Teoria opanowywania trwogi - Tomasz Organek - ebook
Opis

Borys ma 39 lat i od dawna tkwi w poczuciu bezsensu i stagnacji. Właśnie został zwolniony z pracy, która nie sprawiała mu żadnej przyjemności. Wszystko zmienia się, gdy trafia na swoją dawną miłość – Anetę, zwaną nie bez kozery Nietą. Wyprawa na pogrzeb jej ojca przeistacza się w kryminalną, pełną napięcia intrygę,

rozgrywającą się gdzieś na peryferiach cywilizacji.
Teoria opanowywania trwogi to przepełniona odwołaniami do literatury, filmu, muzyki i popkultury opowieść o poszukiwaniu siebie, rezygnacji, zagubieniu w kapitalistycznej rzeczywistości, więzach rodzinnych, ich rozpadzie i niemożności ich rekonstrukcji. Powieść co rusz zaskakuje czytelnika kolejnymi, nierzadko
groteskowymi zwrotami akcji, budzi niepokój i wprowadza w stan ciągłego poczucia zagrożenia, z którego nie uwalnia aż do ostatniej strony.

Chyba podświadomie łączyła nas jakaś pokoleniowa więź ludzi, którzy urodzili się – jak powiadają skrupulatni Niemcy – nichts Halbes und nichts Ganzes, czyli ni to w pół, ni to po całości. Nie załapaliśmy się ani na rewolucję, ani na dystrybucję. W zasięgu desperata pozostawała już tylko prostytucja, aczkolwiek tu nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia, zważywszy na rozbieżność gustów. Reprezentowaliśmy roczniki siedemdziesiąte, maturę robiliśmy w połowie dziewięćdziesiątych, a nadejście dwudziestego pierwszego wieku uhonorowaliśmy dyplomem nikomu niepotrzebnych studiów, dołączając tym samym do stale rozrastającego się stada zadowolonych z siebie idiotów sięgających po słowo inteligencja wyłącznie w odniesieniu do czegoś, co miało się nazywać mega dealem. Cały czas byliśmy gdzieś pomiędzy. Zawsze albo za późno, albo za wcześnie. Nigdy w czasie odpowiednim dla siebie.

FRAGMENT
FRAGMENT
Na przykładzie pewnego pierdoły, który ze wzruszającą drobiazgowością rozpamiętuje swoje porażki, autor w zabawny i przystępny sposób udowadnia, że życie nie ma sensu. Ale ów monolog, pełen dziwacznych i błyskotliwych skojarzeń, zmienia się w powieść drogi z elementami thrillera, od której nie mogłem się oderwać.
Maciej Sieńczyk

Podróż przez listopadową Polskę dwojga młodych ludzi – Borysa, starającego się nie wchodzić życiu w drogę, i jego byłej partnerki, stawiającej się życiu przy byle okazji – jest jak ze złego snu. Ale uroda skojarzeń, metafor, fraz tego znakomitego debiutu powoduje, że posępna materia tej historii ulega pięknu, które z nami pozostaje
Eustachy Rylski

Tomasz Organek
Tomasz Organek - urodzony w 1976 r. w Suwałkach. Dzieciństwo spędził w Raczkach nad Rospudą. Ukończył filologię angielską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Studiował na Akademii Muzycznej w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Muzyk, wokalista, autor tekstów, kompozytor. Lider zespołu ØRGANEK, z którym nagrał dwa albumy: Głupi (2014) i Czarna Madonna (2016). Teoria opanowywania trwogi” to jego debiut prozatorski.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tomasz Organek

TEORIA OPANOWYWANIA TRWOGI

Copyright © by Tomasz Organek, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Czasami tak mnie to wszystko męczy, że nawet nie mam siły źle się czuć.

Charles Bukowski

El Condor Pasa

Była kiedyś taka telewizyjna reklama, w której stary Indianin zwraca się do młodego słowami „to dobry dzień, by umrzeć, mój synu”, w symboliczny sposób kończąc życiową wędrówkę po górzystym szlaku na jednym ze szczytów. Dalej jest tylko gorzej. Stary kładzie się na derce, syn okrywa go kocem, tak żeby ojciec nie zmarzł podczas umierania, i wydawałoby się, że to wszystko. Ojciec dokona żywota w naturze, w towarzystwie syna. Dalej pójdą napisy, poleci łza, krótki najazd na słońce, jeszcze krótszy zjazd, koło się domknie i zupełnie słusznie nadejdzie koniec. Spełnienie. Absolut. Tajemnica życia i śmierci rozwikłana. Ale nie. W chwili, w której syn pochyla się nad dogorywającym ojcem, z kieszeni na jego piersi wypada baton.

Następna scena – syn się modli, ojciec żuje marsa.

Nigdy nie potrafiłem pogodzić się z tym, że po tak efektownym początku chwilowy skok glukozy w ciele starego psuje końcowy efekt i Indianin nie umiera, tylko podnosi się z martwych, żeby wyruszyć w poszukiwanie Dzikiej Stokrotki. Doceniam zręczny chwyt marketingowy speców od reklamy, rozumiem wymagania rynku, jego wewnętrzne mechanizmy i zasady nim kierujące, ale jednak trochę szkoda. Od Indianina oczekiwałbym znacznie więcej. Tak się po prostu nie robi. Glukoza po słodyczach zwyżkuje tylko przez moment i pewnym jest, że stary już w kwadrans po zjedzeniu batona szczerze żałował wygłupu przed kamerą. Spadek nastroju wrócił mu zdrowy rozsądek, a starzec umarł i tak, tyle że już nie tak spektakularnie i w zupełnie innej roli. Na pewno nie jako pogodzony z naturą, rozumiejący istotę wszechrzeczy mędrzec, na którego przynajmniej z wyglądu by się nadawał.

Dupa, nie Indianin.

Zasychał potem samotnie poza kadrem jako zblazowany, nigdy niepogodzony ze swoim losem, zniedołężniały fatygant, który nie wyciągnąwszy żadnych wniosków z życiowego doświadczenia, do końca mamił się skokiem glukozy, myląc podrażnione libido z nieśmiertelnością.

Ale gdyby mu się jednak udało umrzeć, to byłoby w końcu na co popatrzeć w telewizji. Porządkowałbym sobie dzień w taki sposób, żeby mieć tę chwilę wyłącznie dla siebie. W spokoju, przy parującej szklance herbaty, z nogami do góry czekałbym na swój ulubiony serial. Takie widowisko oprócz oczywistego waloru rozrywkowego miałoby też olbrzymią wartość edukacyjną. Dzięki zabiegom społecznie zaangażowanych scenarzystów uczula się przecież masowego odbiorcę na różnego rodzaju choroby cywilizacyjne, takie jak bezrobocie, nędza, nietolerancja wobec imigrantów, dyskryminacja gejów, niski poziom rozrodczości, otyłość, aborcja. Oswaja się z chorymi na padaczkę, nosicielami wirusa HIV, niepełnosprawnymi ruchowo, upośledzonymi psychicznie czy zresocjalizowanymi więźniami zakładów karnych, których należy wspomóc w powrocie do społeczeństwa. Stary Indianin oswajałby ze śmiercią.

Śmierci zasadniczo nie da się oswoić, bo żeby to zrobić, trzeba by ją mieć przez dłuższy czas na podorędziu, jak szczura na ramieniu, a kto by jej tam chciał? Na ramieniu to ma się duszę, gdy wyniki krwi odbiegają od normy. Kiedy są w normie, automatycznie i niemalże całkowicie usuwa się ją z widoku. Nie widać, więc nie ma. A skoro nie ma, to co tu oswajać? Umiera się szybko w wypadku samolotu albo długo w wypadku choroby, ale ponieważ telewizja jest od tego, żeby za pomocą swojej, jak to się zwykło mawiać, magii, polepszać nam życie, od Indianina wymagałbym znacznie więcej. Oczekiwałbym lekcji spokoju i opanowania. Stoickiej zgody na to, co nieuchronne, po to, żeby w odpowiednim dla siebie terminie położyć się na górze i w iluminacji promieni słonecznych z godnością zakończyć to, czego się nawet z własnej woli nie zaczęło. I to byłaby lekcja godna Indianina, jakiego znam z dzieciństwa. Niestety i tym razem z telewizji poszedł zły przykład. Indianin był widocznie podstawiony, wyrwany spod supermarketu w pół refrenu do El Condor Pasa za pieniądze międzynarodowego koncernu branży spożywczej, aroganckiego do granic wytrzymałości nawet w tak nienegocjowalnej kwestii jak śmierć. Tak czy inaczej, wszystko psuje baton czekoladowy przywracający staremu słodkie wspomnienie jurności, co w kontekście uduchowionego mędrca na tropie nirwany wypada tak strasznie ordynarnie. No ale czego można się spodziewać po telewizji?

Gdyby taka lekcja się jednak powiodła, nauczony widz – czyli ja – mógłby uznać, że posiada pełną kontrolę nad swoją śmiercią, a to znacznie ułatwiałoby życie. Przez lata wędrówki człowiek spokojnie nabierałby mądrości, naciągając doświadczeniem, żeby w końcu dojść do oczekujących go na szczycie góry sądów ostatecznych. Pełnych metafizyki zapewnień siebie samego o tym, że jednak było warto, że nic nie poszło na marne. Że to wszystko miało jednak głęboki sens, tyle tylko, że z dołu niewyraźny, mgłą wyższych partii rozmyty. A wtedy, wyzuty już z wszelkiego strachu i niepewności, pogodzony ze swym losem, spełniony i szczęśliwy, że doszedł do nurtującej go całe życie odpowiedzi, kładłby się na wybranym przez siebie szczycie, żeby ze spokojem w gasnących oczach odejść.

Słyszy się czasem tu i ówdzie o takich przypadkach, w których rzekomo staruszkowie z uśmiechem na ustach kładą się do czystej pościeli ze świadomością końca. Ale skoro tak bywa, to dlaczego w trumnie ciągle im rosną paznokcie? Czego domaga się zwolniony ze smyczy wygaszonego umysłu organizm? Wisielec wraz z ostatnim oddechem mimowolnie oddaje mocz, stolec i nasienie. Jest w tym pewien paradoks. Podczas gdy układ trawienny zdaje się godzić z przeznaczeniem, wyrzekając się resztek doczesności poprzez nagłe oczyszczenie, popęd płciowy twardo buntuje się do końca. Wytrysk nasienia w takiej chwili stanowi oczywistą niezgodę na nagły koniec bez wykonania jedynego zadania, dla którego wisielec został w ogóle powołany do życia. Desperacka chęć przekazania swego DNA jest tak silna, że organizm mimowolnie, bez niepotrzebnej gry wstępnej, automatycznie wypluwa to, co w jego mniemaniu najbardziej wartościowe.

Vitae essentia.

Wola życia jest zdumiewająca, choć nie do końca wiadomo, co z nią zrobić. Robaczek, gdy wpada na dno rowu, dobędzie wszystkich sił, by się z niego wydostać, tyle że jak się już z niego wydostanie, znowu zaczyna bezradnie chodzić w kółko.

Zalany w trupa masą z lastryko

Anetę spotkałem w piątek po osiemnastej.

O tej porze byłem zasadniczo wolny, mimo że według Arka byłem zasadniczo skończony. Gdyby podejść do tego filozoficznie, można by ze spokojem uznać, że w tak nieoczywisty sposób powiedzieliśmy sobie wszystko, co było do powiedzenia, więc nasza znajomość całkiem naturalnie dobiegła końca. Spełniła się w nieoczekiwanie porywającym stylu.

Człowiek skończony to ktoś, kto przeżył wszystko, doświadczył wszystkiego, czego można doświadczyć, przemyślał wszystko, o czym można pomyśleć, powiedział wszystko, o czym można powiedzieć, a wreszcie przemilczał to, o czym mówić nie warto. Człowiek skończony to człowiek ostatecznie uformowany u kresu wyboru, a więc pozbawiony piekła konsekwencji, jakie się z nim wiąże. Czyli absolutnie wolny.

Wydawać by się mogło, że dzięki tak pokrętnej, wypracowanej mimochodem przez Sartre’a, mnie i Arka dialektyce, po raz pierwszy naprawdę doszliśmy do porozumienia. I to na pułapie, którego nigdy bym się po nim nie spodziewał. Można by więc uznać, że osiągnęliśmy z Arkiem coś na kształt mistycznego spełnienia. Telepatycznego porozumienia nie na poziomie słów, ale myśli, odczuć. Czegoś, co z zazdrością obserwuje się w filmach science fiction, w których obłe, pozaziemskie istoty wyższego rzędu niejako powiązane intelektem tworzą coś na kształt supermózgu.

Można by tak powiedzieć, gdyby nie to, że w piątek nawet się z Arkiem nie widziałem, a przy okazji okazałem się – owszem, skończonym – ale idiotą.

Od rana atmosfera była zepsuta. Drugie piętro odnowionej na postindustrialną modłę kamienicy przy Nowej 17, oprócz redakcji internetowego portalu plotkarskiego SEE/Ty!, zajmowała klubokawiarnia Róż & Żur. I to tam pękła rura. Ponieważ sprawa dotyczyła kanalizacji, znacząco przyspieszono działania ratunkowe, co jednak nie zmieniało kwestii zasadniczej. Gównem zionęło w całym budynku i nie wyglądało na to, żeby sztab antykryzysowy miał szybko opanować sytuację. A trzeba przyznać, że od początku działał z przynależną okolicznościom werwą. Do jego głównych zadań należało, po pierwsze: jak najszybsze usunięcie usterki technicznej w toalecie, po drugie: ustalenie jej przyczyny. Po inspekcji okazało się, że na szczęście rura jest cała, ale za to w toalecie wybiło szambo. Którą to różnicę zdawał się doceniać tylko i wyłącznie właściciel klubokawiarni, na szybko sumując straty wizerunkowe z wydatkiem na remont.

Wobec niewieściego różu, jakim ociekał lokal, tej taniej imitacji nastoletniego blichtru i nieskomplikowanej erotyki sączonej pod próg świadomości każdego, kto tu wchodził – a która według obserwacji trendsetterów masowo umacniała się w ostatnich miesiącach na rynku aranżacji wnętrz lokali segmentu alternatywnego – wobec tej miękkiej perwersji wnikającej w wątłe ciała naburmuszonych hipsterów, gówno rujnowało unikat. Te wszystkie grafiki, nie bez pewnej dosłowności wskazujące na pedofilne tony seksualności en vogue, te plastikowe klasycyzujące rzeźby, skąpane w kontrolowanym przez neobanalistów kiczu, wreszcie ta czarno-biała podłoga w toalecie. Ta wydyskutowana w męczarniach niekończących się debat metafora dosadności przyziemia, po którym stąpamy. Poza puchem różu, w który uciekamy w swym pragnieniu piękna i rozkoszy, pod stopami jest jeszcze czarno-biały konkret. A na nim ekskrement.

Fetor nie znajdował zrozumienia nawet w najbardziej alternatywnych kręgach, obytych przecież i to w tendencjach berlińskich i amsterdamskich, i skandynawskich, o Londynie już nie wspominając. No a gdzie tu jeszcze do tego jedzenie. Bogaty wybór jaglanek, francuskie quiche, tarty warzywne, ratatouille, ruloniki z humusem, ciecierzyca z botwinką, kopytka z batatów, burgery z buraków, shakshuka, quinoa, bao pączek, lody matcha, karmel miso… – to jakby zaprzeczenie wszelkiej fizyczności, z którą nawet na pewnym poziomie sublimacji ciągle jeszcze trzeba się zmagać. A tu tego typu awaria. Gówno na pawimencie. Nikt z nowo przybyłej ekipy remontowej nie mógł nawet przypuszczać, z czym jest jej dane obcować. Żur nie był żurem, zupą na zakwasie. Raczej zręczną manipulacją, mającą na celu zdystansować wyemancypowane wielkomiejskie trendy od tej siermiężnej, zatęchłej, zalatującej spoconym chłopem tradycji.

I wszystko to w piątek diabli wzięli.

Dla reszty użytkowników budynku, w tym całej redakcji SEE/Ty!, to niezbyt szeroko komentowane odkrycie miało zupełnie drugorzędne znaczenie. Największym zmartwieniem był smród, który zatruwał każdy zakamarek kamienicy, doprowadzając do odruchów wymiotnych wszystkich oprócz mnie. Po raz pierwszy w życiu cieszyłem się z kataru, chorobliwego nadmiaru flegmy zamęczającej od dwóch dni moje nadwątlone przebytym w dzieciństwie zapaleniem zatoki.

Odór był paskudny, ale niezależnie od warunków służby działały sprawnie. O ile pierwsze zadanie wymagało czasu z przyczyn obiektywnych, o tyle druga sprawa zamknęła się szybciej niż srebrne laptopy uciekających w pół porannej kawy nadąsanych freelancerów. Okazało się, że jedną z muszli klozetowych zatkano dziesiątkiem plastikowych kawałków rozbitego w drobny mak komputera marki Acer. Biało-czarna podłoga toalety, według relacji jednego ze świadków, spływała kałem, serpentyną rozmokniętego papieru oraz rozdrobnionym laptopem. Unurzane w fekaliach literki zawinięte w szczyną ciągnący papier zalegały na całej połaci stylowej podłogi klubokawiarni Róż & Żur, roznosząc przykry zapach po całym piętrze. Naturalnie z całą redakcją tabloidowego SEE/Ty! włącznie. Sans exception.

W tym rozkładzie materii bezbłędnie odnajdywał się Grzegorz Pacyna. Wątły w wierze w cokolwiek poza sobą i niestały w przekonaniach, młodszy redaktor bez umowy o pracę, na zleceniu z minimalną stawką netto, z racji swojej, wyjątkowo przez Arka docenianej gracji oraz innych, już bardziej pokątnie i z dużo większym zaangażowaniem komentowanych zalet, zwany Grzesiem. Jak wafelek kakaowy. Był młody, miękki i już się powoli rozpuszczał. Ponad wszystko cenił sobie porządek na biurku, sieć salonów fryzjerskich „O Włos od Sukcesu” i pieniądze ojca. Kupował za nie tanie i modne ubrania, drogie kosmetyki oraz spokój rodziny. Ambicja go nie męczyła. Zostawił ją w Kutnie, gdzieś w okolicach matury, a może i jeszcze wcześniej, kiedy zaczął się powoli orientować w relacjach między rzetelnością a możliwościami. Niedługo później zdecydował się na relację Kutno – Warszawa. Intercity Premium.

Jeśli w ogóle był czymś zmotywowany, to pochodzeniem, na temat którego wolał milczeć. Gdyby powyższe wypadki nie zdominowały poranka przy Nowej 17, piątek w redakcji wyglądałby bardziej dramatycznie. Grześ został wezwany do naczelnego na godzinę jedenastą zero zero w celu wyjaśnienia pewnej degradującej go, zresztą jak i cały portal, pomyłki, której się poprzedniego dnia nieroztropnie dopuścił. Jednak dwie nieprzyjemne sprawy dziennie, nawet jak na takiego gruboskóra jak Arek, okazały się zbyt wielkim obciążeniem. Trzasnął drzwiami parę minut po dziesiątej i więcej się w pracy tego dnia nie pokazał. Jak się później okazało, redakcji doglądał przez Skype’a, wydając dyspozycje prosto w twarz przylepionej do monitora niedowidzącej Darii.

Arek Brzóska, naczelny (obecnie Xavier, w stałej rubryce: Kto? Kogo? Kiedy?), zatrudnił mnie w SEE/Ty! – podobno nie bez problemów – niecały miesiąc wcześniej. Przechodziłem przez etap próbny jak przez gorączkę. Mój organizm walczył jak mógł. Wzdrygało mną od pozorów, paliło ze wstydu, telepały mną okoliczności, skończeni idioci i zbyt duże ilości wodnistej kawy, ale przede wszystkim trząsłem się o codzienność. Wolną wolę sprzedałem za dość skąpą wypłatę i położoną mi pewnego dnia na biurku umowę bez słowa podpisałem. Arek twierdził, że większą przysługę zrobił tylko raz – jednemu Anglikowi w kiblu na Ibizie, więc liczy, że ją doceniam, tym bardziej, że teraz robi to zupełnie bezinteresownie. Wymawiając słowo teraz, wycelował palec wskazujący prosto w moje zmarszczone czoło, więc doceniłem. Oczywiście, że doceniłem. Przede wszystkim uderzającą przemianę zahukanego chłopca, z którym od zawsze wiązał mi się dość cherlawy wykrój widywanego przypadkiem kolegi z zeszłego wieku. Jedynego, który łączył mnie jeszcze z niezreformowaną, ośmioklasową szkołą podstawową w zatartej przeszłością gminie na drugim końcu dawno zapomnianego przez nas świata. No i tę zaskakującą bezpruderyjność. Język wypychający lewy policzek od wewnątrz, gdzieś pomiędzy sekwencją słów „kibel” oraz „Ibiza”. To przede wszystkim.

Latami wpadaliśmy na siebie, wiedzeni swędem miejsc nie tyle czynnych, co nieczynnych, choć przy sprzyjających okolicznościach dostępnych do rana. Nogi plątały się nam po tej samej, znanej od lat osnowie tkanej z pustych ulic, zatłoczonych knajp, prywatnych mieszkań i innych przypadkowych miejsc. Aż do porannej utraty wątku. Co noc próbowaliśmy przejść do historii, żeby już nad ranem zrobić wszystko, by się z niej jakoś z twarzą wyplątać, po omacku szukając drzwi. Pamiętam pewne urodziny na zapleczu domu pogrzebowego. Jurek Stawski, kolega z polonistyki, przy okazji jego pracownik, uparł się, że nie ma lepszego miejsca na urodziny niż dom pogrzebowy. Mimo późnej godziny przez dom przelewał się tłum, a dom był jak rzeka i nazywał się Styx. Wbrew aurze i otoczeniu ochoczo śpiewaliśmy sto lat niech żyje nam, za co Jurek, solenizant egzystencjalista – wówczas na etacie kierowcy karawanu – wyleciał rano z pracy, broniąc się z Asnyka po raz wtóry. Trzeba z żywymi naprzód iść, ty chuju! A jeszcze tu wrócę! Jeszcze na mnie zarobisz!

Mimo że nigdy się z Arkiem nadmiernie nie kolegowałem, wspólnymi siłami tkaliśmy obraz nędzy i rozpaczy, z roku na rok coraz bardziej popadając w cynizm i obojętność. Chyba podświadomie łączyła nas jakaś pokoleniowa więź ludzi, którzy urodzili się – jak powiadają skrupulatni Niemcy – nichts Halbes und nichts Ganzes, czyli ni to w pół, ni to po całości. Nie załapaliśmy się ani na rewolucję, ani na dystrybucję. W zasięgu desperata pozostawała już tylko prostytucja, aczkolwiek tu nie byliśmy w stanie dojść do porozumienia, zważywszy na rozbieżność gustów. Reprezentowaliśmy roczniki siedemdziesiąte, maturę robiliśmy w połowie dziewięćdziesiątych, a nadejście dwudziestego pierwszego wieku uhonorowaliśmy dyplomem nikomu niepotrzebnych studiów, dołączając tym samym do stale rozrastającego się stada zadowolonych z siebie idiotów sięgających po słowo inteligencja wyłącznie w odniesieniu do czegoś, co miało się nazywać mega dealem. Cały czas byliśmy gdzieś pomiędzy. Zawsze albo za późno, albo za wcześnie. Nigdy w czasie odpowiednim dla siebie.

Co noc szukaliśmy powodu, żeby choć na chwilę się zatrzymać, do kogoś się dosiąść i zapomnieć, że wszędzie jest się tylko przelotem. Nie, nie mam dziś czasu, ja tylko przelotem – tak się jakoś przecież mówi. Mała etiuda aktorska wykonywana co i raz z całą starannością o warsztat, właściwy dobór min oraz technik wizerunkowych tylko po to, żeby się nie przyznać do braku lądowiska. Szybowaliśmy więc z Arkiem przelotem po okolicy jak dwa spuszczone z linki białe stateczki, bez ładu i składu targani na strony byle podmuchem. Przysiąść się, napić, pomruczeć, ponarzekać, wybuchnąć śmiechem w nieodpowiednim miejscu i lecieć dalej. No, zasiedziałem się, nie chcę przeszkadzać, będę leciał.

Gdyby któryś z nas rzeczywiście chociaż raz uleciał, poszedł w górę jak para wodna, żeby w swej ulotności ten jeden raz stać się użytecznym i w odwiecznej cyrkulacji zawalczyć o miejsce i cel. Spaść później tryumfalnie życiodajnym deszczem, dając tym wszystkim złośliwym świniom niezbite świadectwo swojej przydatności. Móc ofiarować coś, bez czego całość chorobliwie niedomaga. Być częścią jakiejś ważnej sumy, porządku. Systemu odrobinę bardziej kluczowego niż system ubezpieczeń społecznych i czegoś bardziej obiecującego niż system emerytalny. Żeby do czegoś dojść i przy tym pozostać. I już nie szukać. Nie chodzić, nie łazić, nie dosiadać się, nie pytać. Zostać kimś. A najlepiej sobą, żeby już donikąd nie chodzić. A tak, wiecznie tylko przelotem. Jak podstarzali piloci w paradnych mundurach z wianuszkiem stewardes dokoła. Co chwila w innej, wypolerowanej specjalnie na nasz przyjazd części świata. Niczym Leonardo DiCaprio jako niedościgniony oszust Frank Abagnale podszywający się pod pilota linii Pan Am. My też się podszywaliśmy, ale nas nie ścigało żadne FBI. Nas FBI miało w dupie. Skazaliby nas już za samą próbę poinformowania ich, że istniejemy. Abagnale, zanim go złapali, odbył ponad dwieście lotów po świecie i wyrwał wszystkie kwiatki z wianuszka. Niektóre wielokrotnie. A my? W temacie wianuszków najbliżej nas była chyba choroba wieńcowa. Lataliśmy jak poparzeni, tyle że osobno. Nasze drogi wiecznie się krzyżowały, ale pułapy mieliśmy różne. Taka była nasza znajomość. Głęboka jak kieliszek po pięćdziesiątce. Łączyły nas głównie nieskładne wyznania o brzasku, podsycane alkoholem wspomnienia fin de siècle oraz najczęściej, typowe dla późnego plejstocenu dwu-, trzyuderzeniowe struktury fonetyczne w rodzaju: – Co tam? – Hipopotam. Tak się odpowiadało w szkole. Arkowi na pewno, o ile w ogóle miał odwagę zapytać. A teraz, proszę: Anglik, Ibiza, bezinteresownie. Wylazł w końcu z szopy z karabinem szybkostrzelnym własnej roboty. Ludzie zmieniają się nie do poznania, przymuszeni upływającym czasem. Tak żeby ich tylko nikt nie rozpoznał. Dobry kamuflaż to obietnica dostatniego życia oraz powszechnego szacunku.

Wiedziałem, że od jakiegoś czasu prowadzi jakąś tam redakcję, że coraz więcej się o nim mówi, a że po jakimś czasie latał już znacznie wyżej ode mnie, lądując w miejscach, do których coraz trudniej było mi się dostać, przy najbliższej okazji zagadnąłem go o pracę. Szybko się wyjaśniło, o co w tym wszystkim chodzi, ale od tygodni byłem bez pieniędzy, więc wręczoną mi po pijanemu wizytówkę któregoś ranka z rozprutej marynarki w końcu wydobyłem.

Zatrudnił mnie, jak powiedział, nie bez problemów, więc przynajmniej z mojej strony ich nie oczekiwał. Dalibóg, starałem się, ale po jakimś czasie Arek i tak miał mi za złe, że nie traktuję poważnie tego, co staramy się tam robić. A powinienem pamiętać (palec w czoło), co i komu zawdzięczam. Pamiętałem i przy Arku nie rozmawiałem o tym, jak idiotyczna jest już sama nazwa tego jego portalu. Angielskie słowo city wymawia się z krótkim i – coś jak syti – co wyraźnie różni się od brzmienia słowa see z długim i:. Do tego ta pseudolingwistyczna dwuznaczność. No i ten nieszczęsny wykrzyknik na końcu. Sterczy tam jak psi fiutek szczający na całą tę jego robotę. Nawet jeśli epitet trochę niedomaga brakiem elegancji czy niską złożonością metafory, to jakby nie patrzeć, Lynne Truss, miała dużo racji, kwitując jego zastosowanie w typowy dla siebie sposób. W środowisku brytyjskich dziennikarzy podobno tak się go właśnie określa. Psi fiutek. Dog’s cock.

Arek uważał, że nasza praca to społecznie zaangażowana akcja protestacyjna przeciwko rozpasaniu show biznesu w tym kraju. Ludzie mają prawo wiedzieć, tak? To wystarczało, żeby wszelkie spekulacje na temat sensowności tych działań zdusić w zarodku. Impertynenckie tak na końcu zdania przerzucało całą odpowiedzialność za odpowiedź na pytającego. Kiedyś było inaczej. Jakaś arogancka pewność siebie wyzierała nawet z prostych zdań oznajmujących. Dominowały jednoznaczne, pozbawione niuansu, nieznoszące sprzeciwu oświadczenia. Stymulatory potwierdzenia dla sprzedawców na prowizji.

Trzeba powiedzieć, że na tej akcji protestacyjnej Arek wychodził na swoje. Nie wiem jak reszta, ale on właśnie spłacił kredyt na mieszkanie, co jak sam mówił, kosztowało go trochę nerwów. Niewielki koszt, zważywszy, że później mógł protestować dalej już z większym spokojem. „Im się już wszystkim w tych dupach całkiem poprzewracało”, diagnozował z przekonaniem proktologa zdejmującego lateksową rękawiczkę po wstępnym badaniu per rectum. Po latach drżączki wywoływanej spreadem franka spłynęły na niego spokój i opanowanie, czym z lubością onieśmielał początkujących dziennikarzy plotkarskich programów informacyjnych. Powoli z biegiem czasu stawał się niezbywalnym gościem przyjęć, gali i wszystkich innych tego typu wydarzeń towarzyskich, po których należało się przelecieć niczym Abagnale na podrobionej licencji. W świetle fleszy wyraźnie mitygował ton wypowiedzi unoszących się po redakcji w formie niepisanego credo. Ubrany w błyszczący garnitur Gucci, z rozchyloną pod szyją koszulą i ręką w kieszeni na modłę opalonych nuworyszy z amerykańskich oper mydlanych wyglądał jak przeżywający drugą młodość weteran sceny dance z okolic Białegostoku. Mówił z wyuczoną emfazą, celując bardziej ponad niźli tylko w kamerę: „Artyści, proszę państwa… czyli ludzie jakby z definicji wrażliwi… mmm… powinni cechować się poczuciem smaku, prawda… i tu jakby w sukurs przychodzimy my, tak?”.

Na obronę Arka powiem tylko tyle – ten samotny, zwolniony z wuefu, regularnie maltretowany, stojący na szarym końcu malutki fiutek, jednoosobowo brał na siebie odpowiedzialność za powodzenie całego portalu, a więc w konsekwencji i mojego losu. Powinienem był czuć wobec niego wdzięczność. Powinienem. A że mały, cherlawy i nie za piękny, to sobie tym wykrzyknikiem dodawał w myśl zasady proporcji dwóch palców – kciuka i wskazującego. Long man – short dick. Short man – long dick.

Dog’s cock.

Wypaliłem niefortunnie z tym wszystkim w redakcyjnej kuchni, traktując temat dość lekko, jak coś w rodzaju żartu przy automacie z kawą, nie tyle powodowany chęcią nawiązania kontaktu z ludźmi z pracy, który z racji ich wieku i tak był utrudniony wczesnym stadium generation gap, co nieumiejętnością wytrzymywania tych wywołujących poczucie winy cisz w towarzystwie osób trzecich. Nieumiejętność potęgowali zwłaszcza ludzie młodsi, wobec których podświadomość zgłaszała jakiś chorobliwy przymus przejęcia kontroli nad sytuacją, zorganizowania jakiejś chwilowej opieki, żałosnego au pair bez grosza kieszonkowego. Ciepłej kurzej dupy do ogrzania nadpobudliwej pryszczatej zygoty. I tym razem było nie inaczej.

Dwa na dwa klitka vis-à-vis głównego wejścia do redakcji wypełniła się naszą trójcą, nadając sens nalepce „Pomieszczenie Socjalne”, a moją nieumiejętność wytrzymywania cisz wywołali, a następnie swoim wiekiem spotęgowali, niejaki Grześ i nijaka Daria. Zacząłem gadać. Z początku szło mi, jak sądzę, dość dobrze. Mój ton oscylował gdzieś pomiędzy wyższą partią stanów średnich w typie: uważajcie młode, ledwie z gówna wytarte szczyle, gdzie pchacie swoje śmierdzące McDonaldem poobgryzane pazury, a wyraźnie już niskim, o ile nie poniżającym pułapem rozpościerającym się tuż na granicy: człowiek nie koń, chwila przerwy mu się należy i co za żenująca robota bruka nasze powołane do wyższych rzeczy umysły. Gdzieś w okolicach nazwy portalu oblałem się kawą, więc odreagowałem, gardłując o tych psich fiutkach. Zrobiłem to zupełnie nieświadomie. Wszystko wyrwało się ze mnie, jakbym cierpiał na zespół Tourette’a. Kawę wtarłem bibułą w sweter, wybuchnąłem śmiechem i po chwili wyszedłem. Rozmowa się nie udała. Przez krótki moment próbowałem jeszcze walczyć, jakoś się z tego bluzgu wycofać, ale moi rozmówcy spojrzeli po sobie jak nawciągana przed chwilą w kiblu, absolutnie gotowa do wyjścia na imprezę życia para nastolatków, którym ojciec z zakłopotaniem próbuje streszczać w korytarzu Pierwszy krok w chmurach, i bez słowa komentarza odeszli. Moje przemyślenia jeszcze tego samego dnia dotarły do Arka, który wciągnąwszy mnie za rękaw we wnękę z detergentami, oświadczył ze łzami w oczach, że nazwę wymyślił sam, a wykrzyknika używa na co dzień, co mi też gorąco poleca, bo jak zauważył, ja w swoim ubożuchnym jak moje ciuchy życiu ciągle nie poradziłem sobie jeszcze ze znakiem zapytania.

Może i nie poradziłem. Może i musiałem się męczyć z tą codzienną skoliozą na twarzy, ale tolerowałem ją znacznie lepiej od irytujących wykrzykników Arka. Moja skolioza była polska, oswojona i systematycznie przez prawie czterdzieści lat poddawana terapii grupowej z każdym wyjściem na ulicę. Jego eksklamacja była obca, jak zadra w dupie. Dla mojego rocznika ciągle nieobyczajna, zgapiona, małpia. Psi fiutek. Dog’s cock. Dla nich to było normalne. Twarz rozciągnięta na Muncha, gęba otwarta i ciągłe o! Marceli Szpak dziwi się światu. Tak jak ta cała Daria, tyle że ona się niczemu nie dziwi. Łazi po prostu z otwartą gębą, łykając wszystko, co jej powie Xavier, naczelny, zupełnie jak gdyby reprezentowała całkiem inny rząd, najpewniej owadożernych. Całe te juwenalia obnosiły się ze swym wykrzyknikiem równie ostentacyjnie jak on, ale jak po czasie zauważyłem, dotyczyło to tylko sytuacji służbowej. Należało odpowiednio zaakcentować każdy idiotyzm, tak żeby już na etapie prezentacji móc przekonać wszystkich o słuszności swego twierdzenia, jego głębokiej prawdzie, przesłaniu moralnym oraz skuteczności jego dalszego rażenia w wymiarze ogólnospołecznym. Wykrzyknik był więc zgodny z polityką firmy oraz duchem czasu.

Normalnie po redakcji przelewała się znudzona, lepiąca się do siebie, jednorodna magma z kubkami w dłoniach. Kubki, papcie i luźne, przypominające piżamy ubrania. Wyglądali jak pacjenci na oddziale dla przewlekle chorych. Zbyt młodzi, żeby od razu umrzeć, ale już zbyt zmęczeni, żeby dać się poderwać do lotu. Półżywi, niedospani i znudzeni nieprzeżytym życiem, zapalali się tylko w momentach rozmów z Arkiem, podczas których prezentowali coraz bardziej zajadłe pomysły na kolejne newsy.

Lekcja etyki i moralności od dwudziestolatków boli najbardziej. Jest czysta i niezmącona rozterką. Doświadczenie wprowadza niepotrzebny zamęt, każe babrać się w czymś tak nieprzyzwoicie ludzkim jak rozdarcie, niepewność, natura, dylemat, niuans, a na to przecież nikt nie ma czasu.

Arek samą swoją obecnością wywoływał pewnego rodzaju intensywność. To, że miał ją w naturze, to mało. On nią jeszcze emanował. Przenosił na wszystkich, którzy byli w zasięgu jego wzroku. Redakcja natychmiast podnosiła się z martwych i zaraz tętniła życiem, a każdy niezwłocznie czuł jego sens. Wszyscy co do jednego mieli zajęcie i od ręki byli niezastąpieni. Po czym wracali do snucia się po pokojach, parzenia kawy (koniecznie z odtłuszczonym mlekiem), szurania nogami, facebooków, twitterów, instagramów, tabletów, demotywatorów, memów i rozmów pod nosem nie wiadomo z kim ani o czym przez bez żalu potłuczone najnowsze ajfony. Byli znudzeni ciągłym czekaniem na weekend, nie dbali o zadbane włosy, nosili piercing w narządach, a ich apokaliptyczne tatuaże mówiły wszystko, co było do powiedzenia. Tylko ja czułem się niezręcznie, nic nie mówiąc. Oni nie. Ich ciała krzyczały napisami po to, żeby już zbędnie „nie pierdolić”. Mieli po dwadzieścia lat i mówili, że mają wyjebane. Ja miałem pod czterdzieści i uważałem, że mam przejebane. Konflikt pokoleń wulgarnie wyzierał spoza konwenansów wypielęgnowanych przez lata osiemdziesiąte, dwa analogowe programy telewizji, szkolną bibliotekę, kościelną scholę, SKS po lekcjach, kółko fotografii, czyli przez osiem, a nie sześć lat podstawówki, brak gimnazjum, cztery, a nie trzy lata liceum i pięć, a nie trzy lata studiów. Oprócz prefiksów nie zgadzały nam się też czasy.

Źle się tam czułem, ale z braku bliskiej perspektywy jednym palcem po klawiaturze pstrykałem krajowych celebrytów po uszach. Na początku sprawiało mi to nawet pewnego rodzaju przyjemność, bo przez lata gapienia się z niedowierzaniem na postępującą akromegalię telewizji nabawiłem się moralnego kaca od zbyt dużej ilości zmarnowanego czasu oraz, co za tym idzie, wzmożonej potrzeby pozbycia się uwierającej treści żołądkowej w dość prymitywny ale jednak dający ulgę sposób. Później klepałem już coraz głupiej, niestarannie i coraz bardziej cynicznie, czym zyskałem u Arka opinię „całkiem zdolnego redaktora”, by ostatecznie doprowadzić się do blokady.

Im większe wzbierało we mnie współczucie wobec pięknych i bogatych, tym bardziej drażnili mnie ci ludzie w pidżamach, a szczególnie Grześ i Daria. Starałem się nie być małostkowy, ale tych dwoje zapamiętałem, bo to przez ich szpiclowate charaktery Arek, czyli mój naczelny Xavier, pociągnął mnie za rękaw w detergenty do odpowiedzialności za idiotyczne żarty na temat nazwy portalu. Oczywiście nie były idiotyczne, a Lynne Truss miała rację. Dog’s cock’s a dog’s cock. Tego dnia miałem okazję się odwdzięczyć, bo ludzie w pidżamach jednogłośnie orzekli, że Grześ „ma przejebane” i litości nie było. Również Ibiza Party wniosła o wotum nieufności. Grześ, z powodu swojej zażyłości z Arkiem, i tak nie był przesadnie w redakcji lubiany, a do tego jeszcze ciągle odstawał od normy. Pośród przewlekle chorych wciąż uchodził za okaz zdrowia. Od samego rana biegał ożywiony po redakcji i wszędzie było go pełno. Do tego nie miał czasu na FarmVille, zamiast macbooka używał acera i ciągle jeszcze nie wpadł na to, żeby się nazwać Grzech albo Greg, choć od pewnego czasu był już chyba na dobrej drodze, żeby do tego wszystkiego powoli dojść.

Grześ przyjechał z Kutna na studia bez tatuaży, z ciałem czystym jak dziewica, ale wpadł w wir wielkomiejskiej przygody i zakręciło mu się w głowie. Seks w wielkim mieście dopadł go na jakiejś imprezie u Arka i od tej pory Grześ – nikt nigdy go tu inaczej nie nazwał – więcej czasu spędzał w pokoju naczelnego, donosząc na innych, niż na zajęciach z prawa podatkowego, które jego ojciec, aptekarz z ponad dwudziestoletnim stażem w zawodzie, dość sowicie wspierał miesięczną ratą uiszczaną co do dnia na poczcie w Kutnie. Grześ był Grzesiem przez jakiś czas, ale jego metamorfoza wisiała ciężkim balonem w powietrzu. Arek dał mu etat i Grześ uwierzył w siebie. Pracował, starał się, jednym słowem robił wszystko, żeby spełnić oczekiwania. W mig zrozumiał sens tego, co staramy się tu robić i z całego serca chciał protestować. Celebrytów nienawidził.

No więc nie sprawdził dokładnie wiadomości o pewnej znanej piosenkarce, bo nazwiska były podobne, i bez rutynowej konsultacji z Xavierem wkleił na redakcyjnego facebooka jej zdjęcie tuż obok fotografii uznanego aktora średniego pokolenia, opatrując je zupełnie niewinnym komentarzem: „Czy są już razem? Oficjalnie?”. To było w czwartek. W piątek piosenkarka wpadła w szał i osobiście zagroziła sądem. Wtedy w szał wpadł aktor, którego agent zażądał natychmiastowego sprostowania, no i oczywiście Arek, bo to podobno jego dobra znajoma. Zrobiło się nieprzyjemnie. Grześ zamknął się w toalecie, chcąc na poczekaniu skończyć z dziennikarstwem. W momencie gdy on rozbijał w drobny mak swoją przyszłość, ja, wypracowawszy w redakcji odpowiedni styl i poziom, rozesłałem w tej sprawie małe pasquillo z fikcyjnego konta mailowego.

Olaboga! Co się dzieje?

Delfin w tarapaty popadł!

Chciałoby się rzec jak Zorba:

jaka piękna katastrofa!

Może sprawi los niemiły,

że też pojmiesz swoją wpadkę,

zanim palcem, tym przegniłym,

innych skażesz na odsiadkę.

Piękny Grzesiu kakaowy,

błądzić to rzecz ludzka, stała.

Niechaj teraz ci ostoją

Naczelnego będzie pała.

Swój pierwszy komputer kupiłem dość późno, bo dopiero po trzydziestce, minęło kilka lat, nabrałem biegłości. Obecnie byłem w stanie wytropić w Google całkiem dużą ilość nieprzydatnych informacji na temat życia gwiazd, następnie skorzystać z funkcji kopiuj – wklej, w edytorze tekstów odpowiednio je przeinaczyć i tak zarobić pieniądze. Umiem więcej. Wiem, jak założyć fikcyjne konto internetowe na portalu, napisać mail i nie podpisać się swoim nazwiskiem. To też umiem. Nauczyłem się w redakcji. A może umiałem już wcześniej, tylko nie było sposobności, żeby taką umiejętność dobrze wykorzystać? Po latach sporo wiedziałem o komputerach, ale nie to, że w firmowej sieci da się w dziesięć sekund ustalić IP komputera, który ohydny paszkwil wygenerował. Doszła do tego z nieukrywaną przyjemnością Daria, powiernica Grzesia (o ile mnie pamięć nie myli, to z jakiegoś Żylina czy Żychlina), która w odpowiedzi na moją desperacką próbę obrony wygłosiła manifest swego pokolenia: „nie pierdol”, po czym z nieukrywaną satysfakcją zacytowała Arka, który podobno miał jej powiedzieć, że „jestem zasadniczo skończony”. Od siebie dodała jeszcze: „ty żałosny gnoju”.

O tej porze byłem już poza redakcją. Gapiłem się w kolorowy wyświetlacz telefonu, stojąc na środku ulicy nie mojego miasta. Znowu byłem w przelocie.

Szła zima i było ciemno. Sny o potędze, sny niespełnione, sny dzienne, niedospane w nocy, niedostępne na jawie sny o sensie lub świętym spokoju zstępowały z pięter gasnących biurowców zimną mgłą na parter, żeby już na ulicy, ośmielone mrokiem, wtulać się w postawione na sztorc kołnierze przechodniów. Ci po godzinach wolni szli równym krokiem, tupiąc z nadzieją na cokolwiek jeszcze, nie ze wszystkich złudzeń obdarci, wpatrzeni w neony, podziemne przejścia, sklepowe witryny i zatłoczone parkingi. Tupali głośno, jak tupią mali chłopcy wypchnięci nocą na cmentarz przez chichrających za bramą starszych kolegów, którzy nie wiedzieć czemu kolejny raz wygrali zakład. Mali chłopcy nie trzymają się za ręce jak dziewczyny. Chłopcy dla odwagi tupią głośno. Jak wojsko. Jak mali żołnierze wysłani na paradę zwycięzców pośród dawno poległych, zalanych w trupa masą z lastryko. Tłum kroczył pewnie, dając wyraźnie do zrozumienia, że wie, po co tak tupie. Tupie, bo ma nadzieję, że wyjdzie z tego wszystkiego cało. Że wszystko się skończy dobrze, jak w dziecinnych grach. Niby wszystko jest na poważnie, ale nawet jak się oberwie strzałą w plecy albo Niemiec strzeli znienacka, to i tak zawsze na koniec wraca się do domu na kolację. Oni właśnie szli na tę kolację. Tamtych Niemców zresztą też już nie było. Niemcy zginęli na wojnie, poza tym teraz nie ma prawdziwych wojen. Wojny były kiedyś. Teraz są terroryści w telewizji. Nie było do kogo strzelać, o czym rozmawiać, nie było o co walczyć, za co ginąć, w co wierzyć ani dokąd pójść. Wszystkich zabiliśmy, za wszystko zginęliśmy, wszyscy się odrodziliśmy, wszyscy żyliśmy i zwyczajnie umieraliśmy. Wszystko zostało podzielone. Wszystko zostało oddane, wszystko zdobyte, wszystko przegrane i jeszcze raz zwyciężone. Co było do powiedzenia, zostało powiedziane, co było można zapomnieć, zostało zapomniane. Pomyślano nawet i o tym, co było nie do pomyślenia. Wybaczone to, co było do wybaczenia, a to, co nie, to nie, na wieki wieków, amen.

Leżałem gdzieś między tupiącymi, zalany masą z lastryko. Leżałem i się marnowałem. Gniłem i malałem. Miałem trzydzieści dziewięć lat i zaczęły mi się sypać włosy. Kończyły się pieniądze, pomysły i rozmiar M. Nic mnie nie gnało, nic nie ciągnęło, nic nie zaprzątało i nic nie podnosiło. Nic nie słuchało i nic nie mówiło. Nic nie znaczyło niczego. Głosy zbijały się w jednostajny szum, psuty coraz donośniejszym tupaniem w celach mi bliżej nieznanych. Pozostało tylko pójść i się napić, żeby zachować formę i nadać sens chociażby jednemu swojemu zdaniu.

Aneta stała na ulicy z papierosem w ustach, grzebiąc nerwowo w torebce.

Nie ta

Świat cierpi na brak mężczyzn,

szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci.

Jane Austen

Nieta?

Wlepiwszy we mnie wzrok, na moment znieruchomiała. Stałem jakieś dwa, trzy metry od niej bez pewności, że dobrze zrobiłem. Było ciemno i tylko wbita w portal kamienicy lampa oświetlała chodnik. Wiedziałem, że to ona, a ona musiała wiedzieć, że to ja. Nikt poza mną jej tak nie nazywał i nikt poza nią tak nie zastygał. Pozostało tylko pochwycić tę wątła, ledwie przez mgłę widoczną nitkę i ją nieznacznie pociągnąć – raz: idź stąd, nie znam cię, dwa razy: znam cię, czego chcesz? Krótkim ruchem wyjęła papierosa z ust, a dym wydmuchała w powietrze ponad nami. Dymiącym kciukiem odgarnęła włosy, rysując nad czołem błękitną aureolę.

– Chodź.

Czyli dwa.

Mieszkanie na drugim piętrze nieźle utrzymanej, powojennej kamienicy, pod którą rozegrała się scena z nitką, było duże, jasne i zupełnie nie pasowało do Niety.

– Napijesz się czegoś?

Nie czekając na odpowiedź, poszła do kuchni i zostawiła mnie samego w korytarzu. Przyniosła dwie szklanki do połowy wypełnione lodem. Moją postawiła na szafce, swoją bez zastanowienia wlała w siebie.

– Właśnie umarł mi ojciec.

Powiedzieć, że za Anetą biegałem, to mało. Ja za nią chodziłem. Ja na nią czekałem. Próbowałem jej nawet wmówić, że przez całe życie, ale to była raczej kwestia dni. I oczywiście nocy. Wywołana, najczęściej się nie zjawiała, ale mimo że doskonale o tym wiedziałem, nie potrafiłem dać jej spokoju. Latami szarpałem się z nią w śmierdzących rozkładem bramach. Ona, niewzruszona bez względu na stan odurzenia, zawsze zbywała mnie tą samą frazą tonem znudzonej kasjerki powiatowego dworca: „nie ta, Borys, nie ta”. Zwykle zaraz potem znikała. Tego rodzaju dramat najczęściej wieńczony jakąś katastrofą rozegrał się w naszej historii tyle razy, że dałoby się go naturalnie wyodrębnić jako osobny, bardziej plugawy podgatunek. Zamiast sceny balkonowej byłaby scena w bramie. Można by to odgrywać w niedzielę przy okazji przykościelnych jarmarków odpustowych ku uciesze gawiedzi.