Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 176 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Terroryści też ludzie! - Jan Kochańczyk

Cykl opowiadań satyrycznych, ukazujących w krzywym zwierciadle dole oraz niedole Europy w epoce "multi-kulti", poprawności politycznej i "gender".
Głównym bohaterem jest bogaty polski bankier, obracający się w kręgach celebrytów dużego kalibru. Znają go i cenią bywalcy salonów Brukseli, Berlina, Moskwy, Pekinu.... i nie tylko!
Jego pieniądze kochają wszyscy - partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący; bardzo starzy - i bardzo młodzi. Bohater naszych czasów!

Opinie o ebooku Terroryści też ludzie! - Jan Kochańczyk

Fragment ebooka Terroryści też ludzie! - Jan Kochańczyk

Jan Kochańczyk

Terroryści też ludzie!

a bankier to też człowiek...

© Copyright by

Jan Kochańczyk & e-bookowo

 

Projekt okładki: e-bookowo

 

 

ISBN 978-83-7859-761-2

 

 

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

 

 

 

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2016

 

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Motto:

Kiedy

Lustracja

Do gabinetu pana Mikołajka, prezesa banku Przyszłość pod Palmami, wkroczył zdecydowanym krokiem młody polityk, Norbert Fryderyk Kowalski, lider nowej, a już szalenie popularnej partii politycznej: Najwyższa Sprawiedliwość. Jej program w Internecie zyskał w ciągu dwóch miesięcy ponad 8 milionów lajków!

Norbert F. Kowalski usiadł bez zaproszenia w fotelu naprzeciwko pana Mikołajka, założył nogę na nogę.

– Słyszał pan o mnie? – spytał.

– Oczywiście, panie przewodniczący – rzekł bankier. – Czym mogę służyć?

– Mamy konto w waszym banku, Przyszłość pod Palmami. Szalenie podoba się nam nazwa pańskiej firmy. Myślę, że byłoby miło, gdyby zechciał pan być w gronie naszych członków wspierających.

– Wie pan, panie przewodniczący, my, bankowcy, staramy się być jak najdalej od polityki, żeby uniknąć brzydkich podejrzeń…

– Bzdura! – zawołał Norbert F. Kowalski. – Kto dziś jest z nami, ten nie pożałuje tego jutro!

– Tak, tak, być może… Ja tylko przyznam, że wasz program wydaje mi się trochę zbyt radykalny.

– Jest radykalny w sam raz! – zawołał Kowalski. – Głosimy to, co ludzie od dawna chcą usłyszeć. Naprawić krzywdy! Złodziei pozamykać! Dożywocie dla tych, co rozkradali Polskę, likwidowali kopalnie, huty, stocznie, zakłady odzieżowe, pegeery, itd., itp.!

– Wyliczyliście, że trzeba by pozamykać prawie 20 milionów Polaków, z których każdy ma coś na sumieniu. Ile to nowych więzień trzeba by wybudować!

– Otóż to! Mamy wspaniały plan inwestycyjny, który pomoże nam rozwijać się gospodarczo szybciej od azjatyckich tygrysów!

– Ale tych więźniów trzeba będzie utrzymywać i to w warunkach komfortowych, zgodnie ze standardami Unii Europejskiej!

– Bzdura! Zapędzimy ich do roboty! Sami będą budować swoje więzienia! Ta prawie darmowa siła robocza da nam ogromną przewagę konkurencyjną na europejskim rynku.

– Unia na to nie pozwoli!

– Unia nie będzie bronić kryminalistów! Nikt się nie będzie wtrącał do niezależnych sędziów i prokuratorów. Mój program ma gigantyczne poparcie społeczne. Opowiada się za nami 95 procent młodych ludzi przed trzydziestką. Internet to potęga!

– Jak im zaczniecie zamykać rodziców, wujów czy dziadków, mogą zmienić zdanie.

– Nie zmienią, bo po ich odejściu dla młodych powstaną nowe miejsca pracy, piękne posady w urzędach, ministerstwach, sejmikach.

– Być może, być może. Pozwoli pan, panie przewodniczący, że na chwilę zajrzę do Internetu…

Prezes Mikołajek kliknął w tajną, międzybankową stronę, zawierającą dyskretne i poufne informacje o ważnych klientach.

– Co ja widzę?! – zawołał. – Kowalski, syn Adolfa i Helgi! Panie Norbercie, pański pradziadek służył w Wehrmachcie, dziadek był w Hitlerjugend, a ojciec w czasach Gierka wymolestował osiem sekretarek w pewnym komitecie!

– To wy o tym wiecie?! – zaskoczony Kowalski zerwał się na równe nogi. – Skandal! Nie da się żyć w tym kraju szpiclów i donosicieli! Jadę na Białoruś!

Norbert F. Kowalski szybko wyszedł z gabinetu pana Mikołajka, trzaskając głośno drzwiami.

Lipiec 2015

Reinkarnacja

Pan Mikołajek, prezes banku Przyszłość pod Palmami, wszedł do wytwornej poczekalni dla najlepszych klientów biznesowych i… stanął jak wryty. Był zaskoczony i w najwyższym stopniu– zdumiony!

28–letni Bartek, wzorowy doradca klienta, siedział w luksusowym fotelu, na skórze bengalskiego tygrysa i płakał rzewnymi łzami; jak dziecko!

– Co się stało? – spytał Mikołajek.

– Nie mogę! Nie mogę! – szlochał Bartek.

– Mów wreszcie, co się stało! Gdyby tu wszedł akurat ktoś z naszych klientów, to co by sobie pomyślał? Mogłaby mu po głowie przemknąć myśl, że – uchowaj Boże! – jesteśmy bankrutami.

– Tak mi go żal! Tak mi go żal! – płakał niepocieszony Bartek.

– Kogo ci żal?

– Wiesia, kolegi ze studiów. Namówiłem go kilka lat temu na kredyt we frankach szwajcarskich. Pożyczył – licząc w złotówkach – jakieś 60 tysięcy; spłacił 70 i… jeszcze ma do zapłaty 65 tysięcy. Wszystko przez skoki kursu franka! Przyszedł dziś do banku… Ledwo go poznałem. Zawsze był tłuściutki, wesolutki… Teraz schudł, jest jak szkielet… Wpadł w depresję… Chciał sobie nawet strzelić w łeb przed gmachem naszego banku.

– Jeszcze by tego brakowało! – zawołał Mikołajek.

– Nazwał mnie lichwiarzem! A przecież chciałem dobrze!

– Wszyscy chcą dobrze, ale tak to już jest – jednym los sprzyja, innym nie.

– Chyba odejdę z zawodu…

– Nie bądź głupi! Gdzie zarobisz taką forsę?

– Ale… Nie chce zarabiać na krzywdzie klientów! Razi mnie niesprawiedliwość… Świat jest tak ułożony, że wszyscy tracą, a tylko banki zawsze wychodzą na swoje. Bogaci stają się coraz bogatsi, a biedni – coraz biedniejsi.

– Co za prostackie komunały mi tu opowiadasz! – oburzył się prezes. – Ja patrzę na sprawę głębiej. Jestem zwolennikiem ideologii protestanckiej. Bogactwo to oznaka błogosławieństwa Bożego. Bieda zaś to kara za grzechy człowieka albo jego przodków.

– Nie wierzę – szlochał Bartek. Prezes dał m u paczkę chusteczek higienicznych.

– To wielka prawda! – przekonywał Mikołajek. – Intuicyjnie doszli do niej także Hindusi. U nich bieda to kara za winy człowieka lub jego rodu w poprzednich wcieleniach.

– Tak?! – zdziwił się Bartek.

– A może twój kolega miał rodziców, którzy na przykład w paskudny sposób kolaborowali z komuną?

– A, rzeczywiście – tato Wieśka należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej!

– No widzisz!

Bartek otarł oczy chusteczką higieniczną.

– To by się zgadzało – powiedział. – Ojciec w partii, a matka nielegalnie handlowała walutą!

Bartek przestał płakać, a na jego wargach wreszcie pojawiło się coś, co wyglądało jak cień uśmiechu.

Październik 2015

Oko bazyliszka

– Panie Mikołajek, zachowuje się pan skandalicznie! Rozbiera mnie pan wzrokiem! To rozpustne spojrzenie śliskiego węża, sprośnego satyra, podnieconego bazyliszka! Czuję się wykorzystana, skrzywdzona i poniżona! To się nazywa mobbing! To się nazywa MOLESTOWANIE!

Prezes Mikołajek spoglądał z najwyższym zdumieniem na praktykantkę Julcię. Do tej chwili nawet jej nie zauważył; był pogrążony w rozmyślaniach o nowym bilansie kwartalnym firmy. Jechał windą na czwarte piętro banku PpP w towarzystwie tej młodej dziewczyny i jakiegoś nieznajomego, starszego pana w wytwornym garniturze.

Panna Julcia była niezbyt urodziwą osóbką i raczej nie przyciągała męskich spojrzeń. Mimo to starszy pan w windzie czuł się w obowiązku stanąć w jej obronie.

– Mogę potwierdzić słowa tej pani! – krzyknął. – Spoglądał pan na dziewczynę oczami opętanego seksem, rozpustnego królika! Napalonego łosia! Oczami wyuzdanego bazyliszka! Trzeba pana podać do sądu! Oto moja wizytówka!

Prezes Mikołajek spoglądał na dziwną parę z najwyższym zdumieniem. Drzwi windy otworzyły się na czwartym piętrze. Pasażerowie wysiedli.

– Molestowanie? Wyuzdanie? – powtarzał oszołomiony bankier. – Nie rozumiem!

– Jestem prawnikiem. Nazywam się John Malynovsky. Wygrałem ponad 200 spraw o molestowanie seksualne w Waszyngtonie i Nowym Jorku – powiedział starszy pan.

– Jakie to szczęście, że trafiłam w windzie akurat na pana, panie John! – wzruszyła się Julcia. – Pomoże mi pan uzyskać odszkodowanie za moją krzywdę.

– A więc o to chodzi! – zawołał prezes Mikołajek. – Chcecie mnie naciągnąć na odszkodowanie?! Niedoczekanie. Cała sytuacja w windzie była nagrywana. Mamy dobry monitoring. Szybko się okaże, że jesteście zwykłymi naciągaczami!

– Co za obraźliwe sugestie! – zawołał John Malynovsky. – Dobrze, że są nagrania. Dotrzemy z nimi do ekspertów. Najlepsze są feministki – niezawodne obrończynie praw kobiet. One potwierdzą, że pan rozbierał wzrokiem tę biedną dziewczynę! Patrzył na nią wzrokiem sprośnego satyra! W Ameryce płaci się za to milionowe odszkodowania. Zaprowadzimy teraz podobne zwyczaje nad Wisłą! Czeka pana długi proces sądowy w świetle kamer telewizyjnych. Chyba, że zechce pan natychmiast zapłacić odszkodowanie w wysokości – powiedzmy – miliona złotych polskich. Wtedy odstąpimy od procesu.

– To szantaż!

– Nie, to propozycja możliwa do zaakceptowania przez obie strony.

– Nie ma mowy!

– No to spotkamy się w sądzie! – krzyknęła panna Julcia. – Chodźmy, sir John, czeka nas wiele pracy.

Dziwna dwójka z powrotem znalazła się w windzie i zjechała w dół, a prezes Mikołajek, bardziej zdumiony niż przestraszony zaistniałą sytuacją, udał się do swego gabinetu.

Przypomniał sobie, że panna Julcia pojawiła się niedawno w banku, na praktyce. Okazało się, że nie ma szans na posadę, bo nie bardzo sobie radziła z rachunkami. Nawet komputerowego kalkulatora nie potrafiła obsługiwać; aż dziw, że skończyła studia z zakresu zarządzania i marketingu.

– Śmiać się, czy płakać? – zastanawiał się Mikołajek.

Ale z panną Julcia i jej prawnikiem nie było żartów. Wkrótce pojawiła się policja z nakazem zabezpieczenia monitoringu, dokumentującego kontrowersyjną sytuację w windzie. Prezes musiał wydelegować swoich trzech najlepszych prawników na rozprawę sądową. Sam nie musiał osobiście uczestniczyć w procesie, bo zapis z monitoringu wydawał się wyraźny i jednoznaczny. Niejednoznaczne natomiast były opinie ekspertów sądowych analizujących obiektywny na pozór zapis kamery. Eksperci Johna Malynovsky’ego dopatrywali się w obojętnym spojrzeniu prezesa banku PpP oznak seksualnego molestowania. Eksperci obrony dowodzili, że pozwany w ogóle nie patrzył w stronę pokrzywdzonej. Sąd jednak, jak się zdaje, przychylnym okiem spoglądał na pannę Julcię, bo przychodziła na rozprawy w czarnej sukni, blada, z podkrążonymi oczami – istny posąg boleści.

Sytuacja wyglądała nieciekawie, prezes Mikołajek musiał więc – wbrew swoim żelaznym zasadom – poprosić o dyskretną pomoc kilka wpływowych osób z kręgów politycznych i prawniczych.

Proces wygrał. Uznano, że spojrzenia prezesa w stronę panny Julci nie przekraczały dopuszczalnych norm przyzwoitości.

John Malynovsky był wściekły.

– Polska to nie jest kraj dla przyzwoitych ludzi! – krzyczał na konferencji prasowej. – Nie ma tu prawa ani sprawiedliwości! To nie Ameryka!

Mikołajek triumfował, ale od czasu kłopotliwego procesu nie korzystał już ze służbowej windy. Przeniósł swój główny gabinet na parter gmachu banku Przyszłość pod Palmami.

Listopad 2015

Wróg publiczny nr 1

Do gabinetu pana Mikołajka, prezesa banku Przyszłość pod Palmami, przybył niezapowiadany wcześniej gość, zakonnik – sądząc po stroju – jezuita. Wprowadziła go sekretarka i wyjaśniła, że ojciec nalegał na szybkie spotkanie w sprawie wagi państwowej. Zakonnik usiadł, a bankier poczęstował go szklaneczką wody mineralnej.

– Cóż ojca do mnie sprowadza? – spytał.

– Afera, która ma ogromne znaczenie dla całej ludzkości! – rzekł zakonnik z powagą. – Jestem ojciec Dominik. Ostatnio pełniłem posługę na Karaibach, na wielu małych wyspach. Mamy tam nasze misje.

– Piękne okolice, bajeczne krajobrazy…

– Niestety, jedna z tych pięknych wysp została ostatnio dosłownie zbombardowana… Jestem tu właśnie w tej sprawie.

– A co ja mam wspólnego z Karaibami? – zdziwił się prezes.

– Nic, ale może pan mieć i przyczynić się do wielkiego dobra ludzkości!

– Ciekawe, ciekawe!

– Zna pan nazwisko profesora Saula Goldberga?

– To jakiś bankier?

– Nie, to naukowiec światowej sławy, fizyk i chemik, laureat Nagrody Nobla. Jeden z największych umysłów epoki. Na jednej z karaibskich wysp prowadził przez kilka lat niezwykłe doświadczenia…

– I pewnie wysadził swoją wyspę w powietrze!

– Ależ skąd! Dokonał najważniejszych dla całej ludzkości wynalazków. Jego odkrycia mogą ocalić świat. W swoim laboratorium opracował na przykład metodę pozyskiwania gigantycznej energii z wody. Jeden litr wystarczy, by przez tydzień zaopatrywać w energię pięciomilionowe miasto.

– Fascynujące!

– To nie wszystko. Wynalazł tani sposób odsalania wody morskiej. Dzięki temu świat nie musi się martwić o brak wody pitnej.

– Taki uczony to skarb!

– Opracował też sposób wyżywienia całej ludzkości dzięki hodowli w różnych rodzajach wody… wybornych glonów, o różnych smakach i zapachach. Dał światu pyszną, zdrową żywność, możliwą do uzyskania w prawie każdych warunkach klimatycznych.

– Wielkie nieba!

– I teraz ten człowiek znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a wraz z nim jego wynalazki.

– Niemożliwe! Przecież się go powinno obsypać złotem!

– Laboratorium jego zbombardowano, współpracowników zabito – on zaś cudem ocalał i znalazł chwilowe schronienie w naszej misji. Teraz ścigają go zacięcie agenci wszystkich największych wywiadów świata.

– Ale – dlaczego?! Gdzie on teraz jest? I co ja mam wspólnego z tą dziwaczna sprawą?

– Profesor jest w naszym kraju. Tu się ukrywa, bo tutaj spędził dzieciństwo. Urodził się gdzieś pod Białymstokiem.

– Coś takiego!

– Nie wiem, gdzie jest, bo gdybym wiedział, sam znalazłbym się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jeżeli jednak zgodzi się pan zapewnić ochronę (jako jeden z najpotężniejszych ludzi Europy), to moi bracia znajdą sposób, aby dotrzeć do pana w towarzystwie wielkiego uczonego.

– Oczywiście, że się postaram, aby mu włos nie spadł z głowy, a jego odkrycia uszczęśliwiły ludzkość!

– To doskonale.

– Proszę mi tylko wyjaśnić, dlaczego ścigają go, jak ojciec mówi, wszystkie wywiady świata? Pewnie chcą się dorwać do jego patentów!

– Wręcz przeciwnie – chcą, aby nie ujrzały one światła dziennego.

– To absurd!

– Niestety, nie. Tania energia zniszczy wszystkie przemysły związane z ropą, gazem, węglem…

– Rzeczywiście!

– Tania żywność i woda zniszczy światowe rolnictwo i przemysły z nim związane. To, co jest tanie, traci wartość. Juliusz Verne opisał podobne zjawisko w jednej ze swych fantastycznych powieści. Wielki złoty meteoryt spadł na ziemię i złoto straciło wartość. Jubilerzy i milionerzy zbankrutowali.

– Hmm…

– Wynalazki profesora zniszczą także przy okazji wszelkie lichwiarskie systemy finansowe, giełdy, banki.

– Jak to?!

– Pieniądze staną się niepotrzebne w świecie tanich, prawie darmowych dóbr materialnych.

– Wielkie nieba! To całkiem możliwe! Przecież to ohydny komunizm! Marksizm w czystej postaci! Dobrze, że mi ojciec na to zwrócił uwagę! Nie dziwię się, że pan Goldberg jest teraz dla świata wrogiem publicznym numer jeden! Sam bym go wydał, gdybym wiedział, gdzie jest!!!

– Jakie to smutne…

– Niech ojciec wyjdzie, żebym nie miał pokusy, aby wydać ojca w ręce policji! Chce ojciec szerzyć zgubną, potępioną przez Watykan, teologię wyzwolenia! Marksizm, leninizm, maoizm! Do widzenia! Do widzenia!

Ojciec Dominik westchnął smutno i opuścił gabinet wzburzonego do ostatecznych granic prezesa banku Przyszłość pod Palmami.

Grudzień 2015

Terrorysta – też człowiek!

Pan Bonifacy Mikołajek, prezes banku Przyszłość pod Palmami, w ciągu trzech kwadransów musiał przyjąć w swoim gabinecie dwie osoby. Nie mógł im poświęcić zbyt wiele czasu; miał napięty grafik, bo wybierał się do Pekinu na bardzo ważne rozmowy biznesowe.

Spotkania mogły być uciążliwe dla prezesa, bo goście znani byli z trudnych charakterów – często wywoływali dzikie awantury – dlatego pan Mikołajek wypożyczył od jednego z ochroniarzy groźnego buldoga Brysia, świetnie wyszkolonego psa, który potrafił doskonale radzić sobie z najgroźniejszymi typami. Jednych obezwładniał potężnym uderzeniem łapy; innych zamykał w mocarnym uścisku, a najczęściej wystarczyło jedno jego groźne spojrzenie, aby awanturnik stawał się spokojny jak baranek.

Bryś leżał sobie wygodnie na dywanie pod palmą, a prezes przy swoim biurku czekał na pierwszego gościa. Był nim Przemysław Piastowicz, znany obrońca praw zwierząt. Jakoż wkrótce wkroczył on do gabinetu Mikołajka i rozsiadł się wygodnie w fotelu naprzeciwko gospodarza.

– Cóż pana sprowadza? – spytał prezes.

– Panie Mikołajek, jest pan nie tylko wybitnym finansistą, ale też światowej klasy celebrytą. Tysiące prostych ludzi chcą pana naśladować. W związku z tym chcielibyśmy, aby włączył się pan do naszej akcji „Precz z łańcuchami”. Wystarczy, że przykuje się pan łańcuchem do budy w jakimś publicznym miejscu i posiedzi przy niej przez jakieś 4 godziny, aby poczuć, co czują biedne zwierzęta, trzymane na uwięzi przez okrutnych właścicieli. Zdarzenie będzie oczywiście filmowane przez trzy najważniejsze stacje telewizyjne.

– Akcja jest ciekawa, ale – prawdę powiedziawszy – nie mam zbyt wiele wolnego czasu, aby poświęcić go na siedzenie przy psiej budzie.

– To bardzo źle! Może przynajmniej da pan jakieś 100 tysięcy euro na wspieranie naszych akcji?...

– Niestety, nie dysponuję akurat wolną gotówką.

– To skandal! – zawołał Piastowicz. – Nasza młodzieżówka zrobi pikietę przed waszym budynkiem! Obsmarujemy pana w gazetach! Zrobimy raban w Internecie!

Przemysław Piastowicz zaczął krzyczeć, wygrażać pięściami, tupać, co bardzo zdenerwowało buldoga Brysia, który warknął groźnie, wstał z legowiska, podszedł do awanturnika. Zakleszczył w swoich potężnych łapach biednego obrońcę praw zwierząt.

– Zabieraj pan stąd to parszywe bydlę! – zawołał Przemysław.

– Spokojnie, proszę się nie obawiać, pies jest zupełnie niegroźny! Tak się tylko lubi przekomarzać z ludźmi, do których czuje sympatię. Chyba nie chce pan, żeby go trzymać na uwięzi?

– Zabierz go pan stąd!

Mikołajek zawołał psa; ten wypuścił z objęć Przemysława Piastowicza i podszedł do prezesa. W nagrodę dostał ulubioną czekoladkę.

– Panie Przemysławie, nie jestem celebrytą dużego kalibru. Niewiele bym pomógł waszej akcji. Naprawdę znane twarze spotka pan w okolicach popularnych stacji telewizyjnych. Żegnam i… serdecznie życzę powodzenia!

Gość zerwał się z fotela i z dużą ochotą opuścił gabinet prezesa. Zaraz po jego wyjściu do gabinetu Mikołajka wkroczył profesor Kubryk, sławny obrońca praw człowieka. Siadł w fotelu, który przed chwilą opuścił Przemysław Piastowicz.

– Witam profesora! – zawołał Mikołajek. – Przykro mi, że niewiele czasu będę mógł panu poświęcić, bo mój prywatny samolot czeka… Jutro mam ważne spotkanie w Pekinie.

– To z Chinolami chce się pan bratać? – oburzył się profesor Kubryk – Tam prawa człowieka są częściej łamane niż w Rosji! Żaden szczery demokrata nie powinien rozmawiać ani z Moskwą, ani z Pekinem!

– Przykro mi, ale nie mam czasu na dyskusję. Czego pan ode mnie oczekuje?