Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 7 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 7 min Lektor: Krzysztof Gosztyła

Opis ebooka Telefon od anioła - Guillaume Musso

Nowy Jork, lotnisko Kennedy'ego. Madeline i Jonathan nigdy wcześniej się nie spotkali. Ona jest paryską kwiaciarką, on – słynnym szefem kuchni, który niedawno utracił żonę i sieć restauracji stanowiącą dorobek życia; teraz prowadzi skromne bistro we włoskiej dzielnicy San Francisco. Gdyby nie incydent na lotnisku, żadne nawet nie wiedziałoby o istnieniu drugiego. Biegnąc do wolnego stolika w zatłoczonym barze wpadają na siebie i przez przypadek zamieniają telefony komórkowe. Kiedy zdają sobie sprawę z pomyłki, jest już za późno – dzielą ich tysiące kilometrów. Ciekawość bierze górę nad dyskrecją. Madeline i Jonathan nie potrafią powstrzymać się przed przejrzeniem zawartości nie swoich komórek. Czy oprócz intymnych zdjęć, e-maili i SMS-ów kryją one jakieś interesujące informacje? Okazuje się, że tak. Przeszłość dwojga zafascynowanych sobą nieznajomych wiąże mroczna tajemnica, którą każde usiłowało wymazać z pamięci. Oraz pewna dziewczyna, która albo zaginęła, albo została zamordowana. Działając razem, Jonathan i Madeline mogą sobie wzajemnie pomóc. Niestety, grzebanie w przeszłości nie zawsze dobrze się kończy...

Opinie o ebooku Telefon od anioła - Guillaume Musso

Fragment ebooka Telefon od anioła - Guillaume Musso

O książce

Nowy Jork, lotnisko Kennedy’ego. Madeline jest paryską kwiaciarką, Jonathan – słynnym szefem kuchni, który niedawno stracił żonę i dorobek życia. Gdyby nie przypadek, żadne nawet nie wiedziałoby o istnieniu drugiego. Biegnąc do wolnego stolika w zatłoczonym barze, wpadają na siebie i zamieniają telefony komórkowe. Kiedy zdają sobie sprawę z pomyłki, jest już za późno – dzielą ich tysiące kilometrów. Ciekawość bierze górę nad dyskrecją, a Madeline i Jonathan nie potrafią powstrzymać się przed przejrzeniem zawartości nie swoich komórek. Okazuje się, że przeszłość tych dwojga wiąże mroczna tajemnica, którą każde usiłowało wymazać z pamięci. Działając razem, Jonathan i Madeline mogą sobie wzajemnie pomóc. Niestety, powracanie do przeszłości nie zawsze dobrze się kończy…

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILAWkrótceDZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

Tytuł oryginału:L’APPEL DE L’ANGE

Copyright © XO Éditions, Paris, 2011All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2012

Redakcja: Anna Kubalska

Zdjęcie na okładce: Metin Demiralay

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-419-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Na brzegu jest bezpieczniej, ale ja lubię walczyć z falami.

EMILY DICKINSON

Prolog

Telefon komórkowy?

Z początku wydawał ci się przedmiotem całkowicie zbędnym, ale przecież nie mogłaś pozostać w tyle za postępem techniki, kupiłaś więc podstawowy abonament i najprostszy model. Wbrew przewidywaniom od razu zaczęłaś go używać. W restauracji, w pociągu czy na tarasie kawiarni prowadziłaś pełne entuzjazmu rozmowy. Okazało się, że możliwość bycia w ciągłym kontakcie z rodziną i przyjaciółmi dodawała ci pewności siebie.

Tak jak wszyscy nauczyłaś się wystukiwać litery na maleńkiej klawiaturze i zaraziłaś się ciągłym wysyłaniem SMS-ów. Tak jak wszyscy zrezygnowałaś z podręcznego kalendarzyka i zastąpiłaś go wersją elektroniczną. W skupieniu wprowadziłaś do pamięci urządzenia numery telefonów znajomych, rodziny i kochanka. Pod zaszyfrowanym hasłem wpisałaś też numery byłych kochanków oraz PIN karty, który zdarzało ci się zapomnieć.

Telefon nie robił najlepszych zdjęć, ale go używałaś. Fajnie było mieć zawsze przy sobie jakieś zabawne zdjęcie i móc je pokazać kolegom w pracy.

Zresztą wszyscy tak robili. Komórka była przedmiotem doskonale dopasowanym do swojej epoki, w której powoli zanikały granice między życiem osobistym, zawodowym i towarzyskim. Przede wszystkim zaś ułatwiała żonglowanie czasem, a w obliczu natłoku zajęć i obowiązków oraz pilnych terminów coraz bardziej go brakowało.

*

Ostatnio zamieniłaś stary model na doskonalszy: nabyłaś małe cudo pozwalające przeglądać e-maile, surfować po internecie i instalować setki różnych aplikacji.

Teraz nie mogłaś się już obejść bez swojej komórki. Była jakby wszczepiona w twój organizm, stała się częścią ciebie, nie rozstawałaś się z nią nawet w łazience czy toalecie. Gdziekolwiek byłaś, co najmniej raz na pół godziny, jeśli nie częściej, sprawdzałaś, czy przyszedł SMS, a może dzwonił kochanek lub przyjaciele… A jeśli twoja skrzynka e-mailowa była pusta, sprawdzałaś wiadomości oczekujące. Tak jak lalka w dzieciństwie, tak telefon komórkowy zapewniał ci poczucie bezpieczeństwa. Gładki błyszczący ekran uspokajał i hipnotyzował. Dodawał pewności siebie i umożliwiał natychmiastowy kontakt z innymi, a więc otwierał niezliczone możliwości…

*

Któregoś wieczoru po powrocie do domu sięgnęłaś do jednej kieszeni, do drugiej, zajrzałaś do torby i okazało się, że komórki nie ma. Zgubiłaś ją? Ktoś ci ją ukradł? Nie, to niemożliwe! Przeglądałaś wszystko jeszcze raz, bez rezultatu. Może w biurze… Ale wychodząc z biura, miałaś ją ze sobą, bo pamiętasz, że używałaś jej w windzie. Z pewnością miałaś ją jeszcze w metrze i w autobusie.

Psiakość!

Najpierw byłaś zła, że ją zgubiłaś, ale wkrótce przypomniałaś sobie, że — na szczęście! — wykupiłaś ubezpieczenie od kradzieży, zguby i zniszczenia, a masz u swojego operatora tyle uzbieranych punktów lojalnościowych, że jutro będziesz mogła kupić sobie nowy telefon, ten najnowocześniejszy, dotykowy.

Dlaczego więc nie udało ci się zasnąć, mimo że była już trzecia w nocy?

*

Cicho wyślizgnęłaś się z łóżka, żeby nie obudzić mężczyzny, który spał obok ciebie.

W kuchni sięgnęłaś na najwyższą półkę i wyciągnęłaś napoczętą paczkę papierosów, którą schowałaś tam „na czarną godzinę”. Wypaliłaś jednego, a niech tam! Wypiłaś kieliszek wódki.

Cholera! — przeklęłaś w myślach.

Usiadłaś na krześle skulona z zimna. Otworzyłaś okno, żeby wyleciał dym…

Co miałaś w tym cholernym telefonie? Kilka filmików wideo, z pięćdziesiąt zdjęć, listę odwiedzanych stron internetowych, swój adres (w tym kod do bramy), adres twoich rodziców, numery telefonów ludzi, a niektóre nie powinny tam się znaleźć, jakieś wiadomości, po których przeczytaniu można by pomyśleć, że…

Przestań, to paranoja! — próbowałaś przywołać się do porządku.

Zaciągnęłaś się papierosem i wypiłaś łyk wódki.

Właściwie nie było tam niczego kompromitującego, ale wiadomo, że pozory mogą mylić.

Najbardziej bałaś się, że twój telefon dostanie się w ręce kogoś ci wrogiego.

Zaczęłaś żałować, że zachowałaś niektóre zdjęcia, nie mówiąc już o e-mailach czy SMS-ach. Przeszłość, rodzina, pieniądze, seks… Gdyby się ktoś uparł, mógłby cię załatwić. Po co przechowywać te rzeczy, po co? Ale za późno na żale.

Ach, jak zimno! Wstałaś, by zamknąć okno. Z czołem przyklejonym do szyby spoglądałaś na mieszkania, w których wciąż świeciło się światło. Czy na drugim końcu miasta jakiś facet nie wpatrywał się przypadkiem w ekran twojego telefonu, delektując się eksploracją ciemnych stron twego życia? A może nawet przeszukał aparat, by odkryć twoje kompromitujące tajemnice?

Część pierwszaKot i mysz

1Zamiana

Niektórym ludziom jest pisane się spotkać. Niezależnie od tego, gdzie się znajdują czy dokąd się wybierają, któregoś dnia na siebie wpadną.

CLAUDIE GALLAY

Nowy JorkLotnisko JFKTydzień przed Bożym Narodzeniem

ONA

— A potem?

— Potem Raphaël wręczył mi pierścionek z brylantem od Tiffany’ego i poprosił, żebym została jego żoną.

Ze słuchawką przyklejoną do ucha Madeline przechadzała się tam i z powrotem przed wysoką oszkloną ścianą, za którą widać było pasy startowe. Pięć tysięcy kilometrów stąd, w małym mieszkanku na północy Londynu, jej najlepsza przyjaciółka słuchała z zapartym tchem dokładnego sprawozdania z romantycznej wyprawy do Nowego Jorku.

— Naprawdę się postarał! — osądziła Juliane. — Weekend na Manhattanie, pokój w Waldorf-Astorii, przejażdżka dorożką, oświadczyny jak za dawnych czasów…

— Dopracowany był każdy szczegół, tak jak w filmie — stwierdziła szczęśliwa Madeline.

— Czy przypadkiem nie było to zbyt perfekcyjne? — zaczęła się z nią drażnić Juliane.

— Możesz mi powiedzieć, ty snobko, co to znaczy: „zbyt perfekcyjne”?

Juliane zaczęła się niezręcznie tłumaczyć:

— Chcę tylko powiedzieć, że zabrakło tu niespodzianki. Nowy Jork, Tiffany, przechadzka w prószącym śniegu, ślizgawka w Central Parku… To takie przewidywalne, takie banalne…

— O ile dobrze pamiętam, Wayne oświadczył ci się po wieczorze spędzonym na piciu w pubie. Był zalany w pestkę i zaraz po tym, jak wybełkotał słowa oświadczyn, musiał lecieć do toalety, żeby zwymiotować. Tak było? — odgryzła się Madeline.

— Dobra, wygrałaś! — Juliane się poddała.

Madeline się uśmiechnęła. Idąc wolnym krokiem, powoli zbliżała się do strefy odlotów, wypatrując w gęstym tłumie sylwetki Raphaëla. Był początek ferii bożonarodzeniowych i na lotnisku wrzało jak w ulu. Jedni jechali spędzić święta z rodziną, inni wybierali się na koniec świata, do ciepłych krajów, byle dalej od nowojorskiej słoty.

— Ale nie mówiłaś, co mu odpowiedziałaś — odezwała się Juliane.

— Chyba żartujesz?! Oczywiście, że powiedziałam: „Tak!”.

— Od razu się zgodziłaś? Nie podręczyłaś go trochę?

— Dlaczego miałabym go dręczyć? Juliane, mam prawie trzydzieści cztery lata! Nie wydaje ci się, że dość już się naczekałam? Kocham Raphaëla, spotykamy się od dwóch lat, chcemy mieć dziecko. Za kilka tygodni wprowadzimy się do domu, który wspólnie wybraliśmy. Po raz pierwszy w życiu czuję się naprawdę bezpiecznie. Jestem bardzo szczęśliwa.

— Mówisz tak, bo on stoi gdzieś obok, prawda?

— Ależ skąd! — Madeline się roześmiała. — Poszedł nadać bagaże. Mówię tak, ponieważ to właśnie myślę!

Przystanęła przed kioskiem z gazetami. Z tytułów w ciasno ułożonych czasopismach wynikało, że świat chyli się ku upadkowi i że od dawna żyjemy na kredyt zaciągnięty na poczet niepewnej przyszłości wobec kryzysu ekonomicznego, bezrobocia, skandali politycznych, desperacji ludzkiej i katastrof ekologicznych.

— Nie boisz się, że życie z Raphaëlem okaże się nudne? — nie dawała za wygraną Juliane.

— Nawet jeśli masz rację, to co z tego? — odrzekła Madeline. — Chcę mieć koło siebie kogoś solidnego, lojalnego, kogoś, komu mogę zaufać. Rzeczywistość jest niepewna, nie przynosi nam oparcia ani stabilizacji. Ja chcę mieć oparcie i stabilizację w domu, rozumiesz?

— Hm… — chrząknęła Juliane.

— Nie ma żadnego „hm”, Juliane. Możesz zacząć szukać sukni dla druhny.

— Hm… — powtórzyła młoda Angielka, ale tym razem po to, aby zamaskować wzruszenie.

Madeline popatrzyła na zegarek. Za jej plecami szare samoloty oczekiwały w kolejce na pozwolenie startu.

— Dobra, idę, mój samolot startuje o wpół do szóstej, a mojego… męża jak nie ma, tak nie ma.

— Twojego przyszłego męża! — poprawiła ją z uśmiechem Juliane. — Kiedy znów przyjedziesz do mnie do Londynu? Może w ten weekend?

— Bardzo bym chciała, ale to niemożliwe. Wylądujemy w Paryżu bardzo wcześnie. Ledwo mi wystarczy czasu, żeby wpaść do domu, wziąć prysznic i zdążyć do pracy…

— Nie można powiedzieć, żebyś leniuchowała!

— Juliane, prowadzę kwiaciarnię! Boże Narodzenie to okres największych zamówień!

— Spróbuj przynajmniej przespać się w podróży.

— Na pewno tak zrobię! Zadzwonię do ciebie jutro! — obiecała przyjaciółce Madeline i się rozłączyła.

*

ON

— Nie upieraj się, Francesco! Nie ma mowy o żadnym spotkaniu!

— Jestem niecałe dwadzieścia metrów od ciebie, stoję pod ruchomymi schodami…

Jonathan zmarszczył brwi. Ze słuchawką przy uchu podszedł do balustrady i spojrzał w dół. Zobaczył młodą brunetkę o twarzy madonny, która mówiła coś do słuchawki, ściskając za rękę dziecko opatulone w za dużą budrysówkę. Kobieta miała długie włosy, dżinsy biodrówki, puchową, wciętą w talii kurtkę i markowe okulary przeciwsłoneczne w szerokiej oprawie, skutecznie zasłaniające połowę twarzy.

Jonathan pomachał ręką w kierunku swego syna, który nieśmiało oddał mu pozdrowienie.

— Przyślij mi Charly’ego i spadaj! — warknął na nią.

Za każdym razem, kiedy widział swoją byłą żonę, cierpiał i ogarniała go złość. Nie umiał opanować tych uczuć. Patrzył teraz na nią posępnie, wściekły z bezsilności.

— Nie wolno ci tak do mnie mówić! — zaprotestowała kobieta. Mówiła z lekkim włoskim akcentem.

— Nie waż się mnie pouczać! Wybrałaś i teraz ponosisz konsekwencje tego wyboru! — wybuchnął Jonathan do słuchawki. — Zdradziłaś swoją rodzinę, Francesco! Zdradziłaś mnie, zdradziłaś Charly’ego!

— Charly’ego do tego nie mieszaj!

— Jak mam go nie mieszać? Przecież to on cierpi najbardziej! To przez twoje wygłupy widzi swojego ojca tylko kilka tygodni w roku!

— Tak mi przyk…

— A samolot? — przerwał jej podniesionym głosem. — Mam ci przypomnieć, dlaczego Charly boi się sam lecieć samolotem, przez co muszę telepać się przez cały kraj samochodem za każdym razem, kiedy on ma ferie szkolne?

— To nie nasza wina, Jonathanie… Takie jest życie. Jesteśmy dorośli, ty i ja. To nie jest tak, że z jednej strony jestem ja, ta zła, a z drugiej ty, ten dobry.

— Sędzia był innego zdania… — zauważył Jonathan, nagle zmęczony. Rozwód orzeczono z winy jego byłej żony.

Zamyślony popatrzył na pas startowy. Było dopiero wpół do piątej, a już zapadał zmrok. Na oświetlonym asfalcie długa kolejka wielkich odrzutowców czekała na znak z wieży kontrolnej, żeby unieść się w powietrze i polecieć do Barcelony, Hongkongu, Sydney, Paryża…

— Skończmy tę rozmowę — powiedział. — Szkoła zaczyna się trzeciego stycznia, więc przywiozę ci Charly’ego dzień wcześniej.

— Dobrze — odrzekła Francesca. — Ostatnia rzecz: kupiłam mu komórkę. Chcę być z nim cały czas w kontakcie.

— Chyba żartujesz! — zaprotestował Jonathan. — Ma dopiero siedem lat, jest za mały na telefon.

— To kwestia dyskusyjna — odrzekła Francesca.

— Jeśli to sprawa sporna, to nie powinnaś sama decydować. Może później, a na razie zabieraj ze sobą tę komórkę i wyślij wreszcie dziecko do mnie!

— Niech będzie, jak chcesz… — powiedziała cicho Francesca.

Jonathan wychylił się i zmrużył oczy. Zobaczył, jak Charly wręczył Francesce mały kolorowy przedmiot. Potem chłopiec ucałował matkę i niepewnym krokiem wszedł na ruchome schody.

Jonathan przepchnął się między ludźmi i podszedł do synka.

— Cześć, tato!

— Cześć, kolego! — powiedział i chwycił go w objęcia.

*

ONI

Madeline szybkim krokiem mijała wystawy butików strefy bezcłowej, wystukując na klawiaturze komórki prawie na ślepo odpowiedź Raphaëlowi. Jej narzeczony nadał już walizki, ale teraz stał w kolejce do punktu kontroli bezpieczeństwa. Madeline proponowała mu, żeby się spotkali w kafeterii.

— Tato, jestem trochę głodny. Czy możesz mi kupić panino? — spytał grzecznie Charly.

Przechodząc przez labirynt ze szkła i stali, który prowadził do strefy odlotów, Jonathan trzymał rękę na ramieniu Charly’ego. Nienawidził lotnisk, zwłaszcza w tym okresie roku — Boże Narodzenie i lotniska kojarzyły mu się z ponurymi okolicznościami, w których dwa lata wcześniej dowiedział się o zdradzie żony — ale, zadowolony ze spotkania z synkiem, chwycił dziecko w pasie i podniósł.

— Panino dla młodego człowieka, raz! — wykrzyknął, skręcając do kafeterii.

Stoliki w Bramie do Nieba, największej kafeterii terminalu, ustawione były wokół atrium, pośrodku którego znajdowała się szeroka lada pełna specjalności kulinarnych z różnych krajów.

Co mam wybrać, ciastko czekoladowe czy kawałek pizzy? — zastanawiała się Madeline, patrząc na bufet. To pewne, że najzdrowszy byłby jakiś owoc, ale była głodna jak wilk. Postawiła na tacy ciastko, które odłożyła, gdy tylko odezwała się jej nowa komórkowa aplikacja Jiminy Cricket, podając liczbę kalorii. Zawiedziona sięgnęła do wiklinowego kosza po jabłko, zamówiła herbatę z cytryną i podeszła do kasy.

Ciabatta, pesto, plasterki suszonych pomidorów w oliwie, szynka parmeńska i mozzarella — Charly miał pełne usta śliny, kiedy patrzył na swoją włoską kanapkę. Od małego towarzyszył ojcu na zapleczach restauracji, co rozwinęło w nim zamiłowanie do smacznego jedzenia i ciekawość odkrywania nowych smaków.

— Uważaj, nie wywróć jedzenia! — zwrócił mu uwagę Jonathan po zapłaceniu rachunku w kasie.

Chłopczyk kiwnął głową i zacisnął rączki na brzegu tacy, starając się utrzymać w równowadze butelkę wody i kanapkę.

W restauracji było pełno ludzi. Owalna sala miała przeszklone ściany, przez które rozciągał się widok bezpośrednio na pasy startowe.

— Tatusiu, gdzie siadamy? — spytał Charly, czując się zagubiony pośród tłumu podróżnych.

Jonathan popatrzył nerwowo na gęsty tłum przepychający się między krzesłami. Najwyraźniej nie było wolnych stolików. Jednak po chwili, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zwolnił się stolik tuż przy szklanej ścianie.

— Ster w prawo, majtku! — rzucił Jonathan, puszczając oko do syna.

Kiedy przyspieszył kroku, zadzwoniła jego komórka. Zawahał się. Jedną ręką ciągnął walizkę na kółkach, w drugiej trzymał tacę z jedzeniem. Spróbował niezręcznie wydobyć aparat z kieszeni marynarki, ale…

Ależ tłum! — zmartwiła się Madeline na widok przepełnionej restauracji. Chciała chwilę odpocząć przed lotem, a tu wszystkie stoliki zajęte!

Aj! — prawie krzyknęła, kiedy jakaś nastolatka, nie zważając na nic i na nikogo, nastąpiła jej na nogę i nawet nie przeprosiła.

Cholerna smarkata! — pomyślała, rzucając jej pełne nagany spojrzenie, na które dziewczyna odpowiedziała dyskretnie, acz jednoznacznie wystawionym w górę środkowym palcem. Madeline nie zdążyła się zdenerwować tym ordynarnym zachowaniem, bo w tej samej chwili zwolnił się stolik tuż przy szklanej ścianie. Przyspieszyła kroku, żeby zdobyć to cenne miejsce. Była zaledwie trzy metry od celu, kiedy z torebki dobiegł ją dźwięk wibrującej komórki. Och, nie teraz! — pomyślała. Postanowiła nie odbierać, ale potem zmieniła zdanie: to z pewnością Raphaël, który jej szuka. Niezręcznie chwyciła tacę jedną ręką i myśląc o tym, jak ciężki jest stojący na niej czajniczek z herbatą, zaczęła drugą grzebać w torebce między ogromnym pękiem kluczy, terminarzem i zaczętą powieścią. Zaczęła robić dziwne ruchy, żeby móc uchwycić telefon i podnieść go do ucha, kiedy…

*

Madeline i Jonathan wpadli na siebie z impetem. Wszystko, co stało na obydwu tacach — czajniczek z herbatą, jabłko, kanapka, butelka coca-coli, kieliszek wina — pofrunęło w powietrze i z hałasem spadło na podłogę.

Przestraszony Charly upuścił swoją tacę i zaczął płakać.

Co za kretynka! — zdenerwował się Jonathan, z trudem podnosząc się z posadzki.

— Nie może pani uważać?! — krzyknął.

Co za idiota! — zdenerwowała się Madeline, uświadamiając sobie, co się stało.

— Bo to moja wina, tak?! To raczej pan powinien uważać! — wykrzyknęła, wiedząc, że najlepszą obroną jest atak. Podniosła z podłogi telefon, torebkę i klucze.

Jonathan pochylił się ku przestraszonemu synkowi, żeby go uspokoić, i podniósł kanapkę w celofanowym opakowaniu, butelkę wody i swoją komórkę.

— Ja pierwszy zauważyłem ten stolik! — oburzył się. — Już prawie siedzieliśmy, kiedy nagle zwaliła się pani na nas jak meteoryt z kosmosu…

— Chyba pan żartuje?! To ja pierwsza go zauważyłam!

Złość podkreśliła jej angielski akcent, do tej pory niezauważalny.

— Tak czy inaczej, pani jest sama, a ja mam pod opieką dziecko.

— Ładne mi usprawiedliwienie! Dlaczego niby fakt posiadania dzieciaka daje panu prawo atakowania mnie… I jeszcze zniszczył mi pan bluzkę! — dodała Madeline z żalem, zauważając z przodu wielką plamę z czerwonego wina.

Speszony Jonathan pokręcił głową i wzniósł oczy do nieba. Chciał zaprotestować, ale Madeline była szybsza.

— A poza tym wcale nie jestem sama! — wykrzyknęła, zauważając Raphaëla.

Jonathan wzruszył ramionami i wziął Charly’ego za rączkę.

— Chodź, pójdziemy gdzie indziej… Idiotka! — rzucił, wychodząc z restauracji.

*

Samolot linii Delta, lot numer 4565 do San Francisco, wystartował z Nowego Jorku o siedemnastej. Jonathan tak się cieszył ze spotkania z synem, że czas minął mu bardzo szybko. Od chwili kiedy jego rodzice się rozeszli, Charly chorobliwie bał się latać samolotem. Nie był w stanie podróżować sam, nie umiał też zasnąć podczas lotu. Tak więc przez siedem godzin podróży ojciec z synem cały czas rozmawiali, opowiadając sobie różne śmieszne historie, a także obejrzeli po raz dwudziesty na ekranie laptopa Zakochanego kundla, delektując się lodami Häagen-Dazs w maleńkich pojemniczkach. Do takiego deseru mieli prawo tylko pasażerowie biznes class, ale wyrozumiała stewardesa, którą rozczuliła twarzyczka Charly’ego i niezręczny wdzięk jego tatusia, z prawdziwą przyjemnością złamała tę zasadę.

Samolot linii Air France, lot numer 29, opuścił lotnisko JFK o wpół do szóstej. W ciszy i komforcie biznes class — Raphaël faktycznie nie robił niczego połowicznie — Madeline włączyła aparat fotograficzny i poszukała zdjęć z nowojorskiej eskapady. Przytuleni do siebie z satysfakcją oglądali uwiecznione w aparacie cyfrowym chwile z tej prawie poślubnej podróży. Potem Raphaël zapadł w drzemkę, a Madeline obejrzała po raz dziesiąty wybraną z listy propozycji linii lotniczych starą komedię Lubitscha Sklep za rogiem.

Dzięki różnicy czasu nie było nawet dziewiątej wieczór, kiedy samolot Jonathana dotarł do San Francisco.

Wreszcie uspokojony Charly zasnął na rękach ojca, gdy tylko wyszli z samolotu. Jonathan zaczął wypatrywać swego przyjaciela Marcusa, z którym prowadził mały francuski bar w samym centrum North Beach. Marcus miał po nich wyjechać. Jonathan stanął na palcach, żeby spojrzeć ponad głowami ludzi.

— No cóż, zdziwiłbym się, gdyby ten luzak zjawił się tu punktualnie! — mruknął.

W końcu postanowił sprawdzić, może ma jakąś wiadomość od przyjaciela na komórce. Gdy tylko wyłączył tryb samolotowy, na ekranie pojawił się długi SMS.

Witaj w Paryżu, kochanie! Mam nadzieję, że wypoczęłaś podczas lotu i że Raphaël zbytnio nie chrapał ;-) Przepraszam za to, co Ci nagadałam. Naprawdę bardzo się cieszę, że wychodzisz za mąż i że wreszcie znalazłaś mężczyznę, który uczyni Cię szczęśliwą. Obiecuję, że potraktuję swoją rolę druhny z powagą i szacunkiem! Twoja wierna przyjaciółka, Juliane

Co to za bzdury?! — zdziwił się Jonathan, czytając wiadomość jeszcze raz. Jakiś głupi żart Marcusa? Po chwili jednak zaczął oglądać uważnie komórkę: tak, to taki model jak jego, ten sam kolor, ale… to cudzy telefon! Szybki rzut oka na pocztę elektroniczną uświadomił mu, że aparat należy do niejakiej Madeline Greene, zamieszkałej w Paryżu.

Cholera! To telefon tej kretynki, która wpadła na mnie na lotnisku w Nowym Jorku! — zaklął w myślach.

Madeline popatrzyła na zegarek, tłumiąc ziewnięcie. Wpół do siódmej rano. Lot trwał niewiele dłużej niż siedem godzin, ale z powodu różnicy czasu samolot wylądował w Paryżu w sobotę rano. Roissy budziło się pospiesznie do życia. Tak jak w Nowym Jorku mimo wczesnej pory i tu było pełno wczasowiczów oczekujących w hali odlotów.

— Jesteś pewna, że chcesz iść dzisiaj do pracy? — spytał Raphaël, kiedy stali przed pasem transmisyjnym, czekając na walizki.

— Oczywiście, kochanie! — odpowiedziała Madeline, włączając komórkę, żeby sprawdzić pocztę. — Założę się, że mam już mnóstwo zamówień!

Najpierw wysłuchała swojej automatycznej sekretarki, na której jakiś zupełnie nieznany jej zaspany głos z zaciągającym akcentem zostawił dziwną wiadomość:

Witaj, Jon, tu Marcus. Ee… Mam mały kłopot z samochodem, wycieka olej z czwórki… Dobra, wyjaśnię ci później. Chcę tylko powiedzieć, że pewnie się trochę spóźnię. Wybacz…

Co to za historia? — zdziwiona Madeline wyłączyła sekretarkę. Czyżby ktoś pomylił numery? Hm…

Zaczęła przyglądać się swojemu telefonowi. Ta sama marka, ten sam model, ale… to nie była jej komórka.

— Cholera! — wykrzyknęła zdenerwowana. — To telefon tego idioty, który wpadł na mnie na lotnisku w Nowym Jorku!

2Dwa różne życia

To straszne zostać samemu, kiedy było się parą.

PAUL MORAND

Jonathan wysłał pierwszego SMS-a…

Mam Pani telefon, czy Pani ma mój? Jonathan Lempereur

…na który Madeline odpowiedziała prawie natychmiast:

Tak, mam! Gdzie Pan jest? Madeline Greene

W San Francisco, a Pani?

W Paryżu :(

Co teraz zrobimy?

Chyba we Francji jest poczta? Wyślę go Pani jutro przez FedEx.

Jaki Pan miły, doprawdy! Ja też wyślę go Panu jak najszybciej. Jaki jest Pana adres?

Restauracja French Touch, 1606 Stockton Street, San Francisco, CA.

A oto mój adres: Le Jardin Extraordinaire, 3 bis rue Delambre, Paris XIV.

Jest Pani kwiaciarką, czy tak? Ma Pani pilne zamówienie od jakiegoś Olega Mordhorova: dwieście czerwonych róż wysłać do teatru Châtelet dla aktorki, która się rozbiera w trzecim akcie. Moim zdaniem to nie jest jego żona…

Jakim prawem przeczytał Pan moje wiadomości?

Przecież chcę Pani wyświadczyć przysługę!

Widzę, że jest Pan tak samo bezpośredni w mowie, jak i w piśmie! A więc posiada Pan restaurację, Jonathanie?

Tak.

W takim razie ten lokalik ma nową rezerwację: jutro wieczorem, stolik na dwie osoby, dla państwa Strzechowskich. O ile dobrze zrozumiałam, bo nagranie było bardzo złej jakości…

Dziękuję. Dobranoc Pani.

W Paryżu jest siódma rano…

Jonathan pokręcił głową, zirytowany, i wsunął komórkę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Co za okropna baba!

*

San Francisco21.30

Jaskrawoczerwona stara renówka zjechała z drogi numer 101 do centrum miasta. Wlokła się jak żółw po Embarcadero, sprawiając wrażenie, jakby poruszała się w zwolnionym tempie. Mimo że ciepły nawiew był nastawiony na maksimum, szyby kompletnie zaparowały.

— W końcu kiedyś nas rozwalisz tym rupieciem! — jęknął Jonathan wciśnięty w siedzenie pasażera.

— Ależ to doskonały wóz! — odparł Marcus. — Żebyś wiedział, jak ja o niego dbam!

Pozlepiane, nastroszone włosy, zjeżone brwi, niegolona od osiemnastu dni broda i opadające jak u Droopy’ego powieki — Marcus wyglądał jak teleportowany tu z czasów prehistorycznych, a niekiedy nawet jak przybysz z innej planety. Tonął w zbyt szerokich spodniach, hawajską koszulę rozpiętą miał do pępka, a jego rachityczna sylwetka wydawała się nienaturalnie skręcona na siedzeniu samochodu. Na nogach miał stare japonki. Prowadził tylko jedną stopą, piętą wciskając sprzęgło, a palcami stóp manipulując na zmianę pedałem gazu i hamulcem.

— A ja bardzo lubię samochód wujka Marcusa! — wykrzyknął z entuzjazmem Charly, skacząc po tylnym siedzeniu.

— Dzięki, staruszku! — odpowiedział Marcus, mrugnąwszy okiem w kierunku chłopca.

— Charly! Zapnij pas i przestań wariować! — rozkazał synkowi Jonathan, po czym spojrzał na przyjaciela i zapytał: — Byłeś w restauracji dziś po południu?

— Ee… Przecież dziś zamknięte…

— Ale czy przynajmniej przyjąłeś dostawę kaczek?

— Jakich kaczek?

— Kaczych udek i rukoli, które Bob Woodmark przywozi nam w każdy piątek!

— Och! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem!

— Do jasnej cholery! — zdenerwował się Jonathan. — Zapomniałeś o jedynej rzeczy, o której miałeś pamiętać!

— To przecież nie takie straszne… — zaczął usprawiedliwiać się Marcus.

— Właśnie że straszne! Nawet jeśli Woodmarka trudno znieść, pamiętaj, że najlepsze nasze produkty pochodzą z jego fermy! Jeśli zorientuje się, że o nim zapomniałeś, wkurzy się i nie będzie chciał z nami więcej współpracować. Podjedź pod restaurację! Założę się, że zostawił dostawę przy tylnym wejściu.

— Mogę to sprawdzić sam! — powiedział Marcus uspokajająco. — Na razie was odwiozę, a potem…

— Nie! — przerwał mu Jonathan. — Jesteś leniem, na którego nie można liczyć, muszę wziąć sprawy w swoje ręce…

— Ale mały jest zmęczony!

— Wcale nie! — zawołał Charly. — Ja też chcę jechać najpierw do restauracji!

— Więc postanowione! — uciął Jonathan. — Zjedź na poziomie Trzeciej Ulicy — dodał, wycierając zaparowaną przednią szybę własnym rękawem.

Ale renówka nie lubiła gwałtownych zmian trasy. Wąskie opony słabo przylegały do szosy i nagły skręt o mało nie zakończył się wywrotką.

— Nawet nie umiesz prowadzić tego grata! Prawie nas zabiłeś, do cholery! — wrzasnął Jonathan.

— Robię, co mogę! — odkrzyknął Marcus, wychodząc na prostą pośród rozpaczliwego pisku klaksonów.

Na biegnącej pod górę Kearney Street stary samochód odzyskał powoli równowagę.

— To widok mojej siostry doprowadził cię do tego stanu? — spytał Marcus po dłuższej chwili.

— Francesca jest zaledwie twoją przyrodnią siostrą! — poprawił go Jonathan.

— Co u niej słychać?

Jonathan rzucił Marcusowi wrogie spojrzenie.

— Jeśli wydaje ci się, że rozmawialiśmy…

Marcus wiedział, że to śliski temat, i nie naciskał więcej. Skupił się na drodze, żeby bez dalszych przeszkód dojechać do Columbus Avenue i zaparkować swoje ulubione autko przed restauracją French Touch, na rogu Union i Stockton Street.

Tak jak Jonathan się domyślał, Bob Woodmark zostawił towar przy tylnych drzwiach. Chwycili skrzynki i wsunęli je do chłodni, sprawdzając przedtem, czy główna sala jest w porządku.

French Touch była francuskim przyczółkiem w sercu North Beach, włoskiej dzielnicy San Francisco. Małe, ale przytulne wnętrze udekorowano na wzór francuskiego bistra z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Boazerie, rzeźbiony sufit, podłoga z kafelków tworzących mozaikę, wielkie secesyjne lustra, stare afisze przedstawiające Josephine Baker, Maurice’a Chevaliera i Mistinguett. Restauracja serwowała dania tradycyjnej kuchni francuskiej, proste i bezpretensjonalne. Na czarnej tablicy wiszącej na ścianie można było przeczytać: ślimaki w cieście francuskim z miodem, pierś kaczki z pomarańczami, babka drożdżowa z kremem…

— Tato, mogę dostać loda? — spytał Charly, siadając przy cynowym błyszczącym bufecie zajmującym całą boczną ścianę głównej sali.

— Nie, skarbie. Zjadłeś tonę lodów w samolocie. Poza tym o tej porze powinieneś dawno spać.

— Ale przecież mam ferie…

— No, Jonathan, odpuść dziecku! — dorzucił Marcus.

— Ty się nie wtrącaj!

— Ale przecież to Boże Narodzenie!

— Para dzieciaków! — Jonathan nie mógł powstrzymać uśmiechu. Podszedł do lady w oknie kuchni, przez które goście mogli częściowo oglądać proces przygotowywania dań.

— Na co masz ochotę? — spytał synka.

— Na Białą Damę! — wykrzyknął chłopczyk z entuzjazmem.

Jonathan, bawiąc się w kucharza, zgrabnie połamał tabliczkę gorzkiej czekolady i wrzucił kawałki do małej metalowej miski stojącej w garnuszku z grzejącą się wodą.

— A ty? — spytał Marcusa.

— Może otworzymy winko?

— Dobra.

Na twarz Marcusa wypłynął szeroki uśmiech. Szybko podniósł się z fotela i pobiegł do swego ulubionego miejsca w restauracji, czyli do piwnicy z winami.

Tymczasem Jonathan, uważnie obserwowany przez Charly’ego, włożył do specjalnego pucharu dwie kulki lodów waniliowych i kawałek bezy. Kiedy czekolada się roztopiła, dodał do niej łyżkę tłustej śmietany. Wylał gorącą czekoladę na lody, na to nałożył bitej śmietany i wszystko obsypał prażonymi migdałami.

— Smacznego! — rzucił do synka, wsuwając w kulkę lodów maleńką papierową parasolkę.

Usiedli obaj przy stoliku obok siebie, na miękkiej kanapie. Charly z błyszczącymi oczyma spróbował lodów długą łyżeczką.

— Spójrz na to cudo! — usłyszeli entuzjastyczny głos Marcusa wyłaniającego się z piwnicy.

— Screaming Eagle rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy? Zwariowałeś? To wino zarezerwowane dla klientów!

— No, zgódź się! To będzie mój prezent gwiazdkowy!

Jonathan trochę jeszcze pozrzędził dla formy i zgodził się na otwarcie wspaniałej butelki. W sumie wolał, żeby Marcus napił się w restauracji, przynajmniej będzie mógł go przypilnować. W przeciwnym razie Kanadyjczyk zrobiłby rundkę po barach, a kiedy był podpity, szybko wydarzały się katastrofy. Już nieraz kompani od wspólnego picia wykorzystali jego naiwność i serdeczność, ogrywając go w pokera i każąc podpisywać rozmaite weksle, które Jonathan musiał potem odzyskiwać prawie z narażeniem życia.

— Zobacz, jaki ten nektar ma kolor! — wykrzyknął Marcus, przelewając zawartość butelki do karafki z grubym denkiem.

Marcus był synem z nieprawego łoża ojca Franceski i kanadyjskiej piosenkarki country. Po śmierci ojca, bogatego nowojorskiego biznesmena, nie odziedziczył ani centa. Jego matka zmarła stosunkowo niedawno, a z przyrodnią siostrą widywał się sporadycznie. Nie przejmował się zupełnie tym, że został praktycznie bez pieniędzy, miał w nosie, jak wygląda, i był kompletnie nieobyty. Spał dwanaście godzin na dobę, co jakiś czas pomagał w restauracji, chronicznie się spóźniał, a nakazy nie miały na niego żadnego wpływu. Był z lekka zwariowany, naiwny, ale uroczy, miał w sobie coś dziecinnego i rozbrajającego, nawet jeśli konsekwencje jego lekkomyślności potrafiły być na co dzień męczące.

Przez cały czas trwania swego małżeństwa Jonathan widział w Marcusie kretyna, z którym nie miał nic wspólnego. Ale kiedy Francesca go opuściła, jedynie Marcus, ten walnięty szwagier, stanął po jego stronie. W owym czasie nawet konieczność zajęcia się Charlym nie zapobiegła depresji Jonathana. Spędzał czas bezczynnie, ogarnięty rozpaczą, topiąc smutki w alkoholu.

Na szczęście jakimś cudem Marcus zmobilizował się i po raz pierwszy w życiu wziął wszystkie sprawy w swoje ręce. Zauważył gdzieś tę zniszczoną włoską restaurację, która dopiero co zmieniła właściciela, i użył całej swej siły perswazji, żeby namówić nowych posiadaczy na założenie w jej miejsce francuskiego bistra i na oddanie kuchni we władanie jego szwagra. To pozwoliło Jonathanowi wynurzyć się na powierzchnię. Ale gdy tylko Marcus spostrzegł, że Jonathan jest uratowany, znów stracił całą energię i popadł w dawne lenistwo.

— Twoje zdrowie! — rzucił teraz, wręczając Jonathanowi napełniony kieliszek.

— Czyli mamy przyspieszone Boże Narodzenie! — stwierdził Jonathan, włączając secesyjny odbiornik radiowy, który wynalazł na targu staroci w Pasadenie.

Odszukał stację nadającą rock. Rozległy się dźwięki transmisji na żywo z jakiegoś koncertu i pierwsze takty piosenki Light My Fire.

— Ach, to wspaniałe! — wykrzyknął Marcus, sadowiąc się wygodnie na kanapie. Nie było wiadomo, czy ma na myśli cabernet, czy muzykę Doorsów.

Jonathan również starał się odprężyć. Rozpiął kołnierzyk koszuli i zdjął marynarkę, ale kiedy jego wzrok padł na leżący na stole telefon Madeline, zmarszczył brwi. Przez tę historię z telefonami stracę mnóstwo rezerwacji, pomyślał. Niektórzy z regularnych gości restauracji dysponowali jego osobistym numerem. Był to przywilej, dzięki któremu mogli dostać stolik nawet wtedy, kiedy lokal był pełny.

Marcus wyciągnął rękę i wziął ze stołu komórkę Madeline. Jonathan patrzył na synka, który, zwinięty na kanapie, powoli zasypiał. Jonathan żałował, że nie może wziąć z dziesięć dni wolnego, żeby poświęcić się całkowicie Charly’emu. Nie mógł sobie na to pozwolić. Dopiero niedawno wyszedł z wielkich kłopotów finansowych, które kilka lat wcześniej niemal go wykończyły, co definitywnie go wyleczyło z zaciągania kredytów, debetów na koncie i innych długów oraz kar za opóźnienia w ich spłacaniu.

Zmęczony przymknął oczy i zobaczył Francescę, tę z ostatniego spotkania na lotnisku. Mimo że minęły już dwa lata, wciąż tak samo cierpiał. To było prawie nie do wytrzymania. Otworzył oczy i łyknął wina, żeby odepchnąć od siebie jej obraz. Trudno, może nie jest tak, jak sobie wymarzył, ale przecież żyje, jest zdrów, pracuje…

— Niezła dupa! — rzucił Marcus, dotykając tłustymi palcami ekranu, by przejrzeć wszystkie fotografie z komórki.

Zaintrygowany Jonathan zajrzał mu przez ramię.

— Pokaż!

Niektóre ze zdjęć młodej kobiety były z lekka erotyczne. Czarno-białe, sugestywne pozy utrwalone przez aparat: delikatna koronka, satynowe podwiązki, dłoń zakrywająca wstydliwie nagą pierś czy dotykająca biodra. Niewinne w porównaniu z tym, co niektórzy wrzucają do internetu.

— Tato? Mogę zobaczyć? — spytał Charly, otwierając oczy.

— Nie, śpij, to nie dla dzieci.

Ale było zaskakujące, że ta snobka odstawiająca księżniczkę, która tak wkurzyła go na lotnisku, w ogóle porobiła sobie takie zdjęcia.

Bardziej zdziwiony niż podniecony Jonathan powiększył zdjęcie twarzy młodej kobiety. Wyglądało na to, że dziewczyna pozwoliła się sfotografować dla zabawy, choć można było wyczuć, że jest lekko zażenowana. To był na pewno pomysł jej przyjaciela, który zabawiał się przez chwilę w Helmuta Newtona. Kto zrobił te zdjęcia? Mąż? Kochanek? Jonathan przypomniał sobie, że na lotnisku widział obok niej jakiegoś mężczyznę, ale za nic nie umiałby opisać jego wyglądu.

— Dobra, wystarczy! — Odłożył telefon na stół. Marcus był najwyraźniej zawiedziony.

On zaś poczuł nagle wstyd. Jakim prawem grzebie w życiu prywatnym nieznajomej kobiety?

— Myślisz, że ona nie przejrzy twojego telefonu? — spytał ze śmiechem Marcus.

— Mam to gdzieś! Ja nie mam żadnych takich zdjęć! — wykrzyknął, nalewając sobie kieliszek wina. — Jeśli myślisz, że kiedykolwiek zabawiałem się w fotografowanie swojego przyrodzenia…

Cabernet smakowało wybornie, czerwonymi owocami i piernikiem. Jonathan zaczął sobie przypominać, co ma w swoim telefonie. Prawdę mówiąc, nic nie pamiętał. W każdym razie na pewno nic kompromitującego! — pomyślał uspokojony.

Ale się mylił.

*

Paryż7.30

Ostatni model jaguara XF pokonywał zimny metalowy błękit obwodnicy Paryża. Biała skóra, drewno orzechowe, aluminium — luksusowe i przytulne wnętrze samochodu wywoływało poczucie bezpieczeństwa. Na tylnym siedzeniu leżały walizki od Vuittona, torba z kijami golfowymi i numer „Le Figaro Magazine”.

— Czy na pewno chcesz dziś otworzyć sklep? — ponowił pytanie Raphaël.

— Kochanie, mówiliśmy już o tym tysiąc razy! — wykrzyknęła Madeline.

— Moglibyśmy przedłużyć sobie wakacje… — nie ustępował mężczyzna. — Śmignę do Deauville, spędzimy noc w Normandy i jutro rano zjemy lunch z moimi rodzicami.

— Kuszące, ale… nie. A poza tym przecież masz spotkanie z jakimś klientem na budowie!

— Ty decydujesz! — skapitulował architekt, skręcając w boulevard Jourdan.

Denfert-Rochereau, Montparnasse, Raspail: samochód przejechał przez prawie całą Czternastą Dzielnicę, zanim zatrzymał się przed ciemnozieloną bramą numer trzynaście przy rue Campagne-Première.

— Przyjść po ciebie wieczorem do kwiaciarni?

— Nie, dojadę do ciebie na motorze.

— Zamarzniesz!

— Może, ale uwielbiam mojego triumpha! — odpowiedziała, całując go na pożegnanie.

Stali tak objęci dłuższą chwilę, aż klakson jakiejś taksówki wyrwał ich z zaczarowanego świata.

Madeline trzasnęła drzwiczkami samochodu i posłała ukochanemu pocałunek. Wystukała kod do bramy i weszła na zadrzewione podwórko. Mieszkanie, które wynajmowała od chwili, kiedy zamieszkała w Paryżu, znajdowało się na parterze.

Brr! Tu jest co najmniej minus piętnaście stopni! Zadrżała z zimna, wchodząc do dwupoziomowego mieszkania, będącego kiedyś pracownią malarską. Dzielnica, w której mieszkała, słynęła z tego typu pracowni budowanych tu masowo pod koniec dziewiętnastego wieku.

Madeline podpaliła zapałką płomień w piecyku podgrzewającym bojler i włączyła czajnik, żeby zrobić sobie herbatę.

Pracownia malarska już od dawna zmieniła się w urocze dwupokojowe mieszkanie z salonem, małą kuchnią i sypialnią na antresoli. Ale jego wysokość, wielkie okna w głównej ścianie i drewniany malowany parkiet przypominały o początkowym przeznaczeniu tego pomieszczenia, dodając mu uroku i stylu.

Madeline włączyła radio na stację nadającą jazz, sprawdziła, czy kaloryfery są podkręcone do maksimum, i popijając powoli herbatę, kiwała się w rytmie dźwięków trąbki Louisa Armstronga. Czekała, aż w mieszkaniu zrobi się cieplej.

Po chwili wzięła szybki prysznic i drżąc z zimna, wybiegła z łazienki. Wyjęła z szafy ciepły podkoszulek, dżinsy i gruby sweter ze szkockiej wełny. Gotowa do wyjścia schrupała batonik Kinder Bueno, wciągając skórzaną kurtkę i owijając szyję najcieplejszą chustką, jaką miała.

Było niewiele po ósmej, kiedy wsiadła na swój płomiennożółty motocykl. Jej elegancka kwiaciarnia była niedaleko, ale Madeline nie chciała, żeby Raphaël ją odwoził do domu. Z rozwianymi włosami przejechała kilkaset metrów po swojej ulubionej ulicy. Tutaj powstawały wiersze Rimbauda i Verlaine’a, tu zakochali się w sobie Aragon i Elsa i tę ulicę wreszcie unieśmiertelnił Godard na końcu swego pierwszego filmu w słynnej tragicznej scenie, w której Jean-Paul Belmondo, trafiony kulą w plecy, pada bez życia na ziemię na oczach amerykańskiej narzeczonej.

Madeline skręciła z boulevard Raspail w rue Delambre. Dojechała nią do Jardin Extraordinaire, otwartego przez nią dwa lata wcześniej salonu kwiatowego, z którego była niezwykle dumna.

Z lękiem podniosła metalowe żaluzje. Po raz pierwszy była tak długo nieobecna. Na czas urlopu w Nowym Jorku powierzyła sklep Takumiemu, swemu japońskiemu podwładnemu, który kończył paryską szkołę kwiaciarzy.

Wchodząc do wnętrza, westchnęła z ulgą. Takumi wykonał wszystkie jej polecenia, nie pominął niczego. Poprzedniego dnia kupił w Rungis świeże kwiaty, bo wszędzie stały orchidee, białe tulipany, lilie, poinsecje, ciemierniki, jaskry, mimozy, żonkile, fiołki, amarylisy… Wspólnie ubierana wielka choinka błyszczała wszystkimi światełkami, a z sufitu zwisały gałązki jemioły i ostrokrzewu.

Uspokojona Madeline zdjęła kurtkę i obwiązała się fartuchem, kładąc w zasięgu ręki sekator, konewkę i małą motykę. Z zapałem zabrała się do najpilniejszych prac: oczyściła liście fikusa, przesadziła orchideę, podcięła bonzai.

Kwiaciarnia Madeline była zakątkiem magicznym i pełnym poezji. Jego atmosfera sprzyjała natchnieniu. Stanowiła oazę spokoju w hałaśliwym, niespokojnym mieście. Madeline pragnęła, żeby ludzie przekraczający progi kwietnego butiku zapomnieli natychmiast o swoich nawet największych troskach. Zwłaszcza teraz, w czasie świąt Bożego Narodzenia, panował tu prawdziwie bajkowy nastrój. Gdy człowiek przekraczał próg Jardin Extraordinaire, czas się cofał. Czarodziejskie zapachy przenosiły go natychmiast w bezpieczny świat dzieciństwa i chroniącej go tradycji.

Zakończywszy wstępne prace, młoda kobieta rozpakowała choinki i ustawiła je przed sklepem. Żaluzja poszła w górę dokładnie o godzinie dziewiątej.

Madeline uśmiechnęła się na widok pierwszego klienta. Stare przysłowie mówiło, że jeśli pierwszym klientem jest mężczyzna, utarg będzie bardzo wysoki. Niestety, zachmurzyła się, gdy usłyszała, co mężczyzna zamówił: bukiet dla żony, który miała dostarczyć anonimowo. To była nowa, modna taktyka zazdrosnych mężów: wysłać żonie kwiaty bez wizytówki i obserwować jej reakcję. Jeśli żona przemilczy otrzymanie bukietu, to oznacza, że ma kochanka… Mężczyzna szybko uregulował należność i wyszedł, nie interesując się nawet, z jakich kwiatów będzie bukiet. Madeline zaczęła więc sama komponować wiązankę, którą Takumi miał dostarczyć po godzinie dziesiątej do jakiegoś banku przy rue Boulard, kiedy rozległy się głośne tony melodii Jumpin’ Jack Flash. Zmarszczyła brwi. Słynna melodia Rolling Stonesów dobiegała z kieszonki w jej torbie, w której znajdowała się komórka tego Jonathana Jak-Mu-Tam. Zawahała się, odebrać czy nie, ale zanim się zdecydowała, dzwonek zamilkł. Przez chwilę w kwiaciarni panowała cisza, po czym rozległ się krótki głuchy dźwięk, zawiadamiający, że telefonujący zostawił wiadomość.

Madeline wzruszyła ramionami. Nie ma zamiaru wysłuchiwać wiadomości skierowanej na pewno nie do niej… Ma inne sprawy na głowie. A poza tym miała głęboko gdzieś tego całego Jonathana. Skończony cham! No i…

Jednak nie mogła powstrzymać ciekawości. Puknęła w ekran i przyłożyła telefon do ucha. Usłyszała poważny, niepewny głos jakiejś kobiety, jakby Amerykanki, mówiącej z lekkim włoskim akcentem i najwyraźniej powstrzymującej szloch.

Jonathanie, to ja, Francesca. Proszę cię, zadzwoń do mnie. Musimy porozmawiać, trzeba… Wiem, że cię zdradziłam, wiem, że nie możesz zrozumieć, dlaczego wszystko zepsułam. Wróć, proszę, zrób to dla Charly’ego, zrób to dla nas. Kocham cię… Nie zapomnisz, wiem, ale mi przebaczysz. Jonathanie, życie jest tylko jedno, a my jesteśmy stworzeni do bycia razem, będziemy mieć więcej dzieci… Wróćmy do wspólnych planów, niech wszystko będzie tak jak przedtem. Bez ciebie życie nie ma dla mnie sensu…

Nieskończenie smutny głos Włoszki załamał się. Kobieta skończyła nagranie.

Przez dłuższą chwilę Madeline siedziała nieruchomo. Poczuła się załamana, winna. Dostała gęsiej skórki. Zadrżała, odłożyła na ladę telefon ze smutną wiadomością i zaczęła się zastanawiać, co robić.

3W sekrecie

Każdy ma jakiś sekret. Wystarczy odkryć jaki.

STIEG LARSSON

Jonathan wcisnął sprzęgło i wrzucił trójkę. Skrzynia biegów zaskrzypiała jak stare żelastwo, samochód zabrzmiał, jakby wyzionął ducha. Choć do domu było blisko, Jonathan odebrał Marcusowi kluczyki renówki, bo przyjaciel nie mógł prowadzić. Trzeźwiał powoli, leżąc na siedzeniu pasażera i wyśpiewując nieprzyzwoite kuplety Georges’a Brassensa:

Quand je pense à Fernande,je bande, je bande…

— Trochę ciszej! — rzucił Jonathan, spoglądając w tylne lusterko, żeby się upewnić, czy synek wciąż śpi.

— Ojej, wybacz — przeprosił Marcus, prostując się na siedzeniu i spuszczając szybę w oknie. Wysunął głowę na zewnątrz, jakby mając nadzieję, że chłodny nocny wiatr pomoże mu wytrzeźwieć.

To kompletny wariat, pomyślał Jonathan, zwalniając jeszcze bardziej. Stara renówka posuwała się w tempie astmatycznego ślimaka.

Po chwili wjechali od zachodniej strony na Filbert Street, jedną z najbardziej stromych ulic San Francisco. Na samym początku stromizny wrak zakaszlał groźnie i wyglądało na to, że dalej nie pojedzie, ale w końcu z trudem dotarli na wzgórze oświetlone białym światłem Coit Tower, najwyższej budowli miasta. Jonathan wykonał bardzo ryzykowny manewr, żeby zaparkować skośnie, przodem do chodnika. Zadowolony, że dotarł na miejsce, wziął synka na ręce i weszli razem między eukaliptusy, palmy i bugenwille.

Marcus szedł za nimi, potykając się co chwila. Znów zaczął wyśpiewywać na cały głos nieprzyzwoite piosenki.

— Cisza, ludzie śpią! — rzucił któryś z sąsiadów przez otwarte okno.

Jonathan złapał przyjaciela za ramię i pociągnął go za sobą.

— Jesteś moim jedynym przyjacielem, moim prawdziwym kumplem… — wymamrotał pijany Marcus, chwytając Jonathana za szyję i tracąc równowagę.

Jonathan z trudem postawił go z powrotem na nogi i powolutku zaczęli schodzić po drewnianych schodkach, które prowadziły w dół Telegraph Hill. Schody wiły się pośród tropikalnej roślinności pomiędzy kolorowymi domkami, które oszczędzone przez los podczas strasznego trzęsienia ziemi w roku 1906, a zbudowane niegdyś dla marynarzy i dokerów, były teraz bardzo w cenie; zamieszkiwali je bogaci artyści i intelektualiści.

W końcu dotarli do bramy dzikiego, zarośniętego ogrodu, w którym od dawna chwasty wygrały walkę z rododendronami i fuksjami.

— Wszyscy spać! — polecił Jonathan autorytatywnym tonem głowy rodziny.

Rozebrał Charly’ego, położył go do łóżeczka, opatulił kołdrą i ucałował na dobranoc. To samo zrobił z Marcusem, bez pocałunku, rzecz jasna.

*

W domu zapanował spokój. Jonathan wszedł do kuchni, nalał sobie szklankę wody i z laptopem pod pachą wyszedł na taras. Ziewnął. To skutek zmiany strefy czasowej. Przetarł powieki i opadł na fotel z tekowego drewna.

— Nie chce ci się spać, stary?

Jonathan podniósł głowę w stronę, z której dobiegł głos. To był Borys, jego tropikalna papuga. Cholera, zapomniałem o nim kompletnie! — pomyślał.

Ptak należał do poprzedniego właściciela mieszkania, oryginała, który zażądał w testamencie, by ten, kto kupi jego willę, zajął się ad vitam aeternam jego pupilem. Borys miał ponad sześćdziesiąt lat. Przez prawie całe życie jego poprzedni pan poświęcał godzinę dziennie na uczenie go ludzkiej mowy. Borys znał ponad tysiąc słów i setki idiomów, które serwował niezwykle celnie.

Naturę miał flegmatyczną, przyzwyczaił się do nowych państwa, a Charly go uwielbiał. Przede wszystkim zaś polubił się niezwykle z Marcusem, który nauczył go całej serii przekleństw kapitana Haddocka. Był jednak dowcipnisiem i Jonathana denerwował jego złośliwy charakter i gadatliwość.

— Nie chce ci się spaaać? — powtórzył ptak.

— Chce mi się, ale jestem zbyt zmęczony, żeby zasnąć.

— Ty ospowaty ryju! — wyzwał go Borys.

Jonathan podszedł do papugi, która majestatycznie kiwała się na swoim kółku. Miała wielki zakrzywiony dziób i potężne pazury. Mimo wieku jej złoto-turkusowe upierzenie nic nie straciło na blasku. Wokół oczu miała pasek czarnego puszku, co nadawało jej wygląd dumny i arogancki.

Ptak potrząsnął ogonem i rozwinął skrzydła.

— Chcę jabłek, śliwek, bananów…

Jonathan przyjrzał się dokładniej klatce papugi.

— Nie zjadłeś jeszcze swoich ogórków ani cykorii.

— Cykoria wstrętna! Chcę orzechów laskowych, orzechów włoskich i fistaszków!

— Orzechów i fistaszków… A ja chcę, żeby w moim łóżku znalazła się Miss Świata.

Jonathan potrząsnął głową i otworzył laptop. Przeczytał pocztę elektroniczną, odpowiedział dwóm dostawcom, potwierdził kilka rezerwacji i zapalił papierosa, spoglądając na odbijające się w oceanie tysiące świateł wielkiego miasta. Miał piękny widok na zatokę. Wieżowce z dzielnicy bankowej odcinały się na tle ogromnej sylwetki Bay Bridge biegnącego aż do Oakland. Ta chwila spokoju została zakłócona dziwnym dzwonkiem telefonu — uszu Jonathana dobiegły pierwsze takty skrzypiec, zaraz, czego…? Chyba Kaprysu Paganiniego.

Telefon Madeline Greene, pomyślał.

Jeśli miał zamiar zasnąć, powinien go wyłączyć, bo przy tej różnicy czasu może wciąż dzwonić. No, ale ten jeden raz odbierze, niech tam.

— Tak, słucham?

— To ty, ślicznotko?

— Ee..

— Nie za bardzo zmęczona? Mam nadzieję, że podróż była udana.

— Bardzo. Miło z pani strony, że się pani o mnie troszczy.

— No tak, pan nie jest Madeline.

— Raczej nie.

— A kim pan jest? Raphaëlem?

— Nie, nazywam się Jonathan, mieszkam w San Francisco.

— Juliane Wood, bardzo mi miło pana poznać. Czy można wiedzieć, dlaczego pan odbiera telefon mojej najbliższej przyjaciółki?

— Niechcący zamieniliśmy się telefonami.

— W San Francisco?

— Na lotnisku w Nowym Jorku. To zbyt skomplikowane…

— Coś takiego! To naprawdę śmieszne…

— Tak, zwłaszcza jeśli zdarzy się komuś innemu. Więc pani…

— Ale jak to się stało?

— Przepraszam panią, ale jest późno i to nie jest zbyt interesujące.

— Ale mnie to bardzo ciekawi!

— Czy pani dzwoni z Europy?

— Z Londynu. Poproszę Madeline, żeby mi wszystko opowiedziała. Jaki jest pana numer telefonu?

— Słucham?

— Pana numer telefonu. Chcę zadzwonić do Madeline!

— Nie dam pani mojego numeru, przecież ja pani nie znam!

— Ale Madeline ma pana telefon!

— Dość tego, znajdzie pani sposób, żeby się z nią porozumieć! Niech pani zadzwoni do Raphaëla!

Co za arogancka baba! — zirytował się Jonathan, spiesznie się rozłączając.

— Halo! Halo! — powtarzała Juliane z drugiej strony połączenia.

Ale cham! — zdenerwowała się, kiedy zobaczyła, że rozmówca bezczelnie się rozłączył.

*

Jonathan już miał zamiar wyłączyć telefon Madeline, kiedy coś go podkusiło i kliknął na folder ze zdjęciami. Poza dwoma lub trzema erotycznymi pozami reszta fotografii tworzyła album z romantycznych podróży zakochanej pary. Madeline i Raphaël uwieczniali się na Piazza Navona w Rzymie, w weneckiej gondoli, w Barcelonie przed budynkami Gaudiego, w tramwajach lizbońskich, na alpejskich trasach narciarskich… Jonathan też miał podobne zdjęcia z czasów, gdy jego miłość z Francescą kwitła. Coś zakłuło go w sercu i szybko zamknął folder.