Tequila z Cortazarem - Dariusz Wilczak, Marek Keller, Juan Soriano - ebook + książka

Tequila z Cortazarem ebook

Dariusz Wilczak, Marek Keller, Juan Soriano

0,0
21,35 zł

lub
Opis

Wywiad rzeka z polskim marszandem sztuki Markiem Kellerem mieszkającym w Paryżu, Mexico City i Warszawie. Keller, kiedyś aktor Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego i członek zespołu „Mazowsze” wyjechał z kraju w 1973 roku. Keller jest gejem, opowiada o swoim długoletnim związku z pisarzem Jerzym Andrzejewskim, o jeszcze dłuższym związku z Juanem Soriano, jednym z najwybitniejszych malarzy i rzeźbiarzy XX wieku. Ale ta książka to również zbiór anegdot o przyjaciołach Kellera, żyjących i tych, którzy od nas już odeszli, m.in. Cortazarze, Marquezie, Octavio Pazie, Fuentesie, Carlosie Slimie, najbogatszym człowieku świata, a z polskich artystów: Krystynie Mazurównie, Gerardzie Wilku, Krystynie Jandzie, Jerzym Połomskim, Wioletcie Villas…
Marek Keller to też największy darczyńca pamiątek po Szopenie dla Muzeum Szopena w Warszawie (przeznaczył na to ponad 1 mln euro). Książkę uzupełniają niezwykłe, archiwalne zdjęcia i nigdy niepublikowane listy Andrzejewskiego do Kellera i Kellera do Andrzejewskiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 176



Podobne


Wydanie pierwsze,

Warszawa 2015

Copyright © by Dariusz Wilczak

Copyright © by Fabuła Fraza

Wydawca:

Fabuła Fraza Sp. z o.o.

02-495 Warszawa

ul. Apartamentowa 6, lokal B3

www.fabulafraza.pl

[email protected]

Projekt graficzny i łamanie:

pixeldesigne.pl

Zdjęcia:

archiwum prywatne Marka Kellera

archiwum prywatne rodziny Karvelis

Rysunki Juana Soriano

Korekta:

Beata Strzałkowska

ISBN 978-83-941885-7-3 (epub), 978-83-941885-8-0 (mobi)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Na początku niewiele o nim wiedziałem. Lakoniczne informacje publikowane w prasie, nie tylko polskiej, i na portalach internetowych opisywały go jako polskiego marszanda sztuki od ponad czterdziestu lat mieszkającego w Paryżu i Mexico City, jedynie od czasu do czasu zaglądającego do Polski, filantropa przeznaczającego majątek na skupowanie w świecie pamiątek po Fryderyku Szopenie, darującego „chopiniana” Polsce.

Zanim zacząłem o nim czytać, zobaczyłem Ogród Rzeźb Juana Soriano. Kilkadziesiąt monumentalnych prac z brązu wybitnego Meksykanina, jednego z najważniejszych artystów XX wieku, ustawionych w siedmiohektarowym parku, obok dworu Kazimierówka, w Owczarni – wiosce wciśniętej między trzy podwarszawskie miasteczka: Milanówek, Brwinów, Podkowę Leśną. Dowiedziałem się, że właścicielem tych cennych, także jeśli chodzi o materialną wartość rzeźb, właścicielem parku i wyremontowanego dworu jest właśnie on – Marek Keller.

Pracownicy Ogrodu, doglądający dworu i posiadłości pod nieobecność Kellera, dali mi do niego numer telefonu. Zadzwoniłem. Był akurat w Meksyku. Do Owczarni miał zjechać za miesiąc. Na krótko, najwyżej na dwa, trzy tygodnie. Obiecał, że da znać. Już z Polski.

To było półtora roku temu. Wtedy spotkaliśmy się pierwszy raz. U niego w Owczarni. Chciałem się dowiedzieć, kim jest, skąd pomysł na prywatną, parkową galerię rzeźb, skąd pieniądze na zorganizowanie wszystkiego. Zwykła dziennikarska ciekawość. Zadawałem pytania chaotycznie. Odpowiadał najpierw zdawkowo, niepewny, o co mi chodzi. Zresztą ja sam jeszcze wtedy nie wiedziałem, o co.

Powiedział, że wyjechał z Polski na początku lat 70. Że już przed wyjazdem na stałe, jako bardzo młody człowiek, przyjaźnił się z wybitnymi polskimi pisarzami, artystami. Że trzy lata, do 1973 roku, był śpiewakiem i tancerzem „Mazowsza”, a wcześniej przez chwilę uczył się aktorskiego fachu pod okiem Henryka Tomaszewskiego w jego słynnym Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Otwierałem oczy i uszy, kiedy wspominał o swoich przyjaźniach, już po wyjeździe z Polski, z Marquezem, Cortazarem, Soriano, Fuentesem, Pazem i wieloma innymi wielkimi twórcami. Przyglądałem się wnętrzom jego dworu, który sam w sobie jest galerią sztuki wypełnioną rzeźbami i obrazami.

Wkrótce Keller ściągnął z Meksyku do Owczarni kilkadziesiąt, unikalnych zdjęć, dopiero co odnalezionych w prywatnym archiwum Fridy Kahlo pół wieku po jej śmierci. Na wystawę prac słynnej artystki przyjeżdżała publiczność z całego kraju. Spotkałem się wtedy z Kellerem kolejny raz. Spytałem, czy się zgodzi na rozmowy. Na wiele rozmów. Do książki. Naszej wspólnej książki o nim, o ludziach wielkich, których miał szczęście poznać. Prosił o czas do namysłu. Zaczęliśmy rozmawiać w czerwcu 2014 roku.

Książka jest zapisem wielu spotkań, zapisem wielogodzinnych rozmów. Jest też próbą zwrócenia uwagi na to, że w naszym, coraz bardziej rozchwianym świecie, tak naprawdę są tylko dwie wartości, których należy strzec za wszelką cenę: przyjaźń, a czasem miłość.

Spotkanie pierwsze
Jerzy Andrzejewski, „Miazga”, nocna jazda pociągiem

Dariusz Wilczak: Co to jest?

Marek Keller: – Widzi pan, kartka papieru.

Zapisana bardzo małymi literami. Wiersz?

– Wiersz, właściwie sonet, ułożony dla mnie. Czytaliśmy wtedy sonety Szekspira.

Kto czytał?

– Jerzy i ja. Jerzy Andrzejewski. Kartka nieco już wyblakła, zresztą tak jak atrament, ale da się odczytać. Kartka była włożona w małe lusterko, które mi Jerzy podarował. Lusterko gdzieś przepadło, ale kartka została. Przeczyta pan?

„Do Marka K.

W kształcie jestem proste, skromna moja miarka,

Przecież najwspanialszym lustrom i zwierciadłom

Nie zazdroszczę, bowiem mnie w losie przypadło

Słodkie obcowanie z urokami Marka.

Gdy oddechem rannym ze snu mnie obudzi,

Sobą mnie wypełni – o nic już nie stoję.

Niechaj inne lustra mają innych ludzi,

Ja tylko z nim jednym stoczę miłe boje.

Cóż mi skromność moja? Pięknem obdarzony,

innej już dla siebie nie szukam obrony.

Lecz Ty też nie szukaj pośród pokus życia

W innych zwierciadełkach innego odbicia.

Patrz na mnie, mój miły: znajdziesz siebie we mnie,

Zawsze, w porze każdej i nigdy daremnie.

Z poważaniem

Lusterko do golenia

25 kwietnia 64”

– Niech pan spojrzy, tu na dole są takie małe postacie ludzi – Jerzy lubił i potrafił rysować. To że świetnie pisał – wiadomo. Ale niewiele osób wie, że gdyby tylko chciał, mógłby malować. Z boku, proszę spojrzeć, jeszcze krótkie zdanie: „Trwanie przysparza kłopotów.”

O co chodziło Andrzejewskiemu?

– Mogę się tylko domyślać, że to dotyczyło naszego wspólnego bycia, naszego trwania. Jak w każdym związku, w naszym też pojawiały się problemy, nieporozumienia, które należało rozwiązywać.

Wasz związek nie był jak każdy. Po pierwsze to był związek dwóch mężczyzn, po drugie Andrzejewski miał swoją rodzinę, żonę, dwoje dorosłych dzieci.

– Jak pan wie, związki dwóch mężczyzn czy dwóch kobiet się zdarzają. To co teraz powiem, może się wydawać truizmem, ale trzeba to powiedzieć. Świat heteroseksualny nie wypełnia stu procent społeczności naszego świata. Według różnych badań pięć do dziesięciu procent ludzi to geje i lesbijki. Ja zrządzeniem losu, zrządzeniem praw natury, których do końca nie pojmujemy, znalazłem się w tych kilku procentach. Niby na marginesie emocjonalnych, ale i seksualnych potrzeb ludzkości, jednak jako pełnoprawny uczestnik życia tego świata. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Jak się zostaje gejem?

– Co to za pytanie? To się samo staje. Nikt się tego przecież nie uczy. Ktoś pana uczył bycia heteroseksualnym?

W pewnym sensie tak. Rodzice, szkoła, koledzy. Prawdopodobnie jako dziecko nie miałem pojęcia, że istnieje homoseksualizm. Pan jak był dzieckiem, to już się pewnie oglądał za chłopakami.

– I za chłopakami i za dziewczynami. W pewnym momencie, nie potrafię już sobie przypomnieć kiedy to było, zrozumiałem, że bardziej interesuje mnie uroda chłopaków. Nie byłem sobie w stanie wyobrazić siebie z dziewczyną w sytuacji intymnej. Za to z chłopakiem jak najbardziej. Wiedziałem, że to nie jest powszechne, że należę do mniejszości. Ale jakoś mnie to wcale nie przerażało.

Mam niewiele doświadczeń z kobietami, jedynie jakieś incydenty, próby, nawet udane, dziewczyny chciały więcej, to raczej ja nie chciałem, ale nie wydaje mi się, żeby problemy związków gejowskich czy lesbijskich były zasadniczo różne od problemów pojawiających się w związkach heteroseksualnych. W moim związku z Andrzejewskim głównym problemem była moja niedojrzałość, jego zaborcza miłość, jego picie. Ja raczej nie piłem. Jeśli już, to niewiele. Jerzemu alkohol nie pomagał, wręcz przeciwnie, z alkoholem były problemy. On się stawał nieznośny po alkoholu. Agresywny, niemiły, prowokujący kłótnie. Przenosił na mnie swoje negatywne emocje. Niedobrze te jego stany wspominam. Najgorzej pewną noc, w którą do niego jechałem. Była zima, ogromny mróz, mnóstwo śniegu. Umówiliśmy się w domu pracy twórczej w Oborach, niedaleko Konstancina. Ja byłem wtedy w wojsku, dostałem przepustkę. W mundurze dotarłem do Warszawy. Był już późny wieczór. Normalnie z Warszawy do Obór jedzie się nie dłużej niż godzinę. Ale tym razem mróz i zaspy uniemożliwiły wyjazd jakiegokolwiek autobusu w stronę Konstancina. Dojechałem jedynie do Wilanowa. Stamtąd pieszo – dobrych piętnaście kilometrów. Do Obór doszedłem już późną nocą. Pukam w szybę – wiedziałem, w którym pokoju, na parterze jest Jerzy. Po dłuższym czekaniu uchylił lufcik. Był pijany i po zażyciu środków nasennych. Bełkotał coś. Wszedłem głównym wejściem. Zaczął mnie absurdalnie oskarżać, że na pewno z kimś byłem, że dlatego się spóźniłem, bo go zdradzałem, jakby w ogóle nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje za oknem, że mróz, że śnieżyca, że szedłem do niego kilkanaście kilometrów zziębnięty, zmęczony, głodny. Wulgarny był Jerzy, niemiły, wręcz chamski. Skończył tę swoją psychodramę dopiero nad ranem jak zaczął trzeźwieć. A z drugiej strony kochający człowiek, oddany, pomagający, wręcz chwilami usłużny. Jednak chciał na mnie nałożyć kaganiec. Na trzeźwo zachowywał się normalnie. Po wódce, pił tylko wódkę i to prawie codziennie, dostawał jakiegoś fatalnego pomieszania zmysłów. Ale te ataki zazdrości wynikały niewątpliwie z uczucia, miłości i być może strachu przed odrzuceniem.

Odwzajemniał pan jego uczucie?

– Nie wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć. Czy siedemnasto-, osiemnastoletni chłopak może cokolwiek odwzajemniać, czy może dojrzale kochać? Ten człowiek ze mną rozmawia, radzi mi, dba o mnie. Wiem dobrze, kim jest, imponuje mi. Na pewno byliśmy ze sobą bardzo mocno związani. Ale tak, po swojemu odwzajemniałem uczucie, na tyle, na ile mogłem i umiałem wtedy. To był czas, w którym ten wiele lat starszy ode mnie człowiek był najważniejszy w moim życiu. Nierozerwalna część mnie. Tyle że on często wyjeżdżał. Ja zostawałem. Byłem żądny świata, pewnie i przygód.

Jak się ma osiemnaście lat, to chyba normalne.

– Zapewne tak. Jerzy był bardzo zazdrosny. Zazdrością mężczyzny w średnim wieku zakochanego w młodym chłopaku – byłem od niego trzydzieści siedem lat młodszy. Takie związki rzadko się udają. Nasz, bardzo intensywny związek, zaczął się w połowie lat sześćdziesiątych i trwał niemal dekadę.

Jak się poznaliście?

Poznał nas Zygmunt Mycielski. Zygmunta znałem wcześniej. Poznaliśmy się „gdzieś na szlaku”, jak się wtedy nazywało warszawski Nowy Świat, okolice Nowego Światu, Krakowskie Przedmieście – kawiarnie, w których przesiadywaliśmy. Pewnego dnia na spacerze spotkałem Mycielskiego idącego z Andrzejewskim. Mycielski powiedział:

„Jerzy, to jest właśnie Marek”.

Wiedziałem, rzecz jasna, kim jest Andrzejewski. I zauważyłem od razu, że jakoś jest mną zainteresowany. Przyglądał się, pytał co robię, słuchał z zaciekawieniem moich odpowiedzi. W końcu zapytał, czy moglibyśmy się spotkać.

No i się zaczęło. Bardzo ważna dla mnie historia, ważna część mojego życia. Na pewno najważniejsza w tamtych latach. Środowisko gejowskie było wtedy bardzo kolorowe, ciekawe, dowcipne, śmieszne czasem. Mówiliśmy do siebie żartem: moja kochana, tak jak kobiety między sobą lubią rozmawiać. Nadawało się imiona żeńskie różnym kolegom. Była Macia, Karolina, Kuka, Janka, Beata, Książeczka. Całkiem inny świat od mojego, domowego, rodzinnego życia. Odpowiadało mi to, ciekawiło. Myślałem wtedy, a właściwie byłem pewien, że jestem gotowy rozpocząć życie na własny rachunek. Gotowy na własny, także ten intymny świat, w którym było miejsce dla znanych intelektualistów, ale i zwykłych ludzi. Znałem na przykład Edka, cinkciarza spod Peweksu. Bony, dolary, pamięta pan. Edek do mnie, jak to się mówi, zapałał uczuciem nagle. Dla mnie to było dość zabawne, bo Edek był autentycznym przestępcą, jakby żywcem wyjętym z opowiadań Marka Nowakowskiego. Marka zresztą znałem, chodziliśmy „na wódeczkę”, bo Nowakowski lubił zaglądać do barów. Opowiadaliśmy sobie nasze, warszawskie doświadczenia, które potem Marek umieszczał na kartach swoich książek.

Edek oprócz handlu walutą ogrywał ludzi w karty jeżdżąc podmiejskimi pociągami. Czasem chodziłem z Edkiem do restauracji. Zazwyczaj nocnych jak „Kameralna”, albo lokal przy Smolnej, naprzeciwko budynku KC PZPR, nie pamiętam już, jak się ta knajpa nazywała. W każdym razie wchodziliśmy, Edek mi dawał pieniądze. Ja miałem płacić. Chodziło o to, żeby jego koledzy – jak on cinkciarze, złodzieje – widzieli, że to nie Edziu stawia, tylko jakiś „jeleń” stawia Edziowi. Znaczy ja byłem w tym przypadku „jeleniem”. Jeździłem z Edkiem kilka razy tymi pociągami, w których grywał w karty. Przyglądałem się, jak ogrywa ludzi. Niektórzy zauważali, że oszukuje, więc kiedy robiło się gorąco, Edek wyskakiwał na najbliższej stacji. Ja jechałem dalej. Z reguły to były ostatnie, wieczorne pociągi, a Edek miał zawsze przy końcowych stacjach meliny. U jakichś starych babek, niewielki pokój albo wydzielona część pokoju za kotarą. Łóżko, pierzyna – to wszystko. Edek jak przyjeżdżał to posyłał babce parę kurew i szedł spać. Zdarzało się, że i ja z nim, kiedy nie było już powrotnego pociągu do Warszawy. Tamte moje przeżycia przypominają rzeczywistość opisywaną przez Jeana Geneta w słynnej książce ,,Dziennik złodzieja”. To znaczy ja nigdy niczego nie ukradłem, ale czasem obracałem się w towarzystwie złodziei.

„Dziennik złodzieja” – książka wydana we Francji w latach 40. ubiegłego wieku, opowiada o burzliwym życiu samego autora, Jeana Geneta. Bohater – autor opisywany jako drobny złodziej, przy tym homoseksualista szukający przygód, balansujący na granicy życia i śmierci, sam siebie pozbawia zasad etycznych i jakichkolwiek innych wartości organizujących francuskie społeczeństwo. Krytykuje w ten sposób społeczeństwo mieszczańskie, społeczeństwo dobrobytu, które nie jest w stanie zaakceptować wszelkiego rodzaju odmienności od z góry narzuconego wzoru.

Genet doświadczył tak zwanego „trudnego dzieciństwa”. Porzucony przez matkę, był wychowywany w domu dziecka. I od dziecka popełniał drobne wykroczenia przeciw prawu, które w wieku piętnastu lat zaprowadziły go do domu poprawczego. Osiemnastoletni Genet zaciągnął się do armii, na zawodowego żołnierza. Wytrwał w niej kilka lat, zdezerterował w 1936, wyjechał z Francji. Na krótko trafił nawet do Polski. Za posługiwanie się podrobionymi dokumentami przesiedział parę miesięcy w katowickim więzieniu. Po powrocie do Francji został skazany i osadzony w więzieniu za dezercję. Właśnie wtedy, w podparyskim więzieniu we Fresnes, zaczął pisać. W późniejszych latach Genet zainteresował się konfliktem izraelsko – palestyńskim. Opisywał sytuację panującą w obozach uchodźców palestyńskich. Penetrował też i opisywał środowisko Czarnych Panter – organizacji walczącej o równouprawnienie ludności murzyńskiej w Stanach Zjednoczonych.

Znajomości od Sasa do Lasa. Ludzie wybitni, znani, cenieni i jakieś typy spod ciemnej gwiazdy. Tego się nie da wytłumaczyć jedynie potrzebą nawiązywania kontaktów w środowisku gejowskim. To raczej pana gonitwa za przygodami.

– Pewnie ma pan rację. Coś mnie przyciągało do ludzi z tak zwanego społecznego marginesu. Chyba ciekawość, może potrzeba przeżywania ekstremalnych przygód, takich na granicy własnego bezpieczeństwa. Wszystko wynikało z mojego charakteru wiecznego poszukiwacza. A że przy okazji byłem zanurzony w życie gejowskie – to inna sprawa. Innego życia nie znałem i nie chciałem znać. „Na szlaku” było tyle ciekawych miejsc do poznania. Niektóre z tych miejsc już nie istnieją, inne ciągle są. „Nowego Światu” na Nowym Świecie już nie ma, a często się tam spotykaliśmy. Jest jeszcze kawiarnia „Amatorska” – chociaż już tylko jako zwykły bar. Lubiliśmy się tam zatrzymywać. Z kolei w Alejach Jerozolimskich, między Empikiem a Smykiem, była restauracja „Alhambra”, słynna na całą Warszawę. W „Alhambrze” serwowano kawę po turecku, z takich tygielków z rączką. Na Nowym Świecie był jeszcze „Piotruś”, dalej „Kameralna”. Jerzy często zachodził do „Kameralnej”, siadał przy barze, zamawiał wódeczkę. Do tych miejsc przychodzili przeważnie geje, ale i „pracujące dziewczynki”. Znałem jedną, odeszła z zawodu. Po latach zobaczyłem ją w Warszawie w zupełnie innym kontekście. Jako dystyngowaną kobietę, z mężem, Holendrem. Spotkaliśmy się przypadkiem na przedstawieniu w warszawskiej operze. Ona piękna, gustownie ubrana, wpatrzony w nią, zakochany mąż. Przywitaliśmy się, spojrzeliśmy na siebie i właściwie niczego nie musieliśmy sobie mówić, bo w tej wymianie spojrzeń była cała nasza historia.

Na Krakowskim Przedmieściu była łaźnia, przedwojenna, pełna zdobień, z wielką salą do masażu. Geje bardzo tam lubili przychodzić. Łaźnia była między „Harendą” a Uniwersytetem. Chodziłem tam czasami. Szczególnie zimą, jesienią, kiedy w Polsce są kiepskie pogody. Tam zawsze było ciepło, para mokra, para sucha. Po tych wszystkich parach, kąpielach można było sobie coś zamówić do jedzenia. Flaczki, pulpety, nic specjalnego, ale zawsze smacznie. Spożywano najczęściej w pozycji półleżącej, na specjalnych łóżkach. Oczywiście przy okazji nawiązywało się kontakty gejowskie, poznawało się ludzi. Nie żeby tam w łaźni dochodziło do jakichś zbliżeń. To nie, ale zdarzało się, że znajomości nawiązane w łaźni owocowały później związkami.

Dokładnie rzecz biorąc łaźnia mieściła się w oficynie kamienicy nazywanej kamienicą pod Messalką przy Krakowskim Przedmieściu 16/18.

Warszawska prasa w latach trzydziestych ubiegłego wieku tak opisywała pierwszy okres działalności łaźni.

„W dniu 03.02.1911 w tylnej oficynie otwarto ultranowoczesną i superluksusową łaźnię „Centralną” – zakład godny wielkiego miasta. Właściciele urządzili kąpielowy zakład, z którego doprawdy Warszawa mogła być dumna. Nie żałowano pieniędzy na postawienie „Łaźni Centralnej”, zgromadzono wszystko to co nowoczesna technika kąpielowa zalecała, urządzono wszystko z maksimum dokładności, wygody, higieny i czystości. Centralna Łaźnia nie ustępowała najwspanialszym zakładom kąpielowym w centrach Europy, a nawet przewyższała je wielkim smakiem artystycznym z jakim ozdobiono sale. Wspaniałe kolumny, witraże Białkowskiego, czeskie majoliki przedsiębiorstwa „Allina & Laurysiewicz”, wielobarwne ceramiczne plakiety autorstwa Stanisława Jagmina czyniły z tego przybytku prawdziwe muzeum dekoracyjnej sztuki. W hollu łaźni, wysłanym dywanami perskimi i zaopatrzonym w miękkie fotele, mieściła się szatnia oraz bufet z owocami i napojami. Główna sala na parterze – imponowała swoimi rozmiarami, wygodą pięknością i pomysłowością urządzenia, wyposażona była w kilkadziesiąt gabinetów i rozbieralni. Małe kabiny służyły jako garderoby dla gości chcących odpoczywać na sali ogólnej, duże gabinety przeznaczono dla klientów ceniących intymność i odosobnienie; wyposażono je w sofy, biurka z przyborami do pisania oraz szafkę z książkami podręcznymi i specjalnymi. W sali tej znajdował się wodotrysk z basenem złotych rybek, stół z aktualną prasą w czterech językach, waga amerykańska z księgą rejestracyjną do zapisywania zmian ciężaru ciała gości oraz dwa szeregi wygodnych sof do wypoczynku. W innych pomieszczeniach tej kondygnacji ulokowano m.in.: elegancji pełen gabinet fryzjera z dwoma lustrami i marmurowymi stołami, urządzony na pierwszorzędną stopę, z przyrządami do masażu wibracyjnego i do suszenia włosów elektrycznym wentylatorem, manicure i pedicure oraz kilka zanderowskich przyrządów do ćwiczeń gimnastycznych.”

Dalej w stronę Starego Miasta była winiarnia, na tyłach pomnika Mickiewicza, obok akademików szkół artystycznych. Kawiarnia „Telimena” była po przeciwnej stronie i dalej jest w tym samym miejscu. No a przed Placem Zamkowym to już tylko Związek Literatów Polskich z kawiarnią, do której przychodzili wszyscy liczący się pisarze.

Na Starym Mieście była, zresztą jest do dziś, restauracja „Kamienne schodki” pani Piętakowej, serwującej wtedy znakomitą kaczkę. Stare Miasto wchodziło jeszcze w skład szlaku. Rudnicki gdzieś tam mieszkał, Zawieyski, Brandysowie. Mycielski mieszkał bliżej, na Chmielnej, a Andrzejewski daleko, na Pradze, na ulicy Jagiellońskiej, przy skrzyżowaniu ze Świerczewskiego, dokładnie naprzeciwko ogrodu zoologicznego.

„Na szlaku” zawsze można było kogoś znanego spotkać, bo ci ludzie nie mieli przecież stałych godzin pracy. Rozmawiano o wszystkim, o polityce też, kto podpisał kolejny list protestacyjny w sprawie jakiejś tam, kto nie podpisał, co się dzieje z tym, a co z innym kolegą, co słychać w Komitecie Centralnym PZPR. O takich sprawach najczęściej rozmawiano, o twórczości prawie wcale.

Niektórzy wyróżniali się swoim zachowaniem. Obserwowałem ludzi. Był gej, wysoki, szczupły, przychodził do restauracji Piętakowej. Restauracji, w której się niemal stołowałem przez wiele lat. Nie wiem, kim był, co robił w życiu. W tym środowisku gejowskim nie wszyscy byli ludźmi rozpoznawalnymi. Byli i przeciętni, którzy gdzieś tam pracowali na swoich posadkach, a po nudnej zazwyczaj pracy chcieli się ogrzać w cieple znanych postaci. Jak wchodził ten wysoki, szczupły gej, Piętakowa mówiła szeptem: „O, idzie ta higienistka”.

Chodziło o to, że gość bardzo zwracał uwagę na czystość sztućców. Wycierał je po kilka razy, spoglądał pod światło, czy nie mają zacieków, wszystko musiało lśnić. Ewidentnie miał jakąś nerwicę natręctw. Przychodził, zamawiał obiad, płacił i bez słowa wychodził. Bardzo tajemnicza postać.

Skąd pan wiedział, że on jest gejem?

– To się wie. Trudno to wytłumaczyć. Trzeba się chyba z tym urodzić, żeby zrozumieć.

A jak pan patrzy na te wszystkie polskie coming outy ostatnich lat? Wielu, także znanych ludzi wyszło z szafy i zaczęło manifestować swoje gejowskie przyzwyczajenia.

– Nie wiem, po co w ogóle ukrywać, że się jest gejem i nie wiem, po co homoseksualizm wprowadzać na sztandary walki o równouprawnienie. To robią ludzie, którzy wcześniej się kryli. Wypierali, tak po jungowsku, wieloletnią traumę braku akceptacji. W końcu kompleks nieprzystosowania urósł jak wrzód i niektórzy zapragnęli go przeciąć, bez względu na konsekwencje społecznej anatemy. Ja się nie ukrywałem. Moi bliscy znajomi też nie. Nie afiszowaliśmy się, ale traktowaliśmy to normalnie. Nigdy nie miałem z tym problemu. Słyszałem wprawdzie, że były jakieś akcje Służby Bezpieczeństwa, próbujące nasze środowisko inwigilować i wykorzystywać, ale mnie to nigdy nie dotknęło. Chociaż SB mnie kiedyś przesłuchiwało „na okoliczność” mojej znajomości z Niemką, pracownicą ambasady RFN. Nie dalej jak wczoraj z nią rozmawiałem przez telefon. Jutta ma 92 lata i czuje się bardzo dobrze. Powspominaliśmy sobie trochę. Umysł ma znakomity. Przypomniała mi, jak byliśmy razem w Zakopanem. Kupiliśmy małego pieska. Miał to być owczarek podhalański, a wyrósł z niego jakiś śliczny kundelek. Miałem go, a potem mama miała, jak wyjechałem za granicę.

Z tą Niemką tylko przyjaźń czy coś więcej?

– Przyjaźń, nic nas więcej nie łączyło, chociaż zdarzało się, że u niej na Saskiej Kępie sypiałem. Ona mnie lubiła, może nawet bardziej niż lubiła. Jeździłem jej samochodem, chociaż nie miałem prawa jazdy. Po mieście, poza miastem. Samochód miał dyplomatyczne tablice rejestracyjne, więc nikt mnie nigdy nie zatrzymał do kontroli. Kiedy Jutta wyjeżdżała na wakacje, to samochód był mój. Jak tak sobie o tym wszystkim pomyślę, dochodzę do wniosku, że Polska, tamta Polska, była jednak bardzo nienormalnym krajem.

Czytał pan „Dzienniki” Mycielskiego?

– Czytałem, znakomite.

Pierwsze zapiski – dzienniki, Mycielski zaczął pisać jeszcze w latach trzydziestych. I pisał prawie do samej śmierci. W PRL przechowywał je głównie, w obawie przed inwigilacją SB, w paryskiej „Kulturze”. Przygotowane do druku przez autora i w formie maszynopisu złożone w „Kulturze” paryskiej, zostały przekazane rodzinie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Mycielski zastrzegł, że nie można ich wydawać przed 1 stycznia 1995 roku (zmarł 5 sierpnia 1987 roku). 21 stycznia 1987 roku, pół roku przed śmiercią, pisał w „Dzienniku”:

„Ludziom, a myślę zwłaszcza o naiwnych Polakach, wydaje się, że wystarczyłoby znieść komunizm, ustrój zwany tu socjalistycznym, „żeby wszystko było bardzo dobrze”. Jeszcze naiwniejsi sądzą, że przed wojną było bardzo dobrze, że za caratu czy przed Rewolucją Francuską było bardzo dobrze. Że wystarczy przywrócić coś, co w kilku krajach nazywa się demokracją, kapitalizmem, wolnością, konkurencją, wolną inicjatywą i tak dalej – a będzie tu Eldorado pracy, przedsiębiorczości, sprawiedliwości i wolności. Złudzenia. Świat staje się czymś podobnym do ula, z którego wyjęto królową. Taki ul ginie, umiera. Pięć miliardów pszczół nie wie, kto ma pracować, kto walczyć i pilnować, kto żywić – robić plastry – a kto zbierać miody z kwitnących roślin.”

Nie ma tam opisu środowiska gejowskiego.

– Nie ma. Może został ocenzurowany przez rodzinę, rodzina musiała wyrazić zgodę na publikację, nie wiem, a może po prostu nie chciał opisywać.

U Andrzejewskiego, w ostatniej jego książce „Miazga”, jest.

– Też nie całkiem. Bardziej tak alegorycznie. On w „Miazdze” robi rozrachunek z całym mnóstwem osób, zdarzeń. Jerzy miał z mojego powodu zadrę. Pewnie dlatego zrobił mnie jednym z bohaterów „Miazgi”. Jestem potraktowany najgorzej jak można, przydał mi najgorszych ludzkich cech. W jego książce jestem zresztą płci żeńskiej.

To pan jest może Nike?

– Tak.

Dlaczego akurat Nike?

– Bo ja wiem? Nigdy Jerzego o to nie spytałem. Paradoks, bo przecież Nike w greckiej mitologii to bogini, uosobienie zwycięstwa, młoda kobieta ubóstwiana przez poetów. A w książce Jerzego Nike, czyli ja, jestem złożony z samych wad. Może chodziło o jakiś żal, który się w Jerzym odkładał. Żal po naszym rozstaniu.

Waszym? To chyba jednak pan rzucił Andrzejewskiego?

– Racja. Dlatego w „Miazdze” Jerzy się także ze mną rozlicza.

A Gustaw Holoubek w „Miazdze” ma nazwisko Keller?

– Tak, ale nie wiem, dlaczego dał Holoubkowi moje nazwisko. Dziwne. Jerzy mi przysyłał cale rozdziały „Miazgi”. On ją pisał lata, długie lata. Ja, postać, która mnie przypomina, pojawiła się w książce prawdopodobnie dopiero po naszym rozstaniu. Pamiętam, jak kiedyś przyjechała do mnie do Paryża dziennikarka z Polski, która coś pisała o Andrzejewskim. I ja tabula rasa. Niewiele mogłem jej pomóc. Pytała: dlaczego w listach do mnie od Jerzego jest o miłości, a w listach ode mnie do Jerzego jedynie o przyjaźni.

Wiele listów, fragmenty prozy pisane jego ręką oddałem do Muzeum Literatury w Warszawie. Chciałem, żeby paryska „Kultura” opublikowała część listów, ale Jerzy Giedroyć, kiedy rozmawiałem z nim, uznał, że są zbyt osobiste. Może miał rację. Z listów, które do mnie pisał Jerzy, wypływa zaborczość. Czułem się osaczony, zdominowany. Ale też zafascynowany oczywiście, czerpiący bardzo wiele z tego związku. Wystarczyło być świadkiem rozmów, jakie prowadził z różnymi, znanymi mi kiedyś tylko z nazwiska ludźmi.

Jest taka piosenka Miry Zimińskiej do słów Mariana Hemara, której refren brzmi: „Literatura, literatura, to nie jest tylko zasługa pióra, trzeba dziewicy, która wie, kiedy poecie szepnąć nie”. Moi koledzy, złośliwe „cioty” podśpiewywały mi tę piosenkę przy wielu różnych okazjach, odnosząc słowa do moich relacji z Andrzejewskim. Według nich ta piosenka miała być syntezą naszego związku.

Mnie wiele rzeczy denerwowało w Andrzejewskim. Ten jego chwilami ojcowski stosunek do mnie denerwował najbardziej, ograniczał swobodę. Jerzy tłumaczył, że muszę dbać o swoje wykształcenie, mam chodzić do szkoły (wie pan, my się poznaliśmy, jak ja miałem 16 lat). Raz nawet, kiedy mnie chcieli wyrzucić z liceum, sam przyszedł do szkoły.

Jako kto, pana kolega? Kochanek?