Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 163 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tequila - Krzysztof Varga

Ta z pozoru niepoważna książka jest w istocie bardzo poważna. Można ją określić mianem "prozy funeralnej": tragikomiczny monolog narratora rozbrzmiewa na cmentarzu nad niesioną przez niego trumną przyjaciela, a zarazem perkusisty zespołu, którego jest liderem. Jest to monolog o przyjaźni, muzyce, współczesnym świecie i - jak zwykle u Krzysztofa Vargi - przemijaniu i śmierci. Varga jest mistrzem w portretowaniu naszych zwariowanych czasów, z ich dziwactwami i głębokimi lękami.

Tequila została książką-finalistką Nagrody Literackiej NIKE 2002; adaptację teatralną Tequili wystawił Teatr Wybrzeże - premiera odbyła się w czerwcu 2003 roku.

"Tequila to jedna z najgorętszych książek ostatnich lat. Pierwsza udana transmisja młodzieżowego idiomu do polskiej prozy. Dawno nie zdarzyło mi się, żebym - czytając książkę - ciągle słyszał żywy ludzki głos".

Michał Cichy, "Gazeta Wyborcza"

"Monolog narratora Tequili został wyśmienicie wystylizowany. Varga umyślił to sobie tak, iż jedynie język bohaterów funkcjonujących w zakłamanej rzeczywistości powinien być autentyczny, czyli odznaczać się niesztuczną sztucznością. Idzie o to, że mowa ta - paradoksalnie prawdziwa - jest również spreparowana (zlepek młodzieżowych żargonów z dużą domieszką anglicyzmów), ale zarazem nosi znamiona autentyku".

Dariusz Nowacki, "Nowe książki"

Opinie o ebooku Tequila - Krzysztof Varga

Fragment ebooka Tequila - Krzysztof Varga

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93 e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl, iza@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa tel./fax +48 22 632 83 74 e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: info@d2d.pl

ISBN 978-83-7536-325-8

cena: 19,90 zł

Copyright by KRZYSZTOF VARGA, 2001

Korekta ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O Jezu, zaraz się przewrócę. Dlaczego nikt nie odśnieżył tych schodów, kurwa, zaraz się wypieprzę, a oni nie dadzą rady, i taki będzie finał. Wypierdolę się, trumna spadnie na bok, pęknie, on wypadnie na schody i sturla się w tę publikę, która stoi tam na dole i się lampi, czekając, kiedy coś się stanie. I wszystko będzie przeze mnie, wielki rokendrolowy skandal, totalna kaszana, trup na ziemi, dupy mdleją, kolesie rzygają, a ja na górze jak ostatni palant. Po co ja w to wlazłem, po kiego wała, mam za swoje, trzeba było iść na kurs asertywności, teraz bym se spokojnie stał z boku i jarał szluga, i patrzył, jak inni dźwigają tego kloca, albo nawet dyskretnie się zerwał, żeby gdzieś walnąć browca na wyluzowanie. Ale się wpieprzyłem. Może zawołać o pomoc? Jezu, jaki on ciężki, tłusty skurwysyn, zawsze tyle żarł, jak można tyle żreć i umrzeć z innego powodu niż przeżarcie? Jak można w ogóle tyle ważyć i potem zmuszać ludzi, żeby to cielsko nieśli? Nie wiem jak inni, sapią, pocą się, ale idą, mocno trzymać, nie dać się, trzeba było założyć inne buty, w tych lakierkach to można leżeć w trumnie, ale nie dźwigać trumnę. Po co ja założyłem te idiotyczne buty, trzeba było wskoczyć w normalne glany, przynajmniej bym się dobrze trzymał podłoża, a nie ślizgał jak na lodzie. Pankowiec w lakierkach, można się polać ze śmiechu, normalne protektory trzeba było założyć na taką pogodę, kupiłem te buty po pijaku dla jaj, to teraz mam jaja. Wyrzucę je dzisiaj, jak tylko wrócę na chatę, jeśli wcześniej się w nich nie zabiję. Pewnie jeszcze wszyscy widzą tę wiochę i się w duchu brechtają ze mnie. Kaszaniarz, myślą sobie, totalny wiochmen, i nigdy więcej nie kupią żadnej mojej płyty.

Boże, dlaczego to wszystko mnie spotyka? Za co? Co ja muszę odkupywać, jakich obciachów natrzaskałem, że teraz mam go dźwigać? No dobra, był kumplem, ostatnia posługa, musimy być tego samego wzrostu, powiedział Martinez, bo inaczej trumna będzie krzywo, a trumna musi być prosto, bo inaczej jest kaszana. No więc do tego to się nadają tylko ludzie średniego wzrostu, bo ich jest najwięcej, ja mam metr osiemdziesiąt, czyli mniej więcej tyle co reszta. W papierach mam napisane, że to dużo, ale skoro większość ma taki wzrost, to znaczy, że to jest średni wzrost. Tylko że on miał wzrost koszykarza, wyższy o głowę od reszty. Nie to, że miał dwa metry z kawałkiem, ale ze sto dziewięćdziesiąt to spoko. Jakby, kutas, grał w jakiejś drużynie koszykarskiej, a nie w tym pieprzonym bendzie, toby go kumple od wsadów i przechwytów ponieśli, a nie my, i byłby spokój. Moglibyśmy się spokojnie nawalić na tę okoliczność, zrobić sobie kulturalną stypę, a tak to nie, trzeba być trzeźwym, my musimy być trzeźwi i kul, grabarze pewnie będą nawaleni, normalka. Więc jesteśmy trzeźwi, z tym że ja mam kaca. Załatwiłem się podwójnie, nie dość że muszę tachać to pudło, to jeszcze jestem mocno odwodniony i nawet nie mogę strzelić browca. No bo jak? I jeśli za mocno się odwodniłem, może to się źle skończyć.

Ale kto by chciał takiego wieprza do basketu? W sporcie trzeba się ruszać, a on się mógł ruszyć tylko do żarcia. Musiałaby na tym koszu wisieć kiełbasa, żeby spróbował podskoczyć. No i gdyby grał w jakimś basketbendzie, a nie w bendzie muzycznym, tobyśmy się z nim pewnie nie funflowali, więc i tak nie byłoby sprawy, nikt by nam nie mówił, że mamy dźwigać to pudło. Może nawet byśmy go nie znali, może zapomnielibyśmy o nim, nie kiralibyśmy więc nawet na okoliczność jego zejścia. Mało to ludzi codziennie umiera? A ilu ginie w wypadkach samochodowych? Statystycznie więcej niż na wojnach. Nie byłoby tych wszystkich problemów, nie musielibyśmy dźwigać tej trumny, ja bym sobie leżał w wyrze i słuchał muzy, i myślał, co zrobić z wieczorem, a nie o tym, jak nie spieprzyć się z tych cholernych schodów. Włączyłbym sobie Martwe Dzieci, bardzo w porzo muzyka na taki dzień, strzeliłbym sobie browca, żeby wycieniować, i bym leżał, leciałaby „Piana złudzeń”, a ja bym się przyjemnie łudził, ździebo nudził i czekał, co przyniesie reszta dnia. Wieczorem może bym sobie gdzieś do kina poszedł, albo w jakiejś przyjemnej knajpce posiedział, albo może wcale bym się z chaty nie ruszał, bo pogoda jakaś syfiasta się kroi. A teraz zamiast tego muszę nieść, i to w dodatku Grubego. Jeżeli każdy musi przeżyć kiedyś jakiś koszmar, to ja właśnie przeżywam. Chyba że nie przeżyję, i wtedy będą dwa trupy.

Jak w mjuzikalu, schodzimy po tych schodach, słyszę jakąś muzę, nie wiem, kto gra, jest publika, a my jak gerlsy jakieś z piórami w dupie, machając nogami, kasyna, mulen róże, lata dwudzieste, lata trzydzieste, kabarety, tak, niezły kabaret, można się zajebiście ubawić, możemy śpiewać i stepować. Różne miałem akcje w życiu, rokendrolowe na maksa, totalne odjazdy, ale takiej akcji to jeszcze nie miałem i przysięgam, że nigdy więcej nie będę miał.

Ostrożnie, Jezu, jeszcze tylko parę stopni, zaraz będzie dobrze, no chyba że się tak wyluzujemy na koniec, że ktoś jednak fiknie, zawsze tak jest, jak już wszyscy myślą, że po zawodach, trzeba być totalnie skoncentrowanym do końca. Ale jak być skoncentrowanym, jak ma się kaca i lekką telepkę? Karawan już czeka, koleś podchodzi i podnosi z tyłu klapę, już jesteśmy na dole, schody za nami, Boże, udało się, chyba w Ciebie uwierzę, jeszcze tylko parę metrów. Teraz trzeba się zatrzymać i powoli zdjąć trumnę z ramion, to jest jeszcze gorsze, bo trzeba sprawę załatwić bardzo dokładnie, pełna synchronizacja, żadnego fałszywego ruchu, bo będzie klęska. Jak ktoś za szybko odpuści, to kicha, pudło leci na glebę. Strasznie trzeba uważać przy tym zdejmowaniu, już wolę ją dźwigać, spokojnie, wszyscy równo, dobrze, teraz trzeba ją wsunąć na tę prowadnicę w karawanie, nie pchaj się, Alex, kurwa, bo się poślizgnę! Mało mnie nie przewrócił, palant jeden. Ale w sumie mam szczęście, że jestem w środku, gorzej mają ci, co trzymają trumnę z przodu i z tyłu, ja właściwie już mogę puścić, odetchnąć, dobrze jest, pudło już w samochodzie, oddycham naprawdę głęboko, ale słabo mi, albo się wyrzygam, albo zemdleję, i będzie afera. We łbie mi się kręci, jakieś plamy latają przed oczami, jakbym dragi wziął, więc staram się dalej głęboko oddychać, muszę wyglądać jak debil, jak tak stoję z boku, obok tego karawanu, i dyszę, pewnie mam wybałuszone gały i czerwony ryj, bo czuję, że się spociłem. Albo jestem zielony, czy ktoś nie mógłby się mną zaopiekować, dać mi coś do picia? Było wczoraj nie chlać albo dziś walnąć sobie klina przed tą imprą, albo nie wiem co. Teraz wszystko ze mnie wyłazi. Co za kutas, ale nas załatwił!

Gostek zamyka klapę z zawodowo smutną maską i idzie wsiąść do kabiny, żeby odpalić furę, zaraz ruszą zawieźć go na cmentarz, my idziemy na bok, trzeba odsapnąć trochę, zajarać, umówić się, kto z kim i czyim wózkiem jedzie. Jakbym miał jakąś piersiówkę albo coś, dlaczego o tym nie pomyślałem? Musimy się zgrać, bo na cmentarzu znowu będziemy musieli wziąć ją na ramiona i podźwigać do grobu. I jeszcze nikt nam za to nie zapłaci. Ale nas urządził, nie ma co! Potem to się uwalę do zwałki. Nic mnie nie obchodzi, że wczoraj pojechałem i dziś trzeba by delikatnie, żeby organizm dał radę. Zachlam po prostu tak, że kaca będę miał przez tydzień, tak pojadę, że mnie złapie delira. A potem może już w życiu alkolu do ust nie wezmę. Tak pojadę jak na ostatnim koncercie. Ostatnim wspólnym koncercie z Grubym. Ale to brzmi: ostatni koncert z Grubym! Zaczęliśmy trasę promocyjną „Buntu mas”, chyba trzeci gig, dopiero się rozkręcamy, zazwyczaj jest najlepiej w okolicach piątego, wtedy wszystko działa perfekcyjnie, wszystko jest dotarte i maszyna pracuje bez żadnych zgrzytów. Totalna profeska. No więc niby wszystko jest w porzo, dopiero początek, ale ja jestem już zmęczony, już mam ich dość, już mnie wkurwiają. Patrzę na publikę i myślę, że są nienormalni, po co tu przyleźli, po co się tłoczą, pocą, po co, ten pierwszy rząd przede mną, wciśnięci w barierki, maksymalnie spoceni, machają do mnie i ryczą te moje palanckie teksty. Dobrze, że gramy za procent od biletów, a nie za stawkę, nie przeliczyłem się, chłopaki mówili: zagrajmy za stawkę, mało ludzi przyjdzie, ostatnio bez przerwy gramy, ludzie mają dosyć, gdzie nie pójdą, to nasz bend, na każdym festiwalu my, pewnie mówią, że nawet jak otworzą lodówkę, to my wyskakujemy. A ja mówiłem: spoko, przyjdzie ful, mam wyczucie, zaufajcie mi, gramy za procent. Bo rzeczywiście mam wyczucie, chłopcy chcą oddechu, bo dużo gramy, a to jest po prostu normalna ciężka robota, więc chętnie by się poopierdalali trochę, ale ja jestem tu szefem i wiem, że właśnie teraz trzeba dodać gazu. Znam się na tej sztuce, na odpoczynek przyjdzie czas. Nawet jak nie będziemy chcieli. No, jak się okazało, to może być już teraz, bo przecież na razie nie pogramy, dopóki nie znajdziemy nowego pałkera, nawet parę miesięcy to może potrwać. Powiedziałem więc temu cwaniaczkowi, który tam szefuje, taką stawkę możesz sobie w dupę wsadzić, koleś, nie osłabiaj mnie. Jak jesteś na fali, mogą ci wskoczyć, ten gość wie, że jesteśmy na fali, i odpali nam procent, chociaż będzie nas usiłował stuknąć na kasę. Taki biznes, każdy chce cię oszukać, nie ma czegoś takiego jak zawodowa uczciwość. Jak ci ktoś mówi, że jest zawodowcem, profesjonalistą, to możesz w ciemno obstawiać, że chce cię wychujać. Powinienem sam stać na bramce i liczyć ludzi, przyszło z tysiąc na luzie, a on mi mówi, że osiemset. Stary, mówię, nie pierwszy raz tu gramy, nie kituj, jest tauzen, mam miarę w oku, aptekarski wzrok. Powinniście mieć stałego menadżera, żeby załatwiał takie sprawy, mówi ten koleś, wy jesteście od grania, po co masz marnować artystyczną energię na takie rzeczy? Następny gość do kasy?, mówię, jaja sobie robisz? Wystarczy, że ty nas usiłujesz stuknąć. Oni tu przyszli nas zobaczyć, a nie ciebie, mówię. No dobra, niech będzie, mówi ten gość niby zrezygnowany, że straci, że mu się trafili tacy trudni ludzie, że artyści nie powinni gadać o kasie, tylko grać, ale spokojnie, i tak oszukuje na browarze. Leje po zero cztery, a bierze za pół litra, więcej piany, mniej browca, jeszcze pewnie rozcieńcza wodą, a w beczkach przeterminowany, skwaśniały brow, bo sam się kiedyś naciąłem, grosz do grosza, taki drobny cwaniaczek. Podejdź do baru i powiedz, że za mało piwa nalali i się należy więcej, to cię od razu bramkarze wyrzucą na kopach. To znaczy mnie nie wyrzucą, ale takiego zwykłego małolata to spokojnie. Normalna gangsterka się uprawia. Nie do pomyślenia w cywilizowanych krajach. W Inglandzie jak leją pajntę, to do końca, aż się browar wylewa ze szklanki, a tutaj nie ma na to szansy. Ale w sumie klub jest w porzo, popularny wśród ludzi, zawsze przychodzą. Są modne kluby, które przestają być modne, ale póki nie przestaną, to przychodzą tłumy, bo im się wydaje, że każdy gig w tym klubie to jest wydarzenie artystyczne. Albo snobizm, albo stadna głupota. Obie rzeczy szeroko rozpowszechnione. To znaczy snobizm może być bardzo w porzo, w pewnym sensie oczywiście, bo rozkręca koniunkturę na sztukę, jak się ludzie snobują na wartościowe rzeczy, takie jak nasza muza, to dobrze, bo najpierw jest zwykły szpan, chodzą na koncerty, bo wypada, a potem im się oczy otwierają na nasz przekaz i zaczynają coś kumać, choć czasami ja nie wiem, o co im chodzi. Oni mnie rozumieją, a ja ich ni cholery. Gorzej będzie, jak już nie będziemy na fali, jak przestaniemy być trendy, wtedy trzeba będzie łykać taką kaskę, jaką nam będą chcieli dać, i nie marudzić. Ale do tego nigdy nie dojdzie. Jak zobaczę, że zaczyna się zjazd, że coraz mniej ludzi przychodzi, to zamknę interes, rozwiążę bend, i każdy pójdzie w swoją stronę.

No więc stoję naprzeciw nich i ich nie kumam, kompletnie nie wiem, o co im chodzi. Patrzę na te sziksy, które tu na nas przychodzą i nas kochają, na tę laskę w pierwszym rzędzie, ma długie włosy mokre od potu, zdjęła bluzkę, ma tylko podkoszulek na ramiączkach, a pod nią wspaniałe cycki, Boże, czy mogłaby być kiedyś moją żoną? Ma 17 lat, pewnie nie więcej, teraz kocha naprawdę, czy ona o mnie myśli po nocach? Ma moją fotę nad łóżkiem? Czy ona kuma, o co mi chodzi w tekstach, czy ona cokolwiek kuma, czy ponoszą ją hormony, jak Martinez wymiata na wiośle? Może ona kocha Martineza, a nie mnie? A może Abdula? No, chyba nie Grubego, Gruby jest mało modelowy, w nim się sziksy raczej nie zakochują, jest z tyłu, drugoplanowa postać w bendzie. Czy taka miłość sziksy jest coś warta? Czy będą mnie bardziej kochać, jak je będę olewał, czy jak będę je do siebie dopuszczał? Czy jak podam rękę tej pannie z mokrymi piórami, jak ją wciągnę na scenę, albo nawet jak puszczę do niej oko ze sceny, to ona bardziej mnie pokocha, czy też lepiej być niedostępnym? Czy urodziłaby mi dziecko? A po co mi dziecko? Po co mi to wszystko, ten gig, ci ludzie, po co mi Martinez, Abdul, Gruby, po co mi ten mikrofon? Chyba jestem na takim etapie życia, że tego typu myśli mnie dopadają jak dresiarze z bejzbolami, zawsze potem jestem strasznie obity i nie wiem, co robić, najchętniej bym uciekł, wyjechał gdzieś, żeby już więcej nie patrzeć na te sziksy pod sceną, nie mieć takich problemów, nie zadręczać się, nie dołować wielkimi pytaniami egzystencjalnymi i gównianymi problemami w stylu, czy wiosło dobrze stroi albo czy wokal nie jest cofnięty. No bo czasami wszystko mogą spieprzyć nagłośnieniowcy. Raz jest za mało gitary, a za dużo bębnów, innym razem nie słychać w ogóle tego, co śpiewam, i czuję się jak ryba na brzegu, ruszam paszczą i nic nie słychać. Innym razem bas jest tak do przodu, że wszystko inne zagłusza, a raz nie wiadomo w ogóle, o co chodzi. Strasznie trudno znaleźć profesjonalistę. Zazwyczaj nagłośnieniowcem jest jakiś muł ujarany trawą albo uwalony browcem, który sam nic nie słyszy, chyba że głosy wewnętrzne, jak świry. Spróbuj się z takim gostkiem dogadać, wyłożyć mu, o co chodzi, i to tak, żeby coś zrozumiał. Nigdy nic nie kumają.