Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 260 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Teraz 44. Historie - Marcin Dziedzic, Michał Wójcik

Gdyby w ten sposób opowiadano nam historię w szkole, znalibyśmy ją na wyrywki bez wkuwania. Wyjątkowa, frapująca książka!

Najpierw były niezwykłe, okrzyczane przez widzów jako „niesamowite”, zdjęcia – fotomontaże Marcina Dziedzica, na których czarno-białe, palące się ulice Warszawy czasów Powstania stają się fragmentem dzisiejszego, kolorowego miasta. Prace Dziedzica to coś więcej niż wizualizacja wytartego powiedzenia, że w Warszawie na każdym kroku czai się powstańcza historia. To  wstrząsający d o w ó d, że tak właśnie jest, a techniczny trik tak uwiarygodnia metaforę, że ciarki chodzą po plecach nawet tym, którzy w równoległe światy nie wierzą.

Równie wyjątkowe są towarzyszące fotografiom felietony Michała Wójcika, współautora głośnej książki o jednym z ostatnich żołnierzy Kedywu, Stanisławie Likierniku („Made in Poland”). Przypominają mało znane fakty, ciekawostki i anegdoty tyleż z Powstania, co w ogóle z rzeczywistości wojennej. Wójcik pisze w nowoczesnym, pozbawionym patosu, a bardzo plastycznym stylu  - gdyby w ten sposób opowiadano nam Historię w szkole, znalibyśmy ją na wyrywki bez wkuwania, bo zostawałaby w nas sama.

Powstanie to słynna, biała furażerka Agatona – jakie były jej losy? – i ataki sztukasów, za sprawą których na głowy Warszawiaków spadło 1580 ton bomb. To koszmar przebiegnięcia 15 sekund okopem przez Aleję Sikorskiego (dziś Jerozolimskie) na wysokości Kruczej na drugą stronę miasta. To generał Bór-Komorowski, tak niepozorny, że jak wspomina jedna z powstanek, łączniczki wstydziły się pokazać chłopakom Dowódcę AK, i Mieczysław Fogg, który podczas 63 dni dał 104 krzepiące koncerty, a jego śpiewanie dowódcy uznali za rodzaj służby i nie miał już prawa samowolnie wybierać sobie audytorium, dostawał rozkaz i szedł pod konkretny adres.

Powstanie to dziewczyna, która przed pójściem do walki koniecznie chciała zrobić sobie… manikiur  i siostra diakonisa Regina Witt, która podczas ataku granatami na punkt opatrunkowy, na jeden z granatów po prostu usiadła, a ten eksplodował pod jej habitem i nic się nikomu nie stało. Czy siostry diakonise mają stalowe tyłki? Oczywiście, to niestosowne pytanie. Niestosowne, nietaktowne, niegrzeczne. Oczywiście, przepraszam. Ale właśnie takie pytanie zadawali sobie powstańcy pierwszego dnia walk w okolicach placu Dąbrowskiego – pisze Wójcik.

Powstanie. Ludzie i rzeczy. Wielkie czyny i małe troski. Niecodzienna codzienność w coraz bardziej zniszczonej Warszawie. Na jednej z fotografii młody oficer łącznikowy stoi na rogu Chmielnej i Brackiej. Za nim dzisiejsza dziewczyna z plecaczkiem idzie w stronę Nowego Światu. Może na kawę i ciastko lub lody albo do sklepu po nową sukienkę. Gdzie by szła, gdyby nie setki, tysiące jej rówieśników – bohaterów sprzed siedemdziesięciu lat? Czy w ogóle by szła?

Opinie o ebooku Teraz 44. Historie - Marcin Dziedzic, Michał Wójcik

Cytaty z ebooka Teraz 44. Historie - Marcin Dziedzic, Michał Wójcik

urwisy”... Tajemnica braci wychodzi na jaw na dzień przed kapitulacją. Zenek i Paweł to żadni Borkowscy. Nie nazywają się też Paweł i Zenek. To Zalman i Perec Hochmanowie, żydowscy chłopcy, którzy po śmierci rodziców wyszli ze starszym rodzeństwem za mur getta i aż do wybuchu powstania dokonywali cudów odwagi, by przeżyć po aryjskiej stronie. Najstarszego Izika szmalcownicy wydali Niemcom za 2 kg cukru i litr wódki. Im udało się przeżyć, ale to, co przeszli, czyta się jak horror. Ich relację spisał po wojnie Józef Ziemian we wzruszającej książce Papierosiarze z placu Trzech Krzyży . To właśnie on rozpoznał w nich uciekinierów z getta i pomagał się ukrywać. Gdy między jedną a drugą awanturą któryś z bohaterów książki pyta, jak dają sobie radę, odpowiadają ze śmiechem: „Trzymamy się wiatru, żeby nie oddać bony”. W gettowej gwarze „oddać bonę” znaczyło umrzeć. Gdy powstanie upadło, na ukrywających się w AK-owskich szeregach Żydów ponownie padł strach. Chłopcy decydują się zagrać va bank . Stają przed „Błoniakiem” i wyznają, że są Żydami. Ten ich nie wydał. Nikt ich nie wydał. Poszli do niewoli jako żołnierze, przeżyli. Na zdjęciu „Wyrwy” stoją dokładnie przed Stanisławem Sasinowskim
„Szczur kanałowy” wie, że na drogę nie warto wkładać kaloszy. Woda i tak wleje się do środka i wtedy wędrówka jest niemożliwa. Trampki też się nie nadają. Na dnie oprócz trupów i broni leżą potłuczone butelki. Rana w kanale – mogiła. Nie należy wkładać hełmów, głowę trzeba obwiązać szmatami. Uderzenie o sufit nie zaboli. Ale dźwięk od uderzenia żelastwem niesie się długo i głośno. Taki hałas potrafił wyprzedzić człowieka o 20 minut. A Niemcy uszy mają dobre... Najlepiej włożyć wojskowe buty i zrobić dziury na wodę, niech wpływa i wypływa swobodnie, chronić stopy. Chronić też kolana. W kanale jest zimno, warto mieć na sobie sweter, a na to panterkę. I w drogę. Przejście z Mokotowa

Fragment ebooka Teraz 44. Historie - Marcin Dziedzic, Michał Wójcik

Wehikuł czasu

Pstryk. Marcin włącza samowyzwalacz i podchodzi do mnie. Stoimy na trawniku przy budynku PAST-y, przy Zielnej 39. Uważamy na psie kupy i pierwsze krople deszczu. Zaraz zacznie lać. Musimy się spieszyć.

On stoi na tle nowoczesnej przybudówki byłej centrali telefonicznej, ja – ramię w ramię – na tle PAST-y. Chodzi o to, by nawiązać do pomysłu książki: stare w nowym. Czyli oryginalni powstańcy ze starych kadrów w anturażu dzisiejszej Warszawy. Żaden z nas oczywiście powstańcem nie jest, ale PAST-a oryginalna jest jak najbardziej.

Zadaję pytania między jednym naciśnięciem migawki a drugim.

Po dziesięciu zdjęciach zaczyna już padać na całego. Łapiemy za statyw i aparat, idziemy kontynuować rozmowę do pobliskiej cukierni.

Michał Wójcik: Jak się zaczął projekt Teraz44?

Marcin Dziedzic: Ten pomysł nie zrodził się w mgnieniu oka, to nie była taka kulka pomysłowego Dobromira, która nagle eksplodowała mi nad głową. To był proces. Najpierw pomyślałem, że zestawienie w jednym kadrze ujęcia z powstania w kontekście dzisiejszej Warszawy, pełnej przechodniów i samochodów na ulicach, jest możliwe do zrobienia i chyba fajnie by wyglądało. Potem – jak połączyć czarno-białe oryginały z kolorowymi zdjęciami z dziś, no i w ogóle jak do tego podejść technicznie, żeby wszystko pasowało potem w obróbce? Zacząłem o tym rozmawiać, między innymi z Szymonem Majewskim. Jego dziadek był powstańcem, w Muzeum Powstania Warszawskiego jest jego mundur, on sam ma sentymentalny stosunek do tego wydarzenia, sporo o 1944 roku rozmawialiśmy. Doszliśmy do wniosku, że pomysł jest fajny i tyle. Chodziłem z nim z tyłu głowy, ale nie wiem, czy ujrzałby w końcu światło dzienne, gdyby nie właśnie Szymon. Złapał mnie gdzieś w przelocie i powiedział, że pamięta o moim pomyśle, a że za trzy dni idzie do dyrektora Muzeum Powstania, Jana Ołdakowskiego, to proponuje, żebym poszedł razem z nim i pokazał, co mam. Problem w tym, że ja nic nie miałem!

Nie było wyjścia – aparat, statyw, cztery zdjęcia z powstania „w pamięci własnej” (bo potem to już biegałem z tabletem) i w miasto. Jeden dzień zdjęć, dwie noce montażu i... mimo że było to tylko takie pospieszne składanie do kupy, efekt udało się chyba osiągnąć, bo Szymon machał z wrażenia wszystkimi kończynami, a Ołdakowski powiedział krótko: „świetne” i dał mi pełen dostęp do cyfrowych zasobów Muzeum, czyli Fototeki, i do genialnych fachowców, którzy tam pracują.

W międzyczasie sprawdziłem, czy przede mną ktoś nie robił podobnych prac. Oczywiście okazało się, że to jest jak z wynalezieniem telefonu czy żarówki – masz rewelacyjny pomysł, wrzucasz go w googla i okazuje się, że już ktoś to wymyślił...

Chyba pierwszy taki projekt, to był „Ghost of War” holenderskiej konsultantki historycznej Jo Hedwig Teeuwisse. Na zdjęcia współczesnych holenderskich miast nałożyła fotografie pojedynczych niemieckich żołnierzy oraz całych ich grup – bez większej dbałości o dokładność i jakiejś przesadnej obróbki. Po prostu usunęła pędzlem, co było mniej ważne, warstwę historyczną uczyniła przezroczystą i efekt był – mieliśmy duchy nazistów na ulicach.

Potem znalazłem podobny pomysł rosyjskiego fotografa Sergieja Larenkowa – nieco lepiej spasowany, ale też bez dbałości o efekt całości, to znaczy, że nic nie szkodzi, jeśli kończy się ruina i nagle zaczyna, nie wiadomo skąd, pół samochodu typu sedan.

W Muzeum Powstania z kolei dowiedziałem się o projekcie „Miasto Feniksa”. Odetchnąłem, bo ten projekt – lepszy od holenderskiego i rosyjskiego – przede wszystkim był czarno-biały i „pokazujący”: o, tu była kupa gruzów, a teraz jedzie obok czarno-biały choć współczesny, autobus. Ja chciałem koniecznie mieć na zdjęciach ludzi, bohaterów powstania i kolory, bo tak wygląda nasza nieszara rzeczywistość. Nie interesowała mnie architektura ani skala zniszczeń. Uznałem, że zestawienie ruin i odbudowanych budynków – to już było. Bo rzeczywiście, w PRL- u i potem kilka albumów z takimi zestawieniami ukazało się na rynku, w każdym kiosku czy sklepiku z varsavianami jest tego pełno. Mi chodziło o perfekcję... no może maksymalne zbliżenie się do niej, bo tylko tak mogłem osiągnąć efekt scalenia tych dwu światów w jedno. Musi być to samo miejsce, z którego robione było oryginalne zdjęcie, ten sam kąt patrzenia, ta sam pogoda, ta sama pora dnia – ten sam kierunek światła i ta sama długość cienia. Wystarczy, że jeden mały szczegół nie zgadza się z pozostałymi i scalenie się rozpada, coś nie gra, oko już wie, że jest tylko oszukiwane – nie ma całości bez doskonałości.

Oglądanie tych samym miejsc „przed” i „po”, jest fascynujące. W sklepikach pod Akropolem można kupić trójwymiarowe zdjęcia, na których ruiny zmieniają się we wspaniałe antyczne budowle.

Oczywiście, bardzo lubię oglądać takie zestawienia. Ale w tym wypadku mniej mnie interesowała zabawa w wehikuł czasu, w przenoszenie się w przeszłość. Chodziło mi bardziej o pokazanie bohaterów powstania w kontekście żyjącego tu i teraz miasta. Efekt jest taki, że powstańcy sprzed 70 lat często mijają się z dzisiejszymi przechodniami, wręcz się o nich ocierają.

Trochę jak w filmie Tango Zbigniewa Rybczyńskiego.

Ale nie są duchami, jak w projekcie „Ghost”. Efekt jest taki, że przeszłość jest dziś, wczoraj nie umiera nigdy. Że ci nasi dziadkowie czy pradziadkowie, wtedy szesnasto-, czy dziewiętnastoletni nadal są wśród nas. A samo miasto oczywiście jest kompletnie inne, ale jest to samo. Choć ma w sobie wczorajsze rany. I że to przenikanie dzieje się na równych prawach. Mimo że powstańcy są czarno-biali, a dzisiejsze miasto jest kolorowe.

O samym projekcie dowiedziałem się – jak tysiące warszawiaków – przed 70. rocznicą powstania. Gdy już uświadomiłem sobie, że ty za tym stoisz, byłem kompletnie zaskoczony. Przecież znam cię jako radiowca, dwadzieścia lat temu pracowaliśmy razem w Radiu Zet. Nie przypuszczałem, że zajmujesz się obrazem. Wprawdzie od lat jesteś scenarzystą, copywriterem, redaktorem kreatywnym, ale nie kojarzyłem cię z fotografiami.

Nie widzieliśmy się całe lata. Tymczasem ja fotografowałem od zawsze. Jestem jeszcze z pokolenia, które wywoływało zdjęcia w domowych łazienkach, nocami przerabianych przez nas na fotograficzne ciemnie. Wtedy używało się wywoływaczy i utrwalaczy, inna epoka. Teraz fotografowanie zmieniło się kompletnie. Z kolei Photoshopa nauczyłem się jakieś 10 lat temu. Zacząłem montować zdjęcia dla zabawy, a z czasem... całkowicie się od tego uzależniłem. To było coś więcej niż hobby. Jest taka strona: Worth1000.com, która w zasadzie jest też społecznym zjawiskiem. Bo można dzięki niej kontaktować się ze wszystkim fotoszopowymi świrami na całym świecie i pokazywać im swoje prace. Ci fotoszoperzy, graficy komputerowi, amatorzy i profesjonaliści umieszczają tam swoje prace i biorą udział w takich codziennych wirtualnych konkursach. Wręcz lidze...

...światowej lidze mistrzów.

Wejdź na tę stronę, zobaczysz prawdziwe cuda. Codziennie ogłaszane są konkursy, udział w nich jest anonimowy, każdy może wrzucić tu swoje prace. I cała reszta ocenia je, mając na to na przykład jedną dobę. Laureaci dostają punkty, które się sumuje co jakiś czas. I ja tam kiedyś wrzuciłem swoją pracę, potem drugą... Najpierw brałem udział w konkursach dla początkujących i trenowałem warsztat. Aż doszło do tego, że po roku, ucząc się i wystawiając swoje prace pod osąd publiki, osiągnąłem jakiś poziom. Zacząłem wygrywać te konkursy. Nawet nie tyle dzięki benedyktyńskiej pracy, ile prostotą pomysłów. Bo oceniane są różne aspekty. Zacząłem startować w konkursach profesjonalistów. Po prostu zarywałem noce, aby zdążyć na szóstą rano, gdy w Stanach zaczynało się głosowanie. I tak szło. W 2005 roku wygrałem tyle konkursów, że w lidze Worth1000 w rankingu Advanced Photoshop byłem na czele stawki. I miałem szansę na pierwsze miejsce, ale w grudniu, przez święta, porządki, potem sylwester... trochę się zaniedbałem i straciłem miejsce na szczycie „pudła”. W każdym razie do Muzeum Powstania Warszawskiego poszedłem jako wyrobiony fotoszoper.

W głowie miałem pomysł na wystawę. To było w 2013 roku. Czyli do 70. rocznicy powstania pozostał rok. Gdy dostałem już błogosławieństwo dyrektora Muzeum, jego imprimatur – pozostało znaleźć sponsora. I wtedy zaczęły się schody.

Brak pieniędzy – proza życia, chleb powszedni artystów.

Chodzi o coś innego. Okazało się, że praca nad jednym tylko zdjęciem to katorga. Nie wystarczy pójść ze zdjęciem z powstania w ręku w to samo miejsce i pstryknąć tę samą okolicę dziś. Cała zabawa polega na dłubaniu. Trzeba bardzo dbać o szczegóły, z dokładnością prawie co do jednego piksela. A już na pewno co do liścia na drzewie, jeśli jest w kadrze. Przystąpiłem do pracy.

Najpierw wybrałem kilkadziesiąt fotografii, które ma w swojej kolekcji Muzeum, i podzieliłem je na różne kategorie. Ważny był dla mnie konkretny dzień wykonania, ze względu na światło. Czyli robienie zdjęć wchodziło w rachubę tylko w sierpniu i wrześniu, przy takiej samej pogodzie, jaka była 70 lat wcześniej. No i o tej samej porze dnia. Tu akurat przyszła mi z pomocą technologia. Istnieje już aplikacja, można ją sobie ściągnąć na telefon, dzięki której po długości cienia ustala się porę dnia, w którym dane zdjęcie było zrobione. Wbijałem miejsce, datę, na przykład początek września, zaznaczałem długość cienia, jaki padał koło postaci i po sekundzie miałem wynik: 17.40. I o tej godzinie (dla pewności 10 minut wcześniej) zjawiałem się w konkretnym miejscu i robiłem zdjęcie.

Pracowałeś na zdjęciach znanych i wielokrotnie publikowanych, ale wykorzystałeś również zdjęcia zupełnie nie znane. Skąd je masz?

To kolejny pomysł. W miarę rozkręcania się projektu, ogłosiłem publicznie, że poszukuję zdjęć nieznanych, z prywatnych, domowych kolekcji. Zgłosiło się kilkanaście osób, dwa takie zdjęcia publikujemy w książce. I tu zrodził się kolejny pomysł: zrobić zdjęcie tak, aby powstaniec został uwieczniony razem z członkiem rodziny – dziś właścicielem tego zdjęcia – którego w realu przecież nie miał prawa spotkać, bo ten po prostu jeszcze się nie urodził. I tu już pozwoliłem sobie na pełną magię – tylko na tych dwóch zdjęciach ludzie z lat 1944 i 2014 „widzą się”, a nawet mogą się „dotknąć”. Współcześni bohaterowie tych zdjęć nie bardzo mnie w czasie sesji rozumieli, ale kiedy zobaczyli efekt końcowy – baaaardzo się uśmiechnęli.

Moim zdaniem to kwintesencja Teraz44...

W 2013 roku się nie wyrobiłem. Jesienią i zimą, w długie wieczory siedziałem i dłubałem, a gdy zbliżała się 70. rocznica, miałem już gotowych kilkanaście w miarę dopracowanych zdjęć. Odpaliłem stronę Teraz44 w lipcu 2014 roku z takim anonsem, że 1 sierpnia o godz. 17.00 coś tutaj „powstanie”.

Był tylko tytuł strony, kilka zdjęć i moje nazwisko. Niewiele. Wrzuciłem kilka pierwszych montaży na profil Teraz44 na Facebooku. I się zaczęło...

Zaczęło hulać pod koniec lipca.

W godzinę „W” uruchamiałem stronę www.teraz44.pl z kilkunastoma zdjęciami, potem dorzucałem nowe przez cały sierpień i wrzesień. Na razie – jeszcze przed 1 sierpnia – na stronie była tylko zapowiedź i kilka zdjęć na Facebooku, i to one zaczęły krążyć po sieci. Na wielu portalach i stronach pojawiła się informacja, że powstaje jakiś tajemniczy projekt Teraz44. Nie minęły cztery godziny, gdy pierwszy opisał akcję „NaTemat”, a za nim Onet, Gazeta, WP... Poszło. Ale cały czas z informacją, że za projektem kryje się jakaś tajemnicza grupa. Ponieważ wielkimi krokami zbliżała się rocznica, a ja wciąż nie miałem gotowej strony, z braku czasu nie odpisywałem, ale nie wyprowadzałem też nikogo z błędu. Postanowiłem nawet to wykorzystać. Skoro dziennikarze chcą tajemniczej grupy, będą ją mieli. Pociągnąłem temat, napisałem oświadczenie, że owszem, jesteśmy słabo, ale jednak zakonspirowaną grupą, która zmaga się z trudną materią Internetu...

Zacytuję: „Z nieukrywaną radością informujemy, że do dnia 1 sierpnia, do godz. 17.00 jesteśmy słabo, ale jednak zakonspirowaną inicjatywą. Prowadzimy nierówną walkę z czasem, internetami, html’ami, css’ami i inną wrogo usposobioną materią...”

...i chętnie wszystko wyjaśnimy, ale dopiero po 1 sierpnia. I okazało się, że to oświadczenie tylko wzmogło zainteresowanie projektem. Nastąpił prawdziwy wysyp publikacji. I niektórzy dziennikarze uznali, że moja strategia nie ujawniania się jest celowa, a za wszystkim kryje się coś wielkiego. No i projekt zrobił się głośny. Co zabawne, tylko jeden dziennikarz, Piotr Stanisławski, zadał sobie trud odnalezienia mnie, mimo że przecież moje nazwisko cały czas było na pierwszej stronie. I z nim umówiłem się na wywiad, który miał się ukazać dopiero 31 lipca... Żeby jeszcze tę aurę tajemnicy podtrzymać.

„Teraz 44 to bardzo tajemniczy projekt. Na razie ma tylko fanpage na Facebooku i niemal pustą stronę www. Ale już teraz budzi wiele emocji – to najpiękniejszy ze sposobów uhonorowania 70. rocznicy powstania warszawskiego, jaki widzieliśmy. Udało nam się dotrzeć do twórców tego niezwykłego hołdu” – napisał w leadzie tego tekstu w „Gazecie Wyborczej”.

Wywiad się ukazał i wtedy okazało się, że oczywiście nie jesteśmy grupą, że to tylko ja i moje życie. A 1 sierpnia to już było szaleństwo: 750 tysięcy wejść. Dziś strona spokojnie sobie egzystuje, mam tysiąc użytkowników miesięcznie. Projekt wędruje sobie po świecie. Ostatnio ktoś opublikował go w... Kenii. I co niesamowite (a uzmysłowiłem sobie to bardzo późno) na fanpage’u Teraz44 na Facebooku miałem trolli i hejterów w liczbie... dwóch! I nawet nie musiałem specjalnie interweniować – zrobili to za mnie inni, kulturalnie i bardzo skutecznie.

Miałem jeszcze inną kuriozalną, ale i pouczającą historię. O pozwolenie na wykorzystanie zdjęć na różnych stronach zgłaszało się mnóstwo osób. Z automatu się oczywiście zgadzałem i tylko kilka razy musiałem przypominać o podaniu źródła. I w pewnym monecie zgłasza się jakaś pani, że moje montaże są wspaniałe i że chce je zamieścić na swoim fanpage’u, który ma ponad 300 tysięcy obserwujących. Zgodziłem się, ale coś mnie tknęło. Na ogół każdy najpierw chwali się nazwą, a tu ta jakoś nie padła. Zapytałem i okazało się, że pani reprezentuje fanpage pewnej firmy od napoju wyskokowego. Rozwinęła wizję... i mnie zatkało!

Odpisałem, że absolutnie się nie zgadzam i zapytałem: „Czy naprawdę wyobraża sobie pani powstańców idących ulicą Koszykową z hasłem wódki «Keep Walking»???”

Co zadziwiające – nie zbiło to jej z pantałyku. Pani zaczęła mi tłumaczyć, że chodzi o filozofię firmy, głębsze podejście, stawianie czoła przeciwnościom losu, parcie do przodu mimo przeszkód i tak dalej. I to, muszę przyznać, bardziej mnie przeraziło niż sama propozycja. To tłumaczenie korporacyjnej „filozofii”, wręcz „posłannictwa” marketingu i ten wszechogarniający, wciskający się wszędzie obciach... Litość i trwoga.

A jakiś pozytywny efekt, który cię zaskoczył?

Było ich wiele. Na przykład Arkadiusz Szajner, który przekazał mi zdjęcie swojego dziadka, starszego strzelca Zdzisława Orzechowskiego „Skrzata”, przyznał się, że ma po nim pewną pamiątkę. Okazało się, że to sztandar. A w zasadzie proporzec oddziału jego dziadka z powstania. Czyli jakby efektem ubocznym mojej akcji było odnalezienie niesamowitej relikwii. Relikwii, bo na tym proporcu są ślady krwi.

Piszemy o tym w rozdziale Zakrwawiony sztandar „Skrzata”. To jeden z trzech powstańczych sztandarów, jakie w ogóle istnieją. Które twoje zdjęcie było najtrudniejsze?

Dwa były szczególnie trudne do zrobienia, zresztą z zupełnie różnych powodów. Pierwsze, to z PAST-ą. Próbowałem je robić ze trzy razy. Bo to powstańcze zdjęcie jest specyficznie skadrowane: pod kątem, do góry, blisko ściany, która w obiektywie „rozjeżdża się” w rogach. Poza tym postacie mają przycięte kadrem nogi. To wynikało z miejsca, w którym stał autor, słynny powstańczy fotoreporter Joachim Joachimczyk. Wmontowując je w dzisiejszy kadr, trzeba było straszliwie kombinować, a brak nóg jakoś zasłonić. Albo uzupełnić. Dodatkowo, patrząc pod takim kątem w górę, nie miałem na zdjęciu za wiele współczesnej Warszawy. No i wpadłem na pomysł, aby widz, a co za tym idzie ja, czyli fotografujący dziś, patrzyli na tę scenę z sierpnia 1944 roku z wnętrza jakiegoś auta. Po prostu tak, jakbym przejeżdżał samochodem obok finału zdobywania centrali telefonicznej. Ten zabieg uratował w zasadzie tę fotografię. Ale przy okazji pojawił się inny problem. Taki, który dotyczy wszystkich zdjęć. Chodzi o obiektywy. Reporterzy z powstania używali przeważnie obiektywów „pięćdziesiątek” (50 mm).

Stefan Rassalski, jeden z powstańczych fotografów, robił zdjęcia aparatem Voigtlander z obiektywem Skoper 1:3,5 f.5 cm bez filtra. Większość reporterów miała jednak aparaty Leica Standard. Ale nie wszyscy. Eugeniusz Haneman miał prosty aparat małoobrazkowy Daldina, wygodny do noszenia, bo płaski. Henryk Śmigacz oprócz Leiki robił zdjęcia aparatem Zeiss Icon Nettel a 14-letni łącznik batalionu „Gustaw”, Jerzy Świderski, zdobycznym małoobrazkowym Kodakiem Retina II.

Ja fotografowałem nowoczesną lustrzanką. Dzisiejsze obiektywy są inaczej skonstruowane, mają większą liczbę soczewek w kilku grupach. Po prostu sprzęt fotograficzny wtedy a dziś to dwa różne światy, a co za tym idzie zupełnie inne optyki. Różnica, choćbym nie wiem jak kombinował, będzie zawsze widoczna. Nigdy nic do siebie nie pasuje idealnie. Żeby kadr powstańczy zmieścił się w moim zdjęciu, musiałem używać szerszego obiektywu aniżeli „pięćdziesiątka”. Taki obiektyw „widzi” więcej, spłaszcza większą widzianą powierzchnię, więc środek kadru ma mniej głębi niż widziany węższym obiektywem sprzed wojny. Poza tym im bliżej brzegów, tym bardziej szerokokątny obiektyw zakrzywia przestrzeń, efekt beczułkowania wygina budynki, latarnie na brzegach kadru. Można to korygować graficznie, ale to zawsze wpływa na środek zdjęcia, który ma się idealnie zgadzać z oryginałem, a nagle po korekcji przestaje się zgadzać. Widzę, że masz zakrzywioną czasoprzestrzeń w oczach... Chyba nie umiem lepiej tego wyjaśnić. Może tak: to jest strasznie trudne, ale na szczęście jest Photoshop. To jak zadanie matematyczne, w którym wiesz, jaki masz uzyskać wynik i potrzebna ci tylko odpowiednia metoda. Ten sam efekt można osiągnąć różnymi kombinacjami tych narzędzi – chodzi o to, żeby znaleźć najszybszą, najprostszą i dającą efekt nie tylko poprawny, ale najbardziej spektakularny dla oglądającego.

Poza tym jest wiele zdjęć, których nie można było zrobić z idealnie tego samego miejsca. Bo po prostu tych miejsc już nie ma. Jest znane zdjęcie powstańca stojącego w wielkiej dziurze we frontowej ścianie kościoła św. Krzyża. Aby zrobić coś podobnego, musiałbym wybić dziurę w ścianie kościoła. Przez mur zdjęcia nie zrobię.

Ten powstaniec zresztą został sfotografowany w kilku kadrach: raz patrzy na ulicę, innym razem w obiektyw. Nie udało się ustalić, kto to jest. Podobna jest sytuacja z sanitariuszką z ulicy Miodowej. „Joachim” zrobił jej kilka zdjęć; do dziś nie wiadomo kto to.

Może teraz uda się przywrócić jej imię i nazwisko? Po kilku akcjach „Gazety Wyborczej”, Narodowego Archiwum Cyfrowego i Muzeum Powstania to się udawało.

A drugie trudne zdjęcie?

Z zupełnie innego powodu. Zdjęcie okładkowe. Bo Sylwester Braun „Kris” uchwycił moment trafienia Prudentialu pociskiem wystrzelonym z moździerza Karl, stojąc na dachu kamienicy przy ul. Kopernika 28. Też chciałem wejść na ten sam dach i zrobić zdjęcie z tego samego miejsca. I zaczęły się schody! Bo okazało się, że mimo teoretycznie sprzyjających okoliczności – kamienica stoi do dziś – nie da się. Ponad miesiąc próbowałem dostać się na dach. Wykonałem kilkanaście telefonów, przeprowadziłem naście rozmów z członkami spółdzielni. Przekonałem w końcu szefową spółdzielni, aby wydała stosowne zezwolenie. I gdy już prawie stawiałem stopę na pochyłym dachu, okazało się, że potrzebuję alpinistycznego zabezpieczenia. Wróciłem zatem z asekuracją. Ale w końcu zgody nie uzyskałem. Pani ze spółdzielni już świetnie znała temat i w pewnym momencie ją olśniło – przecież po wojnie kamienica została nadbudowana o jedno piętro. Czyli tak naprawdę nie muszę wchodzić na dach, wystarczy dostać się do mieszkania na ostatniej kondygnacji. Ta pani dała mi telefon do właścicielki, w końcu się do niej dodzwoniłem. Ta się zgodziła, więc się umówiłem i... cisza. Zniknęła, nie odbierała już telefonu ani esemesów. Przez 10 lat byłem reporterem, więc nie odpuściłem – zdobyłem namiar na mamę tej właścicielki. Bez problemu zadzwoniła do lokatorów, którzy to mieszkanie wynajmowali, mili młodzi ludzie mnie wpuścili i się udało.

„Kris” robiąc zdjęcie, jedną ręką trzymał się komina...

Gdyby się go nie złapał, to by wtedy, 28 sierpnia 1944 r., z tego dachu spadł. Tak potężna była fala uderzeniowa po trafieniu Prudentialu pociskiem z moździerza. Dzięki tej informacji wiedziałem, z którego okna mam robić zdjęcie, bo obok była ściana z przewodem kominowym – choć umówmy się, że to już była sztuka dla sztuki, jeśli chodzi o dokładność. Przy odległości między kamienicą na ulicy Kopernika a Prudentialem, wynoszącej w linii prostej 568 metrów, zmiana kąta widzenia o dwa metry w bok jest praktycznie niewidoczna.

W komentarzach do twoich zdjęć odnalazłem i taki. Natanel1 napisał: „Mam mieszane uczucia, bo z jednej strony warto powstanie upamiętniać, ale myślę sobie, co będzie wzruszać kolejne pokolenia? Jak będzie się ta pamięć wyrażać – w prostej symbolice, ciszy i zadumie, czy też w sporządzonych pieczołowicie fotomontażach? I czy przypadkiem nie banalizujemy historii i nie mieszamy dzieciakom w głowach? Może wystarczy, że dzieci w całej swojej godnej podziwu naturalności i naiwności bawią się w wojnę, biegając po podwórkach z plastikowymi karabinami?”

Też miałem taką obawę, czy aby moja praca nie banalizuje historii. Z drugiej jednak strony pomyślałem, że powstanie jest tak ważnym punktem odniesienia dla dzisiejszych Warszawiaków, że warto te emocje czy uczucia jakoś złapać w kadr. Sfotografować je. To rzeczywiście może wyglądać jak świętokradztwo, ale we mnie buzowały i wciąż buzują takie emocje, że jednak podjąłem decyzję, by ingerować w tę świętość, jaką jest prawdziwe powstanie. Nie wiem, na ile mi się udało. Komentarze są oczywiście różne, ale w znakomitej większości pozytywne. Powiedzmy to tak: tablica pamiątkowa w miejscu walk powstańczych jest ważna, ale wyobraźni raczej nie uruchomi, a pamięć tak naprawdę nie żyje w kamieniu, tylko właśnie w naszej wyobraźni. Jeśli uda się ją przenieść dalej w przyszłość, w kolejne pokolenia, to fajnie. I chyba dobrze?... Bez „chyba”. Tak. Dobrze.

Misja_apollo13 napisał: „A mnie to przywodzi na myśl świat duchów. Istnienie równoległego świata ludzi umarłych, którzy wciąż przebywają w miejscu, gdzie żyli, zginęli. Powstańcy wciąż tu są, wciąż walczą...”

Ten komentarz jest mi bardzo bliski. Zauważyłem też w wielu reakcjach, jak zmienia się podejście do miasta. Ktoś pisze – cytuję z pamięci: „O rany, ja codziennie idę do pracy tą drogą, codziennie przechodzę tą uliczką! Od teraz zawsze w tym miejscu, będę widział powstańca z pistoletem, opartego o mur”.

I o to też w tym wszystkim chodzi – o Warszawę. To nie tylko uliczki, budynki, te wciąż istniejące i nowe, ale też pokolenia, ludzie, którzy przecież walczyli tylko czasem, a w większości żyli tu, kochali się, nie cierpieli, pracowali, leniuchowali, płakali, bywali szczęśliwi... Warszawa to takie mrowie zmieniających się budowli w jeszcze większym mrowiu ludzkich emocji, które nieustannie płyną wraz z czasem. Szkoda, że nie mogę tych zdjęć pokazać moim dziadkom.

Walczyli?

Nie. Ale przeżyli tę apokalipsę jako cywile. W czasie okupacji dziadkowie mieszkali na ul. Wiśniowej i przyjaźnili się z rodziną Bytnarów, rodzicami „Rudego”. Janek Bytnar „Rudy”, rocznik 1921, był starszym kolegą mojego ojca, rocznik 1935. Ojciec bawił się jego zabawkami, które dostawał, gdy „Rudy” z nich wyrósł. W jakiejś książce zresztą jest napisane, że mieszkanie moich dziadków w czasie okupacji pełniło rolę agencji prasowej JPP.

?

JPP, czyli Jedna Pani Powiedziała. Po prostu tam się spotykano, a potem plotki i wiadomości zebrane w dziadkowym salonie rozchodziły się dalej po znajomych. Powstanie ich rozdzieliło, bo dziadek z moim ojcem kryli się 1 sierpnia na Polach Mokotowskich, tam zdybał ich jakiś żołnierz i gdyby nie profesorski niemiecki dziadka, to byśmy dziś nie rozmawiali. A babcia z siostrą ojca przeczekiwały bombardowania w kamienicy świętej Anny na Rynku Starego Miasta; ta siostra zresztą jest na jednym ze zdjęć. Poza tym znałem siostrę „Rudego”. Ciocia Dusia była bohaterką moich konspiracyjnych spotkań organizowanych w stanie wojennym. Bo zupełnie przez przypadek byłem harcerzem „Pomarańczarni”...

23 Warszawska Drużyna Harcerska „Pomarańczarnia” im. Bolesława Chrobrego działała w Liceum im. Stefana Batorego. Należał do niej „Rudy” i kilku innych członków Szarych Szeregów.

Za moich licealnych czasów to był Szczep 23 Warszawskich Drużyn Harcerskich im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. I w początkach stanu wojennego na jedną z zakonspirowanych zbiórek przyprowadziłem siostrę „Rudego”, aby tradycji spiskowania stało się zadość. I tyle moich związków z powstaniem.

Jest jeszcze jeden. Bardzo osobisty. Na stronie Teraz44 napisałeś, że stworzyłeś ten projekt z podziwu dla dzielności. Cytuję: „Każdej. Tamtej i dzisiejszej. Wielkiej i małej, polskiej i niepolskiej, sporadycznej i codziennej... Tę stronę dedykuję mojej żonie, która od kilkunastu lat prowadzi codzienną, nierówną walkę ze stwardnieniem rozsianym. I jest bardzo dzielna. Jeśli zamiast biletu wstępu na tę wirtualną wystawę możesz przekazać 1% swojego podatku lub wpłacić dowolną darowiznę na konto jej Fundacji, będę Ci ogromnie wdzięczny”.

I jestem ogromnie wdzięczny za pomoc, która się pojawiła. Były „bilety” za 100 i 500 zł, ale było mnóstwo po 5, 10 i 15 zł. Nie mam na to odpowiednich słów. Jestem po prostu bardzo, bardzo wdzięczny. Moja żona jest chora na SM od kilkunastu lat, ale pracuje, jeździ specjalnie przystosowanym samochodem i się nie poddaje. Niech to źle nie zabrzmi, absolutnie nie porównuję tego z tamtymi czasami, dlatego wymieniłem te rozmaite dzielności, ale jak na nią patrzę, to myślę, że w 1944 walczyłbym bez zastanowienia – ale czy znalazłbym w sobie dziś tyle dzielności co ona? Nie wiem. Chyba pójście na wojnę jest prostsze...

Pozytywna reakcja na nasz projekt dała jej sporo siły, mocno ją podbudowała. Także rzeczywiście, tu masz rację, to jest silny związek. Ta książka też jest rodzajem „cegiełki”; kto ją kupił i teraz czyta, dołożył już swoją „cegiełkę”, bo całość moich dochodów przeznaczam oczywiście na Fundację. A jeśli ktoś miałby ochotę pamiętać w przyszłości o 1% podatku, to krótką i prostą instrukcję znajdzie na stronie mojej żony: www.otochodzi.com.

Aha, jest coś jeszcze. Powstanie regularnie, co jakiś czas, mi się śni. Nie mam pojęcia dlaczego. To nie są żadne straszliwe sceny. Raczej jakaś bieganina, strzelanina, szczęśliwie nie widać ofiar... I co ciekawe, to dzieje się tylko na Mokotowie.

Śnisz na czarno-biało?

Nie, jest takie pomarańczowe, boczne, ciepłe światło, jak późnym popołudniem pod koniec wakacji. Moje powstanie jest kolorowe.

Warszawa, 15 maja 2015 r.

Dwóch powstańców idzie Koszykową w kierunku Mokotowskiej

zdjęcie oryginalne

Marian Grabski „Wyrwa” / Muzeum Powstania Warszawskiego

Śródmieście Południowe, ul. Koszykowa. Dwóch powstańców idących ul. Koszykową w kierunku ul. Mokotowskiej. Od prawej: fragment budynku Koszykowa 33, dalej Koszykowa 31 (z dwoma wykuszami) i narożna kamienica Koszykowa 29/Mokotowska 35. Perspektywę ujęcia zamykają budynki: Koszykowa 22 /Mokotowska 28 (pierwszy z lewej) i Koszykowa 20.

zdjęcie współczesne

Każde miejsce fotografowałem od kilkunastu do trzydziestu, czasem czterdziestu razy. Do pełnej kompozycji używałem od dwóch do dziesięciu zdjęć. Tu akurat do powstańców w hełmach idealnie pasował pan z kaskiem. (M.D.)

Gem, set, mecz. Reprezentacja Polski w tenisie zdobywa koszary SS

„I proszę państwa... zaczęli. Serwuje kapral Jan Radlicz «Jastrząb». Potężny zamach i granat leci już w kierunku bramy poselstwa czechosłowackiego przy ulicy Koszykowej 18. Następuje eksplozja. Z wartowni wybiega strażnik. Momentalnie zostaje ścięty serią stena przez kaprala «Starego» Tadeusza Miszczaka. Brawo. Jest 15:0.

W tym czasie połowa plutonu 139. wyskakuje z kwatery przy ulicy Mokotowskiej 42. Żołnierze biegną w kierunku budynku poselstwa.

– Ale co to? Przez placyk u zbiegu Mokotowskiej i Piusa XI przejeżdża właśnie niemiecka cysterna. Nie ma chwili do namysłu. Kapral «Skała» Jan Jakubek rzuca kolejny granat. Cysterna eksploduje. 30:0.

Niestety, chwila nieuwagi. Już jest 30:15, bo kapral «Szofer» Karol Cieśliński, podnosząc z ziemi upuszczony przez niemieckiego kierowcę pistolet, zostaje poparzony płonącą benzyną. Ale polski atak trwa!

Tymczasem druga połowa plutonu 139., w skład której wchodzą: «Orlik» Ksawery Tłoczyński, «Sęp» Krzysztof Kozłowski, «Sabotaż» Feliks Radziejewski, «Żyłka» Czesław Spychała, Tadeusz Hanke oraz «Teodor» Antoni Smordowski już jest na dachu sąsiedniego budynku przy ul. Koszykowej 20. Żołnierze niosą sześć butelek zapalających i sześć granatów. Niestety, nie mają broni. A w zasadzie mają, ale tylko jeden pistolet. To prawie tyle co nic. Ale nic to. Humory dopisują, bo oddział przedostaje się na dach bez strat. 40:15.

To się jednak musiało stać. Odzywa się ciężki karabin maszynowy z okien budynku «małej PAST-y» oraz od ul. Górnośląskiej. Ranny zostaje dowódca plutonu 139. podchorąży «Błyskawica» Władysław Majdak oraz sierżant «Busola 15» Tadeusz Sułkowski. 40:30. Już tylko jeden punkt przewagi.

Żołnierze kontynuują natarcie z drugiej strony, przeciskają się przez parkan do ul. Kruczej. Stąd prowadzi najkrótsze przejście do ul. Koszykowej. Odzyskanie pola na tym odcinku nie przeszkadza jednak plutonowi 139. kontynuować swojego planu. Gdy tylko pada wartownik i wybucha cysterna – ogień karabinów maszynowych chłopcy kierują w okna poselstwa. Pękają szyby, w drzazgi lecą framugi. Drut kolczasty wokół budynku zostaje rozerwany. Atak prowadzi podporucznik «Long». Również «Stary» jest już w bramie, wskakuje do wnętrza budynku. Niestety, tu dosięgają go kule z niemieckiego pistoletu maszynowego. Pada zabity, za nim ranny «Sikora».

Równowaga.

Ale natarcie trwa. «Piotr II» bierze na muszkę jadącego na motocyklu ul. Koszykową żołnierza. Strzela, trafiony w nogę Niemiec się wywraca. Jak się potem okazało, był to goniec, który wiózł od szefa sztabu rozkazy i miał zawiadomić o wybuchu powstania zgromadzonych w budynku poselstwa żołnierzy. Nie dowiózł. Polacy odzyskują przewagę, którą przypieczętowuje... Tadeusz Hanke z dachu. Granat, celnie rzucony w otwarte okno, eksploduje w środku.

Gem dla Polaków!

Aby dokładnie relacjonować wypadki drugiego gema, przenieśmy się do grupy «Orlika» Ksawerego Tłoczyńskiego, bo to w tej grupie walczy celny Hanke...”

A teraz uspokójmy emocje. Dlaczego gem? Dlaczego relacjonujemy wypadki 1 sierpnia 1944 r. w konwencji meczu tenisowego?

Ksawery Tłoczyński, a także jego bardziej utytułowany brat Ignacy oraz Czesław Spychała i Antoni Smordowski należeli do przedwojennej kadry Polski w tenisie. Trzon drużyny narodowej w rozgrywkach o Puchar Davisa. Gdy w 1930 r. Ignacy Tłoczyński po raz pierwszy grał w Warszawie z Rumunami, gazety napisały: „Wykazał hart woli, siłę nerwów starego, zaprawionego w bojach mistrza, a przytem ogromny talent tenisowy, niezwykłą orientację i przytomność umysłu. Miał zawsze na ustach ów przemiły uśmiech sportowca z krwi i kości, uśmiech radości, gdy udała mu się piłka, uśmiech podziwu, gdy dobrze zagrana piłka przeciwnika była dlań nie do odbicia. Uśmiech taki rzadko widywaliśmy dotąd na naszych kortach i był on, jak i gra Tłoczyńskiego, jakby zapowiedzią nowej epoki w tenisie polskim”.

1 sierpnia 1944 r. najlepsi polscy tenisiści znaleźli się w tym samym oddziale. Walczą ramię w ramię z mistrzem Polski w lekkiej atletyce Tadeuszem Hanke. Aby dopełnić zatem widowiska, przenieśmy się jeszcze raz na dach, by skupić się na ich brawurowej akcji.

Oto jak wspominał atak sam Ksawery Tłoczyński:

„Pierwsza część zadania udała się nam zupełnie łatwo. O godz. 16.45 dostaliśmy się do wyznaczonego budynku przy ul. Koszykowej 20. Pomógł nam w tym jakiś pijak, który tak zabawnie slalomował po przeciwległym chodniku, że skupił na sobie całą uwagę SS-mana, wartującego przed ambasadą. Znalazłszy się wewnątrz, natychmiast wezwałem dozorcę i kazałem zaryglować bramę. My czterej założyliśmy już biało-czerwone opaski z literami W.P. Zajęliśmy miejsca na dachu i czekaliśmy na sygnał. Oczekiwanie przeciągało się nieco, ale wreszcie zadudniła seria karabinu maszynowego. W chwilę później rzuciliśmy nasz ładunek, a najcelniej zrobił to, bo prawie zawsze trafiając w otwory okien, Tadeusz Hanke.

Gdy pozbyliśmy się wszystkich granatów i butelek, zbiegliśmy na dół, aby przyłączyć się do szturmujących. Ku naszemu jednak zdumieniu, zamiast atakującej kompanii ujrzeliśmy dwóch czy trzech ludzi z opaskami biegnących przez jezdnię w kierunku ambasady.

Pognaliśmy więc do wejścia, koło którego leżał trup wartownika. Wewnątrz jednak na parterze nie było nikogo, tylko masa wszelakiej broni stojącej pod ścianami lub porozrzucanej w nieładzie na podłodze.

Natychmiast zaopatrzyliśmy się w schmeissery i gęsto strzelając, ruszyliśmy schodami do góry, wzywając jednocześnie ukrytych na piętrach wrogów do poddania się”.

Dowódca kompanii podporucznik „Long”, który jako pierwszy po sforsowaniu drutu kolczastego znalazł się w budynku, padł raniony odłamkami granatu. Już o 17.25 znajdował się w punkcie sanitarnym przy ulicy Natolińskiej 4. Do szpitala trafia również dowódca 139. plutonu sierżant „Błyskawica”. Ranni są także „Grom” i „Łoś”. Krzyki: „Zabierać rannych!” są coraz bardziej dramatyczne. W końcu wyeliminowana została cała kadra dowódcza. Żołnierze – pozbawieni dowódców – nie wiedzieli, co robić. Początkowo przybiegali po rozkazy do punktu sanitarnego, gdzie znajdowali się ich przełożeni. Szczęśliwie dowodzenie samorzutnie przejmują kapral „Kazimierz” Edmund Weisert z plutonu 138. oraz kapral „Orlik” z plutonu 139.

W końcu zaczyna to przynosić efekty. Niemcy i własowcy, bo tych było w budynku najwięcej, zostali osaczeni. Nic dziwnego. Ogień Polaków jest huraganowy. Od strony frontu, od podwórka, z boku, a nawet z góry. No i wewnątrz, bo powstańcom – uzbrojonym w karabiny – udało się po czterech wbiec do lewej i prawej klatki schodowej. Walka toczy się o każde piętro. Powstańcy zdobywają kolejno pierwszą, drugą i trzecią kondygnację. „Jeden z własowców ukrył się w toalecie – rzucony przez drzwi granat unieszkodliwił go. Żołnierze znajdują jeszcze jednego własowca, którego biorą do niewoli. Następnie walka przenosi się na podwórko, gdzie wkrótce zdobyto garaże” – wspominał Mieczysław Ćwikowski „Zbigniew”.

„No i poddali się!” – ponownie oddajmy głos bohaterowi ataku Ksaweremu Tłoczyńskiemu. „Serie erkaemu w okna frontowe i detonacje granatów z tyłu budynku odebrały ducha SS-manom. Nasz szturm schodami musiał zaś przekonać ich, że mają do czynienia z licznym i dobrze uzbrojonym oddziałem. Na szczęście, jak się później okazało, część załogi została wysłana poprzedniego dnia na jakąś akcję.

Kazałem SS-owcom wychodzić pojedynczo, bez broni i z rękoma uniesionymi nad głową. I tak pojedynczo wyprowadzaliśmy ich na podwórko, gdzie wartę objął jeden z kolegów, zasiadając na pancernym samochodzie, który wpadł w nasze ręce.

Ukraińców było przeszło stu, a nas wszystkich sześciu”.

Powstańcy wzięli 72 jeńców, przede wszystkim jednak zdobyli prawdziwy arsenał: cekaem, sześć erkaemów, 75 pistoletów maszynowych, zapasy amunicji, około 150 granatów, wóz pancerny, samochód z przyczepą załadowany żywnością i bielizną. Broń ta pomogła dozbroić całe Zgrupowanie „Ruczaj” i niebywale podniosła morale.

„Była to pod wieloma względami najbardziej udana akcja w powstaniu warszawskim – mówił inicjator i twórca wystawy na temat tenisistów walczących w powstaniu redaktor Zbigniew Chmielewski, były szef redakcji sportowej PAP. – Warta przypomnienia. Także dlatego, że nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by w jednym plutonie znalazła się ochotniczo niemal cała reprezentacja Polski, w tym przypadku tenisowa”.

Aby to zrozumieć, musimy opowiedzieć o braciach Tłoczyńskich. Ksawery, czyli „Orlik”, był dwukrotnym mistrzem Polski w grze podwójnej. Z kolei Ignacy przed wojną klasyfikowany był jako trzeci tenisista świata. W kadrze zadebiutował w 1930 r. w meczu z Rumunią. Przeciwko Brytyjczykom poszło mu już słabo, ale te pierwsze pojedynki, a także zwycięstwa w polskiej lidze sprawiły, że w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” w 1931 r. zajął drugie miejsce. W tym samym roku został mistrzem Polski i przeszedł do Legii Warszawa, która wkrótce stała się tenisową potęgą. Razem z nim na kortach Legii grała przecież i odnosiła tryumfy Jadwiga Jędrzejowska – finalistka turniejów w Wimbledonie, Nowym Jorku i Paryżu.

Do 1939 r. Tłoczyński rywalizował również w Pucharze Millera. Było to przechodnie trofeum, które zawodnik zatrzymywał po trzech z rzędu zwycięstwach lub pięciu kolejnych. Tuż przed wojną w końcu je zdobył. Ale lista jego nagród jest dłuższa. Siedem razy zdobywał mistrzostwo Polski, sześć razy był międzynarodowym mistrzem kraju. Do tego był mistrzem Nicei, Portugalii, Walii i Północnej Anglii. To on przyczynił się do zdobycia przez Polskę Pucharu Europy Środkowej. Tuż przed wojną w Pucharze Davisa reprezentacja Polski walczyła nawet z Niemcami. W dramatycznym meczu uległ Hennerowi Henkelowi. Po wojnie Tłoczyński nie wrócił do kraju. Ale – jako amator – grał dalej. Był dwukrotnym finalistą mistrzostw Wielkiej Brytanii, trzykrotnie wygrywał mistrzostwa Szkocji. Zaliczył czternaście startów w turnieju wimbledońskim.

Wróćmy do powstania. Walka o budynek poselstwa trwała zaledwie 89 minut, jak niejeden mecz braci. Zakończyła się wspaniałym zwycięstwem. Ksawery, bohater tego dnia, odznaczony potem Krzyżem Walecznych i awansowany, tak kończy swoje wspomnienie, trafnie zatytułowane Z kortu na barykady:

„W nocy, w naszym teraz budynku zebrało się około 150 żołnierzy z różnych oddziałów, którzy nie mogli przedostać się do swoich jednostek. Wśród nich znaleźli się też koledzy z naszej kompanii. Od nich dowiedzieliśmy się, że kompania nie mogła przejść na stanowiska wejściowe do szturmu, gdyż po drodze została ostrzelana gęstym ogniem z broni maszynowej z budynku tzw. «małej Past-y». Teraz było dla mnie jasne, dlaczego «Long» zwlekał z rozpoczęciem szturmu i dlaczego później znaleźliśmy się w ambasadzie w tak szczupłej liczbie. My czterej mieliśmy wiele szczęścia, ale grupie «Longa» nie powiodło się tak dobrze. Sam dowódca otrzymał w czasie ataku 18 ran. Czesiek Spychała również został ranny w rękę, wielu poległo, a tylko dwóch przedostało się z nami do ambasady”.

Z piątki tenisistów, członków Batalionu „Ruczaj”, wojnę przeżyło czterech. Ignacy Tłoczyński kontynuował karierę w Anglii, jego brat grał w Polsce. Ranny Czesław Spychała również. Podobnie Smordowski. Jedynie dobrze zapowiadający się Jerzy Gottschalk, który dołączył do oddziału po ataku na poselstwo, zginął na trzy dni przed kapitulacją. Z kolei Tadeusz Hanke, trzykrotny lekkoatletyczny mistrz Polski w sztafecie 4 x 400 m, a także polski rekordzista w pięcioboju i skoku w dal jeszcze w czasie powstania stał się mistrzem w zatrzymywaniu goliatów. Te zdalnie sterowane pojazdy gąsienicowe, które służyły Niemcom do rozbijania barykad, były prawdziwą zmorą powstańców. Hanke celnymi rzutami granatów potrafił rozerwać kable, którymi były sterowane. Po wojnie nie wrócił do kraju. Został przedsiębiorcą budowlanym.

Powyższy tekst ukazał się w: 63 opowieści na 63 dni powstania, „Newsweek Historia Extra”, 1/2014, wydanie specjalne, lipiec–wrzesień 2014.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Misja w białej furażerce

Dostępne w wersji pełnej

Rewolwerowiec

Dostępne w wersji pełnej

Niobe z Woli

Dostępne w wersji pełnej

Verbrennungskommando Warschau

Dostępne w wersji pełnej

Kamienie na szaniec

Dostępne w wersji pełnej

Co to za facet, ten „Bór”?

Dostępne w wersji pełnej

Ostało się jedynie koło

Dostępne w wersji pełnej

Ward nadaje

Dostępne w wersji pełnej

Śmieją się, bo żyją

Dostępne w wersji pełnej

Co tam, panie, w polityce?

Dostępne w wersji pełnej

Szafy, krowy i kocioł

Dostępne w wersji pełnej

Nieme kino

Dostępne w wersji pełnej

Do ziemi! I spalić!

Dostępne w wersji pełnej

Swój czy wróg? Jak niemieckie mundury wprowadzały w błąd

Dostępne w wersji pełnej

Przeskoczyć Aleje

Dostępne w wersji pełnej

Łzy Fogga

Dostępne w wersji pełnej

Patrz na Past-ę, synku

Dostępne w wersji pełnej

Frajda asów z Luftwaffe

Dostępne w wersji pełnej

Panowie, uśmiech!

Dostępne w wersji pełnej

Apokalipsa Retlicha

Dostępne w wersji pełnej

Papierosiarze w akcji

Dostępne w wersji pełnej

Najpiękniejszy uśmiech

Dostępne w wersji pełnej

Manicure Leny

Dostępne w wersji pełnej

One

Dostępne w wersji pełnej

Zmora gołębiarzy

Dostępne w wersji pełnej

Flaga na cierniu Śródmieścia

Dostępne w wersji pełnej

Prawie jak selfie

Dostępne w wersji pełnej

Czarujący uśmiech „Rataja”

Dostępne w wersji pełnej

Okiem Goebbelsa

Dostępne w wersji pełnej

Jak Indianie

Dostępne w wersji pełnej

Legenda „Aresa”

Dostępne w wersji pełnej

I w proch się obrócisz

Dostępne w wersji pełnej

Serce w koniaku

Dostępne w wersji pełnej

Dziewczyna z lusterkiem

Dostępne w wersji pełnej

Koszmar kanałów

Dostępne w wersji pełnej

„Z dymem pożarów”

Dostępne w wersji pełnej

W habicie i w szlafroku

Dostępne w wersji pełnej

Zakrwawiony sztandar „Skrzata”

Dostępne w wersji pełnej

Karl na gościnnych występach

Dostępne w wersji pełnej

W skórze i w sutannie księdza

Dostępne w wersji pełnej

Przebić Orsona Wellesa

Dostępne w wersji pełnej

Jazzman w „Iwo”

Dostępne w wersji pełnej

Bitwa, której nie było

Dostępne w wersji pełnej

Od autora zdjęć

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny okładki i wnętrza

Tomasz „Waciak” Wójcik

Zdjęcie na okładce

Sylwester Braun „Kris” / Muzeum Powstania Warszawskiego

Marcin Dziedzic

Zdjęcie autorów

Marcin Dziedzic

Redakcja

Elżbieta Lewczuk

Korekta

Anna Sidorek

Krystian Gaik

Copyright © Marcin Dziedzic, 2015

Copyright © Michał Wójcik, 2015

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2015

Wydawnictwo dziękuje Muzeum Powstania Warszawskiego za udostępnienie zdjęć.

www.wielkalitera.pl

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

ISBN 978-83-8032-038-3

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl