Opis

Zuzanna Widawska, do niedawna dziennikarka największego dziennika w kraju, z dnia na dzień traci pracę. Przez kilka miesięcy tuła się po tanich hotelach i szuka zajęcia, aż trafia do redakcji pisma „Kobieta Taka jak Ty” i zamieszkuje w kamienicy na warszawskiej Woli. Szefowa z piekła rodem stawia przed nią wyzwanie, dzięki któremu odwiedza fundację, organizującą Festiwal Magicznych Nut dla osób z różnymi typami niepełnosprawności.

W wolskim teatrze poznaje Elenę Nilsen, aktorkę teatralną i filmową z czasów PRL-u, która dni sławy ma dawno za sobą. Teraz pracuje z dziećmi ze swojej kamienicy, angażując je w projekt organizowania „teatrów podwórkowych”, jest także wolontariuszką w Fundacji Złotych Serc. Zuza i Elena nie wiedzą, że Jakub Bilewicz, znany i bardzo zamożny warszawski biznesmen, z powodów osobistych uznaje stary wolski teatr za miejsce przeklęte i że przysiągł zetrzeć je z powierzchni ziemi.

Czy Zuzannie uda się odwieść Bilewicza od katastrofalnej decyzji? Czy podoła wyzwaniu, które ten jej rzuci? Czy muszą wyjść na jaw tajemnice z przeszłości? I jaką rolę ma w tym wszystkim odegrać pewien biały latawiec?

Nieprzewidywalna, mocna i zaskakująca powieść o trudnych relacjach między ludźmi, wzajemnym zaufaniu i pogodzeniu się z przeszłością. To książka, która daje nadzieję, że zawsze jest dobry moment, by próbować odnaleźć własne szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Ewa Rudnicka

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© gillmar/shutterstock

© fotosparrow/shutterstock

© JuliusKielaitis/shutterstock

© Anna Vasilevich/shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1086-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Pani Profesor Teresie Zaniewskiej

w serdecznym podziękowaniu za to, że przez lata służyła mi wsparciem i bezcennymi radami,

dała mi niejedną szansę i wskazała mnóstwo możliwości.

Teraz doskonale wiem, że bezcenne jest spotkanie w życiu kogoś,

kto bardzo mocno w nas wierzy.

Pani Profesor, jest Pani moim Mistrzem!

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY

PrologWystarczy jedna chwila…

Warszawa, pół roku temu, plaża nad Wisłą

Pod osłoną nocy miasto wydawało się jeszcze bardziej tajemnicze niż za dnia. Mocno oświetlone ulice z oddali wyglądały jak sznurki świecidełek rzuconych niezdarnie w ciemną otchłań. Kłębiące się na niebie chmury raz po raz zasłaniały księżyc w fazie pełni. W jego świetle można było dostrzec wyraźnie odbijającą się w tafli wody lewobrzeżną stronę miasta, gdzie zabytkowe budynki sąsiadowały z nowoczesnymi wieżowcami, których wierzchołki zdawały się sięgać nieba. Oświetlona konstrukcja mostu przypominała niezwykły pojazd wzięty wprost z fantastycznych historii o przybyszach z kosmosu. Dochodzące zewsząd odgłosy były dowodem, że ludzkie życie nie zwalnia nocą nawet na sekundę. Nasuwało się nieodparte wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą bez większego celu, jakby to właśnie ta nieustająca pogoń była sensem życia. Jednak to było niczym w porównaniu z chaosem, jaki czasami pojawia się w ludzkich myślach.

Stojąca na plaży kobieta wpatrywała się uważnie w spokojny o tej porze roku nurt rzeki. Jej samej do spokoju było bardzo daleko. Miała poczucie, że jej życie nawiedziła największa z możliwych burz. Poczuła spływającą po policzku ciepłą łzę. Szybko otarła ją przemarzniętą dłonią. Nie chciała płakać. Nie robiła tego od kilkunastu lat. Zawsze była silna. Niezłomna jak skała. Teraz nie potrafiła tak o sobie myśleć. Najchętniej nazwałaby swoje życie jedną wielką porażką, ale nie pozwalały jej na to resztki dumy. Nigdy nie wierzyła w ludzi i ich dobre zamiary. Traktowała ich z góry jak wrogów. Dawno nauczyła się, że trzeba być w ciągłej gotowości do walki, trzymać gardę wysoko i nie dać się zaskoczyć. Wystarczyła jedna chwila zapomnienia o tej złotej zasadzie, by ktoś ją skrzywdził.

Uniosła do oczu dłoń, w której mocno ściskała dyktafon. Przyglądała mu się uważnie, przypominając sobie czasy, gdy za jego pomocą mogła zniszczyć niemal każdego. Wystarczyła tylko determinacja, kilka konkretnych dowodów i umiejętne stworzenie sprzyjających sytuacji. Mogła decydować o tym, czy pokaże światu prawdę o ludziach, którzy dzięki pozycji i pieniądzom wykorzystywali innych dla własnego interesu. A teraz? Nic już nie miało sensu. Wściekła na siebie i cały świat, podniosła ramię i wrzuciła dyktafon do wody. Po chwili zniknął w czarnej głębi. Mimo to Zuza doskonale wiedziała, że pozbycie się wszelkich śladów tak naprawdę już niczego nie zmieni. Teraz sama jest skończona i pójdzie na dno jak wiele osób, które przez lata nad wyraz skutecznie kompromitowała.

Warszawa, grudzień 2013 roku,Szpital Bielański im. ks. Jerzego Popiełuszki

Jego ból i strach były nie do opisania. Czuł, jakby jakaś niewidzialna ręka z każdą chwilą mocniej zaciskała się na jego szyi. Oddychał z coraz większym trudem. Mrugające światło jarzeniówki było nie do zniesienia. Gdzieś tam w jego wnętrzu tliła się jeszcze maleńka nadzieja, że to wszystko jest jednym wielkim koszmarem. Za chwilę się obudzi i znowu będzie mógł przytulić żonę i syna.

Potarł palcami zmęczone powieki. Rozejrzał się po szpitalnym korytarzu. Panująca w budynku cisza mocno go przerażała. Nie pasowała tu. Przecież za masywnymi drzwiami prowadzącymi do sali operacyjnej toczyła się walka o życie jego syna. Jeszcze rano rozmawiali o jego koncercie świątecznym. Miał grać pierwsze skrzypce. Ale Jakub tego ranka nie umiał docenić sukcesu syna. Znowu zasłonił się wymówką o nagłym spotkaniu z zarządem, od którego miało zależeć powodzenie kolejnego projektu wartego miliony. Potem krótka standardowa sprzeczka z żoną, podczas której padały wciąż te same, znane do bólu oskarżenia. Ona wypomniała mu, że już nie myśli o rodzinie i nie ma chwili czasu dla jedynego syna, a on, że nikt nie docenia jego starań i tego, że dzięki niemu stać ich na wygodne życie.

Potem miał być standardowy bieg wydarzeń. Wróciłby do domu, wręczył żonie bukiet kwiatów na przeprosiny, a synowi by obiecał, że na pewno pójdzie na jego kolejny koncert. Miałby spokój przynajmniej na kilka dni. Ale tym razem tak się nie stało. W trakcie spotkania z zarządem otrzymał telefon z wiadomościami, które już na zawsze miały zmienić jego życie. Żona i syn w drodze na koncert ulegli wypadkowi. Na miejsce przyjechały wszystkie jednostki ratunkowe. Dalsze informacje miała przekazać policja. Pojechał na miejsce zdarzenia, a potem prosto do szpitala. Nigdy nie wierzył w Boga, ale podczas tej krótkiej drogi poprzysiągł, że jeżeli ocali życie jego bliskich, wtedy w podzięce zrobi dosłownie wszystko. Gdy wreszcie usiadł przed salą, całe jego życie, sekunda po sekundzie, stanęło mu przed oczami.

– Czy pan Bilewicz? – zawołał go ktoś po nazwisku, wyrywając z zamyślenia. Przed drzwiami do sali operacyjnej stało trzech lekarzy. Wyglądali jak ludzie po ciężkiej walce.

– Co z moim synem? Jak on się ma? Na Boga, powiedzcie, że będzie żył… – wyszeptał Jakub, wpatrując się w lekarzy błagalnym wzrokiem.

– Zrobiliśmy dosłownie wszystko, by uratować pana syna. To była seria bardzo trudnych operacji. Będzie żył… – wyjaśnił lekarz z wielkim trudem i zawiesił głos.

– Ale…? Coś jest nie tak? Proszę mi powiedzieć! – wrzasnął Jakub.

– Został uszkodzony rdzeń kręgosłupa. Pana syn nie będzie mógł już nigdy chodzić i poruszać lewą ręką. Poważne obrażenia mózgu są nieodwracalne. Igor nie będzie w pełni sił intelektualnych. Być może nie będzie mógł mówić… – relacjonował zmęczonym głosem lekarz.

– Ale… przecież on chce być słynnym muzykiem… – próbował tłumaczyć Jakub.

– Przykro nam. Jako lekarze nic więcej nie możemy zrobić. To wielki cud, że syn przeżył wypadek. Jednak odniesione w nim obrażenia są poważne i większość z nich jest już nieodwracalna. Igora czeka bardzo długa rehabilitacja, która być może da mu szansę na w miarę komfortowe życie – kontynuował lekarz, widząc zarazem, że jego słowa w ogóle nie docierają do ojca młodego chłopaka, który właśnie otarł się o śmierć.

– Dziś miał mieć koncert… – powtarzał Jakub jak w transie. – Wystarczyła jedna chwila…

Nie słuchał więcej lekarzy. Na chwilę oparł się o ścianę, bo nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Mocno kręciło mu się w głowie, a serce omal nie wstrzymało swego bicia. Po chwili wyszedł na zewnątrz budynku i usiadł na ostatnim stopniu schodów. Objął dłońmi twarz i zaczął żałośnie szlochać. Tak mocno, że siedzące na pobliskim drzewie ptaki nagle poderwały się do lotu. Jemu zaś wydało się, że nie będzie miał siły, by żyć.

Los zdecydował za niego. Już nigdy nie usłyszy koncertu swojego syna. Być może nie dane mu będzie zobaczyć, jak chodzi, uśmiecha się, nazywa go tatkiem. Za to czeka go życie pełne bólu i rozpaczy. I poczucia winy, bo nie będzie miał szansy przeprosić żony za brak wsparcia. Ten wypadek na zawsze wszystko przekreślił. Zginęła na miejscu. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Jutro będzie musiał iść do kostnicy i zobaczyć jej ciało. A potem pogrzeb. Na jego barkach spocznie organizacja uroczystości. W końcu pozostanie już tylko bezlitosna pustka i cisza wypełniająca dom, w którym jeszcze tego ranka słychać było radosny śmiech Igora.

Ale jednego nigdy nie odpuści. Będzie musiał odnaleźć tego, kto spowodował wypadek i uciekł z miejsca zdarzenia. Tak, tylko to się będzie od teraz liczyło. Zemsta… to ona będzie sensem jego życia.

Warszawa, sierpień 1939 roku, premiera spektakluTrzy minuty strachu w Teatrze Narodowym

Widok na scenę z pierwszego rzędu był wyborny. Eleonora nie mogła oderwać wzroku od misternej konstrukcji statku, dopracowanej w najmniejszych szczegółach. Miała wrażenie, że jest prawdziwy i płynie prosto na nią. Chociaż doskonale znała każdy etap powstawania tego niesamowitego widowiska, to jednak teraz, oglądając je po raz pierwszy w dniu oficjalnej premiery, dawała się ponieść niesłychanym emocjom. Jej mama mówiła zawsze, że to magia teatru i poddaje się jej każdy, kto chociaż raz przekroczył próg tego niezwykłego miejsca. Nie sposób było nie przyznać jej racji. Tym bardziej że to ona była gwiazdą tego wieczoru. Greta Davis, największa sława ówczesnego teatru.

Eleonora przyglądała się z uwagą, jak jej matka z niezwykłą gracją porusza się w długiej powłóczystej sukni, która błyszczała od niesłychanej ilości ozdób. Wyglądała w niej jak boska istota, która na chwilę zeszła na ziemię. Krok za krokiem wchodziła powoli wielkimi schodami, które prowadziły na sam dziób statku. Gdy stanęła na nim, wzniosła ramiona wysoko, jakby chciała dosięgnąć nieba. Coraz donośniej i z rosnącym zaangażowaniem wypowiadała kolejne kwestie. Nagle u stropu sceny błysnęły światła. Widownia usłyszała groźne pomruki burzy, a potem bardzo silne uderzenia pioruna. Do serca małej Eleonory nagle wdarł się strach. Dostrzegła wbiegających na scenę aktorów, którzy zaczęli tańczyć żywiołowo wokół statku. Część z nich była ubrana w czarne stroje, pozostali w białe. Ich dynamiczny, nieokiełznany taniec przypominał walkę, niszczącą siłę. Błyski świateł i odgłosy burzy wzmagały się. Jej matka Greta znów podniosła w górę drżące ręce.

– Nie pozwól nam poczuć, czym są sidła strachu. Uwolnij nasze serca i dusze od tej siły, która sieje zniszczenie… – recytowała coraz głośniej. – Nie odbieraj wolności, bośmy przeszli najcięższe drogi. Niech ten statek płynie tam, gdzie żywot człowieka szczęśliwy. Prowadź do bezpiecznej zatoki. I zabierz od nas te sekundy strachu!

Eleonora wpatrywała się w niezwykle skupioną twarz matki, na której malowały się zmienne emocje. Już wiedziała, że w przyszłości tak jak ona zostanie aktorką. Jeszcze raz spojrzała na scenę, gdzie kaskada świateł współgrała z groźnymi odgłosami burzy. Publiczność reagowała zachwytem. Po chwili światło zgasło. Zapadła zupełna cisza. Eleonora ścisnęła mocniej dłoń siedzącego obok niej ojca. Przez całe przedstawienie wpatrywał się z zapartym tchem w ukochaną żonę. Od zawsze wierzył w każde jej marzenie i bezwarunkowo ją wspierał.

Po chwili zapalono światła. Kurtyna powoli poszła w górę. Na scenę weszła z właściwym sobie wdziękiem Greta Davis, a za nią pozostali aktorzy. Ukłonili się, a w sali teatralnej rozbrzmiały gromkie oklaski. Publiczność poderwała się z miejsc, by tym gestem jeszcze bardziej wyrazić podziw i wdzięczność za talent, kunszt aktorski i wybitną grę. Eleonora napotkała wzrok matki i uśmiechnęła się do niej najpiękniej, jak tylko umiała. Wtedy jeszcze ani ona, ani jej rodzice nie wiedzieli, że wystarczy jedna chwila, by ich piękne życie zamieniło się w wojenny koszmar.

Gdy wyszli z teatru, oślepiło ich mocne sierpniowe słońce. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Wszyscy goście udali się do pobliskiego parku, gdzie urządzono premierowy bankiet. Eleonora podbiegła do matki i ucałowała ją w policzek. Była z niej naprawdę dumna. Wtulona w nią, spojrzała na sąsiadujący plac, gdzie dzieci puszczały latawce. Szczególnie jeden z nich, w śnieżnobiałym kolorze, wzbił się naprawdę wysoko. Jakby chciał udowodnić, że świat nie stawia żadnych granic i dosłownie wszystko jest możliwe.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz