Wydawca: Genius Creations Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ten pierwszy raz - Antologia

Jak będzie wyglądać nasz pierwszy kontakt z obca rasą? Czy stosunki będą pokojowe, czy może z miejsca skoczymy sobie do gardeł? Kim są i jak wyglądają obcy? Czy są już wśród nas? Czy…

Pięć zupełnie różnych wizji spotkania z obcą inteligentna rasą. Pięć opowiadań nagrodzonych w konkursie „Ten pierwszy raz”.

Młodzi autorzy, świeże pomysły, problem stary jak SF!


Uniwersalistyka
Małgorzata Wieczorek
*
Gwiazdy gasną nad MOA192b
Anna Wołosiak-Tomaszewska
*
Wow!
Anna Hrycyszyn
*
Sekunda do północy
Agnieszka Sudomir
*
Daleki zwiad
Maciej Różalski

Opinie o ebooku Ten pierwszy raz - Antologia

Fragment ebooka Ten pierwszy raz - Antologia

Tenpierwszyraz

Słowem wstępu

Antologia Ten pierwszy raz to zbiór pięciu tekstów, najwyżej ocenionych w konkursie pod tym samym tytułem.

Jury w składzie Diana Cereniewicz, Marcin Dobkowski, Krystian Karolak, Marek Ścieszek i Tymoteusz Wronka wyłoniło finałową piątkę spośród dziewięćdziesięciu nadesłanychtekstów.

Każdy z członków jury oceniał anonimowe teksty indywidualnie, przyznając każdemu od jednego do dziesięciu punktów. Po zsumowaniu punktów najwyżej ocenione zostały:

1. Uniwersalistyka – Małgorzata Wieczorek – 42 punkty (10, 9, 9, 8, 6)

2. Gwiazdy gasną nad MOA192b – Anna Wołosiak-Tomaszewska – 41 punktów (10, 10, 9, 7, 5)

3. Wow! – Anna Hrycyszyn – 38 punktów (9, 8, 8, 7, 6)

4. Sekunda do północy – Agnieszka Sudomir – 37 punktów (9, 8, 7, 7, 6)

5. Daleki zwiad – Maciej Różalski – 37 punktów (9, 9, 8, 7, 4)

Nagrodzone teksty przedstawiają bardzo różne wizje pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską. Nie ze wszystkich ludzkość wychodzi obronną ręką. Nie zawsze to Obcy są źli, a my dobrzy. Jednak zawsze jest to interesującaopowieść.

Uniwersalistyka

Małgorzata Wieczorek

Gwiazdy gasły w ciszy, jedna po drugiej znikały za obrysem stacji kosmicznej, niewidocznej dla ludzkiego oka, za to jaskrawo rozjaśnionej w paśmie używanym przez czujniki i komputery, które nadzorowały dokowanie niewielkiej kapsuły wystrzelonej półtorej godziny wcześniej z przelatującego frachtowca. W przestrzeń pomknęły niesłyszalne pytania i odpowiedzi, manewrowe silniki kapsuły prychnęły gazem, skorygowały po raz ostatni trajektorię i zgasły.

Młoda kobieta zawinięta w kokon transportowy zadrżała i mocniej objęła się ramionami. Myślała do tej pory, że nie lubi podróży, ale to było, zanim zapakowano ją w kapsułę do przewozu towarów i wystrzelono w stronę stacji, na której nigdy nie powinna się znaleźć. „Nie lubi” stanowiło zbyt łagodne określenie wobec jej stanu. Serce waliło jej jak młot, w ustach zasychało z paniki i czuła, jak kruche ściany kabiny zbliżają się tak bardzo, że zaczynało brakować powietrza. Nie potrafiła wyobrazić sobie gorszego momentu na odkrycie, że cierpi na klaustrofobię. Zaczęła kontrolować oddech, próbując narzucić sobie spokój. Nie może przecież być tak źle, pomyślała. Przeżyłaś całe życie, nie zdając sobie sprawy z takich problemów, a przecież gdyby były poważne, wiedziałabyś już wcześniej.

Lingwiści nie mają czego szukać w kosmosie. Gdyby miała chociaż odrobinę silniejszą pozycję na uniwersytecie, nie wylądowałaby w środku niczego, w pobliżu stacji tak nieważnej, że nawet nie opłacało się dostarczyć pasażerki inaczej, niż wystrzeliwując razem z cargo. Przez tydzień spędzony na frachtowcu zastanawiała się, co kryje się za lakoniczną prośbą o pomoc lingwisty skierowaną do najbliższego ośrodka akademickiego. Wymyśliła tuzin sprzecznych przyczyn, odrzuciła je jedną po drugiej i doszła w końcu do wniosku, że nastąpiła pomyłka i po wyjaśnieniach zostanie czym prędzej wysłana do domu. Miała tylko nadzieję, że uniwersytet nie zostanie obciążony kosztami.

Poczuła wstrząs, gdy kapsuła zadokowała. Zazgrzytały zaczepy, syknęło powietrze przy wyrównaniu ciśnień. Niezdarnie zaczęła wyplątywać się w kokonu, nie przywykła do mikrograwitacji. Odsunął się otworzony z zewnątrz właz i w otworze pojawiła się szeroko uśmiechnięta twarz mężczyzny.

– Pani doktor Channery Chen, jak przypuszczam? Nazywam się Imri Kopar. Jestem lekarzem, to ja poprosiłem o pani przybycie. Witam na stacjiRa.

– Dzień dobry.

Kobieta, pozbawiona praktyki w poruszaniu się w nieważkości, szarpnęła nogami zaplątanymi w elastyczną siatkę i odpłynęła od kokonu, niezdarnie próbując przeciągnąć się w stronę włazu, który zginął gdzieś za jej plecami. Poczucie zagubienia wróciło. Bezwładnie leciała w przestrzeni, włosy unosiły się dookoła głowy, ograniczając pole widzenia, a zaplątane stopy stanowiły jednocześnie jedyny punkt stały i przyczynę dodatkowej paniki. Uratował ją mocny uchwyt i szarpnięcie. Imri wisiał do góry nogami, utrzymywały go magnetyczne zaczepy. Wyciągnął rękę i dotknął panelu na ścianie. Kokon uwolnił ją i sieć zaczęła się obkurczać, wkrótce zniknęła bez śladu wewnątrz ściany. Imri podał przybyłej rękę i pociągnął z wyczuciem.

– Przepraszam za brak grawitacji – powiedział. – Goście zwykle nie lądują w środkowej części, niestety zależało nam na pośpiechu. Na wygodniejszy środek transportu musiałaby pani czekać jeszcze dwa tygodnie.

Znalazła się w środku stacji, Imri zamknął za nią właz. Powietrze, które wciągnęła do płuc, pachniało żelaziście i przywodziło na myśl kopalnie na asteroidach, których nigdy nie zwiedziła.

– Skąd ten pośpiech? Władze uczelni powiedziały mi, że wszystkiego dowiem się na miejscu.

Skorzystała z chwili i sięgnęła do kieszeni spodni po gumkę, związała czarne włosy, uważając, by znowu nie odlecieć, i rozejrzała się ciekawie. Tunel ciągnął się w obie strony, jak wydawało się, bez końca. Autonomiczne roboty przycupnęły na jego ścianach podobne do kiści owoców lub kolonii owadów, obłe, z podwiniętymi odnóżami, ukryte w ciemności, tylko ich odwłoki lekko fosforyzowały i oświetlały korytarz. Znowu sobie przypomniała, że maszyny nie potrzebowały więcejświatła.

– Słyszała pani o ŁowcyPrzeznaczenia?

Skinęła głową. Historia Łowcy Przeznaczenia, jednego z pierwszych statków kolonizacyjnych, była znana chyba każdemu człowiekowi. Po opuszczeniu systemu bram podprzestrzennych statek ruszył w dalszą drogę, skazany na długi lot do celu z prędkością podświetlną i większością załogi oraz pasażerów w hibernacji. Uległ wypadkowi, o czym przekonano się, gdy na szczątki, po wielu latach, natrafił statek Bressler-Fragi, jednej z dwóch korporacji specjalizującej się w tworzeniu samowystarczalnych habitatów. Niepowodzenie na długie lata zatrzymało proces zaludniania nowych systemów planetarnych.

Owszem, słyszała o Łowcy. Wszyscy słyszeli o Łowcy, katastrofa statku nadal kładła się cieniem na eksploracji kosmosu.

– Powiem więcej, kiedy znajdziemy się już w ambulatorium – powiedział Imri i chwycił jej torbę. – Obawiam się, że to dłuższa historia. Lepiej będzie, jeśli pani najpierw usiądzie. Zwłaszcza że w tym korytarzu łatwo sobie nabić guza. Ludzie nie za często się nim poruszają.

Magnetyczne zaczepy przy butach lekarza odrywały się od podłoża z cichymi mlaśnięciami. Channery przyjrzała się im zaintrygowana.

– Wbrew pozorom nabranie odpowiednich nawyków przy chodzeniu z zaczepami zajmuje sporo czasu – wyjaśnił. – I normalnie nie ma potrzeby ich stosować, ale są częścią edukacji pobieranej przez stałych mieszkańców. Na wszelki wypadek. Bez całego pakietu umiejętności nie można dostać zgody na zostanie rezydentem. Szybciej będzie, jeśli pani po prostu pomogę.

Delikatnie pociągnął ją za rękę i przesunęła się wzdłuż korytarza.

– Wiem, że to pierwsza pani wyprawa poza rodzimą planetę.

Skinęła głową.

– Nie miałam okazji dotądwyjeżdżać.

Studiowała uniwersalistykę, jak po reformie nazywano dział lingwistyki poświęcony językom, które przez stulecia wykształciły się na odległych stacjach, asteroidach i planetach kontrolowanych przez korporacje czy kooperatywy, i większość dialektów pozaziemskich nie miało dla niej tajemnic. Nie znaczyło to jednak, że musiała każde z tych miejsc odwiedzić. Materiału badawczego było aż nadto bez rozbijania się po galaktyce i z reguły do podróży zniechęcano. Wyjątkiem była osobista prośba rektora Fabiańskiego, a w świecie akademickim pewne prośby są propozycjami nie do odrzucenia, o czym wcześniej lub później każdy ma okazję się przekonać na własnej skórze, jeśli chciał zachować prawo do dochodugwarantowanego.

Po kilkudziesięciu metrach zaczęli zbliżać się do rejonu, gdzie panowała grawitacja, i Kopar pomógł Channery znaleźć oparcie dla stóp na długim szczeblu drabiny prowadzącej dalej kilometr w ciemność.

Schodzili powoli i z każdym krokiem czuła narastające złudzenie ciążenia. Emitery sztucznych pól grawitacyjnych nadal były zbyt ciężkie i drogie, by je instalować na zapomnianych przez menedżerów wysokiego szczebla stacjach i ludzie musieli polegać na prostych prawach fizyki, by stworzyć sobie namiastkę odpowiednichwarunków.

– Na całe szczęście dalej możemy już skorzystać z kolejki.

Zeskoczyła na podest, przy którym czekał wagonik. Z sykiem otworzyły się drzwi i wsiedli. Wnętrze dawno już przestało być nowe, ściany pokrywały wydrapane napisy, którym zaczęła się przyglądać z po części zawodowym zainteresowaniem. Izna samti! – głosił jeden z nich. Śmierćfrajerom!

Imri sięgnął po komunikator.

– Doktor Kopar do dyspozytora – powiedział.

– Słucham.

– Możecie rozpocząć rozładunek. Jedziemy już do ambulatorium.

– Rozumiem.

Lekarz schował urządzenie do kieszeni.

– Normalnie roi się tam od automatów – wyjaśnił. – I ludzie nie mają wstępu. Zbyt niebezpieczne przy masie transportowanych towarów i braku ciążenia.

Pojazd ruszył z głośnym zgrzytem.

– Czym się zajmujecie na stacji? – zapytała.

– Ra to stacja przeładunkowa. Oprócz tego w tym miejscu górnicy mogą wydać swoje ciężko zarobione pieniądze. Inaczej nie byłoby tutaj ludzi. A gdzie są ludzie, tam potrzeba lekarzy. Szczególnie w przypadku pracowników spędzających większość życia w mikrograwitacji. – Wzruszył ramionami. – To nie jest środowisko naturalne człowieka. Zobaczy pani rzeczy, które nigdzie indziej nie są już spotykane. Ambulatorium stanowi praktycznie szpital dla okolicznych kopalń.

Channery wzdrygnęła się. Istnienie kopalń miało niespecjalne uzasadnienie ekonomiczne, ludzie nadzorujący maszyny byli tylko odrobinę tańsi od w pełni autonomicznych przedsiębiorstw, wykorzystywanych chociażby w czasie terraformowania planet i później przy wznoszeniu pierwszych osad. Zaletę kopalń i stacji ulokowanych w głębokiej przestrzeni stanowiło coś innego – były nieoficjalnymi miejscami zsyłki, gdzie zamykano nadwyżkę siły roboczej, niepotrzebnej i niepożądanej na planetach.

– Kolonie górnicze wytwarzają własne dialekty – powiedziała. – Większość z nich wedle wszelkich kryteriów stała się już pełnoprawnymi językami, tak bardzo oddaliły się od standardu. Muszę przyznać, że są ciekawe, na przykład szerokie doświadczenie braku grawitacji skutkuje wytworzeniem słownictwa negującego istnienie góry i dołu. Zamiast tego powstało mnóstwo innych określeń nieistniejących w językach planetarnych. Są to jednak języki dobrze opisane, nie stawiają żadnego oporu przy tłumaczeniach automatycznych. Byle komputer potrafi złamać bez problemu język głębokiego kosmosu, nawet jeśli wyewoluował jakiś niepoznany wcześniej. Nie rozumiem, po co tu jestem?

– Tego języka komputer nie złamał. Stwierdził, że nie jest to język, a ja się z tym nie zgodziłem.

Chciała coś powiedzieć, ale zatrzymała się w połowie słowa. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie mógłby mieć racji.

– Ale to niemożliwe – oświadczyła w końcu. – Mówimy o ludziach, prawda? Istnieją pewne granice, w jakich języki mogą się zmieniać. Związane jest to z budową mózgu, interakcją z otoczeniem. Dialekty kosmiczne wyznaczają granice możliwości. Dalej nic nie ma. Jeśli komputer mający standardowe oprogramowanie lingwistyczne stwierdził, że to nie język, to jestem gotowa się zgodzić. Jedyne wytłumaczenie to luki w oprogramowaniu. Sama przeprowadzę analizę i powinniśmy znaleźć rozwiązanie tejzagadki.

Gwiazdy gasną nad MOA-192 b

Anna Wołosiak-Tomaszewska

1

Ekran skanera był martwy. W jego nieruchomej, połyskliwej czerni odbijała się okrągła twarz kapitan Wang Wei, która ze zmarszczonym czołem i ściągniętymi brwiami stała na mostku, zagryzając dolną wargę. Za plecami dowódcy uwijali się technicy, podpinając sternika z powrotem do mózgu Wiernej. Nawigator Dave Baudin wpatrywał się w trójwymiarową mapę widocznej przestrzeni, nic nie rozumiejąc. Z zacienionego, wysoko sklepionego sufitu od czasu do czasu sypały się iskry, z trzaskiem dogasając na podłodze. Poza tym na mostku nie było widocznychuszkodzeń.

– Jak to możliwe? – zapytała pani kapitan ni to siebie, ni to któregoś z podoficerów. – Gdzie myjesteśmy?

– W każdym razie nie na kursie – odezwał się nawigator: niski, szczupły młodzieniec, nieomal dzieciak, który długimi, smukłymi palcami zgrabnie obracał segmenty holograficznej mapy. – Nigdzie nie mogę znaleźć GwiazdyBarnarda.

– Co to ma znaczyć? – Wei odwróciła się wreszcie do chłopaka i skrzyżowała ręce na piersi.

– Że jej tu nie ma, kapitanie – odparłBaudin.

– A co się z niąstało?

– Z nią pewnie nic. Pytanie, co się stało z nami.

– Łączność z Hyżą i Odważnym, natychmiast! – Dowódca wróciła na swój fotel i założyła nogę na nogę. Ta wyprawa od początku jej się nie podobała. Nie byli jeszcze gotowi na kolonizację. Należało poczekać, może nawet dziesięć lat… na bardziej szczegółowe mapy, na lepsze połączenie sternika ze statkiem. Wei potrząsnęłagłową.

– Kapitanie, nie ma Hyżej ani Odważnego w zasięgu – zakomunikował po chwili oficer łączności, Gareth Adams, prostując się znadkonsoli.

Chinka rozmasowała skroń i westchnęła.

– Sternik coś mówił przed podłączeniem? – zapytała po chwili ponuregomilczenia.

Jeden z techników w szarych uniformach, z przezroczystymi maskami nasuniętymi na twarze, pokręciłgłową.

– Kapitanie! – zawołał nawigator. – Mamodczyt.

– Dawaj. Gdzie onisą?

– To nieoni.

– Więcco?

– HD165516.

Wei zmarszczyła czoło. Nie przypominała sobie, by mieli coś takiego mijać. Gruntownie przygotowywała się do ekspedycji, ale tej nazwy nie pamiętała z dostępnych dokumentów ani tym bardziej z krótkiejodprawy.

– Jak daleko zboczyliśmy z kursu? – zapytała w końcu.

Baudin odchrząknął, oddalając widok mapy i obracając ją w stronękapitan.

– Bardzo – odparł powoli. – Mieliśmy być tutaj. – Krótkim skinieniem palca zaznaczył na czerwono jeden z miriadów punktów, mieniących się na holograficznym obrazie. – A jesteśmy – jeszcze mocniej oddalił widok, po czym oznaczył punkt na samym skraju mapy – tutaj. Około trzech tysięcy lat świetlnych od Ziemi, w Strzelcu.

Dowódca milczała przez chwilę. Zamrugała gwałtownie i wbiła wzrok w ekrangłówny.

Przed nią rozciągała się obca, nieprzyjazna pustka. Gdzieś tam oczywiście być może były planety zdatne do podtrzymania życia, ale musieliby ich szukać od zera. A nawet gdyby znaleźli, jak niby mieliby je skolonizować bez załóg i wyposażenia, które zostały na Hyżej i Odważnym? Bez łączności z Ziemią?

– Jak to się stało? – zapytała, otrząsając się z zamyślenia.

Od pulpitu za jej plecami oderwał się brodaty mężczyzna o tak jasnej karnacji i włosach, że mógłby uchodzić za albinosa, gdyby nie ciemny granat tęczówek. Obciągnął marynarkę białego munduru i powiedział:

– Przypuszczenie.

– Proszę, panie Skjeggestad. – Wei skinęłagłową.

– Awaria zasilania nie była tym, za co jąwzięliśmy.

– To znaczy? – Chinka doskonale wiedziała, jakiej odpowiedzi się spodziewać, ale chciała usłyszeć to od swojego pierwszegooficera.

– Dziki tunel, kapitanie.

***

Człowiek wiele się nauczył o kosmosie, odkąd wyruszył na jego podbój. Opanował zagadnienie sztucznej grawitacji na statkach, uporał się z problemem choroby pohibernacyjnej, w końcu też stworzył paliwo na tyle wydajne, by umożliwiło wieloletnie ekspedycje do innych układów. Potem zaś opracował napędnadświetlny.

I wtedy zaczęły się największe problemy, a podróże stały się prawdziwie niebezpieczne. Okazało się, że czarna pustka wszechświata jest zaskakująco zatłoczona. Wszystko wirowało w bezustannym okrążaniu siebie nawzajem, zataczając pętle na – nierzadko trudnych do określenia – orbitach. A używanie napędu sprowadzało się w głównej mierze właśnie do określania tych orbit. Przed skokiem trzeba było wyliczyć, gdzie w danym momencie będą poszczególne ciała niebieskie, żeby przy hamowaniu nie okazało się, że statek wyląduje we wnętrzu planety. Zresztą, przy tych prędkościach nawet mniejsze obiekty, takie jak asteroidy, stwarzały poważne zagrożenie. Z pozoru lekkie uderzenie mogło zaowocować zepchnięciem statku z kursu czy wręcz wepchnięciem w jeszcze gorsze kłopoty. Takie jak dziki tunelczasoprzestrzenny.

Tunele pojawiały się znikąd. Przez mgnienie sekundy wsysały materię, po czym znikały, by nigdy już nie pojawić się w tym samym miejscu – uniemożliwiając w ten sposób powrót tą samądrogą.

***

Wei w zadumie pocierała dłonią okrągły podbródek. Wiedziała, oczywiście, co się stało: wyszli z nadświetlnej, coś ich trafiło – blisko mózgu, bo przecież sternik odczuł to bardzo intensywnie – i wepchnęło w tunel. Niemniej chciała to usłyszeć od fachowców. Dlatego też czekała na raporty maszynowni i sternika.

– Kapitanie, inżynier Sikora – odezwał się w końcuGareth.

Dowódca skinęła głową, a w słuchawce zatkniętej za jej uchem odezwał się męski, spokojnygłos:

– Ciało obce w płacie czołowym. Mamy pęknięcie. Ale nie dostało się do kory. Posłałem już ekipęnaprawczą.

– Jakstruna?

– Nienaruszona.

– Dziękuję.

Zakończeniu rozmowy towarzyszyło ciche kliknięcie wyłączanegomikrofonu.

Kapitan odetchnęła. Wierna była obecnie najważniejsza z nich wszystkich. Dla niej Wei bez mrugnięcia poświęciłaby większą część załogi. Nie chodziło o to, że była jakoś specjalnie przywiązana do statku, którym dowodziła – choć musiała przyznać, że najnowsza generacja mant robiła wrażenie. Kapitan po prostu nadto dobrze rozumiała, że tu, w obcej przestrzeni, trzy tysiące lat świetlnych od Ziemi, jeśli cokolwiek stanie się Wiernej, wszyscy na jej pokładach zginą. A kapsuły ratunkowe nie pokonają takiego dystansu, by trafić na jakikolwiek uczęszczany przez ludziszlak.

– Sternik gotów – odezwał się technik, dostrzegłszy, że kapitan skończyłarozmawiać.

Wei wstała i podeszła do stojącego pośrodku pomieszczenia katafalku. Leżał na nim wychudzony, drobny mężczyzna. Pod cienką skórą wyraźnie rysowały się błękitne i różowawe naczynka. Popielate włosy, przycięte tuż przy skórze, nie ukrywały gniazd, z których technicy dopiero co wysunęli neurozłącza Wiernej. Z tego, co się orientowała kapitan, podobne rozwiązanie – zintegrowanych z mózgiem głównego komputera sterników – stosowano na stacjach okołoziemskich. Ale dopiero w mantach to miało sens. Stacjami można było kierować inaczej, bo to w pełni sztuczne twory. Nie to co Wierna i jejrodzeństwo.

Sternik powiódł mętnym wzrokiem błękitnych, wodnistych oczu po suficie, a w końcu jego spojrzenie spoczęło na kapitan.

– Co się stało? – zapytała Chinka bez zbędnych wstępów. Każda minuta rozłączenia sternika z mantą stwarzałazagrożenie.

– Meteroida – odparł mężczyzna szeptem.

– Jak się czuje Wierna? Gdzie są Hyża i Odważny?

– Trochę skołowana, ale nie jest ranna… Nie czuję rodzeństwa. Skoczyliśmy razem, ale po wyjściu z nadświetlnej już ich nieczuję…

– Dziękuję.

Kapitan skinęła głową, na co grupa techników podeszła, by na powrót podłączyć sternika do Wiernej. Chinka tymczasem wróciła na fotel i usiadła. Założywszy nogę na nogę, jęła nerwowo stukać paznokciami o poręcz.

Mieli część zapasów i narzędzi niezbędnych do kolonizacji planety. Co prawda sprzęt zabierali z myślą o konkretnym globie, na którym panowały znane i nade wszystko przyjazne warunki, ale przecież nie mogli tu krążyć w nieskończoność. A, przynajmniej na razie, Wei nie widziała możliwości powrotu na Ziemię.

Uruchomiwszy kanał oficerski, kapitanzakomenderowała:

– Skjeggestad, Simmons, Jonckheer, do sali odpraw. Pobierzcie od pana Baudin pełenraport.

Następnie wstała, obciągnęła grafitowoszarą kurtkę munduru, po czym opuściła mostek i podążyła długim korytarzem o nieregularnych ścianach, sklepionych wysoko u góry, skąd od czasu do czasu docierał tylko bulgot pompowanych do żył płynów ustrojowych i syntetycznegopaliwa.

***

Sala odpraw nie była może tak przestronna jak pokój rekreacyjny, wciąż jednak mogła swobodnie pomieścić kilkunastu ludzi przy długim stole, pośrodku którego znajdował się rzutnik holomap. Przez szerokie okno do wnętrza wpadały blaski okolicznych gwiazd, kolorowe mgnienia globów, które skrywały się jedne za drugimi w nieustannymbiegu.

Wei odsunęła krzesło i usiadła. Już wkrótce dołączyli do niej pozostali. Rzucając sobie pytające spojrzenia, zajęli miejsca przy stole. Coreen Simmons po raz ostatni zerknęła na tablet z wyświetlonym raportem i odłożyła urządzenie na blat.

– Mam nadzieję, że wszyscy znacie już sytuację? – zapytała kapitan.

Zgromadzeni zgodnie skinęli głowami.

– Świetnie. – Złożyła palce w piramidkę i pochyliła się. – Poproszę o opinie. Doktorze Jonckheer, jakie nastroje wśródzałogi?

Koert, który nie przyniósł własnego tabletu, zerknął kątem oka na raport leżący przed Coreen i odchrząknął, wsuwając okulary głębiej na nos.

– Na razie są po prostu zagubieni. Im szybciej podejmiemy działania, tym lepiej. W przeciwnym razie pojawi się podejrzenie, że dowództwo zwyczajnie nie wie, co robić. Nie możemy sobie pozwolić na utratęautorytetu.

– Czy ktoś komentowałsytuację?

– Jestem psychologiem, a nie szefem pokładowej siatki szpiegowskiej. Ale wydaje mi się, że nie. Przynajmniej nie przymnie.

– Panno Simmons. – Wei przeniosła wzrok na Amerykankę, która wyprostowała się i zastygła w oczekiwaniu na pytanie.

Coreen nie miała pojęcia, do czego jest tu w ogóle potrzebna. W obecności dowódcy zawsze się krępowała, a ta niewiedza tylko wzmagała dyskomfort.

– Jak wyglądają nasze uprawy? – spytała kapitan

– Świetnie – odparła botanik ze zdumieniem. – Rośliny są zdrowe, plony obfite, wymiana wody i tlenu działa bez zarzutu, podobnie jak lampy. – Na końcu języka miała wątpliwość, skąd w ogóle takie pytanie, powstrzymała się jednak od jejwyrażenia.

– Dziękuję. Zakładam więc, że nie pomrzemy z głodu w razie dalszych komplikacji. Poruczniku. – Wei spojrzała teraz na Jørga Skjeggestada. – Zamierzam rozmieścić boje sygnalizacyjne i sondy z wiadomością, a potem skierować się w stronę Ziemi. Jak długo możemy utrzymaćnadświetlną?

– Pytanie należałoby skierować do maszynowni.

– Pan Sikora… ma teraz pełne ręce roboty. Dlatego pytam pana, panieSkjeggestad.

Norweg podrapał się po policzku. Nie przekonała go ta wymówka. Oczywiście, na pewno mieli dużo pracy, ale główny mechanik znalazłby chwilę, żeby powiedzieć jedno zdanie. Porucznik wiedział, że sedno problemu tkwi gdzieś indziej: Wei nie rozmawiała z Sikorą, jeśli nie wydawało się to absolutnie i nieodwołalnie konieczne. Właściwie trochę się go obawiała. Jego spokoju. Tego, jak ze wzruszeniem ramion przyjmował największe niezwykłości kosmosu. Może słusznie twierdziła, że nie był do końca normalny. Ale przecież miał zajmować się mantą, nie potrzebował do tego spektakularnych emocji. A Sikora nigdy nie zawiódłWiernej.

Wreszcie, ocknąwszy się z zamyślenia, Skjeggestad odparłostrożnie:

– Bazując na ostatnich raportach, myślę, że powinno nam starczyć paliwa na jakieś szesnaście skoków. Nie polecam dystansów dłuższych niż dwa lata świetlne. Nie będziemy w stanie precyzyjnie określić, co napotkamy na dalszymodcinku.

– To mnie nie urządza – stwierdziła Wei. – Jeśli nawigacja się nie pomyliła, mamy do pokonania trzy tysiące lat świetlnych. Zgodnie z pańskimi założeniami możemy pokonać sto razy mniej. Poproszę innepropozycje.

– W naszej sytuacji to zupełnie niemożliwe. – Porucznik Skjeggestad pokręcił głową. – Możemy najwyżej czekać. Nie warto skakać i zużywać paliwa, skoro i tak nie mamy cienia szansy na powrót.

– Doktor twierdzi, że nie możemy czekaćbezczynnie.

– To prawda. – Norweg wyjął z kieszeni na piersi własny tablet i spojrzawszy na wyświetlacz, zmarszczył czoło. – Dlatego możemy podjąć próbę wyprodukowaniapaliwa.

– Kontynuujcie. – Wei skinęłagłową.

– Byliśmy niemal u celu, kiedy przydarzył nam się… wypadek. I dlatego w zbiornikach została już właściwie tylko rezerwa. Z pełnymi nasz maksymalny zasięg zwiększyłby się może nawet do sześciuset latświetlnych.

– To nadal nie trzy tysiące – zauważyłakapitan.

– Ale też nie trzydzieścidwa.

– No i laboratoria to jedno. Wierna może rzeczywiście by dała radę. Ale skąd weźmiemymateriały?

– I właśnie na te poszukiwania sugerowałbym zużyć nasząrezerwę.

***

Coreen Simmons pospiesznie, niemal biegnąc, pokonała kręty korytarz i wpadła do ogrodu. Drzwi z sykiem zamknęły się za nią, a kobieta wreszcieodetchnęła.

Tylko w tym miejscu, wśród produkujących tlen porostów i niezliczonych gatunków warzyw i owoców, czuła się jako tako bezpiecznie. Jakkolwiek trudno w ogóle było mówić o poczuciu bezpieczeństwa w obliczu tego, czego się właśnie dowiedziała. Być może Koert miał rację, że należało czym prędzej zacząć działać, żeby ludzie nie pomyśleli, że dowództwo nie radzi sobie z problemem. Ale to? Szukanie w ciemno planety, na której może znalazłyby się pierwiastki potrzebne do wyprodukowania paliwa? W momencie kiedy mieli go na szesnaścieskoków?

To oczywiste, że kapitan martwiła się o uprawy. Tak naprawdę stanowiły teraz jedyny ratunek. Dzięki nim załoga będzie mogła spokojnie dożyć swoich dni w trzewiach manty, zamiast zginąć niebawem z braku tlenu albopożywienia.

– Jeśli teraz nie zasługuję na podwyżkę, to nie wiem kiedy… – mruknęła do siebie Coreen i uśmiechnęła sięsmętnie.

Przytłaczało ją to. Duszący strach przed odpowiedzialnością za życie całej załogi przesłaniał kobiecie nawet początkowy lęk spowodowany nagłą utratądomu.

Amerykanka rozpięła kurtkę munduru i zagłębiła się między równe szeregi tyczek, do których dopiero co podwiązała wybujałe krzewy pomidorów. Owoce zaczynały się już czerwienić, a zapach wypełniał ciepłe powietrze i wdzierał się do nozdrzy. Coreen miała wrażenie, że za każdym muśnięciem liścia, trąceniem najmniejszej gałązki nowa fala aromatu oplata ją i niemalodurza.

Przeszedłszy dalej, kobieta stanęła pod jabłonią, po czym położyła dłoń na pniu.

Zawsze ją to uspokajało. I na swój sposób bawiło, teraz chyba jeszcze bardziej: oto jest tutaj, prawdopodobnie w jedynym ogrodzie w promieniu kilku tysięcy lat świetlnych, a z całą pewnością przy pierwszej jabłoni, jaka się znalazła w tej części kosmosu. Brakowało tylko Adama, którego mogłaby poczęstować jabłkiem. Choć może to i lepiej, przemknęło Coreen przez myśl. Owoce były jeszcze mocno niedojrzałe i pewnie biedak dostałby skrętu kiszek. A co najmniej irytującego rozstrojużołądka.

Westchnąwszy, usiadła na wąskiej ławeczce, jednej z wielu, które ustawiono wzdłuż alejki biegnącej środkiem ogrodu. Początkowo miała to być strefa rekreacyjna, w której członkowie załogi mogliby obniżać sobie poziom stresu i cieszyć się odległym echem planety, na której przyszli na świat i spędzili młodość. Wkrótce jednak okazało się, że zbyt dużo spacerowiczów nie działa dobrze na rośliny, więc – poza wyjątkowymi sytuacjami – Simmons wymogła na pani kapitan zamknięcie ogrodu dla zwiedzających. Ławki opustoszały, a alejka zarosła, niemniej plony wyraźnie wskazywały na to, że decyzja byłasłuszna.

Powietrze pachniało wilgocią i przemieszaną wonią okolicznych owoców. Coreen uniosła wzrok i zmrużyła oczy: z przezroczystego, kopulastego sufitu zwieszały się cienkie pręty świetlówek sodowych. Obecnie miały lekko pomarańczowy odcień, symulując zachód słońca. Coreen lubiła oglądać ogród w blasku tej złocistej poświaty – szczególnie teraz kiedy prawdziwego Słońca najpewniej już niezobaczy.

– Tu się ukrywasz. – Melodyjny, męski głos wyrwał Amerykankę z zamyślenia.

– Jak zawsze – odparła, nie odwracającsię.

Borys Leonow, lekarz, usiadł na ławce i wyciągnął się na mokrym oparciu. Włożywszy ręce do kieszeni, wbił pogodne spojrzenie przedsiebie.

– Słyszałeś już? – zapytała go po chwili Coreen, ściskając złożone dłoniekolanami.

– O czym?

Pomarańczowe światło lamp odbiło się w szkłach okularów doktora. Nawet siwe pasma w jego włosach i brodzie nabrały lekko ognistegokoloru.

– No… o naszejsytuacji.

– To nie nasze zmartwienie. – Wzruszenie ramion. – Kapitan i porucznik Skjeggestad cośwymyślą.

– A jeślinie?

– To nadal nie będzie naszezmartwienie.

– Weź przestań! – żachnęła się Coreen, wydymając wargi w wyrazie irytacji. – W ogóle cię nie obchodzi, że nie zobaczysz więcej Ziemi? Swojego domu, swoich bliskich, swoich…

– Nie mówię, że mnie to nie obchodzi – przerwał jej. – Po prostu rozpamiętywanie tego w niczym nie pomoże. Posłuchaj… – Borys chwycił rękę kobiety i zamknął we własnych dłoniach. – Najlepsze, co możemy teraz zrobić, to po prostu zająć się swoimi obowiązkami. Jestem pewien, że Koert by mnie poparł. Użalanie się tylko obniży nam wszystkimmorale.

– Tak. Gadasz trochę jak on – odburknęła z niezadowoleniem Coreen, ale nie zabrałaręki.

– Może i jest psychologiem, ale to nie znaczy, że jest zupełnie do niczego. – Borys uśmiechnął się szeroko, po czym wstał. – Chodź cośzjeść.

***

Porucznik wpatrywał się w wirujący powoli segment mapy. Błękitne punkty pulsowały bezgłośnie, a Dave wciąż dokładał nowe, wymieniając kolejne cechy wskazywanychglobów.

– Gazowy karzeł, za młody. Raczej małe szanse, że coś znajdziemy, ale warto mieć w odwodzie. – Niebieska kropka dołączyła do pozostałych. – Polis-B d zupełnie nas nie interesuje. Nasz sprzęt nie wytrzyma tej amplitudytemperatur.

– Kapitanie – odezwał się Adams w słuchawce Wei – odbieramy sygnałtachionowy.

– Identyfikacja? – rzuciłaChinka.

– Negatywna. To na pewno nie Ziemia, wykluczyłem też Hyżą i Odważnego.

– Manta da radę toprzetłumaczyć?

– Próbuje, ale szanse są corazmniejsze.

– Powiadomcie mnie, gdy ustalicieźródło.

– Rozkaz, kapitanie.

Wei wstała z fotela i podeszła do nawigatora, który w tym momencie przestał nanosić punkty na mapę.

– Jakieśpomysły?

Mężczyzna nerwowo pokręciłgłową.

– To nie musi być planeta – stwierdził po chwili niepewnie. – Mógł tu zdryfować nadajnik. Może coś uderzyło w boję?

– Ale czyja toboja?

Nie czekając na odpowiedź, której zresztą Dave nie zamierzał udzielać, Wei wróciła na fotel. Na ekranie głównym widziała w tej chwili głównie bezkresną czerń, jaka rozciągała się wokół manty. W oddali połyskiwały blade gwiazdy, których kapitan nie potrafiłanazwać.

– Mam źródło – oznajmiłGareth.

– Prześlij do panaBaudin.

Młodzieniec przy mapie przyjrzał się nowemu komunikatowi, który wyświetlił się na jego ekranie roboczym, po czym zmarszczył czoło. W końcu jednak przysunął i powiększył jeden z segmentów hologramu i oznaczył właściwy punkt. Jego dane powędrowały jednocześnie na ekrany kapitan oraz pierwszegooficera.

– To nie boja – stwierdził ten ostatni, siadając w swoim fotelu, na prawo oddowódcy.

Chinka przyglądała się informacjom przez dłuższą chwilę. W końcu zaś przełączyła je na ekran główny – zniknęła czerń przyprószona płonącymi globami, a w jej miejsce pojawiły się dwie tabele: jedna dotyczyła układu MOA-2007-BLG-192L, druga zaś jednej z planet tego układu, MOA-192b.

– Musiała naprawdę cholernie daleko dryfować… – szepnął do siebieJørg.

– Potwierdzenie? – rzuciła Wei do nawigatora, który wprowadził dane ponownie, a kiedy uzyskał tę samą odpowiedź, skinąłgłową.

– Jest potwierdzenie – oznajmił, zorientowawszy się, że ze swojego stanowiska pani kapitan go niewidzi.

Chinka przygryzła wargę. Sygnał mógł być wszystkim: zagubioną boją, echem, nieznanym promieniowaniem, a nawet kapsułą niosącą zmrożone zwłoki na wskroś kosmicznej pustki od setek czy dziesiątków lat, aż w końcu opadłą na powierzchnię planety. Wszak początek podboju kosmosu był naznaczony bardzo wieloma zaginięciami w przestrzeni.

Ostatnią opcję Wei prędko odrzuciła: ówczesne kapsuły ratunkowe nigdy nie miały napędu nadświetlnego. Do miejsca, w którym się znaleźli, miałaby szansę zbliżyć się za jakieś cztery tysiące lat. Nowsze modele co prawda są wyposażone w napęd, ale zapas paliwa wystarczyłby na oddalenie się zaledwie o kilkadziesiąt lat świetlnych od statku-matki.

Pomysł z boją tak naprawdę rozbijał się o to samo: ktoś musiałby ją zainstalować gdzieś w pobliżu, żeby tu zdryfować i wylądować na planecie, a przecież w tej części galaktyki nie było nikogo przedWierną.

A więc promieniowanie albo echo – ale echo czego? I co mogłobypromieniować?

– Łączność, ponowny skan źródła, nowe dane przesłać do pana Baudin – poleciła, by zyskać na czasie.

Nie spodziewała się niczego innego, chciała jednak mieć pewność, że źródło sygnału przesuwa się zgodnie z ruchem obiegowym MOA-192b.

– Jest potwierdzenie, kapitanie – oznajmił nawigator, wpatrzony w Chinkę.

– To może być sygnał odbity – zasugerował wreszcie Skjeggestad, bezwiednie wsuwając okulary głębiej na nos. – Teoretycznie struktura skorupy toumożliwia.

Wei potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Tak silny? – zapytała.

– Przy rzadkiej i cienkiej atmosferze utrata mocy nie byłabywielka.

– W takim razie co się odbiło? I czemu ktoś miałby nadawać sygnał na tęplanetkę?

– Przypadek?

– I przypadkiem wciąż ją ma na celowniku mimo jej obiegu wokół MOA… ileśtam? Nie, nie wierzę w to. Prędzej promieniowanie, ale nie potrafię sobie wyobrazić, co miałoby promieniować w tensposób.

Skjeggestad milczał przez chwilę, w końcu jednakodparł:

– A jeśli to emisja ze szczątków Hyżej alboOdważnego?

– Nie wykryliśmy ich w pobliżu, a sygnały naszych mant nie pasują do tegowzorca.

– Szukaliśmy całych statków i usiłowaliśmy rozpoznać celowy sygnał. Chodzi mi teraz o nieintencjonalne promieniowanie. Sugeruję skan chemiczny, kapitanie.

Wei zacisnęła usta. Rzeczywiście, taka sytuacja była do pomyślenia: podczas gdy Wiernej się udało, pozostałe dwie manty miały mniej szczęścia i nie przetrwały w jednym kawałku przeprawy przez dziki tunel. Sygnał wciąż byłby dziwny, alemożliwy.

– Wykonać skan chemiczny – rzuciławreszcie.

Minęła dłuższa chwila, nim Norweg ponownie się odezwał. W tym czasie tylko cichy, miarowy sygnał skanera wypełniał mostek. Ciężkie milczenie zawisło nad załogą. Ciała niebieskie sunęły na wskroś ekranów, nie dając żadnychodpowiedzi.

– Nie wykrywam mant, kapitanie – oznajmił w końcu Skjeggestad.

Wei zdusiła westchnienie ulgi. Oczywiście, świadomość, że byli tu sami, nie należała do szczególnie budujących, niemniej wolała to niż wieść o zgonie dwóch trzecich ekspedycji.

– Co paniproponuje?

– Polecimy tam – odparła.

Porucznik wyprostował się i wciągnął głębokopowietrze.

– Kapitanie, sprzeciw – powiedział powoli, mocniej zaciskając dłonie na poręczach.

– O cochodzi?

– Mamy paliwa na szesnaście skoków, łącznie trzydzieści dwa lata świetlne. Od tego, dokąd polecimy, zależy, czy w ogóle zobaczymy jeszcze Ziemię. Musimy wybrać bardzo rozsądnie. Nie wydaje mi się, żeby zużywanie tego paliwa na pogoń za nieznanym sygnałem było mądre… To raczej przypomina bieg kotka za światełkiem laserowego wskaźnika. Z całym szacunkiem, kapitanie.

– Do sali odpraw, poruczniku. Panie Baudin, panie Adams, panów także chcę tam widzieć. Wezwać profesorTakahashi.

Nawigator i łącznościowiec ruszyli się ze swoich miejsc, rzucając sobie niepewnespojrzenia.

Wow!

Anna Hrycyszyn

1

Jakubbiegł.

Przemierzał puste ulice, a podeszwy jego butów wybijały równy rytm na asfalcie. Oddychał spokojnie, choć w uszach czuł ucisk krwi uderzającej w rozszerzone wysiłkiem naczynia. Od czasu do czasu kontrolował pulsometr uczepiony nadgarstka i nieznacznie zmieniał tempo, by tętno pozostało stałe.

Od kilkunastu lat – niezależnie od pory roku – witał każdy dzień godzinną przebieżką. Biegł na wschód dopóty, dopóki żółta kula nie wynurzyła się znad zabudowań Kompleksu Kosmicznego, potem obiegał kilka razy monument przedstawiający startujący wahadłowiec, by w końcu zawrócić w kierunku domu i gonić własny wydłużony groteskowo cień, który we wczesnym dzieciństwie nazywał Marsjaninem, dumny z faktu, iż tak dobrze rozumie niuanse życia w obniżonejgrawitacji.

Fragment korony słonecznej wyjrzał zza falistego Laboratorium Wyższych Prędkości i Jakub uniósł rękę do oprawki okularów, by przyspieszyć ciemnienie szkieł. Jednocześnie kątem oka zauważył, iż puls znów idzie w górę, bardziej niż mógłby to wywołać znajomy od lat wysiłek. Odetchnął głębiej i zwolnił.

Oczywiście wiedział doskonale, iż jego dzisiejsze tętno nie ma nic wspólnego z tempem biegu, jednak bardzo chciał traktować ten poranek jak każdy inny. Udawał więc sam przed sobą, że nie dzieje się nic niezwykłego. Że nie jest zdenerwowany. Że nie odczuwa lęku. Że niepewność wcale nie zaciska łap na jego gardle, nie przyspiesza bicia serca, nie wywołuje nadmiernego pocenia, powodując, iż nieprzyjemna wilgoć gromadzi się w załamaniachciała.

To tylko urodziny, Jakubie, powtarzał sobie w myślach, i to nie jakieś szczególne. Dwadzieścia siedem to nie jest znacząca liczba. Nie jest nawet liczbą pierwszą. Owszem, da się z niej wyciągnąć pierwiastek trzeciego stopnia, a z sumy tworzących ją cyfr pierwiastek drugiego stopnia, ale co to za osiągnięcie?

Od momentu gdy otworzył oczy – tuż przed tym zanim rozkrzyczał się budzik – w pełni przytomny, ominąwszy w przedziwny sposób ten łagodny moment balansowania na pograniczu jawy i snu, kiedy równie dobrze można z powrotem skoczyć w objęcia Morfeusza, jak ruszyć na podbój świa¬ta realnego, podejmował podobne próby bagatelizowania.

Nie na wiele się onezdały.

Bo prawda była taka, że oto nadeszło długo wyczekiwane Jutro. Jutro pisane wielką literą, Jutro wyróżnione, Jutro, którego wygląda się przez całe życie i które na całym życiu, jego sensie i celowości, zaważy.

Świat lubi się bawić zbiegami okoliczności. Oczami wyobraźni Jakub wyraźnie widział staruszka Demiurga, który zaciera dłonie, chichocząc nad planszą pełną figurek, pośród których i on – Jakub Górecki – się znajduje. Jakże inaczej wytłumaczyć to, że właśnie dzień jego urodzin Komisja Kosmiczna uznała za jedyny właściwy do ogłoszenia ostatecznego składu załogi statku mającego wyruszyć w Pierwszy Kosmiczny Świadomy Zwiad w Poszukiwaniu ŻyciaPozaziemskiego?

Przecież on właśnie na to całe życie czekał. Od samych narodzin, a może nawet jeszcze wcześniej? Bo może być i tak, że to czekanie zalęgło się w nim wtedy, gdy doktor Miłosz Górecki relacjonował swej ciężarnej żonie Zuzannie wyniki najnowszych skanowań kosmicznej pustki. A może jeszcze wcześniej – zanim rodzice dowiedzieli się, iż udało im się powtórzyć cud tworzenia życia i stojąc ramię w ramię, wychyleni ponad barierką otaczającą taras obserwacyjny, przyglądali się startowi rakiety wynoszącej w przestrzeń sondę dalekiego zasięgu zaprogramowaną wyłącznie do przeczesywania przestrzeni pod kątem sygnałów radiowych sztucznegopochodzenia.

Oczywiście nie dało się tego ustalić, a ponadto racjonalny umysł Jakuba wstydził się podobnych rozważań, uznając je za dziecinne i zabobonne. Nie można przecież w takich zdarzeniach upatrywać przyczyn życiowych decyzji. Jednak Jakub nijak nie potrafił się uwolnić od pewności, iż jego los został przypieczętowany w chwili, w której ojciec – wyrzucony za drzwi pokoju porodowego z powodu lekarskiej decyzji o cesarskim cięciu – walcząc z atakami paniki i krążąc po szarozielonym szpitalnym korytarzu na podobieństwo wolnego elektronu, dość bezwiednie przesuwał palcem po ekranie swego smartfona, aż w końcu trafił na przegapioną wcześniej wiadomość: „MamyWow!”.

Osiem znaków, których sens nie od razu dotarł do oszołomionego naukowca. Dwa wyrazy i wykrzyknik, wiercący dziurę w umyśle rozbitym niepewnością co do losów małżonki i syna.

„Mamy Wow!” i chwilę później uśmiechnięta twarz pielęgniarki przywołującej doktora niepozostawiającym wątpliwości gestem wskazującego palca. „Ma pan zdrowego chłopaka”, powiedziała, jak zapewne mówiła setki razy wcześniej do setek oszołomionych ojców; te dwie informacje, nałożywszy się na siebie, wzmocniły się wzajemnie i młody naukowiec oparł się o ścianę złożony nagłąniemocą.

Jakub tyle razy słyszał tę historię, iż w jego mózgu funkcjonowała jako osobiste wspomnienie. Wydawało mu się, że pamięta wszystko od chwili, gdy Zuzanna obwieściła wpatrującemu się w ekrany monitorów mężowi, że to już („I nawet nie wahał się zbyt długo, ot, ledwie tyle, ile potrzeba na racjonalną analizę, iż dane nigdzie nie uciekną, a syn może wyskoczyć wprost na niezamiataną od kilku miesięcy podłogę”), przez nerwową podróż do szpitala („czy na pewno wzięliśmy wszystko?”, „gdzie torba z ubrankami?” i dość znaczące „nie jedziemy do Kompleksu, mój drogi, ale do szpitala miejskiego”), aż do momentu kiedy zarządzono cesarskie cięcie, bo wszystko wskazywało na to, że Jakub woli bezpieczny schowek maminego brzucha niż jakąkolwiek z rzeczy, jakie mogą go spotkać na zewnątrz. Potem był jeszcze zapach korytarza o szarej podłodze i zielonych ścianach. Wypucowane linoleum lśniło w świetle podłużnych lamp zwieszających się z sufitu, a przytwierdzone do ścian poręcze kojarzyły się z relingami okrętów wojennych. Pamiętał niedopasowane do jego figury profilowane krzesło, na którym przysiadł ojciec, by ułamek sekundy później poderwać się i rozpocząć niekończący się spacer od jednych szklanych drzwi do drugich. I pamiętał rysę na szkiełku okrywającym smartfona, wzdłuż której raz po raz podążał kciuk ojca, zanim wreszcie ujawnił nierozumiejącym oczom doktora Góreckiego skrywaną w trzewiach urządzenia od kilku godzinwiadomość.

Narodziny syna i narodziny projektu w tej samejchwili.

Więc to jednak nie do końca świat. Przynajmniej nie tym razem. Nie jakiś na poły surowy, na poły rozbawiony dziadunio z jego wyobraźni, ale ludzie lubią się bawić symbolami. Nie Jakuba chcieli uczcić, a ten moment, gdy pierwszy z serii sygnałów nazwanych później „Powtórnym Wow!” zostałpotwierdzony.

Jakub obiegł wahadłowiec, jak zwykle zadzierając głowę w skazanej na niepowodzenie próbie dostrzeżenia spod monumentu jego czubka zakończonego imitacją anteny. Serce uparcie wybijało przyspieszony rytm, gdy zawrócił w stronę domu i aż do furtki ścigał uciekającego beztrosko Marsjanina.

***

Mieszkanie powoli budziło się do życia, gdy Jakub niczym włamywacz przekradał się do łazienki. Brzęczały dozowniki wody dla matczynych kwiatów, kawiarka rozgrzewała kubki, rolety wjeżdżały do góry z cichym szumem mechanizmusterującego.

Wszedłszy pod prysznic, delektował się letnią wodą kojącą rozgrzane ciało i zmywającą niechciany pot. Stał z uniesioną głową i zamkniętymi oczami, pozwalając, by strumień obmywał mu twarz. Wyobrażał sobie, że woda zmywa wątpliwości oraz strach i pozostawia go z doskonale obojętną miną, godną człowieka, który może zostać wybrany przez KomisjęKosmiczną.

Działało przez krótkąchwilę.

Potem garda kontroli opadła i myśli Jakuba powędrowały ku napierającym zewsząd wątpliwościom. Bo czy jeśli zostanie wybrany, to dla własnych zalet i osiągnięć, czy też dlatego, że Komisarze będą chcieli uczcić jego ojca, prekursora i niezłomnego orędownika programu? Tego człowieka, który całe swoje dorosłe życie poświęcił przekonywaniu rządu i społeczeństwa do wykładania subsydiów na rzecz projektu? Czy zatem, jeśli dołączy do załogi, będzie to jego własna zasługa? Czy nepotyzm? A jeśli go nie wybiorą – jakiż zawód sprawi ojcu! I jakiż powód będzie miał, by wstawać każdego następnego dnia? Nigdy nie zaplanował żadnej alternatywnej drogi dla siebie. Nie myślał, co będzie robił po dniu ogłoszenia nazwisk załogi, która miała wyruszyć naprzeciw sygnałowi dochodzącemu z niezwykłą regularnością od strony systemu Kapteyn. Będzie tam, na swojej koi w Majowym Kwiecie, albo nie będzie go w ogóle, bo po cóż jeszcze w takim wypadku miałby istnieć JakubGórecki?

Lodowata woda wyrwała go z bezsensownych rozważań. Otworzył szeroko oczy i stłumił krzyk, a prysznic uderzył jego ciało porcją wrzątku po to jedynie, by zaraz powtórnie plunąć wodą o temperaturze bliskiej zeru. Jakub na wpół świadomie wcisnął przycisk wyłączający dyszę i chwilę stał w bezruchu, pozwalając sobie jedynie na mruganie powiekami. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, by System Ochrony Zasobów musiał go informować, iż przekracza czas dozwolonego poboru wody. Wyskoczył z kabiny i przez chwilę głęboko oddychał. Czuł się tak, jakby na ramiona zrzucono mu ogromny ciężar i choćby nie wiadomo, jak się starał, nie był w stanie wyprostować zgiętych pleców – psychika wygrywała z wysportowanym, przyzwyczajonym do wysiłku ciałem.

Najchętniej nie wychodziłby z łazienki. Życie jednak nie pozostawiło mu takiej możliwości i mimo fizycznej wprost niechęci, która zdążyła w nim narosnąć w trakcie biegu i nabrzmiała pod prysznicem, musiał działać. Każdy jego krok, jaki miał wykonać tego dnia, został zaplanowany lata temu, a jemu nie pozostało nic innego, jak stawiać stopy w dawno wyznaczonychmiejscach.

Rozmowa rodziców, której stał się mimowolnym świadkiem chwilę później, była jednym z takichmiejsc.

– Czy naprawdę tylko ja rozumiem, co to oznacza? – Zuzanna nie krzyczała, a jednak jakaś wibracja w jej głosie sprawiała stojącemu w korytarzu Jakubowi fizyczny ból. – Czy mam po prostu go pożegnać, życzyć mu szczęśliwej podróży, a potem zamknąć rozdział „Jestem matką” i żyć dalej? Czy żaden z was nie rozumie, czego ode mniewymaga?

– Zuzanno… – Ojciec wymówił imię matki wyjątkowo miękko, jakby zwracał się do małego, przerażonego dziecka. – Wiedziałaś przecież, Jakub całe życie temu poświęcił, jak możesz teraz odwodzić go od jegozamierzeń?

– Odwodzić? A czy ja cokolwiek robię? Czy bym śmiała? Nie. Przecież nic, nic nie robię. – Szept matki stawał się coraz mniej wyraźny i Jakub mimowolnie podszedł do drzwi sypialni rodziców, by wyłowić wyrzucane wśród rwanych oddechów słowa. – Po prostu dziś dowiem się, czy mój syn umrze za trzy miesiące, czy też szanowna Komisja Kosmiczna łaskawie pozwoli mu żyć. Nie bój się! Żaden z was niech się nie boi, nie zrobię nic. Będę doskonale obojętną dumną matką, jak być powinnam. Moja żałoba nie stanie się powodem publicznych debat. Ale na wszystko proszę cię: nie każ mi być szczęśliwą, Miłosz! Nie potrafię tak dobrzeudawać.

Jakub skulił się pod gradem ciosów, które spadały na niego zza zamkniętych drzwi, a potem odskoczył gwałtownie, gdy posłyszał, iż któreś z rodziców kieruje się ku nim, zapewne w zamiarze opuszczenia placuboju.

Zdążył jeszcze unieść rękę do przewieszonego przez głowę ręcznika i udawał, że wyciera włosy, kiedy w uchylonych drzwiach ukazała się szara twarzojca.

– Biegałeś? – W głosie doktora Góreckiego słychać było jeszcze echa poprzedniej rozmowy, przez co pytanie nabrało tonu prośby o ratunek.

Syn skinął głową i zrezygnował z uśmiechu.

– Wszystko w porządku? – spytał bezgłośnie, posiłkując sięgestem.

Ojciec chwilę się wahał, po czym pokręcił głową, a Jakubowi po raz pierwszy zaciążyła obowiązująca między nimi zasada absolutnej szczerości. W rodzinie Góreckich nie istniało pojęcie kłamstwa moralnieusprawiedliwionego.

Ojciec wyszedł na korytarz i starannie zamknął za sobą drzwi, po czym ruszył do pokoju Jakuba.

– Powinienem do niejiść?

Doktor potrząsnął głową, zaprzeczając bezwahania.

– Nie teraz – odparł. – Potrzebuje chwili na opanowanie uczuć i chyba ułożenie tego, co chce cipowiedzieć.

Jakub westchnął. Nigdy nie było nawet cienia szansy, by to był dobry dzień dla nich wszystkich. Szczęśliwy ojciec równa się zrozpaczona matka. Szczęśliwa matka równa się zawiedzionyojciec.

A ja? – spytał sam siebie. – Gdzie w tym wszystkim miej¬sce na moje pragnienia? Czego ja tak naprawdę chcę?

– Wiedzieliśmy przecież, że to nie będzie łatwe. – Dłoń doktora zacisnęła się na ramieniusyna.

Jakub niemal podskoczył, tak nieoczekiwany był gestojca.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synku.

***

Obserwując matkę przy śniadaniu, Jakub uświadomił sobie, jak doskonałą jest aktorką. Gdyby nie fakt, iż zasiedział się pod prysznicem, nie miałby pojęcia o uczuciach, które najwyraźniej postanowiła przed nim ukryć. Może więc kłamstwo nie jest do końca obce jegorodzinie?

Nalał sobie właśnie drugą filiżankę kawy, gdy Zuzanna podniosła się, by zebrać zastawę. Wymienił z ojcem spojrzenia za jej plecami. Rodzinny rytuał – narzucony przez matkę i przyjęty przez nich bezdyskusyjnie – nakazywał odczekać, aż wszystkie naczynia będąpuste.

Jakub opróżnił swoje dwoma haustami. Zapiekło sparzone gardło. Matka spostrzegła jego pośpiech i uśmiechnęła się smutno. Potem, ni z tego, ni z owego, pogłaskała go po włosach. Gest równie nieoczekiwany, co dotyk ojca wcześniej na korytarzu, ostatecznie przekreślił nieudolne Jakubowe próby uznawania dzisiejszego dnia za zwyczajny.

– Mam dla ciebie prezent urodzinowy. – Spokój w głosie Zuzanny brzmiał w nadwrażliwych uszach Jakuba fałszywie. – Przyjdziesz do mnie za chwilę? – Patrzyła na niego uważnie, czekając na odpowiedź, tak jakby mogła mu postać w głowieodmowa.

– Przyjdę – potwierdził na głos, a Zuzanna skinęła głową i wyszła z kuchni.

Nieuprzątnięte filiżanki patrzyły na Jakuba oskarżycielsko, wbijając mu się w odpowiednią warstwę kory mózgowej. Zastanawiał się, czy ten właśnie widok zapamięta z domu rodzinnego. Uchylone drzwi zmywarki, kawowe zacieki na białej porcelanie i zmięta twarz ojca z wąskimi, pozbawionymi krwiustami.

Gdyby to był film, pomyślał, nastąpiłoby wyciemnienie, a potem byłbym już w pokoju matki i słuchałbym wszystkiego, co zaplanował dla mniescenarzysta.

Ale to oczywiście nie był film, więc Jakub westchnął, wstał i dokończył sprzątanie stołu. Czuł na sobie spojrzenie milczącego ojca, a do drzwi odprowadzał go cichy szum pracującej zmywarki.

Szedł powoli, dając matce i sobie jeszcze trochę czasu. Przypomniało mu się, jak w dzieciństwie starał się stawiać stopy tak, by nie nastąpić na linie wzoru zdobiącego wysłużony chodnik, i spróbował tej sztuki, lecz obecny rozmiar jego buta uczynił ją niewykonalną. Nagle zastygł w pół kroku, balansując na palcach i niebezpiecznie naciągając mięśnie łydki. Uderzenie krwi rozgrzało mupoliczki.

– Dla niej umrę – szepnął, drętwiejąc. – Naprawdęumrę.

I pojął, że tego właśnie się boi. Nie przegranej, nie braku swego nazwiska na liście.

Nie było ucieczki. Musiał wejść do matczynego pokoju i spojrzeć jej w twarz bez ojca, który zawsze stanowił bezpieczny bufor między nimi dwojgiem. Musiał jej coś powiedzieć, coś wzniosłego, ważnego, coś na pocieszenie. Musiał…

Skrzypnęły drzwi, a potem głos Zuzanny przywołał go na ziemię.

– Chodź już, ileż możnaczekać?

Przełknął kluchę rozpychającą gardło i bez dalszego ociągania przekroczyłpróg.

– Usiądź. – Wskazała mu fotel, starszy od niego, wyświechtany i miękki, a potem cicho zamknęła drzwi. – Nie bój się – rzekła, opierając się o szafę, bo drugiego fotela w pokoju nie było. – Nie będę ci prawić kazań ani tym bardziej wpędzać cię w zażenowanie opowiastkami w stylu „gdy byłeś mały”. Po prostu chciałam ci powiedzieć, że naprawdę jestem z ciebie dumna i że cię kocham. Zwykłe rzeczy między matką a synem.

– Mamo…

– Myślę, że wiem, co chcesz powiedzieć – przerwała mu, zanim zdołał zebrać myśli. – Przyjmijmy, że to powiedziałeś, a ja zrozumiałam. Co ty na to?

Jakub wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. Czuł się zagubiony; matka starała się wszystko ułatwić, a tak naprawdę utrudniała, dając mu fałszywe – w jego mniemaniu – wskazówki co do tego, jak powinien sięzachować.

– Uznam, że się zgadzasz. – Uśmiechnęła się. Z kieszeni spódnicy wyjęła coś na tyle małego, iż mieściło się w zaciśniętej pięści. – Masz.

Sięgnął i oto trzymał w ręku pudełeczko troskliwie przewiązane wstążeczką. Przyglądał mu się niepewny, a matka parsknęła śmiechem. Nieco nerwowym, ale nie aż tak, jak mógł obawiać się Jakub.

– Och, nie bądź taki wystraszony. Owszem, to nieco sentymentalne, ale chyba pasuje do całej sytuacji. Jeśli cię wybrali, zabierzesz to ze sobą na szczęście. Jeśli nie, może kiedyś podarujesz ją komuś ważnemu?

Powoli rozpakowywał pudełeczko, spodziewając się, co znajdzie w środku. Nie poczuł się więc zaskoczony widokiem medalionu. W cienkim szklanym krążku, obramowanym babciną obrączką, tkwił zasuszony listek koniczyny o czterechpłatkach.

– Nie pozwolą mi go zabrać… – Wpatrywał się w wisiorek ułożony na dłoni.

Szkło, początkowo chłodne, szybko nabrało temperatury ludzkiegociała.

– Och, jestem pewna, że coś wymyślisz. Każdy z was wymyśli. Nie wierzę, że ktokolwiek wsiądzie na pokład bez pamiątki. A w końcu, żeby się dostać na Majowy Kwiat, trzeba byćsprytnym.

– Raczej zdyscyplinowanym, mamo. – Podniósł wzrok i napotkał jej spojrzenie. Nie dostrzegł w nim lęku ani smutku. To go uspokoiło. – Ale mogę ci obiecać, że będę sięstarał.

Sekunda do północy

Agnieszka Sudomir

W gęstym od upału powietrzu unosił się intensywny swąd spalenizny, pozostałość po wczorajszych wydarzeniach. Oglądała telewizyjną relację na żywo. Coraz częściej transmitowano zamieszki, ostatnio nawet kilka razy w miesiącu. Była kompletnie znieczulona na wszechobecne słowo „kryzys”, ale wciąż nie mogła się przyzwyczaić do skandującej antyrządowe hasła, agresywnej tłuszczy. Przed oczami stanęła jej pewna scena: młoda dziewczyna wdziera się przed kamerę i z dzikim wrzaskiem atakuje reportera. „Zdrajcy! Mordercy! Do gazu z nimi!” – wypluwa słowa jak pociski. Ładną, lekko piegowatą twarz szpeci grymas nienawiści, a żądny krwi wzrok nie pozostawia złudzeń: gdyby nadarzyła się okazja, gdyby przyszedł taki rozkaz, rozszarpałaby wrogów gołymi rękami.

Nie widzą, że to tylko pogarsza sytuację? Są jak szarańcza, pomyślała, skręcając w Golden Tree Alley. Po manifestacji zwolenników Komitetu Narodowego Sprzeciwu, w skrócie nazywanego Kontreksem, miasto wyglądało jak po katastrofie. Mijała okopcone luksusowe kamienice, teraz ziejące dziurami po wybitych szybach, a także pomazane sprayem fasady restauracji. Wszędzie walały się chodnikowe płyty, przewrócone kosze na śmieci oraz sterty drogich ubrań, podziurawionych, pochlapanych jaskrawoczerwoną farbą przez ogarniętych furią aktywistów Kontreksu. Nie rozumiała tych ludzi. Gdyby chociaż kradli… ale nie, nic ze sobą nie zabierali. Włamywali się do sklepów, demolowali, niszczyli. I to teraz, kiedy wszystkiego zaczyna brakować! Za rok, dwa będą marzyć o ciepłych płaszczach, których strzępy służby porządkowe właśnie zgarniały do wielkich, niebieskich worków. Takie marnotrawstwo wydawało się Stelli nie do przyjęcia. Ojciec, nauczyciel unijęzyka w publicznym liceum i matka, była urzędniczka, teraz na emeryturze, wpoili swoim dzieciom szacunek do rzeczy. Młodszy o czternaście lat brat nadal używał jej staregomultiedukatora.

Minęła okazały ogródek McCabe’a. Na żółtym ogrodzeniu wypisano czarnymi, koślawymi literami: „100% ŚWINI W ŚWINI. ŻRYJ ALBO ZDYCHAJ!”, nawiązując do znanego hasła reklamowego popularnego fast foodu. Mimo upału przeszedł ją dreszcz. Za kogo oni się uważają?! Nie chciała mieć z tymi fanatykami nic wspólnego. Większość praworządnych obywateli ignorowała Kontrex. Ubezpieczalnie pokrywały straty, miasto sprzątało, mieszkańcy Locus zaś wracali do codziennych zajęć. Przywykli do niedogodności. Demonstracje stanowiły cenę demokracji, a czasy były trudne. Dotychczas aktywiści Kontreksu nie atakowali cywili. Dotychczas… Znów poczuła na karku lodowate paluchy strachu. Dotknęła niewielkiego pulpitu na rękawie żakietu i przestawiła klimatyzację na wyższą temperaturę. Kątem oka pochwyciła swoje odbicie w jedynej ocalałej witrynie Salonu Gier Adamsa. Gęste, ciemnobrązowe włosy, dziś spięte w ciasny kok, dodawały jej lat. Celowo nałożyła szare soczewki, uznając swój naturalny, zielony kolor oczu za zbyt frywolny. Chciała wyglądać mądrze i profesjonalnie, żadnych dziecinnych ozdób: popielaty, prosty kostium, płaskie, czarne buty oraz nowa, skórzana aktówka, podarunek od rodziców. Z zadowoleniem stwierdziła, że prezentuje się jak typowa pracownica placówki badawczej. Przetarła rękawem lśniącą plakietkę Instytutu im. Angusa Moffata i raz jeszcze zerknęła w szybę, pozwalając sobie na chwilę próżności. Nagle prawą stopą nastąpiła na coś miękkiego.

– Iiiieeejjee… – Usłyszała wydobywający się spod zakurzonego kaptura cichutkipisk.

– Och, przepraszam, najmocniej przepraszam! – pokajała się, zanim dotarło do niej, z kim ma doczynienia.

Przeklęci bezdomni! Z każdym dniem ich przybywało. Zajmowali chodniki, schody, bramy. Człowiek nie mógł się spokojnie ruszyć, żeby nie trafić na jednego z nich. Budzili w Stelli sprzeczne uczucia. I za to właśnie ich nie lubiła. Traciła poczucie komfortu, kiedy nie wiedziała, co o czymś sądzić. Ojciec zawsze powtarzał, że trzeba mieć własne poglądy. Jednak bezdomni za nic nie chcieli się zmieścić w żadnej z szuflad umysłu dziewczyny. Rozumiała sytuację biedaków. Kierowana zwyczajnym, ludzkim współczuciem, chętnie wspierała organizacje pomocowe, szczerze pragnęła dzielić się z tymi, którym się nie powiodło. Była zdania, że tak powinien postępować każdy przyzwoity człowiek. Ale brudni, zawszeni bezdomni napawali Stellę odrazą. Najchętniej usunęłaby ich z głównych ulic miasta, przeniosła na jakieś peryferie, gdzie nikomu nie wchodziliby w drogę i nie psuli dnia swoim widokiem. W głębi duszy była zdziwiona, że Rząd tym się jeszcze nie zajął. Cóż, widać miał na głowie ważniejsze sprawy. Od czasu do czasu Stellę dopadał wstyd. Jej myśli były okropnie małostkowe, ale nic nie mogła poradzić – tak czuła i już. Oczywiście nikomu by się z tego nie zwierzyła. Bliscy Stelli uważali ją za wrażliwą, dobrą osobę i taka pragnęła w ich oczach pozostać. Złość za sprzeczne uczucia, jakie budzili w niej bezdomni, spadała więc na nich samych. Najczęściej, przechodząc obok, odwracała wzrok.

Dziś pewnie postąpiłaby podobnie, gdyby nie pisk. W ledwie słyszalnym, nieludzkim dźwięku kryła się skarga, tak dramatyczna, że Stella, zamiast – jak nakazywał rozsądek – szybko zakończyć niezręczną sytuację, wciąż tkwiła przed zakapturzoną postacią i nieudolnie przepraszała. Mimo nieznośnego upału bezdomnego okrywało coś, co kiedyś było płaszczem, szytym na wzór zakonnych habitów, teraz jednak przypominało górę szmat. Nad jego głową unosił się, zwabiony smrodem, rój much. Ohyda – Stellą wstrząsnął dreszcz obrzydzenia. Czemu ten człowiek nie weźmie sobie któregoś z walających się po ulicy ubrań? Nawet nadpalone, brudne wyglądały lepiej niż to, co miał na sobie. Zagrzebana w łachmanach postać przypominała jej wyznawców Kosmo. Ostatnio sekty zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. Nic dziwnego, w czasie trwogi ludzie zawsze zwracali się ku zwariowanym ideom. Sama, wychowana w tradycyjnym ateizmie, zupełnie nie rozumiała potrzeby wiary w gusła i zabobony. Ten dziwak z pewnością był jednym z entuzjastów bredni, które głosił guru Kosmo, nie pamiętała, jak mu na imię. Wierzyli, zdaje się, w przybycie kosmitów. Tymczasem, w oczekiwaniu na swoich wybawców, zalegali na chodnikach, trawnikach, w bramach, nie robiąc kompletnie nic, popadając z dnia na dzień w coraz większą degrengoladę. Nie mówili. Nie rozmawiali nawet ze sobą. Ten ich mistrz, czy jak mu tam, zabronił. Wegetowali pod gołym niebem, nieważne, czy w deszcz, czy podczas wichury, czy w taki skwar jak dziś. Można tak żyć? Bezsensownie, bezcelowo, bezużytecznie? Och nie! Przecież mieli cel! – przypomniała sobie. Czekanie… Wydęła z ironią usta i prychnęła zniesmaczona. Nie pierwszy raz głupota ludzka budziła w Stelli szczere zdumienie.

Spojrzała w dół. Świeżutko wypolerowane czółenka pokrył kurz, a także jakaś szarawa maź. Bezdomny ściskał w owiniętej bandażami dłoni kubek z logo charytatywnej organizacji, którego zawartość spoczywała teraz na eleganckich butach od Cornelii Videro. Niech to szlag! Pół roku oszczędzania! Nie można spokojnie przejść ulicą, żeby nie narazić się na jakieś nieprzyjemności?! Westchnęła głęboko, pogratulowała sobie przezorności, po czym wyciągnęła z kieszeni jednorazową chusteczkę marki Bison nasączoną molekułami mleka. Zaczęła ścierać lepką substancję. Z trudem pohamowała mdłości. Na szczęście szmatka Bison okazała się niezawodna. Po chwili Stella znów mogła podziwiać swoje nienagannie wybłyszczone pantofle.

Nieznajomy nie odzywał się ani słowem, tylko zerkał jedynym widocznym okiem spod nisko opuszczonego kaptura. Podnosząc się, Stella odruchowo spojrzała prosto w to oko. Dostrzegła zasnutą bielmem tęczówkę i pomarszczoną, opadającą powiekę. Musiał być bardzo stary! A do tego ślepy! Aż dziw, że daje radę przeżyć w takich warunkach. Nagle poczuła się winna. Sama ma dobry dzień, w miarę szczęśliwe życie, a złości się, że on pobrudził jej drogie buty, podczas gdy biedak pewnie walczy o przetrwanie. Wiedziona wyrzutami sumienia, wygrzebała z zewnętrznej kieszeni aktówki sporą garść plastikowych żetonów. Przy galopującej inflacji skonsolidowane dolary, waluta Układu Północnego, nie były wiele warte, ale powinno wystarczyć na porządnego pączka i kawę w Stubbsie. Rozejrzała się wokół. Z zadowoleniem pochwyciła kilka pełnych uznania spojrzeń. Kilka też wyrażało dezaprobatę – tymi akurat się nie przejęła. Z przekorą ostentacyjnie dorzuciła kloszardowi niewielki, przenośny klimatyzator, który kiedyś dostała jako gratis do wymarzonego E-ppa. W sumie żadna łaska ze strony producenta! E-pp był najdroższym na rynku multilifem. Nie mogła uwierzyć, że Dominik dał jej taki prezent z okazji ukończenia studiów. Zazwyczaj chłopak miał węża w kieszeni. Co prawda, nie był to najnowszy model E-ppa, ale dobre i tyle. Przez moment zrobiło jej się smutno na wspomnienie byłego, jednak szybko odepchnęła niewygodne myśli. Nie miała najmniejszego zamiaru się rozczulać. Nie dziś. Takie życie. Raz jeden, raz drugi. Właściwie nie tęskniła specjalnie za Dominikiem. Byli ze sobą od pierwszej liceum, trochę z wygody, trochę z przyzwyczajenia. Nie oddała mu E-ppa, po tym jak ją bezczelnie rzucił w przeddzień Święta Wszystkich Narodów. Jakaś kara musi być! A dla niej przynajmniej tyle z nudnego związku. Kilka dni szlochała w poduszkę, głównie z powodu urażonej dumy. Matka powiedziała wtedy, że dobrze się stało, bo inteligentna, nowoczesna dziewczyna nie powinna latami tkwić w podobnej relacji. Miała absolutną rację. Nie od dzisiaj wiadomo, że przedłużające się związki nie są zbytrozwijające.

Stella położyła klimatyzator na chodniku. Nie mogła się przemóc, by podać go kloszardowi wprost do rąk. Zresztą i tak ich już nie widziała. Skulona postać przypominała teraz górę śmieci. Można się było pomylić. Bezdomny nie tknął błękitnego pudełka. Postała jeszcze kilkanaście sekund, wpatrując się w czubek kaptura. Właściwie nie miała pojęcia, na co czeka. Nie spodziewała się przecież po kimś takim wdzięczności. W końcu wzruszyła ramionami i życząc bezdomnemu dobrego dnia, z widoczną ulgą podążyła w stronę lśniącej w słońcu, okazałej, stalowej bramy.

Wreszcie znalazła się na terenie Centrum Biznesu, Nauki i Rozwoju. Dobrze chronione biurowce były poza zasięgiem zdziczałej hordy demonstrantów. Zwyczajny, miejski krajobraz, pozbawiony śladów działalności Kontreksu, na tyle ją uspokoił, że zdołała w końcu odzyskać dobry humor. Przecież dziś nie powinna się niczym zamartwiać! Zwłaszcza jeśli i tak nie ma na to wpływu. Zdecydowanym krokiem przemierzyła wyłożony granitową mozaiką plac. Pod stopami miała Układ Słoneczny. Jak kiedyś, w dzieciństwie, odruchowo policzyła planety.

– Osiem – wypowiedziała na głos ostatnią cyfrę. To było coś w rodzaju przesądu. A może nawyku? Albo gry? W każdym razie umówiła się sama ze sobą, że jeśli tak zrobi, wszystko ułoży się pomyślnie.

Na mozaice nie umieszczono planet karłowatych, co – odkąd pamiętała – trochę ją irytowało. No i Pluton! Naukowcy ciągle zmieniali zdanie – raz uważali go za dziewiątą planetę, a raz mu ten status odbierali. Nie rozumiała ciągnącej się od niemal stu pięćdziesięciu lat awantury. Nie widziała żadnego powodu, dla którego biedny Pluton nie miałby zostać planetą. W ostatnim czasie dyskusje na ten temat znów się nasiliły. Pewnie dlatego, że badacze kosmosu byli, oględnie mówiąc, mało zajęci, a coś przecież musieli robić. Normalnie od razu sięgnęłaby po E-ppa, by sprawdzić najnowsze doniesienia w sprawie Plutona, ale w tej chwili myśli Stelli wędrowały zbyt daleko. O wiele dalej niż Układ Słoneczny.

Zatrzymała się u stóp monumentalnych, białych schodów. Spróbowała opanować emocje. Bezskutecznie. Serce wciąż biło jak szalone. Właśnie spełniało się jej największe marzenie. Zdawała sobie sprawę, że staż w Instytucie zawdzięcza wyłącznie kryzysowi. Jeszcze parę lat temu z takimi wynikami na studiach mogłaby o podobnym miejscu jedynie pomarzyć. Nie była najgorsza na roku, zawsze w górnej połowie stawki, ale dawniej do Instytutu zapraszano tylko najlepszych z najlepszych. Jej średnia, marne cztery i pół, na pewno by nie wystarczyła. Było wielu chętnych na loty w kosmos, a jeszcze więcej na znakomite zarobki, jakie gwarantował etat. Teraz wszystko wyglądało inaczej. Nikt już nie płacił naukowcom wielozerowych kwot, nikt też nie latał w kosmos. Całkowicie wstrzymano finansowanie programów badawczych i nic nie wskazywało, żeby prędko się to miałozmienić.

Jednak Stella była naznaczona od urodzenia. Samo imię wróżyło jej określoną przyszłość. Co prawda, ojciec twierdził, że dostała je po prababce, ale ona wiedziała swoje. To imię musiało coś znaczyć! Przeznaczeniem Stelli był Instytut i nikt ani nic nie było w stanie jej odwieść od realizacji dziecięcych marzeń. Z tytułem magistra lingwistyki stosowanej oraz psycholingwistyki mogła zrobić szybką karierę. Od czasu kiedy politycy uwierzyli w moc słowa, jej dziedzina stała się niezwykle modna. Każdy, najmniejszy nawet przedsiębiorca, celebryta, poseł chciał mieć kogoś takiego jak Stella. Najlepsze, rządowe stanowiska były przeznaczone dla prymusów, ale i ona, ze swoim przyzwoitym wynikiem, znalazłaby intratną posadę. Rynek błyskawicznie wyłapywał i wchłaniał każdego specjalistę. Cieszyła się, że rodzice zaakceptowali jej decyzję. Nie pragnęła pieniędzy ani pozycji. Chciała badać kosmos, odkrywać obce cywilizacje.

Popatrzyła na biały, staroświecki budynek z wyrytą nad wejściem maksymą: „NON EST AD ASTRA MOLLIS A TERRIS VIA – SENEKA”1. O Senece wiedziała jedynie, że żył dawno temu i był poetą, filozofem albo kimś takim. Nigdy nie była mocna w starożytności. Pewnie w ogóle by nie pamiętała tego nazwiska, gdyby nie sentencja. Ta sama została wypisana niebieskim markerem nad łóżkiem. Do dziś pamiętała, ile jej sprawiła trudności – miała dopiero pięć lat. Pamiętała też, jakie cięgi zebrała od matki za zniszczenie ściany. Wtedy nie miała pojęcia, co znaczą obco brzmiące słowa, ale po pierwszej wizycie w Centrum Biznesu, Nauki i Rozwoju doskonale wiedziała, w jakim miejscu je wyryto. W swoim kilkuletnim umyśle doszła więc do wniosku, że to musi być najmądrzejsze zdanie, jakie wymyśliła ludzkość. I w pewnym sensie miała rację. Stelli nie brakowało inteligencji, jednak nie była wybitnie zdolna. Musiała wkładać dużo pracy we wszystko, co pragnęła osiągnąć. W chwilach zwątpienia te właśnie litery trzymały ją na powierzchni, powodowały, że po morzu wylanych łez zaciskała zęby, by znów usiąść do multiedukatora. Wcześnie poznała smak porażek. Dzięki nim stała się twarda. Dziś, mimo tremy, nie miała wątpliwości, że poradzi sobie z każdym wyzwaniem.

Zanim skończyła szkołę, pokój był odświeżany kilka razy. Nigdy nie pozwoliła zamalować wypisanego nieporadną, dziecięcą rączką łacińskiego zdania. A teraz miała po raz pierwszy w życiu przekroczyć próg Instytutu Badań Kosmicznych im. Angusa Moffata nie jako zwiedzająca, lecz jako pracownica.

Komandor Angus Moffat – jej mistrz, guru, duchowy ojciec. Czytając o jego śmiałych, ryzykownych misjach, postanowiła zostać astronautką. Pierwszy człowiek, który zbadał wszystkie planety, pierwszy, który opuścił Układ Słoneczny! Nigdy nie wrócił z ostatniej misji, ale materiały i relacje, które przesłał, stały się nieocenionym źródłem wiedzy. Podobno część z komunikatów została utajniona. Stella miała nadzieję, że kiedyś będzie jej dane poznać ostatnie słowa wielkiego badacza. Wraz ze swoim zespołem przez dziesięć lat dokonał więcej niż ludzkość przez stulecia. Dotty Menick, Krzysztof Bieruń, Anastazja Kovaleva, Jeren Tolmane, Eryk Larten, Anilla Komenski, Jul Hert i Abba Zeco – znała ich nazwiska na pamięć. Dziewięcioro wspaniałych. Angus i jego drużyna. Jakże to rozpalało wyobraźnię dzieciaków! Ale ona nie porzuciła marzeń, dopięła swego i jest – od dziś na stażu w Instytucie.

Poprawiła spódnicę, wygładziła niewidoczne fałdki na żakiecie, odetchnęła głęboko, po czym żwawo ruszyła schodami w górę.

***

– Proszę! – Na odgłos nieśmiałego pukania profesor Blanchard z niezadowoleniem odłożył staroświecką, papierową książkę.

Miał całą kolekcję niezwykle cennych, zabytkowych woluminów, jednak w przeciwieństwie do swoich kolegów nie trzymał ich w bankowym sejfie, ale tu, w gabinecie. Lubił mieć pod ręką ukochane tomy. Często po nie sięgał, wcześniej zakładając specjalne, aseptyczne rękawiczki i włączając konserwatorskie lampy. Inaczej w tym klimacie po starych księgach nie byłoby już śladu. Powiadomienie z sekretariatu nieprzyjemnie go zaskoczyło. Zupełnie zapomniał o nowej stażystce. Głośno wetchnął, niechętnie ściszył płynącą z ukrytych w suficie głośników Sonatę cis-moll op. 27 nr 2 Ludwiga van Beethovena, zwaną Księżycową, odwrócił fotel w kierunku okna i spojrzał na zalany jaskrawym światłem plac. Szczerze nienawidził takiej pogody. Zwłaszcza teraz, gdy pory roku się zatarły, a przeklęte słońce kryło za chmurami tylko na trzydzieści–czterdzieści dni w roku, żeby oddać Locus we władanie koszmarnej wichury z ulewnym deszczem. Nie wiadomo, co lepsze. Przyciemnił soczewki; wreszcie poczuł, jak jego zmęczone oczy odpoczywają.

– Dzień dobry, panie profesorze. – Zza pleców dobiegł go damskigłos.

– Dobry – odburknął, zapatrzony w krajobraz za oknem.

Zapadła cisza. W końcu Blanchard odwrócił się, by ocenić nowy nabytek Instytutu. Niebrzydka, choć pospolita twarz nie zrobiła na nim najlepszego wrażenia. I ten koszmarny szary mundurek! Gdzie my, u diabła, jesteśmy?! Na krańcach Wschodniej Autonomii? Nie miał pojęcia, dlaczego kobiety pracujące w