojedyncza łza.

A niech mnie, pomyślała.

Powinna się pozbierać, cofnąć o krok, żeby uzyskać lepszą perspektywę, ale świat wokół niej wirował i nie potrafiła go spowolnić. Oparła wciąż drżącą dłoń na myszce i kliknęła na zdjęcie profilowe, żeby je powiększyć.

Ekran zamigotał i pokazał następną stronę. Jeff stał, ubrany we flanelową koszulę i dżinsy, z rękami w kieszeniach i oczami tak niebieskimi, jakby nosił szkła kontaktowe. Był taki przystojny. Tak cholernie piękny. Tak zadbany i wysportowany, że — wbrew wszystkiemu — coś się w Kat obudziło. Zaryzykowała szybkie spojrzenie w stronę sypialni. Mieszkała tutaj, kiedy byli razem. Po nim w jej łóżku gościli inni mężczyźni, ale z żadnym nie zbliżyła się do szczytów, które osiągała ze swoim narzeczonym. Wiedziała, jak to brzmi, lecz kiedy była z Jeffem, sprawiał, że każda jej cząstka nuciła i śpiewała. Nie chodziło o technikę, rozmiar ani nic w tym rodzaju. Chociaż to nie wydaje się zbyt erotyczne, kluczem było zaufanie. To dzięki niemu seks był tak oszałamiający. Kat czuła się z Jeffem bezpieczna. Czuła się pewna siebie, piękna, odważna i wolna. Czasami się z nią droczył, kontrolował ją lub starał się zdominować, ale nigdy nie czuła się przy nim bezbronna albo skrępowana.

Nie była w stanie tak się otworzyć przed żadnym innym mężczyzną.

Przełknęła ślinę i otworzyła jego pełny profil. Motto było krótkie i — według Kat — idealne:

Sprawdźmy, co się wydarzy.

Żadnej presji. Żadnych wielkich planów. Żadnych warunków, gwarancji ani szalonych oczekiwań.

Sprawdźmy, co się wydarzy.

Przeszła do statusu. W ciągu ostatnich osiemnastu lat wielokrotnie zastanawiała się, jak potoczyło się jego życie, więc pierwsze pytanie było oczywiste: Co się wydarzyło w życiu Jeffa, że znalazł się w portalu dla singli?

Z drugiej strony, co takiego się wydarzyło u niej?

Status: Wdowiec.

Kolejny szok.

Usiłowała to sobie wyobrazić — Jeff bierze ślub, mieszka z inną kobietą, kocha ją, a w końcu ona umiera. Nie mieściło jej się to w głowie. Przynajmniej na razie. Nie dopuszczała do siebie takiej wizji. Przejdź dalej. Nie ma powodu o tym rozmyślać.

Wdowiec.

A poniżej kolejny wstrząs: Jedno dziecko.

Nie podano wieku ani płci, zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Każde odkrycie, każdy nowy fakt dotyczący mężczyzny, którego kiedyś kochała całym sercem, sprawiał, że świat na nowo trząsł się w posadach. Jeff zbudował sobie życie bez niej. Czy to powinno ją zaskoczyć? Czego się spodziewała? Ich rozstanie było nagłe i nieuniknione. Co prawda to on odszedł, ale z jej winy. Zniknął gwałtownie, zabierając ze sobą całe życie, które znała i zaplanowała.

Teraz powrócił jako jeden ze stu albo dwustu mężczyzn, w których profile kliknęła.

Pytanie brzmi: Co powinna z tym zrobić?

2

Gerard Remington zamierzał poprosić o rękę Vanessę Moreau. Zaledwie kilka godzin dzieliło go od tej radosnej chwili, gdy w jego świecie zapadła ciemność.

Oświadczyny, tak jak wiele innych rzeczy w życiu Gerarda Remingtona, zostały starannie zaplanowane. Krok Pierwszy: Po skrupulatnych analizach kupił pierścionek zaręczynowy z brylantem: 2,93 karata, szlif princessa, czystość VVS1, barwa F, platynowa obrączka wysadzana mniejszymi kamieniami. Kupił go od uznanego jubilera w Diamentowej Dzielnicy na Manhattanie przy Zachodniej Czterdziestej Siódmej Ulicy — nie w jednym z drogich dużych sklepów, ale w budce na rogu Szóstej Alei.

Krok Drugi: Dzisiaj o 7.30 odlecą z portu lotniczego Logan w Bostonie lotem numer 267 linii JetBlue, a o 11.31 wylądują na St. Maarten, gdzie przesiądą się do niewielkiego samolotu lecącego na Anguillę, by dotrzeć na wyspę o 12.45.

Kroki Trzeci, Czwarty itd.: Odprężą się w dwupoziomowej willi w Viceroy nad zatoką Meads, popływają w basenie z widokiem na linię horyzontu, będą się kochać, a potem wezmą prysznic, ubiorą się i zjedzą kolację w Blanchards. Mieli zarezerwowany stolik na dziewiętnastą. Gerard wcześniej zadzwonił i polecił przygotować butelkę ulubionego wina Vanessy, Château Haut-Bailly Grand Cru Classé rocznik 2005, bordeaux z Pessac-Léognan. Po kolacji pójdą na spacer po plaży, trzymając się za ręce. Gerard sprawdził kalendarz faz księżyca i wiedział, że może się spodziewać niemal całkowitej pełni. Dwieście osiemnaście metrów od zejścia na plażę (kazał to zmierzyć) znajdowała się kryta liśćmi palmowymi chatka, w której w ciągu dnia wypożyczano fajki do nurkowania i narty wodne. Miejscowy kwiaciarz ozdobi werandę, używając do tego dwudziestu jeden (od tylu tygodni się znali) białych kalii (ulubionych kwiatów Vanessy). Będzie także kwartet smyczkowy. Na znak Gerarda zaczną grać Someone Only We Know Keane, co do której oboje postanowili, że na zawsze będzie ich piosenką. Oboje lubią tradycję, dlatego Gerard uklęknie na jedno kolano. Oczami wyobraźni niemal widział reakcję Vanessy. Zaskoczenie pozbawi ją tchu. Jej oczy wypełnią się łzami. Dłonie uniosą się do twarzy pod wpływem oszołomienia i radości.

„Wkroczyłaś do mojego świata i zmieniłaś go na zawsze — powie Gerard. — Jak niezwykły katalizator przekształciłaś tę zwyczajną bryłę gliny w coś znacznie silniejszego, szczęśliwszego i pełniejszego życia, niż mogłem się spodziewać. Kocham cię. Kocham cię całym sobą. Kocham w tobie wszystko. Twój uśmiech nadaje mojemu życiu zupełnie nowe barwy i strukturę. Jesteś najpiękniejszą i najbardziej namiętną kobietą na świecie. Czy uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na Ziemi i wyjdziesz za mnie?”

Gerard wciąż pracował nad ubraniem tej treści w słowa — chciał, żeby zabrzmiała idealnie — gdy nagle w jego świecie zapadła ciemność. Każde słowo jednak było prawdziwe. Kochał Vanessę. Kochał ją całym sercem. Nigdy nie był romantykiem. Ludzie zazwyczaj go rozczarowywali. Co innego nauka. Prawdę mówiąc, przywykł do samotności i najlepiej się czuł, gdy walczył z mikrobami i organizmami, opracowując nowe leki i odtrutki, które pozwolą wygrać te wojny. Najbardziej cieszyło go, kiedy mógł stanąć przed tablicą w swoim laboratorium w siedzibie Benesti Pharmaceuticals i pracować nad jakimś równaniem albo formułą. Jak mawiali jego młodsi koledzy, pod tym względem był staroświecki. Lubił swoją tablicę. Pomagała mu w myśleniu — zapach kredy, pył, brudne palce, łatwość ścierania — ponieważ w nauce niewiele rzeczy powinno się utrwalać.

Tak, to właśnie tam, w chwilach samotności, Gerard czuł się najlepiej.

Był najbardziej zadowolony. Ale nie szczęśliwy.

Vanessa jako pierwsza uczyniła go szczęśliwym.

Teraz otworzył oczy i pomyślał o ukochanej. Dzięki niej wszystko zostało podniesione do dziesiątej potęgi. Żadna inna kobieta nie poruszała go w taki sposób — umysłowo, emocjonalnie oraz, oczywiście, fizycznie. Żadna kobieta, którą znał, nie byłaby do tego zdolna.

Otworzył oczy, ale mrok się nie rozproszył. Początkowo zastanawiał się, czy nie jest wciąż w swoim domu, lecz było na to zbyt zimno. Zawsze ustawiał cyfrowy termostat na dwadzieścia dwa stopnie. Zawsze. Vanessa często podśmiewała się z jego dokładności. Niektórzy uważali, że ta potrzeba porządku zahacza o chorobliwy pedantyzm czy nawet natręctwo. Jednak Vanessa go rozumiała. Doceniała tę cechę, a wręcz traktowała jak zaletę. „To dzięki niej jesteś wybitnym naukowcem, a także troskliwym mężczyzną”, powiedziała kiedyś. Wyjaśniła mu swoją teorię, że ludzie, których dziś uważamy za „zaburzonych”, dawniej bywali geniuszami w sztuce, nauce czy literaturze, lecz obecnie, za sprawą leków i diagnoz, temperujemy ich, ujednolicamy i otępiamy ich zmysły.

— Geniusz rodzi się z tego, co nietypowe.

— Jestem nietypowy?

— W najlepszym znaczeniu tego słowa, kochany.

Lecz chociaż to wspomnienie dodało mu otuchy, Gerard nie mógł nie poczuć dziwnej woni. To było coś wilgotnego, starego i zbutwiałego, zupełnie jak…

Jak ziemia. Świeża gleba.

Nagle ogarnęła go panika. Wciąż otoczony ciemnością, usiłował podnieść dłonie do twarzy. Nie potrafił. Miał spętane nadgarstki. To był sznurek albo raczej coś cieńszego. Może żyłka. Spróbował poruszyć nogami. One również były związane. Napiął mięśnie brzucha, zamierzając wyrzucić obie nogi w powietrze, ale o coś uderzyły. Coś drewnianego. Tuż nad nim. Zupełnie jakby był w…

Zaczął drżeć ze strachu.

Gdzie on jest? Gdzie jest Vanessa?

— Halo?! — zawołał. — Halo?!

Chciał usiąść, lecz jego pierś otaczał pas. Nie mógł się ruszyć. Czekał, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności, nie zapowiadało się jednak, żeby miało to wkrótce nastąpić.

— Halo? Jest tam ktoś? Proszę, pomóżcie mi!

Usłyszał jakiś odgłos. Dokładnie nas sobą. Coś jak drapanie, szuranie albo…

Czyżby kroki?

Kroki rozbrzmiewające ponad nim.

Gerard pomyślał o ciemności. Pomyślał o woni świeżej ziemi. Odpowiedź wydawała się oczywista, ale zarazem bezsensowna.

Jestem pod ziemią, pomyślał. Jestem pod ziemią.

Potem zaczął krzyczeć.

3

Kat raczej straciła przytomność, niż zasnęła.

Jak w każdy dzień tygodnia budzik w iPodzie obudził ją o szóstej ulubioną, losowo wybraną piosenką — tego ranka to była Bulletproof Weeks Matta Nathansona. Nie umknęło jej uwadze, że spała w tym samym łóżku, w którym przed laty sypiała z Jeffem. Pokój wciąż był wyłożony panelami z ciemnego drewna. Poprzedni właściciel, skrzypek z nowojorskiej filharmonii, postanowił upodobnić całe sześćdziesięciometrowe mieszkanie do wnętrza starej łodzi. Wyłożył je ciemnym drewnem i wstawił iluminatory zamiast okien. Kat i Jeff często głupio sobie żartowali na temat burzy na morzu, wywracania łodzi czy wzywania szalupy ratunkowej.

Miłość sprawia, że nawet mdłe komentarze nabierają ostrości.

„To miejsce jest zupełnie nie w twoim stylu”, mawiał Jeff.

Oczywiście wtedy uważał, że jego narzeczona, studentka, jest zbyt pogodna i radosna, żeby mieszkać w takim miejscu, jednak teraz, osiemnaście lat później, każdy, kto wchodził do apartamentu, uważał, że idealnie do niej pasuje. Tak jak niektórzy małżonkowie zaczynają się do siebie upodabniać z upływem lat, tak samo ona dopasowywała się do swojego mieszkania.

Kat rozważała pozostanie w łóżku i dalszy sen, ale za kwadrans zaczynały się ćwiczenia. Jej trener, Aqua, drobny transwestyta ze schizofrenią, nie uznawał żadnych usprawiedliwień oprócz zagrożenia życia. Poza tym na treningu może się pojawić Stacy, a Kat chciała jej opowiedzieć o Jeffie. Włożyła spodnie do jogi i podkoszulek bez rękawów, złapała butelkę wody i ruszyła do drzwi. Nagle zatrzymała wzrok na komputerze stojącym na biurku.

Ach, nie zaszkodzi zerknąć.

Strona YouAreJustMyType.com wciąż była otwarta, chociaż Kat została wylogowana po dwóch godzinach bezczynności. Na ekranie pojawiła się „ekscytująca oferta powitalna” przeznaczona dla „nowych użytkowników” (a kto inny miałby skorzystać z oferty powitalnej?), czyli miesiąc nieograniczonego dostępu (cokolwiek to znaczyło) za niewielką sumę 5,74 dolara, która będzie „dyskretnie ściągana” (jak to?) z karty kredytowej. Na szczęście dla niej Stacy już wykupiła roczny abonament. Hura.

Kat ponownie wpisała nazwę użytkownika oraz hasło we właściwe pola i wcisnęła ENTER. Dostała kilka wiadomości od mężczyzn. Zignorowała je. Znalazła profil Jeffa — oczywiście dodała go do ulubionych.

Najechała kursorem na ODPOWIEDZ i kliknęła. Oparła palce na klawiaturze.

Co powinna napisać?

Nic. Przynajmniej nie teraz. Przemyśl to. Tracisz czas. Zaraz zacznie się trening. Pokręciła głową, wstała i ruszyła do drzwi. Tak samo jak w każdy poniedziałek, środę i piątek, pobiegła do Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy i weszła do Central Parku. Burmistrz Strawberry Fields, performer, który utrzymywał się z datków od turystów, już rozkładał swoje kwiaty na mozaice upamiętniającej Johna Lennona. Robił to niemal każdego dnia, ale rzadko pojawiał się tak wcześnie.

— Witaj, Kat — powiedział, wręczając jej różę.

Przyjęła kwiat.

— Dzień dobry, Gary.

Pospiesznie minęła taras Bethesda. Nad jeziorkiem wciąż było spokojnie — nie wypłynęły jeszcze żadne łódki — ale woda tryskająca z fontanny lśniła jak zasłona z koralików. Kat skręciła w ścieżkę biegnącą w lewo, zbliżając się do olbrzymiego posągu Hansa Christiana Andersena. Tyrell i Billy, dwaj bezdomni (jeśli rzeczywiście byli bezdomni — równie dobrze mogli mieszkać w San Remo i tylko tak się ubierali), którzy siedzieli tam każdego ranka, jak zwykle grali w remika.

— Masz niezły tyłek, dziewczyno — odezwał się Tyrell.

— Ty też — rzuciła Kat.

Tyrellowi to się spodobało. Wstał, wyzywająco poruszył pośladkami i przybił piątkę z Billym, upuszczając karty na ścieżkę. Kumpel spojrzał na niego z naganą.

— Podnieś je! — zawołał.

— Uspokój się, dobra? — burknął Tyrell, po czym zwrócił się do Kat: — Masz trening dziś rano?

— Tak. Ile osób?

— Osiem.

— Stacy już przechodziła?

Słysząc to imię, obaj mężczyźni zdjęli kapelusze i z szacunkiem przyłożyli je do piersi.

— Boże uchowaj — szepnął Billy.

Kat zmarszczyła czoło.

— Jeszcze nie — dodał Tyrell.

Powędrowała w prawo i okrążyła staw Conservatory Water. Od wczesnego ranka ścigały się na nim modele łódek. Za hangarem na łodzie znalazła Aquę, który siedział ze skrzyżowanymi nogami. Miał zamknięte oczy. Aqua, potomek Afroamerykanina i Żydówki, mawiał, że jego skóra ma kolor kawy mocha latte z dodatkiem bitej śmietany. Był drobny, gibki i siedział w całkowitym bezruchu, co byłoby nie do pomyślenia u szalejącego chłopaka, z którym zaprzyjaźniła się przed wielu laty.

— Spóźniłaś się — powiedział, nie otwierając oczu.

— Jak ty to robisz?

— Co? Widzę cię z zamkniętymi oczami?

— Właśnie.

— To specjalny sekret jogina — odparł Aqua. — Nazywa się podglądanie. Siadaj.

Tak zrobiła. Wkrótce do grupy dołączyła Stacy. Aqua jej nie upomniał. Kiedyś prowadził trening na Wielkim Trawniku — do czasu, aż Stacy zaczęła się pojawiać na zajęciach i publicznie chwalić swoją gibkością. Mężczyźni nagle bardzo się zainteresowali jogą na świeżym powietrzu. Aqua nie był tym zachwycony, więc pozostawił w porannej grupie same kobiety, przeniósł trening za hangar na łodzie i polecił Stacy ćwiczyć najbliżej ściany, żeby nikt nie mógł się na nią gapić z daleka.

Aqua przeprowadził ich przez serię asan. Każdego ranka, w deszczu, słońcu czy śniegu, nauczał swoją grupę w tym samym miejscu. Nie pobierał ustalonej opłaty. Płacili mu tyle, ile uznawali za sprawiedliwe. Był cudownym nauczycielem — skutecznym, serdecznym, motywującym, szczerym i zabawnym. Poprawiał „psa z twarzą w dół” albo „wojownika II” najlżejszym dotknięciem, które jednak poruszało wszystko we wnętrzu jego uczniów.

Kat zazwyczaj całkowicie zatracała się w ćwiczeniach. Jej ciało ciężko pracowało. Oddech zwalniał. Umysł się poddawał. Na co dzień piła, od czasu do czasu wypalała cygaro, jadła byle co i byle jak. W pracy zalewała ją niekończąca się fala toksyn. Ale tutaj, w obecności uspokajającego głosu Aquy, to wszystko zazwyczaj odchodziło w niepamięć.

Nie dzisiaj.

Próbowała się odprężyć, skupić na chwili obecnej i zastosować do wszystkich zaleceń zen, które brzmiały jak bzdury, jeśli nie wypowiadał ich Aqua, ale twarz Jeffa — którą kiedyś znała, a wczoraj znów zobaczyła — nie dawała jej spokoju. Aqua zauważył rozproszenie Kat. Spoglądał na nią czujnie i nieco dłużej poprawiał jej pozycje. Niczego jednak nie mówił.

Pod koniec treningu, gdy uczniowie odpoczywali w pozycji trupa, relaksujące czary Aquy działały na wszystkich. Każda część twojego ciała się odprężała i odpływałeś. Potem Aqua życzył ci wyjątkowego dnia pełnego błogosławieństwa. Leżałeś jeszcze przez kilka chwil, głęboko oddychając i czując mrowienie w opuszkach palców. Twoje oczy powoli się otwierały — tak jak teraz u Kat — i zauważałeś, że Aqua zniknął.

Kat powoli wróciła do życia. Podobnie pozostali uczniowie. W milczeniu zwijali swoje maty, omal niezdolni do mówienia. Stacy dołączyła do przyjaciółki. Przez kilka minut szły wzdłuż Conservatory Water.

— Pamiętasz tamtego faceta, z którym tak jakby się spotykałam? — spytała Stacy.

— Patricka?

— No właśnie.

— Wyglądał na słodkiego — zauważyła Kat.

— Tak, no cóż, musiałam go spławić. Okazało się, że robił coś bardzo złego.

— Co takiego?

— Trenował na rowerze stacjonarnym.

Kat przewróciła oczami.

— Daj spokój, Kat. Facet trenuje na rowerku. Co dalej, ćwiczenia Kegla?

Towarzyszenie Stacy to dziwne przeżycie. Po chwili przestajesz zauważać spojrzenia i gwizdy. Nie obrażasz się ani ich nie ignorujesz. Po prostu przestają istnieć. To najlepsza forma kamuflażu, jaką znała Kat.

— Kat?

— Tak?

— Powiesz mi, co się stało?

Jakiś wielki mięśniak z włosami zaczesanymi na żel stanął przed Stacy i popatrzył na jej piersi.

— No, no, ale duże cycki.

Stacy też się zatrzymała i opuściła wzrok na jego krocze.

— No, no, ale mały fiut.

Ponownie ruszyły. Okay, może nie wszyscy przestawali istnieć. Stacy różnie radziła sobie z ich zainteresowaniem. Nienawidziła popisów i przeciągłych chamskich gwizdów. Co innego nieśmiali faceci, którzy tylko podziwiali ją z daleka — tych lubiła. Czasami uśmiechała się do nich albo nawet machała, jak gwiazda, która daje część siebie, ponieważ nic jej to nie kosztuje, a sprawia innym radość.

— Wczoraj weszłam na tę stronę internetową — zaczęła Kat.

Stacy się uśmiechnęła.

— Już?

— No.

— Szybko się uwinęłaś. Spiknęłaś się z kimś?

— Niezupełnie.

— Więc co się stało?

— Znalazłam tam swojego byłego narzeczonego.

Stacy przystanęła i zrobiła wielkie oczy.

— Słucham?

— Nazywa się Jeff Raynes.

— Zaraz, byłaś zaręczona?

— Dawno temu.

— Naprawdę zaręczona? Ty? Miałaś pierścionek i tak dalej?

— Dlaczego tak bardzo cię to dziwi?

— Nie wiem. Od jak dawna się przyjaźnimy?

— Od dziesięciu lat.

— I przez cały ten czas ani razu się nie zakochałaś.

Kat niemrawo wzruszyła ramionami.

— Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata.

— Brakuje mi słów — odparła Stacy. — Ty. Zaręczona.

— Szkoda, że nie wzięłam broni. Możemy już tego nie drążyć?

— Jasne, przepraszam. A więc wczoraj znalazłaś jego profil na tej stronie?

— Tak.

— I co napisałaś?

— Gdzie?

— Nie gdzie, tylko komu. Jeffowi.

— Nic.

— Jak to?

— Nie napisałam do niego.

— Dlaczego?

— Facet mnie rzucił.

— Narzeczony. — Stacy pokręciła głową. — Nigdy wcześniej mi o nim nie mówiłaś. Czuję się oszukana.

— To znaczy?

— Sama nie wiem. Po prostu zawsze sądziłam, że jeśli chodzi o miłość, jesteś cyniczką, tak jak ja.

Kat się nie zatrzymywała.

— A jak sądzisz, dlaczego stałam się cyniczna?

— Racja.

Znalazły stolik w Le Pain Quotidien, wewnątrz Central Parku, niedaleko Zachodniej Sześćdziesiątej Dziewiątej Ulicy, i zamówiły kawę.

— Bardzo mi przykro — odezwała się Stacy.

Kat machnęła ręką.

— Zarejestrowałam cię na tej stronie, żebyś znalazła sobie kogoś do łóżka. Nie ulega wątpliwości, że tego potrzebujesz. Bardziej niż ktokolwiek, kogo znam.

— Niezłe przeprosiny — stwierdziła Kat.

— Nie miałam zamiaru przywołać złych wspomnień.

— To nic takiego.

Stacy nie była przekonana.

— Chcesz o tym porozmawiać? Jasne, że tak. Zresztą tak mnie zaciekawiłaś, że teraz musisz mi wszystko opowiedzieć.

Zatem Kat opowiedziała jej o Jeffie. O tym, jak się poznali na Uniwersytecie Columbia, jak się zakochali i myśleli, że to na zawsze, jak swobodnie i dobrze się razem czuli, jak Jeff się oświadczył, jak wszystko się zmieniło, gdy jej ojciec został zamordowany, jak się wycofała, jak Jeff w końcu odszedł, a ona była za słaba, a może zbyt dumna, żeby za nim pójść.

Kiedy skończyła, Stacy powiedziała tylko:

— O rany.

Kat upiła łyczek kawy.

— A teraz, prawie dwadzieścia lat później, znajdujesz swojego byłego narzeczonego w serwisie randkowym?

— Tak.

— Jest wolny?

Kat zmarszczyła czoło.

— Tam nie ma zbyt wielu żonatych.

— No tak. Więc co się stało? Jest rozwiedziony? Przesiedział te lata w domu, usychając z tęsknoty jak ty?

— Wcale nie usycham z tęsknoty — zaprotestowała Kat. — Jest wdowcem.

— O rany.

— Przestań ciągle mówić „O rany”. Zachowujesz się jak siedmiolatka.

Stacy zignorowała ten drobny wybuch.

— Ma na imię Jeff, tak?

— Zgadza się.

— Kochałaś go, kiedy cię zostawił?

Kat przełknęła ślinę.

— Oczywiście, że tak.

— Myślisz, że on też cię kochał?

— Najwyraźniej nie.

— Przestań. Pomyśl o moim pytaniu. Zapomnij na chwilę, że cię rzucił.

— Trudno to zrobić. Wyznaję zasadę, że czyny są ważniejsze od słów.

Stacy nachyliła się bliżej.

— Niewielu ludzi zna ciemne strony miłości i małżeństwa lepiej ode mnie. Obie o tym wiemy, prawda?

— Tak.

— Wiele można się nauczyć o związkach, kiedy twoja praca w pewnym sensie polega na ich rozbijaniu. Ale prawda jest taka, że niemal każdy związek ma swoje słabe punkty. Szczeliny i pęknięcia. To nie znaczy, że jest bezwartościowy czy zły. Wiemy, że wszystko w naszym życiu jest złożone i że dominują w nim różne odcienie szarości. A mimo to oczekujemy, że nasze relacje będą proste i nieskazitelne.

— To wszystko prawda — przyznała Kat. — Nie rozumiem jednak, do czego zmierzasz.

Stacy jeszcze bardziej się przybliżyła.

— Czy Jeff wciąż cię kochał, kiedy się rozstawaliście? Nie chrzań, że „czyny są ważniejsze od słów”. Czy wciąż cię kochał?

Kat odpowiedziała bez namysłu.

— Tak.

Stacy wpatrywała się w przyjaciółkę.

— Kat?

— Co?

— Wiesz doskonale, że nie jestem religijna, ale to wygląda na przeznaczenie, kismet czy coś w tym rodzaju.

Kat upiła kolejny łyczek kawy.

— Ty i Jeff oboje jesteście samotni — ciągnęła Stacy. — Wolni. Oboje wiele przeszliście.

— Jesteśmy skrzywdzeni — mruknęła Kat.

Stacy przez chwilę się zastanawiała.

— Nie o to chodzi… Owszem, to też część prawdy, ale jesteście nie tyle skrzywdzeni, ile… pozbawieni złudzeń. — Uśmiechnęła się i odwróciła wzrok. — O rany.

— Co się stało?

Stacy popatrzyła jej w oczy, nie przestając się uśmiechać.

— To może być historia jak z bajki, wiesz?

Kat nic nie odpowiedziała.

— Ale to nie wszystko. Kiedyś dobrze się wam układało z Jeffem?

Kat nadal milczała.

— Nie rozumiesz? Tym razem oboje możecie się w to zaangażować z otwartymi oczami. To będzie jak bajka, tylko bez złudzeń. Będziecie widzieli szczeliny i pęknięcia. Wejdziecie w to z bagażem doświadczeń i uczciwymi oczekiwaniami. Doceniając wszystko, co spieprzyliście dawno temu. Kat, posłuchaj mnie. — Stacy chwyciła przyjaciółkę za rękę. Miała łzy w oczach. — To naprawdę może się udać.

Kat wciąż nie odpowiadała. Bała się odezwać. Nie śmiała nawet o tym myśleć. Ale wiedziała. Dokładnie rozumiała, co Stacy ma na myśli.

— Kat?

— Po powrocie do mieszkania wyślę mu wiadomość.

4

Biorąc prysznic, Kat zastanawiała się nad swoją wiadomością do Jeffa. Co w niej zawrzeć? Rozpatrzyła kilkanaście możliwości, ale każda była gorsza od poprzedniej. Nie znosiła tego uczucia. Nienawidziła zamartwiać się, co powinna napisać do faceta, zupełnie jakby była w szkole średniej i miała zostawić liścik w jego szafce. Ech! Czy nigdy z tego nie wyrastamy?

Bajka, powiedziała Stacy, tylko pozbawiona złudzeń.

Włożyła cywilny strój policjantki — dżinsy oraz żakiet — i wsunęła na stopy buty od TOMS. Włosy związała w kucyk. Nigdy nie odważyła się ich obciąć na krótko, ale zawsze lubiła je nosić z tyłu, żeby nie opadały jej na twarz. Jeffowi też się to podobało. Większość mężczyzn wolała ją z rozpuszczonymi włosami. Jeff nie. „Uwielbiam twoją twarz. Te kości policzkowe i oczy…”

Zmusiła się, żeby o tym nie myśleć.

Czas zabrać się do pracy. Później będzie się martwiła, co napisać.

Ekran komputera niemal z niej kpił, gdy go mijała, więc przystanęła. Linie wygaszacza ekranu tańczyły. Kat sprawdziła godzinę.

Miej to już za sobą.

Usiadła i ponownie weszła na stronę YouAreJustMyType.com. Kiedy się zalogowała, zobaczyła, że czekają na nią „nowi idealni kandydaci”. Nie zawracała sobie nimi głowy. Znalazła profil Jeffa, kliknęła w zdjęcie i ponownie odczytała motto:

Sprawdźmy, co się wydarzy.

Zastanawiała się, ile czasu Jeff potrzebował, żeby wymyślić coś tak prostego, kuszącego, wyluzowanego, niezobowiązującego i wciągającego. Żadnej presji. Zaproszenie, nic więcej. Kat kliknęła w ikonę, żeby wysłać mu bezpośrednią wiadomość. Pojawiło się okienko tekstowe. Kursor mrugał niecierpliwie.

Tak, sprawdźmy, co się wydarzy.

Uf…

Od razu to skasowała.

Wypróbowała kilka innych pomysłów. Zgadnij, kto to; Ile to już lat?; Jak się masz, Jeff?; Miło znów zobaczyć twoją twarz. Skasować, skasować, skasować. Każda wypowiedź była nędzna do kwadratu. Może właśnie tak to działa. Trudno być wygadanym, pewnym siebie lub odprężonym, kiedy próbuje się poznać przez internet miłość swojego życia.

Uśmiechnęła się z rozmarzeniem pod wpływem pewnego wspomnienia. Jeff miał słabość do tandetnych teledysków z lat osiemdziesiątych. To było, zanim YouTube umożliwił ich oglądanie w dowolnej chwili. Należało sprawdzić, kiedy VH1 nadaje specjalny blok albo coś w tym rodzaju. Nagle wyobraziła sobie, co Jeff teraz robi: zapewne siedzi przed komputerem i ogląda stare wideoklipy Tears for Fears, Spandau Ballet, Paula Younga albo Johna Waite’a.

John Waite.

Waite nagrał piosenkę Missing You, która stała się klasykiem wczesnego MTV. Niby-nowofalowy popowy utwór nadal wzruszał Kat, gdy słyszała go w radiu albo w barze, gdzie puszczano hity z lat osiemdziesiątych. Natychmiast wracała myślą do niezwykle łzawego teledysku, w którym John szedł samotnie ulicą i choć piosenka nosiła tytuł Tęsknię za tobą, powtarzał: „Wcale za tobą nie tęsknię” głosem tak udręczonym, że kolejny wers („Mogę się okłamywać”) stawał się zbędny i nadmiernie objaśniający. Chwilę później siedział w barze i topiąc smutki w kieliszku, przywoływał szczęśliwe wspomnienia o kobiecie, którą będzie zawsze kochał, przez cały czas śpiewając, że wcale za nią nie tęskni. Och, ale my słyszymy, że to kłamstwo. Widzimy to w każdym jego kroku i ruchu. Na końcu teledysku samotny John wraca do domu i zakłada słuchawki, żeby tym razem szukać zapomnienia w muzyce, a nie w alkoholu, przez co, niczym w kiepskiej sitcomowej wersji szekspirowskiej tragedii, nie słyszy, gdy — wstrzymujemy oddech — ukochana powraca i puka do jego drzwi. Wielka miłość, z którą miał być na wieki, puka ponownie, przykłada ucho do drzwi, a następnie odchodzi, pozostawiając Johna Waite’a ze złamanym sercem, wciąż powtarzającego, że za nią nie tęskni, i wiecznie się okłamującego.

Cóż za ironia losu.

Często wspólnie żartowali sobie z tego teledysku. Kiedy się rozstawali, nawet na krótko, Jeff zostawiał jej wiadomość: „Wcale za tobą nie tęsknię”, a ona czasem nawet odpowiadała: „Możesz się okłamywać”.

Tak, miłość nie zawsze jest ładna.

Ale kiedy Jeff chciał być bardziej serio, dołączał do liścików tytuł piosenki, który Kat teraz niemal podświadomie wpisała w okienko tekstowe:

Tęsknię za Tobą.

Przez chwilę rozważała kliknięcie przycisku WYŚLIJ.

To była przesada. Motto „Sprawdźmy, co się wydarzy” było tak cudownie subtelne, a ona odpowiada „Tęsknię za Tobą”. Nie. Skasowała wiadomość i spróbowała jeszcze raz, cytując wers z refrenu:

Wcale za Tobą nie tęsknię.

To wydało jej się zbyt bezczelne. Znów skasowała wpis.

Dobrze, wystarczy.

Nagle wpadł jej do głowy pomysł. Otworzyła nowe okno przeglądarki i znalazła link do starego teledysku Johna Waite’a. Nie oglądała go od jakichś dwudziestu lat, ale okazało się, że klip nie stracił nic ze swojego ckliwego uroku. Tak, pomyślała Kat z uśmiechem, tak będzie idealnie. Wkleiła link do pola tekstowego. Pojawiło się miniaturowe zdjęcie pokazujące scenę z baru. Kat dłużej się nie zastanawiała.

Kliknęła w przycisk WYŚLIJ, szybko wstała i niemal wybiegła z mieszkania.

■ ■ ■

Kat mieszkała przy Sześćdziesiątej Siódmej Ulicy na Upper West Side. Dziewiętnasty posterunek, jej miejsce pracy, znajdował się przy tej samej ulicy, ale po wschodniej stronie, niedaleko Hunter College. Uwielbiała codziennie chodzić do pracy przez Central Park. Jej jednostka zajmowała charakterystyczny budynek, który wzniesiono w latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku w stylu neorenesansowym. Kat była detektywem i pracowała na drugim piętrze. W telewizji detektywi zazwyczaj w czymś się specjalizują, na przykład w zabójstwach, tyle że większość tych specjalizacji już dawno zlikwidowano. W roku, w którym zamordowano jej ojca, popełniono niemal czterysta zabójstw. W tym roku jak dotąd zdarzyło się ich dwanaście. Sześcioosobowe grupy detektywów oddelegowane do badania zabójstw straciły rację bytu.

Kiedy mijała recepcję, zaczepił ją Keith Inchierca, dyżurny sierżant.

— Kapitan chce się z tobą widzieć, natychmiast. — Wskazał grubym kciukiem, jakby mogła nie wiedzieć, gdzie znajduje się gabinet kapitana. Pokonując po dwa stopnie naraz, wspięła się na pierwsze piętro. Pomimo osobistej relacji z kapitanem Staggerem rzadko bywała do niego wzywana.

Zapukała cicho do drzwi.

— Proszę wejść.

Nacisnęła klamkę. Gabinet był niewielki i szary jak chodnik zmoczony deszczem. Kapitan z opuszczoną głową pochylał się nad biurkiem. Kat nagle zaschło w ustach. Stagger miał tak samo opuszczoną głowę osiemnaście lat wcześniej, gdy zapukał do drzwi jej mieszkania. Wtedy Kat nie zrozumiała. Nie od razu. Zawsze uważała, że taka wizyta jej nie zaskoczy i że poprzedzi ją jakieś przeczucie. Wyobrażała sobie tę scenę setki razy — późny wieczór, ulewny deszcz, donośne pukanie. Otworzy drzwi, wiedząc, co się wydarzy. Popatrzy w oczy policjantowi, pokręci głową, zobaczy, jak on powoli przytakuje, a potem padnie na ziemię, krzycząc „Nie!”.

Ale kiedy pukanie do drzwi rzeczywiście się rozległo, a Stagger przybył, żeby dostarczyć wiadomość, która miała rozpłatać jej życie na pół — od tamtej chwili była inną osobą — słońce świeciło pewnie i beztrosko. Kat wybierała się do uczelnianej biblioteki na Uniwersytecie Columbia, żeby siedzieć nad pracą o planie Marshalla. Wciąż to pamiętała. Cholerny plan Marshalla. Otworzyła drzwi, gotowa ruszyć w stronę stacji pociągu linii C, i zobaczyła Staggera, który stał z opuszczoną głową, tak jak teraz, a ona nie miała pojęcia, o co chodzi. Dlaczego unika jej wzroku. Prawdę mówiąc — chociaż była to dziwaczna i wstydliwa myśl — gdy go zobaczyła na korytarzu, przyszło jej do głowy, że może przyszedł do niej. Podejrzewała, że wpadła Staggerowi w oko. Młodzi gliniarze, zwłaszcza ci, którzy traktowali jej tatę jak własnego ojca, mieli do niej słabość. Zatem widząc Staggera na progu, tak właśnie pomyślała: że chociaż wiedział o jej zaręczynach z Jeffem, zamierzał przejść do działania. Delikatnie. Żadnej natarczywości. Stagger — na imię miał Thomas, ale nikt tak do niego nie mówił — nie był w jej typie. Mimo to wydawał się miły.

Kiedy zobaczyła krew na jego koszuli, zmrużyła oczy, lecz prawda wciąż do niej nie docierała. Potem powiedział trzy słowa, trzy proste słowa, które połączyły się i wybuchły w jej piersi, rozsadzając świat na kawałki:

— Jest źle, Kat.

Teraz Stagger zbliżał się do pięćdziesiątki, ożenił się, miał czterech synów. Jego biurko było upstrzone zdjęciami. Na jednym z nich Staggerowi towarzyszył nieżyjący partner, detektyw z wydziału zabójstw Henry Donovan, czyli jej tata. Tak to działa. Kiedy giniesz na służbie, twoje zdjęcie trafia wszędzie. Dla jednych stanowi miły hołd. Dla innych bolesne wspomnienie. Na ścianie za plecami Staggera wisiała oprawiona w ramkę fotografia jego najstarszego syna, ucznia szkoły średniej, zrobiona podczas gry w lacrosse. Stagger z żoną mieszkali w Brooklynie. Kat podejrzewała, że dobrze im się wiedzie.

— Chciał pan ze mną porozmawiać, kapitanie?

Poza posterunkiem zwracała się do niego po nazwisku, ale nie potrafiła się do tego zmusić w tych murach. Kiedy podniósł wzrok, z zaskoczeniem stwierdziła, że jest blady jak ściana. Nieświadomie się cofnęła, niemal spodziewając się, że znów usłyszy te same trzy słowa, lecz tym razem go uprzedziła.

— Co się stało? — spytała.

— Monte Leburne — odparł Stagger.

To nazwisko wyssało powietrze z pomieszczenia. Bezwartościowa egzystencja nastawiona na destrukcję zaprowadziła Montego Leburne’a do więzienia, gdzie odsiadywał dożywocie za zamordowanie nowojorskiego detektywa Henry’ego Donovana.

— Co z nim?

— Umiera.

Kat pokiwała głową, grając na zwłokę, próbując odzyskać równowagę.

— Na co?

— Na raka trzustki.

— Od jak dawna go ma?

— Nie wiem.

— Dlaczego teraz mi pan o tym mówi?

Jej słowa zabrzmiały ostro, choć wcale nie zamierzała podnosić głosu. Stagger popatrzył na nią chłodno. Kat wykonała przepraszający gest.

— Właśnie sam się dowiedziałem — odparł.

— Próbowałam go odwiedzić.

— Tak, wiem.

— Kiedyś mi pozwalał. Ale ostatnio…

— O tym też wiem — mruknął Stagger.

Zapadła cisza.

— Wciąż siedzi w Clinton? — spytała Kat. Clinton było zakładem karnym o zaostrzonym rygorze na północy stanu Nowy Jork, niedaleko granicy z Kanadą. Uchodziło za najbardziej samotne i najzimniejsze miejsce na Ziemi. Od Nowego Jorku dzieliło je sześć godzin jazdy. Kat zbyt często odbywała tę przygnębiającą podróż.

— Nie, przenieśli go do Fishkill.

Świetnie. To znacznie bliżej. Mogła tam dotrzeć w półtorej godziny.

— Ile czasu mu zostało?

— Niewiele.

Stagger zrobił kilka kroków. Być może chciał wyjść zza biurka, żeby ją pocieszyć albo objąć, ale ostatecznie się powstrzymał.

— To dobrze, Kat. Zasługuje na śmierć. A nawet na coś gorszego.

Pokręciła głową.

— Nie.

— Kat…

— Muszę znów z nim porozmawiać.

Kapitan pokiwał z wolna głową.

— Spodziewałem się, że to powiesz.

— I co?

— Złożyłem wniosek, ale Leburne nie chce się z tobą spotkać.

— Szkoda — odpowiedziała. — Jestem policjantką, a on skazanym mordercą, który niedługo zabierze do grobu tajemnicę.

— Kat.

— Słucham?

— Nawet gdyby udało ci się go skłonić do mówienia, a oboje wiemy, że nic z tego nie wyjdzie, to on i tak nie dożyje procesu.

— Możemy nagrać jego zeznanie. Spowiedź grzesznika na łożu śmierci.

Kapitan nie wyglądał na przekonanego.

— Muszę spróbować.

— Nie spotka się z tobą.

— Mogę wziąć służbowe auto?

Zamknął oczy i nic nie odpowiedział.

— Proszę, Stagger.

Dała sobie spokój z tytułowaniem go „panem kapitanem”.

— Twój partner cię zastąpi?

— Jasne — skłamała. — Oczywiście.

— Wygląda na to, że nie mam wyboru — odparł z rezygnacją. — Dobrze, jedź.

5

Gerard Remington wreszcie ujrzał światło dnia.

Nie miał pojęcia, jak długo przebywał w ciemności. Nagły rozbłysk wybuchł w jego oczach jak supernowa. Gerard zacisnął powieki. Chciał je osłonić, ale wciąż miał skrępowane ręce. Próbował zamrugać, oczy łzawiły mu pod wpływem światła.

Ktoś nad nim stał.

— Nie ruszaj się — rozległ się męski głos.

Gerard zastosował się do polecenia. Usłyszał jakiś trzask i zrozumiał, że mężczyzna przecina jego więzy. Przez chwilę serce wypełniała mu nadzieja. Może ten człowiek przyszedł go uratować.

— Wstawaj — odezwał się nieznajomy. Mówił z nieznacznym akcentem, być może karaibskim albo południowoamerykańskim. — Mam broń. Jeśli spróbujesz czegoś głupiego, zabijemy cię i pogrzebiemy na miejscu. Rozumiesz?

Gerardowi zaschło w ustach, lecz zdołał odpowiedzieć:

— Tak.

Mężczyzna wyszedł… ze skrzyni? Gerard Remington po raz pierwszy zobaczył, gdzie go trzymano przez ostatnie… godziny? Schowek był niewiele większy od trumny: głęboki i szeroki na metr dwadzieścia i długi na dwa i pół metra. Kiedy Gerard wstał, zauważył, że otacza go gęsty las. Skrzynię umieszczono w dole wykopanym w ziemi. Jakiś ukryty bunkier? Schron przeciwburzowy albo magazyn na ziarno? Trudno powiedzieć.

— Wychodź — ponaglił mężczyzna.

Gerard popatrzył w górę, mrużąc oczy. Mężczyzna — nie, raczej nastolatek — był potężny i muskularny. W jego akcencie pobrzmiewały echa portugalskiego, może odmiany brazylijskiej, ale Gerard nie czuł się specjalistą od dialektów. Młodzieniec miał krótkie, mocno kręcone włosy, a ubrany był w znoszone dżinsy i opięty T-shirt, który wyglądał niemal jak opaska uciskowa na jego rozdętych bicepsach.

Miał także pistolet.

Gerard wygramolił się ze skrzyni i wszedł do lasu. W oddali dostrzegł psa — chyba czekoladowego labradora — biegnącego ścieżką. Kiedy mężczyzna zamknął klapę bunkra, zwierzę stało się niewidoczne. Pozostały tylko dwa duże metalowe pierścienie, łańcuch oraz kłódka na drzwiach.

Gerard się rozejrzał.

— Gdzie jestem?

— Cuchniesz — odparł młodzieniec. — Za tamtym drzewem znajdziesz szlauch. Obmyj się, zrób, co masz zrobić, a potem to włóż.

Wręczył Gerardowi jednoczęściowy kombinezon w maskujących barwach.

— Nic z tego nie rozumiem — wymamrotał Gerard.

Muskularny mężczyzna z pistoletem przysunął się do niego i zaczął prężyć mięśnie klatki piersiowej i tricepsy.

— Mam ci skopać dupę?

— Nie.

— Więc rób, co każę.

Gerard spróbował przełknąć ślinę, lecz znów miał zbyt wyschnięte gardło. Odwrócił się w stronę szlauchu. Co tam mycie. Potrzebował wody. Ruszył biegiem w stronę węża, ale ugięły się pod nim kolana, tak że prawie upadł. Zbyt długo był zamknięty w tej skrzyni. Z trudem udało mu się utrzymać na nogach i dotrzeć do celu. Odkręcił kurek, a kiedy wypłynęła woda, zaczął łapczywie pić. Smakowała starą gumą, nie dbał jednak o to.

Czekał, aż mężczyzna znów na niego warknie, ale ten niespodziewanie wykazał się cierpliwością. Z jakiegoś powodu to zaniepokoiło Gerarda. Rozejrzał się. Gdzie jest? Obrócił się, mając nadzieję, że zauważy jakąś polanę, drogę albo coś w tym rodzaju. Jednak niczego takiego nie zobaczył. Tylko las.

Zaczął uważnie nasłuchiwać, ale również bez efektów.

Gdzie jest Vanessa? Czy czeka na niego na lotnisku, zagubiona, lecz bezpieczna?

A może ją także uprowadzono?

Gerard Remington stanął za drzewem i zdjął przemoczone ubranie. Młodzieniec wciąż go obserwował. Gerard zastanawiał się, kiedy ostatnio rozebrał się do naga przed innym mężczyzną. Pewnie na zajęciach z wychowania fizycznego w szkole średniej. Dziwne, że w takiej chwili myśli o wstydzie.

Gdzie jest Vanessa? Czy nic jej się nie stało?

Oczywiście tego nie wiedział. Niczego nie wiedział. Ani gdzie jest, ani dlaczego się tutaj znalazł, ani kim jest ten człowiek. Próbował się uspokoić i racjonalnie zastanowić nad swoim kolejnym ruchem. Będzie musiał współpracować i ze wszystkich sił starać się zachować rozsądek. Gerardowi nie brakowało sprytu. Teraz sobie o tym przypomniał i poczuł się nieco lepiej.

Jest sprytny. Ma kobietę, którą kocha, świetną pracę i cudowną przyszłość. Owszem, ten bydlak ma pistolet, ale nie może się równać intelektem z Gerardem Remingtonem.

— Szybciej — odezwał się w końcu mężczyzna.

Gerard opłukał się wodą z węża.

— Masz ręcznik? — spytał.

— Nie.

Włożył kombinezon na mokre ciało. Dygotał. Strach, wyczerpanie i zagubienie odcisnęły na nim piętno.

— Widzisz tamtą ścieżkę?

Mężczyzna o rozdętych mięśniach wskazał tę samą przesiekę, w której Gerard wcześniej zobaczył psa.

— Tak.

— Idź nią aż do końca. Jeśli zboczysz ze ścieżki, zastrzelę cię.

Gerard nie zamierzał kwestionować tego polecenia. Ruszył wąską ścieżką. Ucieczka nie wchodziła w grę. Nawet gdyby mężczyzna go nie zastrzelił, to dokąd Gerard miałby pójść? Może mógłby się ukryć w lesie, licząc na to, że jego prześladowca go nie dogoni. Tylko jaki kierunek obrać? Skąd miał wiedzieć, czy pobiegnie w stronę jakiejś drogi, czy raczej w głąb lasu?

Wydawało się, że to idiotyczny plan.

Poza tym, gdyby ci ludzie chcieli go zabić — zakładał, że jest ich więcej, skoro bydlak użył liczby mnogiej — już by to zrobili. Dlatego bądź sprytny, nakazał sobie w duchu. Bądź czujny. Pozostań przy życiu.

Znajdź Vanessę.

Gerard wiedział, że jego kroki mają długość osiemdziesięciu centymetrów. Zaczął je liczyć. Po dwustu krokach, czyli stu sześćdziesięciu metrach, zobaczył, że zbliża się do polany. Po kolejnych dwunastu wyszedł z gęstego lasu. Przed sobą ujrzał biały dom, stanowiący część gospodarstwa. Przyjrzał mu się z daleka i zauważył ciemnozielone zasłony w oknach na piętrze. Wypatrywał kabli elektrycznych prowadzących do domu, ale żadnych nie zobaczył.

Ciekawe.

Na werandzie stał jakiś mężczyzna. Swobodnie opierał się o słupek. Miał podwinięte rękawy koszuli i ręce skrzyżowane na piersi. Nosił okulary przeciwsłoneczne oraz robocze obuwie. Blond włosy o brudnawym odcieniu sięgały mu do ramion. Kiedy zauważył Gerarda, gestem zaprosił go do środka. Potem sam zniknął w domu.

Gerard ruszył w stronę budynku. Ponownie zwrócił uwagę na zielone zasłony. Po prawej stronie znajdowała się stodoła. Przed nią siedział pies — tak, to z pewnością był czekoladowy labrador — który cierpliwie mu się przyglądał. Za psem Gerard wypatrzył kawałek szarego powozu. Hm. Zauważył także wiatrak. To miało sens. Potraktował te spostrzeżenia jako wskazówki. Nie wiedział, co z nich wynika — a może wiedział i właśnie dlatego sytuacja wydawała się jeszcze bardziej zagmatwana — więc na razie po prostu je przyswajał.

Wspiął się po dwóch stopniach prowadzących na werandę i zawahał przed otwartymi drzwiami. Wziął głęboki oddech, po czym wszedł do przedpokoju. Po lewej stronie znajdował się salon. Długowłosy mężczyzna siedział w dużym fotelu. Zdjął okulary przeciwsłoneczne. Miał brązowe, przekrwione oczy. Jego przedramiona pokrywały tatuaże. Gerard uważnie się im przyjrzał, usiłując stworzyć mentalny portret mężczyzny i licząc na to, że wzory podpowiedzą mu, z kim ma do czynienia. Jednak tatuaże były proste i niczego z nich nie wywnioskował.

— Mam na imię Titus. — Mężczyzna mówił z melodyjną intonacją. W jego głosie było coś srebrzystego, miękkiego, niemal kruchego. — Proszę, usiądź.

Gerard wszedł do pokoju. Titus przeszył go wzrokiem. Gerard usiadł. Wtedy do pomieszczenia wszedł kolejny mężczyzna, którego można by nazwać hipisem. Miał na sobie barwną koszulę, wełnianą czapkę i okulary o różowawych szkłach. Usiadł przy biurku w kącie i otworzył macbooka air. Oczywiście wszystkie notebooki tego modelu wyglądają podobnie, dlatego Gerard nakleił na swoim kawałek czarnej taśmy.

Wciąż była na miejscu.

Gerard zmarszczył czoło.

— Co się dzieje? Gdzie jest Vanessa…

— Ciii — przerwał mu Titus.

Jego głos przeciął powietrze jak kosa.

Potem Titus odwrócił się w stronę hipisa, a ten skinął głową.

— Jestem gotowy — oznajmił.

Gerard miał ochotę spytać: „Na co?”, ale syk Titusa, który nadal pobrzmiewał mu w uszach, skutecznie go uciszył.

Blondyn ponownie zwrócił się w stronę Gerarda i uśmiechnął. To był najbardziej przerażający widok, jaki Gerard Remington kiedykolwiek oglądał.

— Mamy do ciebie kilka pytań, Gerardzie.