Opis

Student Marcus Nielsen zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Wszystko wskazuje na samobójstwo. Matka Marcusa jest jednak przekonana, że syn został zamordowany. Błaga policję, by nie zamykali sprawy.

W trakcie śledztwa odkryty zostaje trop prowadzący do bazy wojskowej Korsö niedaleko Sandhamn. Wkrótce ginie kolejny człowiek, który również ma związki z Korsö. Najlepsza przyjaciółka Thomasa, Nora Linde, która dopiero co odeszła od męża, usiłuje dowiedzieć się więcej o bazie wojskowej, w której od kilkudziesięciu lat działają komandosi z piechoty morskiej. Czy w przeszłości kryje się coś, co nie ma prawa wyjść na światło dzienne? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 405

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Viveca Sten

Tej nocy umrzesz

Prolog

Plusk skojarzył mu się z dziećmi bawiącymi się w wannie. A gdyby przymknął oczy, mógłby sobie wyobrazić plażę, po której beztrosko biegają maluchy.

Potem plusnęło po raz ostatni i woda przelała się nad krawędzią wiadra na mokrą podłogę.

Wymachujące ramiona znieruchomiały. Nogi wciąż drgały jak srebrne rybki przemykające w tę i z powrotem bez sensu i celu. Gwałtowne, chaotyczne ruchy.

Później i one ustały. Powolne kapanie z kranu było jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę w wyłożonym białymi kafelkami pomieszczeniu.

Będzie pamiętał ten dźwięk przez resztę życia.

Powietrze było nasycone intensywnym zapachem mydła. Woń sosnowego igliwia wdzierała mu się w nozdrza, przyprawiała go o mdłości. Ale wziął się w garść. Strach przyćmiewał wszystko.

Coś ciepłego ściekało mu po nodze. Zrozumiał, że się zsikał.

To nie miało znaczenia. I tak na wszystko było za późno.

Z kranu wciąż kapało.

Niedziela, 16 września 2007

(pierwszy tydzień)

1

W głosie dziewczyny brzmiało przerażenie.

– Musicie przyjechać, teraz, natychmiast.

– Możesz najpierw powiedzieć, jak się nazywasz?

Profesjonalny głos w telefonie alarmowym był klinicznie neutralny, lecz nie nieprzyjazny. Cyfry na monitorze zegara pokazywały, że jest dokładnie dziesiąta zero trzy rano.

– To okropne… chodzi o Marcusa.

– Możesz spróbować wyjaśnić, co się stało? – spytała operatorka. – Spróbuj wziąć się w garść i opowiedz.

– Jestem u niego w domu.

– Musisz mi podać adres.

– On nie oddycha. Tylko tam wisi. – Płacz przeszedł w szloch. – Nie mogę go zdjąć.

– Pod jakim adresem jesteś? – powtórzyła operatorka.

W tle słychać było stłumione głosy jej kolegów odbierających inne zgłoszenia. Do tej pory panował względny spokój: był niedzielny poranek, a wypadkami z sobotniego wieczoru zajęli się już dawno temu. Operatorka rozpoczęła zmianę o szóstej rano i zdążyła wypić trzy filiżanki kawy.

– Gdzie jesteś? – powtórzyła do mikrofonu.

Teraz młoda osoba po drugiej stronie trochę się uspokoiła.

– W Nacce, Värmdövägen 10B. – Dziewczyna niemal wyskomlała te słowa. – Na osiedlu studenckim. Mieliśmy się razem uczyć.

– Jak się nazywasz?

– Amanda.

– Amanda jak?

– Amanda Grenfors.

Słowa były niewyraźne, niepewne, jakby do dziewczyny wciąż nie docierało, co widzi.

– Spróbuj mi powiedzieć, co się stało, Amando – ponagliła ją operatorka.

Podczas rozmowy sporządzała notatki. Adres był o rzut kamieniem od komisariatu policji w Nacce, patrol powinien być na miejscu w ciągu kilku minut.

– Marcus wisi pod sufitem na linie – powiedziała dziewczyna. – Ma kompletnie siną twarz.

Głos jej się załamał.

Operatorka czekała. Minęło kilka sekund. Szept.

– Myślę, że nie żyje.

Gdy wóz policyjny dotarł na miejsce, brama kamienicy była otwarta. Dom zbudowano w latach czterdziestych. Duża liczba rowerów przed wejściem świadczyła o tym, że były tu mieszkania studenckie – że to jeden z tych domów, które niedawno doprowadzono do porządku, by zaspokoić pilne potrzeby licznych uczelni stolicy.

Dwoje policjantów weszło po schodach i ruszyło długim korytarzem z kilkanaściorgiem drzwi po obu stronach. Minęli kuchnię ze stertą brudnych naczyń wypełniających zlew. Na drzwiach szafki wisiała odręcznie napisana karteczka: Sprzątaj po sobie. Twoja matka tu nie mieszka!

W kuchni nie było nikogo, ale w kącie leżał niedbale zawiązany worek ze śmieciami. Sądząc po zapachu, od dobrych kilku dni nikt się nim nie zainteresował.

Na samym końcu korytarza zobaczyli szeroko otwarte drzwi. Obok nich plecami oparta o ścianę siedziała skulona młoda kobieta o bladej twarzy. Miała na sobie dżinsy, czarne tenisówki i gruby ciemnoczerwony sweter, który na jej szczupłym ciele sprawiał wrażenie za dużego. Policjantka podeszła do niej.

– To ty jesteś Amanda?

– Mhm…

Dziewczyna uniosła twarz mokrą od łez. Policjantka przykucnęła i lekko dotknęła jej ramienia.

– Co z tobą?

– On wisi tam w środku. – Dziewczyna wykonała gest drżącą ręką. – Na haku od żyrandola.

Policjanci spojrzeli w stronę, w którą wskazywała. Słońce nagle wyszło zza chmur i w świetle sączącym się z okna wirowały pyłki kurzu. Tworzyły świetlistą aureolę wokół ciała zwisającego spod sufitu. Zwieszona głowa i kąt, pod jakim przekrzywiony był kark wiszącego, potwierdzały to, co podejrzewali.

Marcus Nielsen był martwy.

2

Biegł po ciemnym, nierównym lodzie – przy Sandhamn – i powierzchnia załamała się pod jego stopami. Pochłonęła go woda i czuł, jakby palce jego rąk i nóg miały odpaść z zimna. Lodowata morska woda wycisnęła mu z płuc powietrze, a krew pozbawiła tlenu.

Zaraz utopi się w tej głębokiej szczelinie. Nikt nie przybędzie mu na ratunek, bo nikt nie wie, że on jest na tym lodzie.

Płakał.

Nie chciał umierać, nie w ten sposób: samotnie i bez pożegnania.

Lodowata woda wysysała z niego resztki sił; żałował wszystkiego, czego nie zdążył powiedzieć ani zrobić.

Ale skąd miałby wiedzieć, że jego dni są policzone?

W miarę jak zanikało czucie, pojmował, że serce bije mu coraz wolniej, że osuwa się w nieświadomość. Zaraz w żyłach rozleje się zwodnicze ciepło, a on się podda i wtedy wszystko będzie skończone.

Nie chciał umierać w ten sposób, nie teraz, nie bez Pernilli u swojego boku.

Skostniał tak, że musiał puścić krawędź lodu. Osunął się z powrotem w zimną wodę, jego ciało zaczęło drętwieć. Nie mógł dłużej walczyć.

Rozległ się dzwonek, przenikliwy i natarczywy, wściekły sygnał domagający się jego uwagi.

Otworzył oczy i zrozumiał, że leży we własnym łóżku. Obok niego Pernilla oddychała głęboko przez sen.

Wyciągnął rękę, odszukał telefon na stoliku nocnym. Zacisnął palce na metalowej obudowie, ale zaraz rozluźnił chwyt i komórka spadła na podłogę.

Umilkła na kilka sekund, a po chwili zaczęła znów dzwonić, tym razem jeszcze głośniej i bez przerwy. Pernilla poruszyła się obok niego.

– To twój telefon – wymruczała.

Jej głos sprawił, że wreszcie powrócił do rzeczywistości.

Przerzucił nogi przez krawędź łóżka, jednak gdy miał się podźwignąć i postawić lewą stopę na podłodze, prawie stracił równowagę. Wciąż się nie przyzwyczaił. Pochylił się i chwycił komórkę.

Przyciskając telefon do ucha, zauważył, że policzek ma wilgotny od łez.

Odebrał ochryple:

– Tu Thomas.

3

W drodze do samochodu Margit Grankvist podsumowywała skąpe informacje, które przez telefon przekazał jej szef.

Jadła śniadanie z Bertilem, gdy zadzwonił telefon. Obie dziewczynki wciąż spały. Bertil ledwie podniósł nos znad gazety; od razu pojął, że musiała jechać.

Zdążył się przyzwyczaić. Uśmiechnęła się słabo, gdy przed oczyma pojawił jej się obraz męża – nie najmłodszego już i lekko łysiejącego. Uczył angielskiego i szwedzkiego w wyższych klasach podstawówki. Wiedziała, że niektóre z jej przyjaciółek nie uważają go za najbardziej ekscytującego z mężczyzn. Byli jednak ze sobą ponad dwadzieścia lat i mieli dwie wspaniałe córki, które zapewne niedługo wyprowadzą się z domu. Anna miała na wiosnę zdawać maturę, Linda zaczęła chodzić do gimnazjum.

Margit otworzyła drzwi samochodu i usiadła za kierownicą. Było chłodne przedpołudnie. Wyczuwało się wyraźnie, że nadchodzi jesień. Panującą od kilku tygodni letnią pogodę wkrótce zastąpią zimne wichry, niebo zakryją chmury. Wieczory są wyraźnie ciemniejsze. Teraz dni będą się stawać coraz krótsze, aż pozostanie tylko sześć godzin bladego dziennego światła.

Nim w końcu nastąpi przesilenie.

Margit coraz gorzej znosiła długie szwedzkie zimy. W ostatnim czasie zaczęła marzyć o małym mieszkanku na południu Hiszpanii, o jakimś miejscu w słońcu dla niej i dla Bertila, kiedy dziewczynki wyfruną z gniazda.

Telefon zapiszczał. Zobaczyła, że przyszedł SMS z nowymi informacjami o martwym chłopcu. Co prawda miał dwadzieścia dwa lata, ale myślała o nim, jakby był chłopcem. Jej Anna miała osiemnaście.

Nazywał się Marcus Nielsen, studiował psychologię na uniwersytecie w Sztokholmie. Mieszkał sam w studenckiej kawalerce i tam znaleziono go jakąś godzinę temu.

Przekręciła kluczyk w stacyjce i wycofała samochód z podjazdu pod garażem. O tej porze nie było ruchu i pewnie w niecałe dwadzieścia minut dotrze do Värmdövägen.

Zaparkowała pod bramą, wysiadła. Na schodach kiwnęła głową umundurowanemu policjantowi. Minęła kilkoro studentów w szlafrokach, którzy wyglądali na korytarz zza drzwi swoich mieszkań. Jeszcze zanim przekroczyła próg pokoju, usłyszała znajomy głos technika kryminalistyki Staffana Nilssona.

Zwłoki wciąż zwisały z haka pod sufitem. Wiedziała, że wkrótce zostaną ostrożnie zdjęte i przewiezione do zakładu medycyny sądowej w Solnie.

– Dzień dobry – powiedział Nilsson, kiwając Margit głową.

Przeszła w głąb pokoju i rozglądała się, naciągając lateksowe rękawiczki, które jej podał.

Pokój był zaskakująco duży jak na studenckie mieszkanie, jakieś dwadzieścia metrów kwadratowych, oceniła. Wyglądał całkiem porządnie, choć kosz na śmieci wypełniały kartony po fast foodach i wydawało się, że od dawna nikt nie używał tu odkurzacza.

– Kiedy się uczyłem, studenci nie mieszkali w takich luksusach – odezwał się Nilsson za jej plecami. – Wtedy człowiek cieszył się z pokoju tak małego, że ledwie mógł się w nim obrócić.

Starannie posłane łóżko stało dokładnie na lewo od wejścia, pod oknem znajdowało się biurko z wsuniętym krzesłem obrotowym. Pod jedną ścianą Marcus Nielsen postawił biały regał z Ikei tego typu, o którym wspominano w Księdze rekordów Guinnessa, że jest najlepiej sprzedającym się towarem na świecie. Drzwi naprzeciw łóżka prowadziły do ciasnej łazienki z prysznicem. Na podłodze leżało kilka rolek papieru toaletowego.

– Tam masz jego pożegnanie.

Nilsson wskazał na kartkę leżącą na poduszce.

– List pożegnalny?

Kiwnął głową i odczytał na głos:

– Wybaczcie mi, ale wszystko jest takie trudne. Marcus.

Margit pochyliła się i uważnie przyjrzała się kartce.

– To wydruk z komputera.

– Tak.

– I niepodpisany.

– Zgadza się.

– A gdzie jest komputer? – Spojrzała na biurko zawalone papierami i otwartymi książkami. – Zabraliście go już?

– Nie. Nie widziałem żadnego.

– W takim razie na czym to napisał?

Nilsson wzruszył ramionami.

– Dobre pytanie.

Margit podeszła do biurka, zajrzała do szuflad. Potem otworzyła szafę i jej oczom ukazała się wielka sterta ubrań niechlujnie wciśniętych do środka. Czyste wymieszane z brudnymi. Na podłodze pod łóżkiem dostrzegła plecak. Zajrzała do niego, ale był pusty.

– Tu w każdym razie nie ma żadnego komputera.

Odwróciła się do Nilssona.

– Znasz kogoś z jego pokolenia, kto radziłby sobie bez komputera?

– Wygląda na to, że drukarki też nie miał.

Nilsson miał rację. W pokoju nie było drukarki ani papieru do niej.

– Jeśli od dawna planował samobójstwo, to może wydrukował list pożegnalny gdzie indziej, na przykład na uniwersytecie – stwierdził technik.

– Możliwe.

Margit znów podeszła do wiszącego ciała. Pomieszczenie było nieco wyższe od standardowych, więc jej twarz znalazła się na wysokości pasa Marcusa Nielsena.

Miał na sobie szarą bluzę z kapturem i wytarte dżinsy. Plama na materiale wskazywała, że w chwili zgonu jego jelita się opróżniły. Uderzył w nią smród, gdy obeszła ciało; instynktownie cofnęła się i odwróciła. Potem odeszła kilka kroków, by przyjrzeć się wszystkiemu z pewnej odległości.

Twarz Marcusa Nielsena zastygła w dzikim grymasie: na wpół przymknięte oczy, trochę śliny na wargach. Miał rozchylone usta i Margit zastanawiała się, czy próbował krzyczeć, gdy zaciskała się pętla.

Czy pożałował swojego czynu w tej samej chwili, gdy stracił oparcie pod stopami? A może to tylko bezwiedny skurcz mięśni, działanie autonomicznego układu nerwowego?

Włosy chłopaka były nienaturalnie czarne, podkreślała to jego trupio blada twarz.

– Włosy wyglądają mi na farbowane – stwierdziła Margit.

– Mnie też – skinął głową Nilsson. – Ale potwierdzi to obdukcja.

– Jak myślisz, od jak dawna nie żyje?

Nilsson podrapał się po nosie.

– Co najmniej pięć, sześć godzin. Zaczęło się stężenie pośmiertne.

Margit uważnie przyjrzała się pętli pod różnymi kątami. Sznur głęboko wbił się w szyję, na skórze widniały ciemnoczerwone i sine przebarwienia. Drugi koniec liny solidnie przywiązano do haka od żyrandola.

– Jak się powiesił? – spytała i zaraz sama odpowiedziała na to pytanie: – Musiał wejść na biurko, założyć sobie pętlę na szyję i skoczyć.

Zmierzyła wzrokiem ciało. Marcus Nielsen był dość szczupły i niezbyt wysoki. Mimo to zwłoki musiały ważyć jakieś siedemdziesiąt kilo.

– Że też wytrzymał ciężar – mruknęła pod nosem.

– Masz na myśli hak?

– Mhm.

Nilsson wyprostował plecy i przyjrzał się hakowi.

– Dom budowano porządnie. To nie fuszerka, taka jak w wielu mieszkaniach z lat siedemdziesiątych.

– Chcesz powiedzieć, że gdyby mieszkał w jednym z tamtych, toby przeżył?

Podeszła do regału i wzięła do rąk stojącą na wysokości oczu fotografię w ramkach: Nielsen z jakimś kilkunastoletnim chłopcem i parą w średnim wieku. Zapewne z młodszym bratem i rodzicami. Białe litery w dolnym rogu informowały, że zdjęcie zrobiono dziesiątego lipca dwa tysiące szóstego roku, a więc ubiegłego lata.

Wyglądało to jak fotografia z urlopu. Siedzieli w jakiejś tawernie, w tle widniały białe domki o jasnoniebieskich drzwiach. Pewnie pojechali na którąś z greckich wysp, pomyślała Margit. Przyjemna rodzinna podróż. Nie mieli pojęcia, co ich czeka.

Zmarły był uderzająco podobny do matki, miał takie same wąskie oczy i prosty nos. Ona była szatynką, być może on też, zanim zdecydował się ufarbować włosy. Miał twarz szczerą, otwartą i inteligentną. Na pewno nie wyglądał jak ktoś przytłoczony wielkim smutkiem, który czternaście miesięcy później doprowadzi go do samobójstwa.

Jego brat wdał się w ojca: obaj byli blondynami z lekką nadwagą. Tata obejmował ramiona pulchnego młodszego syna i uśmiechał się szeroko do obiektywu. Pewnie zdjęcie zrobił im kelner.

– Sympatycznie wyglądał – zauważyła Margit.

– Tak jak większość, przynajmniej dopóki nie umrą.

Odpowiedź nie była sarkastyczna, stanowiła jedynie suche stwierdzenie faktu.

Policyjny humor, pomyślała Margit. Sposób, by się zdystansować od tragedii.

Zamyślona odstawiła zdjęcie na półkę. Wiedziała, że ojciec chłopaka pracuje w gminie, a matka jest pielęgniarką. Młodszy brat wciąż z nimi mieszkał i chodził do trzeciej klasy gimnazjum.

Tak samo jak jej Anna.

Być może była to ostatnia fotografia, jaką zrobiono całej rodzinie. Więcej nie będzie. Trzeba szybko powiadomić rodziców… Margit nie paliła się do tego.

Nilsson wyjął coś ze swojej dużej czarnej torby i zniknął w łazience.

– Są jakieś ślady, które świadczyłyby o tym, że to nie samobójstwo? – powiedziała do jego pleców.

Nie odwracając się, pokręcił głową.

– Nie na tym etapie. Oczywiście zabezpieczymy odciski palców i inne ślady biologiczne, o ile jakieś są.

– Gdzie jest dziewczyna, która go znalazła?

– Siedzi w kuchni z Torunn. Była w strasznym szoku, kiedy się zjawiliśmy.

– Nic dziwnego. W tych okolicznościach…

Margit zerknęła po raz ostatni na książki stojące na regale. Wiele z nich miało angielskie tytuły nawiązujące do różnych dziedzin psychologii. Na biurku leżały kolejne, pewnie lektury na zajęcia.

– Studiował psychologię na uniwersytecie w Sztokholmie – stwierdziła Margit. – Zastanawiam się, czy sam miał problemy psychiczne.

Nilsson pokazał się w drzwiach.

– Chcesz powiedzieć: takie, przez które człowiek odbiera sobie życie.

4

Nora Linde spoglądała ze zmęczeniem na bałagan w pokoju syna. Odkąd jej separacja z Henrikiem stała się faktem, Adam coraz częściej uciekał do komputera. Na podłodze rósł stos ubrań, a on siedział jak przyklejony do monitora i wisiał na czacie albo grał. Zupełnie jakby wolał wirtualny świat od rzeczywistości. Nie odzywał się, gdy do niego mówiła, nie chciał nawet jeść kolacji przy stole, żeby nie tracić cennego czasu.

Usiłowała wytyczyć jakieś granice, ale nie było to proste, bo ona i Henrik mieli na ten temat różne poglądy. Co z tego, że upierała się przy ograniczonej liczbie godzin dziennie, skoro Henrik pozwalał grać chłopcom tyle, ile chcieli, gdy mieszkali u niego. O ile trudno im się było dogadać we wspólnym życiu, o tyle teraz sytuacja wyglądała niemal beznadziejnie.

Pół roku wcześniej dowiedziała się o niewierności Henrika i zaledwie kilka tygodni później z profesjonalną skutecznością – bądź co bądź była prawniczką – złożyła w sądzie wszystkie dokumenty związane z rozwodem. Ponieważ mieli dzieci poniżej szesnastego roku życia, przed rozwiązaniem małżeństwa musieli odczekać przepisowe sześć miesięcy – okres na zastanowienie.

Nora nie potrzebowała czasu na zastanowienie. Miała całkowitą pewność, że nie chce być dłużej żoną Henrika. Ledwie potrafili zamienić dwa słowa bez kłótni i zwlekała, jak mogła najdłużej, za każdym razem, gdy musiała do niego zadzwonić. Czasem jednak nie dało się tego uniknąć. Wychowywanie siedmio- i dwunastolatka nieustannie wymagało omówienia jakichś spraw.

Za każdym razem, gdy Nora wybierała numer Henrika, miała nadzieję, że włączy się automatyczna sekretarka.

Najgorzej było, gdy odbierała Marie, nowa kobieta Henrika. Latem zamieszkała z nim i szybko zadomowiła się w szeregowcu w Saltsjöbaden, w którym Nora spędziła z Henrikiem tak wiele lat. Marie miała dźwięczny, trochę przenikliwy głos i mówiła szybko, jakby była zdyszana, jakby świat nieustannie ją zdumiewał. „MarieafGrénier” – wyrzucała z siebie na jednym oddechu.

Za każdym razem Nora myślała z goryczą, że teraz była teściowa powinna być zadowolona. Jej wspaniały syn, radiolog, wreszcie znalazł kobietę, która potrafi zachować się na salonach. Co prawda wywodziła się z drobnej szlachty, ale rodzina była wpisana do księgi szwedzkich rodów szlacheckich i Marie wychowywała się w dworku.

Dokładnie kogoś takiego od lat życzyła sobie Monica Linde, matka Henrika. Nie Nory, która ukończyła prawo, ale była pierwszą osobą w swojej rodzinie mającą wyższe wykształcenie.

Niedługo Simon będzie miał urodziny. Bez względu na to, co sądzi o Henriku, będzie je musiała obchodzić razem z nim. Na myśl o przyjęciu urodzinowym przewracało jej się w brzuchu.

Trąciła stopą stertę brudnych ubrań na podłodze. Wiedziała, że Adam ogląda telewizję w dużym pokoju.

– Adam! – krzyknęła w tamtą stronę. – Chodź i tu posprzątaj!

Minęło kilka sekund i nic. Zawołała jeszcze raz, ostrzej.

– Adam!

Dźwięk zbliżających się kroków świadczył o tym, że ton podziałał. Zjawił się jej nadąsany syn.

– Musisz ciągle zrzędzić?

Poczuła narastającą irytację, choć była to ostatnia rzecz, jakiej chciała.

– Zrzędzę dlatego, że mnie do tego zmuszasz. Gdybyś trochę bardziej uważał, nie musiałabym tego robić.

– Tata tak nie zrzędzi.

Norę zabolały te słowa. Adam z niezawodną precyzją rzucił uwagę, która trafiła w czuły punkt.

– Teraz jesteś u mnie, nie u taty.

Natychmiast pożałowała tych słów, ale nie potrafiła się powstrzymać.

– Poza tym tata ma pomoc domową, a nas na to nie stać.

Jedyną odpowiedzią było pogardliwe spojrzenie.

Przecież chcę, żeby się dobrze u mnie czuli, pomyślała Nora. Dlaczego zawsze kończy się tak, że na nich narzekam?

Jakby na potwierdzenie swoich ponurych myśli dostrzegła swoje odbicie w lustrze na ścianie.

Zawsze była szczupła, teraz wydawała się wręcz wychudzona. Gdyby cukrzyca nie zmuszała jej do regularnych posiłków, zapominałaby o jedzeniu; w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zupełnie straciła apetyt. Sięgające do ramion rudoblond włosy należałoby przyciąć. Oczy miała podkrążone.

Wiedziała, że nie śpi tyle, ile powinna, ale nie miała pojęcia, jak mogłaby to zmienić. W teczce czekał stos dokumentów z banku i przed poniedziałkiem musiała je przejrzeć. Znów posiedzi do późna…

– Pomogę ci – zaproponowała, usiłując załagodzić sytuację, i pochyliła się, by podnieść parę brudnych slipów leżących pod łóżkiem.

– Mhm.

Nawet na nią nie spojrzał.

– Adam, daj spokój. Wiem, że to nie jest łatwe, ale musimy spróbować.

– Mhm – mruknął znowu.

Położyła mu dłoń na ramieniu.

– Proszę cię… – zebrała się w sobie. – Może w przyszły weekend pojechalibyśmy do Sandhamn? Jeśli chcesz, możesz zabrać jakiegoś kolegę. Tata wybiera się na konferencję, więc będziecie u mnie przez dwa weekendy z rzędu.

Na szczupłej twarzy syna pojawił się słaby uśmiech.

Obaj chłopcy uwielbiali wyjeżdżać na wyspę zwłaszcza teraz, gdy przeprowadzili się do willi Brandów, chyba najpiękniejszego domu w Sandhamn, który Nora kilka lat temu odziedziczyła po swojej sąsiadce Signe Brand.

Latem wspólnymi siłami odnowili trochę dom i wytapetowali sypialnię. Nawet Simon nauczył się równo rozprowadzać klej do tapet. Tak się skupiał na tym, co robił, że niemal dostawał zeza.

Przeprowadzili się nie tylko na Sandhamn. Nora wynajmowała teraz jasne trzypokojowe mieszkanie w centrum Saltsjöbaden. Chłopcy dzielili większą sypialnię, ona miała mniejszą. Kuchnia była przestronna i słoneczna, podobnie jak duży pokój i małe pomieszczenie przy kuchni, do którego udało jej się wcisnąć biurko, dzięki czemu zyskała własny kącik do pracy. Mieszkanie dzielił jakiś kwadrans drogi od ich dawnego domu.

Głos Adama wyrwał ją z zamyślenia.

– Mogę zabrać Willego?

William Åkerman był najlepszym przyjacielem Adama, odkąd poszli do czwartej klasy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy, gdy Adam próbował się przyzwyczaić do mieszkania na przemian u ojca i u matki, chłopcy stali się sobie jeszcze bliżsi.

Położyła mu rękę na ramieniu i przytuliła go. W dzieciństwie miał niemal białe włosy; teraz przybrały kolor piasku. Nie były tak ciemne jak u Henrika, ale poza tym syn wydawał się kopią ojca.

– Oczywiście, że może z nami jechać.

– Dziękuję, mamo.

Ton Adama złagodniał i Nora poczuła, jakby kamień spadł jej z serca.

Pomyślała o Thomasie, swoim przyjacielu z dzieciństwa i ojcu chrzestnym Simona. Miał letni domek na Harö, dziesięć minut łódką od Sandhamn. Czy powinna do niego zadzwonić i powiedzieć, że w przyszły weekend wybierają się na wyspę?

5

Zbliżając się do kuchni, Margit usłyszała stłumiony szloch i czyjś uspokajający głos. Weszła do środka i zobaczyła płaczącą młodą kobietę, która siedziała przy okrągłym stole. Obok niej usiadła około trzydziestopięcioletnia policjantka, którą Margit już kiedyś widziała. Torunn.

– To jest Amanda – oznajmiła Torunn i wstała, robiąc Margit miejsce.

– Jak się czujesz? – spytała Margit, siadając.

– Kiepsko – wyszeptała Amanda.

– Rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale czy mogłabyś mi opowiedzieć, jak znalazłaś swojego przyjaciela?

– Umówiliśmy się, że dziś się spotkamy. Mamy zadanie na jutro i mieliśmy je zrobić dziś przed południem.

Miała wielkie oczy i ciemne rzęsy sklejone łzami.

– Jesteście przyjaciółmi z roku?

– Tak. Studiujemy razem psychologię. – Twarz dziewczyny ściągnął grymas. – To znaczy studiowaliśmy.

Margit poklepała ją po ramieniu.

– Pamiętasz, czy drzwi były otwarte, kiedy tu przyszłaś?

– Chyba były zamknięte.

– Od środka? Masz klucz?

Amanda pokręciła głową.

– Nie były zamknięte na klucz. Najpierw zapukałam, ale kiedy Marcus nie otwierał, nacisnęłam klamkę i weszłam.

Przerwała na wspomnienie tego, co zobaczyła jakieś pół godziny wcześniej. Wargi jej zadrżały i przycisnęła do nich pięść, żeby znów nie wybuchnąć płaczem.

Margit czekała, nie chciała dziewczyny ponaglać.

– I on tam po prostu wisiał – powiedziała w końcu Amanda. – Pod sufitem. I patrzył na mnie, chociaż nie żył. Przez cały czas na mnie patrzył.

Ukryła twarz w dłoniach.

– Czy kiedy tutaj szłaś, widziałaś kogoś na korytarzu?

– Nie, wszyscy spali. Jest przecież dość wcześnie.

Margit położyła dłoń na ręce Amandy.

– Jesteś pewna, że na nikogo nie zwróciłaś uwagi?

Z korytarza dobiegły głosy zbliżających się ludzi. Margit zakładała, że to personel medyczny, który przyjechał po ciało. Nilsson pewnie skończył swoją robotę.

– Nikogo nie pamiętam – powtórzyła Amanda.

– Ty i Marcus byliście bliskimi przyjaciółmi?

– Tak. – Amanda sięgnęła po stojącą na stole szklankę z wodą i upiła kilka łyków. – To znaczy razem się uczyliśmy. Robiliśmy tak w ostatnich semestrach. Równocześnie zaczęliśmy studia na uniwersytecie. Ale nie byliśmy ze sobą ani nic takiego.

– Czym się ostatnio zajmowaliście?

– Chodziliśmy na kurs „Grupy i procesy grupowe” i zaczęliśmy przygotowywać referaty.

– Wiesz, czy Marcus miał komputer?

Na twarzy dziewczyny dało się dostrzec zdezorientowanie, jakby nie do końca zrozumiała pytanie.

– Oczywiście, że miał.

– Nie możemy go znaleźć.

Minęło kilka sekund. Amanda wydawała się zastanawiać.

– Sprawdzaliście w jego plecaku? Albo w łóżku? Kiedy pisał, najczęściej leżał w łóżku.

– Nie siadał przy biurku?

– Nie, tam miał inne rzeczy.

– Wiesz, czy miał w pokoju drukarkę?

– Nie, nie wydaje mi się. W każdym razie żadnej nie widziałam.

– Jesteś tego pewna?

Amanda pokiwała głową.

– To gdzie robił wydruki? – spytała Margit.

Twarz młodej kobiety powoli odzyskiwała kolory. Amanda wydawała się bardziej opanowana, ale wciąż nerwowo obciągała rękawy sweterka. Były już tak rozciągnięte, że sięgały jej do połowy dłoni.

– Na uniwersytecie jest drukarka, z której można korzystać. Większość ludzi tak robi, ja też.

I nic dziwnego, pomyślała Margit. Samobójstwa często bywają zaplanowane wcześniej. Jeśli Marcus Nielsen nie miał własnej drukarki, zadbał pewnie, by gdzie indziej wydrukować list pożegnalny. Mógł przygotowywać swoje samobójstwo tygodniami, może nawet miesiącami.

Jedyną rzeczą, która nie zgadzała się do końca, było to, że poprosił Amandę, by przyszła dziś rano. Ale może chciał, żeby ktoś go szybko znalazł?

– Kiedy się umówiliście na dzisiejsze spotkanie?

– W piątek w bibliotece, kiedy nie zdążyliśmy skończyć zadania.

Margit wyprostowała plecy. Krzesło było twarde i niewygodne; na pewno nie kosztowało wiele. Ale przecież studenckie mieszkania nie słynęły z drogiego wyposażenia.

– Czy Marcus w ostatnim czasie zachowywał się jakoś inaczej? Był zdenerwowany albo przygnębiony?

Amanda pokręciła głową.

– Nie, był taki jak zawsze. To dlatego nie potrafię pojąć…

Głos jej się załamał. Znów popłynęły łzy.

Margit czekała, aż dziewczyna się uspokoi. Gdy skończą rozmowę, trzeba ją będzie odesłać do domu wozem policyjnym.

– Wspominał kiedyś o popełnieniu samobójstwa? – spytała po chwili.

– Nie, absolutnie nie. – Amanda powiedziała to szybko i z naciskiem w głosie.

– Jesteś tego całkowicie pewna?

– Tak.

– I byliście tak bliskimi przyjaciółmi, że zauważyłabyś, gdyby coś go dręczyło?

Amanda tak mocno pokiwała głową, że ciemne włosy opadły jej na czoło i zasłoniły twarz.

– Tak, rozmawialiśmy o wielu sprawach.

Margit pochyliła się nad stołem.

– Muszę cię o to zapytać, chociaż wyda ci się to trudne. Czy przychodzi ci do głowy jakiś powód, dla którego mógłby chcieć umrzeć?

– Nie, mówiłam przecież – stwierdziła dobitnie Amanda i popatrzyła Margit prosto w oczy. – Marcus nie był przygnębiony. Nigdy nie lubił rzucać się w oczy, ale to nie ma nic do rzeczy.

Samobójcy nie zawsze opowiadają o swoich planach, pomyślała Margit. Statystyki mówiły jednak same za siebie. Przyjaciele i rodzina zazwyczaj uparcie twierdzili, że nie było żadnych oznak zapowiadających nieszczęście – to niemal reguła.

Nagły ruch sprawił, że odwróciła głowę. Do kuchni wszedł właśnie wysoki mężczyzna.

Jego jasne włosy gdzieniegdzie przetykane siwizną były zmierzwione, jakby przed chwilą przeczesał je palcami. Oczy zdawały się nieco opuchnięte. Plecy miał lekko zgarbione. Wyglądał na wyrwanego z ciężkiego snu.

Bardziej wyczuła, niż zauważyła, że Thomas lekko utyka. Przypomniała sobie, jak bliski był śmierci na lodzie ubiegłej zimy niedaleko Sandhamn.

– Thomas.

Pamiętnik: 24 października 1976

Jutro już pora. Mam się stawić na wyspie Rindö, niedaleko Vaxholm, gdzie mieści się Akademia Piechoty Morskiej.

Tata obiecał, że mnie zawiezie, mam się stawić na służbę już o ósmej rano. Musimy wyjechać o szóstej, żeby zdążyć.

O miejsce ubiegało się niemal tysiąc osób, czterysta przyjęto w ramach dodatkowego poboru. Zaakceptowano tylko pięć procent. Z tego zwykle szkolenie kończy około dwóch trzecich.

Tata jest dumny, nie próbuje tego ukrywać. Był w wojsku kucharzem. Wydawał się nawet trochę zazdrosny, gdy mu powiedziałem, gdzie się ubiegam o przyjęcie.

Mama się zaniepokoiła, gdy przyszła wiadomość, że zostałem przyjęty.

– Naprawdę chcesz robić takie rzeczy?

Wyszczerzyłem tylko zęby. Już widziałem siebie w zielonym berecie ze złotym trójzębem.

Znak komandosów piechoty morskiej.

Gdy miałem dziesięć lat, pojechaliśmy całą rodziną do Sztokholmu. Poszliśmy na zamek królewski, a przy Skeppsbron stało kilka wojskowych łodzi.

Odchodziliśmy stamtąd, gdy przymaszerowali żołnierze. Wszyscy mieli zielone berety, szli w szeregu, miarowym krokiem. Wszyscy wyglądali tak samo: surowi, z poważnym wyrazem twarzy. Jeden z nich, mijając nas, mrugnął do mnie. Jakbym był jednym z nich.

Gapiłem się z otwartymi ustami.

– Kto to był? – spytałem.

– Piechota morska – odparł tata. – Elitarna jednostka.

– Piechota morska – powtórzyłem i wsunąłem dłoń w jego rękę. – Kiedy urosnę, zostanę jednym z nich.

Czwartek

(pierwszy tydzień)

6

Kobieta, która czekała w recepcji na komisariacie policji w Nacce, przykuła uwagę Thomasa, gdy tylko wszedł. Właśnie minęło wpół do ósmej, czwartek rano.

Kobieta była wyraźnie blada i zupełnie bez makijażu. Thomas ocenił jej wiek na mniej więcej czterdzieści pięć lat, wydała mu się o kilka lat starsza od niego. Nosiła krótką pikowaną kurtkę koloru czarnego i ciemnoniebieskie, trochę wystrzępione u dołu dżinsy.

– Thomas, ktoś szuka ciebie i Margit! – zawołała recepcjonistka, gdy tylko go zobaczyła.

Kobieta natychmiast wstała.

– Thomas Andreasson to pan?

Kiwnął głową.

– Nazywam się Maria Nielsen. Mój syn Marcus… – Zawahała się, ale szybko wzięła w garść. – Mój syn Marcus zmarł w niedzielę. Był pan tam, widział go pan.

Thomas przypomniał sobie zwłoki wiszące w świetlistej aureoli. Przypomniał sobie jasne jesienne słońce i martwego chłopaka. Ciszę panującą w pokoju, gdy personel medyczny ostrożnie poluzował linę i zdjął ciało.

– Muszę z panem porozmawiać – ciągnęła Maria Nielsen drżącym głosem.

– Proszę ze mną – powiedział i poprowadził ją w stronę wind.

Wjechali na drugie piętro i Thomas wyjął kartę magnetyczną, by otworzyć drzwi prowadzące do wydziału śledczego.

Podsunął Marii Nielsen kubek kawy z automatu. Przyjęła go bez słowa. Kawa była czarna; wrzuciła do niej dwie kostki cukru.

Zaprowadził ją do jednego z mniejszych pokoi dla gości. Opadła na krzesło, nie zdjęła kurtki.

– Muszę z panem porozmawiać o swoim synu – rzuciła, jeszcze zanim Thomas zdążył usiąść. – Marcus nie mógł odebrać sobie życia. To niemożliwe. Ktoś go musiał zabić.

– Dlaczego pani tak twierdzi?

Thomas utkwił spojrzenie w bladej twarzy kobiety i postarał się, żeby jego głos zabrzmiał neutralnie. Nie chciał dodatkowo pogłębiać jej rozpaczy powątpiewaniem w prawdziwość jej słów.

– Po prostu to wiem – zapewniła. – Marcus nigdy nie wspominał o samobójstwie. Nie był nieszczęśliwym człowiekiem, nigdy nie był przygnębiony ani smutny.

Thomas pochylił się ku niej i spytał:

– Ale przecież nie mieszkał w domu. Czy nie mogło się stać coś, o czym pani ani jego ojciec nie wiedzieliście?

Stanowczo pokręciła głową.

– Nie wierzę w to. Mieliśmy dobry kontakt. Poza tym David by wyczuł, gdyby coś było nie tak.

– David?

– Młodszy brat Marcusa. Są… byli… jak bliźniacy. David jest zdruzgotany. Zimą mieli jechać na narty, rozmawiali o tym, że spędzą tydzień w Alpach francuskich po egzaminach Marcusa w styczniu.

Wyjęła z kieszeni pogniecioną chusteczkę higieniczną i wytarła nos.

– Dlaczego miałby planować podróż z bratem, jeśli chciał umrzeć? – Jej ton był na przemian pełen rezygnacji i agresywny. – Potrafi pan na to odpowiedzieć? Dlaczego miałby to robić?

Thomas żachnął się lekko.

– Sekcja nie wykazała niczego, co świadczyłoby o tym, że to nie samobójstwo, wie pani o tym. Dostali państwo kopię raportu?

Z zawziętą miną pokiwała głową.

– To niczego nie dowodzi.

– Policja zbadała mieszkanie Marcusa. Nic nie wskazuje na to, że z jego śmiercią związane było jakieś przestępstwo. – Popatrzył na nią ze współczuciem. – Niestety, wszystko świadczy o tym, że sam odebrał sobie życie.

Maria Nielsen wzdrygnęła się, jakby ją uderzył. Do jej oczu napłynęły łzy.

– Przykro mi – dodał Thomas.

– Ktoś musiał zamordować Marcusa. – Kobieta uniosła w stronę Thomasa palec wskazujący. – Nie możecie zamknąć jego sprawy. Nie wolno wam.

– Nie mówiłem, że tak zrobimy. Ale jeśli nie znajdziemy żadnych oznak, że popełniono przestępstwo, trudno będzie wszcząć śledztwo w sprawie morderstwa.

Gniew, który tak nagle nad nią zapanował, równie szybko zastąpiła rozpacz.

– Proszę. Mój syn zasługuje na coś lepszego.

Pochyliła się nad stołem i mocno chwyciła Thomasa za nadgarstek.

Współczuł jej, ale wiedział też, co na wczorajszym porannym spotkaniu powiedział Dziadek, szef wydziału śledczego, na temat cięć i niedoboru personelu. Na biurkach piętrzyły się stosy dokumentów. W tych okolicznościach nie potraktują priorytetowo sprawy jakiegoś młodego studenta, który, jak wszystko na to wskazywało, zmęczył się życiem.

– Ma pan dzieci?

Pytanie padło nieoczekiwanie i na sekundę Thomasa zamurowało. Uniósł kubek z kawą do ust, by zyskać na czasie.

– Ma pan? – powtórzyła Maria.

– Nie. Tak.

Sam słyszał, jak słabo to zabrzmiało. Pamiętał, co czuł, gdy obudził się tamtego ranka, a Emily leżała sztywna w kołysce przy łóżku – to wciąż tkwiło w jego ciele. Gdy wszelkie próby, by przywrócić ją do życia, okazały się bezowocne, ratownicy z karetki siłą odciągali go od ciała córeczki.

Jej odejście zniszczyło jego małżeństwo z Pernillą i niemal zrujnowało mu życie.

– Miałem córeczkę… ale umarła, kiedy była bardzo mała.

Teraz w każdym razie był w stanie powiedzieć to na głos. Minęło dużo czasu, nim do tego doszedł.

Maria Nielsen zamrugała oczami, mocno opuchniętymi i zaczerwienionymi. Jednak jej zaciśnięte usta nadal wyrażały zdecydowanie. Utkwiła wzrok w twarzy Thomasa.

– Bardzo mi przykro, ale przynajmniej pan rozumie, jak się w tej chwili czuję. – Jej głos stał się jeszcze bardziej natarczywy. – Musi mi pan pomóc. Marcus nie odebrał sobie życia. Po prostu to wiem.

7

Thomas wszedł do dużej sali konferencyjnej, gdzie zwykle odbywały się poranne spotkania. Przed chwilą odprowadził Marię Nielsen do wyjścia i wciąż miał w uszach jej rozpaczliwe prośby.

Dziadek jak zwykle siedział u szczytu stołu, obok niego Karin Ek, ich skuteczna asystentka. Naprzeciw nich Erik Blom dopijał resztki kawy. Wilgotne włosy i wciąż zaczerwieniona twarz świadczyły o tym, że przyszedł prosto z siłowni. Jego komórka zapiszczała – uśmiechnął się pod nosem, czytając wiadomość.

Thomas bez problemu potrafił sobie wyobrazić, że to SMS od jednej z wielu dziewczyn, które pojawiały się w życiu beztroskiego policjanta i dość szybko znikały. Wieki temu też tak miał.

Wskazówki zegara zbliżyły się do ósmej. Weszła Margit i usiadła na krześle obok Thomasa.

– Przepraszam – mruknęła w stronę Dziadka. – Na Skurubron był korek.

W odpowiedzi kiwnął szybko głową.

Omawiali zadania na dzisiejszy dzień. Thomas powrócił myślami do Marii Nielsen. Na wpół obiecał jej, że nie odłożą na bok sprawy śmierci jej syna. Nie zmienił zdania, lecz poruszyła go jej rozpacz.

Nagle zauważył, że zapadła cisza.

– Jesteś z nami, Thomas? – spytał Dziadek.

Spróbował wziąć się w garść i zrobił taką minę, jakby nadążał za rozmową. Nie miał jednak pojęcia, o czym mówili.

Tak jak to się często zdarzało w ostatnim czasie, zawiodła go koncentracja. Zupełnie jakby mózg nie chciał być mu posłuszny. Mógł o czymś myśleć, a potem nagle przyłapywał się na tym, że skupił się na czymś zupełnie innym.

– Pewnie – odparł.

– No dobrze. W takim razie kończymy na dziś – oświadczył Dziadek.

– Czekaj – odezwał się Thomas.

– Tak? – Dziadek przyglądał mu się uważnie.

– Marcus Nielsen.

Głos Thomasa zabrzmiał bardziej natarczywie, niż zamierzał.

– Co z nim?

– Nie powinniśmy trochę dokładniej przyjrzeć się jego śmierci?

Dziadek spojrzał na niego pytająco.

– Powiesił się – stwierdził.

– Dziś widziałem się z jego matką. Nie wierzy w to.

– W niedzielę pojechałam do jego rodziny – wtrąciła Margit. – Nikt z nich nie chciał się pogodzić z tym, że chłopak popełnił samobójstwo. Z rodziną rzadko bywa inaczej.

– W każdym razie chciałbym poświęcić temu parę godzin – powiedział Thomas.

W oczach Margit dojrzał coś, czego nie potrafił nazwać. Może to było współczucie? Albo niepokój, że zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością?

W niedzielę spóźnił się na miejsce zdarzenia, nie po raz pierwszy zresztą. Wciąż kiepsko sypiał i czasem brał tabletki nasenne, choć następnego dnia był przez to zaspany. Zdarzało się, że nie słyszał budzika, wstawał za późno i nie zdążał na poranne spotkania.

Bez tabletek budził się nad ranem i nie mógł ponownie zasnąć. Myśli krążyły po głowie jak film, który nie chciał się skończyć. Brak snu sprawiał wtedy, że przez cały dzień Thomas poruszał się jak we mgle.

– Chciałem odwiedzić rodzinę i ostatni raz z nimi porozmawiać. – W jego głosie brzmiała niepewność. Sam to usłyszał, więc się wyprostował i dodał bardziej stanowczym tonem: – Myślę, że możemy sobie na to pozwolić. Chłopak miał tylko dwadzieścia dwa lata.

– No to zrób tak – zezwolił Dziadek. – Ale nie poświęcaj na to za dużo czasu. Teraz, gdy już wróciłeś, jesteś potrzebny do innych rzeczy, Thomas.

Dziadek pozbierał papiery i wstał. Spotkanie dobiegło końca.

Nielsenowie mieszkali w białym domu z wapienno-piaskowej cegły na północnych przedmieściach Sztokholmu. W okolicy stały podobne niewielkie domy – blisko siebie i na raczej małych działkach. Niektóre z domów rozbudowano, ale widać było, że budowano je na podstawie tych samych planów.

Drzwi otworzył nastoletni chłopak, blady i zmęczony. Oczywiście to David, pomyślał Thomas. Młodszy brat Marcusa.

Przedstawił się i wszedł do środka.

– Mamo! – zawołał chłopak. – Przyszli z policji.

Usłyszał kroki na schodach i w przedpokoju pojawiła się Maria Nielsen. Wyglądała, jakby przed chwilą płakała, oczy miała zaczerwienione. Ściągnęła włosy gumką, ale kilka kosmyków opadało jej na twarz.

– To pan? – spytała zdumiona.

Thomas wyciągnął rękę, by się przywitać.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – powiedział. – Chciałem zadać jeszcze kilka pytań. Oczywiście, jeżeli pani pozwoli.

– Naturalnie.

Nerwowym gestem przygładziła włosy.

– Napije się pan kawy?

Thomas był przygotowany na to pytanie. Większość ludzi, u których zjawiała się policja, proponowała kawę niemal odruchowo. Czasem miało to na nich niemal terapeutyczny wpływ.

Pokręcił głową.

– Dziękuję, nie trzeba. Chciałbym tylko usłyszeć trochę więcej o Marcusie.

Poszedł za matką i synem do dużego pokoju. Usiedli. W pomieszczeniu dominował duży płaski telewizor. X-box umieszczony na czarnej podstawie świadczył o tym, że bracia interesowali się grami komputerowymi.

Teraz został tylko jeden brat.

– Czy Marcus wyprowadził się dawno temu? – zaczął Thomas.

– W zeszłym roku, gdy dostał się na studia – odparła Maria Nielsen. – Mimo to często bywał w domu, zajrzał na przykład w sobotę.

Spojrzała na swoje ręce.

– Zwykle przynosił mi rzeczy do prania. – Po jej twarzy przemknął smutny uśmiech. – Uważałam, że sam powinien sobie radzić z takimi rzeczami, ale nie mogłam mu nie pomóc. – Wyzywająco uniosła podbródek. – Zachowywał się dokładnie tak jak zawsze. Dlatego nie mieści mi się w głowie, że… – spojrzała za okno i dokończyła szeptem – …tego samego wieczoru się powiesił.

David wydał z siebie zduszony dźwięk, gdy matka wypowiedziała zakazane słowa.

Thomas starał się być delikatny.

– Pamięta pani, co robił, gdy był tu po raz ostatni? Powiedział coś szczególnego, co utkwiło pani w pamięci?

Wzruszyła ramionami. Pełen rezygnacji gest, świadczący o jej bezradności.

– Było dokładnie tak jak zwykle, mówiłam już o tym. Marcus zjadł coś w kuchni, potem poszedł na górę do swojego pokoju.

Thomas spojrzał na Davida.

– Byłeś wtedy w domu?

– Tak, byłem.

– Zauważyłeś coś szczególnego w zachowaniu brata?

Usta Davida drżały, gdy odpowiadał:

– Marcus był dokładnie taki jak zwykle. Mama ma rację.

– Robiliście coś specjalnego w tę sobotę?

– Nie, głównie leżał na łóżku w swoim pokoju i surfował w internecie.

Thomas przypomniał sobie, że wciąż nie odnaleziono komputera Marcusa. Komórki zresztą też nie. To było dziwne.

– Czego wtedy używał?

– Swojego komputera oczywiście.

– Nie możemy go znaleźć w jego mieszkaniu. Jesteś pewien, że miał go ze sobą w sobotę?

Mina Davida wyrażała zdumienie.

– Marcus wszędzie chodził z komputerem. Zwykle nosił go w plecaku. Nigdzie się bez niego nie ruszał.

– Możliwe, by zostawił go tutaj? – zastanawiał się głośno Thomas. – Może wciąż jest w jego pokoju?

Odwrócił głowę i spojrzał na matkę.

– Nie widziałam go – stwierdziła Maria Nielsen. – Jeśli pan chce, możemy od razu sprawdzić.

Wstała i ruszyła przed Thomasem schodami na piętro. Znaleźli się w niewielkim korytarzu. Maria Nielsen otworzyła najbliższe drzwi, cofnęła się o krok, żeby przepuścić Thomasa.

Dawny pokój Marcusa nie był duży, miał najwyżej osiem metrów kwadratowych. Stały tu łóżko, biurko i podniszczony czarny skórzany fotel. Na ścianach wisiały plakaty i stara flaga harcerzy wodnych.

Thomas podszedł do niej i dotknął lekko wyblakłego materiału.

– Marcus udzielał się w harcerstwie wodnym, kiedy był nastolatkiem. Lubił być na morzu – stwierdziła Maria Nielsen. – Należał do klubu kajakowego i dużo pływał po sztokholmskich szkierach.

Thomas się odwrócił.

– Ja też to lubię. Mam domek na Harö, niedaleko Sandhamn, i często pływam kajakiem po okolicy.

Usta Marii Nielsen zadrżały.

– Tak jak Marcus.

– Co sądził o swoich studiach? – spytał Thomas.

Opadła na łóżko i przesunęła dłonią po miękkiej owczej skórze leżącej w nogach.

– Marcus strasznie się ucieszył, kiedy go przyjęli. Pisał test i uzyskał bardzo dobre wyniki. Nie tak łatwo się dostać na psychologię, wielu ludzi chce studiować ten kierunek.

– Dlaczego wybrał akurat ten?

– Zainteresował się tym w gimnazjum. To za sprawą jednego nauczyciela. Dziwne, że jedna osoba może aż tyle znaczyć dla wyborów, jakich dokonujemy.

Jej głos brzmiał smutno.

Thomas rozejrzał się po raz ostatni. Nie widział żadnego komputera ani niczego, co rzucałoby się w oczy. Marcus Nielsen aż do śmierci pozostał zwyczajnym studentem.

Na wyświetlaczu pojawił się znajomy numer.

Gdyby Nora nie odebrała, uruchomiłaby się skrzynka głosowa. Henrik nagrałby wiadomość, a ona mogłaby zdecydować, kiedy ją odsłucha.

Albo i nie odsłucha…

Ale może stało się coś ważnego.

Niechętnie odebrała.

– To ja.

Usłyszała te nonszalanckie słowa i poczuła złość.

Dlaczego uważał, że Nora rozpozna jego głos? To takie typowe dla niego: po prostu zakładać, że tak się stanie. Bądź co bądź są w separacji i niedługo ostatecznie się rozwiodą.

Po trzynastu latach małżeństwa.

– Tak?

Nora postanowiła być równie zdawkowa.

– Parę rzeczy mi się zbiegło na czas ferii jesiennych.

Zagryzła wargę, by nie powiedzieć niczego głupiego. Nie rozumiała, skąd się brała ta złość, ale gdy tylko słyszała jego głos, to uczucie pojawiało się jak po naciśnięciu jakiegoś guzika.

– Ach tak – mruknęła.

– Zmienił mi się grafik. Mam wyznaczone dyżury przez cały tydzień, więc nie będę mógł zabrać chłopców do Londynu, tak jak planowałem.

– Czy to przypadkiem nie Marie skłoniła cię, żebyś zmienił zdanie?

Natychmiast pożałowała tych słów. Kiedy stała się taka marudna? Musi wziąć się w garść.

– Nie mieszaj do tego Marie.

Ale Nora nie potrafiła się powstrzymać.

– Może wolicie wybrać się razem w jakąś romantyczną podróż? Pewnie by nie wytrzymała z dwoma chłopakami, którzy ciągle czegoś od ciebie chcą.

– Daj spokój.

Głos Henrika był jak uderzenie bicza.

Nora poczerwieniała. Wzięła głęboki oddech i stłumiła agresję w głosie.

– Chłopcy będą zawiedzeni.

– Wiem. – Ton Henrika stał się bardziej pojednawczy. – Naprawdę to nie mój pomysł. Inny radiolog poszedł na dwa miesiące na zwolnienie i trzeba było wszystko zaplanować na nowo.

– Aha.

Teraz było jej trochę wstyd.

– Myślałem, że moglibyśmy pojechać trochę później, w listopadzie. Pod koniec miesiąca będę miał cztery dni urlopu.

– Wtedy chłopcy musieliby zwolnić się ze szkoły.

Nora sama słyszała niechęć w swoim głosie.

– To chyba nie koniec świata? – spytał Henrik. – Są dopiero w drugiej i szóstej klasie, nie w gimnazjum. Kilka dni raczej nie zrobi jakiejś wielkiej różnicy.

Nora powstrzymała się od gorzkich słów.

– Nie, nic się nie powinno stać. Ale będziesz musiał ich zwolnić.

– Jak to się robi?

Wezbrała w niej wściekłość.

Miał tak wygodnie przez wszystkie te lata, gdy to ona załatwiała większość spraw. Zajmowała się wszystkimi kontaktami ze szkołą i przedszkolem. On nie musiał nawet kiwnąć palcem.

No i w podziękowaniu zdradzał ją z pielęgniarką w pracy.

– Chyba możesz zadzwonić do sekretariatu i zapytać! – warknęła i zakończyła rozmowę.

Biało-niebieska taśma wciąż zagradzała wejście do pokoju Marcusa Nielsena. Thomas podniósł ją ostrożnie i przekręcił klucz w drzwiach.

W studenckim mieszkaniu, które było właściwie jednym wielkim pokojem, choć z własną łazienką, panował zaduch. Było tu dość ciemno, bo niebo na zewnątrz pokrywały chmury. Jasne światło, które zapamiętał z niedzieli, dawno zniknęło.

Rozejrzał się, nie do końca wiedząc, czego właściwie szuka. Może przyjeżdżanie tutaj było marnowaniem czasu? Obiecał Marii Nielsen, że spróbuje się dowiedzieć, co się stało z jej synem.

Tak w każdym razie czuł.

Poświęci tej sprawie jeszcze kilka godzin. Mógł zrobić chociaż tyle.

Naciągnął lateksowe rękawiczki i zaczął przeglądać książki i papiery na biurku.

Większość wyglądała na lektury, ale pod jedną ze stert papierów znalazł kilka mang. Strony były podniszczone, na okładce widniała duża tłusta plama.

Thomas się uśmiechnął. Najwyraźniej Marcus potrzebował trochę odmiany po wszystkich tych akademickich tekstach.

Najpierw metodycznie przeszukał regał, potem zabrał się do szafy. Na najwyższej półce leżało kilka starannie poskładanych T-shirtów. Wyczuwał w tym rękę Marii Nielsen. Schludnie poskładane ubrania kontrastowały z resztą bałaganu.

Pod łóżkiem stała czerwono-biała torba. Wyciągnął ją i zajrzał do środka. Zobaczył tylko podniszczoną piankę. Marcus pewnie używał jej podczas wypraw kajakiem. Jeśli zwykle wiosłował w okolicach Sandhamn, mogli nawet kiedyś pomachać sobie na powitanie, jak to zwykle robili kajakarze.

Thomas miał kajak i latem chętnie wypływał wczesnym rankiem. Nagle zatęsknił, by znów wybrać się na taką wycieczkę. Od ostatniej minęło sporo czasu.

Upłynęła godzina. Nie znalazł niczego.

Ostatni raz rozejrzał się po pokoju, zgasił światło i pozostawił historię Marcusa Nielsena za sobą.

Pamiętnik: październik 1976

Jest nas ośmiu w oddziale. Z ostrzyżonymi na zapałkę głowami i w zielonych mundurach wyglądamy tak samo – jak ludziki wycięte z papieru według tego samego szablonu.

Przemiana dokonała się wczoraj – poszedłem do fryzjera jak zwyczajny szwedzki chłopak z półdługimi włosami, a wyszedłem ostrzyżony na siedem milimetrów. Ściskając w rękach różne części munduru, próbowałem znaleźć kwaterę.

Nie możemy zachować nawet swoich imion, zwracają się do nas numerami i po nazwisku. Ja mam numer sto trzy. Jedynka oznacza pierwszy pluton, trójka – miejsce w oddziale. Jestem najstarszy w naszym oddziale, Andersson jest najmłodszy. Urodził się w grudniu, może dlatego jest trochę niższy niż pozostali. Ale jest sympatyczny, chociaż niewiele mówi. Śpimy na sąsiednich łóżkach.

W kwaterze mieszka nas dwudziestu, piętrowe prycze stoją w odległości około metra od siebie.

Wygląda na to, że Kihlberg to naprawdę równy gość, podobnie jak Martinger, który ma prawie dwa metry wzrostu i plecy szerokie jak drzwi od stodoły. Pozostali też są w porządku, tylko Eklund działa mi trochę na nerwy.

Wszyscy wydają się podenerwowani, ale przeczytałem wszystkie broszury, jakie tylko istnieją, i wiem, że szkolenie komandosów piechoty morskiej wymaga silnej psychiki i dobrych warunków fizycznych. Przyjmują tylko najlepszych.

Jestem dobrze przygotowany.

Przez ostatnich kilka dni spałem tylko po parę godzin. Zjadamy posiłki w dziesięć minut, rzucamy się na jedzenie, potem się rozbiegamy. Zawsze przemieszczamy się biegiem marszowym. Ciągle nas budzą, w końcu człowiek nie wie, czy jest dzień, czy noc, z niewyspania czuję się tak, jakbym ciągle był półprzytomny.

Robimy pompki na kostkach i gdy ktoś już dłużej nie może, wszyscy muszą zaczynać od początku. Kiedy ktoś nie daje rady, wszyscy cierpią za niego. Gdy tylko zrobimy coś nie tak, jesteśmy karani. Wszystko robimy nie tak…

Nie wiem, czy uda mi się to wytrzymać.

Ciągle wszystko rewidują.

Kiedy tutaj trafiłem, wydawało mi się, że rewizje to coś, co przeprowadzają celnicy albo policja. Teraz to słowo nabrało zupełnie nowego znaczenia. Oznacza, że sprawdzany jest każdy przedmiot, wciąż i wciąż od nowa, żebyśmy się nauczyli odkładać wszystko w idealnym porządku.

Musimy składać wszystkie ubrania dziesięć razy, żeby dobrze leżały w szafce. Potem sierżant wywala całość na podłogę i zaczynamy od początku.

Wczoraj mieliśmy się właśnie położyć, kiedy w drzwiach pojawił się sierżant. Rewizja trwała pół nocy. Nie wiem, który to już raz z rzędu. Nie byłem w stanie tego znieść, poczułem, że ściska mi się gardło. Przymknąłem oczy, żeby nikt niczego nie zauważył. Moje nogi poruszały się same i bez słowa zająłem miejsce w szeregu.

– Kontrola szafek! – wrzasnął sierżant nad moim uchem i zaczął przeklinać naszą nieudolność. – Co to za bajzel?! Ma być pruska dyscyplina i nic innego, rozumiecie?!

Sierżant trafił tu zaledwie jakiś rok przed nami i został jako zawodowy żołnierz. To znaczy, że on tutaj rządzi. Musimy wykonywać każdy rozkaz, jaki nam wyda.

Jego słowa są prawem.

Piątek

(pierwszy tydzień)

8

Gdy Thomas przyszedł do komisariatu, Maria Nielsen znów siedziała w recepcji. Ostrożnie uniosła rękę na powitanie, jakby zakłopotana tym, że znów mu się narzuca. Bez słowa uniosła małą czarną komórkę.

Thomas podszedł do niej.

– Witaj, Mario – powiedział. – Co tam masz?

– Telefon Marcusa. Po twojej wizycie jeszcze raz szukałam wszędzie laptopa, przekopałam cały dom. Znalazłam za to coś innego. Telefon Marcusa zaklinował się w szczelinie między łóżkiem a ścianą. Musiał wysunąć mu się z kieszeni, gdy w sobotę leżał na łóżku i grał.

– Jesteś pewna, że to komórka Marcusa?

– Tak, poznaję ją. Jego.

Thomas zważył komórkę w ręce. Dobrze, że przynajmniej ona się znalazła.

– Chodź, pójdziemy do mojego pokoju i chwilę porozmawiamy.

Poprowadził ją do wind tak jak poprzednio i wjechali na drugie piętro.

Kiedy tylko usiedli, Thomas odblokował komórkę.

– Naładowałam ją, bo bateria niemal się wyczerpała – powiedziała Maria Nielsen.

Prawym kciukiem wywołał listę ostatnich numerów wybieranych przez Marcusa. W ostatnim dniu swojego życia wybierał dwa numery. Jeden był zapisany jako „Dom”, drugi jako „Amanda”.

Przeglądał komórkę i w notatniku znalazł kilka słów: Disassociative behaviour, repressed emotions, memories of traumatic events.

Podsunął telefon Marii Nielsen.

– Wiesz, co to znaczy?

Pokręciła głową.

– Nie, niestety. Wygląda mi to na jakieś terminy psychologiczne, może to miało coś wspólnego z jego studiami.

Thomas przewijał dalej i dotarł do kalendarza. Szybko przejrzał ostatnie tygodnie w życiu Marcusa Nielsena. Sięgnął po notatnik i wypisał sobie informacje, które znalazł w kalendarzu.

Marcus wprowadził do kalendarza kilka wykładów z psychologii. Pod różnymi datami zanotował też kilka osób: pierwszą był Jan-Erik Fredell, potem jakiś Robert Cronwall i Bo Kaufman. Była tu też notatka o wizycie w aptece Beckasinen, w czwartek o jedenastej.

– Poznajesz któreś z tych nazwisk?

Thomas pokazał Marii Nielsen notatnik.

– Nie.

– Jesteś całkowicie pewna?

– Tak. Mogę o nie zapytać męża i Davida. Myślisz, że te nazwiska są ważne?

Jej oczy błagały go, by odpowiedział twierdząco, by zapewnił ją, że znalazł coś, co może mieć istotne znaczenie.

Powinien być szczery?

Najprawdopodobniej te nazwiska nic nie oznaczały. Mogły należeć na przykład do wykładowców z uniwersytetu albo jakichś kolegów. Wciąż nie znaleźli niczego, co w jakikolwiek sposób podważałoby teorię o samobójstwie.

– Nie wiem, Mario. W każdym razie przyjrzę się temu dokładniej, obiecuję.

Maria Nielsen otworzyła usta, jakby chciała ciągnąć tę rozmowę, ale je zamknęła. Bez słowa wstała. Thomas odprowadził ją do wyjścia.

Wracając do siebie, zajrzał do pokoju Karin Ek.

Na jej biurku jak zwykle panował idealny porządek, nawet ołówki były świeżo naostrzone. Rodzinne zdjęcia oprawione w takie same srebrnoszare ramki stały starannie ustawione obok siebie. Karin wydawała się czymś bardzo zajęta. Spojrzenie utkwiła w monitorze i stukała w klawiaturę tak, że dźwięk był słyszalny z daleka.

Thomas odchrząknął, by zwrócić na siebie uwagę, i podał jej karteczkę z nazwiskami z telefonu Marcusa Nielsena.

– Mogłabyś mi wyszukać te osoby? Zobacz, co ci się uda o nich znaleźć i jaki mają związek z Marcusem Nielsenem.

Spojrzał jeszcze raz na nazwiska, ale zupełnie nic mu nie mówiły.

Nadal nie umiał wyjaśnić, dlaczego zaginął komputer Marcusa. W głowie wciąż pobrzmiewały mu słowa Davida Nielsena: „Marcus nigdzie się bez niego nie ruszał”.

9

Minęła jedenasta. Thomas skończył właśnie pisać raport, gdy zadzwoniła Pernilla. Prawie przewrócił kubek z herbatą, sięgając po telefon.

Jej głos brzmiał inaczej niż zwykle. Natychmiast to usłyszał mimo trzasków w telefonie i ogarnął go niepokój.

– Kiedy wracasz do domu? – spytała.

– Nie spóźnię się. Chodzi o coś konkretnego?

Cisza.

– Halo?

Zdawało mu się albo usłyszał szloch.

– Stało się coś?

– Chciałam tylko zapytać, kiedy będziesz w domu.

– Myślę, że około szóstej. Kupić coś? Masz ochotę na coś konkretnego?

– Kup coś, co lubisz. To nie ma większego znaczenia.

Rozłączył się i osunął na oparcie krzesła.

Po tym, co się wydarzyło w lutym, Pernilla przez cały czas stała u jego boku. Przebywał w wodzie tyle czasu, że był o włos od śmieci. Ratownicy musieli użyć defibrylatora, by przywrócić akcję serca, które zatrzymało się wskutek ostrego wychłodzenia.

Spędził prawie miesiąc w ośrodku rehabilitacyjnym. Pernilla codziennie go odwiedzała.

Nadal nosił w sobie to uczucie paniki, które się pojawiło, kiedy zobaczył, że dwa palce u lewej nogi zaczęły czernieć i kurczyć się z powodu odmrożenia. Pernilla łagodziła jego niepokój i pocieszała go, gdy się zastanawiał, czy kiedykolwiek będzie mógł wrócić do pracy w policji.

Wkrótce się okazało, że palce trzeba amputować. Minęło kilka tygodni, nim się zmusił, by spojrzeć na stopę. Gdy wkładał skarpety, patrzył w inną stronę albo zamykał oczy.

Kiedyś późną nocą, gdy w ciemności wszystko wydawało się mniej rzeczywiste, a on sporo wypił, zmusił się, by ją obejrzeć. Usiadł na brzegu łóżka i powoli uniósł stopę.

Nie było tak źle, jak myślał.

Musiał się nauczyć chodzić inaczej niż dotychczas i nosił w bucie specjalną wkładkę. Teraz jedynym widocznym na pierwszy rzut oka dowodem braku palców było to, że lekko utykał.

– Jeśli pan zechce, będzie pan mógł biegać w maratonach – zapewniła go lekarka, nie przejmując się jego sceptyczną miną. – To tylko kwestia treningu i siły woli. Gdyby stracił pan duży palec, miałoby to znacznie większy wpływ na chód i utrzymywanie równowagi. Powinien się pan cieszyć, że nie było gorzej, że to tylko palce stopy.

Thomas wiedział, do czego nawiązywała.

Kilka palców rąk również było mocno odmrożonych, zwłaszcza u prawej ręki, na której nie miał wtedy rękawicy.

W pierwszych dniach po odzyskaniu przytomności nocą czuł lęk. Jak będzie żył bez palców u prawej ręki? Wtedy stanie się prawdziwym kaleką.

Jednak jakimś cudem palce udało się uratować.

Myśl o tym, że istniało ryzyko uszkodzenia mózgu wskutek zatrzymania akcji serca, była zbyt przytłaczająca, by miał ochotę do niej wracać.

Wreszcie wypisano go ze szpitala. Jeszcze przez jakiś czas – do końca lata – był na zwolnieniu. Pernilla czekała w recepcji, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, i zawiozła go do siebie. Z taką samą oczywistością przywiozła jego rzeczy z Gustavsbergu. Zamieszkał z nią w ich dawnym mieszkaniu, które zatrzymała po rozwodzie.

Letnie miesiące spędzili w domku na Harö. Tam powoli doszedł do siebie. Było tak, jakby nie istniały te lata, gdy żyli osobno i opłakiwali utratę Emily – każde na swój sposób. Ledwie miał odwagę wierzyć, że udało im się znów siebie odnaleźć. A tym bardziej, że już tak zostanie.

Zaschło mu w ustach na myśl, że teraz coś będzie nie tak. Zaczął go strasznie swędzić mały palec u lewej stopy, choć wiedział, że go tam nie ma. Intensywne swędzenie graniczyło z bólem.

Właśnie miał się pochylić i podrapać po palcu, którego nie miał, gdy ktoś zapukał do drzwi.

– Thomas?

Wzdrygnął się tak gwałtownie, że Karin Ek to zauważyła.

– Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć.

Zaprosił ją gestem i wskazał krzesło dla gości.

– Zamyśliłem się po prostu.

Karin przysunęła krzesło do stołu i pokazała kilka wydruków.

– Wyszukałam te nazwiska, które mi dałeś.

Założyła okulary, które nosiła na łańcuszku na szyi.

– Pierwsze dwa poszły dobrze, potem komputer jak zwykle się zawiesił. Wiesz, ile razy prosiłam o nowy? – Zmarszczyła czoło i dodała: – Za chwilę spróbuję jeszcze raz, na razie przyniosłam ci te.

– Co znalazłaś?

Wziął z jej rąk plik papierów i zaczął pośpiesznie przerzucać kartki.

– Jan-Erik Fredell niedawno skończył pięćdziesiąt lat, mieszka z żoną przy Oxelvägen w Älta.

– Ma dzieci?

– Dorosłą córkę, studiuje w Göteborgu.

– Czym się zajmuje?

– Niczym. Od kilku lat jest na emeryturze.

– Dość wcześnie – zastanawiał się na głos Thomas.

– Jest na rencie – odparła Karin. – Wcześniej pracował jako nauczyciel gimnastyki.

– A Robert Cronwall?

– Jest rówieśnikiem Fredella. Mieszka z żoną na Lidingö. Mają syna. Jego dom stoi niedaleko od ich domu. Mają też młodszą córkę w Uppsali.

– Czym się zajmuje Cronwall?

– Jest szychą w gminie Lidingö. Dyrektor finansowy. Całkiem nieźle zarabia. Dochód roczny, który deklaruje, nie wygląda kiepsko.

Thomas na próżno próbował dostrzec w tych informacjach coś, co byłoby przydatne w śledztwie.

– Znalazłaś jakiś związek z Marcusem Nielsenem?

– Nie. Ci dwaj mężczyźni mieszkają w różnych częściach Sztokholmu, zajmują się zupełnie różnymi rzeczami i żaden z nich nie wykonywał zawodu, który miałby coś wspólnego ze studiami Nielsena.

– Czyli ślepa uliczka – mruknął pod nosem Thomas.

To były tylko domysły, sam dobrze o tym wiedział. Odłożył papiery na biurko.

– W każdym razie dzięki – powiedział.

Dochodziła druga, gdy Margit wróciła na komisariat.

Thomas czekał na nią. Na lunch zjadł dwa hot dogi z ulicznego kiosku i wciąż czuł na podniebieniu smak musztardy.

Margit odwiesiła kurtkę i wtedy pokazał jej telefon Nielsena oraz wydruki, które dostał od Karin Ek. Przez kilka minut przeglądała materiał. Potem opadła na krzesło.

– Nie za bardzo jest tu się o co zaczepić – stwierdziła.

– Myślę, że powinniśmy odwiedzić Jana-Erika Fredella i Roberta Cronwalla – powiedział Thomas.

– A to dlaczego?

– Bo jeszcze nie skończyłem ze sprawą śmierci Marcusa Nielsena.

Spojrzenie Margit wyrażało wątpliwości. Za otwartym oknem wesoło i głośno ćwierkały jakieś ptaszki. W tej chwili trudno było uwierzyć, że jest połowa września.

– Musimy załatwić mnóstwo innych spraw – powiedziała. – Trudno powiedzieć, że mamy nadmiar personelu.

– Wiem.

Thomas nie potrafił podać żadnych racjonalnych powodów, zdawał sobie z tego sprawę. Marcus Nielsen zasługiwał jednak na coś więcej, nim jego śmierć zostanie ostatecznie sklasyfikowana jako samobójstwo, a akta zostaną zamknięte.

– Mogę jechać sam. Zostań, jeśli masz inną robotę.

– Dobra.

Margit uniosła rękę na pożegnanie i odwróciła się w stronę komputera.

Przed oczami Thomasa pojawiła się twarz Marii Nielsen. Przypomniał sobie ciało wiszące w świetle słońca, gdy wszedł do studenckiego mieszkania.

Okaleczona stopa znów zaczynała go swędzić.

10

Wystarczyło wejść na pokład promu z Waxholm i stres natychmiast znikał. Znajome uczucie podróżowania do Sandhamn zawsze poprawiało Norze nastrój.

– Zajmę nam miejsca – zawołał Simon i pomknął przed pasażerami wysiadającymi z autobusu zsynchronizowanego z porą wypłynięcia promu.

Lubił siedzieć na górnym pokładzie przy kafeterii, skąd miało się panoramiczny widok na mijane szkiery i skaliste wysepki.

Nora odstawiła bagaże i torby z jedzeniem i bez pośpiechu ruszyła za synem. Adam i Wille szli kilka metrów za nią ze słuchawkami iPodów starannie wetkniętymi w uszy.

Zapowiadała się piękna pogoda. Meteorolodzy obiecywali coś w rodzaju babiego lata i temperatury sięgające nawet dwudziestu stopni. Nora cieszyła się perspektywą kilku leniwych godzin na słońcu następnego dnia. Właściwie powinna skorzystać z okazji i zakitować szyby w oknie. W domu było wiele rzeczy do zrobienia, tylko że malowanie i tapetowanie, którymi zajmowała się latem, nadwątliło jej siły. Poza tym była zmęczona po kilku intensywnych dniach w pracy.

Simon zajął dla nich stolik. Chłopcy usiedli przy nim, Nora ustawiła się w kolejce do kafeterii. Był piątkowy wieczór, mogła więc sobie pozwolić na piwo, a chłopcy dostaną napoje.

Przywitała się z dziewczyną stojącą za ladą i złożyła zamówienie. Odwracała się z zapełnioną tacą w dłoniach, kiedy ktoś nagle wszedł jej w drogę. Nie dało się uniknąć zderzenia. Taca upadła na podłogę, butelki potoczyły się w różne strony.

– Uważaj trochę! – wybuchnęła.

Kufel się przewrócił, piwo rozlało. Odprężenie, które przed chwilą czuła, zniknęło w sekundę.

– Spokojnie – powiedział wysoki szatyn, sprawca wypadku. – Pani też się gwałtownie poruszyła.

Nora spojrzała na niego i zdała sobie sprawę, że się znają.

Wpadła na swojego nowego lokatora, Jonasa Skölda. Wynajmował ich stary dom, który odziedziczyła po dziadkach ze strony matki. Wyprowadziła się z niego, by zamieszkać w willi Brandów. Do tej pory spotkali się tylko kilka razy w przelocie. Jej rodzice pośredniczyli przy zawieraniu tego kontaktu. Poczuła ulgę, gdy polecili jej lokatora i nie musiała wynajmować domu komuś obcemu ani zamieszczać ogłoszeń.

Irytacja minęła. Poczuła się zażenowana swoim wybuchem.

Jonas Sköld był opalony i wydawał się wypoczęty. Dobrze wyglądał w dżinsach i koszulce polo. Nora uświadomiła sobie, że jest nieuczesana i wciąż ma rumieńce wywołane nagłym wybuchem.

Uklękła i zaczęła zbierać szklanki i butelki.

– To moja wina – mruknęła. – Przepraszam.

Jonas Sköld się uśmiechnął.

– Ja też mogłem bardziej uważać.

Podniósł pustą butelkę i podał jej. Potem wyciągnął do niej rękę.

– Jonas Sköld. To ja wynajmuję od pani dom.

Jego twarz była szczera i otwarta.

– Wiem, kim pan jest. Nie chciałam na pana tak naskoczyć. Miałam trudny tydzień.

– Nic się nie stało.

Wskazał na nieotwarte butelki z napojami:

– Wygląda na to, że ocalały.

Kiwnął głową do dziewczyny z kafeterii i powiedział:

– Daj mi, proszę, carlsberga. – Podał jej stukoronowy banknot i po chwili postawił na tacy Nory pełną butelkę. – Porządek został przywrócony.

– Dziękuję.

Nora miała się odwrócić i pójść do stolika, lecz poczuła, że nie chce tak nagle kończyć tej rozmowy. Zatrzymała się w pół ruchu.

– Naprawdę brak mi manier. Z domem wszystko w porządku?

– Tak, dzięki. – Wsunął portfel do tylnej kieszeni spodni i dodał: – Wprawdzie na razie niewiele tam bywałem, ale teraz zamierzam to nadrobić. Stacjonowałem za granicą, choć nie spodziewałem się tego, więc latem w ogóle nie miałem czasu, by pobyć na Sandhamn.

Nora uśmiechnęła się zachęcająco, ciągle próbując zatrzeć wspomnienie swojego wybuchu.

– Ach, właśnie. Jest pan przecież pilotem Scandinavian Airlines.

Jonas kiwnął głową.

– Musiałem zastępować kolegę i na większą część lata trafiłem do Francji. Mimo to zdążyłem przemalować drzwi wejściowe, tak jak obiecałem.

– Świetnie, to było naprawdę potrzebne.

Umowa najmu obejmowała drobne prace remontowe. Nora miała dość takich spraw, zajmując się willą Brandów. Ucieszyła się, że jej nowy najemca poważnie potraktował to zadanie.

– A tak przy okazji… Czy mógłbym schować parę pani rzeczy i poustawiać swoje? – spytał Jonas. – Skoro mam tam mieszkać przez trzy najbliższe lata, chciałbym urządzić dom trochę po swojemu.

– Oczywiście. Pan o tym decyduje. Proszę tylko nie wyrzucić czegoś, na czym mi zależy.

– Takie rzeczy zamierzałem schować głęboko w szafie – odparł i mrugnął do niej.

Mrugnięcie sprawiło, że Nora nagle poczuła się bardzo staro. Był chyba dziesięć lat młodszy od niej, sześć albo siedem na pewno. Pożałowała, że nie spotkali się w zupełnie innej sytuacji.

– Mamo, idziesz?

Głos Adama przebił się przez gwar. Nora wskazała na chłopców siedzących przy stoliku.

– Do zobaczenia – powiedział Jonas i poszedł w drugą stronę.

Zbliżali się do Sandhamn i Nora wyjęła portfel, by kupić bilety. Zapłaciła za nie i miała zamiar wracać do synów. W tym momencie zobaczyła swojego lokatora przy jednym z mniejszych stolików pod oknem na bakburcie.

Siedział nad otwartym laptopem i był całkowicie pochłonięty czymś, co wyglądało jak jedna z gier komputerowych Adama. Na ekranie rzymskie wojska w jaskrawym uzbrojeniu atakowały siebie nawzajem, gdy poruszał myszką. Jonas wydawał się nie zwracać uwagi na otoczenie i nie podniósł wzroku, gdy go mijała.

Najwyraźniej lubił gry strategiczne. Henrik nigdy by się czymś takim nie zajął. Nora uśmiechnęła się pod nosem.

11

Niewielka Älta na przedmieściach Sztokholmu, w południowej części gminy Nacka, miała zabudowę z lat sześćdziesiątych otoczoną zielenią. Thomas dojechał tam w niecały kwadrans.

Zaparkował samochód i spojrzał na fasadę ośmiopiętrowego budynku, w którym według ewidencji ludności mieszkał Jan-Erik Fredell. Przy wejściu nie wprowadzało się kodu, więc Thomas po prostu wszedł do środka.

Drzwi otworzyła mu kobieta około pięćdziesiątki. Miała krótko ostrzyżone, proste jak drut włosy i szare wdzianko zapięte pod samą szyję.

– Tak?

Thomas się przedstawił i zapytał, czy może wejść.

Wpuściła go do przestronnego przedpokoju.

– Janne, policja do ciebie! – zawołała i przedstawiła się jako Lena Fredell.

Ruszyła przodem do dużego, jasnego pokoju z pięknym parkietem. Thomas zwrócił uwagę, że w mieszkaniu nigdzie nie ma progów. Zrozumiał przyczynę, kiedy zobaczył wychudzonego mężczyznę siedzącego na sofie przed telewizorem. Obok sofy stał chodzik. Za plecami mężczyzny widać było przeszklony balkon, z którego roztaczał się widok na las. Na niektórych drzewach pojawiły się pierwsze żółknące liście.

Jan-Erik Fredell wyciągnął rękę na powitanie. Jego dłoń wyraźnie drżała. Thomas starał się nie okazywać zdumienia, ale starszy mężczyzna musiał zauważyć jego reakcję.

– Mam stwardnienie rozsiane – wydusił z siebie, i było wyraźnie słychać, że wymawia te słowa z wysiłkiem. – Przepraszam, że nie wstanę.

Sięgnął po pilota z bardzo dużymi przyciskami i wyłączył telewizor.

– Zaczęło się dziesięć lat temu i teraz tak to wygląda… – powiedział cicho. – W czym mogę panu pomóc?

Thomas usiadł na fotelu.

– Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pewnego młodego człowieka, który nazywał się Marcus Nielsen. Znał go pan?

Jan-Erik Fredell gwałtownie się rozkaszlał. Z kuchni przybiegła jego żona. Uderzyła go w plecy i podsunęła mu szklankę z niebieską słomką. Poczekała, aż kaszel ucichnie, i zwróciła się do Thomasa. W jej tonie słychać było lekki wyrzut.

– Jak pan widzi, mój mąż nie czuje się za dobrze. Nie wolno mu się denerwować. Co się stało?

Nie było powodów, by nie być szczerym.

– Pytałem o studenta, który nazywał się Marcus Nielsen. W niedzielę znaleziono go martwego w mieszkaniu.

Lena Fredell wydawała się zszokowana.

– Ten młody człowiek, który przyszedł do nas w zeszłym tygodniu? Ten student psychologii?

Thomas kiwnął głową.

– Mówiła pani, że państwa odwiedził. Jaki to był dzień?

– Niech pomyślę… – Zmarszczyła czoło. – Chyba środa.

– Może pani opowiedzieć o jego wizycie?

Lena Fredell spojrzała na męża.

– Głównie ty z nim rozmawiałeś.

Jan-Erik Fredell powoli wyprostował plecy, jakby szykował się do rozmowy, a jego żona wyszła.

– Najpierw zadzwonił i spytał, czy może nas odwiedzić – powiedział ochrypłym głosem Jan-Erik. – Chodziło o pracę, którą pisał. Miał sporo pytań.

– O co?

– Interesował się czasem, który spędziłem w wojsku.

Thomasa to zdziwiło. Zupełnie nie tego się spodziewał.

– Dlaczego?

– Miał pisać o tym, jak kiedyś było w wojsku. W latach siedemdziesiątych.

Thomas się zastanawiał. Do wojska powoływano wtedy właściwie wszystkich, a ci, którym się nie upiekło z przyczyn zdrowotnych, musieli odsłużyć jakiś rok.

– Pytał, jak to wtedy było, co musieliśmy robić i jak tego doświadczaliśmy – ciągnął mężczyzna. – Miał ze sobą formularz i wypełniał go w trakcie rozmowy.

– Dlaczego skontaktował się akurat z panem?

– Pewnie zbieg okoliczności. Znalazł jakąś księgę jubileuszową, w której było moje nazwisko.

Rozmowę przerwał kolejny atak kaszlu. Thomas czekał, aż Jan-Erik Fredell złapie oddech.

– Co mu pan opowiadał? – spytał w końcu.

– Rozmawialiśmy o niektórych dawnych wydarzeniach. Ale minęło dużo czasu, ponad trzydzieści lat. Pamięć nie dopisuje mi tak jak kiedyś.

– Gdzie pan służył?

– Byłem komandosem piechoty morskiej.

Piechota morska.

Przed oczami ukazał się Thomasowi obraz młodych mężczyzn w zielonych mundurach i beretach, ostrzyżonych na zapałkę. Twardziele, dla których wojsko było sensem życia i którzy byli gotowi znieść absurdalne trudy, by udowodnić swoją wyższość.

– Stacjonował pan na Korsö?

Nostalgiczny uśmiech.

– Tak. Zna pan wyspę?

– Przez wiele lat służyłem w policji wodnej. Mieliśmy możliwość nocować na Korsö. Poza tym mam domek letniskowy na Harö.

Dało się zauważyć, że Jan-Erik Fredell zaczyna być zmęczony. Thomas przerwał. Mężczyzna drżał teraz mocniej i zwiesił głowę, jakby była dla niego zbyt ciężka. Pomarszczona skóra tworzyła fałdę na szyi. Przypominał indyka ze zwieszonym dziobem.

Thomas zerknął na zegar. Jan-Erik Fredell nie zniesie wiele więcej.

– Czy zwrócił pan uwagę na jakieś pytanie Marcusa?

Mężczyzna pokręcił głową i uśmiechnął się słabo.

– Nie wiem. Jestem taki zmęczony. To był miły młody człowiek. Tak mi przykro, że nie żyje.

– Nie będę pana długo męczył – zapewnił Thomas. – Może pan powiedzieć coś więcej o tej pracy Marcusa?

– Chodziło o dynamikę grupy. Używał jakichś angielskich terminów, ale w tej chwili ich nie pamiętam.

Powinienem się skontaktować z wykładowcą Marcusa z uniwersytetu, pomyślał Thomas, i dowiedzieć się, o czym pisał.

Jan-Erik Fredell odchrząknął i znów się rozkaszlał.

Thomas sięgnął po szklankę.

– Napije się pan trochę wody?

– Tak, dziękuję.

Thomas podsunął mu szklankę i Jan-Erik Fredell pociągnął kilka łyków. Pił przez słomkę, mimo to kilka kropli spłynęło mu po podbródku.

Thomasa ogarnęło współczucie.

To musi być zapewne niezwykle trudne – być chorym i zależnym od innych w wieku, w którym człowiek wciąż powinien być w pełni sił. Najbardziej podstawowe, najprostsze czynności: wstawanie i siadanie, picie wody, pójście do toalety nagle wymagają niemal nadludzkiego wysiłku.

Do pokoju weszła Lena Fredell. Thomas miał wrażenie, że stała pod drzwiami i słuchała, ale nie chciała im przeszkadzać.

Zastanawiał się, jak często była w pobliżu, by w każdej chwili służyć pomocą. Czułe spojrzenie, jakie posłała mężowi, świadczyło o jej wielkiej cierpliwości.

Pochyliła się i otarła choremu wodę z podbródka. Na czole miała niewielkie i płytkie blizny, pewnie po ospie wietrznej.

Thomas podziękował i wstał. Lena Fredell odprowadziła go do drzwi.

– Mogę spytać, co się stało Marcusowi? – odezwała się, gdy już miał odejść.