Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 844 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tatiana i Aleksander - Paullina Simons

Kiedy Tatiana ucieka z wyniszczonego wojną Leningradu, by zacząć nowe życie w Ameryce, ma osiemnaście lat i jest oczekującą dziecka wdową. Jednak duchy przeszłości nie dają jej spokoju. Obsesyjnie dręczy ją przeczucie, że mąż, major Armii Czerwonej Aleksander Biełow, żyje i potrzebuje pomocy...

Tymczasem w oddalonym o tysiące mil Związku Radzieckim Aleksander cudem unika egzekucji i zostaje mianowany dowódcą batalionu karnego. Chociaż rekruci mają nikłe szanse na przeżycie, Aleksander postanawia przeprowadzić swoich ludzi przez zrujnowaną wojną Europę. Przedziera się na Zachód w rozpaczliwej próbie ucieczki przed bezwzględną stalinowską machiną śmierci...

Opinie o ebooku Tatiana i Aleksander - Paullina Simons

Fragment ebooka Tatiana i Aleksander - Paullina Simons

Tytuł oryginału TATIANA AND ALEXANDER

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyEwa Niepokólczycka

RedakcjaBarbara Skawińska

KorektaElżbieta Jaroszuk Jolanta Spodar

Copyright © Paullina Simons, 2003 Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Malita, 2004

Świat Książki Warszawa 2013

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-455-9

Mapa dostępna w pełnej wersji eBooka.

W skład trylogii wchodzą:

JEŹDZIEC MIEDZIANY TATIANA I ALEKSANDER

Raz jeszcze dla mojego dziadka i babci, którzy liczą sobie dziewięćdziesiąt pięć i dziewięćdziesiąt jeden lat, nadal uprawiają ogórki, hodują kwiaty i żyją długo i szczęśliwie, i dla naszego dobrego przyjaciela Anatolija Studenkowa, który pozostał w Rosji i któremu długie szczęśliwe życie nie było dane.

Podziękowania

Proszę, by serdeczne i mocno spóźnione podziękowania przyjęli:

Larry Brantley, potężny głos armii, za niezliczone godziny poświęcone na opowiadanie mi o rzeczach, o których nie miałam pojęcia.

Tracy Brantley, jego żona i moja prawdziwa przyjaciółka, która od pierwszych chwil dała mi to, czego potrzebowałam najbardziej, płacząc we wszystkich właściwych momentach, i która od razu pokochała Tanię i Szurę.

Irene Simons, moja pierwsza teściowa, za nazwisko, pod którym publikuję swoje powieści.

Elaine Ryan, moja druga teściowa, która dała mi swego cudownego drugiego syna.

Radik Tichomirow, przyjaciel mojego ojca od ponad pięćdziesięciu lat, za kopiowanie w St. Petersburgu pamiętników osób, które przeżyły blokadę, i przysyłanie mi setek stron w oryginalnej, rosyjskiej wersji.

Robert Gottlieb, kolega rusofil, który zawsze służył mi pomocą, i Kim Whalen za dziesięć lat ciężkiej pracy.

Jane Barringer, obdarzona twarzą i cierpliwością Melanii z Przeminęło z wiatrem, w którą wcieliła się Olivia DeHavilland, za uważne przeczytanie każdego słowa Jeźdźca Miedzianego – trzy razy! – dzięki czemu książka stała się lepsza.

Joy Chamberlain, niezwykła redaktorka, matka, pływaczka, która widzi, czuje i rozumie wszystko i jak zawsze bardzo boi się przekazywać mi złe wieści.

Nick Sayers, mój przyjaciel, były wydawca i redaktor, który kiedyś wypiwszy zbyt dużo wina, powiedział mi, że nawet gdybym napisała książkę telefoniczną, on i tak ją opublikuje. Ha!

Pawla Sałacowa, która bardzo ciężko pracuje, by uczynić moje życie łatwiejszym. Czasami wydaje mi się, że ma dwadzieścia rąk.

Mój drugi i ostatni mąż Kevin – jesteś na medal.

I w bladym blasku ukąpany, Wysoko wyciągając dłoń, ON, Jeździec goni go Miedziany, I dźwięcznie w bruk łomoce koń.

I wszędzie, dokąd, obłąkany, Uciekał, gnany zmorą trwóg, Tam Jeździec ścigał go Miedziany I ciężko dudnił kopyt stuk.

Aleksander Puszkin

Prolog

Boston, grudzień 1930

Aleksander Barrington stał przed lustrem i drżącymi palcami próbował poprawić zawiązany na szyi szaro-biały krawat skautów. Nie mógł jednak oderwać wzroku od swojej twarzy, na której gościł wyjątkowo posępny wyraz. Kąciki ust opadały smutno w dół. Wszystko szło nie tak. I to w taki dzień jak dzisiaj.

Odchodząc od lustra, rozejrzał się z westchnieniem po niewielkim pokoju. Drewniana podłoga, smutne, imitujące boazerie tapety, łóżko, stolik nocny.

To jednak nie miało żadnego znaczenia. To nie był jego pokój. Wynajęli go tylko, a całe umeblowanie należało do mieszkającej na dole gospodyni. Jego prawdziwy pokój nie znajdował się tutaj, w Bostonie, lecz w Barrington. Bardzo go lubił i żaden z pokoi, w których mieszkał od czasu wyjazdu, nie przypadł mu już potem do serca. A w ciągu minionych dwóch lat zdążył poznać sześć pokoi. Stało się to, gdy ojciec sprzedał dom i zabrał Aleksandra z Barrington, pozbawiając go raz na zawsze dzieciństwa.

A teraz zostawiał za sobą także i ten pokój. Nie dbał o to.

Nie to było najważniejsze.

Aleksander raz jeszcze spojrzał w lustro. Chłopiec, który odpowiedział mu spojrzeniem, był zdecydowanie zbyt poważny jak na jego gust. Zbliżył się do lustra, przytulił twarz do zimnej powierzchni i odetchnął głęboko.

– Aleksandrze – szepnął. – Co teraz?

Teddy, jego najlepszy przyjaciel, uważał, że wyjazd z kraju to najbardziej ekscytująca rzecz na świecie.

Aleksander nie mógł się z nim bardziej nie zgadzać.

Przez uchylone drzwi słyszał kłótnię rodziców. Postanowił ich zignorować. W zdenerwowaniu często podnosili głos. Nagle drzwi otworzyły się szeroko. W progu stanął ojciec, Harold Barrington.

– Jesteś gotowy, synu? – spytał. – Samochód czeka na dole. Twoi przyjaciele też chcą się z tobą pożegnać. Teddy zapytał, czy nie mógłbym go zabrać zamiast ciebie – Harold się uśmiechnął. – Powiedziałem, że niewykluczone. Co ty na to, Aleksandrze? Chcesz się zamienić z Teddym? Zamieszkać z jego zwariowaną matką i jeszcze bardziej zwariowanym ojcem?

– To byłaby całkiem miła odmiana, bo moi rodzice są przecież tak rozsądni – odparł Aleksander, nie spuszczając wzroku z ojca.

Harold Barrington był szczupłym mężczyzną średniego wzrostu. W jego szerokiej twarzy o kwadratowej szczęce wyróżniał się mocno zarysowany podbródek. W wieku czterdziestu ośmiu lat miał nadal gęste, choć lekko siwiejące jasnobrązowe włosy, a oczy lśniły intensywnym błękitem. Aleksander bardzo lubił, gdy ojciec był w dobrym humorze, bo wtedy z jego oczu znikał wyraz powagi.

Odsuwając stojącego w progu Harolda, do pokoju wkroczyła Jane Barrington w swojej najlepszej jedwabnej sukience i białym toczku.

– Harry, zostaw chłopca w spokoju – powiedziała. – Widzisz przecież, że poprawia ubranie, bo chce elegancko wyglądać. Samochód poczeka. Teddy i Belinda też – wygładziła długie, ciemne włosy ułożone starannie pod kapeluszem. W głosie Jane nadal słychać było cień śpiewnego włoskiego akcentu, którego nie zdołała się pozbyć od czasu, gdy w wieku siedemnastu lat przyjechała do Ameryki. – Nigdy nie przepadałam za tą Belindą – powiedziała ściszonym głosem.

– Wiem, mamo – odparł Aleksander. – Dlatego wyjeżdżamy z kraju, prawda? – Nie odwracając się, obserwował ich w lustrze. Z wyglądu podobny był do matki, ale miał nadzieję, że charakterem przypomina ojca. Nie był jednak do końca pewny. Matka bawiła go, ojciec wprawiał w zakłopotanie. Jak zawsze.

– Jestem gotowy, tato – powiedział.

Harold podszedł do syna i objął go ramieniem.

– Myślałeś, że zapisując się do skautów, przeżyjesz wielką przygodę. Ale dopiero teraz przekonasz się, jak naprawdę wygląda wielka przygoda.

– Tak – odparł, myśląc jednocześnie: Skauci w zupełności by wystarczyli. – Tato? – spytał, patrząc nie na ojca, lecz na swoje odbicie w lustrze. – Jeśli coś tam nie wyjdzie... możemy zawsze tu wrócić, prawda? Będziemy mogli wrócić do... – Urwał. Nie chciał, by ojciec usłyszał, jak łamie mu się głos. Wziął głęboki oddech i dokończył – do Ameryki?

Kiedy Harold nie odpowiadał, Jane podeszła do Aleksandra, który stał teraz między rodzicami. Matka, w butach na niedużych obcasach, była prawie siedem centymetrów wyższa od ojca, który z kolei był o pół metra wyższy od syna. – Powiedz chłopcu prawdę, Haroldzie. Powinien ją znać. Powiedz mu. Jest już przecież duży.

– Nie, Aleksandrze – powiedział ojciec. – Nie wrócimy. Zamieszkamy w Związku Radzieckim na stałe. Nie ma dla nas miejsca w Ameryce.

Aleksander chciał powiedzieć, że dla niego na pewno jest tu miejsce. On miał w Ameryce swoje miejsce. Przyjaźnił się z Teddym i Belindą od czasu, gdy skończyli trzy lata. Barrington było małym miasteczkiem z domami o białych ścianach i czarnych okiennicach, z trzema kościołami i krótką główną ulicą, z czterema przecznicami po obu stronach. W lasach otaczających Barrington Aleksander wiódł bardzo szczęśliwe życie. Wiedział jednak, że ojciec nie to chciał usłyszeć, więc nie odezwał się ani słowem.

– Aleksandrze, razem z twoją matką jesteśmy absolutnie pewni, że to najlepsze, co mogło się przydarzyć naszej rodzinie. Po raz pierwszy w życiu mamy wreszcie okazję zrobić to, w co głęboko wierzymy. Nie będziemy już jedynie głosić idei komunizmu. Łatwo jest nawoływać do zmian, żyjąc w luksusie. Teraz będziemy żyć w zgodzie z własnymi przekonaniami. Wiesz, że walczyłem o to przez całe swoje dorosłe życie. Widziałeś mnie. I matkę również.

Aleksander skinął głową. To prawda, widział ich. Ojca i matkę aresztowanych za przekonania. Odwiedziny u ojca w więzieniu. Nieprzyjazne spojrzenia mieszkańców okolic Barrington. Wyśmiewanie w szkole. Nieustanne bójki w obronie ojca i jego ideałów. Widział matkę stojącą u boku męża w czasie pikiet i protestów. On sam też stał u jej boku. We trójkę pojechali do Waszyngtonu, by wziąć udział w demonstracji komunistów przed Białym Domem. Tam też ich aresztowano. W wieku siedmiu lat Aleksander spędził noc w izbie zatrzymań dla młodocianych przestępców. Pocieszał go tylko fakt, że jako jedyny chłopiec z Barrington miał okazję zobaczyć Biały Dom.

Wtedy był przekonany, że poniósł już dość ofiar. Potem doszedł do wniosku, że kolejną ofiarą z jego strony było zerwanie związków z rodziną i wyprowadzenie się z domu, w którym Barringtonowie mieszkali od ośmiu pokoleń. Myślał, że mieszkanie w małych wynajmowanych pokojach w ruchliwym i zakurzonym Bostonie i głoszenie tam socjalistycznych idei było ostatnią z ofiar.

Mylił się jednak.

Decyzja o przeprowadzce do Związku Radzieckiego była dla Aleksandra niespodzianką, i to niezbyt miłą. Ale jego ojciec wierzył. Był przekonany, że w Związku Radzieckim wreszcie znajdą swoje miejsce; nikt nie będzie się tam z Aleksandra wyśmiewał, a wszyscy powitają ich z otwartymi ramionami i nieskrywanym podziwem. Znajdą tam miejsce, gdzie będą mogli zbudować nowe życie i nadać mu odpowiednie znaczenie. W nowej Rosji człowiek pracy był potęgą, a niebawem miał stać się królem. Niezachwiana wiara ojca była dla Aleksandra wystarczającą gwarancją.

Matka pocałowała go pomalowanymi na czerwono wargami, zostawiając ślad na czole. Usiłowała to szybko wytrzeć, lecz nie do końca się jej udało.

– Kochanie, wiesz na pewno, że pragnieniem ojca jest, byś nauczył się, co jest w życiu najważniejsze, i wyrósł na dobrego człowieka.

– Przecież tu nie chodzi o mnie, mamo – odparł z lekkim rozdrażnieniem Aleksander. – Jestem jeszcze dzieckiem...

– Nie – przerwał mu stanowczo ojciec. Jego ręka nadal spoczywała na ramieniu syna. – Tu chodzi przede wszystkim o ciebie, Aleksandrze. Teraz masz dopiero jedenaście lat, ale już niedługo staniesz się mężczyzną. A ponieważ masz tylko jedno życie, możesz je przeżyć tylko w jeden sposób. Jadę do Związku Radzieckiego, żeby uczynić z ciebie mężczyznę, jakim powinieneś być. Ty, synu, jesteś jedynym, co pozostanie po mnie na świecie.

– Przecież w Ameryce też jest mnóstwo mężczyzn – zauważył Aleksander. – Herbert Hoover. Woodrow Wilson. Calvin Coolidge.

– Tak, ale to nie są dobrzy ludzie. W Ameryce rodzą się ludzie chciwi i samolubni, dumni i opętani chęcią zemsty. Nie chcę, żebyś wyrósł na takiego człowieka.

– Aleksandrze – powiedziała matka, mocno go przytulając. – Chcemy, żebyś w przyszłości miał w sobie cechy, których próżno szukać u Amerykanów.

– Racja – odparł Harold. – W Ameryce można spotkać samych mięczaków.

Aleksander cofnął się o krok, nie spuszczając wzroku z odbicia swojej poważnej twarzy. To właśnie oglądał, zanim do pokoju weszli rodzice. Siebie. Patrzył na swoją twarz i zadawał sobie pytanie: Jakim będę człowiekiem, gdy już dorosnę?

– Nie martw się, tato – powiedział salutując. – Będziesz ze mnie dumny. Nie będę chciwy, samolubny ani dumny. Nie opęta mnie chęć zemsty. Będę twardy i zdecydowany. Chodźmy już. Jestem gotowy.

– Nie chcę, żebyś był twardy, Aleksandrze. Chcę, żebyś był dobrym człowiekiem – Harold zawiesił głos. – Lepszym niż ja.

Kiedy wychodzili z pokoju, Aleksander odwrócił się na chwilę i po raz ostatni spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Nie chcę zapomnieć tego chłopca, pomyślał, bo może kiedyś będę musiał do niego wrócić.

Sztokholm, maj 1943

Codziennie płonę na stosie, pomyślała osiemnastoletnia Tatiana, budząc się pewnego letniego poranka. Nie mogę tak dłużej żyć. Wstała z łóżka, umyła się, wyszczotkowała włosy, spakowała do plecaka książki i ubrania, po czym zostawiła pokój tak czysty, jakby w ciągu minionych dwóch miesięcy w ogóle w nim nie mieszkała. Białe firanki, poruszane lekkim wiatrem, powiewały nieubłaganie.

W niej też nie było litości.

Nad biurkiem wisiało owalne lustro. Zanim Tatiana upięła włosy, spojrzała na swoje odbicie. Z trudem rozpoznała swoją twarz, z której na dobre znikła dziecięca krągłość. Pozostały tylko mocno zarysowane kości policzkowe, wysokie czoło, lekko kwadratowa szczęka i zaciśnięte wargi. Jeśli nadal miała dołeczki w policzkach, to nie było ich już widać, gdyż jej usta od dawna nie rozciągały się w uśmiechu. Blizna na policzku rozciętym przez odłamek rozbitej szyby dżipa zamieniła się w cienką, różową linię. Piegi też dawno wyblakły. Jednak nie to było najważniejsze. Tatiana przede wszystkim nie mogła poznać swoich oczu. Niegdyś lśniące zielenią, osadzone głęboko w bladej twarzy, wyglądały teraz tak, jakby stanowiły jedynie przejrzystą, kryształową granicę oddzielającą duszę od otaczającego obcego świata. Nie potrafiła już podnosić ich na nikogo. Nie umiała już patrzeć na siebie. Wystarczyło bowiem jedno spojrzenie w ich zieloną toń, by wyjawić, co dzieje się za delikatną fasadą.

Odgarnęła jasne, sięgające łopatek włosy. Już nie czuła do nich nienawiści.

Jakże mogła ich nienawidzić, skoro Aleksander tak bardzo je kochał.

Nie będzie o tym myśleć. Chciała je obciąć, ostrzyc się niczym jagnię prowadzone na rzeź. Chciała ostrzyc włosy, wydłubać oczy, wybić zęby i wyrwać żyły z gardła.

Upięła włosy w kok na czubku głowy i zawiązała chustkę. Wolała nie zwracać na siebie uwagi, choć w Szwecji – kraju pełnym blondynek – łatwo było zgubić się w tłumie.

Nic dziwnego, że czuła się tak zagubiona.

Wiedziała, że czas ruszać przed siebie. Nie mogła jednak znaleźć w sobie siły, która byłaby zdolna popchnąć ją do przodu. Nosiła w sobie dziecko, ale równie dobrze mogła je urodzić w Szwecji, jak w Ameryce. To byłoby nawet prostsze. Mogłaby tu zostać. Nie musiałaby wyruszać do dalekiego, zupełnie obcego kraju, szukać miejsca na frachtowcu płynącym do Wielkiej Brytanii, a potem przemierzać oceanu w samym środku szalejącej wojny. Niemcy codziennie bombardowali wody na północy Europy, ich torpedy niszczyły alianckie łodzie podwodne i statki, które wybuchały niczym ogniste kule na zimnych wodach Zatoki Botnickiej, Bałtyku, Arktyki i Atlantyku. Pozostanie w bezpiecznym Sztokholmie nie wymagało od niej niczego więcej, niż do tej pory robiła.

A co robiła?

Wszędzie widziała Aleksandra.

Na każdym kroku, wszędzie, gdzie tylko przysiadała choćby na chwilę, odwracała głowę na prawo i widziała go – wysokiego, w mundurze oficera, z karabinem przerzuconym przez ramię. Patrzył na nią i uśmiechał się. Wyciągała rękę, by dotknąć powietrza; muskała białą poduszkę, na której widziała jego twarz. Odwracała się do niego i łamała dla niego chleb; siadała na ławce i patrzyła, jak przechodzi przez ulicę, by zbliżyć się do niej wolnym, ale pewnym krokiem. Każdego dnia chodziła za wysokimi Szwedami, mężczyznami o szerokich ramionach, i zaglądała niegrzecznie w twarze nieznajomych, bo wszędzie widziała twarz Aleksandra. Potem mrugała oczami, a on znikał. I ona też znikała. Spuszczała wzrok i szła dalej.

Kiedy jednak podnosiła oczy, on znów tam był, przy jej boku, wysoki, piękny. Śmiał się do niej, a gdy przesuwał palce przez jej włosy, z ramienia spadał mu rzemień karabinu.

Raz jeszcze spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Za nią stał Aleksander. Odgarnął jej włosy z szyi i pochylił się, by ją pocałować. Nie czuła jego zapachu ani dotyku warg. Ale widziała go, niemal czuła łaskotanie czarnych włosów na szyi.

Zamknęła oczy.

Wyszła z hotelu i zjadła śniadanie w kawiarni Spivak. Jak zwykle zamówiła dwie porcje bekonu, dwie filiżanki czarnej kawy i trzy sadzone jajka. Udawała, że czyta angielską gazetę, którą kupiła w kiosku przy porcie; udawała, bo słowa wirowały jej w głowie i za nic nie mogła ich poukładać. Wróci do niej po południu, kiedy trochę się uspokoi. Wyszła z kawiarni i ruszyła w stronę przystani. Usiadła na ławce i obserwowała, jak szwedzki robotnik portowy ładuje na barki papier, który miał popłynąć do Helsinek. Nie spuszczała z niego wzroku. Wiedziała, że za kilka minut zrobi przerwę i pójdzie porozmawiać z kolegami pracującymi pięćdziesiąt metrów dalej. Zapali papierosa, wypije kawę, znów zapali. Nie będzie go przy barce przez trzynaście minut. Zostawi ją bez nadzoru, przed trapem prowadzącym prosto do kabiny.

Trzynaście minut później wróci i dalej będzie przeładowywał papier z ciężarówki, wożąc go po trapie na ręcznym wózku. Za sześćdziesiąt dwie minuty pojawi się kapitan; robotnik zasalutuje i odrzuci cumy. Po chwili kapitan wyruszy przez zamarznięty Bałtyk do Helsinek.

Tatiana obserwowała go po raz siedemdziesiąty piąty.

Helsinki leżały zaledwie o cztery godziny od Wyborga. Z gazet, które kupowała codziennie w kiosku nieopodal kawiarni, dowiedziała się, że Wyborg – po raz pierwszy od tysiąc dziewięćset osiemnastego roku – znów należy do Związku Radzieckiego. Armia Czerwona odebrała Finom Karelię. Barka do Helsinek i podróż ciężarówką przez lasy do Wyborga.

– Czasami marzę o tym, żebyś nie była tak cholernie uparta – mówi Aleksander. Udało mu się dostać trzydniową przepustkę. Są w Leningradzie – to ostatni wspólny pobyt w tym mieście, ich ostatni Leningrad, ich ostatnie listopadowe dni, ostatnie wszystko.

– Czy przypadkiem kocioł nie przygania garnkowi?

– Może. Ale wolałbym, żeby nie musiał wcale przyganiać – prychnął zdesperowany. – Są takie kobiety – powiedział – wiem, że na pewno są takie kobiety, które słuchają swoich mężczyzn. Widziałem je. Inni mężczyźni je mają...

– No to dla ciebie zabrakło. – Łaskocze go. Ale on nie wygląda na rozbawionego. – Już dobrze. Powiedz mi, co mam robić – mówi, zniżając kusząco głos. – Zrobię wszystko, co każesz.

– Wyjedź z Leningradu i natychmiast wracaj do Łazariewa – mówi Aleksander. – Jedź tam, gdzie będziesz bezpieczna.

– Nie, spróbuj jeszcze raz – odpowiada, przewracając oczami. – Wiem, że potrafisz w to grać.

– Potrafię. – Aleksander usiadł na starej kanapie rodziców. – Ale nie chcę. Nie słuchasz mnie wcale, gdy mówię o bardzo ważnych rzeczach...

– Bo wcale nie są bardzo ważne. – Tatiana klęka przed nim i ujmuje jego dłonie w swoje. – Jeśli NKWD przyjdzie po mnie, będę wiedziała, że ty się wymknąłeś i z radością stanę pod ścianą. – Ściska go mocno za ręce. – Stanę pod ścianą jako twoja żona i nie będę żałować ani jednej sekundy, spędzonej z tobą. Pozwól mi zostać tutaj. Pozwól mi raz jeszcze poczuć twój zapach, raz jeszcze cię pocałować – mówi. – A teraz zagraj w moją grę, choć smutno tak razem leżeć w zimnym Leningradzie. Ale to prawdziwy cud, że w ogóle możemy razem leżeć. Powiedz mi, co mam robić, a ja to zrobię.

Aleksander ciągnie ją za rękę.

– Chodź tutaj. – Otwiera szeroko ramiona. – Usiądź na mnie.

Spełnia jego życzenie.

– Teraz połóż mi dłonie na twarzy.

Raz jeszcze jest posłuszna.

– Przytul usta do moich oczu i pocałuj mnie.

Znów spełnia jego życzenie.

– Pocałuj mnie w czoło.

Jest posłuszna. I jeszcze raz.

– Taniu...

– Ciii...

– Nie widzisz, że zaczynam się łamać?

– Ach tak – mówi. – Czyżby to znaczyło, że jesteś jeszcze cały?

Siedziała i obserwowała robotnika portowego, gdy świeciło słońce; siedziała i obserwowała go, gdy padał deszcz. Albo gdy w powietrzu unosiła się mgła, co praktycznie miało miejsce każdego dnia o ósmej rano.

Ten ranek był jednak inny. Bardzo zimny. Nad przystanią unosił się zapach świeżej wody i ryb. Wysoko na niebie krzyczały mewy, gdzieś w oddali jakiś mężczyzna coś głośno zawołał.

Gdzie jest mój brat? Dlaczego nie może mi pomóc? A moja siostra, matka? Pasza, pomóż mi, zagraj ze mną jeszcze raz w piłkę nożną, ukryj się w lesie, ale tak, żebym mogła cię znaleźć. Dasza, popatrz, co się wydarzyło, do czego doszło. Widzisz mnie? Mamo, mamo. Chcę do mamy. Gdzie jest moja rodzina? Dlaczego niczego ode mnie nie chce, dlaczego nie jest mi ciężarem, nie miesza się do moich spraw? Gdzie jesteście, kiedy tak bardzo potrzebuję waszej pomocy? Dziadku, nie wiem, co robić. Poradź mi.

Tego ranka robotnik portowy nie poszedł na sąsiednie molo, by wypić kawę z kolegą i wypalić z nim papierosa. Przeszedł przez ulicę i usiadł na ławce obok Tatiany.

To ją zupełnie zaskoczyło. Nie odezwała się jednak ani słowem, tylko mocniej otuliła białym pielęgniarskim fartuchem. Poprawiła chustkę na głowie, zacisnęła usta i nadal wpatrywała się w port.

– Mam na imię Sven – powiedział po szwedzku. – A ty?

– Tatiana – odparła po dłuższej chwili. – Nie mówię po szwedzku.

– Chcesz papierosa? – spytał po angielsku.

– Nie – odpowiedziała również po angielsku. Zastanowiła się przez chwilę, czy nie powinna mu powiedzieć, że słabo mówi w tym języku. Była pewna, że on nie mówi po rosyjsku.

Zapytał, czy przynieść jej kawę albo cieplejsze okrycie. Nie i nie. Siedziała ze wzrokiem utkwionym w przystań.

Sven milczał przez chwilę.

– Chcesz wsiąść na moją barkę, prawda? Chodź. Zaprowadzę cię. – Ujął ją pod ramię. – Chyba coś tu zostawiłaś – powiedział, ciągnąc ją lekko. – To idź i przynieś. – Tatiana się nie poruszyła. – Weź ode mnie papierosa, weź kawę albo wsiadaj na barkę. Ja się nawet nie odwrócę. Nie będziesz musiała się skradać. Pozwoliłbym ci wsiąść już pierwszego dnia. Trzeba było tylko poprosić. Chcesz płynąć do Helsinek? Nie ma sprawy. Wiem, że nie jesteś Finką. – Urwał na chwilę. – Ale widzę, że jesteś w ciąży. Dwa miesiące temu byłoby znacznie łatwiej. Niepotrzebnie to utrudniłaś. Ale musisz albo się cofnąć, albo ruszać do przodu. Jak długo chcesz siedzieć tutaj i obserwować moje plecy?

Tatiana wpatrywała się w wody Bałtyku.

– No, jak długo to potrwa? – powtórzył pytanie.

– Gdybym wiedziała, nie siedziałabym tutaj.

– To nie siedź. Chodź.

Potrząsnęła głową.

– Zbyt długo jesteś sama – powiedział. – Gdzie jest twój mąż? Gdzie jest ojciec twojego dziecka?

– Zginął w Związku Radzieckim – szepnęła.

– Ach, więc jesteś Rosjanką. Teraz już rozumiem. Udało ci się jakoś uciec? No, skoro już tu jesteś, to zostań. Zostań w Szwecji. Idź do konsulatu i załatw sobie status uchodźcy. Setki ludzi docierają tutaj przez Danię. Koniecznie idź do konsulatu.

Tatiana potrząsnęła głową.

– Niedługo urodzisz dziecko. Musisz wrócić albo ruszyć przed siebie.

Objęła rękami brzuch. Jej oczy się zaszkliły.

Doker poklepał ją łagodnie i wstał.

– No i co teraz? Chcesz wracać do Związku Radzieckiego... dlaczego?

Milczała. Jak miała powiedzieć, że zostawiła tam duszę?

– Jeśli wrócisz, co się z tobą stanie?

– Najprawdopodobniej umrę – szepnęła.

– A jeśli ruszysz przed siebie?

– Najprawdopodobniej będę żyła.

Klasnął w dłonie.

– I jeszcze masz wątpliwości? Musisz wybrać życie.

– Tak – odparła. – Ale jak mam dalej żyć? Spójrz tylko na mnie. Myślisz, że jeśli potrafiłabym dokonać wyboru, nie zrobiłabym tego?

– Siedzisz więc tutaj w Sztokholmie jak w czyśćcu, patrzysz, jak dzień po dniu ładuję papier, patrzysz, jak palę. I co dalej? Potem będziesz siedzieć na tej ławce z dzieckiem? Tego właśnie chcesz?

Milczała.

Kiedy po raz pierwszy spojrzała na niego, siedziała na ławce i jadła lody.

– Ruszaj przed siebie.

– Nie mogę.

Pokiwał energicznie głową.

– Możesz. Tylko jeszcze o tym nie wiesz. Teraz już rozumiem. Dla ciebie wciąż trwa zima. – Uśmiechnął się. – Ale nie przejmuj się. Lato jest tuż, tuż. Lód w końcu stopnieje.

Tatiana z trudem podniosła się z ławki. Odchodząc, powiedziała po rosyjsku:

– To nie jest lód, mój morski filozofie. To stos.

KSIĘGA I

DRUGA AMERYKA

...Podnieś głowę jeszcze wyżej Stań w falach dziś I zawsze Bo on był synem, którego urodziłaś I oddałaś wiatrowi i falom

Rozdział pierwszy

Szpital w Morozowie, 13 marca 1943

Późnym wieczorem, w małej rybackiej wiosce, w której na czas operacji na Newie swoją siedzibę miało dowództwo Armii Czerwonej, w wojskowym szpitalu leżał ranny mężczyzna. Czekał na śmierć.

Przez długi czas leżał ze skrzyżowanymi na piersiach rękami. Nie poruszył się do chwili, gdy w szpitalu zgasły światła, a na oddziale intensywnej opieki zapadła cisza.

Niedługo po niego przyjdą.

Był młodym, dwudziestotrzyletnim żołnierzem, wyniszczonym przez wojnę. Miesiące spędzone na szpitalnym łóżku pokryły jego twarz bladością, która nie była wynikiem strachu czy tęsknoty, lecz braku słońca. Był nieogolony, a czarne włosy miał ostrzyżone tuż przy skórze. Kiedy patrzył daleko przed siebie, w jego oczach, koloru karmelu, malowała się pustka. Aleksander Biełow, choć teraz posępny i zrezygnowany, nie był okrutnym ani nieczułym człowiekiem.

Przed kilkoma miesiącami, podczas bitwy o Leningrad, wybiegł na lód, by ratować swego przyjaciela, Anatolija Marazowa, który leżał na zamarzniętej Newie z kulą w szyi. Razem z nim do rannego Marazowa podbiegł zupełnie pozbawiony rozsądku lekarz, Matthew Sayers z Bostonu, pracujący dla Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Kiedy wpadł do przerębli, Aleksander musiał go wyciągać spod lodu, ryzykując własne życie, a potem ciągnąć przez lód w stronę ciężarówki, za którą mogli się ukryć. Niemcy ostrzeliwali ciężarówkę z powietrza, próbując ją wysadzić, lecz zamiast niej wysadzili Aleksandra. Leżąc na lodzie, przypomniał sobie niemieckie samoloty w Łudze na początku wojny, które ostrzeliwały pole pełne żołnierzy i kobiet. Teraz już wiedział, dlaczego zrobiło to na nim aż tak wielkie wrażenie. Wśród samolotów Luftwaffe Aleksander zobaczył własną śmierć.

Tatiana wyrwała go ze szponów czterech jeźdźców, którzy zjawili się po niego i na palcach rąk ukrytych w czarnych rękawicach liczyli jego dobre i złe uczynki. Tatiana, której powiedział: Wyjedź z Leningradu i natychmiast wracaj do Łazariewa. Do Łazariewa, małej rybackiej wioski ukrytej głęboko w sosnowych lasach u stóp Uralu, nad brzegiem potężnej rzeki Kamy. Do Łazariewa, gdzie przez krótki czas mogła być bezpieczna. Ale Tatiana była bardzo podobna do amerykańskiego lekarza: nie miała za grosz rozsądku. Nie, zaprotestowała. Nigdzie się nie ruszy. Bez jego wiedzy przyjechała na front. I wygrażając pięścią, krzyknęła też: Nie! czterem jeźdźcom. Jeszcze go nie dostaniecie. Nie pozwolę na to. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby go wyrwać z waszych rąk.

I zrobiła. Oddając mu własną krew, odebrała im Aleksandra. Wsączyła w jego żyły życie i uratowała go.

Aleksander zawdzięczał życie Tatianie, lecz doktor Sayers zawdzięczał swoje Aleksandrowi. Dlatego też postanowił wywieźć ich razem do Helsinek, skąd mogli bezpiecznie wyruszyć do Stanów Zjednoczonych. Z pomocą Tatiany opracowali plan, bardzo dobry plan. Przez dwa miesiące Aleksander leżał w szpitalu i rzeźbiąc figurki i kołyski z kawałków drewna, wyobrażał sobie, że jeździ z nią po Ameryce. Kiedy zamykał oczy, widział wyraźnie, jak zabliźniają się wszystkie pozostawione przez wojnę rany, a oni siedzą razem w samochodzie i słuchając radia, śpiewają na cały głos.

Tak długo żył na ulotnych skrzydłach nadziei. Wiedział, jak bardzo była ulotna, nawet gdy pogrążał się w niej bez reszty. Była to nadzieja człowieka otoczonego przez wroga, który biegnąc, modli się, by zdążył się ukryć w jakiejś szczelinie, zanim wróg ponownie załaduje broń, zanim rozlegnie się salwa ciężkiej artylerii. Słyszy za sobą warkot karabinów, słyszy krzyki wroga, lecz nie ustaje w biegu, mając nadzieję, że uda mu się umknąć przed złowieszczym gwizdem pocisku. Nurkuje w nadzieję lub umiera w rozpaczy. Nurkuje w rzece Kamie.

Kiedy trzy dni temu otworzył oczy, stał przed nim jego „najlepszy” przyjaciel Dmitrij Czernienko. Trzymał w ręce jego plecak. On sam był przekonany, że zgubił go na lodzie, gdy został ranny. Dmitrij wyjął z plecaka należącą do Tatiany białą sukienkę w czerwone róże. Trzymał ją w geście ukrytej groźby. Zażądał, by Aleksander zostawił Tatianę, by uciekł do Ameryki bez niej, zabierając ze sobą jego, Dmitrija. Żądał, by Aleksander poświęcił swoje życie.

Powinien był zabić Dmitrija, prawie mu się to udało. Gdyby nie powstrzymał go ten idiota sanitariusz, pobiłby Dmitrija na śmierć, lecz i bez tego wiedział, że jego los jest już przypieczętowany. Zastanawiał się, kiedy to się stało, ale nie chciał poznać odpowiedzi na to pytanie.

Kiedy opuścił mały pokój w Bostonie w grudniu tysiąc dziewięćset trzydziestego roku.

Teraz, w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku, gdyby zabił Dmitrija, zostałby aresztowany i natychmiast wtrącony do więzienia. Tam, pilnowany dzień i noc, oskarżony o morderstwo, czekałby na wyrok sądu wojennego. Nie bacząc na grożące jej niebezpieczeństwo, Tatiana zostałaby w Związku Radzieckim, by być blisko niego, a doktor Matthew Sayers z Czerwonego Krzyża wyruszyłby do Helsinek sam.

Ale Dmitrij nie zginął. Gdy tylko odzyskał przytomność, pobiegł do generała Mechlisa z NKWD i powiedział mu wszystko, co wiedział o Aleksandrze Biełowie. A wiedział dużo.

Dmitrij nie wspomniał jednak ani słowem o Tatianie. Chciał zniszczyć Aleksandra, to było jasne. Tatiana wiedziała o tym od samego początku, bo doskonale znała się na ludziach. Wiedziała, że Dmitrij ma złe zamiary i powiedziała o tym Aleksandrowi. Byli ostrożni, ukrywali się, udawali, że są tylko znajomymi, dbali o pozory, lecz kiedy Dmitrij znalazł w plecaku Aleksandra białą sukienkę w róże, wszystko zrozumiał. A potem dowiedział się o ich potajemnym ślubie. Miał ich oboje w garści i postanowił, że zrobi wszystko, by ich zniszczyć. I zrobił.

Aleksander dostrzegł jednak przed sobą blady promyk nadziei. Maleńki płomyk gasnącej świecy. Dmitrij chciał uciec ze Związku Radzieckiego. Kiedy więc z posiniaczoną twarzą i złamaną ręką pobiegł do generała Mechlisa, opowiedział mu tylko o swoim najlepszym przyjacielu Aleksandrze Biełowie. Nie wspomniał ani słowem o tym, że Tatiana Mietanowa jest żoną Aleksandra, bo chciał, by Tatiana Mietanowa wyjechała nie z Aleksandrem, lecz z nim.

Aby wydostać Tatianę ze Związku Radzieckiego, Aleksander Biełow zacisnął zęby i zamknął oczy; odsunął się od niej, odepchnął ją, pozwolił odejść.

W swoim starym życiu mógł zrobić już tylko jedno: zebrać siły i oddać honory lekarzowi, który niebawem ocali jego żonę. Potem będzie mógł rozpocząć swoją własną bitwę i stawić czoło wrogowi. Ale teraz pozostało mu tylko czekanie.

Nie chciał, żeby zabrano go w szpitalnej bieliźnie. Poprosił więc pełniącą nocny dyżur pielęgniarkę, by przyniosła mu galowy mundur oficerski i czapkę. Ogolił się za pomocą noża i odrobiny wody, ubrał starannie, a potem siedział na krześle ze splecionymi na piersiach ramionami. Kiedy przyjdą po niego, a wiedział, że tak się stanie, chciał odejść tak godnie, jak pozwolą na to sługusy NKWD. Nagle usłyszał chrapanie leżącego na sąsiednim łóżku mężczyzny, ukrytego wciąż za namiotem tlenowym.

Jak dziś wygląda życie Aleksandra? Co wpływa na jego świadomość? I co stanie się z nim za godzinę lub dwie, gdy zakwestionowane zostanie wszystko, czym był do tej pory? Kiedy szef tajnej policji, generał Mechlis, podniesie na niego przenikliwe oczka i rzuci: „Powiedzcie nam, kim jesteście, majorze”, jak zabrzmi odpowiedź Aleksandra?

Czy jest mężem Tatiany?

Tak.

– Nie płacz, kochanie.

– Nie kończ jeszcze. Proszę. Jeszcze nie.

– Taniu, muszę już iść. – Obiecał pułkownikowi Stiepanowowi, że wróci w niedzielę na wieczorny apel, i za nic nie mógł się spóźnić.

– Proszę. Jeszcze nie.

– Taniu, załatwię sobie następną przepustkę... Po bitwie o Leningrad. Wrócę tutaj na pewno. Ale teraz...

– Nie, Szura. Proszę, nie.

– Trzymasz mnie tak mocno. Rozpleć nogi.

– Nie. Nie ruszaj się. Proszę...

– Już prawie szósta, maleńka. Muszę iść.

– Szura, kochany, proszę... nie odchodź.

– Nie kończ, nie odchodź. A co ja mogę zrobić?

– Zostań tutaj. We mnie. Na zawsze. Jeszcze nie, proszę. Jeszcze nie.

– Ciii, Taniu, ciii.

Pięć minut później otwiera zamek w drzwiach.

– Muszę pędzić, nie, nie odprowadzaj mnie do koszar. Nie chcę, żebyś sama wracała po nocy. Masz jeszcze ten pistolet, który ci dałem? Zostań tutaj. Nie patrz, jak będę szedł korytarzem. – Otula ją swoim płaszczem, mocno przyciska do piersi, całuje jej włosy, usta. – Bądź grzeczna, Taniu – mówi. – I nie żegnaj się ze mną.

Tatiana salutuje.

– Do zobaczenia, kapitanie mojego serca – mówi, a po policzkach płyną jej łzy, tak jak płynęły od piątku do niedzieli.

Czy jest żołnierzem Armii Czerwonej?

Tak.

Czy jest mężczyzną, który złożył swoje życie w ręce Dmitrija Czernienki, parszywego drania grającego rolę najlepszego przyjaciela?

Raz jeszcze tak.

Dawno temu Aleksander był Amerykaninem, Barringtonem. Mówił jak Amerykanin. Śmiał się jak Amerykanin. Latem grał w piłkę jak Amerykanin, pływał i życie, jakie wiódł, uważał za rzecz najbardziej oczywistą z możliwych. Miał najlepszych przyjaciół i jak Amerykanin sądził, że będą z nim do końca życia. Jak Amerykanin kochał też swoich rodziców.

Dawno temu były lasy w Massachusetts, które nazywał domem. Dawno temu była też nieduża torba, w której chował wszystkie swoje skarby – muszelki, oszlifowane przez wodę kawałki szkła, które znajdował na plaży w Nantucket, opakowanie z waty cukrowej, kawałki gałązek i sznurka, zdjęcie przyjaciela Teddy’ego.

Dawno temu miał matkę, której śmiejącą się twarz o dużych oczach, zawsze starannie umalowaną, nadal oglądał we wspomnieniach.

A kiedyś, gdy księżyc lśnił błękitem na czarnym niebie, a gwiazdy migotały srebrnym blaskiem, na jeden moment w wieczności Aleksander znalazł coś, czego nie spodziewał się nigdy zaznać w swoim radzieckim życiu.

Kiedyś.

Teraz powoli zmierzał do kresu swych dni. Ale nie zamierzał odejść po cichu.

Przypiął do munduru trzy medale za odwagę i Order Czerwonej Gwiazdy za jazdę czołgiem po kruchym lodzie, włożył czapkę, usiadł na krześle przy łóżku i czekał.

Wiedział doskonale, jak funkcjonariusze NKWD przychodzą po takich ludzi jak on. Nie chcą zwracać na siebie uwagi, nie robią zbytniego zamieszania. Przychodzą w środku nocy lub zjawiają się na zatłoczonym dworcu kolejowym, kiedy właśnie wybierasz się do kurortu na Krymie. Pojawiają się nagle na targu rybnym; zgarniają cię z pomocą sąsiada, który prosi, byś koniecznie zajrzał do niego, tylko na minutkę. Pytają, czy mogą się do ciebie przysiąść w stołówce, gdy jesz pielmieni. Przedzierają się przez zatłoczony sklep i proszą, byś dołączył do nich w dziale zamówień specjalnych. Siadają obok ciebie na ławce w parku. Są zawsze bardzo uprzejmi, spokojni i elegancko ubrani. Samochodu, którym podjeżdżają do krawężnika, by zabrać cię do Wielkiego Domu, i pistoletów, które noszą ukryte pod ubraniem, jeszcze nie widać. Pewna kobieta, którą aresztowano w samym środku tłumu, uniemożliwiła agentom wykonanie zadania. Zaczęła głośno krzyczeć, wspięła się na latarnię, gdzie dalej wrzeszczała wniebogłosy tak, że nawet obojętni zazwyczaj przechodnie zatrzymywali się i patrzyli. Agenci musieli ją zostawić w spokoju, lecz ona zamiast zniknąć gdzieś w głębi kraju, wróciła do domu i poszła spać. Przyszli po nią w nocy.

Na Aleksandra po raz pierwszy czekali pod szkołą. Rozmawiał z przyjacielem, kiedy podeszli do niego dwaj mężczyźni i powiedzieli mu, że zapomniał o spotkaniu z nauczycielem historii. Czy mógłby wrócić na chwilę do szkoły? Od razu się zorientował, że coś jest nie tak, od razu wyczuł kłamstwo. Chwycił przyjaciela za ramię i potrząsnął głową. Ale jego kolega przezornie postanowił zniknąć; wiedział, że nie jest tu do niczego potrzebny. Aleksander został z dwoma mężczyznami sam i zaczął rozważać, jak najlepiej wybrnąć z tej sytuacji. Kiedy zauważył, że do krawężnika wolno podjeżdża czarny samochód, wiedział, że wybrnąć będzie coraz trudniej. Był tylko ciekaw, czy w biały dzień, przy świadkach strzelą mu w tył głowy. Doszedł do wniosku, że nie i rzucił się do ucieczki. Puścili się w pościg, ale mieli przecież po trzydzieści kilka lat, a nie siedemnaście. Zgubił ich po paru minutach, skręcił w wąską uliczkę, ukrył się na pewien czas, a potem ruszył w stronę targu przy cerkwi Świętego Mikołaja. Kupił kawałek chleba, ale bał się wracać do domu. Pomyślał, że tam właśnie najpierw zaczną go szukać. Ojciec nie będzie za nim tęsknił, matka nawet nie zauważy jego nieobecności. Spędził noc na dworze.

Następnego ranka poszedł do szkoły, myśląc, że w klasie będzie bezpieczny. Dyrektor sam przyniósł Aleksandrowi zawiadomienie, z którego wynikało, że zaraz musi się stawić w jego gabinecie.

Kiedy tylko wyszedł z klasy, natychmiast chwycili go pod ręce i zaciągnęli do czekającego przy krawężniku samochodu.

W Wielkim Domu pobito go do nieprzytomności, po czym przeniesiono do więzienia Kriesty, gdzie czekał, co postanowią z nim zrobić. Nie miał żadnych złudzeń. Nie wniesiono jeszcze przeciwko niemu oskarżeń, lecz wiedział doskonale, że dla nich nie ma to żadnego znaczenia. Może zresztą wcale nie był niewinny. Był przecież Amerykaninem i nosił nazwisko Aleksander Barrington. To była jego zbrodnia. Reszta to tylko szczegóły.

Aleksander wiedział, że kiedy przyjdą po niego tej nocy, nie będą chcieli robić zamieszania na oddziale intensywnej opieki. Zdawał sobie sprawę, że cała ta komedia, którą postanowili odegrać – zabierają go do Wołchowa, gdzie zostanie awansowany na podpułkownika – sprawdzi się doskonale do czasu, gdy zostanie z nimi sam. Chciał jednak zadbać o to, by nigdy nie dotrzeć do Wołchowa, gdzie przygotowano już wszystko do „procesu” i egzekucji. Tutaj, w Morozowie, gdzie działają mniej doświadczeni, mamroczący coś pod nosem oficerowie, miał większe szanse, by pozostać przy życiu.

Wiedział, że według artykułu 58 radzieckiego Kodeksu karnego z tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku nie jest nawet więźniem politycznym. Jeśli oskarżą go o zbrodnie przeciwko państwu, stanie się zwykłym kryminalistą i zostanie odpowiednio osądzony i skazany. Kodeks, w czternastu paragrafach, opisywał jego wykroczenia w najbardziej oględny sposób. Nie musiał wcale być Amerykaninem, nie musiał uciekać przez radzieckim wymiarem sprawiedliwości, nie musiał nawet być prowokatorem, obywatelem obcego państwa. Nawet nie musiał być szpiegiem ani nawoływać do zmiany ustroju. Ani popełnić żadnej zbrodni. Zamiar jej popełnienia był traktowany równie poważnie i zasługiwał na taką samą karę jak sama zbrodnia. Zamiar dopuszczenia się zdrady był traktowany równie surowo jak sama zdrada. Rząd radziecki z dumą podkreślał wyższość tych zapisów nad konstytucjami państw zachodnich, które niepotrzebnie czekały na popełnienie przestępstwa, by dopiero potem wymierzyć stosowną karę.

Każdy zamierzony lub popełniony czyn mający na celu osłabienie państwa radzieckiego lub radzieckiej siły militarnej był karany śmiercią. Ale nie tylko czyn. Czasami brak odpowiedniego działania był również traktowany jako przejaw działalności kontrrewolucyjnej.

A co do Tatiany... Aleksander wiedział, że w ten lub inny sposób Związek Radziecki pozbawi ją życia. Dawno temu planował z Dmitrijem ucieczkę do Ameryki – chciał ją tu zostawić, żonę dezertera z Armii Czerwonej. A jeśli zginąłby na froncie – zostałaby wdową, samotną i opuszczoną. Dmitrij mógł też go wydać w ręce NKWD, tajnej policji Stalina, co zresztą w końcu zrobił. Tatiana stałaby się wówczas rosyjską żoną amerykańskiego „szpiega” i wroga klasowego. Takie możliwości miał przed sobą Aleksander i prześladowana przez pech dziewczyna, która została jego żoną.

Kiedy Mechlis zapyta mnie, kim jestem, czy zasalutuję i powiem: „Jestem Aleksandrem Barringtonem” i nie obejrzę się za siebie?

Czy mógł to zrobić? Nie oglądać się za siebie?

Nie sądził, by był do tego zdolny.

Przyjazd do Moskwy, 1930

Jedenastoletni Aleksander czuł, że robi mu się niedobrze.

– Co tak śmierdzi, mamo? – spytał, kiedy we trójkę wchodzili do małego, zimnego pokoju. Było ciemno i mało widział. Ojciec zapalił światło, ale niewiele to pomogło. Żarówka była bardzo słaba. Aleksander oddychał przez usta i powtórzył swoje pytanie. Matka nie odpowiadała. Zdjęła elegancki kapelusik i płaszcz, a kiedy uświadomiła sobie, że w pokoju jest bardzo zimno, założyła płaszcz z powrotem i zapaliła papierosa.

Ojciec chodził po pokoju zdecydowanym krokiem, dotykając po kolei starej toaletki, drewnianego stołu, zakurzonych zasłon w oknie.

– Nie jest tak źle – powiedział. – Na pewno będzie nam tu wspaniale. Aleksandrze, będziesz miał swój własny pokój, a my z matką zostaniemy tutaj. Chodź, pokażę ci, gdzie zamieszkasz.

Aleksander wziął ojca za rękę.

– Ale ten smród, tato...

– Nie przejmuj się. – Harold się uśmiechnął. – Wiesz, że mama dokładnie wszystko wysprząta. Poza tym to nic takiego... To tylko... mieszka tutaj wiele osób. – Uścisnął dłoń syna. – To zapach komunizmu, synu.

Kiedy wreszcie przewieziono ich do hotelu, gdzie mieli zamieszkać, było już bardzo późno. Aleksander sądził, że hotel znajduje się w pobliżu centrum miasta, ale nie był do końca pewny. Przybyli do Moskwy o świcie po szesnastogodzinnej podróży pociągiem z Pragi. Tam jechali dwadzieścia godzin z Paryża, gdzie spędzili dwa dni, czekając na papiery czy pociąg. Aleksander sam już nie wiedział na co. Ale w Paryżu bardzo mu się podobało. Dorośli stale się czymś denerwowali, więc postanowił ich ignorować. Przez cały czas czytał swoją ulubioną książkę, Przygody Tomka Sawyera. Kiedy tylko chciał zapomnieć o towarzystwie dorosłych, otwierał książkę i od razu czuł się lepiej. Mama będzie oczywiście próbowała mu potem wytłumaczyć, co zaszło między nią i ojcem. Żałował, że nie zna sposobu, by przekonać ją, żeby robiła to, co każe tato, i nie odzywała się ani słowem.

Nie potrzebował jej wyjaśnień.

Teraz było inaczej.

– Zapach komunizmu, tato? A co to jest, do cholery?

– Aleksandrze! – wykrzyknął ojciec. – Czy matka niczego cię nie nauczyła? Co to za język? Gdzie się tego nauczyłeś? My z matką nie używamy takich słów.

Nie lubił kłócić się z ojcem, ale bardzo chciał mu przypomnieć, że w czasie częstych sprzeczek oboje z matką używali właśnie takich wyrażeń. A nawet gorszych. Ojciec zawsze jednak wychodził z założenia, że skoro kłótnie nie dotyczą Aleksandra, to chłopiec nic nie słyszy. Jakby nie kłócili się w pokoju obok albo nawet tuż przy nim. W Barrington rzeczywiście nigdy nic nie słyszał. Sypialnia rodziców znajdowała się w drugim końcu korytarza na górze, dzieliło go od niej dużo drzwi i pokojów. Nie dobiegały go żadne głosy. I tak powinno być.

– Tato – spróbował raz jeszcze. – Proszę, powiedz mi, co to za zapach.

– To tylko toalety, synu – odparł wyraźnie zmieszany ojciec.

– A gdzie są? – Aleksander rozejrzał się po pokoju.

– Na korytarzu, na zewnątrz. – Harold się uśmiechnął. – Popatrz na to z jaśniejszej strony, w nocy nie będziesz musiał daleko chodzić.

Aleksander położył plecak i zdjął płaszcz. Nie dbał o zimno. Nie będzie przecież spał w płaszczu.

– Tato – powiedział, oddychając przez usta i siłą powstrzymując wymioty – przecież wiesz, że nigdy nie wstaję w nocy? Śpię jak zabity.

W pokoju stało wąskie łóżko przykryte cienkim kocem. Kiedy ojciec wyszedł, Aleksander otworzył okno, by zobaczyć, co jest na zewnątrz. Moskiewskie powietrze było bardzo zimne. Jak na grudzień przystało, temperatura spadła mocno poniżej zera. Spoglądając z wysokości drugiego piętra na ulicę, zauważył pięć osób leżących w jednej z bram. Zostawił otwarte okno. Co z tego, że jest bardzo zimno. W pokoju przyda się trochę świeżego powietrza.

Wyszedł na korytarz, by skorzystać z toalety. Nie mógł się jednak do tego zmusić i wymknął się na zewnątrz. Po powrocie do pokoju rozebrał się i wsunął do łóżka. Miał za sobą długi dzień i zasnął natychmiast. Wcześniej jednak próbował się przez chwilę zastanawiać, czy kapitalizm też ma swój zapach.

Rozdział drugi

Przyjazd na wyspę Ellis, 1943

Tatiana ciężko podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Był już ranek, niebawem pielęgniarka przyniesie dziecko do karmienia. Rozsunęła białe zasłony. Odciągnęła zasuwkę i próbowała podnieść okno, ale świeża biała farba przykleiła ramę do ściany. Pchnęła mocniej. Rama drgnęła, Tatiana podniosła okno i wysunęła głowę na zewnątrz. Ciepły ranek pachniał słoną wodą.

Słona woda. Odetchnęła głęboko i uśmiechnęła się. Lubiła ten zapach. Nie przypominał żadnego spośród tych, z jakimi zetknęła się wcześniej.

Za to mewy przecinające powietrzem z ostrym krzykiem były jak najbardziej znajome. Ale nie widok z okna.

W blasku poranka nowojorski port był lśniącą taflą zielonkawej wody, w oddali Tatiana dostrzegła wysokie budynki. Po prawej stronie we mgle wznosiła się potężna statua trzymająca w uniesionej dłoni zapaloną pochodnię.

Tatiana, zauroczona, siedziała przy oknie i patrzyła na budynki po drugiej stronie wielkiej wody. Ależ były wysokie! I takie piękne. Wzbijały się w niebo, ze swoimi iglicami i płaskimi dachami głosiły chwałę śmiertelnego człowieka dla nieśmiertelnych niebios. Obserwowała szybujące w powietrzu ptaki, spokojną powierzchnię wody, potęgę budynków i port otwierający swe podwoje na Atlantyk. Nagle słońce zaświeciło jej prosto w oczy i musiała odwrócić wzrok. W porcie zaczął się ruch, powierzchnia wody nie przypominała już szklanej tafli. W zatoce pojawiły się promy, holowniki, statki i frachtowce, a nawet kilka jachtów. Ich gwizdki i syreny tworzyły tak wielką kakofonię dźwięków, że Tatiana przez chwilę miała chęć zamknąć okna. Ale nie zamknęła.

Zawsze chciała zobaczyć ocean. Widziała już Morze Czarne i Bałtyk, oglądała wiele jezior – o jedno jezioro Ładoga za dużo – lecz nigdy nie widziała oceanu. A Atlantyk był oceanem, przez który przepłynął kiedyś mały Aleksander, oglądając sztuczne ognie w święto Czwartego Lipca. To przecież już niedługo. Może i jej uda się zobaczyć fajerwerki. Będzie musiała zapytać o to Brendę, swoją pielęgniarkę. Brenda nie była, niestety, nastawiona do niej zbyt życzliwie. Wszystkie informacje przekazywała stłumionym głosem, gdyż dolną część jej twarzy – a chyba i serce – zakrywała maska, chroniąca ją przed Tatianą.

– Tak – poinformowała zimno. – Będą fajerwerki. Czwarty Lipca jest już za dwa dni. Wprawdzie to nie tak wielki pokaz jak przed wojną, ale na pewno będzie na co popatrzeć. Nie zawracaj sobie jednak tym głowy. Jesteś w Ameryce zaledwie od tygodnia i myślisz tylko o fajerwerkach? Masz dziecko, które musisz obronić przed zakaźną chorobą i sama musisz się wyleczyć. Byłaś dziś na spacerze? Wiesz, że doktor kazał ci spacerować na świeżym powietrzu. Musisz też zakrywać usta, żeby nie kaszleć na dziecko, i nie wolno ci go podnosić, bo zanadto się zmęczysz. Byłaś w końcu na tym spacerze? A co ze śniadaniem? – Brenda zawsze mówiła bardzo szybko. Tatiana pomyślała, że robi to celowo, by nie mogła jej zrozumieć.

Ale nawet Brenda nie mogła zepsuć jej smaku śniadania składającego się z jajek, szynki, pomidorów i kawy z mlekiem. Zjadła je, siedząc na łóżku. Musiała przyznać, że pościel, miękki materac, poduszki i gruby wełniany koc, podobnie jak chleb były dla niej źródłem nieustającej radości.

– Czy mogę teraz zobaczyć synka? Muszę go nakarmić. – Jej piersi były ciężkie od mleka.

Brenda z trzaskiem zamknęła okno.

– Nie otwieraj więcej okna – powiedziała. – Dziecko może się zaziębić.

Tatiana roześmiała się radośnie.

– Zaziębi się w takim ciepłym powietrzu?

– Tak, w takim wilgotnym na pewno.

– Ale dopiero co kazałaś mi wyjść na spacer...

– Powietrze na zewnątrz a powietrze w pokoju to zupełnie inna sprawa – rzuciła ostro Brenda.

– Ale nie zaraził się ode mnie gruźlicą – powiedziała Tatiana, kaszląc głośno dla większego efektu. – Proszę, przynieś mi moje dziecko.

Kiedy już nakarmiła synka, znów otworzyła okno i z synkiem w ramionach usiadła na parapecie.

– Spójrz, Anthony – szepnęła po rosyjsku. – Widzisz? Widzisz wodę? Ładna, prawda? A tam za portem rozciąga się wielkie miasto, pełne ludzi, ulic i parków. Kiedy tylko dojdę do siebie, popłyniemy tam jednym z tych wielkich promów i pospacerujemy ulicami Nowego Jorku. Masz ochotę? – Gładząc buzię synka, spojrzała przez zieloną wodę na miasto. – Twój tato na pewno by miał – szepnęła.

Rozdział trzeci

Morozowo, 1943

Rankiem Matthew Sayers stanął przy łóżku Aleksandra.

– Nadal pan tutaj jest... – Zawiesił głos. – Może więc pana nie zabiorą.

Doktor Sayers, jak każdy Amerykanin, był wiecznym optymistą.

Aleksander potrząsnął głową.

– Czy włożył pan mój medal Bohatera Związku Radzieckiego do jej plecaka? – spytał tylko.

Doktor skinął głową.

– Dobrze go pan schował?

– Jak najlepiej.

Aleksander podziękował mu skinieniem głowy.

Sayers wyjął z kieszeni strzykawkę, fiolkę i małą buteleczkę z lekarstwem.

– Będzie pan tego potrzebował.

– Bardziej potrzebuję tytoniu. Ma pan trochę?

Sayers wyjął pudełko papierosów.

– Skręciłem je dla pana.

– Świetnie. Mam zapalniczkę.

Sayers pokazał Aleksandrowi małą fiolkę z przezroczystym płynem.

– Daję panu dziesięć granów roztworu morfiny. Proszę tylko nie brać wszystkiego naraz.

– A po co miałbym brać? Nie podajecie mi już morfiny od tygodni.

– Może się panu przydać, kto wie. Jeśli zajdzie taka potrzeba, proszę wziąć ćwierć grana, najwyżej pół. Dziesięć granów może zabić dwóch dorosłych mężczyzn. Widział pan kiedyś, jak się ją podaje?

– Tak – odparł Aleksander. Przed oczami stanęła mu Tatiana ze strzykawką w ręce.

– Dobrze. Skoro nie może pan podłączyć kroplówki, najlepiej wbić strzykawkę w brzuch. Ma pan tu też trochę sulfamidów. Żeby infekcja się nie odnowiła. I małą buteleczkę karbolu. Można oczyścić tym ranę, gdy zabraknie innych środków. No i jeszcze bandaż. Będzie pan musiał codziennie zmieniać opatrunek.

– Dziękuję, doktorze.

Zapadło milczenie.

– Ma pan granaty?

Aleksander skinął głową.

– Jeden w plecaku, drugi w bucie.

– Broń?

Aleksander poklepał kaburę.

– Zabiorą ją panu.

– Będą musieli zrobić to siłą. Nie oddam im dobrowolnie.

Doktor Sayers uścisnął dłoń Aleksandra.

– Pamięta pan wszystko, co panu mówiłem? – spytał Aleksander. – Bez względu na to, co się ze mną stanie, weźmie pan to. – Zdjął z głowy czapkę i podał ją lekarzowi. – I wypisze pan świadectwo zgonu. Powie jej pan, że widział mnie martwego na lodzie i zsunął ciało do przerębli. Rozumiemy się?

Sayers skinął głową.

– Zrobię co w mojej mocy – powiedział – ale bardzo nie chcę.

– Wiem.

Na twarzach obu mężczyzn malował się posępny wyraz.

– Majorze... a co mam zrobić, jeśli rzeczywiście znajdę pana martwego na lodzie?

Aleksander też się nad tym zastanawiał.

– Wypisze pan świadectwo zgonu i pochowa mnie w jeziorze Ładoga. Proszę zrobić nade mną znak krzyża, zanim zsunie mnie pan pod lód. – Zadrżał lekko. – I proszę nie zapomnieć o czapce.

– Ten Czernienko stale kręci się koło mojej ciężarówki – powiedział Sayers.

– Nie pozwoli panu wyjechać samemu. Może pan być tego pewny. Musi go pan zabrać.

– Wcale nie chcę go zabierać.

– Chce ją pan ocalić, prawda? Jeśli on nie pojedzie, ona nie ma żadnych szans. Proszę więc przestać myśleć o rzeczach, na które nie ma pan żadnego wpływu, tylko nie spuszczać go z oka i nie ufać mu za grosz.

– A co mam z nim zrobić w Helsinkach?

Aleksander pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– W tej sprawie już nic nie mogę poradzić. Proszę tylko nie robić niczego, co wystawiłoby na niebezpieczeństwo pana lub Tanię.

– Oczywiście.

– Musi pan być bardzo ostrożny, rozluźniony i dzielny. Proszę wyjechać z nią jak najszybciej. Poinformował już pan Stiepanowa o swoim wyjeździe? – Pułkownik Michaił Stiepanow był dowódcą Aleksandra.

– Powiedziałem mu, że wracam do Finlandii. Poprosił mnie, żebym zabrał... pańską żonę z powrotem do Leningradu. Powiedział, że będzie jej łatwiej, jeśli wyjedzie z Morozowa.

Aleksander skinął głową.

– Już z nim rozmawiałem. Poprosiłem, żeby pozwolił jej wyjechać z panem. Zabiera ją więc pan za jego zgodą. To dobrze. Łatwiej wyjedziecie.

– Stiepanow powiedział mi, że żołnierzy, którzy mają otrzymać awans, przewozi się do Wołchowa. Po co ta hipokryzja? Nie potrafię już odróżnić prawdy od kłamstwa.

– Witam w moim świecie – powiedział Aleksander.

– Czy on wie, co się z panem stanie?

– On sam mi to powiedział. Muszą mnie zabrać na drugi brzeg jeziora. Tutaj nie mają więzienia. Ale nie powie o tym mojej żonie, jeśli go o to zapyta. Potwierdzi tylko, że mam dostać awans. Kiedy ciężarówka wyleci w powietrze, ta oficjalna wersja będzie wygodniejsza nawet dla NKWD. Nie lubią się tłumaczyć z aresztowania oficerów. O wiele łatwiej jest powiedzieć, że zginąłem.

– Ale przecież tutaj, w Morozowie, mają więzienie – powiedział Sayers ściszonym głosem. – Nawet o tym nie wiedziałem. Poszedłem zbadać dwóch żołnierzy umierających na dyzenterię. Zamknęli ich w malutkim pomieszczeniu w piwnicy opuszczonej szkoły. To schron podzielony na malutkie cele. Myślałem, że poddano ich kwarantannie. – Spojrzał na Aleksandra. – Nawet nie mogłem im pomóc. Nie wiem, dlaczego nie pozwolili im spokojnie umrzeć. Przysłali przecież po mnie za późno.

– Przysłali w samą porę. Dzięki temu będą mogli powiedzieć, że zmarli pod opieką lekarza. I to lekarza Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. To brzmi zupełnie inaczej.

– Boi się pan? – spytał Sayers, oddychając ciężko.

– O nią – odparł Aleksander i spojrzał na doktora. – A pan?

– Strasznie.

Aleksander skinął głową i oparł się o krzesło.

– Proszę powiedzieć mi tylko jedno, doktorze. Czy moja rana zagoiła się na tyle, że mogę walczyć?

– Nie.

– Znów się otworzy?

– Nie, ale może wdać się infekcja. Proszę nie zapominać o sulfamidach.

– Nie zapomnę.

– I proszę się nie martwić o Tanię – powiedział cicho Sayers, zanim jeszcze wyszedł z pokoju. – Nic się jej nie stanie. Będzie ze mną. Nie spuszczę jej z oka aż do Nowego Jorku. A tam wszystko już będzie dobrze.

– Mam nadzieję – odparł Aleksander, kiwając lekko głową. – Proszę ją poczęstować czekoladą.

– Myśli pan, że to pomoże?

– Proszę to zrobić – powtórzył Aleksander. – Pięć razy odmówi, ale za szóstym na pewno weźmie.

Wychodząc z pokoju, doktor Sayers odwrócił się w drzwiach. Dwaj mężczyźni patrzyli na siebie przez krótką chwilę, po czym Aleksander zasalutował.

Życie w Moskwie, 1930

Kiedy odebrano ich na dworcu, zanim jeszcze udali się do hotelu, zawieziono ich do restauracji, gdzie jedli i pili przez cały wieczór. Aleksander nie posiadał się z radości, że ojciec mimo wszystko miał rację – wszystko układało się jak najlepiej. Jedzenie było nawet dość smaczne i pojawiało się na stole w dużych ilościach. Chleb nie był jednak świeży, podobnie jak – o dziwo – kurczak. Masło trzymano w temperaturze pokojowej, tak samo jak wodę, ale mocna herbata była słodka i gorąca, a ojciec pozwolił nawet Aleksandrowi wypić łyk wódki, kiedy wszyscy wznieśli kryształowe kieliszki, krzycząc z całych sił: Na zdorowie! Matka natychmiast zaprotestowała. „Haroldzie! Nie dawaj dziecku wódki. Oszalałeś?” Sama nie przepadała za alkoholem, więc tylko przykładała kieliszek do ust. Aleksander spróbował z ciekawości i natychmiast znienawidził wódkę, a w gardle paliło go jeszcze przez kilka godzin. Widząc jego niewyraźną minę, matka dokuczała mu dobrodusznie. Kiedy pieczenie ustało, zasnął przy stole.

Potem dotarli do hotelu.

A potem zobaczył toalety.

Hotel był cuchnący i ciemny. Ciemne tapety, ciemne podłogi, które w wielu miejscach – także w pokoju Aleksandra – ułożono krzywo. Aleksander zawsze myślał, że powinny być proste, może się na tym nie znał? Może zdobycze radzieckiej techniki i budownictwa nie dotarły jeszcze do Ameryki. Sądząc po pełnych entuzjazmu wypowiedziach ojca na temat Związku Radzieckiego, Aleksander wcale by się nie zdziwił, gdyby oto dowiedział się, że koło wynaleziono dopiero po Wielkiej Rewolucji Październikowej.

Narzuty na łóżkach były ciemne, podobnie jak tapicerka mebli. W oknach wisiały ciemnobrązowe zasłony, a w kuchni stał piec opalany węglem, cały osmalony. Trzy szafki z ciemnego drewna były brudne i wyszczerbione. W sąsiednich pokojach usytuowanych w mrocznym korytarzu mieszkali trzej bracia z leżącej nad Morzem Czarnym Gruzji. Wszyscy mieli czarne kręcone włosy, śniadą skórę i ciemne oczy. Natychmiast przyjęli Aleksandra do swego grona, mimo że miał jasną skórę i proste włosy. Nazywali go Sasza i karmili płynnym jogurtem, nazywanym tutaj kefirem, którego Aleksander nie znosił z całego serca.

Ku swej rozpaczy odkrył, że nie znosi też wielu rosyjskich potraw. Nie mógł zasiąść do stołu, jeśli postawiono na nim danie kapiące od cebuli i octu. A niestety, większość potraw stawianych przed nimi przez pełnych najlepszej woli innych mieszkańców hotelu pławiła się w cebuli i occie.

Z wyjątkiem mówiących po rosyjsku braci z Gruzji, reszta mieszkańców ich piętra prawie w ogóle nie mówiła w tym języku. Na drugim piętrze hotelu Dierżawa, co po rosyjsku znaczy „mocarstwo”, mieszkało jeszcze trzydzieści osób, które przybyły do Związku Radzieckiego z tych samych powodów co Barringtonowie. I tak trafiła tu rodzina Włochów, których pod koniec lat dwudziestych wyrzucono z Rzymu, a Związek Radziecki przyjął jak swoich. Harold i Aleksander byli zdania, że to bardzo szlachetne.

W hotelu mieszkała też rodzina z Belgii i dwie z Anglii. Aleksander najbardziej lubił Anglików, bo język, którym się posługiwali, był tym, który znał. Harold nie życzył sobie jednak, by Aleksander mówił po angielsku; nie przepadał też za Anglikami ani Włochami. Prawdę mówiąc, nie przepadał za nikim, kto mieszkał na tym samym piętrze co oni. Przy każdej okazji starał się zniechęcić syna do kontaktów z siostrami Tarantella i Simonem Lowellem z Liverpoolu. Harold Barrington chciał, by jego syn przyjaźnił się z radzieckimi dziećmi. Chciał, żeby chłonął kulturę Moskwy i jak najszybciej nauczył się mówić po rosyjsku. Co Aleksander, pragnąc zrobić ojcu przyjemność, czynił.

Harold nie miał problemów ze znalezieniem pracy w Moskwie. Kiedy mieszkał jeszcze w Ameryce i nie musiał pracować, zajmował się wszystkim po trochu, i choć niewiele rzeczy potrafił robić naprawdę dobrze, z wieloma radził sobie całkiem nieźle, a czego nie potrafił, uczył się bardzo szybko. W Moskwie władze umieściły go w drukarni, gdzie drukowano „Prawdę”, radziecką gazetę, i tam przez dziesięć godzin dziennie obsługiwał powielacz. Co wieczór wracał do domu z palcami tak poplamionymi tuszem, że były niemal czarne. Mimo wysiłków tusz nigdy nie dawał się zmyć do końca.

Mógł również zostać dekarzem, ale w Moskwie niewiele budowano. „Jeszcze nie – mawiał Harold – ale już bardzo niedługo”. Mógł też pracować przy budowie dróg, ale w Moskwie niewiele się działo na tym polu. „Jeszcze nie, ale już bardzo niedługo”.

Matka Aleksandra dzielnie trwała przy ojcu. Mogła znieść wszystko z wyjątkiem brudu w łazience. Aleksander dokuczał jej („Tato, czy pochwalasz wysiłki mamy, która chce zniszczyć zapach proletariatu?”), lecz Jane mimo to przez godzinę szorowała wspólną wannę, zanim do niej weszła. Codziennie po pracy, jeszcze przed przygotowaniem kolacji, szorowała też toaletę. Aleksander z ojcem długo czekali na jedzenie.

– Aleksandrze, mam nadzieję, że myjesz ręce po każdym wyjściu z łazienki...

– Mamo, nie jestem dzieckiem – odparł. – Wiem, że muszę myć ręce. – Wciągał ze świstem powietrze. – Och, eau de komunizm. Co za zapach, jaka siła...

– Przestań. I w szkole też. Myj ręce wszędzie.

– Dobrze, mamo.

Wzruszyła ramionami.

– Tutaj wszystko straszliwie śmierdzi, ale nie jest jeszcze tak źle jak na końcu korytarza. Czujesz ten smród dobiegający z pokoju Marty?

– A można nie czuć? Nowy radziecki porządek daje tam o sobie znać ze zdwojoną siłą.

– Wiesz, dlaczego jest aż tak źle? Ona mieszka tam z dwoma synami. Coś okropnego.

– Nie wiedziałem, że ma dwóch synów.

– Ależ tak. W zeszłym miesiącu przyjechali z wizytą z Leningradu i zostali na dobre.

Aleksander uśmiechnął się szeroko.

– Chcesz przez to powiedzieć, że to oni tak śmierdzą?

– Nie oni – odparła z obrzydzeniem Jane. – To te dziwki, które sprowadzają z Dworca Leningradzkiego. Przyprowadzają codziennie nową. I to one tak śmierdzą.

– Mamo, jesteś uprzedzona. Nie każdego stać na kupowanie perfum Chanel w Paryżu. Może powinnaś się z nimi podzielić... mogłyby zrobić wielkie francuskie mycie. – Aleksander był bardzo zadowolony z własnego żartu.

– Poskarżę na ciebie ojcu.

– Może jeśli przestaniesz opowiadać naszemu jedenastoletniemu synowi o dziwkach, wszystko będzie w porządku – odparł ojciec, który znajdował się tuż obok.

– Aleksandrze, kochanie, życzę ci radosnej Wigilii. – Zmieniwszy temat, Jane uśmiechnęła się ze smutkiem. – Tato nie chce, byśmy pamiętali o pozbawionych znaczenia obrzędach...

– Nie o to chodzi – wtrącił Harold. – Chcę tylko, byśmy traktowali je odpowiednio: jako należące do przeszłości i zupełnie niepotrzebne.

– A ja zgadzam się z nim w zupełności – ciągnęła spokojnie Jane – ale od czasu do czasu czujesz dziwny ucisk w piersiach, prawda?

– Zwłaszcza dzisiaj – zgodził się Aleksander.

– Racja. No, ale za to zjedliśmy dobrą kolację. A prezent dostaniesz na Nowy Rok, jak inni radzieccy chłopcy. – Urwała. – Ale nie od Świętego Mikołaja, od nas. – Znów krótka przerwa. – Nie wierzysz już w Świętego Mikołaja, prawda, synku?

– Nie, mamo – odparł wolno Aleksander, nie patrząc na matkę.

– Od kiedy?

– Od teraz. – Wstał, by zebrać talerze ze stołu.

Jane Barrington znalazła pracę w bibliotece uniwersyteckiej, gdzie wypożyczała studentom książki. Po kilku miesiącach przeniesiono ją jednak do działu encyklopedii, potem do działu map, a wreszcie do stołówki, gdzie wydawała obiady. Co wieczór, po wyszorowaniu toalety, gotowała dla rodziny rosyjską kolację, od czasu do czasu użalając się nad brakiem mozzarelli, oliwy z oliwek niezbędnej do przygotowania dobrego spaghetti lub świeżej bazylii. Haroldowi i Aleksandrowi zupełnie to nie przeszkadzało. Jedli kapustę, kiełbasę, ziemniaki, grzyby i czarny chleb posypany solą. Harold zażądał też, by Jane nauczyła się gotować gęsty barszcz na wołowinie, specjalność wszystkich rosyjskich kobiet.

Aleksander spał bardzo głęboko, gdy nagle obudził go krzyk matki. Niechętnie wstał z łóżka i wyszedł na korytarz. Matka, ubrana w biały szlafrok, miotała przekleństwa pod adresem jednego z synów Marty, który uciekał przed nią, nie odwracając głowy. Jane trzymała w rękach garnek.

– Co się tutaj dzieje? – spytał Aleksander. Harold nie wstał z łóżka.

– Szłam właśnie do łazienki i pomyślałam, że napiję się trochę wody. Jest przecież środek nocy, nie powinnam więc nikomu przeszkadzać. Wchodzę do kuchni i co widzę? Ten drań, to obleśne zwierzę, brudną łapą grzebie w moim barszczu, wyjmuje z garnka kawałki mięsa i wyjada je jeden po drugim. Moje mięso! Mój barszcz! Prosto z garnka! Świnia! – wrzeszczała na cały korytarz. – Obleśna świnia! Nie ma za grosz szacunku dla cudzej własności!

Aleksander stał spokojnie i słuchał matki, która jeszcze przez parę minut wykrzykiwała obelgi, a potem zrezygnowana wylała całą zawartość garnka do zlewu.

– Jak mogłabym to jeść, wiedząc, że to zwierzę maczało w garnku swoje brudne łapska – powiedziała.

– Dobranoc, mamo – powiedział Aleksander i wrócił do łóżka.

Następnego ranka Jane nadal opowiadała o nieprzyjemnym zajściu. I po południu, kiedy Aleksander wrócił ze szkoły, też. Nie mogła dojść do siebie jeszcze przy kolacji, na którą zamiast pysznego barszczu zjedli coś duszonego bez mięsa, co bardzo Aleksandrowi nie smakowało. Zdążył się już przekonać, że znacznie bardziej woli mięso od jego braku. Mięso syciło go jak nic innego. Rósł bez opamiętania, co wprawiało go w zakłopotanie, i musiał czymś swoje coraz potężniejsze ciało karmić. Pochłaniał więc kurczęta, wołowinę, wieprzowinę. Ryby, jeśli można je było dostać. Kolacja złożona z samych jarzyn nie bardzo mu odpowiadała.

– Uspokój się – powiedział Harold. – Niepotrzebnie tak się tym denerwujesz.

– Jak mogę się nie denerwować? Sądzisz, że ta szumowina przynajmniej umyła ręce po tym, jak obmacywała dziwkę z dworca, która wcześniej zadawała się z pięćdziesięcioma takimi samymi mętami jak on?

– Przecież wylałaś zupę. Po co to całe zamieszanie? – powiedział Harold.

Aleksander próbował zachować powagę. Wymienili z ojcem spojrzenia. Kiedy ojciec nic nie powiedział, odchrząknął cicho.

– Mamo – zaczął – chciałbym tylko zauważyć, że zachowujesz się bardzo niesocjalistycznie. Syn Marty ma prawo do twojej zupy. Tak samo jak ty masz prawo do jego dziwki. Nie znaczy to oczywiście, że masz na nią ochotę. Ale gdybyś miała, a ona należałaby do niego, co nie wchodzi w grę, bo ona nie należy do nikogo, mogłabyś ją mieć. Podobnie jak jego masło. Masz ochotę na odrobinę jego masła? Chętnie ci przyniosę.

Harold i Jane patrzyli zdumieni na syna.

– Oszalałeś? Dlaczego miałabym chcieć czegoś, co należy do tego człowieka?

– I o to mi właśnie chodzi, mamo. Do niego nic nie należy. Jest twoje. I do ciebie też nic nie należy. Bo jest jego. On ma prawo grzebać w twoim barszczu. Tego przecież mnie uczyliście. I tego uczą mnie w szkole. Dzięki temu wszyscy jesteśmy lepsi. Dlatego tak właśnie żyjemy. By korzystać z dobrobytu innych ludzi. By cieszyć się osiągnięciami innych i czerpać z nich korzyści. Nie mam pojęcia, dlaczego ugotowałaś tak mało barszczu. Nie wiesz, że Nastia z końca korytarza od roku nie oglądała mięsa? – Aleksander spojrzał wesoło na rodziców.

– Na miłość boską, co cię opętało?

Aleksander skończył jeść przyprawioną cebulą kapustę.

– Kiedy jest następne zebranie partii? – spytał ojca. – Już nie mogę się doczekać.

– Wiesz co, synu? Pora chyba skończyć z tymi zebraniami – odparła Jane.

– Wręcz przeciwnie – powiedział Harold, mierzwiąc włosy syna. – Bardzo mu się przydadzą.

Aleksander uśmiechnął się szeroko.

Przybyli do Moskwy zimą i już po trzech miesiącach uświadomili sobie, że aby zdobyć rzeczy, które były im potrzebne, białą mąkę lub żarówki, muszą się udać do spekulantów, którzy kręcili się wokół dworców kolejowych, sprzedając owoce i szynkę ukryte w kieszeniach kożuchów. Było ich niewielu, a za swoje towary żądali astronomicznych sum. Harold ostro się temu sprzeciwiał i jadł małe porcje czarnego chleba na kartki, barszcz bez mięsa, ziemniaki bez masła, za to suto polane olejem lnianym, który wcześniej uznawali za nadający się wyłącznie do wytwarzania farby i linoleum oraz do zaprawiania drewna. „Nie będziemy płacić prywaciarzom – mawiał. – Jedną zimę jakoś przeżyjemy bez owoców. A za rok będzie ich już dużo. Poza tym nie mamy żadnych dodatkowych funduszy. Skąd mamy brać pieniądze na kupowanie u spekulantów?” Jane nie odpowiadała, a Aleksander wzruszał ramionami, bo też nie potrafił udzielić ojcu odpowiedzi. Jednak kiedy Harold już spał, Jane przychodziła po ciemku do pokoju syna i szeptała mu, by nazajutrz kupił sobie trochę pomarańczy, żeby nie dostał szkorbutu, szynki, żeby ustrzec się przed niedożywieniem, i trochę trudnego do zdobycia mleka o wątpliwej zresztą świeżości.