Teatr pod Białym Latawcem - Ilona Gołębiewska - ebook
Opis

Nowa powieść bestsellerowej autorki!

Zuzanna Widawska, do niedawna dziennikarka największego dziennika w kraju, z dnia na dzień traci pracę. Przez kilka miesięcy tuła się po tanich hotelach i szuka zajęcia, aż trafia do redakcji pisma „Kobieta Taka jak Ty” i zamieszkuje w kamienicy na warszawskiej Woli. Szefowa z piekła rodem stawia przed nią wyzwanie, dzięki któremu odwiedza fundację, organizującą Festiwal Magicznych Nut dla osób z różnymi typami niepełnosprawności.

W wolskim teatrze poznaje Elenę Nilsen, aktorkę teatralną i filmową z czasów PRL-u, która dni sławy ma dawno za sobą. Teraz pracuje z dziećmi ze swojej kamienicy, angażując je w projekt organizowania „teatrów podwórkowych”, jest także wolontariuszką w Fundacji Złotych Serc. Zuza i Elena nie wiedzą, że Jakub Bilewicz, znany i bardzo zamożny warszawski biznesmen, z powodów osobistych uznaje stary wolski teatr za miejsce przeklęte i że przysiągł zetrzeć je z powierzchni ziemi.

Czy Zuzannie uda się odwieść Bilewicza od katastrofalnej decyzji? Czy podoła wyzwaniu, które ten jej rzuci? Czy muszą wyjść na jaw tajemnice z przeszłości? I jaką rolę ma w tym wszystkim odegrać pewien biały latawiec?

Nieprzewidywalna, mocna i zaskakująca powieść o trudnych relacjach między ludźmi, wzajemnym zaufaniu i pogodzeniu się z przeszłością. To książka, która daje nadzieję, że zawsze jest dobry moment, by próbować odnaleźć własne szczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Redakcja:Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Ewa Rudnicka

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© gillmar/shutterstock

© fotosparrow/shutterstock

© JuliusKielaitis/shutterstock

© Anna Vasilevich/shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1086-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Pani Profesor Teresie Zaniewskiej

w serdecznym podziękowaniu za to, że przez lata służyła mi wsparciem i bezcennymi radami,

dała mi niejedną szansę i wskazała mnóstwo możliwości.

Teraz doskonale wiem, że bezcenne jest spotkanie w życiu kogoś,

kto bardzo mocno w nas wierzy.

Pani Profesor, jest Pani moim Mistrzem!

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY

PrologWystarczy jedna chwila…

Warszawa, pół roku temu, plaża nad Wisłą

Pod osłoną nocy miasto wydawało się jeszcze bardziej tajemnicze niż za dnia. Mocno oświetlone ulice z oddali wyglądały jak sznurki świecidełek rzuconych niezdarnie w ciemną otchłań. Kłębiące się na niebie chmury raz po raz zasłaniały księżyc w fazie pełni. W jego świetle można było dostrzec wyraźnie odbijającą się w tafli wody lewobrzeżną stronę miasta, gdzie zabytkowe budynki sąsiadowały z nowoczesnymi wieżowcami, których wierzchołki zdawały się sięgać nieba. Oświetlona konstrukcja mostu przypominała niezwykły pojazd wzięty wprost z fantastycznych historii o przybyszach z kosmosu. Dochodzące zewsząd odgłosy były dowodem, że ludzkie życie nie zwalnia nocą nawet na sekundę. Nasuwało się nieodparte wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą bez większego celu, jakby to właśnie ta nieustająca pogoń była sensem życia. Jednak to było niczym w porównaniu z chaosem, jaki czasami pojawia się w ludzkich myślach.

Stojąca na plaży kobieta wpatrywała się uważnie w spokojny o tej porze roku nurt rzeki. Jej samej do spokoju było bardzo daleko. Miała poczucie, że jej życie nawiedziła największa z możliwych burz. Poczuła spływającą po policzku ciepłą łzę. Szybko otarła ją przemarzniętą dłonią. Nie chciała płakać. Nie robiła tego od kilkunastu lat. Zawsze była silna. Niezłomna jak skała. Teraz nie potrafiła tak o sobie myśleć. Najchętniej nazwałaby swoje życie jedną wielką porażką, ale nie pozwalały jej na to resztki dumy. Nigdy nie wierzyła w ludzi i ich dobre zamiary. Traktowała ich z góry jak wrogów. Dawno nauczyła się, że trzeba być w ciągłej gotowości do walki, trzymać gardę wysoko i nie dać się zaskoczyć. Wystarczyła jedna chwila zapomnienia o tej złotej zasadzie, by ktoś ją skrzywdził.

Uniosła do oczu dłoń, w której mocno ściskała dyktafon. Przyglądała mu się uważnie, przypominając sobie czasy, gdy za jego pomocą mogła zniszczyć niemal każdego. Wystarczyła tylko determinacja, kilka konkretnych dowodów i umiejętne stworzenie sprzyjających sytuacji. Mogła decydować o tym, czy pokaże światu prawdę o ludziach, którzy dzięki pozycji i pieniądzom wykorzystywali innych dla własnego interesu. A teraz? Nic już nie miało sensu. Wściekła na siebie i cały świat, podniosła ramię i wrzuciła dyktafon do wody. Po chwili zniknął w czarnej głębi. Mimo to Zuza doskonale wiedziała, że pozbycie się wszelkich śladów tak naprawdę już niczego nie zmieni. Teraz sama jest skończona i pójdzie na dno jak wiele osób, które przez lata nad wyraz skutecznie kompromitowała.

Warszawa, grudzień 2013 roku,Szpital Bielański im. ks. Jerzego Popiełuszki

Jego ból i strach były nie do opisania. Czuł, jakby jakaś niewidzialna ręka z każdą chwilą mocniej zaciskała się na jego szyi. Oddychał z coraz większym trudem. Mrugające światło jarzeniówki było nie do zniesienia. Gdzieś tam w jego wnętrzu tliła się jeszcze maleńka nadzieja, że to wszystko jest jednym wielkim koszmarem. Za chwilę się obudzi i znowu będzie mógł przytulić żonę i syna.

Potarł palcami zmęczone powieki. Rozejrzał się po szpitalnym korytarzu. Panująca w budynku cisza mocno go przerażała. Nie pasowała tu. Przecież za masywnymi drzwiami prowadzącymi do sali operacyjnej toczyła się walka o życie jego syna. Jeszcze rano rozmawiali o jego koncercie świątecznym. Miał grać pierwsze skrzypce. Ale Jakub tego ranka nie umiał docenić sukcesu syna. Znowu zasłonił się wymówką o nagłym spotkaniu z zarządem, od którego miało zależeć powodzenie kolejnego projektu wartego miliony. Potem krótka standardowa sprzeczka z żoną, podczas której padały wciąż te same, znane do bólu oskarżenia. Ona wypomniała mu, że już nie myśli o rodzinie i nie ma chwili czasu dla jedynego syna, a on, że nikt nie docenia jego starań i tego, że dzięki niemu stać ich na wygodne życie.

Potem miał być standardowy bieg wydarzeń. Wróciłby do domu, wręczył żonie bukiet kwiatów na przeprosiny, a synowi by obiecał, że na pewno pójdzie na jego kolejny koncert. Miałby spokój przynajmniej na kilka dni. Ale tym razem tak się nie stało. W trakcie spotkania z zarządem otrzymał telefon z wiadomościami, które już na zawsze miały zmienić jego życie. Żona i syn w drodze na koncert ulegli wypadkowi. Na miejsce przyjechały wszystkie jednostki ratunkowe. Dalsze informacje miała przekazać policja. Pojechał na miejsce zdarzenia, a potem prosto do szpitala. Nigdy nie wierzył w Boga, ale podczas tej krótkiej drogi poprzysiągł, że jeżeli ocali życie jego bliskich, wtedy w podzięce zrobi dosłownie wszystko. Gdy wreszcie usiadł przed salą, całe jego życie, sekunda po sekundzie, stanęło mu przed oczami.

– Czy pan Bilewicz? – zawołał go ktoś po nazwisku, wyrywając z zamyślenia. Przed drzwiami do sali operacyjnej stało trzech lekarzy. Wyglądali jak ludzie po ciężkiej walce.

– Co z moim synem? Jak on się ma? Na Boga, powiedzcie, że będzie żył… – wyszeptał Jakub, wpatrując się w lekarzy błagalnym wzrokiem.

– Zrobiliśmy dosłownie wszystko, by uratować pana syna. To była seria bardzo trudnych operacji. Będzie żył… – wyjaśnił lekarz z wielkim trudem i zawiesił głos.

– Ale…? Coś jest nie tak? Proszę mi powiedzieć! – wrzasnął Jakub.

– Został uszkodzony rdzeń kręgosłupa. Pana syn nie będzie mógł już nigdy chodzić i poruszać lewą ręką. Poważne obrażenia mózgu są nieodwracalne. Igor nie będzie w pełni sił intelektualnych. Być może nie będzie mógł mówić… – relacjonował zmęczonym głosem lekarz.

– Ale… przecież on chce być słynnym muzykiem… – próbował tłumaczyć Jakub.

– Przykro nam. Jako lekarze nic więcej nie możemy zrobić. To wielki cud, że syn przeżył wypadek. Jednak odniesione w nim obrażenia są poważne i większość z nich jest już nieodwracalna. Igora czeka bardzo długa rehabilitacja, która być może da mu szansę na w miarę komfortowe życie – kontynuował lekarz, widząc zarazem, że jego słowa w ogóle nie docierają do ojca młodego chłopaka, który właśnie otarł się o śmierć.

– Dziś miał mieć koncert… – powtarzał Jakub jak w transie. – Wystarczyła jedna chwila…

Nie słuchał więcej lekarzy. Na chwilę oparł się o ścianę, bo nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Mocno kręciło mu się w głowie, a serce omal nie wstrzymało swego bicia. Po chwili wyszedł na zewnątrz budynku i usiadł na ostatnim stopniu schodów. Objął dłońmi twarz i zaczął żałośnie szlochać. Tak mocno, że siedzące na pobliskim drzewie ptaki nagle poderwały się do lotu. Jemu zaś wydało się, że nie będzie miał siły, by żyć.

Los zdecydował za niego. Już nigdy nie usłyszy koncertu swojego syna. Być może nie dane mu będzie zobaczyć, jak chodzi, uśmiecha się, nazywa go tatkiem. Za to czeka go życie pełne bólu i rozpaczy. I poczucia winy, bo nie będzie miał szansy przeprosić żony za brak wsparcia. Ten wypadek na zawsze wszystko przekreślił. Zginęła na miejscu. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Jutro będzie musiał iść do kostnicy i zobaczyć jej ciało. A potem pogrzeb. Na jego barkach spocznie organizacja uroczystości. W końcu pozostanie już tylko bezlitosna pustka i cisza wypełniająca dom, w którym jeszcze tego ranka słychać było radosny śmiech Igora.

Ale jednego nigdy nie odpuści. Będzie musiał odnaleźć tego, kto spowodował wypadek i uciekł z miejsca zdarzenia. Tak, tylko to się będzie od teraz liczyło. Zemsta… to ona będzie sensem jego życia.

Warszawa, sierpień 1939 roku, premiera spektakluTrzy minuty strachu w Teatrze Narodowym

Widok na scenę z pierwszego rzędu był wyborny. Eleonora nie mogła oderwać wzroku od misternej konstrukcji statku, dopracowanej w najmniejszych szczegółach. Miała wrażenie, że jest prawdziwy i płynie prosto na nią. Chociaż doskonale znała każdy etap powstawania tego niesamowitego widowiska, to jednak teraz, oglądając je po raz pierwszy w dniu oficjalnej premiery, dawała się ponieść niesłychanym emocjom. Jej mama mówiła zawsze, że to magia teatru i poddaje się jej każdy, kto chociaż raz przekroczył próg tego niezwykłego miejsca. Nie sposób było nie przyznać jej racji. Tym bardziej że to ona była gwiazdą tego wieczoru. Greta Davis, największa sława ówczesnego teatru.

Eleonora przyglądała się z uwagą, jak jej matka z niezwykłą gracją porusza się w długiej powłóczystej sukni, która błyszczała od niesłychanej ilości ozdób. Wyglądała w niej jak boska istota, która na chwilę zeszła na ziemię. Krok za krokiem wchodziła powoli wielkimi schodami, które prowadziły na sam dziób statku. Gdy stanęła na nim, wzniosła ramiona wysoko, jakby chciała dosięgnąć nieba. Coraz donośniej i z rosnącym zaangażowaniem wypowiadała kolejne kwestie. Nagle u stropu sceny błysnęły światła. Widownia usłyszała groźne pomruki burzy, a potem bardzo silne uderzenia pioruna. Do serca małej Eleonory nagle wdarł się strach. Dostrzegła wbiegających na scenę aktorów, którzy zaczęli tańczyć żywiołowo wokół statku. Część z nich była ubrana w czarne stroje, pozostali w białe. Ich dynamiczny, nieokiełznany taniec przypominał walkę, niszczącą siłę. Błyski świateł i odgłosy burzy wzmagały się. Jej matka Greta znów podniosła w górę drżące ręce.

– Nie pozwól nam poczuć, czym są sidła strachu. Uwolnij nasze serca i dusze od tej siły, która sieje zniszczenie… – recytowała coraz głośniej. – Nie odbieraj wolności, bośmy przeszli najcięższe drogi. Niech ten statek płynie tam, gdzie żywot człowieka szczęśliwy. Prowadź do bezpiecznej zatoki. I zabierz od nas te sekundy strachu!

Eleonora wpatrywała się w niezwykle skupioną twarz matki, na której malowały się zmienne emocje. Już wiedziała, że w przyszłości tak jak ona zostanie aktorką. Jeszcze raz spojrzała na scenę, gdzie kaskada świateł współgrała z groźnymi odgłosami burzy. Publiczność reagowała zachwytem. Po chwili światło zgasło. Zapadła zupełna cisza. Eleonora ścisnęła mocniej dłoń siedzącego obok niej ojca. Przez całe przedstawienie wpatrywał się z zapartym tchem w ukochaną żonę. Od zawsze wierzył w każde jej marzenie i bezwarunkowo ją wspierał.

Po chwili zapalono światła. Kurtyna powoli poszła w górę. Na scenę weszła z właściwym sobie wdziękiem Greta Davis, a za nią pozostali aktorzy. Ukłonili się, a w sali teatralnej rozbrzmiały gromkie oklaski. Publiczność poderwała się z miejsc, by tym gestem jeszcze bardziej wyrazić podziw i wdzięczność za talent, kunszt aktorski i wybitną grę. Eleonora napotkała wzrok matki i uśmiechnęła się do niej najpiękniej, jak tylko umiała. Wtedy jeszcze ani ona, ani jej rodzice nie wiedzieli, że wystarczy jedna chwila, by ich piękne życie zamieniło się w wojenny koszmar.

Gdy wyszli z teatru, oślepiło ich mocne sierpniowe słońce. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Wszyscy goście udali się do pobliskiego parku, gdzie urządzono premierowy bankiet. Eleonora podbiegła do matki i ucałowała ją w policzek. Była z niej naprawdę dumna. Wtulona w nią, spojrzała na sąsiadujący plac, gdzie dzieci puszczały latawce. Szczególnie jeden z nich, w śnieżnobiałym kolorze, wzbił się naprawdę wysoko. Jakby chciał udowodnić, że świat nie stawia żadnych granic i dosłownie wszystko jest możliwe.

Rozdział IW teatrze życia – o wątpliwej karierze krnąbrnej dziennikarki, szalonych pomysłach zapomnianej Eleny, niezamkniętym śledztwie i szefowej Fundacji Złotych Serc

A gdyby tak…

Przez uchylone okno wdzierał się gwar miasta. A wraz z nim tysiące różnych zapachów. Miało się wrażenie pewnej letniej beztroski, która wprawiała ludzi w niebywale dobry humor. Właśnie zbliżała się pora obiadowa. Z restauracji po drugiej stronie ulicy dolatywały wonie dań kuchni włoskiej. Zgłodniali klienci pośpiesznie wchodzili do „Mostu Zakochanych”, by zatopić się w śródziemnomorskich smakach. Wiadomo, że nic tak nie pobudza do życia jak dobre jedzenie okraszone jeszcze lepszym towarzystwem.

Sierpniowe upały dopieszczały wszystkich z końcem wakacji. Rosnąca gdzieniegdzie trawa przypominała bardziej siano, ale miejskie parki mieniły się tęczą barwnych krzewów i kwiatów, a oliwkowa karnacja przechodniów mogła sugerować, że jest się w kurorcie gdzieś w krajach Południa. U szczytu lata Warszawa robiła wrażenie miasta z kolorowej widokówki. Zachwycała nie tylko przyjezdnych, ale i stałych mieszkańców. Jednak wszyscy mieli świadomość, że niebawem skończą się beztroskie letnie chwile. Pojawią się pierwsze oznaki złotej polskiej jesieni. Chociaż na razie niewiele na to wskazywało. Przenikające przez szybę ostre promienie słońca mocno grzały w twarz.

Zuza Widawska nie mogła się na niczym skupić. W sali konferencyjnej było tak gorąco, że nawet najbardziej zagorzali sympatycy sauny woleliby uciec stąd jak najszybciej. Rano popsuła się klimatyzacja i nie było oznak, by ktoś szybko chciał się zająć usterką. Zebranie trwało w najlepsze, a ona bujała myślami w zupełnie innym świecie. Obserwowała ulicę i wyobrażała sobie historie, które stoją za przypadkowo dostrzeżonymi ludźmi. Jej uwagę przykuło trzech chłopców bawiących się na pobliskim parkingu. Z zapałem ustawiali na niewielkim murku zardzewiałe puszki i z dosyć sporej odległości próbowali je zestrzelić z nieco sfatygowanej procy. Było to dla niej istne studium zachowań, jakie towarzyszą grupce rywalizujących ze sobą osób. Dosłownie w ciągu pięciu minut potrafili przejść płynnie od dosyć głośnej sprzeczki o to, czyja teraz kolej, do wyraźnych zachwytów nad swoimi umiejętnościami.

A gdyby tak… zacząć się cieszyć życiem jak dziecko? Żyć chwilą, nie zamartwiać się, dostrzegać szczęście w drobnostkach? Bo tylko dziecko potrafi cieszyć się bez powodu, ciągle jest czymś zajęte i bezustannie umie domagać się tego, na czym mu bardzo zależy. Kiedy w życiu człowieka mija ten moment dziecięcej wiary, że wszystko jest możliwe? Przychodzi z pierwszym życiowym upadkiem? Czy może jest pokłosiem zawodu na drugim człowieku, tak wielkiego, że nic już nie jest w stanie wskrzesić w sercu nowej nadziei? A może jednak wiąże się z coraz większą obojętnością na własny los? Co sprawia, że człowiek tak szybko traci radość życia? Zuza już od dawna nie doświadczyła takiego stanu. Zawsze powtarzała sobie i innym, że największym sukcesem człowieka jest wewnętrzny spokój towarzyszący wieczornemu udawaniu się na spoczynek. Sama od kilku miesięcy żyła w stresie, nie mogła skupić się na swoich pragnieniach, wciąż rozpamiętywała przeszłość. Chociaż przez chwilę chciałaby cieszyć się życiem – tak jak ci rozrabiający chłopcy.

Obserwowała ich w wielkim skupieniu, aż nagle do jej głowy wdarło się pytanie, gdzie jest granica pomiędzy dziecięcym optymizmem i niezłomną wiarą w to, że wszystko jest możliwe, a dorosłym sceptycyzmem i narzekaniem na los? Kiedy w niej zaszła taka zmiana? Niestety, odpowiedź nie była krzepiąca. Nastąpiło to dosyć wcześnie i Zuza doskonale wiedziała, jakie były tego powody. Tym bardziej wpatrywała się w zadowolonych z siebie chłopców z nadzieją, że udzieli jej się chociaż odrobina ich entuzjazmu. Oddałaby pół królestwa za powrót do dzieciństwa chociaż na jeden dzień. Mimo że było ono trudne.

– Zuzanno, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – nagle zagrzmiał nad nią piskliwy głos.

Oderwała wzrok od okna i przeniosła go na zebrany w sali konferencyjnej zespół redakcyjny. Wszyscy patrzyli na nią, jakby przed chwilą zobaczyli przybysza z obcej planety. Zuza szybko zorientowała się, w czym rzecz. Nie dość, że wciąż miała szeroko otwarte usta (i na pewno z takim wyrazem twarzy wyglądała jak głupek), to jeszcze okładkę swojego notesu okleiła w całości maleńkimi karteczkami do zaznaczania treści tekstu. Zastanowiła się chwilę, czy jest na to jakieś wiarygodne wyjaśnienie, ale szybko się wycofała. Tak, jej mina i to, czym się zajmowała, było głupie i wcale nie pasowało do powagi cotygodniowego zebrania redakcji znakomitego pisma „Kobieta Taka jak Ty”. Znakomitego, oczywiście, zdaniem redakcji, bo akurat opinie czytelników były, delikatnie mówiąc, niezbyt pozytywne.

– Zuzanno, co się z tobą dzieje? – powtórzył piskliwy głos…

– Przepraszam, zamyśliłam się – odparła nieco zmieszana i zła na siebie, że dała się złapać szefowej na gorącym uczynku.

– Nie płacę ci za gapienie się w okno. Może i w poprzedniej redakcji przymykali oko na tak niefrasobliwe podejście do pracy, ale ja tego nie będę tolerowała. Zresztą, sama wiesz, jak to się poprzednio dla ciebie skończyło – dogryzła jej szefowa.

Zuza zmrużyła oczy i poczuła wielką ochotę, by wstać, podejść do tej złośliwej kobiety i porządnie nią potrząsnąć. Nie to, żeby lubiła znęcać się nad innymi, ale akurat ona jak mało kto działała jej na nerwy. Była wredna, zawsze musiała mieć rację i lubiła wytykać innym najmniejsze błędy. W dodatku była szefową Zuzy, co czyniło sytuację znacznie trudniejszą. No i jeszcze jedno… Jako jedyna zdecydowała się zatrudnić ją w swojej redakcji, kiedy Zuza wyleciała z hukiem z czołowego dziennika w Polsce. Tak, jej odejście z „Wolnej Debaty” można było nazwać żenadą roku. To sprawiało, że Zuza ciągle musiała mocno zaciskać zęby i znosić kąśliwe uwagi.

Idalia Bąk, redaktor naczelna „Kobiety Takiej jak Ty”, powolnym krokiem przeszła na drugą stronę stołu i zastygła w typowej dla siebie pozie. Ręce oparła na biodrach i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w podłogę. To oznaczało jedno. Zapewne miała jakiś genialny plan, który miał rzucić wszystkich na kolana. Niestety, rzadko tak bywało.

W redakcji i poza nią uchodziła za kobietę sukcesu. Idealnie skrojone i dopasowane do niebywale szczupłej figury garsonki były jej znakiem rozpoznawczym. Do tego zawsze nosiła włosy upięte w misterny kok. Jednak różne odcienie blondu przypominały spaloną na słońcu grzywę leciwego lwa. Wszystkim kazała zwracać się do siebie per „Ida”, co miało delikatnie unowocześnić jej imię. Nazwisko z kolei uwierało ją, jak rodzaj maleńkiego kamyka w bucie. Niby szkody nie robi, ale doprowadza do szewskiej pasji. Stąd gdzie tylko mogła, tam „gubiła” ogonek przy literce „a” i z Bąka robiło się Bak. Ida Bak brzmiało ładnie i podkreślało przebojowość tej nietuzinkowej kobiety. Na tym kończyły się zalety Idalii. Niestety, w ślad za dobrym wyglądem nie poszedł jej charakter. Była wścibska, zadzierała nosa i ciągle musiała podkreślać, że jest w czymś lepsza od innych. Prędzej by się pod ziemię zapadła, niż przyznała, ile ma lat, ale i tak wszyscy w redakcji wiedzieli, że zostało jej kilka miesięcy do czterdziestki, co jeszcze mocniej podkręcało jej pragnienie zamążpójścia. Kandydatów nie brakowało, ale każdy przegrywał z wielką miłością Idy, czyli z mocno grymaśnym yorkiem o wdzięcznym imieniu Czarek. Nie dość, że codziennie przyprowadzała go do pracy, to jeszcze należało tolerować jego ciągłe plątanie się pod nogami. Czarek zapewne domyślał się, że mało kto darzy go sympatią, bo wciąż na wszystkich warczał.

– Zuzanno, mam dla ciebie specjalne zadanie – rzekła wreszcie szefowa i spojrzała na Zuzę zagadkowo.

– Zamieniam się w słuch – odparła Zuza, chociaż doskonale wiedziała, że szefowa zamierza ją zarzucić kolejną robotą. Do tego zwracała się do niej per „Zuzanno” zawsze wtedy, gdy chciała podkreślić formalny charakter ich relacji.

– Mamy jeszcze sporo czasu, by przygotować wybitnie dobry numer świąteczny. Mówię o Bożym Narodzeniu, rzecz jasna. To musi być coś specjalnego. Kobiety mają czytać i płakać. Wiecie, o czym mówię? – dopytała, zerkając na swój zespół.

– Łzy mają się lać strumieniami – potwierdziła Mała. Tak naprawdę nosiła imię Marzena, miała niecały metr sześćdziesiąt wzrostu i była w redakcji naczelną wazeliniarą. Nie trzeba chyba nadmieniać, że z tego powodu uwielbianą przez szefową.

– Zgadza się. Ty, Zuzanno, jak dotąd zajmowałaś się problemami społecznymi. Będziesz robić to dalej – zagrzmiała groźnie. – Tylko zamiast biegać za skorumpowanymi politykami czy badać statystyki wsparcia społecznego dla wdów i sierot, zajmiesz się czymś, co znacznie bardziej interesuje nasze czytelniczki.

– Mam postawić na chwytającą za serce historię? – zapytała drwiąco Zuza.

– O właśnie! Daję ci dwa tygodnie na znalezienie tematu. A najlepiej trzech. Wspólnie wybierzemy ten, który spełni wymagania numeru świątecznego.

– Robi się, szefowo.

– To mi się podoba! Edi, a ty czym zaskoczysz nas tym razem? – zwróciła się do swojego pupila, Edwarda Lutomirskiego, zwanego przez wszystkich Edim, zresztą na jego życzenie, bo pełną formę imienia odziedziczonego po dziadku uznał za mało uwodzicielską.

– Mam hit! – zapowiedział redakcyjny spec od coachingu. – Napiszę o tym, jak czuć się piękną nago. To znaczy, co zrobić, by każda kobieta czuła się w swojej nagości pewna siebie, a przy okazji piękna. To idzie w parze, tak? – rzucił, spoglądając na redakcyjne koleżanki.

Żadna nic nie odpowiedziała, z trudem powstrzymując śmiech. Edi znowu zaskoczył wszystkich żenującym tekstem. A już na pewno nie umiał doradzać kobietom. Był samozwańczym coachem, a jego motywacyjne gadki nie poruszyłyby nawet świętego. Całe szczęście, że do pisanych przez niego tekstów nie dołączano zdjęcia portretowego, bo czytelniczki chyba zeszłyby na zawał na widok takiego specjalisty.

Edward może i dałby się lubić, ale jego powierzchowność była z lekka sztywna. Wciąż powtarzał, że ma szlacheckie pochodzenie, musi dbać o honor swojej rodziny i godnie ją reprezentować. No bo przecież nie każdy pochodzi z Lutomirskich, herbu Złoty Kasztan. Podkreślał to na każdym kroku, nawet jego strój kazał sądzić, że ma się do czynienia z kimś z wyższych sfer. Niezależnie od pory roku zawsze nosił spodnie w odcieniu khaki, do tego białe lub prążkowane koszule i wełniane kamizelki. W okularach, włosach ułożonych na żel i ze śnieżnobiałym uśmiechem wyglądał jak ktoś wzięty z reklamy specyfiku do mycia zębów. Do tego był specjalistą od rozwoju osobistego, co się kłóciło z jego sposobem bycia.

– Edi, jak zwykle genialny pomysł! To będzie prawdziwy hit! – zapiszczała Ida, a reszta aż przewróciła oczami na te cyrki. – Zapowiada się numer stulecia!

Gdy pod koniec dnia Zuza wyszła z pracy, czuła się tak, jakby przez osiem godzin woziła kamienie. Pośpiesznie udała się na plac Zawiszy, by odjechać tramwajem w kierunku Woli. Stojąc chwilę na przystanku, zerkała na ulicę Złotą, gdzie jeszcze pół roku temu w wielkim przeszklonym wieżowcu przechadzała się po korytarzach siedziby „Wolnej Debaty”. Ale to były dla niej zamierzchłe czasy i doskonale wiedziała, że już nigdy nie odbuduje swojej pozycji wziętej dziennikarki od wielkich skandali i spraw beznadziejnych. Teraz co najwyżej mogła pisać do babskiej gazetki rozczulające historie prosto z życia. W tramwaju próbowała czytać książkę, ale ciągle wracała myślami do dawnej pracy i czuła w sercu frustrację. Wysiadła na przystanku w centrum Woli i udała się w stronę starej kamienicy przy ulicy Magicznej, gdzie zamieszkała dokładnie tydzień temu. Poza nazwą ulicy niewiele jej się w tym miejscu podobało. Stanęła pośrodku podwórka i głośno westchnęła. Ta stara dziwaczka z trzeciego piętra znowu wywiesiła na balkonie czerwoną pelerynę. To była zła wróżba…

Pod okiem mistrzyni

Przedwojenna kamienica na Woli sama w sobie była prawdziwym dziełem sztuki. Nie dość, że cieszyła oko swoich mieszkańców, a także przechodniów, to jeszcze była wdzięcznym obiektem obserwacji dla studentów architektury i kierunków pokrewnych, którzy wielokrotnie przychodzili podziwiać kunszt i precyzję, z jaką ją zbudowano. Wyremontowana kilka lat temu z dbałością o najmniejszy szczegół, była prawdziwą perełką w porównaniu do pobliskich bloków z pamiętnych czasów PRL. Balkony otoczone mosiężną balustradą przypominały małe fortece. Wielkie strzeliste okna otaczały marmurowe gzymsy, kształtem przypominające zdobienia z czasów antycznych. Na tle ścian w kolorze miodu prezentowały się naprawdę wytwornie. A że kamienica była nietuzinkowa, to nietrudno też sobie wyobrazić, że musiała mieć niezwykle barwnych lokatorów.

Jednym z nich była Elena Nilsen. Kobieta, która nigdy się nie smuciła i zawsze częstowała innych dobrym słowem. Tak przynajmniej twierdzili jej sąsiedzi. Mieszkała tu od niepamiętnych czasów, niektórzy żartowali niekiedy, że jest starsza niż sama kamienica. Mogło być w tym dużo racji, bo Elena miała ponad osiemdziesiąt lat, chociaż nigdy się przed nikim do tego nie przyznała. Była zdania, że w pewnym momencie życia kobieta powinna wyraźnie określić, ile ma lat, i tego się trzymać. Sama zrobiła to już bardzo dawno temu i na kłopotliwe pytania odpowiadała, że jest niczym wino, im starsza, tym więcej w niej słodyczy.

Ktoś kiedyś przezwał ją Cyganką i Elena nie miała mu tego za złe. Wszystko za sprawą jej barwnych strojów. Przepastne szafy pękały w szwach od przeróżnych sukni, gorsetów, halek, spódnic, szydełkowych pończoch i rękawiczek, a także niezliczonej ilości kapeluszy, które zmieniała w zależności od dnia, jego pory i własnego humoru. A ten był często zmienny, jak w przypadku prawdziwej artystki. Nikt, ale to naprawdę nikt nie mógł zaprzeczyć, że taki tytuł Elenie się naprawdę należy. Aktorka jej pokroju mogła sobie pozwolić na drobne kaprysy czy większe oczekiwania wobec życia i ludzi. Na szczęście Elena miała złote serce i za nic w świecie nie uważała siebie za lepszą od innych. Pomagała w każdy możliwy sposób, a jej drożdżowe bułeczki z domowymi konfiturami były znane w całej kamienicy. Piekła je przynajmniej raz w tygodniu i częstowała sąsiadów.

Nosiła się elegancko, zaplatając dosyć długie włosy w warkocz, a następnie upinając go na czubku głowy w luźny kok. Delikatne okulary w pozłacanych oprawkach nadawały jej twarzy serdeczny wyraz i zdawały się sprawiać, że z jeszcze większą radością szła przez życie. Bo tego akurat nie można jej było odmówić. Optymizmu, którym zarażała wszystkich wokół, przez co miała niesłychanie wielu przyjaciół. Ona zwyczajnie kochała życie i ludzi.

– A teraz słuchajcie! Sprawa najważniejsza. Oddychanie przeponą. Wiecie, co to jest? – zapytała zebrane w jej mieszkaniu dzieci, które wpatrywały się w nią z wielkim zachwytem.

– Taka część brzucha – odpowiedział ośmioletni Rysio, który niezwykle radosną buzię miał całą w piegach, co jeszcze dodawało mu uroku.

– W sumie tak można powiedzieć, nie wchodźmy w szczegóły – przytaknęła Elena, przechadzając się po salonowym dywanie i jedną ręką podtrzymując swoją długą suknię. – Taki oddech jest głębszy i pozwoli wam na wypowiadanie dłuższej partii tekstu; kiedy na przykład recytujecie wiersz na szkolnym przedstawieniu. Rozumiecie?

– Taaak! – odpowiedziały chórkiem dzieci.

– Jasiu, pozwól do mnie na chwilę. Zaraz wszystkim pokażemy, na czym to polega.

Chłopiec z rozwichrzonymi kędziorkami podszedł do niej nieśmiało. Szybkim ruchem dłoni przeczesała jego bujną czuprynę, zapewne uznając, że taki nieład nie przystoi przyszłej sławie polskiego teatru. Bo taka właśnie była Elena. We wszystkich dzieciach widziała artystyczny potencjał i marzyła o tym, by spod jej ręki wyszły kolejne pokolenia wybitnych aktorów. Równie dobrych, jak ona sama.

Jej ponadstumetrowe mieszkanie, po brzegi zastawione zabytkowymi meblami i przedmiotami pamiętającymi odległe czasy, stało się jakiś czas temu miejscem spotkań dla dzieci z kamienicy, które chciały pod jej czujnym okiem ćwiczyć swój aktorski talent. Ochotników nie brakowało, tym bardziej że zarówno dzieci, jak i ich rodzice byli niezwykle ciekawi, jaka naprawdę jest Elena Nilsen, najpopularniejsza aktorka minionej epoki. Mieszkańcy kamienicy przy ulicy Magicznej byli niezwykle dumni z tego, że ich sąsiadką jest kobieta, która jeszcze nie tak dawno królowała na największych scenach warszawskich teatrów. Wszyscy z zapartym tchem śledzili jej nowe pomysły, jak też ją samą, ponieważ była prawdziwym fenomenem.

Ponadto ciekawość wzbudzało jej mieszkanie, które wyglądało niczym reklama sklepu „Antyki i starocie”. Salon przypominał bibliotekę z wiktoriańskich pałaców. Całą jego frontową ścianę zajmowały regały, na których w równych rzędach prezentowały się przeróżne książki. W większości z nich można było przeczytać o ciekawej historii teatru, grze aktorskiej i specyfice pracy na scenie. Nie brakowało też biografii wybitnych aktorów, którzy kilka dekad temu gościli na deskach znakomitych teatrów oraz na szklanym ekranie. Można dodać, że równie często pojawiali się na pierwszych stronach ówczesnych gazet, a to za sprawą wywoływanych przez siebie skandali towarzyskich.

Elena uważała, że współcześnie zawód aktora niemiłosiernie stracił na wartości. No bo jak można nazywać aktorką szanowną panią, co świeci przed wszystkimi sporym dekoltem, a jak już ma się odezwać, to konkretnego zdania nie może skonstruować? W dodatku te obecne skandale… co to ma być? Taka jakaś prowizorka, wszystko oklepane. Kiedyś to się działo! Latami mówiło się o wyczynach odważnych aktorek.

A co najważniejsze… nie można im było odmówić talentu. Elena uważała, że stara szkoła sztuki aktorskiej była znacznie porządniejsza niż te dzisiejsze „tajne komplety”. Tak nazywała wszelakiej maści kursy, których absolwent zyskiwał niby tytuł aktora zaraz po tym, jak wpłacił na wskazane konto właściwą sumę pieniędzy i przesiedział kilkanaście godzin na nudnych wykładach. Dlatego postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i ćwiczyć młodych zdolnych ludzi w fachu aktorskim. Aczkolwiek na razie musiała się zadowolić organizacją warsztatów w swoim własnym mieszkaniu. Żadna ze szkół nie chciała jej zatrudnić, zazwyczaj perfidnie wypominając osiągnięty przez nią wiek.

– Spotykamy się za trzy dni, dokładnie w piątek o siedemnastej. Wtedy zrobimy przymiarkę kostiumów. Muszę dokonać jeszcze małych poprawek – obiecała zebranym gościom.

– W piątek będę mogła już pospacerować w mojej sukni? – zapytała Weronika, rumieniąc się na twarzy z wrażenia.

– Kochanie moje, pewnie, że będziesz mogła. Już ja się postaram, by twoja suknia była najpiękniejsza w całej Warszawie. Królewna musi wyglądać prześlicznie, prawda?

– I nawet jak się pomyli w tekście, to nikt tego nie zauważy, bo wszyscy będą podziwiali jej suknię – odpowiedziała z dumą dziewczynka, a Elenie na jej słowa aż zabrakło tchu. No, takich rzeczy to ona dzieci nie uczyła!

– Niech ci będzie – zgodziła się, widząc zmieszaną minę Weroniki. – Kochani, bardzo wam dziękuję za nasze spotkanie. Weźcie jeszcze na drogę po bułeczce. Pamiętajcie o tym, by w domu ćwiczyć swoje teksty. Na piątek macie je umieć śpiewająco!

Pożegnała się serdecznie z dziećmi i po ich wyjściu usiadła zmęczona na skórzanej kanapie, która została jeszcze po jej matce. Spojrzała na przeciwległą ścianę i uśmiechnęła się z satysfakcją. Wisiało na niej chyba ze dwadzieścia nakręcanych zegarów, które chodziły idealnie i jak jeden mąż wskazywały aktualną godzinę. Dokładnie siedemnastą czterdzieści. To była jej wielka pasja. Zbieranie zegarów i pilnowanie, by idealnie odmierzały czas. Na dodatek co godzinę wszystkie jednocześnie wydzwaniały swoje melodie. Prawdziwy koncert.

Skarciła się w myślach za lenistwo. Wyszła na balkon, by sprzątnąć wywieszoną czerwoną pelerynę. To był ustalony znak dla wszystkich mieszkańców kamienicy przy ulicy Magicznej, że w mieszkaniu Eleny Nilsen właśnie trwa próba dzieci i nikt nie może im przeszkadzać. Nawet listonosz ani żaden inny natrętny urzędnik. Spojrzała na podwórko, przez które wolnym krokiem przechodziła młoda kobieta. Niedawno się tu wprowadziła. Jakiś tydzień temu. Elena zauważyła, że kobieta wcale się nie uśmiecha, jest opryskliwa i zadziera nosa. Tylko raz ją spotkała, na klatce schodowej, i nie zrobiła na niej dobrego wrażenia. Co jak co, ale na ludziach to się Elena znała wyśmienicie…

Bez śladu

W salonie panował półmrok, chociaż za oknem trwało słoneczne popołudnie. Wszystko za sprawą szczelnie zasłoniętych rolet, które dla Jakuba Bilewicza były pewnym sposobem odgrodzenia się od zewnętrznego świata. Tego dnia mocno cierpiał. Zresztą jak we wszystkie szóste dni każdego miesiąca. To właśnie szóstego grudnia dwa tysiące trzynastego roku w wypadku zginęła mu żona, a w jego rezultacie syn Igor na zawsze stał się niepełnosprawny.

Od tamtej pory dokładnie co miesiąc Jakub karał sam siebie za to, że jego rodzinę spotkała taka tragedia. Czuł się winny. Nie mógł znieść myśli, że tamtego dnia posprzeczał się rano z żoną, a zamiast premierowego koncertu syna wybrał jakieś nieistotne zebranie z zarządem swojej firmy. To poczucie winy było jak ciężki kamień, który niósł na swoich plecach. Z każdym dniem doskwierał coraz bardziej, wciąż przypominając o dokonaniu złych wyborów. A co najgorsze… ten stan miał się utrzymać do końca jego dni.

Nalał sobie kolejny kieliszek wódki. Sięgał po nią coraz częściej, chociaż tłumaczył sobie, że przecież ma wszystko pod kontrolą. Przynajmniej chciał w to wierzyć. Kilka godzin wcześniej zadzwonił do człowieka, w którym pokładał ostatnie nadzieje na odnalezienie sprawcy wypadku. Co prawda dosyć marne, bo od kilku lat sprawa nawet nie drgnęła. Czuł do niego żal, chociaż zdawał sobie sprawę, że wymaga prawdziwych cudów.

Usłyszawszy dzwonek u drzwi, przymknął oczy i starał się uspokoić. Wódka robiła swoje, przez co czuł w środku mocne, odprężające ciepło. Tego dnia miał nie pić… a jednak przegrał sromotnie z wewnętrzną pokusą. Nie lubił przegrywać ani w życiu prywatnym, ani zawodowym. Jeszcze kilka lat temu był w tym najlepszy, teraz zupełnie stracił wprawę.

– Przepraszam, panie Jakubie, przyszedł komisarz Rostecki. Czy życzy pan sobie z nim się widzieć? – zapytała szeptem Ludmiła, jego gosposia.

– Czekam na niego. Niech wejdzie.

Po chwili do salonu wszedł rosły, blisko dwumetrowy mężczyzna. Jego ostre spojrzenie, zadziorne ruchy i pewna postawa dawały do myślenia, że to człowiek niezwykłej odwagi. I tak rzeczywiście było. Chociaż dobiegał pięćdziesiątki, wciąż cieszył się dobrym zdrowiem i witalnością. A także szacunkiem w pracy, bo przez cały okres służby w policji skutecznie jak mało kto dopadał przedstawicieli szemranego środowiska.

Tylko jedna rzecz kładła się cieniem na jego życiu. Nierozwiązana jak dotąd sprawa wypadku żony i syna Jakuba Bilewicza. To właśnie on przyjechał pierwszy na miejsce zdarzenia i zajął się poszukiwaniem sprawcy. Jak dotąd bezskutecznie. Już jakiś czas temu mógł przejść na wcześniejszą emeryturę, ale tego nie zrobił. Ta sprawa wciąż była plamą na jego honorze.

Coraz trudniej mu było spoglądać Bilewiczowi w oczy i wciąż jak mantrę powtarzać tę samą wiadomość: nic nowego nie udało się ustalić, sprawca nadal pozostaje nieuchwytny. Ale musiał to robić przynajmniej raz w miesiącu, bo Jakub tego oczekiwał. Rostecki doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że biznesmen chce w ten sposób zmusić go do bardziej efektywnych działań. Tylko że tych kilka lat śledztwa nie przybliżyło go nawet o krok do poznania prawdy. Sprawca zniknął bez śladu i zapewne wiódł teraz spokojne życie. Czy myślał o wypadku? Potrafił żyć ze świadomością, że kogoś zabił, a druga osoba już zawsze będzie z jego powodu przykuta do wózka? A może do dzisiaj śledzi, co się dzieje z ofiarami wypadku? Może jest na wyciągnięcie ręki, ale nikt się tego nawet nie spodziewa?

– Masz nowe wiadomości? – zapytał Bilewicz, wyrywając Rosteckiego z zamyślenia. W ciągu tych kilku lat zdążyli przejść na ty, z bezsilności wypić kilka butelek wódki i uznać, że życie to jedna wielka pomyłka.

– Nic nowego – odpowiedział zrezygnowany Rostecki, zajmując swoje stałe miejsce w skórzanym fotelu. – Co prawda, mamy nowych techników. Zajmą się ponownym przejrzeniem nagrań w okolicy, gdzie doszło do wypadku. Może na coś wpadną.

– Czyli jedna wielka czarna dupa – skomentował gorzko Jakub.

– Przykro mi – przyznał Rostecki. Wiedział, że Jakub oczekuje od niego chociaż skrawka nadziei, a on w żaden sposób nie mógł mu jej dać.

– Jesteś świadomy, że zapłacę każde pieniądze. Powiedz tylko, co jeszcze można zrobić, a ja to zorganizuję w jednej chwili.

– Jak tylko pojawi się taka możliwość, dowiesz się pierwszy.

Ich rozmowy zazwyczaj tak właśnie wyglądały. Co gorsza, obydwaj świetnie zdawali sobie sprawę, że musiałby stać się prawdziwy cud, by po tylu latach odnaleźć sprawcę wypadku. Tylko dlaczego wciąż tworzyli nowe złudzenia? Czy to właśnie one pozwalały im nie zwariować?

Wizyta Rosteckiego trwała jeszcze pół godziny. Komisarz widział, że Jakub nie jest w najlepszej formie i nie chciał się narzucać swoim towarzystwem. Zresztą, wizyty w domu Bilewicza zawsze sprawiały, że jeszcze przez parę dni czuł smak porażki.

Jakub przez kilka kolejnych godzin siedział w ciemnościach. Przywoływał w pamięci dobre chwile z życia swojej rodziny. Ślub z Arleną, dzień narodzin Igora, ich pierwsze w życiu wspólne wakacje, ale i ciągłe sprzeczki, zabieganie, brak skupienia się na tym, co istotne. Teraz dokonywałby innych wyborów, to pewne, ale na wszystko było już za późno…

– Wychodzi pan o tej porze? – zapytała Ludmiła, widząc, że jej szef zbiera się do wyjścia. Niepokoiła się o niego. Wiedziała, że ten dzień był dla Jakuba zawsze swego rodzaju świętem żałoby. Tyle razy już próbowała przemówić mu do rozsądku, że na dłuższą metę to nie ma sensu, tylko zabiera mu zdrowie i energię. Niestety, nijak nie mogła na niego wpłynąć.

– Muszę się przewietrzyć. Nie czekaj na mnie. Mam klucze, sam otworzę dom – wyjaśnił, mijając ją w progu.

– Proszę na siebie uważać.

Jakub stanął na wielkich marmurowych schodach prowadzących wprost do jego okazałej willi. Dzięki słowom Ludmiły zrobiło mu się cieplej na sercu. Była chyba jedyną osobą, która szczerze się o niego martwiła. Nigdy jej tego nie powiedział, ale to właśnie ona wprowadzała pewien ład w jego niespokojne życie. Dbała o dom, pilnowała ważnych spraw i co najważniejsze… miała wielkie serce dla Igora i traktowała go jak syna. Kilkanaście lat temu Jakub nie wiedział, że ta niepozorna kobieta stanie się kiedyś najbliższą mu osobą. Oczywiście, zaraz po synu. Zgłosiła się do niego w sprawie ogłoszenia o pracy na stanowisku pomocy domowej. Nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Jakby nosiła w sobie jakąś tajemnicę. Jednak dał jej szansę, a po roku Ludmiła przyznała się, że uciekła z domu przed mężem, który się nad nią znęcał. Pomógł jej sfinalizować rozwód i wspierał w trudnych chwilach. Teraz to on mocno potrzebował jej wsparcia. I dostawał je w nadmiarze, za co był jej niezwykle wdzięczny.

Długo błąkał się po mieście. Musiał nabrać dystansu wobec ciężaru minionych godzin. Czuł, jak jego głowa powoli staje się wolna od nadmiaru procentów. Uspokoił zszargane nerwy. Poczucie żalu i winy stawało się jakby lżejsze. W naciągniętym na głowę kapturze czuł się jak ktoś, kto nie zwraca na siebie uwagi. Chciał chociaż na chwilę stać się niewidzialny.

Nie pamiętał, jak długo chodził po mieście, jednak gdy nastała noc, poczuł dreszcz chłodu. Musiał zrobić jeszcze jedno. Rozejrzał się po okolicy i zawrócił we właściwe miejsce, które nazywał drogą śmierci. To była mała uliczka. Taka niepozorna. Ktoś by powiedział, że nie sposób, by mogło na niej dojść do wypadku. A jednak. To właśnie tu zginęła Arlena. Jakub przystanął dokładnie w tym miejscu, gdzie kiedyś postawiono krzyż. O tej porze nie było tu nikogo. Po jego policzkach spłynęło kilka łez. Bronił się przed tym, jednak emocje wzięły górę.

Spojrzał w kierunku stojącego nieopodal starego teatru. Kiedyś był największą atrakcją na Woli, teraz mocno podupadł. Arlena kochała grane w nim przedstawienia, nie wiedząc, że za kilka lat straci życie dosłownie parę metrów od prowadzącej do niego bramy. Przeklęte miejsce. To właśnie w nim kilka lat temu miał się odbyć koncert Igora. To miał być niezwykły wieczór. Jedyny w swoim rodzaju moment, gdy wszyscy mieli zobaczyć talent jego syna. Zamiast niego przyszła tragiczna śmierć, która zostawiła wielką pustkę.

Sztuka życia

Mimo bardzo późnej pory w Teatrze Starym na Woli wciąż paliło się światło. Nie, nie za sprawą wieczornego przedstawienia. Takich wydarzeń było tu coraz mniej i nic nie wskazywało na poprawę tej i tak dość trudnej sytuacji. Jak to zazwyczaj bywa, tak i w tym przypadku chodziło o pieniądze. Teatr otrzymywał coraz mniejsze dofinansowanie z budżetu miasta, granych przedstawień było jak na lekarstwo, co też skutkowało coraz mniejszym zainteresowaniem publiczności. Trudno było dobrać obsadę aktorską z powodu braku funduszy, a i sami aktorzy mieli coraz większe wymagania. Nie były to dobre wiadomości, zwłaszcza że pracownicy teatru wkładali całe swoje serce, by wciąż przyciągał ciekawym programem.

Wolski teatr lata świetności miał już dawno za sobą. Tylko nieliczni z wielką nostalgią wspominali czasy, gdy sala teatralna była wypełniona po brzegi publicznością oczekującą przedstawień na najwyższym poziomie. Tylko takie tu grano. Wielkie nazwiska na afiszach teatralnych przyciągały tłumy warszawiaków, publiczność z Polski i zagranicy. Codziennie było grane chociaż jedno przedstawienie, a premiery odbywały się w atmosferze ogromnego rozgłosu. „Warszawskie Hollywood”, tak nazywano środowisko związane z Teatrem Starym na Woli. Wśród występujących na jego deskach aktorów były największe sławy.

Współcześnie teatr stał na skraju bankructwa i wszystko wskazywało na to, że będzie jeszcze gorzej. Ale tak to już bywa, że nawet w najgorszym czasie znajdzie się ktoś, kto pozaraża innych optymizmem, zmobilizuje do pracy i jeszcze potrafi zrobić coś z niczego jak prawdziwy czarodziej. Taką osobą był na pewno dyrektor teatru Piotr Rawski. Człowiek z sercem na dłoni. Jedno spotkanie z nim było lepszym lekarstwem niż sto wizyt u specjalisty. W tych trudnych dla teatru i siebie samego chwilach miał wierną towarzyszkę. Monika Zawojska, prezeska Fundacji Złotych Serc, jak mało kto marzyła o tym, by wolski teatr odzyskał dawną świetność i uznanie publiczności.

Kilkuletnia współpraca z teatrem miała niezwykłą wartość dla podopiecznych jej fundacji. To właśnie tu dzieci uczyły się, czym jest czerpanie radości z wyrażania emocji przez sztukę. A w przypadku wysokiego stopnia niepełnosprawności było to znacznie trudniejsze. Dzieci i młodzież uwielbiały wolski teatr, który nazywały swoim domem. Przynajmniej dwa razy w tygodniu spotykały się na próbach lub przychodziły podglądać aktorów, wytrwale ćwiczących grane przez siebie role. Nazywały to „magicznym światem sceny”. Taki kontakt ze sztuką był dla nich lekarstwem na wszelkie smutki.

– Widziałeś, jak spodobał im się pomysł z jesiennym piknikiem? – zapytała Monika, wpatrując się w zmęczoną twarz Piotra. Siedział przygarbiony na starym krześle w ich ulubionym miejscu, czyli na zapleczu od lat nieużywanej kuchni. Tu czuli się najlepiej.

– Całe szczęście, że ogród jest na tyle zadbany, by można było wpuścić tam młodzież. Należy im się nagroda za tak ciężką pracę. Czasami mam wrażenie, że bardziej się angażują w przedstawienia niż zatrudniani przeze mnie aktorzy – przyznał Piotr z nutką ironii. W jego oczach błysnęła iskierka radości, chociaż tego dnia miał mnóstwo powodów do zmartwień. Kolejny raz negocjował z urzędem miasta budżet na następny rok. Nie poszło najlepiej.

– Do festiwalu jeszcze prawie cztery miesiące, a dzieciaki przeżywają, jakby to miało być już jutro. I wiesz… ta ich radość bardzo mi się udziela – powiedziała Monika. – Za nami trudny czas, dużo mieliśmy pracy i problemów z podopiecznymi, teraz jest spokojniej.

– W wakacje zawsze macie spokojniej, bo dzieciaki wyjeżdżają na kolonie. Zaraz wrzesień i skończy się laba – upomniał ją Piotr.

– To tak jak u was. Widziałam rozpiskę repertuaru na jesień. Jak dla mnie hitem na pewno będzie Głowa anioła. To przedstawienie ma potencjał, na pewno mocno poruszy publiczność.

– Obyś miała rację, bo to w sumie ostatnia deska ratunku dla teatru.

– Zapominasz o naszym festiwalu. Czuję, że w tym roku pobijemy rekord w liczbie sprzedanych biletów i uzbieranych dzięki temu funduszy – cieszyła się Monika.

Piotr przyglądał jej się uważnie i myślał o tym, że spotkanie tej kobiety na swojej drodze życia było czymś najlepszym, czego mógł doświadczyć. Podkochiwał się w niej, chociaż przez te wszystkie lata nawet odrobinę tego nie okazał. Zwyczajnie się bał. Czego? Może odrzucenia? Sam do końca nie wiedział.

– Mówiłaś ostatnio, że macie nowego sponsora?

– I to jakiego! Firmę z Poznania, która produkuje piękne meble. Nie dość, że wesprą nas finansowo podczas festiwalu, to jeszcze zgodzili się podarować nam nowe meble do fundacji.

– Sama ich znalazłaś?

– Nie, to wyłącznie zasługa Eleny. Okazało się, że żona właściciela tej firmy od zawsze była wielką fanką jej aktorskiego talentu. Elena do niej zadzwoniła, potem umówiły się w Warszawie na obiad i od słowa do słowa sprawa została załatwiona.

– Co my byśmy zrobili bez Eleny… – westchnął zamyślony Piotr.

– To jeszcze nie koniec. Namówiła pewną znaną aktorkę, by bezpłatnie poprowadziła dla naszych dzieciaków warsztaty wokalne. Podobno zgodziła się od razu. Szalona kobieta z tej naszej Eleny. I skuteczna w działaniach jak mało kto!

– Ma kobieta wielkie serce. Dzieciaki ją uwielbiają, jest dla nich wielkim autorytetem.

– Przecież to sławna Elena Nilsen. Nie można odmówić jej ani talentu, ani uroku osobistego. Odkąd pomaga w naszej fundacji, mamy mniej zmartwień.

– I potrafi rządzić na scenie! – dodał z przekąsem Piotr, na co Monika zareagowała radosnym śmiechem. Piotr był w siódmym niebie.

Fundacja Złotych Serc powstała dwanaście lat temu. Monika Zawojska była wtedy jej wolontariuszką. Praca na rzecz niepełnosprawnych błyskawicznie stała się sensem jej życia. Do tego stopnia, że szybko porzuciła dobrą posadę księgowej w renomowanej korporacji na rzecz niskopłatnego etatu w fundacji. Jednak nie miało to dla niej większego znaczenia. Odkryła w sobie misję niesienia pomocy innym i całe swoje życie podporządkowała fundacji. Na tyle mocno, że w wieku trzydziestu sześciu lat nie miała tak naprawdę nikogo bliskiego. Mieszkała w maleńkim mieszkaniu na Woli, wiodła niezwykle spokojne i uporządkowane życie. Była szczęśliwa, chociaż niekiedy doskwierała jej samotność, szczególnie w jesienne i zimowe wieczory. Jej rodziną byli podopieczni i pracownicy fundacji. To musiało jej wystarczyć, na żadne zmiany w życiu prywatnym jakoś się nie zanosiło. Monika twierdziła, że to nawet i dobrze, bo jako prezeska fundacji miała na głowie naprawdę mnóstwo zadań. Jedno było wyjątkowe i mocno wiązało się ze sztuką, szczególnie z teatrem.

Festiwal Magicznych Nut stał się najbardziej rozpoznawalnym dziełem Fundacji Złotych Serc. Odbywał się co roku, dokładnie piątego grudnia, w niezwykłej świątecznej atmosferze. Skierowany był do dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością fizyczną oraz z niepełnosprawnością intelektualną. To właśnie w tych dwóch kategoriach odbywały się towarzyszące festiwalowi konkursy, chociaż były one jedynie dodatkiem, a nie priorytetem. Liczyła się przede wszystkim radość tych, którzy zdecydowali się wziąć udział w festiwalu. Chętnych nie brakowało, co roku zgłaszało się coraz więcej osób. To też wielkie wydarzenie dla Teatru Starego na Woli, ponieważ festiwal odbywał się każdorazowo na jego największej scenie.

Fundacja i Teatr Stary współpracowały ze sobą od dziesięciu lat. Ta dekada była spełnieniem marzeń i dla podopiecznych fundacji, i dla jej pracowników. Wszystko dzięki Piotrowi, który od razu zaproponował Monice takie rozwiązanie. Jeszcze tego samego dnia, gdy się poznali. Pomysł początkowo wydawał się szalony, ale Monika słynęła z odważnych decyzji i tamtym razem nie mogło być inaczej. Jeszcze dziesięć lat temu mało kto miał na tyle wyobraźni, by sądzić, że niepełnosprawni ludzie mogą marzyć o występach na wielkiej scenie i próbować swoich sił w dziedzinach artystycznych. A przecież jak każdy chcieliby słowem, gestem, śpiewem, tańcem wyrażać swoje emocje. Uczyć się sztuki życia.

Dlatego misją Moniki Zawojskiej stało się stworzenie im takiej możliwości. W ten sposób narodził się pomysł na Festiwal Magicznych Nut. Wkrótce po tym Monika poznała Piotra Rawskiego, który tylko utwierdził ją, że owszem, pomysł jest szalony, ale mocno inspirujący. Od tamtej pory tworzyli duet idealny. Oczywiście na płaszczyźnie zawodowej, bo o prywatnej nawet nie było mowy. Monika nauczona już dawno, że miłość to tylko same wielkie problemy, podjęła decyzję, że nigdy więcej się nie zakocha. Chociaż… Piotr stał się dla niej kimś niesamowicie ważnym, ale nie miała odwagi się do tego przyznać. Odnosiła również nieodparte wrażenie, że stoi za nim jakaś tajemnica. Coś, co bardzo mocno ciąży na jego duszy…

– Zamykamy zaraz? – zapytał Piotr w tej samej chwili, kiedy Monika zaczęła ziewać po raz kolejny. Już dawno powinni być w swoich mieszkaniach, a jednak siedzieli tu, mimo że zbliżała się godzina dwudziesta druga. Obydwoje kochali ten teatr i najchętniej zamieszkaliby w nim na stałe. Chociażby na zapleczu.

– Jutro mamy posiedzenie rady fundacji, czyli czeka mnie ciężki dzień. I tak pewnie nie będę mogła dziś zasnąć, ale chociaż jeszcze raz przejrzę przygotowane sprawozdanie.

– Daj spokój. Zebranie nie zając, na pewno jesteś świetnie przygotowana. Dzisiaj zrób sobie porządną kąpiel, zjedz coś dobrego i obejrzyj komedię.

– Wiesz co, Piotrek?

– Co? Pewnie głupoty mówię? – zapytał zmieszany.

– Skąd! Jak zwykle masz rację!

– O! I to mi się podoba – ucieszył się.

– Martwię się o Ulę – stwierdziła znienacka Monika.

– Ma teraz gorszy nastrój? Boisz się, że może mieć nawrót depresji?

– To też, ale niepokoi mnie coś jeszcze. Jej ojciec upiera się, by za wszelką cenę umieścić ją w dziennym domu opieki. Podobno nie daje sobie rady z jej wychowaniem.

– Przecież ona radzi sobie lepiej niż niejeden zdrowy człowiek.

– Wciąż mu to powtarzam, ale chyba nie robię tego dość przekonująco.

Gdy wychodzili z teatru, owionął ich chłodny wiatr, który dobitnie zapowiadał zbliżającą się jesień. Pospacerowali jeszcze po okalającym teatr ogrodzie, niezwykle skromnym, co jeszcze dodawało mu uroku. Podopieczni Fundacji Złotych Serc uwielbiali spędzać w nim czas. Tak samo jak Monika i Piotr. Obydwoje mieszkali w okolicy, dlatego codzienne spacery stały się ich małą tradycją, a zarazem sprzyjały długim rozmowom. Nie wiedzieć czemu, coraz trudniej było im się rozstać.

Rozdział IICiągła gra pozorów – o niezwykle kosztownym błędzie, niepogodzeniu się z okrutnym losem, samotności odbierającej radość życia i tęsknocie za wielką sceną

Wilczy bilet

W samo południe warszawska Starówka była niezwykle zatłoczona. Z nieba lał się prawdziwy żar, co jednak w niczym nie przeszkadzało mieszkańcom miasta i turystom w zwiedzaniu jego urokliwych zakątków. Unoszący się w powietrzu zapach potraw z pobliskich restauracji i pubów kusił od samego rana. Mimo że był środek tygodnia, tłumy ludzi nadciągały z każdej strony. Niektórzy w powolnym tempie przemierzali uliczki, inni pośpiesznie dążyli do celu, potykając się o wyboisty bruk. Tak czy inaczej, większość miała świetne humory, a słoneczny dzień zapowiadał mnóstwo atrakcji.

Jedną z przybyłych była dziewczyna stojąca w cieniu pod zabytkową kamienicą. Miała na sobie długą kobaltową suknię, którą przy delikatnych ruchach zdawała się zamiatać bruk. Jej długie jasne włosy podkreślały nietuzinkową urodę, a uśmiech przyciągał coraz liczniejsze spojrzenia. Chociaż nie to było główną przyczyną zainteresowania. Dziewczyna pięknie grała na skrzypcach. Wydobywająca się z nich znana melodia rozchodziła się po całej Starówce. Za pomocą delikatnych ruchów dłonią potrafiła wyczarować najpiękniejsze dźwięki. Ludzie przystawali obok niej na dłuższą chwilę, by podziwiać jej talent. Przy okazji wrzucali monety do leżącego przed nią futerału na skrzypce. Nikt nie miał wątpliwości, że za tak piękną grę należy się i pochwała, i drobne wynagrodzenie.

Zuza przystanęła przy jednym z kawiarnianych ogródków i rozejrzała się po równo ustawionych stolikach. Wybrała ten najbardziej oddalony od ulicy, w samym rogu. Bardzo zależało jej na tym, by mogła pozostać nierozpoznana. Dyskrecja była czymś, co towarzyszyło jej na każdym kroku od kilku miesięcy. A zarazem drażniło, że oto ona, niezłomna Zuza, nagle musiała obawiać się dosłownie wszystkiego. Gnębiło ją wrażenie, że ludzie oglądają się za nią na ulicy, wytykają palcami, jakby miała wypisane na czole „winna”. Owszem, tak też się czuła, ale tych kilka miesięcy pozwoliło jej nabrać dystansu. Przynajmniej tak sobie wmawiała. Było to też swego rodzaju pocieszenie.

– Większej nory nie mogłaś wybrać? – usłyszała głos, który niepostrzeżenie przyprawił ją o szybsze bicie serca. – Tyle knajpek w okolicy, a ty musiałaś wybrać akurat taką biedę.

Zuza uniosła wzrok i spod dużych ciemnych okularów zobaczyła młodą kobietę, ubraną w czarną obcisłą sukienkę i jasny żakiet.

– Uważaj, bo ci się tyłek odparzy – dogryzła przybyłej.

– Nooo… ładne powitanie. Widzę, że już zapomniałaś o starych dobrych czasach i o tym, że naczelny nawet przy afrykańskich upałach wymaga porządnej kiecki?

– Dobra, nie bulwersuj się tak, wrzuć na luz. – Zuza pośmiała się z nieco nadętej miny koleżanki z dawnej pracy.

Klaudia Bralt była kobietą z takim temperamentem, że sam diabeł mógłby przy niej czuć się zawstydzony. Miała niezwykły dar przekonywania do swoich racji. Zazwyczaj zresztą przy użyciu groźby, bo bycie miłą i zwracanie się z prośbą o załatwienie różnych spraw przychodziło jej z trudem. Po prostu lubiła, gdy sprawy szły po jej myśli. Za to pokochał ją naczelny „Wolnej Debaty”. Alan Falba lubił kobiety pewne siebie, ambitne i nietuzinkowe. A gdy jeszcze swoją pracą przysparzały mu pieniędzy, wtedy potrafił zrobić dla nich bardzo dużo. Klaudia szybko zyskała miano „pupilki” naczelnego i robiła wszystko, by ten tytuł utrzymać. Jak widać skutecznie, bo została szefową działu społecznego. Dokładnie wtedy, gdy Zuza z wielkim hukiem wyleciała z gazety. Zwyczajnie… zajęła jej miejsce.

– Napijesz się czegoś? – zaproponowała Zuza, widząc nie najlepszy humor koleżanki. A że miała do niej ważną sprawę, wolała nie drażnić wilka.

– Może jakiegoś drinka. Głowa mi pęka. Od rana w redakcji kocioł, bo wybuchła jakaś afera w miejskim ratuszu. Stary szaleje, że jego wtyka nie dała cynku o właściwej porze, i news o tym zamiast w „Wolnej Debacie” znalazł się dziś na pierwszej stronie „Demokracji”. My daliśmy to jedynie w naszym serwisie na stronie, ale dopiero o dziesiątej.

– No, to stary musi chodzić po biurze cały w purpurze, bo na pewno szlag go trafił. W sumie… dobrze mu tak – rzuciła zawzięcie Zuza.

Aż jej oczy zabłysły na myśl, że dawny szef tak kiepsko rozpoczął ten jakże piękny dzień. Nie bez powodu wszyscy w redakcji nazywali go „Starym”. Przy czym wcale nie chodziło o wiek, bo był lekko po czterdziestce. „Stary” wzięło się od tego, że ciągle marudził jak etatowy pesymista zbliżający się do setki. Wiedział, że za plecami jego dziennikarze właśnie tak się o nim wyrażają, ale nic sobie z tego nie robił. Rzecz jasna oficjalnie, bo zapewne w jakiś sposób go to dotykało.

– Dla mnie niedobrze. Znowu będę musiała dusić tych z działu polityki. Zawsze jak mają u siebie dym, to Stary wysyła mnie, żebym miała na nich oko. Nie zdziwię się, jak zaraz zadzwoni z zapytaniem, gdzie się podziałam.

– Wiadomość o tym, że jesteś ze mną, przyprawiłaby go o zawał serca – zachichotała Zuza, bacznie obserwując reakcję Klaudii.

– Gorzej… Być może spotkałby mnie los podobny do twojego.

– Tym bardziej doceniam, że tu jesteś – przyznała Zuza, poważniejąc.

Niezręczną ciszę przerwała kelnerka, pytając, co im podać. Obydwie zamówiły po lekkim drinku z limonką i miętą. W taki upał coś im się od życia należało. Ich uwagę odwrócił klaun, który wyłonił się z bocznej uliczki. Szły za nim tłumnie dzieci, salwami śmiechu kwitując jego udane sztuczki. Był naprawdę dobry. Jego humor udzielił się nawet Klaudii, która uznała, że przy najbliższej okazji szepnie naczelnemu, by takiego klauna zaprosić na imprezę firmową. Chociaż już teraz można było przewidzieć, że ten pomysł na pewno by się nie spodobał naczelnym sztywniakom z „Wolnej Debaty”.

– Czyli nie masz dla mnie żadnych dobrych wieści? – spytała zniechęcona Zuza.

– Nic, co by mogło poprawić twoją sytuację. W naszym środowisku jesteś spalona na dobre i nie ma szans na szybką poprawę. Obawiam się, że to się nigdy nie zmieni.

– Niech to wszystko szlag!

– Zuza! A coś ty sobie myślała, że z wilczym biletem od naczelnego ot tak przyjmie cię konkurencja? Mowy nie ma! Nikt nie chce u siebie dziennikarki z takim skandalem w CV. Sorry za szczerość, ale nie ma się co czarować.

– Nie mam ci tego za złe. Raczej jestem wściekła na samą siebie. Jeden głupi błąd przekreślił dosłownie wszystko. Jak mogłam być taka naiwna?

– Zachłysnęłaś się zbyt szybko wizją sukcesu. Nie byłaś tak uważna, jak wymagała tego sytuacja. Wtedy łatwo o popełnienie błędu.

– Zapłaciłam za niego najwyższą cenę.

– Nic już nie poradzisz. Musisz szukać nowych możliwości.

– Sama wiesz, że o nie coraz trudniej.

Zuza nie kryła przed koleżanką swojego żalu i złości. Klaudia była jedyną osobą, która utrzymywała z nią kontakt po tym, jak w atmosferze skandalu wyleciała z „Wolnej Debaty”. Zwyczajnie się lubiły i chciały podtrzymać znajomość. Chociaż Klaudia sporo ryzykowała, bo gdyby się Stary dowiedział, że wciąż kontaktuje się z czarną owcą, za jaką uważał Zuzę, wtedy i wobec niej zapewne nie byłby taki wyrozumiały. Dlatego spotykały się w ustronnych miejscach, by nikt się na nie przez przypadek nie natknął.

Wina leżała po stronie Zuzy i tego, co zrobiła kilka miesięcy temu. Zupełnie nic nie zapowiadało tak katastrofalnego w skutkach obrotu sprawy. Wiodła spokojne i udane życie poważanej przez współpracowników i przyjaciół szefowej działu społecznego „Wolnej Debaty”. Jeden sukces gonił drugi i tak z dnia na dzień Zuza stała się najważniejszą osobą w redakcji, zaraz po naczelnym Alanie Falbie. W swoich działaniach była bezwzględna i nic jej nie mogło powstrzymać. Nazywali ją „królową dramy”, bo w ciągu tygodnia potrafiła zrzucić z podium każdego z warszawskich VIP-ów. Nielegalne interesy, zabawy z prostytutkami, pranie brudnych pieniędzy… to był jej chleb powszedni. Lubiła się w tym babrać.

Aż nadszedł tamten pamiętny dzień. W głównym wydaniu „Wolnej Debaty” oraz w wydaniach regionalnych ukazał się artykuł Zuzy. Pracowała nad nim kilka dobrych tygodni. Miał być hitem, a co najważniejsze – zapewnić jej stałe miejsce w elicie warszawskich dziennikarzy i tym sposobem otworzyć drzwi do dalszej kariery. Artykuł poruszał sprawę firmy Bandex produkującej leki. Od dawna w środowisku chodziły głośne plotki, że firma nie tylko produkowała tabletki, do których dodawała kredę lub cukier, ale jeszcze narażała swoich pracowników na bezpośredni kontakt z trującymi materiałami chemicznymi. Kilku z nich trafiło nawet do szpitala, ale zarząd firmy sprawę zatuszował.

Pewnego dnia do Zuzy przyszła nieznajoma kobieta. Przedstawiła się jako Olga Nowicka i wyjaśniła, że chce opowiedzieć gazecie o tym, co się dzieje w firmie Bandex i jak są traktowani pracownicy. Sama została zwolniona kilka dni wcześniej, bo złożyła skargę na kierownika działu za to, że kazał jej mieszać dziwne chemikalia. Dostała od nich wysypki i miała problem z oddychaniem. Do tego nie chciała zarazić jakimś paskudztwem trójki swoich dzieci. Finał był taki, że z dnia na dzień straciła pracę.

Zuza była pewna, że to temat, który na długo zapewni jej dużą rozpoznawalność w środowisku. Nie zdawała sobie sprawy, że okryje ją tak złą sławą. Do zadania podeszła jak prawdziwa dziennikarska lwica. Znalazła świadków, zrobiła porządny research, zebrała dane, sprawdziła wszystkie donosy, a nawet… zatrudniła się na tydzień w firmie Bandex. Wszystko szło idealnie. Nawet Alan twierdził, że jeszcze takiego materiału w „Wolnej Debacie” nie było i zacierał ręce na samą myśl o wzroście sprzedaży numeru i zysków z reklam, bo tak głośna sprawa zawsze była dobrym wabikiem dla klientów.

Artykuł ukazał się na pierwszych stronach, z okładki krzyczał prowokujący tytuł, gazeta rozchodziła się w mgnieniu oka. Zuza wzięła tamtego dnia urlop i z kieliszkiem wina w dłoni siedziała na tarasie swojego apartamentu na Mokotowie, gratulując samej sobie niebywałego sukcesu. Po południu zadzwonił Alan. Zuza odebrała z myślą, że na pewno dzwoni z propozycją przekazania jej części udziałów gazety.

Już po jego głosie poznała, że coś jest nie tak. Zdenerwowany Alan powiedział jej, że szef firmy Bandex wściekł się z powodu artykułu, nazwał go stekiem bzdur i próbą zepsucia dobrego imienia renomowanego producenta znakomitych leków na podstawie wymysłów niedouczonej dziennikarki. Zapowiedział proces w sądzie i już podjął pierwsze kroki. Zuza wystraszyła się, choć w sumie musiała się liczyć z taką ewentualnością. Byłoby dziwne, gdyby prezes Bandexu puścił sprawę mimo uszu. Jednak takiego finału historii nigdy by nie przewidziała. Jeden z najczarniejszych scenariuszy lada chwila miał się stać jej udziałem.