Terapeutka - Bev Thomas - ebook

34 osoby właśnie czytają

Opis

Obojętność to nie zbrodnia, czyż nie?

Thriller psychologiczny o traumie i relacji między terapeutą a pacjentem.

Ruth Harland jest dyrektorką przychodni terapeutycznej w Londynie. Jako psychoterapeutka z wieloletnim doświadczeniem jest bardzo poważana w środowisku. Ale jej życie rodzinne świadczyłoby o czymś innym – Tom, jej siedemnastoletni syn zaginął i od dwóch lat nie było z nim kontaktu. Ruth rozpacza po utraconym synu, starając się zrozumieć jego zniknięcie – czy zaginął, czy zginął?
Pewnego dnia Ruth zaczyna terapię z pacjentem, który bardzo przypomina jej zaginionego syna. Żal i poczucie winy wykraczają poza strefę profesjonalizmu. Ruth przestaje mieć kontrolę nad terapią i dochodzi do strasznego aktu przemocy.

Bev Thomas jest psychologiem klinicznym, ma 25 lat doświadczenia w pracy z pacjentami po przeżyciach traumy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 396

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Colina

 

 

Jeden

 

 

 

 

Teoretycznie Dan Griffin niczym się nie wyróżniał. Był niespokojny, natarczywy, jak wszyscy inni pacjenci, których widujemy na naszym oddziale. „Przeciętny” – w ten sposób opisałam go policji. Kiedy zaczęli szukać odpowiedzi w notatkach z początkowych sesji terapeutycznych, przeczytali o sińcach na jego twarzy, przerażeniu w głosie i wspomnieniach tak pełnych emocji, że odbierały mu dech. Nie było tam jednak cienia sugestii co do jego gwałtownej natury. Nic nie wskazywało na to, do czego był zdolny. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że zamiast zastanawiać się: „Dlaczego nie widziałam, co się święci?”, należałoby raczej zapytać: „Dlaczego nie zeszłam mu z drogi?”.

Moje pierwsze spotkanie z Danem odbywa się w piątkowe kwietniowe popołudnie, pod koniec ciężkiego tygodnia pracy – nawałnicy nowych pacjentów skierowanych na konsultacje, e-maila informującego o cięciach budżetowych, a potem, nad ranem, niespodziewanego telefonu o śmierci pacjenta, Alfiego Burgessa.

Pielęgniarka z hospicjum łagodnym głosem przekazuje mi szczegóły.

– Odszedł spokojnie, otoczony przez rodzinę. – A potem dodaje jeszcze coś, czego nie słyszę. – Przekażesz wieści zespołowi, prawda? – kończy rozmowę. Oczywiście, jako kierownik oddziału to ja mam obowiązek przekazania im tej informacji i w przeszłości wypełniałam tę rolę bez trudu. Jestem w tym dobra – kompetentna, umiejętna i opanowana. Rozkładam szeroko ramiona, powstrzymując rozprzestrzenianie się przygnębienia wśród moich współpracowników. Ale dzisiaj, w przeddzień urodzin Toma, kiedy odkładam słuchawkę, moja ręka drży ze zdenerwowania.

Jest to stopniowo pogłębiające się uczucie. Lekkie łaskotanie w żołądku zmienia się teraz w stalową obręcz zaciskającą się wokół mojej klatki piersiowej. Każda śmierć jest trudna, ale jeśli umiera ktoś, kogo dobrze znam, jak Alfie, obręcz zaciska się tak mocno, że trudno mi się poruszać. Nigdy nie widzę w myślach żadnego obrazu, mam tylko narastające poczucie przerażenia związanego z Tomem. Usiłuję skoncentrować się na Alfiem, na tym, jak mam poinformować zespół o jego śmierci, ale cała jestem zesztywniała, jakby moje ciało postanowiło się schować w samym sobie.

Urodziny Toma stały się dla mnie obsesją. Wiedziałam, że tak się to skończy. Już w zeszłym roku tak było. Ostatnio niemal każdy najdrobniejszy szczegół może służyć jako wyzwalacz; pierwsze jesienne liście, pierwsze igiełki szronu albo pierwsza purpurowo-żółta smuga krokusów – wszystkie te drobne symbole tego, że świat nadal się kręci, bez niego. Ale dzień jego narodzin? Jego urodziny? Która matka nie chciałaby cofnąć się w czasie do cudownego kokonu tamtej chwili, bez względu na to, ile lat ma jej dziecko? Czuję nerwowe wyczekiwanie, które, jak wiem, spełznie na niczym. Ów dzień nadejdzie i przeminie bez Toma, balon nadziei sflaczeje. Czasami sam wysiłek wymagany, żeby znów „napompować” ufnością duszę, po prostu wydaje się zbyt wielki. Miałam już dni takie jak dziś i wiem, że to uczucie minie, ale w tej chwili jestem nim wypełniona. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego – jakiegoś członka mojego zespołu – powiedziałabym tej osobie, że w takim stanie nie powinna przychodzić do pracy. „Idź do domu”, powiedziałabym. „Zaopiekuj się sobą”. Z oczywistych powodów dom jest ostatnim miejscem, w którym chcę teraz być.

Tego dnia jestem niczym przepełniona wanna. Kap. Kap. Kap. Czuję się ciężka od emocji – jakby najmniejsza prośba miała sprawić, że zacznę się chwiać, rozlewając je wszystkie na podłodze. A mimo to nadal wyciągam rękę po więcej. Kolejne skierowanie? Dodatkowa grupa do nadzorowania? Wykład do zaprezentowania na konferencji? Tak, zrobię to, słyszę samą siebie. I rzeczywiście, robię to w nadziei, że owe czynności wypełnią pustkę. Nie usprawiedliwiam się. Nie mam żadnego wytłumaczenia. Chociaż nie można pominąć kwestii stanu mojego umysłu tamtego dnia, gdy poznałam Dana Griffina.

Po odłożeniu słuchawki przez chwilę siedzę przy biurku. Rozmyślam o przekazaniu wiadomości o Alfiem i doskonale wiem, jak zostaną przyjęte: ponure twarze, smutek, łzy, przyciszone głosy i przytulanie się. Zrobimy herbatę i zaczniemy go wspominać. Jego radosne „Co słychać?”, którym witał się zawsze w recepcji. Myślami będziemy z jego rodzicami, w ich spokojnym, cichym dostojeństwie. Wspólnie będziemy wylewać żale na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Przypomnimy sobie, że Alfie był chory i że porfiria jest chorobą postępującą. Uznamy, że przeszedł najśmielsze oczekiwania i prognozy. Podsumujemy, że świetnie sobie poradził, zważywszy na okoliczności. Pod płaszczykiem koleżeńskości i współczucia pojawi się cień współzawodnictwa: kto znał go najlepiej, kto ma prawo do najgłębszej rozpaczy po jego śmierci. Przypomnimy sobie o tym, od jak dawna bywał gościem naszego oddziału, lecząc się ze swojej fobii wobec igieł. Ponad osiem lat, może nawet więcej, z przerwami. Pamiętam, że kiedyś opowiedziałam o nim Tomowi – oczywiście bez nazwisk, ale w obliczu koszmarów Toma była to próba „znormalizowania” jego lęków. Pamiętam, jak wpatrywał się we mnie wielkimi oczami, gdy opowiadałam mu o napadzie paniki Alfiego i o tym, co zrobiliśmy, żeby mu pomóc. „Widzisz?” – Pogłaskałam go po włosach. „Wszyscy mają jakieś problemy”.

Przypomnimy sobie, jak dobrze wyglądał Alfie podczas ostatniej wizyty w szpitalu. Zorganizujemy kartkę z kondolencjami i zbiórkę pieniędzy na kwiaty; już na samą myśl czuję zawroty głowy. Zadania, które przez wiele lat wypełniałam z chęcią i dużą wydajnością, dzisiaj wydają się niewykonalne.

Nie chcę więcej żalu, kolejnej śmierci. I tak już czuję się przez nią prześladowana. Pragnę odłożyć telefon i udawać, że nic się nie stało, ale nie mogę tego zrobić. To należy do mnie. Ruth Hartland. Kierownik oddziału leczenia traumy. To ja jestem tu szefem. Tak jest napisane na moich drzwiach.

Jak się okazuje, dopisuje mi szczęście. Po poinformowaniu kolegów z sąsiadujących gabinetów wpadam w korytarzu na Paulę. Zważywszy na to, że bardzo cieszy się swoją nową rolą managera administracji, wiem, że przekaże wieści reszcie zespołu i do lunchu zdąży już zorganizować zbiórkę pieniędzy.

Przez resztę poranka udaje mi się unikać pozostałych współpracowników, ale po południu przychodzi czas na zarejestrowanie wszystkich nowych skierowań na konsultacje w głównym biurze oddziału, a to jeden z moich obowiązków. W pomieszczeniu czuję atmosferę cichego smutku, ale też stoickiej odporności. Spójrz na nas, jesteśmy lekarzami klinicystami, szkolonymi do radzenia sobie i do panowania nad trudnymi emocjami – włączając w to nasze własne. Tom często żartował na ten temat. „Mamo, jesteś teraz w domu”, mawiał. „Możesz już wyłączyć bycie terapeutką”.

Mimo to wyczuwam w zespole zwiększoną wrażliwość. Ludzie zachowują się wobec siebie ostrożnie, jakby każdy z nich był poobijany i obolały po jakimś wypadku. Po dziesięciu minutach cała ta ich dobrotliwość i zatroskane spojrzenia zaczynają mnie przytłaczać.

Wkrótce wszystko się zmieni. Śmierć rozbudza w ludziach egoizm, a ten ostatecznie sprawia, że zatapiamy się w sobie, rozważając aspekty naszego własnego życia i rodziny. Po raz pierwszy jestem wdzięczna Pauli, która zawsze z rozmachem wypowiada się w imieniu całego zespołu. Spogląda na mnie znad dokumentów.

– Daje do myślenia, jak wiele rzeczy bierzemy za pewnik. – Rozgląda się po pokoju. – Mam ochotę wrócić teraz do domu i przytulić moje dzieciaki. – Obejmuje się w talii i lekko ściska. – Jestem pewna, że wszyscy myślimy o tym samym.

Nic nie mówię. Nie przywołuję jej do siebie, nie odprowadzam na bok i nie przypominam jej o Eve, która nie ma dzieci, chociaż bardzo tego pragnie. Uśmiecham się tylko i kiwam głową. Nie wspominam też o sobie. Nie potrafię. Nikt nie wie o mojej sytuacji i tak jest lepiej.

Dan Griffin jest moim ostatnim pacjentem tego popołudnia. Mój gabinet konsultacyjny znajduje się za rogiem poczekalni. Podróż po kolejnych czekających pacjentów zajmuje mi około minuty – jest to droga, którą pokonałam setki razy w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Tom i Carolyn też mnie tu czasem odwiedzali, jako dzieci. Pamiętam, że Tom lubił obrotowe krzesło w głównym biurze. Siadywał na nim i wpatrywał się przez okno w czubki koron drzew. Oboje byliby pewnie zaskoczeni, widząc, jak niewiele się tutaj zmieniło; dywan i meble wciąż są te same. Pojawiło się kilka dodatków do dekoracji ścian na korytarzu: oprawiona w ramkę nagroda Beacon Awards – wyróżnienie Funduszu[1] za sprawdzoną jakość kliniczną. Poza tym wszystko wygląda tak samo: pejzaż morski przy windzie, rządek abstrakcyjnych obrazów z rozrzuconymi figurami geometrycznymi i zdjęcie, które Tom lubił najbardziej: kudłatego psa podskakującego w deszczu. To właśnie tutaj oferujemy: poczucie stabilności, coś trwałego i niezawodnego dla ludzi, którzy zaznali w swoim życiu koszmaru. W tej chwili David wzruszyłby ramionami w obliczu jakiegokolwiek teoretyzowania psychologicznego. „Jakie to ma znaczenie?”, powiedziałby. Może to z powodu tego, co przytrafiło się naszej własnej rodzinie.

Zazwyczaj podczas krótkiego spaceru po kolejnego pacjenta oczyszczam umysł i koncentruję się na tej osobie oraz na procesie, jaki za chwilę ma się rozpocząć. Dzisiaj tego nie robię. Chciałabym móc powiedzieć, że zamiast tego myślę o Alfiem i jego rodzicach, ale byłoby to kłamstwo.

Idę powoli, z rozmysłem wpatrując się w wykładzinę koloru wody w basenie. Mijając schody, podnoszę wzrok i widzę go w poczekalni na końcu korytarza. Zatrzymuję się i wpatruję w niego. Wszystko inne nagle przestaje istnieć.

Siedzi zgarbiony na krześle przy drzwiach, z głową ukrytą w dłoniach. Włosy zwisają mu między palcami. Słyszę, jak z moich ust wydobywa się dźwięk – coś w rodzaju stłumionego okrzyku, a potem unosi mnie delikatnie fala emocji. Czuję się lekka, jakbym lewitowała. Znów zapuścił włosy. Davidowi się to nie spodoba, ale ja jestem zadowolona. Ostatnim razem, gdy go widziałam, ogolił się na łyso. Na widok długich złotych loków w umywalce zachciało mi się płakać. Teraz odrosły i sięgają mu do ramion. Moim zdaniem bardzo mu to pasuje. Wyciągam dłoń i dotykam ściany, żeby odzyskać równowagę.

Podchodzę bliżej i widzę jego kufajkę. Tę, którą kupiliśmy mu na Gwiazdkę. Tę z tartanowym podbiciem. Serce wali mi w piersi niczym młotem. Ma nową koszulę, której nie poznaję, a na kolanach trzyma czerwony plecak. No i te martensy na nogach. Zawsze czarne. Ich widok wywołuje u mnie uśmiech. Witaj, Tom, myślę, a może mówię to na głos. Moja pierś unosi się i opada. Ruszam niezgrabnym truchtem, płosząc pozostałych pacjentów w poczekalni. Niektórzy z nich spoglądają na mnie – między nimi jest Tom.

Kiedy podnosi głowę, czuję tępy ból – nagły, jakby ktoś uderzył mnie w splot słoneczny. To nie on.

Zatrzymuję się gwałtownie i cofam o krok. Dziwne szarpane ruchy. Młody człowiek, który na mnie spogląda, właściwie jeszcze chłopiec, wpatruje się we mnie przez chwilę obojętnie, a potem przenosi wzrok na swoje dłonie. Widzę jego podbite oko, siniec na policzku i obandażowaną dłoń. To nie Tom. Czuję zawroty głowy i mdłości. Chwytam się mocno framugi drzwi.

Przywykłam do widywania mojego syna w różnych dziwnych miejscach. Jestem świadoma, że to normalne. Coś, co wszyscy robimy. „Widziałam” Toma wiele razy w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy. Zaledwie w zeszłym tygodniu dostrzegłam go wędrującego drogą pod górę, w stronę jego dawnej podstawówki. Wyglądał tak, jak tuż przed jego nagłym skokiem wzrostu, w szóstej klasie. Pamiętam ten obrazek, kiedy szedł razem z Finnem, kopiąc tornister, śmiejąc się, żartując i przepychając się z kolegą.

Czasami widuję go już bardziej dorosłego. Najdrobniejsza rzecz potrafi wywołać u mnie reakcję: kosmyk włosów na jego szyi, kiedy wychodzi z wagonu metra, albo jego płynny, lekki krok, kiedy przechadza się po plaży. Czasami zaś – i to uderza mnie najbardziej – wygląda zupełnie tak, jak wtedy, gdy widziałam go po raz ostatni. Siedemnastolatek z twarzą pełną udręki i z brutalnie ogoloną głową. Zazwyczaj widzę go tylko przez chwilę, jak obraz, który migocze przez moment i znika, kiedy próbuję przyjrzeć się mu dokładniej. Przeważnie wiem doskonale, co robię: sama przywołuję jego ducha, nadaję niczego niepodejrzewającym obcym ludziom jego twarz, za której widokiem tak bardzo tęsknię. Tego dnia, gdy stoję w progu poczekalni, podobieństwo nie znika, nie zmienia się. Jest wstrząsające, niepokojące i niezmienne.

– Dan Griffin? – Rozglądam się po pomieszczeniu, doskonale wiedząc, kto za chwilę wstanie. Chłopak drga nerwowo na dźwięk swojego nazwiska i kiwa głową. Niewiele pamiętam z dalszej części spotkania. Może się pocił, może drżały mu ręce, kiedy podnosił plecak; nie przypominam sobie żadnego z tych szczegółów. Prawie w ogóle o nim nie myślę. Wracam do gabinetu, koncentrując się głównie na utrzymaniu własnego ciała w pozycji pionowej i na stawianiu miarowych, stabilnych kroków po niebieskiej wykładzinie.

W skierowaniu napisano, że ma dwadzieścia dwa lata. W rzeczywistości wydaje się młodszy. Został do mnie wysłany w trybie pilnym przez doktor Jane Davies, zastępującą miejscowego lekarza pierwszego kontaktu w Hackney. Nigdy nie spotkałam się z nią osobiście.

 

Szanowna Pani Ruth Hartland,

byłabym wdzięczna, gdyby przyjęła Pani pilnie na konsultację tego młodego człowieka, który właśnie przeprowadził się w nasze okolice. Dan Griffin przeżył ostatnio wysoce traumatyczne wydarzenie i wykazuje klasyczne objawy szoku pourazowego. Nie był w stanie przybliżyć mi natury samego wydarzenia, ale z tego, co zrozumiałam, chodziło o brutalny napad w parku. Biorąc pod uwagę poziom jego lęku, nie wypytywałam o szczegóły. Poprosiłam jego poprzedniego internistę o dokumentację medyczną pacjenta…

Z wyrazami szacunku

dr Davies

 

Dan wbija wzrok w podłogę i przyciska plecak do piersi. Cały jest spięty, w oczach ma niepewność. Przedstawiam się i pytam, jak mogłabym mu pomóc. Zapada długa chwila milczenia. Spogląda na mnie, przełyka kilkakrotnie, a potem wpatruje się we mnie z taką intensywnością, że mam ochotę odwrócić wzrok.

Może dlatego, że jest zbyt zajęty swoim własnym zdenerwowaniem, nie zauważa mojego; mojej zarumienionej twarzy, szaleńczego bicia serca – czy to możliwe, że nie dostrzega jego bicia pod moim niebieskim dopasowanym żakietem? Czy to szok? Rozczarowanie? A może wściekłość lub wstyd z powodu mojej własnej głupoty? Co ja sobie wyobrażałam? Co by sobie o tym pomyślał David? Już widzę, jak wywraca oczami, ale w głębi duszy zastanawiam się, czy on również nie dostrzegłby tego, co ja.

Na początku sesji Dan sporo mówi. Urywanym głosem, bez tchu. Tłumaczy, że jest zdesperowany. Że sobie nie radzi. Ujawnia rozmiar swoich wspomnień. Jestem wdzięczna za to szczegółowe sprawozdanie. Wykorzystuję tę sposobność, żeby się opanować, wrócić do siebie, chociaż czuję opór – szalone, pełne nadziei myśli, które nie chcą przyjąć do wiadomości, kto tak naprawdę się przede mną znajduje. Siedzę cicho. Oddycham.

Wkrótce odzyskuję świadomość mojego ciała: nogi spoczywające na siedzeniu krzesła, ręce złożone na udach. Dan przenosi się z opisywania swoich objawów na monolog o rozczarowaniu w związku z jego wizytą w naszej klinice. Jak niewielka się okazała. Jak obskurna. Jak trudna do znalezienia.

– Byłem zaskoczony, zważywszy na reputację, jaką ma to miejsce.

Punktuje poprzecierany dywan, zepsutą windę, ściany, którym przydałoby się odmalowanie, oraz niejasne i niedostateczne oznakowania.

– Naprawdę, o co tu biega? – pyta. – Czy to miał być jakiś test? Zawody na orientację w terenie? – A potem pojawia się delikatny posmak paranoi: – Zupełnie jakbyście chcieli, żebyśmy wszystko znów spieprzyli. Ta klinika ma doskonałą opinię – kontynuuje wypełnianie sesji narzekaniami i niezadowoleniem. – Podobno jesteście ekspertami w swojej dziedzinie. Raz w tygodniu, tak napisano w liście. Sześć spotkań? Czy to wystarczy? – W jego głosie nie ma gniewu, raczej rezygnacja. Klinika. Nasze podejście. Ja. Oczekiwał więcej. Zdołaliśmy go zawieść na samym wstępie. I z jakiegoś powodu nie jest to dla niego zaskoczeniem. Dość szybko orientuję się, że właśnie do tego przywykł – że postrzega świat przez pryzmat rozczarowania.

– Chyba po prostu miałem nadzieję, że to wszystko będzie trochę bardziej… – Wzrusza ramionami i przerywa, szukając właściwego słowa. – Specjalne.

Kiedy pytam, czego się spodziewa po wizytach w klinice, odpowiada, że chce, aby wszystko znów było tak, jak przedtem. Mówiąc to, nachyla się do przodu, przyjmując pozycję sugerującą bliskość, jakbyśmy byli znajomymi lub przyjaciółmi, którzy spotkali się po latach. Trudno mi usiedzieć spokojnie, powstrzymać pragnienie przysunięcia się do niego bliżej. Dan rysuje palcem niewidzialną linię na nogawce dżinsów.

– Przedtem i potem – mówi. – A ja chcę się znaleźć z powrotem tutaj. – Dźga w miejsce na udzie określone jako „przedtem” i spogląda na mnie wyczekująco.

I to właśnie pamiętam najlepiej z mojego pierwszego spotkania z Danem Griffinem; jego zaabsorbowanie, wręcz obsesję na punkcie powrotu do stanu z „przedtem”. Wielu naszych pacjentów pragnie tego samego. Czuję ulgę, wracając na znajome terytorium – rzeczywistość, którą mogę kontrolować.

– To naturalne, że gdy dzieje się coś okropnego, człowiek pragnie cofnąć się w czasie do chwil sprzed tego wydarzenia – zaczynam. Tłumaczę, że cokolwiek się stało, celem naszej terapii nie jest wymazanie tego zdarzenia, lecz wręcz przeciwnie. – Na tym oddziale pracujemy nad sposobem zintegrowania traumatycznego wydarzenia lub wydarzeń z twoim życiem – mówię.

Dan siedzi sztywno na swoim krześle, a na jego czole perli się pot.

Ciągnę dalej. Mówię wszystkie właściwe rzeczy, kiwam głową i zadaję wszystkie odpowiednie pytania. Jednocześnie przez cały czas sycę się jego widokiem, chłonę go. Moje oczy są niczym palce ślepca dotykające czyjejś twarzy. Odnajduję wszystkie jego podobieństwa do Toma: sposób, w jaki jego włosy opadają do przodu, łuk jego szczęki, pojawiający się od czasu do czasu bezbronny wyraz twarzy.

– Niestety, nie jesteśmy w stanie odwrócić biegu wydarzeń; sprawić, żeby coś w ogóle nie zaistniało – wyjaśniam. I oczywiście potrafię zawrzeć w tej wypowiedzi pełne przekonanie. – Każde wydarzenie z naszej przeszłości wpływa na to, kim się stajemy…

– Kiedyś już to zrobiłem – przerywa mi. – Dawno temu też przydarzyły mi się różne rzeczy. Po prostu zablokowałem je w umyśle. – Wpatruje się we mnie z natężeniem. – Wtedy to zadziałało…

Otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ale on ciągnie dalej.

– Po prostu nie dopuściłem do tego, żeby miały na mnie jakikolwiek wpływ. To, co się stało, nic nie znaczyło. – Podnosi głos, a potem potrząsa głową i szybko przesuwa dłonią po włosach, jakby odganiał natrętną muchę. – Po prostu muszę jakoś sprawić, żeby teraz też zadziałało.

Spogląda na mnie buntowniczo, jakby prowokował do zaoponowania. Widzę u niego cień rozdrażnienia i jestem z tego faktu zadowolona. Z doświadczenia wiem, że to może być dobry objaw: gniew na to, co się wydarzyło. Wzburzenie może być sygnałem od zdrowej części psyche – tej, która pragnie walczyć. To oznaka chęci poprawy sytuacji; energia, nadzieja. Ale nie zawsze.

– To całe wydarzenie… to było takie idiotyczne – rzuca nagle gniewnie. – Kilku dupków. Jacyś pieprzeni kretyni w parku… i proszę. – Unosi dłonie w górę, demonstrując mi ich drżenie. – Co jest, do kurwy nędzy? – pyta, oplatając dłońmi plecak. – W niektóre dni nie jestem nawet w stanie wstać z łóżka. Opuszczam naukę w college’u. Kiedyś wszędzie chodziłem na piechotę, czułem się niezwyciężony. Jak Terminator. – Śmieje się. – Teraz… – Potrząsa głową. – Nawet wizyta tutaj… – Milknie. – Okazuje się, że jeden z tamtych kolesiów był na zwolnieniu warunkowym. Niech pani sama powie, co nie? Chryste! Zwolnienie warunkowe? Co jest grane? Gdzie są kuratorzy? Dlaczego ludzie nie wykonują swojej pracy porządnie? – Kuli się na krześle, mały, pokonany. Może ten mroczny cień na jego twarzy to tylko rozpacz, ale czuję nagle w piersi kołatanie strachu.

Jestem świadoma własnego pragnienia, aby mu pomóc, aby go nie zawieść. Dostrzeżenie tego uczucia, emocji przepływającej między nami dwojgiem w tym pokoju to moja praca. Dlaczego ludzie nie wykonują swojej pracy porządnie? To szansa, aby skomentować jego rozczarowanie „systemem”, naszym oddziałem i aby rozważyć, czy Dan martwi się, że ja również mogę sprawić mu zawód. Ale w tej chwili istota przeniesienia zwrotnego[2] wydaje mi się niejasna, zamglona. Dlatego nic nie mówię.

Siedzimy razem w ciszy. Słyszę jego szybki oddech i gdy spuszcza wzrok na dłonie, teraz już nieruchome, przyglądam się żółknącemu sińcowi na jego policzku, szwom na wardze i brudnemu opatrunkowi na jego lewej dłoni. Kiedy Dan wreszcie się odzywa, mówi szeptem. Muszę się nachylić, aby go usłyszeć. Kiedy to robię, dostrzegam usta Toma. Sposób, w jaki formowały się w kształt liter. To, jak przygryzał dolną wargę, gdy był zdenerwowany. Obserwuję jego usta, które opowiadają mi o tym, jak jego świat się zmienił; o atakach paniki, gwałtownych retrospekcjach, bezsennych nocach. Dan krąży wokół tego, co naprawdę się wydarzyło – wokół „tej rzeczy w parku”, jak to określa. Nie próbuję wyciągnąć od niego szczegółów. Wiem, że muszę zaczekać. Wypytywanie pacjentów zbyt wcześnie może być przez nich odebrane jako kolejny atak.

Zadaję inne pytania, być może więcej niż zazwyczaj. Pytam go o bliskich.

– Rodzeństwo? Rodzice?

– Nie mam rodziny – odpowiada lekceważąco. – Ojciec nie żyje, nie mam braci ani sióstr. Straciłem też matkę.

– Bardzo mi przykro…

Potrząsa głową.

– To nie to, co pani myśli. Ona nadal żyje, o ile mi wiadomo. – Wzrusza ramionami. – Straciłem ją na rzecz kogoś innego.

– Kogoś innego? – Jestem zaintrygowana i jednocześnie zdezorientowana jego doborem słów. Dan ucina jednak temat.

– Nie życzę sobie rozmawiać o mojej rodzinie – zaczyna ostro. – Ja po prostu chcę wydobrzeć – dodaje łagodniejszym, niemal przepraszającym tonem. – Chcę to już mieć za sobą, zacząć normalnie żyć. Nauczyć się jakichś technik, sposobów?

– Nie oferujemy tutaj żadnych technik i sposobów – tłumaczę, że jest to miejsce do rozmowy. – Terapia słowna. A skoro już tu jesteś, być może są sprawy, o których chciałbyś porozmawiać.

Pytam go o kwestionariusz.

– Ten, który wysłaliśmy pocztą.

Spogląda na mnie tępo.

– Nie dostałem żadnego kwestionariusza.

Wyciągam z szuflady ankietę i proszę, żeby ją wypełnił, a potem zostawił w recepcji. Dan bierze ją do ręki, składa na pół i wsuwa do plecaka. Najwyraźniej nie ma zamiaru niczego wypełniać. Po chwili nachylam się znów do niego.

– Wiele osób, które do nas przychodzą, pragnie szybkich rezultatów. Obawiam się jednak, że to nie działa w ten sposób. Ankieta pomoże mi zrozumieć znaczenie twojego traumatycznego przeżycia. To właśnie dlatego nie mamy żadnych sposobów i technik. Wszystko opiera się na poznaniu ciebie.

Przez chwilę wydaje się załamany.

Tłumaczę mu, że nasi pacjenci przychodzą tutaj, ponieważ nie są w stanie normalnie żyć.

– Ich egzystencja została naruszona przez coś, co często jest szokujące, brutalne, niepohamowane. Powraca do nich w postaci retrospekcji i natrętnych myśli.

Dan nie wykonuje najmniejszego ruchu.

– To zupełnie jakby dane wydarzenie coś rozdarło – ciągnę. – Powłokę ochronną. Trauma staje się swego rodzaju raną, która nie zagoi się samoistnie.

– Raną – powtarza. – Tak, rzeczywiście, to takie uczucie.

– Czasami ta rana otwiera się, ponieważ wyzwala inne emocje… skojarzenia, związek z dawniejszym wydarzeniem. I z tym właśnie należy się zmierzyć, zanim człowiek zdoła wrócić do normalnego życia – tłumaczę.

Widzę, że słucha mnie z pełną uwagą, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy.

Wyjaśniam, że trauma bardzo często pozostawia ludzi z uczuciem, że świat stał się groźnym miejscem.

– Chaotycznym, nieuporządkowanym i niebezpiecznym.

Po raz pierwszy potakuje moim słowom.

– Czuję się, jakby ktoś zabrał mi mój świat i obrócił go do góry nogami. – Udaje, że stawia kulę na czubku palca. Przyspiesza, opowiadając o poczuciu bezsilności, braku kontroli.

– Czy czułeś się już kiedyś w taki sposób? – pytam. – W przeszłości?

– Czy czułem się już kiedyś w taki sposób? – Kiwa głową. – Tak. I to jest okropne – przytacza więcej szczegółów, opisuje zawroty głowy, wrażenie oszołomienia. – Wszystko się rozmywa, jakbym za chwilę miał zemdleć.

Wtedy po raz pierwszy zaczynam to dostrzegać: ten charakterystyczny sposób odpowiadania na pytania dotyczące przeszłości. Dan powtarza samo pytanie, a potem unika szczegółowej odpowiedzi. Sprawia wrażenie jednocześnie skoncentrowanego i wymijającego. Pod koniec sesji ogarnia mnie uczucie pustej intymności – jakbym wiedziała o nim wszystko i nic. Są również inne aspekty: pragnienie natychmiastowej poprawy sytuacji, niechęć do rozmowy o przeszłości. Zupełnie jakby między jego potrzebą a moimi możliwościami istniała przepaść. Jakby był głodny, umierający z głodu – a ja mam wrażenie, że nie będę go w stanie nasycić. Początkowo kładę to na karb trudności Dana z zaufaniem. To częste u pacjentów, którzy przeszli traumę i zostali opuszczeni. Nie jest to nic nietypowego, po prostu uwaga do zanotowania. Zarys krajobrazu osobowości, który wkrótce się wyłoni. Ale oczywiście nasza sesja nie jest zwykłym pierwszym spotkaniem. Tamtego dnia, po jego wyjściu, nie pozostaję z pustą kanwą, na której mogłabym rozpocząć szkicowanie początku naszej wspólnej pracy. Tabula rasa? Tablica została zabazgrana na długo, zanim się spotkaliśmy.

Dopiero kiedy przepisuję notatki ze spotkania, dostrzegam coś jeszcze. Pojawia się wtedy, gdy Dan mówi o świecie, o tym, jak został odwrócony do góry nogami. Zapisałam frazę „świat nie jest bezpieczny”, ale kiedy spoglądam na te słowa, zdaję sobie sprawę, że Dan wcale tego nie powiedział. Jego dokładne słowa mogły oznaczać to, co początkowo im przypisałam, albo coś zupełnie innego.

Powiedział: „Nie jestem bezpieczny”. Jestem tego pewna, gdy wpatruję się w słowa zapisane w notesie. Jednak z powodu, którego nie potrafię wyjaśnić ani sobie, ani – dużo później – mojemu adwokatowi, nie wprowadzam żadnych zmian ani adnotacji w zapisie sesji.

 

 

 

[1] Narodowy Fundusz Zdrowia Psychicznego, część NHS, czyli systemu państwowej służby zdrowia w Wielkiej Brytanii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Również: przeciwprzeniesienie – proces, w którym terapeuta odpowiada na przeniesienie na niego emocji pacjenta. Rodzaj mechanizmu obronnego przed wytworzeniem „nieprawdziwej zażyłości” między lekarzem i pacjentem.

 

 

Dwa

 

 

 

 

Podobno sposób, w jaki dzieci przychodzą na świat, jest odzwierciedleniem natury ich przyszłego życia, w miniaturze. Moja córka, Carolyn, była pierwsza i okazała się równie punktualna i zdeterminowana także w czasie dorastania. Przybyła na świat z czerwoną, pełną urazy twarzyczką, prosto w objęcia Beatrice, mojej położnej. Szybko się jednak opanowała i tak samo czyniła potem, w ciągu kolejnych lat życia.

Po chaotycznym pośpiechu, w jakim przyszła na świat moja córka, na porodówce zapanowała cisza i spokój. Beatrice obeszła moje łóżko. Słychać było skrzypienie jej gumowych podeszew na linoleum, ciche pikanie monitora i delikatne sapanie noworodka spoczywającego w moich ramionach. Nikt nie martwił się ani nie niepokoił o jej spodziewanego wkrótce brata bliźniaka. Nie istniało żadne medyczne wyjaśnienie jego spóźnionego porodu, tak więc jego powściągliwość została zinterpretowana jako wybór.

– Pewnie mu tam dobrze – powiedziała Beatrice ze śmiechem, poklepując mnie po ramieniu. Miała silny jamajski akcent i długie rzęsy. – Chce jeszcze przez kilka minut mieć panią na wyłączność… rozprostować te maleńkie nóżki. I kto by go za to winił. – Uśmiechnęła się do mnie i mojego męża.

Mijały kolejne minuty i David robił się coraz bardziej niespokojny. Żadne fantazyjne historyjki o tym, co robi drugie dziecko i czego sobie życzy, nie pomagały w uspokojeniu mojego męża.

– Co się dzieje? – pytał zdenerwowany, z desperacją w głosie. Od czasu do czasu migał mi przed oczami błękit jego koszuli, kiedy spacerował nerwowo po pomieszczeniu. Był solidnie zbudowany i przystojny. To właśnie mnie do niego przyciągnęło: jego wzrost, wygląd fizyczny, wrażenie, jakie robił, wchodząc do pokoju. Ale gdy był spięty lub przestraszony, wydawał się kurczyć w sobie – malał i jakby wiotczał. Beatrice zasugerowała delikatnie, aby poszedł na kawę albo przespacerował się, żeby „zaczerpnąć świeżego powietrza”. Ja tymczasem, ponieważ wiedziałam, co nadciągało, wyłączyłam się, zamknęłam oczy niczym zwierzę wchodzące w stan hibernacji.

Może to dzięki temu odruchowi samozachowawczemu lub po prostu dzięki obecności Beatrice, nucącej cicho pod nosem, gdy krzątała się wokół mojego łóżka, czułam się całkiem spokojna. To David, który zupełnie się rozsypał, zawołał lekarza. Beatrice z uśmiechem nachyliła się nade mną, podając mi kostkę lodu do ssania.

– Twój chłopiec pojawi się, kiedy już będzie gotowy. Sama zobaczysz. – Ścisnęła moją dłoń. – To facet, który lubi robić wszystko po swojemu. Na pewno nie będzie się starał w życiu przypodobać innym, o nie.

Kiedy Tom wreszcie przyszedł na świat, wychynął z rozgniewaną, pomarszczoną twarzą, prosto w jaskrawe światła lamp i stado zielonych fartuchów szpitalnych.

– Ach, tyle ludzi. Cały ten zgiełk – użaliła się nad nim Beatrice, biorąc go na ręce. Czasami zastanawiam się, czy ta chwila nie była dla niego szokiem, z którego miał się potem otrząsać przez resztę swojego życia.

Później dowiedziałam się, że przerwa między narodzinami moich dzieci wynosiła dwadzieścia osiem minut, chociaż przeciętny czas interludium w porodach bliźniaczych to siedemnaście minut. Wiele lat później, kiedy wspominałam te dwadzieścia osiem minut, wyobrażałam sobie Toma, cichego i po raz pierwszy od dziewięciu miesięcy całkiem samotnego. I chociaż wiele już napisano o bliźniętach i ich wzajemnej bliskości, niewiele zwraca się uwagi na fakt, że bardzo rzadko bywają samotne. Od poczęcia po narodziny, a potem przez wczesne lata dzieciństwa zawsze są razem, ramię w ramię. Nierozłączne rodzeństwo.

Tamtego popołudnia odwiedziła mnie moja matka. Miała szkliste spojrzenie i desperacko pragnęła zobaczyć niemowlęta. Jak zwykle pojawiła się w drzwiach, coś mówiąc, a kiedy nachyliła się nade mną, poczułam zapaszek popołudniowego kieliszka ginu i dostrzegłam jej gniewnie zmarszczone czoło. Byłam wtedy napompowana środkami przeciwbólowymi i hormonami, więc jej słowa spływały po mnie, zupełnie niezarejestrowane.

Wreszcie może skończyła, a może zamilkła dla zaczerpnięcia oddechu – tak czy owak wykorzystałam tę chwilę i przypuściłam atak.

– Carolyn wyskoczyła ze mnie niemal z prędkością światła – zaczęłam trajkotać. – Ale Tom… On chciał jeszcze sobie posiedzieć w brzuchu – dodałam bez tchu. – Wykorzystać przestrzeń. Nie spieszył się…

Ogarnięta poporodową euforią, przestałam się pilnować. I gdy tak kontynuowałam moje dopasowywanie sposobu narodzin moich pociech do typu ich osobowości, zapomniałam o zasadach moich relacji z matką.

– Zupełnie, jakby chciał we mnie zostać, zanim wychynie na ten bezwzględny, wielki świat – gadałam. Matka próbowała słuchać, z głową przechyloną na bok. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że jej twarz jest zupełnie nieruchoma.

– Nie bądź niemądra – zbeształa mnie, jakbym była małym dzieckiem, które zachowuje się niegrzecznie przy stole. – To kwestia worka owodniowego, a nie wolnej woli. – Nachyliła się nade mną, wygładzając brzegi szpitalnego koca, w geście ostatecznego przywrócenia porządku. Potem ze spokojną miną wyprostowała się, zadowolona z faktu, iż przepędziła stąd wszelkie fantazyjne wymysły.

Nie tylko hormony i środki przeciwbólowe sprawiły, że tamtego dnia byłam całkiem na nią odporna. Coś się we mnie zmieniło. Trzymałam moją dwójkę dzieci, każde na jednym ramieniu. Matka zaczęła się rozwodzić nad szczegółami jej podróży tutaj; mówiła o niekompetentnym taksówkarzu, o problemach z dostaniem się do Londynu w godzinach szczytu, o odwołanym lunchu charytatywnym. Ja zaś czułam się tak spełniona i podekscytowana, że jej huragan desperacji w ogóle mnie nie dotknął.

Byłam obolała i rozbita, i ledwie ją słyszałam. Obserwowałam jej poruszające się usta; głoski, z których powstawały słowa, wyginające się w pokręcone zdania. „Korek na autostradzie”. „Wszystko na ostatnią chwilę”. „Nie miałam czasu, żeby się przygotować”. „Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej”. Jej słowa – te małe gniewne grudki – po prostu się ode mnie odbijały. Matka pęczniała z wściekłości, a ja pęczniałam z miłości. I kiedy tak siedziała na brzegu łóżka, z niecierpliwymi palcami, które chciały dotykać, międlić ciałka moich nowo narodzonych dzieci, poczułam przypływ energii. Uśmiechnęłam się i przytuliłam do siebie moje dzieci; mocno, stając się ich tarczą. Urosłam, wiedząc, że po raz pierwszy w życiu miałam coś, co nie należało do niej. Coś, czego ona nie mogła mieć.

Po jej wyjściu David położył się na łóżku obok mnie. Kolor wrócił na jego twarz. Wziął dzieci na ręce, jedno po drugim, nieśmiało, szczerząc zęby w głupawym uśmiechu. Kiedy poszedł do kawiarenki po napoje i przekąski, odłożyłam nasze dzieci ostrożnie do ich łóżeczek i opadłam na poduszkę. Kwietniowe słońce wisiało nad drzewami za oknem, jego promienie wpadały do pokoju przez szybę. Obserwowałam roztańczone, rozedrgane cienie liści na szpitalnym kocu. Na oddziale nadal byli odwiedzający i poczułam, że usypia mnie wszechobecny gwar rozmów. Jedna z konwersacji przyciągnęła moją uwagę – dwie panie naprzeciwko mnie. Obserwowałam je wcześniej. Kobieta leżąca w łóżku ostrożnie podała swoje nowo narodzone dziecko tej drugiej – jak się domyślałam, jej matce. Gdy ta odbierała dziecko, jej twarz rozjaśniła się niezmierną dumą i szczęściem. Przysłuchiwałam się, jak rozmawiają o kimś o imieniu Alex. I o płocie, który wymaga naprawy.

– Planujesz chrzciny? – spytała starsza kobieta. – A może jeszcze nie zdecydowałaś?

– Nie jestem pewna – odparła jej córka. Jej matka pokiwała głową i konwersacja potoczyła się dalej. „Malutkie paluszki”. „Długie rzęsy”. „Brzoskwiniowa cera”. Wszystko takie zwykłe, szczere, nieskomplikowane. Byłam pod wrażeniem – zazdrościłam im tej prostoty. Tej zwyczajności.

– Dlaczego? – spytała moja matka, krzywiąc się z niezadowoleniem, kiedy wspomniałam o moich planach karmienia piersią. – Ja nigdy tego nie robiłam – dodała stanowczo, jakby w jakiś sposób przesądzało to o sprawie.

– Wiem.

– Oboje? – spytała z niedowierzaniem.

W pierwszych tygodniach życia dzieci moja matka miała obsesję na punkcie karmienia. Nawet najcichsze jęknięcie czy pomruk ze strony któregokolwiek z dzieci były dowodem na to, że są poważnie niedożywione.

– Głodne. – Kiwała głową w stronę któregokolwiek maleństwa aktualnie przyssanego do moich nabrzmiałych piersi. – Umiera z głodu – podsumowywała, z dłońmi gotowymi do rozerwania paczki z mlekiem modyfikowanym, którą trzymała przy sobie niczym torebkę. Ostatecznie David zajął się bardziej bezpośrednio jej własnym, nienasyconym głodem.

– Chodźmy. – Wsunął ramię pod jej łokieć. – Pójdziemy na ciastko.

Moja córka podeszła do ssania z piersi w sposób, w jaki podchodziła do wszystkiego w życiu: trenowała pilnie i z zapałem, aż stała się wzorem wydajności. Jednak niemal tak szybko, jak opanowała tę czynność, znudziła się nią i „tankowanie” stało się wkrótce obowiązkiem – czymś, co należało zrobić. Jej wzrok wędrował wtedy po pokoju, szukając bardziej ekscytujących rzeczy. Przez te pierwsze miesiące nazywaliśmy ją „Penelopa Pitstop”.

Tom był jej przeciwieństwem. Nie potrafił znaleźć w tym wszystkim sensu, ale kiedy się już połapał, o co chodzi, jak to powiadają, był całkowicie skoncentrowany. W przeciwieństwie do siostry, wpatrywał się we mnie swoimi małymi, szaroniebieskimi oczętami, chwytając paluszkami brzeg mojego swetra.

To, co zapamiętałam najbardziej z tamtego okresu, to niezwykle fizyczny wymiar macierzyństwa. Małe rączki na moim policzku. Miękki brzuszek na moim biodrze. Nogi wspinające się na moje kolana. Dłoń wślizgująca się dyskretnie w moją własną. Wszystko to w oparach otumanienia z niewyspania. To głównie Tom nie sypiał zbyt dobrze, ale oboje mieli swoje momenty. Całymi miesiącami budziliśmy się nagle nad ranem, jakby w szoku, rozciągnięci we troje, a czasem we czworo na łóżku, niczym poobijane fragmenty statku wyrzucone na brzeg. Mimo to znajdowałam ogromną radość w owej fizyczności. Splecione ciała, wtulone w siebie nawzajem. Bezpieczne.

Kiedy z niemowląt stali się kilkulatkami, obserwowałam ich odmienne podejście do życia. Carolyn była szybka i błyskotliwa. Przyglądała się temu, co robię. Wystarczył tylko raz i wkrótce sama zaczynała próbować tego samego. Miała wrodzoną zdolność rozumienia świata – wiedzę, zawzięcie i niezależność, z powodu której często czułam się zbyteczna. Tom natomiast nie tyle nie potrafił robić różnych rzeczy, co po prostu z założenia pozostawał krok w tyle za swoją siostrą. Kiedy on zaczynał się czymś interesować, jej uwagę zdążyło już przykuć coś nowego.

Pamiętam te wielkie rodzinne wydarzenia, kiedy dziecko po raz pierwszy wstaje, robi krok albo rysuje kreskę na papierze i wszyscy gromadzą się, głośno wiwatując z tej okazji. Carolyn spoglądała na nas, pochylała głowę, rozpromieniona, a potem powtarzała swój wyczyn. Całe jej ciało promieniowało, jaśniało naelektryzowane aprobatą. Tom z kolei wydawał się odporny na aplauz publiczności. Często zaskakiwało go to zainteresowanie innych i odwracał się, marszcząc czoło, zażenowany zamieszaniem wokół niego.

Niektórzy rodzice bliźniąt bardzo się starają, aby podkreślać i umacniać indywidualność swoich dzieci. My nie należeliśmy do tej grupy. Dla nas Carolyn i Tom zawsze byli „bliźniakami” – od chwili urodzenia, a nawet wcześniej. Kiedyś uwielbiałam te chwile, gdy przechodnie na głównej ulicy miasta pochylali się nad moim wózkiem. Och, bliźnięta, wydawał się mówić ich wzrok, w którym odbijała się mieszanina zaskoczenia, podziwu i ciekawości.

W tych pierwszych latach oboje wyglądali identycznie. Mamy mnóstwo ich zdjęć, na których widać takie same zwichrzone kręcone włosy i niemal nieodróżnialne twarze. Tom zawsze był najszczęśliwszy na dworze. Uwielbiał otwarte przestrzenie – plaże, góry i pola. Biegał po nich rozradowany, wspinał się na drzewa i zbierał patyki. Często znajdowałam go w ogrodzie na tyłach naszego londyńskiego domu, grzebiącego w ziemi albo robiącego sobie kryjówkę w krzakach. Carolyn z kolei potrafiła godzinami siedzieć przy stole, pracując nad małymi, niezwykle szczegółowymi rysunkami, które kolorowała kredkami. Rysowała głównie ubrania: wzorzyste sukienki i spódnice oraz wymyślne buty. Wycinała je potem pieczołowicie i aranżowała w piękne zestawienia. Wspominam tamte czasy z czułością – było to przed pojawieniem się sztywnych zasad wprowadzonych przez szkołę. Złote lata, gdy oboje byli jeszcze mali. Wiedzieliśmy wtedy doskonale, gdzie się znajdują i co robią. Martwiliśmy się wyłącznie łatwo rozpoznawalnymi niebezpieczeństwami; ruchem samochodowym na ulicy, uszkodzonym, poszarpanym brzegiem zjeżdżalni czy głębokim stawem ogrodowym. W miarę jak dorastali, ich „bliźniactwo” coraz bardziej mi odpowiadało. Nadal podkreślałam ich podobieństwa i zachęcałam do wspólnego celebrowania różnych okazji – prawdopodobnie dużo dłużej, niż powinnam. Chciałabym móc powiedzieć, że było tak, ponieważ to lubili, ale teraz wiem, iż robiłam to dla siebie. Pomagało mi to maskować różnice między nimi, których nie chciałam dostrzec.

 

*

 

Jednym z ostatnich radosnych wspomnień o moim synu jest wydarzenie sprzed ponad półtora roku, kilka dni przed wypadkiem. Siedzieliśmy w ogrodzie w ciepłe lipcowe popołudnie, niebo było błękitne i czyste, tu i ówdzie maźnięte pierzastą bielą wysokich chmur. Po deszczu, który spadł poprzedniego tygodnia, trawa w ogrodzie lśniła intensywną jadeitową zielenią. Naparstnice były w rozkwicie. Stały dumne i prężne, z okwiatem purpurowych i białych kielichów. Tom zaliczył pierwsze dwa semestry kursu stolarskiego i przyzwyczailiśmy się do zapachu wiórów oraz drobnego pyłu pokrywającego jego ubrania, włosy i rzęsy, gdy wracał do domu. Od wiosny pracował weekendami w klubie kajakarskim.

Już jakiś czas przedtem wspomniał o Julie.

– Jest jedną z pełnoetatowych pracownic klubu – powiedział. – Zajmuje się werbowaniem ochotników. Jest naprawdę miła. – Uśmiechnął się promiennie. – Ma różowe włosy. Podsyła mi na zajęcia zabawne dzieciaki. – Roześmiał się. – A kiedy wracam, zawsze przyrządza mi zieloną herbatę. – Skrzywił się. – Twierdzi, że jest dla mnie lepsza niż czarna kawa, którą pijam. Właściwie to zaczynam nawet lubić zieloną herbatę, chociaż nie mogę tego powiedzieć Julie.

Nigdy przedtem nie wspominał o żadnych dziewczętach. Miałam mnóstwo pytań. Jaka ona jest? Ile ma lat? Może byś ją zaprosił do domu? Różowe włosy? Otworzyłam usta – a potem je zamknęłam. Z czasem Tom zaczął mówić o niej więcej, częściej.

– Jesteśmy tylko przyjaciółmi – odparł, zapytany. Ale za każdym razem, gdy wymawiał jej imię, rumienił się. Spotkałam ją raz, w klubie, kiedy przyjechałam po Toma. Stali blisko siebie, ramię w ramię przy biurku recepcji, zaśmiewając się z czegoś. Zwalczyłam w sobie chęć okazania nadmiernego zainteresowania. Liczyło się przede wszystkim to, jak szczęśliwy wydawał się mój syn. Widać było wyraźnie, że przebywanie w plenerze mu sprzyjało. Zdawał się zmieniony, w jakiś sposób bardziej dojrzały. Jego barki poszerzały, ciało wydłużyło się i zmężniało. Miał długie włosy, rozjaśnione słońcem. Łatwo się opalał, więc jego skóra przybrała odcień połyskującego brązu. Horror zeszłego roku wydawał się należeć do odległej przeszłości, wymazany słońcem, pracą i nowo odnalezioną pewnością siebie. Pamiętam swoje zadowolenie. W cichości ducha gratulowałam sobie tego stanu i pozwoliłam sobie na odprężenie. Być może na tym polegał mój błąd.

Stałam na progu tylnego wyjścia z domu, przesłaniając dłonią oczy przed słońcem. Wpatrywałam się w łagodne porośnięte trawą zbocze, z którego bliźniaki lubiły się staczać jako dzieci. Tom był na końcu ogrodu, na drabinie. Przybijał ptasią budkę do srebrnej brzozy. Sezon gniazdowania już minął. David obiecał, że założy budkę na wiosnę – i nie dotrzymał słowa. Tom powiedział, że zrobi to teraz.

– Nigdy nic nie wiadomo. – Roześmiał się. – Może znajdzie się kilka spóźnialskich ptaków. Tutaj? – zawołał do mnie. – Będziesz wtedy widziała ją z kuchni…

– Tak! – krzyknęłam. – Idealnie.

Tom umieścił budkę na gałęzi i sięgnął do kieszeni po gwóźdź, a potem włożył go między zęby i chwycił młotek.

Ptasia budka była moim gwiazdkowym prezentem.

Podarunki Toma były dość losowe, w zależności od jego zmieniających się uczuć względem zgubnych wpływów konsumpcjonizmu. Tego roku, pomimo oczywistego faktu, iż Tom był pod ogromnym wpływem książki o Christopherze McCandlessie[3], zaskoczył nas wszystkich, wręczając nam zapakowane prezenty.

Mój podarunek został owinięty papierem w małe srebrne aniołki.

– Bardzo ci dziękuję! Cudownie. – Wpatrywałam się w pakunek spoczywający na moich udach.

Siedząca po drugiej stronie pokoju Carolyn najeżyła się, widząc mój entuzjazm.

– To nie jest zwykła ptasia budka – powiedział, kiedy już otworzyłam mój prezent i podziękowałam mu raz jeszcze. – Jest wyposażona w kamerę. – Podszedł bliżej, żeby mi zademonstrować. – Kiedy ptak złoży jajka, możesz połączyć się z kamerą za pomocą telewizora i obserwować na żywo, co się dzieje.

– Tom, to cudowne. Bardzo przemyślany prezent.

– Będzie zupełnie jak w domu Wielkiego Brata. – Nachylił się do przodu na krześle, podekscytowany. – Wersja dla ptaków.

Wszyscy się roześmieliśmy, nawet Carolyn.

 

*

 

Minęło półtora roku i ogród jest teraz zaniedbany, a budka ukryta pod gęstym listowiem. Tylko fretka dałaby radę przekopać się do jej wejścia.

Po zniknięciu Toma na wiosnę pojawił się ptak. Kos. Włączałam kamerę codziennie i co wieczór obserwowałam, jak samica pieczołowicie buduje gniazdo z gałązek, liści i różnych kłaczków. Potem pojawiły się w nim cztery nakrapiane jajka, każde w kolorze bladego turkusu. Gdy zbliżał się czas wykluwania, pospiesznie wracałam z pracy i całymi godzinami przesiadywałam na sofie, obserwując atramentowoczarne pióra drżące w nerwowym wyczekiwaniu. Chociaż wiedziałam, że samica kosa mnie nie widzi, miałam wrażenie, jakbyśmy wspierały się nawzajem. Kiedy tak siedziałam na kanapie, czułam się bezpieczna pod uważnym spojrzeniem jej pomarańczowych paciorkowych oczu. Naiwnie sądziłam, że pojawienie się ptaka w jakiś sposób zainicjuje powrót Toma.

Kiedy wykluły się pisklęta, w gnieździe zakipiało od szaleńczej aktywności. Widziałam małe tylko przez chwilę, przed wyjściem do pracy. Były szare, bezbronne i ślepe. Dopominały się jedzenia, a ich matka cierpliwie karmiła je prosto z dzióbka, jedno po drugim.

Pamiętam, że było nadzwyczajnie ciepło jak na marzec i w pokojach terapeutycznych panował upał i duchota, mimo szeroko otwartych okien. Przez cały dzień niecierpliwie wyglądałam powrotu do domu, a kiedy pacjentka odwołała swoją popołudniową wizytę, wyszłam z pracy wcześniej.

Włączyłam telewizor, ale ekran świecił pustką. Nie było czego oglądać. Sprawdziłam połączenie, pobawiłam się pilotem i nic. Tylko ciemnobrązowe wnętrze budki. Pani kosowa zniknęła, a kiedy zrobiłam zbliżenie, dostrzegłam martwe ciała jej dzieci, porozrzucane w gnieździe niczym skrawki mięsa.

 

 

 

[3] Amerykański wędrowiec i pamiętnikarz, który po studiach sprzedał i oddał całe swoje mienie i wyruszył autostopem na Alaskę, aby tam zamieszkać w dzikiej głuszy. Podróż trwała półtora roku i zakończyła się jego śmiercią. Powstała o nim książka biograficzna Wszystko za życie, na podstawie której nakręcono również film o tym samym tytule.

 

 

Trzy

 

 

 

 

W poniedziałek rano mamy spotkanie, na którym omawiamy przypadki pacjentów. Tym razem kolej wypada na mnie i jest dość oczywiste, jaką sprawę powinnam zaprezentować. Zaledwie trzy dni wcześniej wyjaśniałam format zebrań naszej nowej praktykantce, Stephanie.

– Rozmawiamy o pacjentach, którzy są dla nas wyzwaniem – tłumaczyłam. – To czas na eksplorację nieświadomości i tego, w jaki sposób może ona wpływać na pracę.

Stephanie pokiwała entuzjastycznie głową, a jej włosy, schludnie przycięte na boba, przesunęły się w przód i w tył.

Wspomniałam o „projekcji emocji” i celowo poruszyłam potrzebę rozmów o przeniesieniu i przeniesieniu zwrotnym. Rozmyślnie użyłam specjalistycznej nomenklatury, której na pewno nie znała. Jednak kiedy nadeszła chwila, w której spodziewałam się pytań, próśb o wyjaśnienie, a przynajmniej lekkiego niezrozumienia, nic podobnego nie nastąpiło.

– Co dwa tygodnie? – upewniła się tylko, wpisując termin do kalendarza w telefonie.

Stephanie dała się poznać na naszym oddziale na długo zanim rozpoczęła staż. Już dwa tygodnie wcześnie zaczęła codziennie dzwonić lub wysyłać e-maile. W większości były to prośby dotyczące drobnych spraw administracyjnych: przepustka na parking pracowniczy, karta biblioteczna czy różnorakie formularze, których nie potrzebowała. Ja osobiście otrzymałam od niej pytanie dotyczące uczestnictwa w konferencji o traumie i teorii więzi. Poprosiła o listę „stosownej literatury”, którą chciała przeczytać przed rozpoczęciem stażu.

– Wydaje się bardzo zapalona! – zauważyła Paula, czytając e-mail, który jej podesłałam.

Kiedy zapoznałam się z raportem studenckim Stephanie, dostrzegłam człowieka sukcesu; ukończyła Oksford z najlepszymi ocenami i (podobnie jak ja, wiele lat temu) mając zaledwie rok doświadczenia praktycznego, otrzymała ofertę wzięcia udziału w kursie psychologii klinicznej. Jednocześnie była to osoba, która odbyła poprzednie trzy praktyki w klinikach terapii poznawczo-behawioralnej. Nie miała żadnego doświadczenia w zakresie naszego systemu leczenia i, odczytując jej osobiste oświadczenie, trudno mi było sobie wyobrazić powód, dla którego zdecydowała się na specjalizację tutaj, z nami. Teraz, przyglądając się gładko zaczesanemu symetrycznemu bobowi i wypielęgnowanym paznokciom, zdałam sobie sprawę, że Paula się myliła. To nie gorliwość, lecz obawa była motywatorem Stephanie.

Pod koniec naszego pierwszego spotkania usiłowałam przełamać barierę, pytając o artykuły.

– Były dobre – odpowiedziała.

– Co sądzisz o Melanie Klein? – brnęłam dalej, wiedząc, że większość studentów ma problemy z jej napakowanym informacjami stylem.

– Naprawdę interesujące. – Pokiwała głową beznamiętnie. – Dziękuję, że mi je pani przysłała.

I w tym momencie zrozumiałam moją irytację. Nie chodziło o to, że Stephanie miała luki w swojej wiedzy i rozumieniu. Nie chodziło również o jej unikanie tematu lub o zdolności wypierania. Stephanie wierzyła, że jej akt był wiarygodny – że w jakiś sposób mnie oszukała.

Gdy zmierzam w kierunku sali konferencyjnej, zastanawiam się nad wszystkimi możliwymi przypadkami do zaprezentowania. Wiem, że nie mogę opowiedzieć o Danie. Wspomnienie o nim oznaczałoby konieczność rozmowy o Tomie – a bez Toma niewiele miałam do powiedzenia o Danie. Zamiast tego zatem wybieram innego pacjenta, równie trudnego, choć z innych powodów.

Większość pracowników już jest w sali, z wyjątkiem Stana i Maggie, którzy reprezentują nasz zespół na pogrzebie Alfiego. Pokój jest pełny; oprócz Stephanie gościmy jeszcze w tym tygodniu studenta medycyny, który jest bardzo zajęty swoim telefonem i nosi niepokojąco jaskrawy czerwony krawat. Łatwo jest dostrzec początkujących chirurgów rodzaju męskiego: zawsze mają krzykliwe dodatki do ubioru, udają, że są niezwykle zajęci – a wszystko to jest preludium do zaszufladkowania myśli psychologicznej jako czegoś na kształt teorii leczenia kryształami.

– Hayley Rappley – zaczynam i kiedy wspominam jej nazwisko, czuję atmosferę wyczekiwania, może nawet podniecenia. Ludzie wstrzymują oddech i nachylają się ku mnie.

Przyjęłam Hayley miesiąc temu, ze skierowania. Podczas przydzielania konsultacji miałam już ręce pełne roboty i nie potrzebowałam kolejnych pacjentów, a zwłaszcza takich jak ona. Kiedy jednak usłyszałam o szczegółach sprawy, nie zawahałam się. Tamtego dnia Maggie przewodziła zebraniu i natychmiast przekazała mi Hayley. Wszyscy pozostali odetchnęli wtedy z ulgą. Po moich udanych sesjach z Mattem Johnsonem trafiała do mnie cała problematyczna młodzież. Nie potrafię się im oprzeć. Czuję potrzebę, żeby zanurkować w ich problemy. Żeby im pomóc. Poprawić sytuację.

– Większość z was zna tragiczne okoliczności towarzyszące tej sprawie – ciągnę, otwierając plik, a potem spoglądam przed siebie. – Spotkałam się z nią trzy razy, a jak wiecie, Hayley zgodziła się na uczestnictwo w standardowych sześciu sesjach. – Pozostali kiwają głowami, przypominając sobie nietypowe relacje między pacjentką i jej ojcem.

– Żadnych oznak retrospekcji… natrętne myśli… – Przerzucam notatki. – Nadal uważam, że Hayley potrzebuje pomocy, chociaż niekoniecznie z naszej strony…

– Nie rozumiem – wtrąca Stephanie. – Dlaczego nie?

– Ponieważ przeżycie traumatycznego zdarzenia nie oznacza jeszcze, że u danej osoby pojawia się traumatyczna reakcja. Mogą mieć trudności, nie radzić sobie z następstwami, ale niekoniecznie muszą wykazywać objawy zespołu stresu pourazowego. A ja nie jestem przekonana, że ten właśnie zespół u Hayley występuje – wyjaśniam.

Mówię, że pacjentka stawia się na spotkania.

– Problem w tym, że odhacza kolejne sesje jak pozycje na liście zakupów. W drugim tygodniu większość spotkania przesiedziała w milczeniu, wpatrując się w okno. Naturalnie jestem świadoma całego układu i tego, jak wpływa on na naszą pracę. Wiem, że obiecała ojcu, że będzie przychodziła. Zdaję sobie sprawę z jego oczekiwań w stosunku do mnie. Czuję na sobie presję i jednocześnie wiem, że napędza to moje wysiłki, żeby zaangażować ją w proces.

Pod koniec drugiego spotkania poprosiłam Hayley, żeby przyniosła coś, co kojarzy się jej z matką.

– Zazwyczaj nie robię takich rzeczy – wyjaśniam. – Ale jak już zaznaczyłam, była to dość nietypowa sytuacja.

Opowiadam zgromadzonym, że gdy pojawiłam się po Hayley w poczekalni, miała na sobie obcisłą czerwoną sukienkę, buty na obcasach i grubą warstwę makijażu.

– Chwiejnie weszła do gabinetu i wykrzyknęła „tadam!”, machając rękami jak w kabarecie i prezentując się. Potem spojrzała na mnie ze ściągniętą z gniewu twarzą. „Coś, co przypomina mi moją matkę?”, powiedziała. „Mówiła pani, żebym to przyniosła, więc proszę bardzo. Mam to na sobie!”. Jak się okazuje – rozglądam się po obecnych. – Czerwona sukienka była głównym tematem kłótni między Hayley i jej matką w chwili wypadku. Nie znam szczegółów, ponieważ Hayley nadal nie chce o tym opowiadać. W zasadzie to nie powiedziała mi jeszcze prawie o niczym.

Zamierzam kontynuować, ale nagle odzywa się Jamie.

– Ruth – mówi z tym swoim delikatnym szkockim akcentem, nachylając się do przodu. – Wcześniej powiedziałaś, że czułaś się zobowiązana, by wciągnąć ją w rozmowę… – Przerywa. – Zastanawiam się, jakby to było, gdybyś tego nie zrobiła? – Pociera palcem grzbiet nosa. Będąc z natury nieśmiałym człowiekiem, wyrobił sobie ten odruch, kiedykolwiek odzywa się na forum publicznym.

Wszyscy przenoszą wzrok z Jamiego na mnie, czekając na odpowiedź. Jamie jest dobry. I powinien być. To mój były podopieczny. Postąpił dokładnie, jak ja sama bym zrobiła, będąc na jego miejscu. Wie, że moja prezentacja jest zachowawcza – skupiam się na szczegółach sprawy, odwracając tym samym uwagę od siebie. Jamie zarzuca przynętę, podczas gdy ja robię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie połknąć haczyka.

Cały zespół milczy wyczekująco. Stephanie siedzi obok mnie z długopisem przygotowanym do notowania. Czuję falę gorąca na karku. Chcę, żeby przestali się na mnie gapić.

– Jeśli bym jej nie zaangażowała w rozmowę? – upewniam się. – Wtedy obawiam się, że poczułaby się zagubiona. Zagubiona i pełna gniewu. Wiele piętnastolatek czuje się w ten sposób. – Waham się. – Nieliczne jednak były świadkami śmierci swojej własnej matki.

– Z braku rzeczywistej matki pomogłaś jej w internalizacji „dobrej matki”, którą znała – zauważa Jamie. – Nawet jeżeli jej już tutaj nie ma.

Ze względu na Stephanie mówi nieco o koncepcji „dobrej matki” Melanie Klein[4] i o tym, w jaki sposób jej teorie były później rozwijane przez Winnicotta[5]. Stephanie notuje zawzięcie w zeszycie. Student medycyny spogląda na zegarek.

Jamie zerka z powrotem na mnie.

Kiwam głową.

– W tej chwili matka Hayley i ja jesteśmy „złymi obiektami”. Ona dlatego, że ją zostawiła, odeszła. Ja po prostu dlatego, że nie jestem jej prawdziwą matką i dlatego, że usiłuję nakłonić ją do rozmowy o jej stracie. Hayley będzie trudno postrzegać mnie w jakikolwiek inny sposób.

– Naturalnie – przytakuje.

– Gniew jest bezpieczniejszy – mówię. – Prostszy. Niesie ze sobą dużo mniej cierpienia.

– A co z tobą? – Jamie ponownie stawia mnie w centrum zainteresowania. – Zdecydowałaś się zaprezentować nam właśnie jej przypadek. Musisz odczuwać swego rodzaju instynkt macierzyński, czyż nie? Jak się w tym wszystkim znajdujesz?

Milknę na chwilę.

– Co czuję? – Zamykam oczy i zaraz je otwieram. – Czuję… czuję ogromny ciężar odpowiedzialności – Z autentycznym szokiem konstatuję, że oczy nabiegają mi łzami. Spoglądam szybko w dół i sięgam po dokumenty sprawy. – Czuję, że powinnam prawidłowo rozwiązać ten cały problem. Znaleźć sposób, żeby pomóc Hayley.

– A zatem być może daje to nam jakiś wgląd w to, co może czuć Hayley – komentuje łagodnie Jamie. – „Ogromny ciężar odpowiedzialności”.

Po zakończeniu dyskusji o prezentowanej sprawie zawsze mamy czas na omówienie nowych skierowań. Odczytuję listę nazwisk, a kiedy wspominam Helen Cassidy, Eve podnosi rękę w górę.

– Została przydzielona do mnie. Czy mogłabym prosić, żeby przeniesiono ją do kogoś innego? – Waha się. – Nie zdawałam sobie sprawy, że jest w ciąży.

Ludzie wiercą się na krzesłach.

Rumienię się gwałtownie. Nie mogę uwierzyć, że przydzieliłam ciężarną pacjentkę członkini zespołu, która dopiero co poroniła.

– Naprawdę bardzo cię przepraszam…

– Nic nie szkodzi – odpowiada szybko. – To nie twoja wina. Jej lekarz pierwszego kontaktu nie zawarł tej informacji w swoim liście. Błąd administracyjny. Nie ma sprawy. Czy ktoś chce ją przejąć?

Po przydzieleniu pacjentki nowemu terapeucie spoglądam na list z prośbą o konsultację.

– Czy to nie zdarzyło się już wcześniej? – pytam. – Ten sam lekarz pierwszego kontaktu? – Kilka osób potakuje. Potrząsam głową. – Polegamy na dokładnych informacjach przekazanych przez internistów. Częstokroć jest to nasze jedyne źródło wiedzy o pacjencie. Nie wspominając o tym, że w tym szczególnym przypadku musimy zaangażować również oddział okołoporodowy. – Chwytam dokumenty w rękę. – Zajmę się tym.

Zmieniamy temat i wreszcie przychodzi czas, abym wspomniała o Danie Griffinie: wrażliwym pacjencie, skłóconym z własną matką. Pacjencie, który bez wątpienia ma problemy z przywiązaniem.

Pacjencie, który wygląda jak mój syn.

– Coś jeszcze? – Rozglądam się po pokoju.

Kilka osób potrząsa głowami.

– Gwoli informacji – odzywa się Anna. – Andrew Doornan – uśmiecha się – wrócił do pracy.

Ludzie kiwają głowami i pomrukują z aprobatą.

– Dobra robota, gratulacje. Coś jeszcze? – Spoglądam na zgromadzonych.

Eve wspomina o najnowszym blogu Matta Johnsona.

– Może lektura przemyśleń pacjenta przyda się naszym studentom? – Kiwa głową, rozglądając się.

To rzeczywiście dobra okazja do nauki, ale zastanawiam się, czy Eve nie próbuje w ten sposób uspokoić mnie po mojej niefortunnej pomyłce z przydziałem pacjentów.

– Doskonały pomysł. Na pewno warto sobie poczytać. Matt jest lekarzem w szpitalnym oddziale ratunkowym – mówiąc to, spoglądam znacząco na studenta medycyny.

Stephanie robi notatkę w zeszycie.

– To wszystko? – Rozglądam się szybko. – W porządku. W takim razie na dzisiaj już skończymy.

 

*