Terlecki. Tragiczna historia jednego z najlepszych piłkarzy w Polsce - Piotr Dobrowolski - ebook

Terlecki. Tragiczna historia jednego z najlepszych piłkarzy w Polsce ebook

Piotr Dobrowolski

3,9

Opis

To nie jest zwykła książka, to reportaż napisany sercem kibica. Wzruszająca podróż śladami jednego z największych wirtuozów polskiej piłki, Stanisława Terleckiego. Reportaż Piotra Dobrowolskiego o ostatnich latach życia (ur. 13 listopada 1955 w Warszawie, zm. 28 grudnia 2017 w Łodzi) – polskiego piłkarza, reprezentanta Polski grającego na pozycji napastnika lub pomocnika. Zawodnika Gwardii, ŁKS, Legii, czy New York Cosmos. Rozmowy z kolegami z boiska m in: Grzegorzem Lato, Włodzimierzem Żmudą, czy trenerem Jackiem Gmochem. Portret Stanisława Terleckiego nakreślony piórem Piotra Dobrowolskiego łączy w sobie opowieść o wspaniałym i utalentowanym piłkarzu oraz o nietuzinkowym, skomplikowanym człowieku, któremu przyszło grać i żyć w niełatwych czasach.

Niezwykły talent, wrażliwość i tajemnica niespełnionych nadziei.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 264

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Od autora

OD AUTORA

Z boiska nie pamiętam go prawie wcale. Jakieś migawki. Ot, brzdąc na kolanach taty oglądający mecze reprezentacji Jacka Gmocha. Ale jedno zapamiętałem do dziś: „Zwróć uwagę na tego chudego, czarnego chłopaka, który tak wszystkich kiwa. To Terlecki. On jest najlepszy” – mówił mi ojciec. Dziś na tym świecie nie ma już żadnego z nich.

Ale słowa rodzica zapamiętałem. Im głębiej wkraczałem w magiczny świat piłki, tym bardziej chciałem poznać fenomen „tego Terleckiego”. Obejrzałem chyba wszystkie jego mecze, jakie są dostępne w sieci. I choć po ponad 30 latach od czasów, gdy Staszek czarował na boisku, futbol jest zupełnie inny, to jestem pewien, że i dziś byłby gwiazdą światowego formatu. Bo – jak to barwnie ujął Henryk Leszczyński, jeden z przyjaciół „Stana” – jego dotknął Pan Bóg. A takich zawodników w historii piłki można policzyć na palcach obu rąk.

Potem doszła fascynacja Terleckim człowiekiem – intelektualistą, który nie bał się postawić komunie, trochę bon vivantem i podrywaczem. Elegancikiem potrafiącym cieszyć się życiem. W czasach, gdy piłkarze, słysząc pytanie „jak padła bramka?”, dukali „najszła, zejszła, wejszła”, on posługiwał się piękną polszczyzną. Mówił dużo, mówił mądrze, mówił ze swadą. Imponowało mi, że zawsze był na kontrze, zawsze pod prąd. A to niełatwe, gdy bogiem jest pieniądz.

Staszek pieniądze miał i potrafił je pięknie wydawać. Gdy inni Polacy grający w latach 80. w USA ciułali cent do centa, on jechał do Stuttgartu, kupował nowego mercedesa i zabierał rodzinę na wycieczkę szlakiem bohaterów swojej ulubionej komedii Wielka włóczęga – Louisa de Funèsa i Bourvila. Pokażcie mi drugiego takiego polskiego piłkarza!

Gdy dowiedziałem się o jego śmierci, o ostatnich latach życia w biedzie w maleńkim mieszkaniu w Łodzi, o kłopotach z psychotropami i alkoholem (bo piwo to też alkohol!), o opuszczeniu przez rodzinę, nie wierzyłem, jak człowiek, który za jedną pensję w Cosmosie mógł w 1986 roku kupić trzy mieszkania w Warszawie, doprowadził się do tak strasznego upodlenia. Bo dla szalenie ambitnego i dumnego Staszka taka wegetacja musiała być upodleniem.

Ruszyłem śladem Stasia. Chyba mogę tak powiedzieć, bo – choć nie znaliśmy się zbyt dobrze – po prawie półrocznej pracy nad tą opowieścią odnoszę wrażenie, jakbyśmy byli dobrymi kumplami. Czy udało mi się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego romantyczna historia tego kolorowego ptaka polskiej piłki skończyła się tak tragicznie? Oceńcie, Państwo, sami.

Nie życzę miłej lektury. Bo ta książka nie jest miła. Ma być prawdziwa. Życzę natomiast, by – po jej przeczytaniu – poznali Państwo Staszka Terleckiego. Człowieka niebanalnego, pełnego sprzeczności, ale jedynego w swoim rodzaju.

Ta opowieść nie powstałaby, gdyby nie Paweł Lewandowski. Dziś mogę powiedzieć – mój Przyjaciel z Łodzi. To on trwał przy Terleckim do końca. Opiekował się nim, finansował, a gdy było trzeba, w męskich słowach stawiał do pionu. Dla mnie był przewodnikiem w tej niezwykłej podróży. Dzięki, Pawle! Wyrazy wdzięczności kieruję też do Jolanty Liżewskiej-Zyzek z Wydawnictwa Harde – Jolu, dziękuję, że zawsze mogę na Ciebie liczyć.

A rodzinie i przełożonym w redakcji dziękuję za wyrozumiałość dla moich ciągłych wyjazdów.

Piotr Dobrowolski

Rozdział I. Kochanówka

Rozdział I

KOCHANÓWKA

Za murem nieustający szum przejeżdżających samochodów. Wyjazdówka z Łodzi na Aleksandrów nigdy nie śpi. Mijając szlaban, człowiek odnosi jednak wrażenie, że znalazł się w innym świecie. Mnóstwo zieleni. Cisza. Czas jakby płynął wolniej. Na paru hektarach parku stoi kilkanaście jednopiętrowych budynków. Odpadający tynk, konstrukcje pamiętające czasy wczesnego Gomułki. Wokół, jakby dla kontrastu, zadbane alejki, kilka altanek. W jednej z nich młoda, dwudziesto-kilkuletnia dziewczyna stroi gitarę. Kasztanowa grzywka opada jej na oczy. Ładna. Zaczyna śpiewać stary szlagier Bajmu – Mów, niech twoje słowa burzą krew. Tęsknota w głosie „Rudej” jest przejmująca… Sprawia, że na rękach pojawia się gęsia skórka.

Zatrzymujemy się kilka metrów od artystki. Ówczesny szef działu foto w „Super Expressie”, Andrzej Lange, kładzie na ziemi torbę ze sprzętem fotograficznym.

To zwraca uwagę dziewczyny. Przestaje śpiewać. Jakby w zwolnionym trybie wstaje z ławki i leniwym krokiem idzie w kierunku jednego z budynków. My za nią. Szukamy Pawilonu 11 wchodzącego w skład Specjalistycznego Psychiatrycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Łodzi. Ale to nazwa dla przybyszów. Miejscowi nie nazwą tego miejsca inaczej niż Kochanówka – od dzielnicy, w której leży założona na początku XX wieku placówka.

W ciepły czerwcowy dzień park sprawia przyjemne wrażenie. Jednak, gdy nadejdzie jesienna słota, a wiatr zabierze ze sobą ostatnie liście, te obdrapane budynki zaczną wyglądać jak dekoracje do trzeciorzędnych horrorów.

Przez prawie ostatnie dwa lata swojego życia, z krótkimi przerwami, mieszkał tu jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii – Stanisław Terlecki. W naszej opowieści poszukamy odpowiedzi na pytanie: jak mogło do tego dojść?

Pawilon 11 jest przez pensjonariuszy łódzkiego psychiatryka traktowany bardziej jak dobrej klasy hotel niż przystań, w której stawia się do pionu życiowych rozbitków. Jego fachowa nazwa to Klinika Chorób Układu Nerwowego i Klinika Psychiatrii Dorosłych, działająca – jako jedyna w Kochanówce – pod egidą Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

W PRL-u Jedenastka podlegała Ministerstwu Obrony Narodowej. To tu zsyłano na odpoczynek i odtrucie wyższych oficerów Ludowego Wojska Polskiego. W sanatoryjnych warunkach elita armii dochodziła do sił po załamaniach nerwowych i – znacznie częściej – z powodu alkoholowego uzależnienia.

Dziś Pawilon 11 to jeden z dwóch oddziałów koedukacyjnych w całym szpitalu. Kobiety są umieszczane w dwuosobowych pokojach z łazienkami, panowie w salach dwu- lub trzyosobowych. Mają gorzej, bo muszą korzystać ze wspólnej łazienki. Na oddziale jest 16 sal.

Jeśli już uda się tutaj dostać, pierwsze, co rzuca się w oczy, to twarze. Spokojne, obojętne, jakby nieobecne, a jednak dociekliwie lustrujące obcych. Nam udało się przedrzeć przez żywe zasieki w postaci korpulentnej pielęgniarki, która strzeże drzwi wejściowych. Zmyliliśmy trop, mówiąc, że idziemy w odwiedziny do kuzyna. Każdy fortel był dobry, by się przekonać, w jakich warunkach żył największy, obok Zbigniewa Bońka, sportowy idol Łodzi.

Kilka kroków – i już czujesz się jak intruz. Najkrótszy pobyt na jedenastce trwa dwa miesiące. Są i tacy, którzy przebywają tu nawet do pół roku. Dlatego pensjonariusze doskonale kojarzą twarze wszystkich odwiedzających. Szybko otaksowali nas wzrokiem. Bez wrogości i jednocześnie bez sympatii. Ich spojrzenia spłynęły po nas jak deszcz po szybie. Neutralne, ale czujne. Rozglądamy się po świetlicy. Czyściutko. Telewizor, kilka czteroosobowych stolików. Dalej, po obu stronach korytarza, są sale chorych i – wydzielona z tarasu albo balkonu osłoniętego gęstą siatką – palarnia. Andrzej robi parę fotek. I już mamy na karku pielęgniarki.

– Czego tu szukacie? Kim jesteście? Kto wam pozwolił robić zdjęcia? – pytania padają niczym strzały z kałasznikowa. Szybko, jedno po drugim.

Próbujemy tłumaczyć, że chcieliśmy się rozejrzeć. Argumenty uderzają w ścianę niezrozumienia. Pozostaje wziąć odwrót.

– Poczekajcie na zewnątrz – łapie mnie za rękę około 50-letnia pani.

Ma głębokie, orzechowe, dobre oczy. Długie, gęste, ciemne, kręcone włosy. Jest średniego wzrostu. Ubrana po cywilnemu. Czyżby pensjonariuszka? Okazuje się, że to znana łódzka artystka pani Agnieszka (nie chce upubliczniać nazwiska). Bard i poetka w Kochanówce jest świetliczanką i wyprowadza pacjentów na spacery. Bo choć na oddziale nie obowiązują szpitalne rygory, to drzwi na zewnątrz otwierane są tylko trzy razy dziennie po godzinie. Między 11 a 12 w południe, 15 a 16 i od 18 do 19 pensjonariusze mogą wyjść do parku.

Czekamy na panią Agnieszkę przed wejściem.

– Stanisław Terlecki… – uśmiecha się, gdy podajemy powód naszej wizyty. – Był, wiele razy. Bardzo sympatyczny człowiek. Nigdy się nie wywyższał. Choć wystarczyło, by rzucił jakieś zdanie, i od razu było widać, że on jest taki wysokościowy, prezentuje trochę inny poziom, że ma klasę – opowiada. – Można z nim było porozmawiać o wszystkim, a i podrywać próbował. Ale gdzie ja tam do podrywania – terapeutka skromnie spuszcza oczy. – Zazwyczaj był pogodny, ale wiadomo, że tutaj ludzie nie przyjeżdżają na wczasy. Każdy walczy ze swoimi problemami. Więcej wam nic nie ujawnię, bo nie chcę mieć kłopotów. Jest tajemnica lekarska, a poza tym u nas obowiązuje zasada, że wiedza o pacjencie pozostaje w tych murach. Powiem wam jedno: szkoda, że odszedł. Był nawet pomysł, żeby przy świetlicy zrobić taką małą izbę pamięci poświęconą Stasiowi. On tu u nas czuł się chyba najbardziej u siebie – mówi drżącym głosem pani Agnieszka.

– Tutaj jest jak na kadrze. Mam fajny pokój. Upiorą, nakarmią, ubiorą – zwykł mawiać Stach, dla którego Pawilon 11 był jedynym, ostatnim już kołem ratunkowym przed zatraceniem się w beznadziei.

W Kochanówce Terlecki ciągle był kimś. Gdy wchodził na oddział, pacjenci witali go jak bohatera – idola, który poza stadionem był takim samym człowiekiem jak oni. Ci, którzy pamiętali Stasia z boiska, wciąż uważali go za piłkarskiego Paganiniego, prawie Boga, który jednym zwodem ośmieszał przeciwników, a publikę wprowadzał w ekstazę. Nie brakowało jednak takich, którzy w duchu cieszyli się, że Król Łodzi skończył tak jak oni – zapomniany, biedny, bez planów i przyszłości…

Zdecydowana większość chorych widziała jednak w Terleckim bratnią duszę – gwiazdora, ale przede wszystkim człowieka, walczącego z własnymi demonami, ale i marzącego o powrocie do lepszego życia, czekającego na to, że znów stanie się potrzebny, że któryś z dawnych kompanów poda mu rękę.

Czekając na naszego rozmówcę, siedzimy na ławce w cieniu parkowych drzew. W uszach dźwięczą mi słowa Pawła Lewandowskiego, człowieka, który do końca opiekował się Terleckim. Mówi, że w jego żyłach płynie biało-czerwono-biała krew. To barwy Łódzkiego Klubu Sportowego.

Pawła przedstawię później, teraz – patrząc na Pawilon 11 – przypominam sobie jego opinię:

– Stasio czuł się tu jak w domu. Luz, swoboda. Któregoś dnia wchodzę na oddział, a tam przy stoliku Stasiek, Igor Sypniewski i jego ojciec Stefan. I dyskusja o piłce. Ale jaka! Otoczył ich wianuszek pacjentów. Słuchali fachowców. Dziś Stasia i Stefana Sypniewskiego już nie ma wśród nas. A Igora kilka tygodni temu znajomy widział z bezdomnymi przy jakimś squacie. Zniszczony, waży podobno ze 40 kilogramów. Dramat. Po śmierci mamy i ojca, jeśli wierzyć plotkom, „Sypkowi” spółdzielnia zabrała za długi mieszkanie. Szkoda chłopaka. Taki był piłkarz… – ze smutkiem kręcił głową Paweł.

Wracam do rzeczywistości, bo właśnie wolnym, spokojnym krokiem nadchodzi Henryk Leszczyński. To na niego czekamy. Mówi o sobie, że jest trochę artystą, trochę maszynistą. Przez trzy lata studiował socjologię.

– Tu, gdy mam spokój, to rysuję – zdradza.

Siebie nazywa przyjacielem Stasia.

– Gdyby nie ja, Stasiek byłby bezdomny. Mieszkaliśmy razem przez ponad cztery miesiące. Gdyby żył, może mieszkalibyśmy do dziś. A gdybyśmy mieszkali, to może wciąż by żył… – mówi Henryk.

Leszczyński ma 61 lat. Szczupły, niewysoki. Z sumiastym wąsem. Siwe włosy opadające na ramiona. Ma mądre, smutne spojrzenie. Wielkie sine worki pod oczami świadczą o tym, że nie sypia. Że życie nieraz dało mu solidnego kopa.

– Nie pamiętam, który raz już tu jestem. Od pięciu lat nie piję. Choruję na głęboką depresję. Rozsypałem się po śmierci żony. Wóda, kilka prób samobójczych. Gdyby nie Kochanówka, pewnie już by mnie nie było. Tu poznałem Stasia – po zaledwie kilku minutach rozmowy Henryk otwiera się przed nami, jakbyśmy przegadali ze sobą niejedną noc.

Gdy wspomina Terleckiego, oczy mu się szklą.

– Miejscem spotkań na oddziale jest palarnia. Palą niemal wszyscy chorzy, więc to tam spędzamy najwięcej czasu. Przy papierosie ludzie się otwierają, opowiadają o różnych rzeczach. Oczywiście wiedziałem, kim jest Stasiek. Budził respekt i wśród personelu, i pensjonariuszy. Ale wtedy w palarni, zwróciłem na niego uwagę, bo się nie odzywał. Badał ludzi wzrokiem i słuchał. Bardzo uważnie. Sprawiał wrażenie niesamowicie skupionego na tych opowieściach. A tematy rozmów były przeróżne. Od ludzkich dramatów, przegranego życia, po ostatni głupi film w telewizji. Ot, takie pogaduchy dla zabicia czasu. A Stasiek słuchał…

Leszczyński milknie na dłuższą chwilę. Zaciąga się papierosem. I kontynuuje:

– Nie wiem, co nas do siebie przyciągało. Może fakt, że jesteśmy rówieśnikami?

– A może ludzie inteligentni, a przy tym wrażliwi lgną do siebie w takich miejscach jak psychiatryk? – podpowiadam.

– Może… Choć w dzisiejszych czasach cała ta wrażliwość to jest psu na budę. Ale rzeczywiście, któregoś popołudnia zaczęliśmy rozmawiać. I okazało się, że choć kompletnie nie znam się na piłce i wcale mnie ona nie interesuje, to mamy mnóstwo podobnych przemyśleń i wspólnych tematów – zaznacza Henryk. – Stanisław to był gość. Niesamowicie inteligentny. Paweł Lewandowski, ŁKS-iak, który był z nim do końca, przywoził Stasiowi po trzy, cztery książki dziennie. I Stacho nie tylko potrafił, ale bardzo lubił czytać po trzy pozycje naraz. Miał zwyczaj, że na marginesie książek umieszczał swoje uwagi, robił notatki dotyczące treści. Jakby prowadził z autorem danej książki wyimaginowany dialog o tym, co mu się podobało, a co – jego zdaniem – wymagało doszlifowania i poprawek. Zaczytywał się w Trylogii, Karierze Nikodema Dyzmy. Uwielbiał Ziemię obiecaną Reymonta. Znał ją na pamięć. Chyba po cichu utożsamiał się z Karolem Borowieckim, takim trochę pozytywistycznym, a trochę romantycznym bohaterem, który kończy tragicznie, bo samotnie. I Stasio chyba też w głębi duszy wiedział, że wszystko, co dobre, jest już za nim… – opowiada Henryk. – Dni mijały nam na rozmowach i grze w szachy. Stasio był na oddziale na innych prawach niż my, reszta pacjentów. Żył swoim życiem, lubił pospać do 12, żartowaliśmy, że jest bardziej rezydentem niż pensjonariuszem – spojrzenie Leszczyńskiego błądzi po parkowych alejkach.

Sprawia wrażenie, jakby opowiadając, wrócił myślami do przeszłości. W kącikach ust błąka mu się lekki uśmiech:

– Stasio potrafił sobie zjednać ludzi. Może przesadzę, jeśli powiem, że był zaprzyjaźniony z doktorem Maciejem Kuśmierkiem, który się nim zajmował, ale na pewno bardzo się lubili. Syn lekarza grał w trampkarzach Sokoła Aleksandrów Łódzki. Doktor jest delikatnie po czterdziestce i raczej nie mógł pamiętać Staśka z boiska, ale czuć było między nimi jakąś więź, zażyłość. Zresztą, gdy Stacha dopadał kryzys, wystarczył telefon do pana Kuśmierka i zawsze znalazło się dla niego miejsce na oddziale. A uwierzcie mi, że niełatwo się tu dostać tak z dnia na dzień, z ulicy – mówi z dumą Heniek.

Próbowaliśmy porozmawiać z doktorem Kuśmierkiem. Szczupły, lekko łysiejący, średniego wzrostu. Pierwsze wrażenie sprawiał sympatyczne. Przyjął nas w gabinecie w Pawilonie 11, ale choć na wspomnienie nazwiska „Terlecki” oczy mu rozbłysły, to szybko zgasił naszą nadzieję na rozmowę.

– Nie mogę mówić o pacjentach. Tajemnica lekarska obowiązuje mnie nawet po ich śmierci. Przykro mi – wyciągnął rękę na pożegnanie, jasno dając do zrozumienia, że króciutkie spotkanie właśnie dobiegło końca.

Od przeprowadzki do Łodzi w 2015 roku Terlecki przebywał w psychiatryku kilka razy.

– Stasio nie pił wódki. Natomiast nie stronił od piwa. Oczywiście gdy miał pieniądze. A do tego Clorazepam. Bardzo wredny psychotrop. Silny lek uspokajający i na padaczkę. Wzmagał działanie alkoholu. Gdy wziąłeś tabletkę i wypiłeś butelkę piwa, to czułeś się, jakbyś wlał w siebie pół litra wódki. Stasio brał ich po kilka dziennie. Przepijając browarem. Był bardziej uzależniony od leków niż od piwa – nie ma wątpliwości Henryk. – Psychotropy może na chwilę uśmierzają ból duszy, ale generalnie to straszne cholerstwo. Depresja, stany lękowe, próby samobójcze. To działania towarzyszące. Wiem, bo sam to wszystko przerabiałem – mówi Leszczyński.

– Leki i wóda były dla Terleckiego zamiennikiem narkotyków? Bo słyszałem opinie, że w Stanach zaczął brać – pytam.

Leszczyński energicznie zaprzecza:

– To kłamstwo! Stasiek nie brał narkotyków, bo do niczego mu nie były potrzebne. To nie to pokolenie. Tak mogą mówić ludzie, którzy mając wyrzuty sumienia, że zostawili go samemu sobie, że mu nie pomogli, w ten haniebny sposób usprawiedliwiają swoją podłość. Położę głowę pod topór, że Stasio nigdy nawet nie pomyślał o dragach. Zresztą ja też nie – oburza się Heniek.

Wiosną 2016 roku Henryk leżał na jedenastce, a Terlecki szykował się do wyjścia z ósemki.

– Nie wiem, dlaczego wtedy do nas nie trafił. Może nie było miejsca, a może lekarze nie chcieli, żeby ktoś się do nich przyczepił, że wciąż przyjmują Staśka? W każdym razie najpierw był na piątce, gdzie dużo czasu pacjenci spędzają na pracy z psychologiem. Staśkowi to nie pasowało. Był za bardzo niezależny i honorowy, żeby opowiadać o swoich problemach obcym ludziom. On, żeby się przed kimś otworzyć, musiał najpierw człowieka poznać, a potem mu zaufać – wyjawia Heniek. – W każdym razie skończyło się na tym, że trafił na ósemkę. A tam, obok normalnych pacjentów, wiem, że w odniesieniu do psychiatryka to może dziwnie zabrzmieć, byli też ludzie śmieci – zwykli bandyci, złodzieje. W każdym razie szemrane towarzystwo, które totalnie odbiegało od poziomu Staśka. Był przybity. Nie ukrywał, że źle się tam czuje. Chciał wyjść. Tyle że nie miał dokąd pójść – wspomina Henryk.

– To był impuls, w głowie zapaliła mi się na chwile jakaś iskra: „Stasiu, masz klucz, zatrzymaj się u mnie” – zaproponowałem. Heniek łapie głęboki oddech: – Widać było, że Terlecki wtedy bardzo się wzruszył. Starał się nic po sobie nie pokazać, ale w oczach miał łzy, chodziły mu szczęki. Pokiwał głową, położył mi rękę na ramieniu i powiedział tylko: „Dziękuję, Henryk”.

Nasz rozmówca milknie. Znów jakby przeniósł się w czasie. Po dłuższej chwili wraca do rzeczywistości. Odpala kolejnego papierosa.

– Mam kawalerkę. 37 metrów kwadratowych na osiedlu Mireckiego. To jedno z najstarszych łódzkich osiedli. Ma ponad 90 lat. Jest położone wśród zieleni, tuż przy największym kompleksie parkowym w Europie. Miałem dwie wersalki, więc nie widziałem problemu. „Jakoś się pomieścimy”, pomyślałem i zaprosiłem Stasia – kontynuuje opowieść Henio.

Zza gęstych drzew przebijają ku nam ostatnie mocne promienie słońca. Gdy muskają Leszczyńskiego, na jego twarzy znów pojawia się delikatny, jakby nieco wstydliwy uśmiech.

– Trzymałem w ręku klucze, z drugiej strony złapał za nie Stasiek. Zanim mu je oddałem, powiedziałem: „Stachu, mieszkając u mnie, musisz przestrzegać dwóch zasad: żadnych bab i żadnego alkoholu. Zgadzasz się je stosować?”. Terlecki znów kiwnął głową. Puściłem klucze, które szybko schował do kieszeni. I tak zamieszkaliśmy razem. Stasio był świetnym kompanem. Nocami długo rozmawialiśmy. Jak już wam mówiłem, nie znam się na piłce, ale opowiadał kapitalne historie o Deynie, Kazimierzu Górskim. Nigdy nie wchodziłem z butami w jego życie. Zazwyczaj to on narzucał temat dyskusji. Jeśli chciał rozmawiać o rodzinie – proszę, o dawnym życiu – nie ma sprawy. Ale niepisaną regułą było, że to musiało wyjść od niego – Heniek wyraźnie się rozkręca. Ze swadą i ożywieniem mówi o współlokatorze i przyjacielu. Jeśli milknie, to tylko po to, by znów odpalić papierosa.

– Chociaż Stasio był wprost nieprawdopodobnym bałaganiarzem, a ja lubię porządek, dobrze mi się z nim mieszkało. Zapełnił w moim życiu wyrwę po zmarłej żonie. Już nie wracałem do pustego mieszkania, do czterech ścian, gdzie mogłem gadać wyłącznie z telewizorem. Brat odwiedza mnie raz na dwa, trzy tygodnie. Poza nim i chrześniakiem nie mam nikogo. Stasiek stał się dla mnie członkiem rodziny. Myślę, że on odbierał to podobnie. Codziennie wychodziliśmy na długie spacery. Żartowaliśmy, że ludzie mogą nas wziąć za pedałów – śmieje się Henryk. – Ale nic z tych rzeczy. Stasio miał wielkie powodzenie u kobiet, a ja wciąż kochałem żonę. To była taka szczera, męska przyjaźń. To przy Staśku raz złamałem abstynencję. Pewnego dnia wpadł do kuchni, zaczął rozpakowywać zakupy. Sobie przyniósł kilka piw, a mnie butelkę wódki. Mówił, że ma pieniądze, bo dostał z ŁKS-u dwa tysiące złotych. Wtedy, ten jeden raz, piliśmy. I gadaliśmy. Przez całą noc. Wiecie, jak alkohol potrafi rozwiązać języki – Henryk patrzy na nas z obawą, jakby czekając, czy nie skrytykujemy go, że popłynął.

Gdy milczymy, wraca do opowieści:

– To wtedy zaczął mówić o rodzinie. Że utrzymuje kontakt tylko z jednym synem, że ma żal, że brzydko z nim postąpili – Henryk znów milknie. – Nigdy nie widziałem jego żony, ale już później, po wyprowadzce Staśka, leżeliśmy w Kochanówce w jednej sali. I wówczas małżonka go odwiedziła. Raz. Nie było mnie wówczas w pokoju. Stasio mi o tym opowiedział. Bez żadnych emocji. Na zimno. Jakby mówił o obcej osobie. Pamiętam, że dodał, iż zapraszała, żeby ją odwiedził.

– No to jedź – doradziłem.

– Nie chce mi się, za daleko – zakończył rozmowę.

– Uhm, za daleko. Mieszkała na Widzewie, a to było rzut beretem od nas. Ale skoro nie chciał, to musiał mieć jakiś powód, nie wnikałem – wspomina Henryk, po czym wraca do tej jednej zakrapianej nocy na Mireckiego. – Wtedy wyszły ze Stasia wszystkie żale. Był bardzo wrażliwy, ale zazwyczaj trzymał emocje na wodzy. Nigdy nie słyszałem, by przeklął czy żalił się na los. A mógł, bo sami sobie wyobraźcie, jak musiało mu być trudno przestawić się z życia milionera, idola, którego każdy ruch na boisku śledzi z trybun 50 czy 60 tysięcy ludzi, na egzystencję, w której są dni, gdy człowieka nie stać na paczkę papierosów. I tak był twardy, że całkowicie się nie załamał, że jakoś raz lepiej, raz gorzej, ale żył.

– Tamtej nocy Stasiek powiedział mi słowa, których nie zapomnę do śmierci: „Wiesz, Heniu, byłem na ustach całej Polski, mam adres do Pelego, grałem w Cosmosie z Beckenbauerem. Miałem tabuny klakierów i przyjaciół. I dziś ci wszyscy przyjaciele mnie opuścili. A ty, człowiek, którego poznałem w psychiatryku, mnie przygarnąłeś” – Henryk przerywa i ukradkiem wyciera oczy, w których pojawiają się łzy. – Staśka wtedy puściło. Był bardzo rozżalony i zgorzkniały. Odzyskał humor, dopiero gdy zaczęliśmy rozmawiać o książce, którą zamierzał napisać. Uparł się, że będzie nosić tytuł „Jak rozpieprzyłem 20 milionów złotych”. Opowiadał, że tyle, na dzisiejsze pieniądze, przywiózł w połowie lat 80. z Ameryki. Co się stało z tą kasą? Stasiek chyba do końca sam nie wiedział. W kasynie nie grał, więc hazard odpada. Coś tam wspominał, że nieudane inwestycje, że dawał wielkie kwoty na kampanie wyborcze znanych polityków. A zresztą potrafię sobie wyobrazić, że można tyle wydać. Jak liczyliśmy, to nam wyszło przez te lata po około 80 tysięcy miesięcznie. Miał wtedy tabuny znajomych, przyjaciół. Drogie lokale, wykwintne jedzenie, ciuchy, podróże… Zresztą, tak naprawdę nie ma kwoty, której nie dałoby się wydać – mówi z przekonaniem Henryk.

Gdy pytamy, z czego żyli, Heniek odpowiada:

– Nie przelewało się. Mam tysiąc złotych renty. Stasiek miał 700 złotych renty inwalidzkiej, którą dostał na arytmię serca. Potem ŁKS-iacy załatwili mu pracę interwencyjną na MOSiR-ze. Podobno niemal wyżebrał ją dla Stasia u dyrektora MOSiR-u Jacek Bogusiak. Dzieliliśmy się kosztami po połowie. Regularnie pomagał Paweł Lewandowski, który gdy odwiedzał Staśka, to zapełniał nam lodówkę. Nie wiem, jak określić Pawła. To taki dziwny altruista. Nic z tego nie miał, a jednak do końca był przy Staśku. Jako jeden z nielicznych go nie zostawił – Henryk z uznaniem kiwa głową.

– Lubiliśmy pospacerować. Stasiowi schlebiało, gdy na ulicy rozpoznawali go kibice. Z każdym pogadał, zapozował do zdjęcia, złożył autograf. Mimo że mógł liczyć na pomoc ŁKS-iaków – Pawła, Jacka Bogusiaka czy Łukasza Bielawskiego – nigdy nie słyszałem, żeby o nią poprosił. Terlecki był niesamowicie honorowy. Nie żebrał, nie żalił się, nie płaszczył. Do końca pozostał sobą. Człowiekiem o twardym kręgosłupie – mówi z szacunkiem Henryk. – Pewnego razu miałem kryzys, depresja zaatakowała z piorunującą siłą. Trafiłem do szpitala. Stasio został sam. A musicie wiedzieć, że on nie umiał być sam. Nawet wodę na herbatę by przypalił. O gotowaniu nie było mowy. To ja byłem domowym kucharzem. I wtedy musiał być zdany na siebie, bo akurat skończyło mu się doładowanie telefonu i nie miał kontaktu z Pawłem. A może wstydził się otwarcie poprosić o pomoc? Nie wiem. W każdym razie był sam. On, namiętny palacz, przez tydzień nie miał na papierosa, a żywił się kartoflami i margaryną, bo tylko to było w domu – kręci głową Leszczyński. – Zapytałem go potem, jak wtedy żył. „Modliłem się” – odpowiedział. Bo Stacho był bardzo wierzący. Kiedyś wyszliśmy na spacer, zagadaliśmy bodaj o jego pracy magisterskiej, której tytuł pamiętam do dziś „Kodeks rycerski w XIV-wiecznej Polsce”. I tak gadamy, gadamy, aż jakimś dziwnym trafem zawędrowaliśmy pod drzwi kościoła. Stasio bez wahania wszedł do środka, ja za nim. Usiedliśmy w ławach. Zaczęliśmy się modlić. Skończyłem, spojrzałem na Stasia, a on miał tak skupioną, a przy tym uduchowioną twarz, że pomyślałem wtedy, że on rzeczywiście i naprawdę rozmawia z Bogiem – ściszonym głosem relacjonuje Henryk.

Wspólne mieszkanie skończyło się po czterech miesiącach. Henryk nie może odżałować, że dał się ponieść nerwom.

– Była druga czy trzecia w nocy. Stasiek w kuchni głośno rozmawiał z kobitką, którą zaprosił do domu. Paliło się światło. Parokrotnie prosiłem, by zachowywali się ciszej. Bez skutku. W końcu wstałem i w ostrzejszych słowach zwróciłem im uwagę. Stasio uniósł się honorem i tak jak stał, tak wyszedł z domu. I już nie wrócił. Klucze przywiózł mi jakiś czas potem Paweł Lewandowski. Żałuję, to nie miało prawa się stać! Powinienem zapanować nad nerwami, tym bardziej wiedząc, że Stasio nie znosi krytyki. A wtedy dodatkowo zwróciłem mu uwagę przy kobiecie, co podrażniło jego męską dumę. Szkoda. Myślę, że gdyby został na Mireckiego, dziś siedziałby tu z nami – mówi łamiącym się głosem Heniek.

O śmierci przyjaciela Leszczyński dowiedział się tam, gdzie się poznali. W Pawilonie 11 łódzkiego psychiatryka.

– Siedziałem w sali, gdy na korytarzu zrobił się rumor. „Terlecki, Terlecki!” – słyszałem tylko. Pomyślałem, że Stasiek przyszedł mnie odwiedzić. Wypadłem na korytarz, a tam pielęgniarki zakrywały twarze. Płakały. Ktoś powiedział mi, że Stasio nie żyje. Nie wiem, jak dowlokłem się do łóżka. Walnęło we mnie jak wtedy, gdy odeszła żona. Znów wpadłem w głęboki dół. Straciłem jedynego, najbliższego przyjaciela. Mógł żyć. Mógł żyć… – kręci głową Heniek.

– Paweł Lewandowski i ŁKS-iacy twierdzą, że gdyby Stanisław nie był w związku z Gabrysią, toby żył? – pytam, przerywając przepełnioną bólem ciszę.

– Nie odpowiem na to pytanie. Sami się domyślcie. Ona była głupia jak pudełko gwoździ. Stasio nią pogardzał. Była mu potrzebna tylko do gotowania i do łóżka. Taka jest prawda – wyrzuca z siebie Leszczyński.

– Przyczyną śmierci Terleckiego było długotrwałe wycieńczenie organizmu.

– Jeśli przez lata miesza się psychotropy z piwem, a tak robił Stasiek, to wewnątrz organizm musi być jak frędzel. Psychotropy zeżrą wszystko. Ale i tak uważam, że zabrakło działania. Gdyby Gabryśka zadzwoniła po lekarza, toby żył.

– Pani Gabrysia jest pewna, że Terlecki świadomie przeholował z mieszanką silnych psychotropów i piwa. Że to było samobójstwo – ciągniemy temat.

– Bzdura! Stasiek nieraz tak robił. Odkąd go znałem, mieszał prochy z piwem. Gabryśka to pielęgniarka. Dlaczego nie zadzwoniła pod 999?! Przecież pierwsza reakcja normalnego człowieka, gdy wraca do domu i widzi nieprzytomnego, to wezwać pogotowie! Wiecie, dlaczego tego nie zrobiła? Bo była pijana! Tłumaczyła mi, że sprawdzała mu ciśnienie, czuwała nad nim. Bzdura! Bzdura! Bzdura! Stasiek miał arytmię serca, o czym doskonale wiedziała. Dlaczego nie zareagowała? Dlaczego mu nie pomogła?! Macie odpowiedź na pytanie, czy gdyby nie ona, to Stacho by żył! – Henryk nie może aż złapać tchu ze złości.

Z Gabrielą Stanisław poznał się w Kochanówce. Zanim na siebie trafili, były też inne kobiety.

– Jeden facet może ganiać za kobietami, zalecać się, mizdrzyć, a innemu wystarczy tylko spojrzenie i paniom miękną nogi. Taki był Stasio. Niezwykle inteligentny, wygadany, szarmancki, delikatny. Tu rzucił komplement, tam się uśmiechnął i dziewczyny wariowały. Miał to coś, co je przyciągało – śmieje się Henryk. – A że uwielbiał towarzystwo dam, to na oddziale nie mógł się od nich opędzić – dodaje.

Relacja Leszczyńskiego pokrywa się z tym, co jakiś czas wcześniej opowiedział nam Paweł.

– Gdy Stacho doszedł do siebie w Kochanówce, wyglądał jak walczyk. Żadnego siwego włoska, na brzuchu kaloryfer, nic – tylko ubrać go w strój piłkarski i wysłać na boisko. Kiedyś był u mojej mamy na obiedzie, a mama świetnie zna się na piłce. I powiedziała mu, że choć minęło ze 30 lat, to wciąż wygląda jak Stasio, który czarował w ŁKS-ie. I tak było! – opowiadał Lewandowski. – Tych wszystkich Jolek, Kryś, Anek i Zosiek, które bajerował w szpitalu, nie jestem w stanie zliczyć – dodaje.

– Stasio miał potencjał. Dlatego często wybierał się z jakąś panną na spacer, na kocyk, w krzaczki. Tych u nas nie brakuje. A non stop chodził na te spacery. Co tu dużo gadać, no jurny był z niego chłopak – uzupełnia Henryk, któremu powtarzamy opowieść Pawła Lewandowskiego. – Wśród ludzi na oddziale krążyła fama, że wystarczy rozpuścić plotkę, że Stasio przyjeżdża, to dziewuchy już przebierały nogami – uśmiecha się Leszczyński. – Szkoda, że dał się tak wkręcić w ten cały układ z Gabryśką. Przed nią miał taką fajną dziewczynę, Ankę. Ciemna blondyneczka, po trzydziestce, trochę przy kości, ale ładna. Była mistrzynią tańca towarzyskiego. Coś jej tam w życiu nie poszło, uderzyła w wódę i trafiła na jedenastkę. Dobrze się ze sobą czuli, ale nie trwało to zbyt długo – mówi Henio.

Podczas kolejnych odwiedzin w Łodzi o Ankę zapytaliśmy Pawła.

– Akurat jej nie pamiętam, ale u Stacha był tak duży przemiał, że kto by te wszystkie kobitki zliczył – śmieje się Lewandowski. – Natomiast wiem, że był związany z Jolą. Wydawało się, że to coś poważnego. Na przełomie lat 2015 i 2016 nawet przez bodaj trzy miesiące z nią mieszkał. Na Radogoszczu. Była rozwódką. Miała trzy pokoje w blokach. Bardzo o niego dbała. Niczego mu nie brakowało. Ale chyba poczuł się zbyt pewnie i zaczął sobie pozwalać na piwko. Raz, drugi, trzeci. Jolka tego nie tolerowała. Wyleczyła się z alkoholizmu i nie chciała mieć w swoim otoczeniu faceta, który popija. To podziękowała Staśkowi i się wyprowadził. Pamiętam, że zabrałem go na kilka dni do hotelu, a potem wrócił do szpitala na Aleksandrowską. Szkoda, że nie mógł się powstrzymać od piwkowania. Bo Jolka mocno się zaangażowała. Do tego stopnia, że ograniczyła nawet kontakty z ojcem. Ten człowiek, w przeszłości jakiś tam partyjny dygnitarz, nie tolerował Stacha, a ona na przekór ojcu wybrała Stacha. Nie była zbyt piękna, ale mądra i dobra – widać, że Paweł żałuje, iż właśnie tak skończył się ten romans. – Ale Stasiek jakoś specjalnie tego rozstania nie przeżył. Może dlatego, że wiedział, iż podoba się paniom. I uznał, że jeśli tylko będzie chciał, szybko sobie kogoś znajdzie. Co tu gadać: gdy miał nastrój, to zbajerowanie kobiety było dla niego jak pstryknięcie palcami. Boże, z nim nie można było wyjść na miasto. Czy na Piotrkowskiej u nas, w Łodzi, czy na Marszałkowskiej w Warszawie, gdzie pojechaliśmy, bo miał jakieś sprawy do załatwienia, przy nim człowiek czuł się jak na spacerze z Angeliną Jolie. Panie od pięćdziesiątki w górę podchodziły, prosiły o autograf, strzelały z nim selfie. A Stasio uśmiechnięty, zadowolony, dumny. Widać było, że tęskni za dawną sławą. A te starsze kobitki po prostu pamiętały go z czasów prosperity. Był dla nich jakby chwilowym utrwaleniem czy powrotem pięknych czasów młodości. No bo skoro on nic się przez te lata nie zmienił, to patrząc na Stasia, myślały sobie, że i one wciąż są piękne i atrakcyjne. Taki był z niego czarodziej – śmiał się Paweł. – Ktoś może powiedzieć, że starszy, 60-letni żonaty facet i amory mu były w głowie. Ale co miał robić? Raz, że nie wyglądał na swoje lata, a dwa, że tak naprawdę jego małżeństwo istniało wtedy już tylko na papierze. Nie utrzymywał żadnych kontaktów z rodziną. Nie chciał mówić ani o dzieciach, ani o żonie. Dla państwa Terleckich prawda może być bolesna, ale w końcówce życia, gdy Stasiowi było naprawdę bardzo ciężko, najbliżsi zupełnie się nim nie interesowali – nie ukrywa smutnej prawdy Paweł Lewandowski.

To samo twierdzi Henryk.

– Poza tym jednym razem żona więcej go nie odwiedziła. Dzieci też nie. Może miały do niego o coś żal? A może to on z jakiegoś powodu nie chciał mieć z nimi kontaktu? Nie wiem. Nie wypytywałem go. Może właśnie przez to, że zanikły więzi rodzinne, tak mocno wsiąknął w układ z Gabryśką? Ona twierdziła, że Stanisław to miłość jej życia. Bzdura! Liczyła, że Stacho wróci na top, że dostanie pracę w PZPN-ie, to i ona przy okazji wypłynie. Ta Gabryśka to największy błąd Terleckiego. Gdyby nie ona, byłby tu z nami. A tak, taki gość w tak młodym wieku poszedł do piachu. Nie wiem, nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak się stało?! Skoro Gabryśka tak go kochała, to – do cholery – dlaczego nie ratowała?! Tylko patrzyła, jak umiera?! Powtarzała „mój Staś, mój Staś”, a potem dzwoniła do mnie i żaliła się, że parę razy zaatakował ją nożem. Nie wierzę. Zbliżyliśmy się do siebie z Terleckim również dlatego, że w żadnym z nas nie było nawet odrobiny agresji. To był dobry, łagodny człowiek. Naprawdę. Bardzo mi go brakuje. Ciekawe, czy Gabryśka, tak niby zakochana, może spokojnie spać? Czy ma przekonanie, że zrobiła wszystko, by mu pomóc? – Henio ze złością odkłada na stolik zapalniczkę. Trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami odpala kolejnego papierosa.

Chce jeszcze coś powiedzieć, gdy rozlega się dzwonek telefonu. To pielęgniarka wzywa, by wrócił na oddział. Czas spaceru się skończył. Henryk wolnym krokiem kieruje się w stronę jedenastki. W ciszy idziemy obok niego.

– Wiecie co? – już przy drzwiach oddziału zagaja Henryk. – Gdy Stasio pracował na MOSiR-ze na Stawach Jana, spotkał się z Bońkiem, który wtedy był w Łodzi. Przynajmniej tak opowiadał. Nie wiem, czy mu wierzyć, bo nawet gdy zmyślał, robił to bardzo przekonująco. A żył marzeniami. O powrocie do futbolu, wyjeździe do Ameryki. To była jego reakcja obronna, taka skorupa, którą się otoczył, by nie załamać się do końca. W każdym razie Stasiek powiedział mi wówczas, że prezes PZPN-u obiecał, że załatwi mu pracę z młodzieżą w jakimś klubie. I Stasio, który nie lubił Bońka i nie chciał o nim gadać, do śmierci czekał na telefon od niego. Chciał być znów potrzebny. Widział dla siebie miejsce tylko w piłce. Planował, że będzie szkolił dzieci. Gdy tamtej nocy popiliśmy, zapytałem go: „Dlaczego sam nie zadzwonisz do Bońka i nie poprosisz o pomoc?”. „A dlaczego Boniek nie zadzwoni do mnie? Ta sama droga” – odpowiedział mi Staszek. Duma nie pozwoliła mu wykonać pierwszego kroku, ale czekał na ten telefon. Wiem, że czekał – rzuca Henryk, znikając za szpitalnymi drzwiami.

W milczeniu idziemy do samochodu. Teraz jedziemy na ŁKS. Na jedno z wielu spotkań z Pawłem Lewandowskim. Mijając szlaban i szpitalną bramę, wracamy do świata funkcjonującego na przyspieszonych obrotach. Zostawiamy za sobą spokój, ciszę i obdrapane budynki szpitalne. Ostatni prawdziwy dom Stanisława Terleckiego.

Paweł

PAWEŁ

Jest ich trzech. Paweł Lewandowski, Jacek Bogusiak i Łukasz Bielawski. Gdyby nie oni, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że Stanisław Terlecki zmarłby w klitce w Pruszkowie. To Bogusiak i Lewandowski pojechali po byłego gwiazdora New York Cosmosu. Skrajnie wyczerpanego, zagłodzonego i w silnej depresji prosto z trasy zawieźli wtedy do łódzkiej Kochanówki.

Pan Jacek jest kustoszem Muzeum ŁKS-u. Kojarzycie Klausa Meine’a? To wokalista rockowej grupy Scorpions. Gdyby Bogusiak miał mniej siwych włosów i założył charakterystyczną dla piosenkarza oprychówkę, mógłby uchodzić za jego kopię. Lubi luźny styl. Choć – tak na oko już po sześćdziesiątce – na dżinsowej kurtce ma pełno naszywek z logo Łódzkiego KS-u. Gdy dzwonię do niego po śmierci Terleckiego, by umówić się na spotkanie, początkowo się zgadza, ale ostatecznie nie pojawia się w biurze Łukasza Bielawskiego, gdzie swój początek wzięła opowieść o pokręconym i tragicznym losie Stasia.

Gdy rozmawiam z Bogusiakiem przez telefon, sprawia wrażenie nieprzyjemnego, jest oschły. Choć potem nie mamy już ze sobą kontaktu, bo ponoć nie lubi „Super Expressu”, to im bardziej wgłębiam się w łódzkie perypetie Stanisława Terleckiego, tym bardziej zmieniam zdanie o Bogusiaku. Pod twardą skorupą kryje się niezwykle wrażliwy człowiek, który – gdy było trzeba – rzucał wszystko i był na każde wezwanie Stasia. Kiedy piłkarz do niego dzwonił, że znów nie ma na leki, Jacek złościł się, rozkładał ręce, ale sięgał po portfel i biegł do apteki. Stawał na głowie w łódzkim magistracie, by wywalczyć Stanisławowi komunalną kawalerkę.

Łukasz Bielawski to przeciwieństwo Bogusiaka. Były prezes ŁKS-u. Szef firmy budowlanej. Lekko po czterdziestce. Szczupły, przebojowy. Elegancki. On z trójki ŁKS-iaków był najdalej od Staszka, ale i tak na tyle blisko, by za darmo wyremontować mu komunalne mieszkanie i pomagać finansowo.

I wreszcie Lewandowski. Paweł bardzo często będzie się pojawiał w opowieści o ostatnich, bardzo trudnych i bolesnych latach życia Terleckiego, bo był przy nim do końca. Gdy piłkarz leżał w szpitalu, żona Pawła gotowała mu i prała. Paweł był powiernikiem „Stana”. Słuchał jego zwierzeń, marzeń i nigdy niezrealizowanych planów. Niejeden przez kilka lat nie wyda tyle na rodzinę, ile Lewandowski zainwestował w Staszka. Nie chce o tym mówić, ale prawda jest taka, że był dla niego nie tylko najbliższym przyjacielem, lecz także bankomatem. Przez ostatnie dwa lata życia Staszka po prostu go utrzymywał.

Lewandowski – rocznik 1961. Wysoki, postawny, bardzo inteligentny. Biznesmen, właściciel biura projektowego. W młodości próbował grać w piłkę w ŁKS-ie. Zabrakło mu talentu, by zrobić karierę.

– Ale miłość do klubu została na zawsze – zapewnia z szerokim uśmiechem.

Gdyby przyszło mi stanąć do walki, chciałbym mieć za plecami właśnie Pawła. Lojalny i szczery do bólu. Stara gwardia. Gdy na jednym z wielu spotkań siedzimy przy kawie, zapytany, dlaczego tak się poświęcił dla Terleckiego, Lewandowski odpowiada:

– Poznaliśmy się pod koniec lat 70. ŁKS miał grać w Gdyni z Arką. A przed spotkaniem o ligowe punkty swój mecz mieliśmy rozegrać z Arkowcami my, kibice. Zbiórka na dworcu Łódź Kaliska, w pociąg – i nad morze! Nie wiem, jak to się stało, ale jeden z naszych chłopaków, Pietia, tak się zagadał, że zostawił na peronie torbę ze sprzętem. W Gdyni poszliśmy do hotelu, by odwiedzić naszych piłkarzy. Wtedy dostęp do zawodników był łatwiejszy. To byli normalni ludzie, którzy nie odcinali się od świata, kibiców. I już nie pamiętam od kogo Stasio Terlecki, nasz idol, nasza gwiazda, dowiedział się o problemach kibica. Wyszedł do nas, zawołał pechowca. Zamienili kilka zdań, po czym weszli do hotelu. Za kilka minut Pietia stanął w drzwiach… ubrany w meczowy strój Staśka. Koszulka, spodenki, nawet buty! Cały Stacho. Był po prostu dobrym człowiekiem. Bardzo czułym na krzywdę ludzką – z uznaniem kiwa głową Lewandowski. – Nawet w ostatnich latach życia, gdy sam nie miał już nic, potrafił zdjąć z grzbietu koszulę i oddać nieznajomemu gościowi w szpitalu. Naprawdę! I to moją! Kiedyś zapytał, czy mam jakąś koszulkę ŁKS-u. „Mam”. „To przywieź, Pawełku, bo chciałem sobie pochodzić” – poprosił Stacho. Wziąłem z domu trykot – dla mnie wyjątkowy, historyczny, z lat 60. – i zawiozłem mu do Kochanówki. Następnego dnia wchodzę, patrzę, a koszulkę, którą dałem Staśkowi, nosi jakiś facet. „Wybacz, Pawełku, ale on nic swojego tu nie ma, a to nasz wielki kibic. Nie mogłem mu odmówić” – tłumaczył beztrosko Stasio. I co było robić? Wkurzyłem się, nakrzyczałem na niego, ale wychodząc, machnąłem ręką. Taki był Stasiek – mówi wzruszonym głosem Paweł. – Jestem dumny, że człowiek tej klasy był moim przyjacielem – dodaje.

Lewandowski twierdzi, że są dwa mecze Stasia, których nie zapomni do końca życia.