Tercet prowincjonalny - Katarzyna Ryrych - ebook + książka

Tercet prowincjonalny ebook

Katarzyna Ryrych

4,2

Opis

Troje ludzi, których – mogłoby się wydawać – dzieli wszystko.

Troje outsiderów – z wyboru lub z konieczności.

Troje przeciw światu.

Emerytowana nauczycielka historii, która postanawia rozpocząć zupełnie inne życie z dala od wszystkich i wszystkiego, co do tej pory stanowiło jej codzienność.

Niedoszła morderczyni, której obca jest skrucha.

Były alkoholik, który nie został księdzem.

Miasteczko, które jak wampir wysysa ludzi, podzielone na tych co „za” i tych, co „przeciw”

Tu można tylko poddać się… lub przeżyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 177

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (49 ocen)
22
14
12
1
0

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Katarzyna Ryrych

Tercet prowincjonalny

Strona redakcyjna

Katarzyna Ryrych

Tercet prowincjonalny

© by Katarzyna Ryrych

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Elżbieta Chojna

Korekta i skład:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-629-8

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

www.pietro-wyzej.pl

I

Kiedy Troja zorientowała się, że oprócz przeszłości istnieje czas teraźniejszy, było już za późno.

Być może przyczyna leżała w jej instynktownej niechęci do historii najnowszej, ponieważ – jej zdaniem – szlachetna muza nagle zaczynała zachowywać się jak pospolita i na dodatek tania dziwka...

Starożytność, wieki średnie... Te miały w sobie uspokajającą stałość – stabilne rozpasanie, przewidywalny upadek, ascetyczne oddanie i złoty róg Rolanda, jednym słowem – nad wiekiem pierwszym widniała równie wielka kropka i Troja czuła się bezpiecznie.

Współczesność była dla niej absolutnie nieprzewidywalna. Zmieniające się poglądy, opcje, samokrytyki i zbrodnie, raz nazywane bestialskim mordem, a drugi mniejszym złem...

Uczniowie Troi nie mogli zrozumieć, dlaczego szczupła, po męsku ostrzyżona starsza pani, która z takim zapałem wykładała dzieje starożytnego Rzymu lub Sparty, na lekcjach historii współczesnej zmienia się nie do poznania, prowadząc beznamiętny wywód wspierany obficie cytatami z podręcznika. Nudzili się, dorysowując Bierutowi diabelskie różki albo ozdabiając marginesy podręcznika rysunkami, które nie pozostawiały wątpliwości co do ich symboliki.

Rzecz jasna, Troja lekceważyła owe ozdobniki, w głębi duszy szczerze rozbawiona ich niezdarną hiperbolizacją.

Jeden jedyny raz pozwoliła sobie na niewinny, ale podszyty jadem komentarz: „Marzenie licealisty”, co wywołało huragan śmiechu i na jeden krótki moment uczniowie przypomnieli sobie Złoty Wiek w Atenach.

Na przełomie stuleci Troja wkroczyła – zupełnie niepostrzeżenie dla siebie – w wiek emerytalny. W noc sylwestrową dokonała szybkiego remanentu swojego życia i zaskoczona spojrzała w lustro.

Zobaczyła kobietę o siwych, krótko ostrzyżonych włosach, ascetycznie szczupłą, co podkreślał szary kolor swetra.

Blask sztucznych ogni, które grupa dzieciaków odpaliła tuż pod jej balkonem i na krótką chwilę zalśnił na srebrnym wisiorku – jedynym, jaki Troja posiadała, a który przedstawiał grecką maskę tragiczną.

– Kartagina powinna zostać zniszczona – powiedziała trochę bez sensu i wypiła kieliszek szampana, z którego dawno zdążyły ujść bąbelki.

Dwa dni później na kartce, gdzie powinno znaleźć się sprawozdanie ze spotkania historyków, któremu przewodniczyła, napisała „POCAŁUJCIE MNIE W DUPĘ” i z pełną świadomością pozostawiła teczkę w sekretariacie.

Potem opróżniła swoją szafkę – kubek, spodek i kilka książek wsunęła do torby, a resztę ustawiła na półce.

– Wypalenie zawodowe – orzekła szkolna pedagog, patrząc na bezpańskie drobiazgi w otwartej szafce.

– Klimakterium – oświadczył wuefista.

– Depresja – dorzuciła nieśmiało plastyczka i tak zamknięto temat Troi.

Sama Troja była zaskoczona tym, co się stało, jak gdyby to nie ona, ale ktoś z zewnątrz poprowadził ją za rękę, a potem wywiódł z szarego, przysadzistego gmachu, do którego mogła trafić z zamkniętymi oczyma, jak dorożkarski koń, gdy woźnica zamroczony wypitą w pośpiechu setką uśnie na koźle.

Najgorsze ze wszystkiego było to, że w normalnej sytuacji Troja nigdy nie użyłaby podobnego sformułowania. A może to właśnie TA sytuacja była normalna – myślała Troja i nie dawało jej to spokoju.

Niemniej jednak nad Troją musiały czuwać opiekuńcze duchy, bowiem gdyby wydarzenie to miało miejsce rok wcześniej, Troja zdana na łaskę losu najprawdopodobniej zostałaby bez dachu nad głową.

Dyrektor szkoły, młoda, ambitna kobieta, której życiu przyświecało słowo „misja”, napisała w imieniu Troi podanie o możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę, które musiała własnoręcznie podpisać – bowiem Troja nie zamierzała otworzyć drzwi ani jej, ani koleżance polonistce, z którą spędziła przy jednym stoliku czterdzieści lat.

– Czterdzieści lat wystarczy – mruknęła pod nosem, spoglądając przez szparę w firance. – Czterdzieści lat rozmów o klasyfikacji, problemach wychowawczych...

Poczekała, aż postać w jesionce w jodełkę zniknie za zakrętem, i powróciła do przerwanej lektury.

Od tamtego pamiętnego dnia Troja nie odsłaniała zasłon w pokoju – jej okna wychodziły na szkolne boisko, które oglądała niezmiennie dzień po dniu przez całe życie.

Wybierała się po zakupy wczesnym rankiem, strzygła włosy maszynką, a na spacer udawała się po zmroku, kiedy okna szarego, ciężkiego budynku były ciemne, a na boisku przesiadywali ubrani na czarno długowłosi młodzieńcy i dziewczyny o paznokciach pomalowanych na czarno, a ostry, gryzący dym z papierosów, które palili, wciskał się do jej mieszkania przez nieszczelne okno.

Z kuchni widać było nieduży skwer, gdzie zwykle przesiadywały matki z dziećmi. Matki czytały kolorowe magazyny albo doklejały sobie tipsy, a dzieci twiły w piaskownicy i tłukły się wiaderkami po głowach.

– Kartagina powinna zostać zniszczona – powtórzyła Troja i otworzyła książkę telefoniczną.

Poczuła, że do tego dnia przymierzała się co najmniej przez ostatnie dwadzieścia lat, i z emocji zrobiło się jej sucho w ustach. Wypiła łyk mineralnej i wykręciła numer.

Miała wrażenie, że do chwili, gdy po drugiej stronie odezwał się rzeczowy – profesjonalny, przemknęło jej przez myśl – kobiecy głos, upłynęły całe wieki.

Przygotowanym uprzednio ołówkiem zapisała na kartce dane i odsłoniła okno.

Przechodzący chodnikiem długowłosy młodzian przystanął i pomachał do niej.

Troja odpowiedziała mu uśmiechem, choć najprawdopodobniej tego nie zauważył, i poszła do kuchni, gdzie na lodówce zostawiła paczkę papierosów. Otworzyła okno i zaciągnęła się głęboko.

Odwilż zdążyła pokryć chodniki szaroburą breją, ale mimo tego dwójka dzieci zjeżdżała na sankach z maleńkiej górki, spychając się wzajemnie z sanek w rozmiękły, przemieszany z błotem i trawą śnieg.

Troja westchnęła i podeszła do szafy. Ubrań było niewiele, wszystkie popielato-czarne, jedynie czerwona apaszka, którą kupiła kiedyś w jakimś niezrozumiałym porywie za złotówkę w lumpeksie, zaświeciła niby płomień.

Troja zdjęła apaszkę z wieszaka i okręciła nią szyję.

Dom – stary, drewniany, z niedużym gankiem stał w małej uliczce prowadzącej do kościoła. Miał przeszkloną werandę i sprawiałby dość miłe wrażenie, gdyby nie panujący w nim straszliwy bałagan.

Na podłodze walały się pudła i kartony, z których wysypywały się zetlałe ubrania, pod nogami brzęczało szkło z rozbitych słoików, a na środku kuchni leżała ogromna psia kupa.

Troja uniosła brwi i kwaśno spojrzała na swoją towarzyszkę.

Młoda kobieta sięgnęła po kawałek poniewierającej się na stole tektury, zgarnęła z podłogi kupę i wyrzuciła ją przez wybite okno. Troja odruchowo pomyślała o trawniku przed kuchennym oknem, gdzie wiosenne słońce wydobywało spod śniegu zwinięte w półksiężyce albo drobno pokruszone psie kupy, i wzdrygnęła się.

– Ciągle tylko gówno i gówno – mruknęła pod nosem i zaraz poczuła wyrzuty sumienia, że znowu, bez przyczyny, jest wulgarna.

A jaka mam być – odezwał się w jej głowie przekorny chochlik – skoro każdego dnia dowiaduję się, jakie zajebiste jest to czy owo?

Zajebiste. Pojebany. Jebać. Troja instynktownie nie znosiła tego słowa.

Import ze Wschodu – pomyślała. – Tak jakby nie wystarczało nam nasze swojskie, polskie „pierdolić”. Pierdolić trzy po trzy, pierdolić to czy tamto, zapierdalać...

Właśnie. Nagle przyszło jej do głowy, że przez całe życie uprawiała to, co znalazło się jako ostatnie na jej liście. Zapierdalała.

Młoda kobieta rzuciła jej pytające spojrzenie.

– Powinnam była zajrzeć tu wcześniej – powiedziała, profesjonalnie wyrażając skruchę.

Troja wzruszyła ramionami i wyszła na zewnątrz.

– Decyduje się pani?

Bezlistne gałęzie starych owocowych drzew pokryte guzami sterczały sztywno ku niebu.

– To dobre, stare odmiany. Trzeba tylko koło nich trochę pochodzić.

Troja odwróciła się. Oparty o ogrodzenie mężczyzna we włóczkowej czapce miał wygląd typowego menela. Na pewno nie golił się od kilku dni, a jego policzki pokrywały dziwne blizny.

Troja uniosła wysoko cienkie brwi.

– Jestem Franek – powiedział i, nie zdejmując rękawiczek, wyciągnął w jej stronę rękę.

Franek. To ostatecznie utwierdziło Troję w przekonaniu, że na samym początku w jej nowym życiu pojawił się lokalny pijaczyna. Przyzwoity, nawet lekko ekscentryczny człowiek mógłby zamiast „Franciszek” powiedzieć ot, tak po prostu „Franek”, ale powinien zdjąć rękawiczki, witając się z, bądź co bądź, starszą kobietą.

Dłoń nieznajomego zawisła w powietrzu, cofnął ją, lekko zbity z tropu, i odszedł, nie oglądając się za siebie.

– Decyduje się pani?

Troja popatrzyła w ślad za menelem i nagle zrobiło się jej przykro.

– A mam inne wyjście? – zapytała, obracając swoje roztargnienie w żart.

W ten oto sposób Troja rozpoczęła nowe życie, w którym – miała nadzieję – nigdy nie zobaczy psiej kupy na trawniku pod swoim oknem.

Wójt, tęgi i jowialny mężczyzna, wyczarował ekipę remontową i Troja, pozostawiwszy na kartce z notesu stosowne dyspozycje, powróciła do miasta, aby zająć się likwidacją swojego dotychczasowego życia.

Życia było sporo – dziesięć kartonów książek, jedna paczka naczyń i dwa pudła ubrań. Troja długo zastanawiała się, czy zabierać ze sobą biurko, przy którym spędziła tyle czasu, ślęcząc nad klasówkami, ale ostatecznie doszła do wniosku, że pozostawienie biurka przy śmietniku byłoby niegodnym aktem na miarę pozostawienia psa przywiązanego do barierki przy podmiejskiej drodze. A skoro już zlitowała się nad biurkiem, nie mogła znaleźć innego, wystarczającego powodu, aby pozbyć się reszty mebli.

Wkrótce, ku jej ogromnej radości, przekonała się, że w nowym wnętrzu stare meble wyglądają zupełnie inaczej – nie pchały się na siebie jak w poprzednim, ciasnym mieszkaniu, nie potykała się o krzesła, a wygodny, stary fotel całkiem przyzwoicie prezentował się na werandzie.

Znalazło się również miejsce na wszystkie drobiazgi, które dotychczas – z braku miejsca – pokrywały się kurzem w piwnicy, a książki mogły nareszcie stanąć w jednym rzędzie tak, że spoglądając na grzbiety, mogła dostrzec, która jest która.

Troja pomyślała, że wysoki i szczupły zegar szafkowy przestał tykać szybko i dychawicznie, natomiast zaczął odmierzać czas z rozmysłem i statecznie, jak przystało na rodzinną pamiątkę.

Opuściła miasto późnym popołudniem, kiedy ostatni uczniowie wychodzili ze szkoły.

Przeszła dobrze znaną drogą, mając wrażenie, że spogląda na nią innymi oczyma, odpowiedziała na pozdrowienia kilku młodych ludzi, wróciła do służbowego mieszkania i odkręciła z drzwi wizytówkę.

A potem wsunęła za lustro w łazience kartkę.

Jeśli wydaje się wam, że nie wiedziałam, jak mnie nazywaliście, to jesteście w błędzie.

Troja

– głosiły wyraźne, czarne litery.

Tak pożegnała miasto, do którego miała nadzieję już nigdy nie wrócić.

Bardzo szybko ustaliła, która droga do sklepu jest najkrótsza i o której przywożą do kiosku najświeższą prasę.

Idąc z wiklinowym koszykiem, przyglądała się ukradkiem mieszkańcom miasteczka, ale jak dotąd nikt, oprócz na oko czterdziestoletniej, rudowłosej kobiety, nie zwrócił jej uwagi.

Kobieta miała włosy w kolorze miedzi, tu i ówdzie poprzetykane siwymi nitkami, przezroczyste, zielonkawe, blade oczy i mnóstwo piegów na bladej twarzy.

Kiedy Troja zauważyła ją po raz pierwszy, ruda odgarniała śnieg przed sklepem.

Robiła to powoli, metodycznie i dokładnie, jakby od tego zależało coś bardzo istotnego – jeden płynny, posuwisty ruch szuflą i obrót w stronę powiększającej się zaspy.

Rudowłosej kobiecie towarzyszyła burobiała, piegowata suka.

Piegowata – to było zdaniem Troi najwłaściwsze określenie – pysk i kark psa pokryte były drobniutkimi plamkami, małymi jak piegi, przez co wyglądała zupełnie jak jej właścicielka.

Oczywiście był jeszcze menel, ten sam, któremu nie podała ręki, a który pochwalił drzewa owocowe w jej sadzie.

Parę razy wydawało się jej, że widzi jego chudą postać przemykającą między drzewami, ale – zapewne z powodu jej opryskliwości – omijał jej dom szerokim łukiem.

Tym większe było jej zdziwienie, gdy pewnego dnia pojawił się na ganku, niosąc w ręce wiklinowy koszyk i trzymając na sznurku młodego, przypominającego retrievera psa. Pies miał na grzbiecie łysy placek i kręcił się niespokojnie.

– Słucham? – zapytała, stając w drzwiach z rękoma opartymi na biodrach. Tę pozę zapamiętała z jakiegoś westernu, w którym główna bohaterka miała stawić czoła bandzie wyuzdanych opryszków.

Menel pociągnął nosem.

– W domu chyba przydadzą się pies i kot – powiedział.

Otworzył wieko koszyka i Troja zobaczyła potargany kłębek, który w żaden sposób nie przypominał kota.

Nigdy więcej psich gówien – przemknęło jej przez myśl, ale chochlik obudził się i nim zdążyła zaprotestować, została na schodach z psem i wiklinowym koszykiem.

– Proszę pana! – zawołała, ale menel nie słyszał lub, co gorsza, nie chciał słyszeć.

Pies podszedł do drewnianego słupka na ganku i obficie pokropił go moczem. A potem spojrzał na nią wyraźnie zadowolony z siebie i pomachał ogonem.

Troja nie ruszyła się z miejsca, dopóki nie zaczęła marznąć. Pies siedział naprzeciwko niej, a kot pomiaukiwał w koszyku.

– Jutro zadzwonię do azylu – powiedziała z nutą groźby w głosie, podniosła koszyk i poprzedzana przez psa weszła do domu.

Pies, postukując pazurami, obszedł całą kuchnię, a kot wyprysnął z koszyka i zadekował się pod kredensem.

Zaś Troja, poirytowana, weszła do pokoju, w którym urządziła sobie sypialnię, starannie złożyła narzutę i poklepała poduszkę, aby się wyprostowała.

Obudziła się w środku nocy z uczuciem, że nie znajduje się w sypialni sama. Kiedy zapaliła nocną lampkę, zobaczyła, że pies otworzył sobie drzwi i ułożył się w nogach jej łóżka.

Więc to był ten ciepły ciężar przygniatający jej nogi.

Pies otworzył oczy i z podkulonym ogonem, bardzo niechętnie zszedł na podłogę.

– Jutro zadzwonię do azylu – mruknęła i zgasiła światło.

Stukanie pazurów ucichło tuż obok jej łóżka i po chwili coś ułożyło się obok.

– Paszoł won! – krzyknęła Troja, a pies uniósł głowę. W ciemności jego oczy błysnęły niby wilcze ślepia.

Rankiem Troję obudził przeraźliwy chłód. To pies swoim ciężarem ściągnął znaczną część kołdry i, jakby tego było mało, wyprostował się na całą, dość pokaźną długość.

Troja wstała, owinęła się płaszczem kąpielowym, pełniącym od niepamiętnych czasów funkcję szlafroka, i podeszła do telefonu.

Skostniałymi palcami wykręciła biuro numerów.

II

Troja usiadła na brzegu łóżka. Postawiła na leżącym na podłodze dywaniku prawą stopę, a lewą poszukała pantofla. Ktoś wsunął go pod łóżko. Podwinęła palce lewej stopy i powoli wyciągnęła pantofel.

Było w nim coś miękkiego.

Cofnęła stopę i podniosła pantofel z ziemi.

Na dywanik wypadła martwa mysz.

Ujęła w dwa palce cienki ogon i podeszła do okna.

Z parapetu spojrzały na nią z wyrzutem zielone oczy kotki.

– To co, do cholery, mam ją zjeść?! – wybuchnęła.

Kotka przekrzywiła głowę. Wyglądała tak, jakby chodziło jej właśnie o to.

Troja zamachnęła się i martwa mysz szerokim łukiem poleciała w trawę.

Kotka błyskawicznie zeskoczyła z parapetu i niby dobrze wyszkolony pies pojawiła się po chwili z myszą w pyszczku.

– Na miłość boską – jęknęła Troja.

Kotka spojrzała na nią.

Troja dobrze znała takie spojrzenie. Klasa biol.-chem., rocznik 1979- 1983, środkowy rząd, trzecia ławka od końca. Helena Gaj. Małpi gaj, jak żartowali sobie koledzy.

Troja spojrzała na kotkę kolejny raz powracającą z myszą i roześmiała się. Taki wybuch śmiechu nie zdarzył się jej od dawna. Nigdy nie bawił jej humor z zeszytów szkolnych, raczej zdarzało się jej uśmiechnąć przy lekturze uwag wpisywanych przez kolegów i koleżanki.

Ale spojrzenie wysokiej blondynki rozbrajało ją za każdym razem. Dziewczyna wydawała się być ciężko zaskoczona, ilekroć Troja wyrwała ją do odpowiedzi. „Nie rozumiem, czego pani ode mnie chce” – mówiły duże, niebieskie oczy. I tak samo spoglądała na Troję kotka, której futerko powoli przybierało biały kolor.

– No dobrze. – Troja sięgnęła po papierową tackę i położyła na niej mocno już sfatygowaną mysz. Wyjęła z szuflady nóż i widelec i w tym samym momencie usłyszała w ogrodzie podejrzane szmery.

Znad parapetu spoglądało na nią kilka par oczu, niewątpliwie należących do lokalnych dzieciaków.

Troja surowo zmarszczyła brwi i, nie spuszczając wzroku z okna, wsunęła mysz na widelec.

Dzieciarnia rozpierzchła się z wrzaskiem.

Przestraszona nagłym zamieszaniem kotka dała potężnego susa do przedpokoju.

Troja błyskawicznie wyrzuciła mysz do kosza na śmieci i wychyliła się przez okno.

W ogrodzie panowała cisza.

Sparzyła wrzątkiem widelec i nóż i zabrała się za przygotowanie śniadania. Muesli, pokrojony w plasterki banan, mała filiżanka czarnej kawy i plasterek bagietki posmarowany miodem.

Leżący pod stołem pies uniósł łeb i parsknął.

Troja odkroiła kawałek bagietki, posmarowała go masłem i podała psu. Zjadł i oblizał nos.

– Ładny z ciebie stróż – powiedziała, spoglądając z wyrzutem w okno. Pies leniwie poruszył ogonem.

Wypiwszy ostatni łyk kawy, Troja sięgnęła po papierosa.

Paliła powoli, zastanawiając się nad czymś, co od pewnego czasu nie dawało jej spokoju.

Z korytarza wysunęła się kotka i rzuciła Troi podejrzliwe spojrzenie.

– Była pyszna – powiedziała Troja i pogłaskała się dłonią po brzuchu. – Nie ma to jak świeżutka mysz z rana.

Kotka zajęła swoje miejsce na parapecie, a Troja, skończywszy papierosa, starannie umyła filiżankę, miseczkę i talerzyk.

Łazienka pachniała jeszcze świeżą farbą. Troja spojrzała na ustawione obok siebie słoiczki z kremami, perfumy i nieduże pudełko zawierające ołówek do brwi i końcówkę perłowoszarego cienia do powiek.

Z dezaprobatą obrzuciła wzrokiem parę kocich włosów na leżących na pralce spodniach i przejechała po włosach szczotką w drewnianej oprawie.

Kiedy wróciła do kuchni, okazało się, że pies ściągnął resztkę bagietki ze stołu.

Troja zamiotła podłogę i zmarszczyła brwi.

– Posłuchaj... – zawahała się. To, co od pewnego czasu nie dawało jej spokoju, było imieniem psa, który – jak wszystko wskazywało – zadomowił się na dobre.

Osobą, która powinna znać imię psa, był niewątpliwie menel w rękawiczkach, którego numer zapisała w starym notesie.

Troja spojrzała na zegarek. O tej porze miejscy menele zwykli wychodzić ze swoich małych ciemnych mieszkań, ciągnąc po chodnikach wyładowane puszkami lub butelkami wózki.

O wiejskich menelach natomiast Troja nie wiedziała nic. Ten w rękawiczkach od pierwszej chwili stanowił dla niej zagadkę – nagłe pojawienie się psa i kotki, najnowszej generacji telefon komórkowy i czerwony skuter. Być może tych dwu ostatnich dorobił się, zbierając poweekendowe puszki po piwie?

Wypaliła jeszcze jednego papierosa i wbiła numer, wpisując go w pamięć telefonu pod „M” jak „MENEL”.

Menel odebrał od razu.

– Imię psa – zaczęła bez zbytnich wstępów. – Przyprowadził pan psa bez imienia. Nie dość, że nie zapytał pan, czy w ogóle chcę tutaj jakieś zwierzęta, to jeszcze nie raczył pan...

– Trzynaście – odpowiedział menel.

Troja potrząsnęła głową.

– Nie rozumiem.

Gotowa była dać sobie rękę uciąć, że po drugiej stronie rozległ się cichy śmiech.

– No tak... – powiedział. – Ma prawo pani nie wiedzieć. To jego numer. Ze schroniska. Może go pani nazwać, jak tylko zechce.

– Rozumiem – odparła sucho Troja. – Dziękuję.

Schowała telefon do kieszeni sportowej bluzy i usiadła na krześle. Pies z miną winowajcy spoglądał w kierunku pojemnika na chleb.

– Trzynaście – powtórzyła Troja i spojrzała na psa. Pies nawet nie poruszył ogonem.

Troja zaciągnęła się papierosem i przymknęła oczy. Nigdy nie była w schronisku dla zwierząt. Oczywiście wiedziała, że istnieją tego typu instytucje, ba, uważała nawet, że są konieczne, ale nie przyszło jej do głowy, że mogłaby tak po prostu wziąć psa albo kota właśnie stamtąd.

Nie zastanawiała się też nigdy, czy w ogóle lubi zwierzęta, czy nie.

Pewnej zimy podpisała petycję o niezamykanie okienek do piwnicy, aby bezdomne koty nie pozamarzały bez dachu nad głową, ale to było wszystko.

Co zaś tyczyło się psów – kupy na trawniku tuż pod jej oknem doprowadzały ją do szału.

Siedząca na parapecie kotka wpatrywała się w nią tak intensywnie, że Troja otworzyła oczy.

– Helena – powiedziała nagle Troja. Kotka poruszyła wąsami. – I Parys.

Troja roześmiała się po raz drugi tego poranka.

Troja, Helena i Parys – brzmiało naprawdę imponująco. Ktoś inteligentny, obdarzony poczuciem humoru podobnym do tego, jakie miała Troja, na pewno od razu złapałby dowcip. Prawdziwy dowcip zaś polegał na tym, że Helena piękne miała tylko oczy, pies z Parysem kojarzył się jedynie anatomicznie, a Troja... no cóż, faktycznie była stara, może nie jak Iljon, ale coś było na rzeczy.

Fakt, że ostatnio czuła się młodziej – choć jak dawniej budziła się o szóstej, obracała budzik tarczą do ściany i przewracała się na drugi bok.

Bez wyrzutów sumienia otwierała oczy o wpół do dziewiątej, nie bez satysfakcji wspominając rząd dzienników lekcyjnych ustawionych równo na półkach, z których w poniedziałki wypadały wąskie karteczki papieru o treści: „klasa 2b – brak ocen ze sprawdzianów”, „2f – zapis ołówkiem, brak numeracji lekcji w klasie”... Uwag takich, rzecz jasna, nie dostawała Troja, która jako najstarsza nauczycielka w szkole funkcjonowała na absolutnie innych zasadach (fakt, że uczyła jeszcze matkę aktualnej pani dyrektor, znany był większości grona). Dla uczniów i ich rodziców była reliktem minionej epoki (nikt wszakże nie potrafił określić której), a dla gości, zapraszanych na uroczyste i patetyczne akademie, była symbolem szeroko pojętej oświaty...

Ale być może Troja czuła się młodziej z powodu świeżego powietrza, ogrodu, do którego należało wyjść, choćby dla przyzwoitości, a czasami nawet zapuścić się w rozciągające się daleko za ogrodem pola, przecięte wąską ścieżką.

Któregoś dnia zapuściła się aż nad płynący za miasteczkiem potok, gdzie rósł ogromny krzak głogu, i pomyślała o nalewce. Czerwona, lekko cierpka domowa nalewka tak bardzo opanowała myśli Troi, że wracając przez miasto, wstąpiła do niedużego sklepu monopolowego i zakupiła Nalewkę Babuni. W zasadzie miała ochotę na żubrówkę, ale nazwa nalewki bardziej pasowała do wizerunku starszej pani... Co prawda – to przyszło jej do głowy, kiedy opuszczała sklepik – nikogo by specjalnie nie obchodziło, gdyby kupiła wysoką flaszkę swojskiej siwuchy.

Stojąc na kocich łbach maleńkiego rynku, czuła się bardziej u siebie niż o pięćdziesiąt kilometrów stąd, gdzie fakt zakupienia alkoholu z pewnością byłby szeroko komentowany w pracy już następnego dnia. Wszystkowiedząca dyrektorka – najprawdopodobniej z braku lepszego zajęcia (Troja do dziś nie potrafiła uwierzyć, że praca zawodowa potrafi pochłonąć aż tak) gromadziła informacje na temat uczniów, pracowników i personelu technicznego i w odpowiednim momencie wyciągała je jak magik królika z wysokiego czarnego kapelusza. Wśród informatorów – co lekko wytrąciło Troję z równowagi – znajdowali się nawet najbliżsi członkowie rodziny, choćby szwagier, który, jadąc busem, nagrał na telefon komórkowy rozmowę jednej z nauczycielek z przyjaciółką, kiedy ta krytycznie wyraziła się o pracy szkoły... Troja, siedząc na radzie pedagogicznej, poczerwieniała z oburzenia, ale nie odezwała się ani słowem. Być może wtedy po raz pierwszy poczuła, że się dusi. Od tamtego dnia uczucie duszności towarzyszyło jej nieustannie. Dusiła się, wchodząc do starego budynku, gdzie w przeciągu kuliły się dyżurujące nauczycielki, dusiła się, wchodząc do pokoju nauczycielskiego, i jedynie zajmując swoje miejsce za biurkiem, czuła, że może oddychać.

Uczuciu duszności po pewnym czasie zaczęły towarzyszyć inne, równie nieprzyjemne doznania.

Kiedy na radzie pedagogicznej zamykającej pierwszy semestr dyrektorka włączyła laptop i na rozwieszonym na ścianie ekranie ukazała się figurka pokazująca wskaźnikiem na kolejne punkty wyznaczające porządek zebrania, Troja poczuła, że zaczyna boleć ją żołądek.

Przy każdym ruchu wskaźnika ból się nasilał. Troja spojrzała w okno. Zobaczyła blok, w którym mieszkała od dnia narodzin, okna mieszkania na parterze i pomyślała o filiżance gorącej, mocnej herbaty.

– Nagrodą za coś, co zrobiliśmy dobrze, jest... – dyrektorka zawiesiła głos i powiodła oczyma po sali – jest to, że zrobiliśmy to dobrze – dodała triumfująco.

Troja pomyślała o rachunku za prąd, gaz i wodę, wstała, najciszej jak się dało, i wyszła na korytarz.

Teraz – siedząc w kuchni w towarzystwie psa i błękitnookiej kotki – nie musiała robić dobrze niczego, a nagrodą za to, że zrobiła dobrze coś, co sprawiało jej przyjemność... było to, że było jej przyjemnie.

Przyjemnie było usiąść w fotelu z książką i popijać kawę z odrobiną koniaku, który kupiła przy okazji kolejnego spaceru.

Przyjemnym wydało się jej tego ranka również to, że siedzące obok niej zwierzęta miały swoje imiona. Świat powoli zaczynał nabierać wyrazu, a jego granice Troja określała sama.

– Panno Heleno! – rzuciła w stronę kotki. – Proszę natychmiast zejść ze stołu!

Kotka zamarła z łapką uniesioną w górze.

Troja wstała, założyła białe sportowe buty i owinęła szyję apaszką.

Pies momentalnie zerwał się z podłogi.

Powinnam kupić smycz – pomyślała Troja, a głośno powiedziała:

– Pies zostaje w ogrodzie. Pies ma pilnować domu, jasne?

Parys wybiegł przez uchylone drzwi i, unosząc nogę, obsikał pień rosnącej przed domem jabłoni.

Troja zamknęła furtkę na klucz. Ulica była pusta. Po obu jej stronach stały stare domy, ludzie najwidoczniej zdążyli już wyjść albo zajęci byli jedzeniem śniadania. Troja jednak nie odczuwała potrzeby zawierania żadnych znajomości.

Intrygowała ją odrobinę rudowłosa kobieta, ale nieznajoma, podobnie jak Troja, najwyraźniej nie miała ochoty na poznawanie się z kimkolwiek. Od czasu do czasu – gdy spotykały się przed sklepem – wymieniały spojrzenia, ale to było absolutnie wszystko.

Tego dnia rudowłosa kobieta zajęta była sprzątaniem przystanku autobusowego. Stojąc po drugiej stronie ulicy, Troja przez dłuższą chwilę przyglądała się, jak nieznajoma starannie wymiata niedopałki i bilety, które wiatr cisnął w kąt wiaty. Obok przystanku siedziała piegowata suka, przywiązana do zielonej ławki kawałkiem niebiesko-żółtej linki.

Troja poprawiła apaszkę i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę przystanku.

– Przepraszam – powiedziała, starając się, aby jej głos nie brzmiał zawodowo.

Rudowłosa kobieta odgarnęła z czoła kosmyki włosów.

– Chciałabym kupić smycz dla psa.

Kobieta oparła miotłę o ławkę. Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

– Smycz... – powtórzyła. – Tu kupi pani chyba tylko łańcuch.

Troja uniosła w górę cienkie brwi.

– Łańcuch?

Rudowłosa pokiwała głową.

– Celka, jak pani widzi, chodzi na czymś takim. – Dotknęła palcem linki. – Tu ludzie dziwią się, kiedy ktoś wyprowadza psa na spacer. Miejsce psa jest przy budzie – dodała z ironicznym grymasem na bladej twarzy.

Troja wzruszyła ramionami.

– Potrzebuję smyczy albo choćby czegoś takiego.

Rudowłosa kobieta nagle ożywiła się.

– Pani wzięła psa ze schroniska, już wiem. Trzynastkę.

– Ma na imię Parys – powiedziała Troja i poczuła, jak na jej twarzy pojawia się rumieniec.

Przypomniała sobie poranek, kiedy zadzwoniła do schroniska z prośbą, aby przyjęli psa i kotkę.

„Niestety – odpowiedział głos po drugiej stronie słuchawki. – Nasze schronisko jest w trakcie likwidacji... Staramy się wydać jak najwięcej zwierząt. Proszę spróbować w L.”. Troja odłożyła słuchawkę i spojrzała na oba zwierzaki, które najwyraźniej zaczynały czuć się tutaj jak u siebie w domu. Pies najwidoczniej nie pamiętał o nocnych próbach zdobycia łóżka Troi i jakby nigdy nic spoglądał na nią brązowymi oczyma. A kotka wyglądała tak żałośnie, że Troi zrobiło się wstyd – ze sterczącymi spod cienkiego futra żebrami przypominała obciągnięty skórą szkielet. Dwa niechciane przez nikogo – teraz również i przez nią – stworzenia wpatrywały się jej prosto w oczy, zupełnie jakby czytały w jej myślach. Troja westchnęła i dotknęła chudego grzbietu kotki.

– Ma na imię Parys – powtórzyła, a po twarzy nieznajomej przemknął cień uśmiechu.

– Mam w domu kawałek takiej samej linki – poinformowała Troję.

Troja pozwoliła, aby piegowata suka obwąchała starannie jej buty.

– Jestem w mieście codziennie – dodała. – Będę ją mieć przy sobie.

Troja uśmiechnęła się. Sposób, w jaki wysławiała się nieznajoma, i timbre jej głosu stanowczo nie pasowały do brzozowej miotły opartej o ławkę.

Być może pewnego dnia wyszła z pokoju nauczycielskiego – pomyślała Troja.

Pogłaskała nakrapiany łeb i skinęła głową. Odchodząc, czuła na plecach spojrzenie nieznajomej. Odwróciła się.

– A to jest Celina, tak? – Spojrzała na psa siedzącego posłusznie na chodniku.

Nieznajoma drgnęła, a na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech.

– Cela – uściśliła. – Nie Celina. Od „cela”. Chociaż na co dzień nazywam ją Celka.

Wzięła do rąk miotłę i wróciła do przerwanej pracy.

Troja poszła przed siebie pustym, wąskim chodnikiem. Szuranie miotły długo jeszcze rozlegało się za jej plecami.

W centrum miasteczka – zdążyła się już dowiedzieć, że wyłożony kocimi łbami ryneczek nosi dumną nazwę „centrum” – zauważyła kilka osób. Trzy starsze od niej kobiety zmierzały w stronę kościoła, dyskutując nad czymś zawzięcie, skrajem ulicy przejechał na zdezelowanym rowerze jakiś mężczyzna, a pod sklepem noszącym dumne miano RARYTAS dwu chłopców liczyło drobne.

Na jej widok jeden z nich nieco pobladł.

– Ty, to ta, co je myszy.

– E, pieprzysz – odpowiedział jego towarzysz.

– Sam widziałem. Z talerza. Jedną na widelcu miała.

– O kurde. – Chłopiec wsypał do kieszeni drobniaki.

Troja chrząknęła i przeszła obok, starając się zachować kamienną twarz. Weszła do sklepu, wzięła plastikowy, niebieski koszyk i wyjęła z kieszeni kurtki listę zakupów.

Wrzuciła do koszyka kilogram cukru, karton mleka, dwie świeże bułki i pleśniowy ser.

Czuła, jak przez szybę obserwują ją dwie pary oczu. Zawróciła i dołożyła do koszyka słoiczek musztardy.

– Lubię dobrze doprawione – powiedziała, wychodząc ze sklepu ze słoiczkiem w ręce.

Chłopcy wymienili szybkie spojrzenia i puścili się biegiem wzdłuż ulicy.

Troja spojrzała w niebo. Było jasne i wysokie, pocięte drobnymi kłaczkami chmur. Na drzewach ćwierkały wróble, a po kocich łbach spacerowały tłuste, szare gołębie.

Troja nie darzyła gołębi sympatią. Pomyślała o upstrzonych ptasimi odchodami parapetach, ptasich kupach rozpryśniętych na szybach zaparkowanych pod drzewami samochodów. W dziwny sposób nie kojarzyły się jej ani z gołąbkiem pokoju, ani gołębicą powracającą z gałązką oliwną w dziobie.

Kiedy z wieży kościoła odezwał się dzwon, Troja przystanęła. Spojrzała na białą wieżyczkę i odetchnęła z ulgą. Kościół na szczęście nie należał do wytworów nowoczesnej architektury przypominających zmięte papierowe torby, garaże lub wyrzutnie rakiet... Był zwyczajny, i zwyczajne było również bicie dzwonów – miarowe uderzenia niosące się daleko w czystym powietrzu.

Troja nie należała do gorliwych bywalców kościoła, szczególnie od czasu, gdy kościół zaczął zajmować się polityką. Szukała w nim zwykle czegoś, co określała dosłownie i w przenośni jako „święty spokój” – ciszy, półmroku, w którym połyskiwały szybki witraży, zapachu świec. To wystarczało jej zupełnie, aby porozmawiać z kimś, kto właściwiej oceniał historię i co najważniejsze, znał jej dalszy bieg. Wystarczyło jednak, żeby pojawił się rumiany a zażywny osobnik w sutannie – i nastrój pryskał.

Spojrzała raz jeszcze na trzy starsze panie znikające w drzwiach kościoła i przeszła obok kiosku.

Przed okienkiem obok „Gościa Niedzielnego” leżały nieco sfatygowane „Fakty i Mity”.

Troja uśmiechnęła się pod nosem,

Pomyślała, że świat kieruje się własną, nieco zaskakującą logiką, i udała się w stronę domu.

III

W nocy przyszedł wielki wiatr. Drzewa w ogrodzie wymachiwały gałęziami jak oszalałe, po trawniku latały suche liście.

Troja dorzuciła do pieca szufelkę węgla i przysunęła fotel nieco bliżej.

Kawa była gorąca i aromatyczna, a koc, jaki narzuciła na plecy, lekki i ciepły.

Kiedy w kominie cichło cienkie zawodzenie wiatru, kuchnię wypełniało mruczenie kotki i miarowe tykanie zegara.

Troja odłożyła gazetę.

To był właśnie wspaniały, tak długo oczekiwany święty spokój. Zegar wskazywał północ, ale nie musiała zrywać się następnego dnia o siódmej. Spojrzała na śpiącego psa i uśmiechnęła się.

Od chwili, gdy rozłożyła w kącie stary, sfilcowany koc, nie próbował pakować się do jej łóżka.

– Imię i własny kąt – powiedziała półgłosem. – Czyżby chodziło właśnie o to?

Pies poruszył ogonem, nie otwierając oczu.

Mnie wystarcza święty spokój – pomyślała.

Odstawiła na bok filiżankę i wstała z fotela. Raz jeszcze dorzuciła do pieca i skierowała się do sypialni. Gdy układała się do snu, na białej ścianie świecił odblask ognia.

Ognisko domowe – pomyślała, zasypiając.

Wiatr poświstywał cienko i trzaskał kawałkiem blachy na stojącej za domem szopie na narzędzia. Troja naciągnęła na głowę kołdrę i kiedy tylko jej oddech zamienił się w ciche pochrapywanie, kotka zeskoczyła z krzesła i jednym skokiem znalazła się na łóżku.

Rankiem okazało się, że wiatr zlizał resztki śniegu i Troja pomyślała, że należałoby zagrabić wszystkie suche liście.

Zjadła śniadanie szybciej niż zwykle i otworzyła szafę w poszukiwaniu czegoś, co nadawałoby się na strój roboczy. Szczęściem natrafiła na parę ocieplanych spodni, które kupiła dawno temu przy okazji szkolnej wycieczki w góry. Całości dopełnił szary golf i nieprzemakalna kurtka.

Założyła na głowę beret i poprzedzana przez psa wyszła do ogrodu.

Powietrze było wiosennie ciepłe. Pachniało rozmiękłą ziemią i butwiejącymi liśćmi, a wśród gałęzi uwijały się ptaki.

Troja wydostała z szopy grabie i zabrała się do roboty.

Robota jak na złość jej nie szła. Zęby grabi wbijały się w ziemię, wraz z liśćmi wyszarpywały kępki trawy i co chwila musiała ściągać rękoma mokre liście.

– Trzeba poczekać, aż podeschnie.

Troja drgnęła.

Za ogrodzeniem stał menel. Miał na głowie tę samą włóczkową czapkę, a na dłoniach te same rękawiczki.

Prawda – pomyślała, odstawiając grabie. – Jest jeszcze zbyt wcześnie.

Rzuciła menelowi wyzywające spojrzenie i wskazała na siedzącą na parapecie okna kotkę.

– Proszę zobaczyć, jak teraz wygląda.

Menel pokiwał głową.

– Bezdomnych zwierząt jest więcej niż bezdomnych ludzi – powiedział. – Nie sposób wszystkim nadać imiona, prawda?

Troja zmarszczyła brwi.

– Numer załatwia sprawę, tak? – Przed jej oczyma pojawiły się wyblakłe fotografie ludzi w pasiakach, ogolone głowy, nienaturalnie wielkie oczy.

– Czasami – odparł menel.

– Pies ma na imię Parys – powiedziała wyzywająco.

– A kotka zapewne Helena. – Na twarzy menela pojawił się wyraz triumfu.

– A tak – odparowała Troja.

Menel uśmiechnął się i poprawił przerzucony przez ramię plecak.

– To bardzo ładne imiona – ocenił, skinął głową i poszedł w stronę rynku.

Troja odruchowo pomyślała, że najpierw odwiedzi sklep monopolowy, ale nagle zdała sobie sprawę, że od menela ani razu nie pachniało alkoholem. Zaś błyskawiczna riposta dotycząca imienia kotki wprawiła ją w zdumienie. Widać mózg menela nie został jeszcze doszczętnie zlasowany – pomyślała i zaniosła grabie do szopy.

– Swoją drogą, jakie inne imię mogłoby pasować do towarzyszki Parysa – mruknęła do psa i przypomniała sobie o obiecanej lince.

Weszła do domu, starannie wyszorowała ręce i przebrała się w ciepły, wełniany kostium.

– Pies zostaje w ogrodzie. Pies ma pilnować domu – wygłosiła ustaloną formułę, a Parys pomachał ogonem i ułożył się na ganku.

Podmuch wiatru zerwał jej z szyi czerwoną apaszkę. Migotała niby płomień nad pustą uliczką, dopóki Troi nie udało się jej schwycić.

Zawiązała apaszkę mocniej i poprawiła przekrzywiony beret.

Szczęście, że nie widziały mnie dzieci – przemknęło jej przez myśl i nagle przystanęła zdziwiona. Co mogłoby być złego w tym, że goni po ulicy swoją apaszkę?

Gdybym późną nocą, zataczając się, wracała do domu – można byłoby nad tym dyskutować...

Troja wyobraziła sobie nagle siebie samą pijącą piwo pod sklepem monopolowym i roześmiała się. W małym, obcym miasteczku czuła się tak dobrze i swobodnie jak nigdzie dotąd.

Przeszła obok wysprzątanej wiaty, odruchowo rozglądając się za rudowłosą.

Najpierw zobaczyła sukę. Zwierzę zajadało coś ze smakiem, miarowo poruszając ogonem.

Rudowłosa kobieta rozmawiała o czymś z kierowcą niedużej półciężarówki, podczas gdy dwu mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach znosiło na chodnik szare worki pełne plastikowych butelek.

Na widok Troi rudowłosa pomachała ręką i zaczęła szukać czegoś w kieszeni granatowej roboczej kurtki.

– Nie zapomniałam – powiedziała, podając Troi starannie zwinięty kawałek linki. Linka zakończona była metalowym zatrzaskiem. – Pomyślałam, że zechcecie od razu gdzieś się wybrać.

Troja zważyła w ręce linkę.

– Jak... – zaczęła, ale nieznajoma przerwała jej.

– Przyjmę jedynie jakąś piespuszkę – uśmiechnęła się.

– Piespuszkę? – powtórzyła Troja.

– Tak nazywam psie jedzenie w puszce – wytłumaczyła rudowłosa. – Taki żart na temat gwary śląskiej.

Troja pokręciła głową.

– Wpadła mi kiedyś w ręce ciekawa książka, taki żartobliwy słownik śląskiej godki... Gazmaska, handgranat... Tak narodziła się piespuszka.

– Kiedyś robiłem na kopalni – odezwał się kierowca półciężarówki. – Mówią tam po swojemu. Czasem zrozumieć ciężko. Mówi taki: „Synek, podej, ten tam ón”. I bądź tu mądry.

– Pójdę po tę piespuszkę – powiedziała Troja i skierowała się w stronę delikatesów RARYTAS.

Zatrzymała się przed półką z jedzeniem dla zwierząt, szukając największej puszki, gdy nagle poczuła, jak ktoś delikatnie ciągnie ją za rękaw kurtki.

Odwróciła się. Tuż obok stała nieco zdyszana kobieta w puszystym berecie.

– Jestem Malinowska – powiedziała i, zniżając głos, dodała: – Pani rozmawia z tą rudą... Niedobrze.

Troja odsunęła się nieco.

– Nie rozumiem – powiedziała chłodno. – Rozmawiam i nie rozumiem, co miałoby w tym być złego.

– Męża zabiła – szepnęła Malinowska. – W więzieniu siedziała. Sam ksiądz wyprosił ją z kościoła. Byłam przy tym.

Troja wyprostowała się.

– Przy zabójstwie? – podpowiedział jej chochlik. – Jak to zrobiła? Jak Raskolnikow?

– Tego pana nie znam. – Malinowska poczerwieniała na twarzy. – Ale byłam wtedy w kościele.

Przed oczyma Troi stanęła wysoka, chuda postać maturzysty z humanistycznej.

– Przyjrzyjcie się waszemu koledze! – Głos dyrektorki niósł się echem po długim, wąskim korytarzu, którego ściany, niegdyś wyłożone boazerią, wyflizowano ohydnymi, łososiowymi płytkami. – Uczeń został przyłapany przez funkcjonariuszy straży miejskiej na spożywaniu alkoholu w miejscu publicznym. Tym samym naraził na szwank dobre imię szkoły.

Troja z niedowierzaniem zamrugała i po raz kolejny poczuła, że się dusi.

Spojrzała na uczniów stojących karnie wzdłuż korytarza.

– Z uwagi na egzaminy maturalne, do których uczeń Tomasz Dąbrowski ma w tym roku przystąpić, regulaminowa kara przeniesienia do innej placówki oświatowej nie zostanie zastosowana.

Troja usłyszała zbiorowe westchnienie ulgi.

– Jednakże uczeń Tomasz Dąbrowski musi ponieść konsekwencje swojego czynu – ciągnęła dyrektorka i Troja odniosła wrażenie, że jej postać zaczyna rosnąć. – Do końca roku szkolnego uczeń Tomasz Dąbrowski zostaje zawieszony w prawach ucznia. Pociąga to za sobą zakaz uczestnictwa w studniówce i imprezach szkolnych. A teraz proszę nauczycieli o odprowadzenie podopiecznych do sal lekcyjnych.

Zapadła nagła cisza, po czym korytarz wypełniło szuranie butów i trzask otwieranych i zamykanych drzwi.

Troja odsunęła krzesło i spojrzała na uczniów zajmujących swoje miejsca.

– Pieprzyć studniówkę! – dobiegło zza otwartego okna.

Dwadzieścia par oczu uporczywie wpatrywało się w Troję.

– Historia zna i takie przypadki – powiedziała sucho. – Cofnijmy się do czasów starożytnej Sparty...

Kiedy dzwonek oznajmił koniec lekcji, Troja odrobinę za głośno zamknęła dziennik i wyszła na korytarz.

„Pieprzyć studniówkę” rozlegało się tu i ówdzie, ale przeszła do pokoju nauczycielskiego, nie zwracając na to uwagi.

Przy czarnych, zimnych, plastikowych stolikach wrzało.

– Doszły mnie słuchy, że uczniowie zamierzają zbojkotować studniówkę. – Dyrektorka nerwowo stukała w szybę stołu, pod którą umieszczono podział godzin ze starannym zaznaczeniem nazwisk nauczycieli dyżurujących.

Troja spojrzała na zegarek, ten sam od ponad dwudziestu lat. Od apelu do przerwy minęło zaledwie pół godziny.

Troja spojrzała na zaczerwienioną twarz rozmówczyni.

– Jeżeli dobrze zrozumiałam – powiedziała, starannie cedząc słowa – jako dobra katoliczka zaprotestowała pani?

Malinowska żachnęła się.

– Broń Boże! – wykrzyknęła.

Troja poprawiła czerwoną apaszkę.

– Zatem przypomnę pani, że Chrystus biesiadował z celnikami, nauczał kobiety, stanął w obronie ladacznicy – tak, nie przesłyszała się pani, a Magdalena – tak, Magdalena była po prostu dziwką. I oczywiście rozmawiał z Samarytanami.

– Ci tutaj nie mieszkają – zająknęła się Malinowska. – Ja nie wiem.

– Nie wie pani? – Troja przybrała głos, jakiego zwykła używać na lekcjach w klasie sportowej. – Za to wie pani wszystko inne. I chętnie służy pani informacjami.

Malinowska cofnęła się.

– Otóż uzupełnię pani rozległą wiedzę – syknęła Troja. – Na śniadanie jadam myszy. Z musztardą.

I pozostawiwszy oszołomioną właścicielkę puszystego beretu obok półki z jedzeniem dla zwierząt, ruszyła w stronę kasy.

Kasjerka, młoda dziewczyna o kilkucentymetrowych paznokciach, obdarzyła Troję promiennym uśmiechem.

– Życzę pani miłego dnia – powiedziała, a Troja skinęła głową.

Czując na plecach wzrok Malinowskiej, podała rudowłosej puszkę.

– Parys ucieszy się ze spaceru – powiedziała. – A tak w ogóle jestem... – Troja zawahała się. Jej imię i nazwisko wydały się jej nagle dziwnie obce. – Nieważne. Moi uczniowie nazywali mnie Troją.

– Karolina – powiedziała rudowłosa i uścisnęła wyciągniętą rękę Troi.