Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 147 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Teraz - Agnieszka Drotkiewicz

Doktor nauk humanistycznych Karolina Pogorska, zatrudniona w Zakładzie Kultury w Kryzysie, wie o świecie naprawdę dużo. Jednak ta wiedza nie pomaga jej w codziennym życiu. Z dala od sali wykładowej i biurka, na którym piętrzą się sterty książek, Karolina jest nieporadna. Mieszka sama. Nie umie znaleźć porozumienia z rodziną. Przeczuwa, że powinna spotkać się z kimś choć na chwilę – w rozmowie, we współdziałaniu, być może w miłości – jednak nie potrafi. Zdobyczy rewolucji feministycznej nie sposób przecenić. Ale po batalii w kobiecie zostaje także puste miejsce, które nie wiadomo jak wypełnić. Karolina jest na tyle inteligentna, żeby to spostrzec, ale czy jest na tyle mądra, by temu zaradzić? Co gorsza, zdaje sobie sprawę, że w kulturze zdominowanej przez Photoshop ciało nie jest przyjacielem człowieka, zwłaszcza kobiety. Ze zgrozą przegląda się w postaci Emmy Bovary, powtarzając za Flaubertem: Pragnienia ciała, żądza pieniędzy i melancholijna namiętność, wszystko to splotło się w jedno cierpienie. Opłakiwała swe marzenia zbyt górne i domek zbyt ciasny. Karolina jednak się nie poddaje. Szuka języka, w którym mogłaby opowiedzieć o sobie – kobiecie żyjącej tu i Teraz.

Drotkiewicz pokazuje świat zdeformowanych uczuć. W powietrzu krąży zło, które ludzie sobie wyrządzają i przekazują dalej. Ta rzeczywistość jest ciemna, lepi się od brudu, pełno w niej niespełnionych pragnień miłości i zrozumienia. Oraz potrzeby pobudzenia intelektualnego. Opowieść jednak nie przeraża, bo niebezpieczne natężenie złych emocji rozładowuje humor.

Piotr Kubiński, Gazeta Wyborcza

Pod powierzchnią połamanego języka buzują emocje, to proza niebywale szczera. Agnieszka Drotkiewicz, jak mało kto, potrafi obnażyć to, co w ludziach pierwotne.

Hanna Rydlewska, Exklusiv

Opinie o ebooku Teraz - Agnieszka Drotkiewicz

Fragment ebooka Teraz - Agnieszka Drotkiewicz

…archipelagi…

Agnieszka Drotkiewicz

Teraz

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2009 Wydanie I

Warszawa 2009

Dla Dox Bizarre-Ponuro z podziękowaniami za wszystko oraz dla Tiens Bizarre

Myślała, że szczęście jest owocem pewnych krain i jak roślina w niewłaściwej glebie nie może rozkwitać gdzie indziej.

Gustave Flaubert,Pani Bovary(przeł. Aniela Micińska)

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

1

Tak właśnie jest: czarny poranek, niskie ciśnienie atmosferyczne, porządnie zamieciona izdebka na poddaszu, skromnie, ale czysto ubrana dziewczyna, na maszynce spirytusowej grzeje się imbryk. Szczęśliwi, którzy idą do pracy. Tyle razy widziałam ten film. Tylko dlaczego ciebie tu nie ma, żeby śledzić każdy mój ruch: kiedy przed wyjściem myję i wycieram kubek po herbacie i talerz po owsiance, kiedy zamiatam okruchy i sprawdzam, czy okna są zamknięte jak trzeba?

Gdzie jesteś, biedactwo, i dlaczego nie ma cię tutaj, żeby na mnie patrzeć? Przyznaj: jestem godna podziwu, kiedy wstaję czarnym rankiem, żeby wziąć na siebie heroizm tej pory dnia. Więc dlaczego nie ma cię tutaj, żeby być niemym i trochę zawstydzonym własną bezczynnością świadkiem mojej dyscypliny, dlaczego nie wodzisz wzrokiem za moimi ruchami, czemu nie malujesz tła dla osoby, jaką jestem? Bo ja, przyznaj, jestem kwintesencją dzielności, jestem wszystkimi czajnikami i ekspresami do kawy, rozgrzewającymi się w ciemnościach, jestem parą skraplającą się na szybach autobusów wiozących ludzi z Marek i Czarnej Strugi na Dworzec Wileński, jestem odgłosem kroków na oblodzonym chodniku. Jestem piękną dysydentką z radzieckiego filmu, dziewczyną, której jedynym marzeniem jest to, żeby się wyspać. Była chyba nauczycielką – jak ja! Nie mogła pracować w zawodzie, więc musiała zarabiać, pracując na kilku etatach jako sprzątaczka i dozorczyni. Zakochał się w niej mężczyzna zamożny i prominentny i usiłował uwieść ją kawiorem z bieługi. Któregoś dnia piękna dysydentka zdecydowała się wsiąść do czekającej na nią limuzyny, ale gdy tylko oparła głowę o skórzaną tapicerkę – natychmiast zasnęła. I to wzruszyło mężczyznę prominentnego. Taka zmęczona, taka skromna. Zupełnie jak ja! Tyle razy widziałam ten film.

Dlaczego ciebie tu nie ma? Moje biedactwo, moja najlepsza przyjaciółko, byłyśmy razem takie szczęśliwe! Jak samowiedza, która spotyka na gościńcu drugą samowiedzę i dziwi się, jak bardzo są do siebie podobne. Dwie stare panny na wygnaniu. Warszawa, metro Kabaty, stacja końcowa. Kobiety wykluczone mieszkają poza centrum. Byłyśmy wykluczone i byłyśmy solidarne z wykluczonymi. Przynosiłam ci z krwiobiegu miasta to, co najważniejsze. Powiedz tylko, czy nie byłyśmy szczęśliwe? Dwie stare panny na kabackim wertepie skaczą przez skakankę.

Ja jednak żyję, tak można to nazwać, ja żyję, mimo że przecież do życia potrzebny jest Inny. Niektórzy uwewnętrzniają konieczność i prawo, ale to takie kapitalistyczne, takie prawicowe. A raczej: liberalne. Ja jestem ja, a nie Robinson Crusoe. Zresztą trochę jestem Robinsonem Crusoe, wystarczy spojrzeć na złożoną kanapę, równo poskładaną pościel, ukrytą w schowku. Jestem trochę Robinsonem Crusoe, zaraz zamknę moją wysprzątaną samotnię, naciągnę czapkę, przygarnę do siebie papierową lakierowaną reklamówkę z perfumerii Douglas pełną książek i wyjdę. Będę drobiła kroki moimi raciczkami po oblodzonym chodniku. Nie odwrócę się, nie spojrzę w kuszący marazmem i melancholią, parujący mgłą Las Kabaciki. Obejmę mocno reklamówkę, żeby padający śnieg nie rozmoczył lakierowanego papieru. Mróz sklei mi rzęsy, a ja będę szła przez księżycowy krajobraz Kabat, przez parking koło Tesco. Będę wdychała rozpylany poprzez mróz zapach bladych bułek. Będę szła do stacji metra, mijając po drodze dziarską grupę emerytek z kijkami. Co środę o ósmej rano mają zbiórkę przed leśno-polnym spacerem. Marsz z kijkami, zwany także nordic walk-ing, to sport przyjemny i odpowiedni zarówno dla osób młodych, jak i w podeszłym wieku. Więc kto z nas jest Robinsonem Crusoe? Chyba jednak nie ja. Byłyśmy razem szczęśliwe, naprawdę byłyśmy!

Więc dlaczego nie ma cię tutaj, żeby zamknąć za mną drzwi?

Kiedy drzwi się nie otwierają, to znaczy, że są zamknięte. Proste? Nie aż tak bardzo. Ja nie jestem tego tak bardzo pewna. Naciskam klamkę, ciągnę ją do siebie. Uwieszam się klamki. Zamknięte. Czekam na windę. Tymczasem sprawdzam, czy zamknięte, bo mogłam się przecież pomylić. Wsiadam do windy. Cofam się. Zamknięte. Chyba. Być może. Nie jestem pewna. Wieszam się na klamce. W końcu kładę się na wycieraczce. Nie mam siły. Nie mam siły na myśl o tym, że być może nie zamknęłam drzwi. Że nie zamknęłam się w sobie. Nie wiem, jak ludzie mogą żyć z tak ogromnym ciężarem odpowiedzialności, jakim jest zamknięcie drzwi. Mam dreszcze lęku, kiedy pomyślę, że mogłabym pracować jako ekspedientka i zamykać sklep na noc. Sama! A przecież niektórzy tak robią. Kiedyś widziałam kobietę zamykającą sklep z kosmetykami Izis. I nawet nie szarpnęła klamką, żeby sprawdzić, czy na pewno zamknięte. A przecież zamknąć się w sobie to jedna z największych przyjemności. Być cicho, nie odczuwać fizycznej potrzeby opowiadania o sobie, informowania wszystkich: „jest mi niedobrze” czy: „mam migrenę”. Bądźmy sobie niepotrzebni. Jak by to było cudownie.

Za chwilę wstanę, sprawdzę, czy zamknęłam drzwi, wejdę do windy. Za chwilę minę grupę emerytek maszerujących z kijkami, chyba że do tej pory zanurzą się w parującym melancholią Lesie Kabackim. Ale teraz leżę pod drzwiami mieszkania, z twarzą na gumowej wycieraczce (wczoraj ją trzepałam i szorowałam starą szczoteczką do zębów, ale i tak czuję na policzku piasek). Za chwilę dzień potoczy się zgodnie z rozkładem, ale teraz leżę i jest nawet przyjemnie.

Mieszkam na piątym piętrze, najwyższym. W skośne okno na poddaszu uderza śnieg. Sąsiedzi z lewa już wyszli do pracy, a opiekunka do dzieci nie weźmie ich raczej dziś na spacer. Do godziny osiemnastej nikt tu nie wejdzie, chyba że zbłąkany roznosiciel ulotek. A może, może zrobię sobie dziś wolne? Tak przyjemnie jest leżeć na klatce, w płaszczu, umalowana, gotowa do podjęcia wszystkich wyzwań współczesności, a jednak milcząca, a jednak bierna, a jednak poza. Kiedy tu leżę, nic mnie nie dotyczy. W moim organizmie zachodzą różne procesy, trawi się owsianka, gdzieś tam pozostawiona przez nieuwagę w gniazdku ładowarka ciągnie prąd (trzeba będzie za to zapłacić), a dziewięć stacji metra stąd, na Uniwersytecie, moi studenci przyznają mi punkty od zera do sześciu za „stosunek do przedmiotu”, ale kiedy tu leżę, nic mnie nie obchodzi. Ta klatka schodowa jest bardziej pociągająca niż Las Kabacki. Raz położywszy się na wycieraczce, nie mogę się powstrzymać, żeby nie zostać tu chwilę dłużej. Kto zresztą obliguje taką samotną starą pannę jak ja do dyscypliny? Tylko ja sama. I tylko ja sama mogę się z niej zwolnić. „Dr Karolina Pogorska odwołuje dyżur i zajęcia w dniu 17 listopada z powodu choroby. W dniu 18 listopada zajęcia i dyżur odbędą się zgodnie z planem.” Widzę, jak sekretarka wbija szpilkę w korkową tablicę przy drzwiach Zakładu Kultury w Kryzysie. Mam czas do osiemnastej.

Około osiemnastej wracają sąsiedzi. Alina i Witek. To oni wprowadzili sympatyczny zwyczaj rozmów na klatce. Alina i Witek zajmują dziewięć-dziesięciometrowe mieszkanie, w którym właśnie położyli tak zwany ruchomy parkiet. Ten parkiet ładnie pachnie, jak zresztą wszystko, co nowe. Żeby zapach nowości nie zwietrzał zbyt szybko, Alina i Witek palą na klatce, dym wędruje pod drzwiami i wtedy ja się nim zaciągam, to nawet przyjemne i całkiem tanie. Alina i Witek palą na klatce, zadomowili się na niej: wystawili nawet przed drzwi stary aluminiowy stołek turystyczny oraz niebieską filiżankę z utłuczonym uszkiem – jako popielniczkę (choć pamiętam, że długi czas służył do tego słoik po czarnych oliwkach) – zapewne w myśl zasady, że sionka, przedpokój, komórka i tym podobne pomieszczenia często pełnią funkcję ostatniego ogniwa przemiany materii przedmiotów niepotrzebnych w domu.

Alina i Witek nieświadomie komunikują się też ze mną za pomocą zapachów kuchennych. W mojej kuchni, koło okna, jest takie miejsce, gdzie pod kafelkiem jest rura z ciepłą wodą. Kiedy stoi się na tym ciepłym kafelku, czuć zapach jedzenia, które gotuje Alina. Czasem, kiedy nie chce mi się robić niczego na kolację, staję tam i wącham: „zrazy z kaszą gryczaną”, „barszcz ukraiński”, „zapiekanka mięsno-ziemniaczana”.

Śnieg przestaje padać, topi się i płynie po szybie.

Dzwoni telefon (mama). Nie odbieram. Dzwoni ciągle: mamo, nie mogę rozmawiać, jestem w banku, mówię szeptem. Oddzwonię do ciebie. Głód i poczucie winy. Jestem ich dzieckiem, tak samo jak ty, moje biedactwo. Zawsze coś węszyłaś, jakieś uczucie, z nosem przy ziemi, bo może coś komuś upadło. Gdzie poszłaś, biedactwo? Co knujesz? Same łzy nie wystarczą! Tyle razy ci to mówiłam. Wszyscy umieramy ze śmiechu i szukamy szczęścia, ale naprawdę powinnaś była przestać knuć w sprawie Ryszarda od jego urodzinowego przyjęcia, kiedy wróciłaś do domu ze stanikiem w kieszeni swojego kurtko-płaszcza.

Widzę cię, jak stoisz w mieszkaniu Ryszarda na ulicy Mokotowskiej, wśród jego wszystkich roślin doniczkowych, do których jest naprawdę przywiązany. Poszłaś tam sama, ja nigdzie nie poszłabym sama! Zawsze trzeba mieć jakąś kopię zapasową, ale ty, jak zawsze, idziesz na całość i już w przedpokoju wiesz, że wszystko na nic. W powietrzu unosi się zapach zadowolenia z siebie, nie pasujesz do tego. Od samego zapachu zaspokojonych pragnień kręcą ci się łzy w oczach, ale brniesz dalej. Wypełzasz z puchowej kurtki, która raz za razem spada z wieszaka, jakby wąskie płaszcze z wełny przezywały ją od „grubych”. Najgorsze, że zagalopowałaś się i zdjęłaś też zabłocone kozaki. Stoisz boso na parkiecie. Koleżanka Ryszarda, która otworzyła ci drzwi, patrzy pytająco. Reszta gości, których nie znasz i niewiele wskazuje na to, żebyś miała ich poznać tego wieczoru, jakoś ominęła złe warunki atmosferyczne w błyszczących pantofelkach. Ale nie ty.

Ryszard jest w drugim pokoju, tym, w którym ciebie nie ma. Powinnaś to przemyśleć. Ale jest za późno. Ryszard macha na powitanie ręką – tak samo chudą jak cała reszta jego ciała – i nie przestaje się wić. Ryszard wije się w tańcu, białą koszulę ma włożoną w spodnie. Pasek poszarpany przez dzikiego zwierza jest wyeksponowany. W żadne z jego ubrań ty nigdy byś nie weszła, jesteś za gruba! Chudy Ryszard w czarnych okularach tańczy przy sztucznym świetle, a twoje biedne, zamulone cukrem ciało podryguje niemrawo. Kołysząc się tylko pozornie do taktu, pchasz przed sobą pudełko ciastek z cukierni Słodki Słony. Sama niczego nie umiesz wymyślić, wszystko kopiujesz po mnie! Kiedyś cię tam zabrałam, w tak zwany szary wtorek, żeby ci opowiedzieć, że te ciastka są jak orgazm. Są jedyną rzeczą, która sprawia, że na chwilę zapominasz o gorsecie życia pełnego umiaru i ciężkiej pracy. I teraz niesiesz tę słodką poezję, za którą zgodnie z nazwą słono zapłaciłaś, niesiesz cukier z płatkami róż Ryszardowi, a on szczypie cię w policzek i mówi, żebyś postawiła to gdzieś. Bo on jest teraz zajęty tańcem.

Gdybym ja była tam z tobą, powiedziałabym ci, że nie ma się czym zachwycać, bardzo możliwe, że on te włosy w kolorze skandynawski blond sobie przeszczepił, że spod jego uroku wybieganego cocker-spaniela przeziera ruina, nikt nie staje się coraz młodszy, tylko coraz starszy. Ja bym ci to powiedziała, bo jestem doktorem kultury w kryzysie, ale ty bezmyślnie się zachwycasz. Odstawiasz pudełko z ciastkami na jakąś szafkę, smutno jest ci się z nim rozstawać, tyle powiedziałaś do tego pudełka, odkąd wyniosłaś je ze sklepu. Te ciastka są książką – traktatem twojego przywiązania i uwielbienia. Tyle że mężczyźni nie znają języków, w jakich piszemy takie książki. A ten mężczyzna, czyli Ryszard, nie pofatygował się nawet, żeby rzucić okiem na tylną okładkę. Choćby na zdjęcie autorki. Może to i lepiej. Spójrz na siebie, biedactwo! Twoje miejsce jest przy kuchence, mogłabyś ugotować sobie budyń, a nie pchać się na tańce. Patrzysz na siebie w lustrze i nie możesz uwierzyć, jak to się dzieje. Przecież jesteś zupełnie inna. Wewnątrz to jesteś ty. Wewnątrz jesteś księżniczką. A w lustrze zwalistą osobą o szarych włosach. Czujesz łaskotanie w przełyku. Wiesz już, jak to się skończy. A wtedy w lustrze za swoimi plecami widzisz dziewczynę, która wygląda, jakby obrabowała H&M. I wszystkie łupy włożyła na siebie. Ty nawet nie znasz nazw tych ubrań (getry? gipiura? gorset?). I ta osoba – ten Ziggy Stardust – bierze z szafki pudełko z twoimi ciastkami, otwiera je i wkłada do ust połowę ciastka obsypanego płatkami róż, wartość rynkowa piętnaście złotych. Ten potwór pożera to, oblizując się obscenicznie, a ty biegniesz do łazienki. Rzucasz się na kolana obok kibla, ale nie możesz zwymiotować. Nic dziwnego, nic dziś nie jadłaś, tak się denerwowałaś przyjęciem. Czy tak już będzie zawsze, biedactwo? Czy każde wyjście będzie się kończyć płaczem w cudzej łazience, bez zrozumienia ze strony cudzych kosmetyków? Mnie nie pytaj, ja wiele razy mówiłam ci, co o tym myślę.

Kiedy naciągniesz sobie skórę na twarzy tak, żeby nie za bardzo marszczyła się ze smutku, wychodzisz z łazienki. Ciągle jeszcze pełna nadziei, ciągle wierna zasadzie: Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego. Ryszard tymczasem podskakuje na parkiecie i pyta, czy jego koleżanki sprawią mu jakąś przyjemność w dniu jego trzydziestych siódmych urodzin. Koleżanki zapewniają go, że tak. A ty myślisz: Co za farsa! Klucz do szczęścia Ryszarda posiadam ja. Gra, którą proponuje Ryszard, ma wyglądać tak: wszystkie dziewczyny zdejmą teraz staniki i oddadzą jemu, a on wybierze ten, który według niego najładniej pachnie, i z jego właścicielką będzie tańczył przez następną godzinę.

No popatrz, taki wspaniały konkurs, a ty nie umiesz się bawić! Biedactwo. Gdybyś umiała się bawić, gdybyś tylko umiała się bawić! Jeździć nocnym pociągiem bez mycia i nie śmierdzieć, śpiewać na dachu ciężarówki, wymiotować za ubranie w taksówce, z wdziękiem primadonny sikać przez spodnie na premierze filmu. Gdybyś tylko umiała się bawić, ale ty stawiając na szali coś zupełnie bez wartości, czyli szary wtorek, tracisz nawet ten szary wtorek, ty po prostu nie zdążasz na nic, biedactwo. Nie trafiasz w dźwięki i okropnie wyglądasz!

Oczywiście zdejmujesz stanik i kontrolnie go wąchasz. Nie jesteś zachwycona, ale dzielnie ustawiasz się w kolejce. Ryszard przyjmuje staniki, i słyszysz, jak mówi: Tyle mówią o tej anoreksji, ale ja nie widzę niczego złego w bardzo szczupłych dziewczynach, co ja poradzę, że tylko one mi się podobają? Po prostu nie wiem, co miałbym robić z tymi rubensowskimi stworami!

Wreszcie zrozumiałaś, że to nie jest twój wieczór, prawda? Wkładasz stanik do kieszeni kurtko-płaszcza, wzuwasz kozaki i uciekasz. Pożegnaj wreszcie Ryszarda, biedactwo! Wsiadaj na statek, wyciągaj chusteczkę, machaj nią, aż przestaniesz widzieć brzeg. Potem wyrzuć chusteczkę (żadnego wkładania jej między kartki pamiętnika) i zacznij nowy dzień.

Tak, słyszałam tę historię wiele razy. Wiem, Ryszard jest twoją ostatnią nadzieją (tylko na co?). Wszystko wskazuje na to, że on umie się bawić. Wiem to wszystko od ciebie, ale tego nie rozumiem. Ja, Karolina Pogorska, nigdy nie czekam na resztki. Żądam najlepszego z pierwszej ręki. Ot co.

Powiem ci zresztą, że nie dziwię się Ryszardowi. Wcale. Wiesz, co to za opresja znosić te błagalne spojrzenia? Niestety, moje biedactwo: zakochać się w kimś wbrew jego woli to odwrotność lodów podwójnie czekoladowych. Nie dość, że czujesz się, jakby ci publicznie łamano kości na dziedzińcu, to jeszcze robisz przykrość osobie niezainteresowanej twoimi zakusami. Wdzierasz się w jej strefę prywatną. Sama wiesz, jak się lękam i jak nienawidzę tego knypa, który regularnie co piątek pisze do mnie: „Może wpadniesz do mnie?” Dr Szymon Morawa posiada chyba autopilota na te retoryczne propozycje – zatruwa mi tym każdy piątek, czasem słońce, czasem deszcz, ale zawsze: „Może wpadniesz?”, sto pociech, ohyda. I ja tak chciałam cię przed tym ochronić! Tak bardzo nie chciałam, żebyś to ty była knypem dla Ryszarda! Ja, która od piętnastego roku życia zawsze miałam chłopaków, i to zawsze starszych od siebie, czegoś się od nich nauczyłam i dlatego właśnie zgadzam się z tezą, że ludzie mają tylko takie poglądy, jakie znajdują w sferze publicznej.

Dzwoni