Wydawca: Ole Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tego lata stałam się piękna - Jenny Han

Belly liczy czas w porach roku. Wszystko, co niezwykłe i magiczne, przytrafia się jej między czerwcem a sierpniem. Zimą dziewczyna odlicza tygodnie dzielące ją od lata, od domku przy plaży, Susanny i – co najważniejsze – od Justina i Conrada. Poznała ich dawno temu. Najpierw traktowała jak braci, a potem pokochała jak chłopaków. Tego lata, tego pięknego i koszmarnego lata, wszystko zaczyna się zmieniać. Ale czy skończy się tak, jak już dawno powinno się skończyć?

Pierwsza miłość. Sercowe rozterki. Jedna dziewczyna – dwóch zakochanych w niej braci.

Światowy bestseller!

Opinie o ebooku Tego lata stałam się piękna - Jenny Han

Fragment ebooka Tego lata stałam się piękna - Jenny Han

Jen­ny Han

Tego lata stałam się piękna

Tłuma­cze­nie: Sta­nisław Krosz­czyński

Tytuł ory­gi­nału: The Sum­mer I Tur­ned Pret­ty

Tłuma­cze­nie: Sta­nisław Krosz­czyński

Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Kiełbasiński

Zdjęcia na okładce: © sha­pe­char­ge

Re­dak­cja, ko­rek­ta i przy­go­to­wa­nie: Do­li­na Li­te­rek

Co­py­ri­ght © 2009 by Jen­ny Han. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Fo­lio Li­te­ra­ry Ma­na­ge­ment, LLC and GRA­AL Li­te­ra­ry Agen­cy.

Po­lish trans­la­tion © 2014 by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

Co­py­ri­ght © Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o., 2014

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

ul. Fok­sal 17, 00-372 War­sza­wa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

e-mail:biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-7881-346-0

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.i Alek­san­dra Łapińska / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla wszyst­kich ważnych ko­biet-sióstr w moim życiu, a zwłasz­cza Cla­ire.

roz­dział pierw­szy

Jecha­liśmy tam około sied­miu tysięcy lat. Tak przy­najm­niej mi się wy­da­wało. Ste­ven, mój brat, pro­wa­dził jesz­cze wol­niej niż na­sza bab­cia. Sie­działam obok nie­go na fo­te­lu pasażera, z no­ga­mi do góry.

Tym­cza­sem moja mama była nie­obec­na, siedząc na tyl­nym sie­dze­niu. Co praw­da na­wet wte­dy, gdy spała, spra­wiała wrażenie, jak­by czu­wała nad wszyst­kim. Jak­by w każdej chwi­li mogła się obu­dzić i po­kie­ro­wać całym ru­chem ulicz­nym.

– Przy­spiesz trochę – po­na­gliłam Ste­ve­na. Trąciłam go lek­ko w ramię. – Wiesz, mógłbyś spo­koj­nie wy­prze­dzić tego dzie­cia­ka na mo­to­ryn­ce.

– Nie do­ty­ka się kie­row­cy – po­uczył mnie Ste­ven. – I trzy­maj te brud­ne nogi z da­le­ka od przed­niej szy­by mo­je­go sa­mo­cho­du.

Pokręciłam pa­lu­cha­mi. Jak dla mnie wyglądały na zupełnie czy­ste.

– Prze­cież to nie twój sa­mochód. A za to niedługo będzie mój, jak wiesz.

– Jeżeli do­sta­niesz pra­wo jaz­dy – rzu­cił drwiąco. – Ta­kim lu­dziom jak ty nie po­win­no się w ogóle po­zwa­lać sia­dać za kie­row­nicą.

– Ej, po­patrz – zawołałam, po­ka­zując za okno. – Ten fa­cet na wózku in­wa­lidz­kim właśnie nas wy­prze­dził!

Ste­ven zi­gno­ro­wał tę za­czepkę, a ja zaczęłam się bawić ra­diem. Jeżeli cho­dzi o wa­ka­cje, to naj­bar­dziej lubię nad­mor­skie sta­cje ra­dio­we. Znam je nie go­rzej od tych, które na­dają w moim ro­dzin­nym mieście, a kie­dy zna­leźliśmy się w zasięgu Q94, wte­dy już na­prawdę wie­działam, że je­steśmy bli­sko, nad sa­mym brze­giem.

Od­szu­kałam moją ulu­bioną stację, taką, którą gra wszyst­ko od popu do sta­rych hitów i hip-hopu. Tom Pet­ty śpie­wał Free Fal­lin. Zaczęłam śpie­wać ra­zem z nim: „She’s a good girl, cra­zy ’bout Elvis. Lo­ves hor­ses and her boy­friend too”.

Ste­ven wyciągnął rękę, żeby przełączyć na coś in­ne­go, więc trzepnęłam go po łapie.

– Bel­ly, na dźwięk two­je­go głosu ogar­nia mnie chęć, żeby wje­chać pro­sto do oce­anu – stwier­dził i udał, że skręca w pra­wo.

Zaczęłam śpie­wać jesz­cze głośniej, aż obu­dziła się mama i też zaczęła śpie­wać. Obie mamy kosz­mar­ne głosy, więc nic dziw­ne­go, że Ste­ven pokręcił głową z dez­apro­batą, jak to Ste­ven. Tak na­prawdę prze­szka­dzało mu, że jest w mniej­szości. Właśnie to od­czu­wał naj­do­tkli­wiej po roz­wo­dzie ro­dziców, bo zo­stał sam. Je­den fa­cet na dwie bab­ki.

Je­cha­liśmy po­wo­li przez mia­sto, a cho­ciaż przed­tem podśmie­wałam się ze Ste­ve­na, że tak się wle­cze, w rze­czy­wi­stości wca­le mi to nie prze­szka­dzało. Lubiłam tę drogę i lubiłam tę chwilę. Zno­wu wi­działam zna­jo­me kąty, chatę Jim­my’ego Cra­ba, Putt Putt i wszyst­kie te skle­py dla sur­ferów. Całkiem jak­bym wróciła do domu po bar­dzo długiej nie­obec­ności. I zno­wu lato z mi­lio­nem jego obiet­nic, mi­lio­nem rze­czy, które mogą się zda­rzyć.

Im bar­dziej zbliżaliśmy się do domu, tym bar­dziej ogar­niało mnie zna­jo­me uczu­cie pod­eks­cy­to­wa­nia. Aż wresz­cie byliśmy już pra­wie na miej­scu…

Opuściłam szybę w oknie i zachłysnęłam się po­wie­trzem. Sma­ko­wało tak samo jak za­wsze, pach­niało tak samo. Od tego wia­tru zda­wało się, że włosy robią się lep­kie – ten sam słony wiatr, co za­wsze. Zupełnie jak­by cze­kał tu na mnie.

Ste­ven trącił mnie łokciem.

– Myślisz o Con­ra­dzie? – spy­tał.

Ko­lej­na za­czep­ka.

– Nie – od­parłam zde­cy­do­wa­nie.

Mama wsunęła głowę między dwa przed­nie sie­dze­nia.

– Bel­ly, ciągle ci się po­do­ba Con­rad? Z tego, co ob­ser­wo­wałam zeszłego lata, miałam ra­czej wrażenie, że coś może za­iskrzyć między tobą a Je­re­mim.

– CO? Ty i Je­re­mi? – Ste­ven miał minę, jak­by mu się zro­biło nie­do­brze. – Co się zda­rzyło między wami?

– Nic – od­po­wie­działam im oboj­gu. Czułam, że się czer­wie­nię, i pożałowałam, że nie mam jesz­cze opa­le­ni­zny, pod którą nie byłoby tego widać. – Mamo, to, że się z kimś przy­jaźnię, jesz­cze nie zna­czy, że cho­dzi o coś więcej. Bar­dzo cię proszę, nie mówmy o tym więcej.

Mama od­chy­liła się do tyłu.

– Załatwio­ne – po­wie­działa ta­kim to­nem, który za­my­kał dys­kusję.

Myślałam, że do Ste­ve­na to do­trze.

Ale nie, nie mógł so­bie da­ro­wać i drążył da­lej.

– No, opo­wia­daj, co jest z tobą i Je­re­mim? Nie możesz mówić ta­kich rze­czy, a po­tem nic nie wyjaśniać.

– Daj so­bie spokój – po­pro­siłam go.

Ste­ve­no­wi nie war­to było o czym­kol­wiek opo­wia­dać, po­nie­waż nie­po­trzeb­nie do­star­czyłabym mu je­dy­nie amu­ni­cji prze­ciw­ko so­bie. I tak ciągle się ze mnie na­bi­jał. A zresztą, nie było co opo­wia­dać, bo na­prawdę nic ta­kie­go się nie wy­da­rzyło.

Con­rad i Je­re­mi to sy­no­wie pani Beck. A pani Beck to tak na­prawdę Su­san­na Fi­sher, daw­niej Su­san­na Beck. Już tyl­ko moja mama mówiła na nią Beck. Znały się od nie­pa­miętnych czasów, odkąd miały po dzie­więć lat i łączyło je „sio­strzeństwo krwi”, jak w kółko obie po­wta­rzały. I rze­czy­wiście, miały na­wet bli­zny – iden­tycz­ne ślady na nad­garst­kach przy­po­mi­nające ser­dusz­ka.

Su­san­na po­wie­działa mi, że kie­dy się uro­dziłam, od razu wie­działa: je­stem prze­zna­czo­na jed­ne­mu z jej chłopaków. Stwier­dziła, że to fa­tum. Moja mama, która nor­mal­nie nie lubi tego ro­dza­ju tekstów, wtrąciła, że to by było ide­al­nie, tyle że po­win­nam naj­pierw mieć kil­ka przygód, a do­pie­ro po­tem się ustat­ko­wać. Tak na­prawdę po­wie­działa „kil­ka ro­mansów”. Co za słowo! Po­tem Su­san­na pogłaskała mnie po obu po­licz­kach i stwier­dziła:

– Bel­ly, z góry masz moje błogosławieństwo. Nie chciałabym oddać mo­ich chłopaków ni­ko­mu in­ne­mu.

Jeździ­liśmy do domu plażowe­go Su­san­ny każdego lata, odkąd byłam małym dziec­kiem, a na­wet jesz­cze wcześniej, za­nim przyszłam na świat.

Dla mnie Co­usins Be­ach to nie tyle sama miej­sco­wość, co przede wszyst­kim ten dom. Ten dom był moim świa­tem. Mie­liśmy własny kawałek plaży, tyl­ko dla sie­bie. Ten let­ni dom składał się z mnóstwa różnych rze­czy. Ga­nek pro­wadzący wokół całego bu­dyn­ku, po którym bie­ga­liśmy w kółko. Szkla­ne dzban­ki mrożonej her­ba­ty. Ba­sen w nocy… Ale przede wszyst­kim chłopcy. Przede wszyst­kim.

Za­wsze za­sta­na­wiałam się, jak wyglądają w grud­niu. Próbowałam so­bie wy­obra­zić, jak chodzą ubra­ni w sza­li­ki żura­wi­no­we­go ko­lo­ru i swe­try z gol­fem, jak są za­czer­wie­nie­ni na po­licz­kach od mro­zu i stoją przy bożona­ro­dze­nio­wej cho­in­ce – ale za­wsze ta wi­zja wy­da­wała mi się fałszy­wa. Nie znałam zi­mo­we­go Je­re­mie­go ani zi­mo­we­go Con­ra­da i byłam za­zdro­sna o wszyst­kich, którzy spo­ty­ka­li się z nimi zimą. Moim udziałem były klap­ki, nosy spa­lo­ne na słońcu, pia­sek na kąpielówkach. No do­bra, a te dziew­czy­ny, które w No­wej An­glii tłukły się z nimi na śnieżki w le­sie? Które tuliły się do nich w sa­mo­cho­dzie, które okry­wa­li swo­imi kurt­ka­mi, kie­dy na­prawdę było zim­no? To zna­czy ra­czej Je­re­mi. Bo Con­rad nie. Con­rad cze­goś ta­kie­go by nie zro­bił, to nie w jego sty­lu. Tak czy in­a­czej, to było nie­spra­wie­dli­we.

Sie­działam przy ka­lo­ry­fe­rze na lek­cji hi­sto­rii i za­sta­na­wiałam się, co też oni po­ra­biają i czy też się wy­grze­wają gdzieś przy grzej­ni­ku. Li­czyłam dni dzielące mnie od lata. Dla mnie zima pra­wie nie miała zna­cze­nia. Ważne było tyl­ko lato. Każdy ko­lej­ny rok mo­je­go życia to było ko­lej­ne lato. Nie­wie­le więcej. Tak jak­bym do czerw­ca właści­wie nie żyła na­prawdę, życie za­czy­nało się do­pie­ro na tam­tej plaży, w tam­tym domu.

Con­rad był o półtora roku star­szy od bra­ta. Ciem­ne włosy, ciem­ne oczy, ciem­na kar­na­cja. Mrocz­na du­sza: nie­prze­nik­nio­ny, nie­dostępny. I wiecz­nie z ta­kim łobu­zer­skim uśmiesz­kiem na ustach. Ta­kie usta aż chce się całować, żeby scałować ten uśmie­szek. Ale może nie żeby zniknął, tyl­ko żeby jakoś tam mieć go pod kon­trolą. A zresztą, jak kto woli. W każdym ra­zie właśnie o to mi cho­dziło z Con­radem. O to, żeby był mój.

Za to Je­re­mi – to był po pro­stu mój przy­ja­ciel. To taki chłopak, który tyle ma lat, ile ma, a ciągle po­zwa­la się wyści­ski­wać ma­mu­si. I w do­dat­ku wca­le się tego nie wsty­dził. Je­re­mi był zbyt zajęty tym, żeby do­brze się bawić, nie star­czało mu już ener­gii na to, żeby się cze­go­kol­wiek wsty­dzić.

Założyłabym się, że Je­re­mi był po­pu­lar­niej­szy w szko­le niż Con­rad. Je­stem pew­na, że to jego dziew­czy­ny lubiły bar­dziej. I na pew­no gdy­by nie fut­bol, Con­rad w ogóle by się nie li­czył. Byłby ta­kim ci­chym, wy­co­fa­nym Con­radem, a nie gwiazdą fut­bolu. I to mi się po­do­bało. Po­do­bało mi się, że Con­rad woli spędzać czas sa­mot­nie, grając na gi­ta­rze. Tak jak­by był po­nad to wszyst­ko, po­nad szkołę i inne bzdu­ry. Wy­obrażałam so­bie, że gdy­by Con­rad cho­dził do mo­jej szkoły, wca­le nie grałby w fut­bol, tyl­ko re­da­go­wałby ma­ga­zyn li­te­rac­ki i za­uważyłby kogoś ta­kie­go jak ja.

Gdy wresz­cie za­je­cha­liśmy pod dom, Je­re­mi i Con­rad sie­dzie­li na gan­ku. Po­chy­liłam się nad Ste­ve­nem i zatrąbiłam dwa razy klak­so­nem, co w na­szym let­nim języku zna­czyło „pil­nie po­trzeb­na po­moc przy bagażach”.

Con­rad miał już osiem­naście lat. Nie­daw­no były jego uro­dzi­ny. Nie do wia­ry, ale zro­bił się jesz­cze wyższy niż zeszłego lata. Włosy przy­ciął krótko, tak że nie za­kry­wały mu uszu, ale były tak samo ciem­ne jak za­wsze. W prze­ci­wieństwie do Je­re­mie­go, który zapuścił dłuższe, więc wyglądał bar­dziej na lu­zie, ale w do­brym tego słowa zna­cze­niu – trochę jak jakiś te­ni­si­sta z lat sie­dem­dzie­siątych. Kie­dy był młod­szy, włosy miał ja­snozłote, które la­tem robiły się pra­wie pla­ty­no­we, w do­dat­ku kręcone. Je­re­mi nie­na­wi­dził tych wijących się loków. Na krótki czas Con­rad zdołał go prze­ko­nać, że włosy kręcą się od skórek z chle­ba, więc Je­re­mi okra­wał każdą kromkę, a Con­rad wci­nał chru­piące skórki. Jed­nak z wie­kiem włosy Je­re­mie­go kręciły się co­raz mniej, a ra­czej fa­lo­wały. Trochę żałowałam tych jego kędziorów. Su­san­na na­zy­wała go swo­im aniołkiem, bo rze­czy­wiście wyglądał jak aniołek, miał ta­kie różowiut­kie po­licz­ki i złote pu­kle. Różowe po­licz­ki jesz­cze mu zo­stały.

Je­re­mi zro­bił me­ga­fon z dłoni i wrzasnął:

– Ste­ve!

Sie­działam w sa­mo­cho­dzie i pa­trzyłam, jak Ste­ve idzie do nich, po czym zaczęli się wyści­ski­wać, jak to chłopa­ki. Po­wie­trze pach­niało solą i wil­go­cią, jak­by w każdej chwi­li mógł spaść deszcz mor­skiej wody. Uda­wałam, że zawiązuję sznurówkę, ale tak na­prawdę chciałam po pro­stu przez chwilę po­pa­trzeć na nich i na dom. A dom był duży, sza­ro-biały, no i wyglądał jak pra­wie każdy inny dom przy tej uli­cy, tyl­ko le­piej. Wyglądał właśnie tak, jak moim zda­niem po­wi­nien wyglądać dom nad mo­rzem. Jak dom, do którego lubi się wra­cać.

Po­tem z sa­mo­cho­du wy­siadła też moja mama.

– Cześć, chłopa­ki. Gdzie wa­sza mama? – zawołała.

– Cześć, Lau­rel. Uci­na so­bie drzemkę – od­krzyknął Je­re­mi.

Za­zwy­czaj, kie­dy tyl­ko pod­je­cha­liśmy, Su­san­na wy­bie­gała pędem z domu.

Mama po­deszła do nich, po­trze­bo­wała na to mniej więcej trzech kroków, po czym wyści­skała obu. Moc­no. Bo moja mama po­tra­fiła moc­no uścisnąć, miała też moc­ny uścisk dłoni. Z oku­la­ra­mi prze­ciwsłonecz­ny­mi na czub­ku głowy zniknęła we wnętrzu domu.

Te­raz ja wy­siadłam, prze­rzu­ciłam torbę przez ramię. W pierw­szej chwi­li na­wet na mnie nie spoj­rze­li. Ale po­tem spoj­rze­li, a jakże. Na­prawdę mnie za­uważyli. Con­rad zmie­rzył mnie wzro­kiem, jak to robią chłopa­ki w ga­le­rii han­dlo­wej. A przed­tem przez całe życie ani razu tak na mnie nie spoj­rzał. Nig­dy. Po­czułam, że zno­wu się czer­wie­nię. Zresztą Je­re­mie­go też chy­ba za­tkało. Pa­trzył na mnie, jak­by nie mógł mnie roz­po­znać. A to wszyst­ko wy­da­rzyło się w mniej więcej trzy se­kun­dy, na­to­miast wy­da­wało się, że trwa o wie­le, wie­le dłużej.

Naj­pierw wyści­skał mnie Con­rad, ale tak jak­by z dy­stan­sem, nie za moc­no, nie za bli­sko. Mu­siał do­pie­ro być u fry­zje­ra, bo miał różową skórę na kar­ku, jak u małego dziec­ka. A pach­niał oce­anem. Pach­niał sobą.

– Wolałem cię w oku­la­rach – szepnął mi do ucha.

To nie było miłe. Ode­pchnęłam go i po­wie­działam:

– No i co z tego? Mam szkła kon­tak­to­we i nie za­mie­rzam z nich zre­zy­gno­wać.

Uśmiechnął się do mnie, a ten uśmiech to taki uśmiech, że nie sposób się na nie­go wście­kać. Za­wsze tak to na mnie działało.

– O, masz chy­ba parę no­wych – stwier­dził, do­ty­kając mo­je­go nosa.

Do­sko­na­le wie­dział, jaka je­stem prze­wrażli­wio­na na punk­cie mo­ich piegów, ale i tak za­wsze mi do­ku­czał z ich po­wo­du.

Po­tem po­chwy­cił mnie w swo­je objęcia Je­re­mi, pra­wie uniósł mnie w po­wie­trze.

– Ale wy­rosła, na­sza Bel­ly – zawołał.

Roześmiałam się.

– Pusz­czaj – zawołałam. – Pach­niesz po­tem!

Te­raz Je­re­mi roześmiał się głośno.

– Ta sama Bel­ly, co za­wsze – oświad­czył, ale gapił się na mnie, jak­by nie bar­dzo wie­dział, kim na­prawdę je­stem. Prze­krzy­wił głowę i powie­dział: – Ale jed­nak coś się w to­bie zmie­niło, Bel­ly.

Przy­go­to­wałam się do obro­ny.

– No co? Mam szkła kon­tak­to­we.

Sama jesz­cze nie całkiem się przy­zwy­czaiłam do cho­dze­nia bez oku­larów. A moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Tay­lor, na­ma­wiała mnie na so­czew­ki od szóstej kla­sy, aż wresz­cie się zgo­dziłam.

Uśmiechnął się.

– Nie, nie o to cho­dzi. Wyglądasz jakoś in­a­czej.

Po­tem poszłam z po­wro­tem do sa­mo­cho­du, a chłopa­ki za mną. Szyb­ko wyłado­wa­liśmy bagaże.

Za­raz po­tem złapałam wa­lizkę i swoją torbę, żeby po­biec pro­sto do mo­je­go sta­re­go po­ko­ju. Kie­dy Su­san­na była mała, to był jej po­ko­ik. Wyłożony ta­pe­ta­mi w ciap­ki, z białymi me­bla­mi. I była tam po­zy­tyw­ka, którą uwiel­białam. Gdy ją się otwo­rzyło, można było uj­rzeć wi­rującą ba­let­nicę, tańczącą do me­lo­dii z Ro­mea i Ju­lii, w sta­ro­mod­nym sty­lu. Trzy­małam w tej skrzy­necz­ce moją biżute­rię.

Wszyst­ko w tym po­ko­ju było sta­re i wypłowiałe, ale to właśnie mi się w nim po­do­bało. Wyglądał tak, jak gdy­by w ścia­nach, w łóżku, a zwłasz­cza w po­zy­tyw­ce kryły się ja­kieś ta­jem­ni­cze se­kre­ty.

Po tym, jak zo­ba­czyłam Con­ra­da i jak on się na mnie gapił w taki sposób, mu­siałam se­kundę ode­tchnąć. Chwy­ciłam plu­szo­we­go po­lar­ne­go miśka stojącego na komódce i przy­cisnęłam go moc­no do pier­si. Na­zy­wał się Ju­nior Mint, w skrócie Ju­nior. Usiadłam z Ju­niorem na tym sze­ro­kim łożu. Ser­ce biło mi tak moc­no, że aż je słyszałam. Wszyst­ko było tak jak za­wsze, a jed­nak wca­le ta­kie nie było. Chłopcy pa­trzy­li na mnie jak na praw­dziwą dziew­czynę, a nie jak na młodszą siostrę kum­pla.

roz­dział dru­gi

12 LAT

Pierw­sze­go praw­dzi­we­go za­wo­du miłosne­go do­znałam właśnie w tym domu.

Miałam wte­dy dwa­naście lat.

To był je­den z tych na­prawdę wyjątko­wo rzad­kich wie­czorów, kie­dy chłopcy nie spędza­li cza­su ze sobą. Ste­ven i Je­re­mi wy­by­li z ja­ki­miś chłopa­ka­mi, których po­zna­li w ga­le­rii han­dlo­wej. Wy­bra­li się na całonoc­ny połów ryb.

Con­rad stwier­dził, że nie ma ocho­ty, a mnie oczy­wiście nikt nie za­pro­sił, więc zo­sta­liśmy tyl­ko my dwo­je. To zna­czy nie ra­zem, ale w tym sa­mym domu.

Czy­tałam w moim po­ko­ju jakąś po­wieść, z no­ga­mi opar­ty­mi o ścianę, kie­dy wszedł Con­rad.

– Bel­ly, ja­kie masz pla­ny na dzi­siaj? – za­py­tał.

Za­trzasnęłam książkę.

– Żad­nych.

Sta­rałam się po­wie­dzieć to nie­dbałym to­nem, żeby nie pomyślał, że mi zależy albo coś. Ale drzwi spe­cjal­nie zo­sta­wiłam otwar­te, bo miałam na­dzieję, że zaj­rzy.

– Może poszłabyś ze mną na spa­cer? – spy­tał.

Również po­wie­dział to ta­kim swo­bod­nym to­nem, aż na­zbyt swo­bod­nym.

Właśnie na tę chwilę cze­kałam od daw­na. Na­resz­cie! A więc do­rosłam do tego wie­ku. Zresztą wewnątrz coś mi mówiło, że to już pora. Zerknęłam na nie­go, całkiem nie­dba­le, zupełnie tak samo, jak on na mnie.

– Czy ja wiem? Co praw­da mam ogromną ochotę na jabłko w kar­me­lu.

– Ja sta­wiam – za­ofe­ro­wał się. – Tyl­ko po­spiesz się, włóż coś na sie­bie i ru­sza­my. Two­ja mama z moją mamą idą do kina, więc pod­rzucą nas po dro­dze.

Usiadłam i po­wie­działam:

– Okej.

Kie­dy tyl­ko Con­rad wy­szedł, za­mknęłam drzwi i pod­biegłam do lu­stra. Roz­plotłam szyb­ko war­ko­cze i roz­cze­sałam włosy. Tego lata miałam długie, pra­wie do pasa. Po­tem zrzu­ciłam ko­stium kąpie­lo­wy i ubrałam się w białe szor­ty oraz w moją ulu­bioną szarą ko­szulkę. Tatuś mówił, że pa­su­je do mo­ich oczu. Na ustach roz­ma­załam trochę błysz­czy­ku tru­skaw­ko­we­go, który wsa­dziłam do kie­sze­ni. Na wy­pa­dek, gdy­bym po­trze­bo­wała znów go nałożyć.

W sa­mo­cho­dzie Su­san­na zer­kała na mnie w lu­ster­ku i ciągle się uśmie­chała. Rzu­ciłam jej spoj­rze­nie, które miało zna­czyć „proszę, daj mi spokój”, ale mnie też się chciało uśmie­chać. Co praw­da Con­rad na nic nie zwra­cał uwa­gi. Przez całą drogę pa­trzył tyl­ko przez okno.

– Baw­cie się do­brze, dzie­cia­ki – po­wie­działa Su­san­na i puściła do mnie oko, kie­dy za­my­kałam drzwi.

Con­rad od razu kupił mi jabłko. So­bie za­fun­do­wał pi­cie, ale nic więcej – a zwy­kle pożerał co naj­mniej dwa jabłka w kar­me­lu albo jabłko i ciast­ko. Wy­da­wał się zde­ner­wo­wa­ny, przez co ja po­czułam się mniej zde­ner­wo­wa­na.

Kie­dy szliśmy dep­ta­kiem, opuściłam rękę – tak na wszel­ki wy­pa­dek. Ale nie, nie wziął mnie za nią. A to był je­den z tych nie­ska­zi­tel­nie po­god­nych let­nich wie­czorów, kie­dy wie­je chłodna bry­za, ale nie ma ani kro­pli desz­czu. Wie­działam, że pew­nie następne­go dnia będzie padało, ale tego wie­czoru tyl­ko wiał chłodny wie­trzyk.

– Usiądźmy, chcę zjeść moje jabłko – po­wie­działam.

Zajęliśmy ławkę z wi­do­kiem na plażę.

Wgryzłam się w owoc, ale ostrożnie. Oba­wiałam się, że kar­mel ob­le­pi mi całe zęby, a wte­dy jak miałabym się całować z Con­ra­dem? Wciągał colę przez słomkę, sior­biąc głośno, a po­tem po­pa­trzył na ze­ga­rek.

– Kie­dy skończysz, mo­gli­byśmy pójść na strzel­nicę.

Chciał zdo­być dla mnie plu­szo­we­go zwie­rza­ka! Z góry wie­działam, którego wy­biorę – tego po­lar­ne­go niedźwie­dzia z dru­cia­ny­mi oku­la­ra­mi, w sza­li­ku. Już so­bie wy­obrażałam, jak chwalę się nim przed Tay­lor. „Co, ten mi­siek? Con­rad Fi­sher go dla mnie wy­grał na strzel­ni­cy”.

Resztę jabłka pochłonęłam na dwa razy.

– W po­rzo – oświad­czyłam, ocie­rając usta wierz­chem dłoni. – Chodźmy.

Con­rad ru­szył pro­sto w stronę strzel­ni­cy.

Mu­siałam nieźle wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć. Jak zwy­kle za wie­le nie mówił, więc dla równo­wa­gi ja gadałam dwa razy więcej.

– Wy­da­je mi się, że kie­dy wrócimy, mama wresz­cie zde­cy­du­je się na kablówkę. Ste­ven, mój tata i ja od nie­pa­miętnych czasów usiłuje­my ją na to namówić. A ona twier­dzi, że jest prze­ciw­niczką te­le­wi­zji, ale kie­dy je­steśmy tu­taj, od świtu do nocy ogląda fil­my na A&E. To strasz­na hi­po­kry­zja z jej stro­ny – traj­ko­tałam, aż wresz­cie umilkłam.

Zo­rien­to­wałam się, że Con­rad wca­le mnie nie słucha. Gapił się na dziew­czynę obsługującą strzel­nicę.

Miała ja­kieś czter­naście czy piętnaście lat. Pierw­sze, co za­uważyłam, to jej szor­ty. Były ka­nar­ko­wo żółte, no i były na­prawdę, ale to na­prawdę krótkie. Dokład­nie ta­kie same, ja­kie ja włożyłam dwa dni wcześniej, a chłopcy wyśmia­li mnie bez­li­tośnie. Tak się z nich cie­szyłam, wy­brałyśmy je ra­zem z Su­sanną, tym­cza­sem oka­zało się, że dla chłopaków to świet­ny pre­tekst do na­bi­ja­nia się ze mnie. Fak­tem jest, że na niej ta­kie szor­ty wyglądały o wie­le le­piej.

Miała chu­de i pie­go­wa­te nogi, ra­mio­na też. Wszyst­ko miała chu­de, na­wet usta. Włosy długie, fa­lujące. Rude, ale tak ja­sno rude, że nie­mal brzo­skwi­nio­we­go ko­lo­ru. Kto wie, może to były najład­niej­sze włosy, ja­kie wi­działam. Nosiła je od­gar­nięte na bok, były tak długie, że mu­siała je przy­trzy­my­wać, kie­dy po­da­wała lu­dziom wiatrówki.

Ja­sne, że to z jej po­wo­du Con­rad chciał się wy­brać na dep­tak. Wziął ze sobą mnie, bo nie chciał przyjść sam, a prze­cież nie mógł wy­brać się ze Ste­ve­nem i z Je­re­mim, bo do­pie­ro da­li­by mu po­pa­lić. Wszyst­ko ja­sne. Żad­ne­go in­ne­go po­wo­du nie było. Kie­dy tyl­ko zo­ba­czyłam, jak się na nią gapi, od razu się zo­rien­to­wałam. Wy­da­wało się, że wstrzy­mu­je od­dech na jej wi­dok.

– Znasz ją? – spy­tałam.

Za­sko­czo­ny spoj­rzał w moją stronę, jak­by zupełnie za­po­mniał o moim ist­nie­niu.

– Co? Nie, chy­ba nie.

Przy­gryzłam usta.

– A chciałbyś?

– Czy co bym chciał? – Con­rad naj­wy­raźniej nie mógł sku­mać, co jesz­cze bar­dziej mnie zi­ry­to­wało.

– No, czy chciałbyś ją po­znać? – spy­tałam nie­cier­pli­wie.

– No, chy­ba tak.

Złapałam go za rękaw i przy­ciągnęłam do lady.

Dziew­czy­na uśmiechnęła się do nas, ja do niej, ale to wszyst­ko były ta­kie grzecz­nościo­we uśmie­chy. Grała swoją rolę, nic więcej.

– Ile strzałów? – spy­tała.

Miała apa­rat na zębach, tyl­ko że u niej wyglądał on in­te­re­sująco, jak jakaś biżute­ria, a nie założone u den­ty­sty urządze­nie do wy­pro­sto­wy­wa­nia zębów.

– Trzy strzały – od­po­wie­działam. – Faj­ne masz szor­ty.

– Dzięki – od­parła.

Con­rad odchrząknął.

– Na­prawdę faj­ne.

– Co ty? A kie­dy ja włożyłam ta­kie same dwa dni temu, mówiłeś, że są za krótkie. – Do dziew­czy­ny po­wie­działam: – Con­rad jest bar­dzo opie­kuńczy. A ty masz star­sze­go bra­ta?

Roześmiała się.

– Nie. – A do Con­ra­da: – Uważasz, że są za krótkie?

Za­czer­wie­nił się. Nig­dy wcześniej nie wi­działam, żeby się czer­wie­nił. Nig­dy, prze­nig­dy, odkąd go znałam.

Coś mi się zda­wało, że może widzę jego ru­mie­niec pierw­szy, a za­ra­zem ostat­ni raz.

Spoj­rzałam osten­ta­cyj­nie na ze­ga­rek.

– Con­rad, prze­jadę się ka­ru­zelą, za­nim stąd się ze­rwie­my. A ty wy­graj dla mnie jakąś fajną na­grodę, do­bra?

Con­rad skinął szyb­ko głową, ja po­wie­działam dziew­czy­nie „cześć” i poszłam na ka­ru­zelę naj­szyb­ciej, jak mogłam – żeby nie wi­dzie­li, że się roz­ry­czałam.

Później do­wie­działam się, że dziew­czy­na miała na imię An­gie. Con­rad wy­grał dla mnie białego mi­sia w dru­cia­nych oku­la­rach i sza­li­ku. Jak się od nie­go do­wie­działam, to An­gie mu za­su­ge­ro­wała, że to naj­faj­niej­sza z nagród. Dodał, że on też był tego zda­nia. Od­po­wie­działam na to, że właści­wie ma­rzyła mi się żyra­fa, ale dzięki tak czy in­a­czej. Mi­sia na­zwałam Ju­nior Mint i zo­sta­wiłam go tam, gdzie jego miej­sce: w let­nim domu.

roz­dział trze­ci

Kiedy się roz­pa­ko­wałam, od razu poszłam nad ba­sen, po­nie­waż wie­działam, że tam będą chłopcy. Owszem, wy­le­gi­wa­li się na szez­lon­gach, zwie­szając na boki brud­ne sto­py.

Kie­dy Je­re­mi mnie zo­ba­czył, ze­rwał się na równe nogi.

– Pa­aanie i pa­aano­wie – roz­począł to­nem ko­men­ta­to­ra na rin­gu bok­ser­skim. – Chy­ba przy­zna­cie, że już naj­wyższy czas… na pierwszą kąpiel Bel­ly tego lata!

Cofnęłam się odro­binę. Byle nie za szyb­ko, bo za­raz będzie po wszyst­kim – rzucą się za mną w pogoń.

– Nie ma mowy – stwier­dziłam.

Wte­dy wsta­li też Con­rad i Ste­ven.

Za­gro­dzi­li mi przejście.

– Tra­dy­cji musi stać się zadość – oznaj­mił Ste­ven, a Con­rad tyl­ko uśmie­chał się dia­bo­licz­nie.

– Daj­cie spokój, to strasz­nie głupie – za­pro­te­sto­wałam, ale bez większej na­dziei, że mój sprze­ciw coś da. Cofnęłam się, a wte­dy mnie chwy­ci­li. Ste­ven i Je­re­mi złapa­li mnie za ręce. – Proszę, daj­cie spokój – po­wta­rzałam, próbując im się wy­rwać.

Ciągnęłam do tyłu, ale oni oczy­wiście byli sil­niej­si. Wie­działam, że nie ma co się opie­rać, jed­nak za­wsze próbowałam, cho­ciaż ocie­rałam so­bie przy tym sto­py o płyty chod­ni­ka.

– Go­to­wi? – za­ko­men­de­ro­wał Je­re­mi, pod­nosząc mnie do góry.

Con­rad tym­cza­sem chwy­cił moje sto­py, a wte­dy za­wisłam w po­wie­trzu, trzy­ma­na za prawą rękę przez Ste­ve­na i za lewą przez Je­re­mie­go.

Roz­kołysa­li mnie, jak­bym była wor­kiem mąki.

– Nie­na­widzę was! – wrzasnęłam, próbując prze­krzy­czeć ich śmiech.

– Raz – zaczął Je­re­mi.

– Dwa – podjął Ste­ven.

– I trzy! – dokończył Con­rad.

Wrzu­ci­li mnie do ba­se­nu, w ubra­niu i ze wszyst­kim. Wpadłam z potężnym plu­skiem. Na­wet pod wodą słyszałam, jaki mają ubaw.

Ta ich głupia tra­dy­cja zaczęła się ja­kieś mi­lion lat wcześniej. Chy­ba Ste­ven wpadł na ten po­mysł. Nie­na­wi­dziłam tego. Co z tego, że był to je­den z nie­licz­nych mo­mentów, kie­dy byłam im po­trzeb­na do za­ba­wy, sko­ro trak­to­wa­li mnie tyl­ko jak przed­miot i ba­wi­li się moim kosz­tem. Czułam się wte­dy zupełnie bez­sil­na. Nu­mer z wrzu­ca­niem do ba­se­nu za­wsze przy­po­mi­nał mi, że je­stem kimś z zewnątrz, że je­stem za słaba, żeby się bro­nić. A wszyst­ko dla­te­go, że je­stem dziew­czyną. Młodszą siostrą Ste­vena.

Daw­niej be­czałam, biegłam na skargę do Su­san­ny i do mamy, ale na nic się to nie zda­wało. Tyl­ko chłopcy stwier­dza­li, że je­stem skarżypytą. Ha, nie­do­cze­ka­nie. Tym ra­zem będzie in­a­czej. Udam, że to mnie cie­szy, i może w ten sposób cho­ciaż trochę po­psuję im za­bawę.

Kie­dy wypłynęłam na po­wierzch­nię, uśmiechnęłam się radośnie i stwier­dziłam:

– Ale z was dzie­cia­ki. Jak­byście mie­li po dzie­sięć lat!

– Zga­dza się. Więcej nam nie trze­ba! – od­pa­ro­wał Ste­ven strasz­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

To jego sa­mo­za­do­wo­le­nie ma­lujące się na twa­rzy spra­wiło, że naszła mnie chętka, żeby go ochla­pać. Jego, a zwłasz­cza te bez­cen­ne oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne od Hugo Bos­sa, na które pra­co­wał trzy ty­go­dnie, żeby móc so­bie je wresz­cie za­fun­do­wać.

Po­tem po­wie­działam:

– Wiesz, Con­rad, chy­ba skręciłeś mi kostkę.

Uda­wałam, że z tru­dem płynę w ich stronę.

Con­rad pod­szedł do brze­gu ba­se­nu.

– Coś mi mówi, że to przeżyjesz – stwier­dził z tym swo­im kpiącym uśmie­chem.

– Pomógłbyś mi cho­ciaż wyjść – zażądałam.

Przy­kucnął i wyciągnął do mnie rękę, a ja chwy­ciłam go za dłoń.

– Dzięki – rzu­ciłam bez­tro­sko, po czym uścisnęłam go moc­no i z całej siły pociągnęłam za rękę.

Za­chwiał się i runął głową w dół. Wylądował w ba­se­nie z jesz­cze większym plu­skiem niż ja.

Chy­ba w życiu tak się nie śmiałam, jak wte­dy. Tak samo Je­re­mi i Ste­ven.

Założę się, że cała Co­usins Be­ach słyszała nasz śmiech.

Głowa Con­ra­da szyb­ko wy­chynęła z wody. Ru­szył krau­lem w moją stronę. Bałam się, że będzie wściekły, ale nie, przy­najm­niej nie jakoś strasz­nie. Uśmie­chał się, cho­ciaż w tym jego uśmie­chu widać było groźbę. Ode­pchnęłam się no­ga­mi od ścia­ny ba­se­nu, żeby mu się wy­mknąć.

– Nie złapiesz mnie! – zawołałam kpiącym to­nem. – Za wol­ny je­steś!

Za każdym ra­zem, gdy się zbliżał, odpływałam kawałek da­lej.

– Pudło – wołałam na cały głos ze śmie­chem.

Je­re­mi i Ste­ven, którzy sta­li prze­zor­nie da­lej od brze­gu, a bliżej domu, wtóro­wa­li mi:

– Schudło!

Rozśmie­szyło mnie to, więc nie dość szyb­ko płynęłam, aż wresz­cie Con­rad złapał mnie za nogę.

– Pusz­czaj – wy­sa­pałam, wciąż się śmiejąc.

Con­rad potrząsnął głową.

– Po­dob­no je­stem za wol­ny? – przy­po­mniał i się zbliżył.

Znaj­do­wa­liśmy się po głębszej stro­nie ba­se­nu, tam, gdzie nie ma grun­tu. Przez prze­mo­czoną białą ko­szulkę wi­działam złoty od­cień jego skóry.

Na­gle za­padło ja­kieś niezręczne mil­cze­nie między nami. Da­lej trzy­mał mnie za stopę, a ja usiłowałam utrzy­mać się na po­wierzch­ni. Przez se­kundę pożałowałam, że Je­re­mi i Ste­ven nie znaj­dują się bliżej. Nie wie­działam dla­cze­go.

– Pusz­czaj – po­wie­działam.

Pociągnął mnie za stopę, jesz­cze bliżej sie­bie. Kie­dy zna­lazłam się tak nie­da­le­ko nie­go, zro­biło mi się dziw­nie i nie­swo­jo. Po­wie­działam to jesz­cze raz, ostat­ni raz, cho­ciaż wca­le nie chciałam tego po­wie­dzieć.

– Con­rad, pusz­czaj.

Puścił. A po­tem mnie przy­to­pił. Nie­ważne. I tak już wcześniej wstrzy­małam od­dech.

roz­dział czwar­ty

Susan­na skończyła drzemkę za­raz po tym, jak prze­bra­liśmy się w su­che ubra­nia. Prze­pra­szała, że nie była obec­na pod­czas na­sze­go przy­by­cia. Da­lej wyglądała na za­spaną i miała włosy po­tar­ga­ne po jed­nej stro­nie, jak mały dzie­ciak. Naj­pierw w objęcia padły so­bie ona i moja mama, ści­skały się moc­no i bar­dzo długo. Moja mama była tak za­chwy­co­na, że omal się nie rozpłakała, a moja mama nig­dy nie płacze.

Po­tem przyszła ko­lej na mnie.

Mnie też cze­kał długi uścisk, na tyle bli­ski i długi, że aż zaczęłam się za­sta­na­wiać, ile to jesz­cze po­trwa i kto pierw­szy się od­su­nie.

– Ale je­steś szczupła – po­wie­działam jej, częścio­wo dla­te­go, że to była praw­da, a także dla­te­go, że za­wsze bar­dzo jej na tym zależało.

Nie­ustan­nie była na die­cie, za­wsze pil­no­wała się, żeby nie jeść ni­cze­go tuczącego. Moim zda­niem miała per­fek­cyjną fi­gurę.

– Dzięki, ko­cha­nie – od­po­wie­działa Su­san­na i wresz­cie mnie wypuściła. Od­sunęła mnie na długość ra­mie­nia. Pokręciła głową i stwier­dziła: – Rany, ale ty wy­rosłaś. Kie­dy zdążyłaś się stać taką piękną ko­bietą?

Uśmiechnęłam się bar­dzo za­wsty­dzo­na. Jak to do­brze, że chłopcy byli na górze i tego nie słysze­li.

– E tam. Wyglądam tak samo jak za­wsze.

– Owszem, za­wsze byłaś ładna, ale te­raz to zupełnie co in­ne­go. – Prze­chy­liła głowę, jak­by przyglądała mi się z po­dzi­wem. – Zro­biłaś się na­prawdę ślicz­na. Zo­ba­czysz, cze­ka cię nie­sa­mo­wi­te, cu­dow­ne lato. Lato, którego nig­dy nie za­po­mnisz.

Su­san­na za­wsze pusz­czała ta­kie górno­lot­ne tek­sty; brzmiało to jak jakaś pro­kla­ma­cja i jak­by jej słowa miały stać się prawdą dla­te­go, że wy­po­wie­działa je tak uro­czyście.