Tatami kontra krzesła - Rafal Tomański - ebook

24 osoby właśnie czytają

Opis

* zamiarem Autora jest przybliżenie w prosty i ciekawy sposób wiedzy o mieszkańcach Kraju Kwitnącej Wiśni
* poszczególne rozdziały przedstawiają kolejne obszary życia Japończyków: jak żyją, pracują, mieszkają, czym się zajmują w wolnym czasie, czym fascynują, co jedzą, jak robią zakupy
* tekst został okraszony anegdotami i ciekawostkami, których nie podaje żadna encyklopedia, a dodatkowy walor tej pozycji stanowią interesujące zdjęcia wykonane przez Autora

Biznesmeni kupujący zużyte majtki gimnazjalistek w specjalnych automatach... Kobiety cierpiące na syndrom męża na emeryturze i na stare lata zbierające pluszaki... Mężczyźni godzinami gapiący się na spadające metalowe kulki... Superszybkie pociągi wyposażone w starodawne toalety... Dzielny robot ratujący Tokio przed pożarem...

Książka Rafała Tomańskiego, z wykształcenia japonisty i ekonomisty, od dzieciństwa zafascynowanego kulturą japońską, pokazuje, jak zrozumieć Japończyków oraz jak nie ulegać stereotypom na ich temat. Mimo że czasem wydaje się to niemożliwe...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Jacek Szewczyk

Redakcja:Jan Koźbiel

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

Zdjęcie na okładce

© Creasource/Corbis/Fotochannels

© by Rafał Tomański

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2011, 2019

ISBN 978-83-287-1288-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Trzeba przyznać – a jest to bardzo bolesny fakt – że była to katastrofa „made in Japan”. Jej przyczyny są głęboko zakorzenione w podstawowych zasadach japońskiej kultury: bezwarunkowym posłuszeństwie, niechęci do kwestionowania autorytetu, pełnym poświęceniu sprawie, podążaniu za innymi oraz naszemu wyobcowaniu.

Kiyoshi Kurokawa,przewodniczący parlamentarnej komisji ds. zbadania tragedii z 11 marca 2011 roku

Wstęp

Japonia to kraj paradoksów, a na przestrzeni wieków Japończycy musieli wielokrotnie wymyślać siebie na nowo. Mało kto zdaje sobie sprawę, że kiedyś nie byli tak pracowici, żadne przepracowywanie się na śmierć nie wchodziło w grę, że kult cesarza, który znamy z czasów II wojny światowej i militaryzmu, nie istniał, że nie znano nawet koncepcji honorowej śmierci, czyli seppuku. To wszystko powstawało przez wieki, doklejając się do istoty japońskiej duszy niczym kolejne sylaby w japońskich wyrazach, tworząc jedno wielkie aglutynacyjne społeczeństwo. Czasami nowe nadpisywało stare, czasami trendy wzajemnie się wykluczały, ale i tak Japonia stawała na krawędzi przepaści i musiała szukać nowych dróg, żeby się w nią nie stoczyć. O tym jest ta książka.

Jak to wyglądało w praktyce?

Wyobraźcie sobie Państwo, że coś się definitywnie kończy. Od pewnego momentu wszystko będzie nowe, inne, nieznane, prawdopodobnie lepsze, chociaż zawsze gdzieś w głębi serca pozostaje cień obawy, że nowy start się nie uda i wcale tak dobrze nie będzie. Ze starą częścią życia trzeba się pożegnać, a do nowej odliczać dni. Japończycy znają to uczucie doskonale. Ostatni raz przeżyli je całkiem niedawno, 30 kwietnia 2019 roku, gdy wraz z ostatnim dniem kwietnia era Heisei dobiegła końca. W Japonii, w której czas panowania cesarzy odmierza się osobno nazywanymi erami, tym razem było inaczej, bo władca nie umarł, stawiając poddanych z dnia na dzień przed faktem dokonanym, ale blisko trzy lata wcześniej dał do zrozumienia, że chciałby przejść na emeryturę. Kraj przygotowywał się do zmiany cesarza, tworzył specjalne dokumenty, które cesarskiej prośbie nadawały kształt formalny, podsumowywał trzy dekady wspominanego czasu Heisei i z optymizmem patrzył w przyszłość.

Wraz z końcem Heisei żegnano wszystko to, co przede wszystkim kojarzy się, także i nam w Polsce, z Japonią. W czasie panowania cesarza Akihito – między rokiem 1989 i 2019 – powstały konsole do gier, Pokemony, animacje Hayao Miyazakiego, reżyser Akira Kurosawa odebrał honorowego Oscara za całokształt twórczości jako pierwszy, a pisarz Kenzaburo Ōe literackiego Nobla jako drugi Japończyk w historii. Świat zalewały rozmaite japońskie maskotki, Hello Kitty, powieści Harukiego Murakamiego i filmy Takeshiego Kitano. Działo się także wiele rzeczy, o których lepiej byłoby nie pamiętać, jak trzęsienie ziemi w Kobe i zamach w tokijskim metrze (oba wydarzenia w 1995 roku), czy tzw. potrójna katastrofa (trzęsienie ziemi, fala tsunami i awaria w elektrowni atomowej) z Fukushimy 11 marca 2011 roku. Szczególnie to ostatnie wydarzenie rzuciło cień na nowoczesną Japonię. Tym bardziej, gdy rządowy raport dotyczący przyczyn awarii w elektrowni stwierdził, iż do nagromadzenia się nieprawidłowości przyczyniła się „japońska mentalność”. Najpoważniejszą w historii ludzkości katastrofę atomową wywołała japońskość! A sami Japończycy musieli dalej żyć z tą świadomością, próbując coś w sobie zmienić.

Momentów zmiany w japońskiej historii było o wiele więcej niż tylko ten, który kończył rządy Akihito, czyli erę Heisei, czy Fukushima. Na niektóre trudno było się wcześniej przygotować, niektóre przeczuwano. Jednym z poważniejszych punktów przejścia z zera w jedynkę, jak za naciśnięciem czarodziejskiego guzika, było zakończenie II wojny światowej, gdy japoński militaryzm, nacjonalizm i ksenofobia musiały pogodzić się z porażką i z tym, że przez kilka lat na ich ziemi będzie trzeba gospodarować wspólnie ze znienawidzonymi Amerykanami. Momentem zmiany była nie tylko sama kapitulacja podpisana przez dowódców, ale i orędzie cesarza Hirohito, który musiał zrzec się boskości i ukorzyć się przed Stanami Zjednoczonymi. Trzeba to było zrobić tak, żeby dla Amerykanów zmieniło się wszystko, ale dla samych Japończyków nie zmieniło się nic. Diabeł tkwił w szczegółach doboru słów określających boskie pochodzenie cesarza jako kontynuatora linii władców pochodzących, zgodnie z legendą, od bogini Amaterasu. Z pomocą przychodziła wieloznaczność i ulotność japońskiego języka – cudzoziemcy byli zadowoleni, a cesarz zachował twarz. Te kwestie znakomicie opisuje John W. Dower w książce Embracing Defeat, czyli „Godzenie się z przegraną”.

Poprzedni moment wyboru, od którego zależała przyszłość Japonii, miał miejsce w drugiej połowie XIX wieku. W 1868 roku rządy rozpoczął cesarz reformator Mutsuhito (era jego panowania nosiła nazwę Meiji), ale kilka lat wcześniej do japońskich portów przybili cudzoziemcy, domagając się wolności handlu i otwarcia granic. Czym groziło stawianie oporu, Japończycy doskonale wiedzieli. Znali historię pierwszej wojny opiumowej (1839–1842), gdy Chiny chciały postawić tamę wpływom Wielkiej Brytanii na swoim terenie. Chińska dynastia Qing przegrała z kretesem, Brytyjczycy przy znikomym oporze ze strony lokalnych sił wymordowali całe miasta zamieszkałe przez przychylnie nastawioną im ludność. W Chinach opór wobec Brytyjczyków skończył się tragicznie, Japończycy zaś musieli skoczyć na głowę na szerokie wody, żeby ich opór nie skończył się tak samo. Dokonano wówczas rzeczy w zamkniętej na zagranicę Azji niesłychanej, ponieważ wysłano najzdolniejszych ludzi na studia za granicę i skorzystano ze zdobytej przez nich wiedzy.

Dla porównania w Chinach system był tak skostniały, iż wykształconych za granicą ludzi trzymano na dystans przez lata po powrocie do ojczyzny. Japończycy działali dynamicznie i tworzyli nowych siebie niemal w czasie rzeczywistym, jak byśmy to teraz określili. Z perspektywy czasu otwarcie kraju wraz z nastaniem cesarza Meiji odbyło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale w praktyce wiązało się z ogromną pracą nad całym społeczeństwem. Te kwestie z kolei znakomicie opisuje Jakub Polit w swoich dziełach poświęconych zmianom w Azji Wschodniej na przełomie XIX i XX wieku.

Japończycy do otwarcia granic byli przygotowani mentalnie, ponieważ dobrze wiedzieli, że życie potrafi zaskakiwać. Spędzili całe wieki na budowaniu potęgi wojskowej, na wojnach domowych, które przetaczały się z jednego końca kraju na drugi i na próbach, na próbach podboju Korei. Ten czas dobiegł końca i zapanował okres względnego pokoju. Był wiek XVII, gdy dotychczas wszechpotężni samurajowie stali się niepotrzebni i coś musieli ze sobą robić. Sfrustrowani, zdesperowani, funkcjonujący na marginesie oficjalnego kręgu honoru musieli poradzić sobie z końcem pewnej epoki i stworzyć siebie na nowo. Stali się kabuki mono, dosłownie „wykolejeńcami”, osobami skrzywionymi, niepasującymi do społeczeństwa. Manifestowali swoją inność osobliwą modą, agresywnością, obnoszeniem się z pogardą dla śmierci. Ich wcześniejszy świat określany mianem „kraju w wojnie” bezpowrotnie odszedł. Zmieniło się prawodawstwo, pojawiło nowe uzbrojenie oraz klasa społeczna, której wcześniej nie było. Dotychczasowe ideały wyznawane przez wojowników nie miały sensu, ponieważ w myśl kodeksu prawnego kenka ryouseibai niedopuszczalne było rozstrzyganie sporów na własną rękę. W przypadku waśni obu stronom dostawało się po równo, nie można było już wymierzać sprawiedliwości na własną rękę, jak wcześniej. Podobnie zresztą samurajom przestało opłacać się okazywanie męstwa – kiedy pojawiła się nowa broń, nie tylko trudno było rzucić się z mieczem na muszkiety, ale i nie opłacało się to ze względów prawnych. Odwieczne prawo wojowników do wielkiej waleczności, wyłamywania szyków i działania na własną rękę, żeby pokazać, że jest się najmężniejszym z mężnych, zostało wyrzucone do kosza.

O tym z kolei bardzo ciekawie opowiada Eiko Ikegami w niezwykłym dzielePoskromienie samurajów.

Wreszcie, choć w to najtrudniej uwierzyć, mając przed oczami obraz Japończyka jako dzielnego samuraja zdolnego targnąć się na własne życie w imię honoru, nawet samo seppuku w dawnej Japonii było nieznane. Stara kultura dworska pokazuje Japonię spokojną, melancholijną, żyjącą w zgodzie z naturą i bóstwami shintō, wyznającą matriarchat.

Ten świat w pewnym momencie odszedł bezpowrotnie, gdy wraz z koniecznością prowadzenia wojen to mężczyźni zaczęli przejmować stery kraju i o pozycji społecznej decydowało „wywyższanie własnego imienia” w bitwach. Wojownik musiał być brutalny, bezlitosny i honorowy. Te cechy ewoluowały na przestrzeni wieków. Dziś składamy z nich, często nieudolnie, obraz japońskiego społeczeństwa. A przynajmniej tak nam się wydaje na podstawie tego, co o Japonii wiemy.

Wiemy zaś w większości to, co dotarło do nas poprzez japońską kulturę z ery Heisei. Do słodyczy Hello Kitty i spółki dokładamy filmy Kurosawy tworzone podczas rządów poprzedniego cesarza Hirohito (era Showa). Tego samego władcy, który dorastał przekonany o swojej boskości, a potem musiał głowić się ze swoimi doradcami, jak się tego statusu pozbawić, w rzeczywistości z niego nie rezygnując. Hirohito pamiętał doskonale, jak jego własny dziadek – wspominany reformator Mutsuhito/Meiji – miał więcej uwagi wobec koreańskiego księcia Yi Una sprowadzonego do Japonii w 1907 roku jako swoiste zabezpieczenie przed buntem jego ojca, króla Kojonga, niż wobec niego samego jako wnuka. Los Japończyków zależał przez ponad sześćdziesiąt lat ery Showa od władcy, który czuł większą odpowiedzialność przed nieżyjącymi przodkami cesarskiego rodu niż przed własnymi poddanymi. Reforma nowoczesnej Japonii na przełomie XIX i XX oraz podczas wstępu do przedwojennej militaryzacji zakończonej II wojną, polegała nie tylko na czerpaniu wiedzy z zagranicy, ale transformacji sposobu myślenia własnego społeczeństwa, by było coraz bardziej posłuszne i bezrefleksyjne. Dużo na ten temat można dowiedzieć się z biografii cesarza Hirohito autorstwa Herberta P. Bixa.

Możliwości rozumienia kraju, w którym prawie nic nie jest takie, jakim na pozór się wydaje, jest nieskończenie wiele. O Japonii powstało do tej pory mnóstwo książek i nie moim zadaniem jest równać się z ich autorami. Chciałbym jednak pokazać kilka kluczy do japońskiego społeczeństwa, wytrychów otwierających niektóre drzwi. Pierwsze wydanie Tatami kontra krzesła ukazało się na miesiąc przed katastrofą w Fukushimie. Gdy w Polsce zaczęto wówczas szukać odpowiedzi na pytania, co czeka Japonię, okazało się, że takie słowa klucze mogą otworzyć niejedne nowe drzwi, czego nikt się nie spodziewał.

Tym razem nowa wersja książki ukazuje się zaledwie kilka tygodni po zakończeniu ery Heisei i zmianie władcy. Japonia znów znalazła się na krawędzi starego i nowego czasu, a przyszłość niesie tyle samo szans co zagrożeń.

Pierwszego maja 2019 roku rozpoczęła się era Reiwa i rządy cesarza Naruhito. Nie wiemy, co przyniosą Japonii, ale wiemy za to, co doprowadziło do ich rozpoczęcia.

Nie ma zatem, na co czekać, wyruszajmy w tę podróż do Japonii jak najprędzej!

Rozdział 1Alf w Japonii

„Lot z USA do Japonii trwa mniej więcej tyle, co studia prawnicze” – tak w każdym razie twierdzi Dave Barry, znany amerykański satyryk. A dokładnie: podróż z Warszawy do Tokio zajmuje prawie dobę – razem z przesiadką (bezpośrednich lotów nie ma) i zmianą czasu. Ja leciałem przez Amsterdam; wylot z Okęcia około 10 rano, potem dwie godziny w powietrzu, trzy godziny na Schiphol, i już bezpośrednio na Naritę. Koniec podróży około 7 rano następnego dnia. Pilot często pociesza pasażerów, że z powrotem leci się szybciej, bo z wiatrem. Ale szybciej oznacza raptem godzinę mniej…

Każda z tych godzin mija na niecierpliwym przebieraniu nogami i oczekiwaniu, kiedy wreszcie w oknie pojawi się tokijskie lotnisko Narita. Linie lotnicze starają się już na wysokości 10 tysięcy metrów wprowadzić klimat Japonii. Budują napięcie niczym w filmie sensacyjnym i wraz z każdym kolejnym kęsem łososia w teriyaki podekscytowanie rzeczywiście narasta. Bo Japonia jest jednym z miejsc na ziemi – obok Tybetu, Meksyku czy Australii – do których podróż jest wydarzeniem, i to niezależnie od tego, czy sam lot trwa trzynaście i pół godziny (z Nowego Jorku), szesnaście godzin (z Amsterdamu), czy dziewięć i pół godziny (z Syndey), czy jedzie się do niej w interesach, na wakacje czy w odwiedziny.

Pamiętam, jak dawno temu, kiedy miałem trzynaście lat, tata przyniósł mi z jakiegoś spotkania dwie japońskie wizytówki. Z jednej strony były zapisane rządkami znaków, z drugiej, na szczęście, normalnymi literkami po angielsku. Dowiedziałem się z wersji angielskiej, że obaj panowie od wizytówek pracowali w japońskiej agencji prasowej, pamiętam do dziś, że jeden z nich nazywał się Minoru Nakamura. Lekko kremowy papier nadawał im odpowiednią odrobinę słusznej, właściwej wysokiemu stanowisku grubości, którą wyczuwało się w palcach. Znaki z czarnego tuszu sprawiały wrażenie wypukłych, choć to akurat było jedynie złudzenie. Każdy element małych kartoników wydawał się doskonale wyważony i wpasowany w całość sprawiającą wrażenie efektu wieloletnich nauk i studiów nad tym, jak skonstruować wizytówkę doskonałą. Oglądałem je ze wszystkich stron, próbowałem przerysowywać znaki, znaleźć w nich jakąś logikę, ciągle porównując do angielskiej wersji z drugiej strony.

Akurat miałem wtedy pod ręką słownik znaków japońskich, pierwszą taką pozycję na polskim rynku (wydaną przez Wiedzę Powszechną), zacząłem więc go kartkować, szukając sposobu na rozgryzienie znaków. Wciągnęło mnie to tak bardzo, że nie mogłem się oderwać przez parę ładnych dni. Szczęśliwie dla poszukiwań się złożyło, że czasu miałem sporo, bo złapałem przeziębienie i mogłem bezkarnie siedzieć nad tym wszystkim. I szukać, dopasowywać kreski, głowić się, jak się je ze sobą łączy. Czytałem o hiraganie, katakanie, kanji, aż w końcu udało mi się odnaleźć w książce pierwszy ze znaków z wizytówki. Byłem z siebie bardzo dumny i uznałem, że dam radę przetłumaczyć wszystko. Wersja angielska nie kłamała, ten Japończyk rzeczywiście nazywał się Minoru Nakamura. Nie było to proste zadanie, ale z czasem przekonałem się, że z Japonią nic nie jest proste.

Po wylądowaniu na lotnisku Narita albo Kansai International już podczas kontroli paszportowej trzeba wypełnić karteczkę zatytułowaną To alien entering Japan. I choć „alien” albo „legal alien” to określenie z prawa międzynarodowego, którym określa się kogoś przybywającego do kraju, którego nie jest obywatelem (wszyscy pamiętamy piosenkę Stinga Englishman in NY), to ten „alien”z japońskiego formularza sprzężony ze wzrokiem celnika w okienku powoduje, że przechodzą nas ciarki. Można sprawę obracać w żart, że żona jednego z niedawnych premierów Japonii, Yukio Hatoyamy, wielokrotnie w wywiadach opowiadała, jak to porywało ją UFO, albo że minister obrony w rządzie jego poprzednika nawoływał do publicznej debaty – czy japońskie Siły Samoobrony mogłyby odeprzeć atak kosmitów, nie naruszając konstytucji. Nie zmienia to faktu, że cały czas jesteśmy na tym samym lotnisku z formularzem dla „aliena” i czujemy się jak prawdziwy obcy. Jak serialowy Alf, który przyleciał z planety Melmac, składa się w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach z włosów, ma osiem żołądków i zupełnie nie rozumie, dlaczego tubylcy uważają jedzenie kotów za wielce niestosowne. Japończyk w okienku odprawy paszportowej od razu mierzy nas wzrokiem pozbawionym litości i domaga się podania szczegółowych danych o miejscu planowanego pobytu. Trzeba wiedzieć, dokąd się jedzie – przecież nie można ot tak sobie przyjechać, no bo jak to tak? Na początek: miejsce planowanego pobytu? Jeszcze nie wiem. Nie wiadomo? Jak to nie wiadomo? Naprawdę można się poczuć jak Alf, czyli Alien Life Form. I co najgorsze, poczucie wyobcowania – które będę dalej nazywał syndromem Alfa – nie mija. Wręcz przeciwnie. Serialowy Alf na początku radzi sobie całkiem nieźle, ale już w siódmym odcinku zaczyna rozpaczliwie tęsknić za domem i popada w coraz głębszą depresję. Zupełnie jak Charlotte, bohaterka Między słowami Sofii Coppoli, która w jednej ze scen szlocha siostrze w słuchawkę, że nic, ale to nic nie czuje, mimo że już była w świątyniach, słuchała śpiewów mnichów i próbowała nawet ikebany.

Ja osobiście nie zacząłbym poznawania Japonii od ikebany. Gdybym jednak zaczął, to najpierw spróbowałbym zrozumieć, o co w niej, do diabła, chodzi. A żeby w ogóle móc zacząć ją rozumieć – przecież wielowiekowej kultury nie da się zrozumieć po przeczytaniu instrukcji obsługi – nie wystarczy wiedzieć, że ikebana dosłownie oznacza „żyjące kwiaty”, że liczy sobie ponad pięćset lat i że naucza się jej w japońskich szkołach i na uniwersytetach. Najważniejsze pytanie brzmi: co dorośli, poważni ludzie widzą w zbiorowym układaniu kwiatów – zupełnie jak na zajęciach plastycznych w zerówce? I dlaczego przy tym milczą? I po co do tego wszystkiego nauczyciel? Jednym słowem, spróbowałbym rozpracować Japończyków. Właśnie to zamierzam zrobić w tej książce.

Rozpracowywać Japończyków mogę tylko z pozycji przybysza z daleka, aliena. Z kilku powodów. Po pierwsze – ale wcale nie najważniejsze! – nie jestem Japończykiem. Bardzo lubię kleisty ryż, przeczytałem wszystko, co napisał Murakami, i widzę różnicę między majowym deszczem (samidare) a deszczem padającym w maju (gogatsu no ame), ale nie zmienia to faktu, że Japończykiem nie jestem i nic na to nie poradzę. Włosy też mam za krótkie, żeby związać sobie mocno kucyki i zrobić „skośne” oczy. Ruth Benedict, autorka Chryzantemy i miecza, także nie była Japonką. Zdecydowanie nie była Japonką. Urodziła się w Nowym Jorku, a co więcej w latach jej kariery naukowej Japonia kojarzyła się przede wszystkim ze znienawidzonym agresorem, który napadł na Pearl Harbor i zaciekle bił się z amerykańskimi chłopcami na Pacyfiku. Druga wojna światowa zbliżała się do końca, wiadomo już było, że Ameryka będzie okupować Japonię i że trzeba będzie poznać mentalność pokonanego. Punktem wyjścia dla Benedict była niezrozumiała dla Amerykanów reakcja wstydu u japońskich żołnierzy branych do niewoli. Na potrzeby rządu amerykańskiego napisała książkę o japońskim społeczeństwie, książkę niewielką, momentami syntetyczną i skrótową, ale bez wątpienia lekturę obowiązkową po dzień dzisiejszy. I to wszystko bez spędzenia choćby jednego dnia w Japonii.

Mimo to Benedict utrafiła w sedno japońskiej mentalności; gdyby tę książkę pisał Japończyk, wtedy – paradoksalnie – nie byłoby tak prosto. Musiałaby być obszernym traktatem naukowym, naszpikowanym zdaniami bardziej skomplikowanymi niż spirala DNA. Nie wynikałoby z nich nic, wszystkie za to dbałyby o dziesiątki rozbudowanych form gramatycznych. I o ile w wersji oryginalnej traktat mógłby chociaż kształcić pokolenia językoznawców, którzy pisaliby prace doktorskie analizujące pojedyncze zdania-potwory, o tyle w tłumaczeniu na jakikolwiek inny język mógłby co najwyżej podpierać chybotliwy stolik. Japoński tekst naukowy nie może nawet otrzeć się o humor, nie może traktować niczego z przymrużeniem oka. Musi być sztywny, precyzyjny i napisany bardzo, ale to bardzo ozdobnym językiem.

Oczywiście upraszczam, ale to trochę tak jak z ocenianiem ludzi po wyglądzie. Niby nie można i nie powinno się tego robić, lecz instynkt jest silniejszy i nie pozwala nie ocenić kogoś przy pierwszym spojrzeniu. Oczywiście nie należy kierować się stereotypami. Utarte myślenie prowadzi zwykle do błędnych wniosków i gdyby uznać, że cała japońska nauka to sam bełkot i niezrozumiałe konstrukcje, byłoby to nie fair wobec chociażby Takeo Doi i jego Anatomii zależności. Jest to druga, obok książki Benedict, pozycja niezbędna do poznania japońskiej psychiki. W tym wypadku autor jest jak najbardziej Japończykiem. Uważa się go za jednego z najważniejszych myślicieli powojennej Japonii. Doi bardzo dużo czasu spędził w USA, wystarczająco dużo, by zdać sobie sprawę, że czegoś mu brakuje. I nie chodziło o brak świeżej ryby, łowionej w Zatoce Tokijskiej, ani o cichy szmer modlitw w świątyniach. Brakowało czegoś w środku, czegoś, o co zdawała się upominać dusza pana Doi. Czegoś równie ulotnego jak spadające płatki wiśni na przełomie marca i kwietnia. I równie mocno chwytającego za serce.

W efekcie Takeo Doi, mieszkając w Stanach, stworzył koncepcję amae, czyli zależności od innych, dającej poczucie bezpieczeństwa i akceptacji, i poświęcił się badaniom nad nią. Nazwa wywodzi się od japońskiego czasownika amaeru, który oznacza potrzebę bycia kochanym. Doi zadał sobie dużo trudu, by zgłębić japońską psychikę i rozpracować podstawowy mechanizm japońskiego myślenia. Tak powstała wspomniana Anatomia zależności.

Analizowanie Japończyków z punktu widzenia przybysza, obcego, ma tę podstawową zaletę, że pozwala uniknąć wchodzenia w niuanse językowe, które dla nie-Japończyków byłyby kompletnie niezrozumiałe.

Różnicę między japońskim słowem oznaczającym „dawanie czegoś komuś o pozycji wyższej niż dający” (sashiageru) a japońskim słowem oznaczającym „dawanie czegoś komuś o pozycji równej dającemu” (ageru) pojęłoby góra parę osób – nie licząc oczywiście wydziałów filologii japońskiej, gdzie się rozumieć takie rzeczy musi, a i tam analiza takiego niuansu zajęłaby zapewne cały semestr; co prawda nieco dłużej niż analiza jednego haiku Basho, ale odrobinę krócej niż rozważania nad trzydziestą piątą księgą najstarszej powieści świata z X wieku. Przy czym większość analizowanych słów dla każdej osoby nieznającej japońskiego wyglądałaby jak wygenerowana przez specjalnego japońskiego robota losującego przypadkowe sylaby.

Kolejna sprawa: stereotypy. Jeśli rozumieć stereotypy tak, jak rozumiał je Walter Lippman, który szczęśliwie zdążył ukuć ten termin, zanim świat z Czerwonej książeczki Mao dowiedział się o politycznej poprawności, czyli jako „obrazy w ludzkich głowach”, to w tej książce jest ich co niemiara. Mam tu na myśli jedynie niewinne i niekrzywdzące obrazy Japończyków i Japonii. Wiem, że są często bardzo dużym uproszczeniem, ale nie zmienia to faktu, że niosą w sobie wiele prawdy i pomagają uporządkować rzeczywistość.

Nikt nie neguje, że większość nacji wykształciła typowe dla siebie cechy, dzięki którym funkcjonują w naszej świadomości. Na przykład Szwajcaria – od razu przychodzą na myśl zegarki i precyzja (inna sprawa, że szwajcarski przemysł zegarmistrzowski odżył dzięki najprostszym, najtańszym i plastikowym zegarkom Swatch i strategii marketingowej Nicolasa Hayka, notabene pół-Libańczyka). Co z tego, że Alpy, krowy z dzwonkami, zielone stoki gór i w ogóle jeden z najczystszych krajów na świecie – w powszechnej świadomości Szwajcaria od lat równa się zegarki i precyzja. Tak jak Anglia – rozmowy o pogodzie i angielski humor. Mamy więc hiszpańską inkwizycję, czeski film, szwajcarską precyzję, angielski humor, miłość francuską – a co jest typowo japońskie? Jacy są Japończycy? I dlaczego tacy?

Spróbuję odpowiedzieć na te pytania, starając się jednocześnie uniknąć tak zwanego odkrywania Ameryki i pisania rzeczy oczywistych w rodzaju „jeżeli w pubie widzimy osobę, która ostentacyjnie czyta gazetę, jest to znak, że nie szuka z nami żadnego kontaktu”. Wiadomo, że tak jest. Niezależnie od tego, czy rzecz się dzieje na Wschodzie czy na Zachodzie, na półkuli północnej czy południowej, każdy, kto nie chce z nikim gadać, wsadza po prostu nos w gazetę. Chyba że nie ma gazety, wtedy z pełną powagi miną, jakby co najmniej finalizował fuzję banków, pisze SMS-a.

Jeden z bohaterów książki Umberto Eco Wahadło Foucaulta uznał, że nie warto w ogóle pisać, bo skoro jakiś pomysł przyszedł do głowy jemu, to przedtem bez wątpienia wpadł już na niego ktoś inny. Ja jednak postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest. Czy ktokolwiek przeanalizował japońskość, a w szczególności jej współczesną wersję. Sprawdziłem w polskich i zagranicznych księgarniach internetowych wszystkie możliwe pozycje z ciągiem liter „jap…” w tytułach i opisach i z ulgą odkryłem, że nikt mnie nie ubiegł. Za to znalazłem całkiem sporo pozycji, które można podsumować jednym zdaniem: Przeżyłem w Japonii i postanowiłem napisać o tym książkę. Z rozbawieniem czytałem takie tytuły jak: Moja matka jest traktorem: życie na japońskiej wsi, Dama i mnich: cztery pory roku w Kioto, Za granicą w Japonii: wszystko, czego zachodnia kobieta potrzebuje, by przeżyć i rozkwitnąć. Ciekawe, że w wielu tego typu książkach jako cezura czasowa pojawia się 1 rok (słownie: jeden rok). Zupełnie jakbyśmy nie mieli do czynienia z odmienną kulturą, ale z inną planetą. À propos matki-traktora: podczas ostatniego mundialu przez chwilę zabłysnął japoński piłkarz Keisuke Honda. Zdarzyło mu się strzelić bardzo ładną bramkę z rzutu wolnego, i to jeszcze w meczu z Danią. Po meczu mówiono, że Japończycy rozpracowali sekret kontroli nowej piłki Jabulani (kolejny mecz – z udziałem Hondy również – pozbawił wszystkich złudzeń, Japonia odpadła w karnych z 1/8 finału z Paragwajem, i to z powodu pudeł). To byłoby na tyle o mistrzowskiej kontroli superpiłki w RPA w czerwcu 2010 roku w wykonaniu Japończyków, o której rozpisywały się wówczas gazety. Ale co do piłkarza i matki-traktora – gdy Honda przechodził do klubu CSKA Moskwa, na konferencji prasowej wypalił dziennikarzom na powitanie: „Dzień dobry, nazywam się Honda i nie jestem motocyklem”.

Ale wracając do sedna… Dave Barry z właściwym sobie humorem ostrzega, że w Japonii trzeba uważać, gdzie się wchodzi, bo może się okazać, że szyld oznacza nie restaurację, tylko „ekspresową wasektomię”. Trzeba też uważać z kłanianiem się i odkłanianiem, bo może to się skończyć ukłonami do walizki. No i fugu! Strzeżcie się, podróżni, ryby fugu! Ryby, za którą ci niedorzeczni Japończycy płacą setki dolarów, mimo że rok w rok kilku z nich umiera w ciągu paru sekund po jej zjedzeniu.

Ale Japończykom z nami też nie jest łatwo. Pamiętam, jak mój pierwszy japoński wykładowca na wydziale japonistyki miał zwyczaj zwracania się do nas łamaną polszczyzną „Kccceś umziećć?”. Zawsze, kiedy któreś z nas na pierwszym roku popełniało jakiś głupi błąd, a on grzmiał tym swoim „Kccceś umziećć?”, albo wywoływał nas równie pokracznie po imieniu – na przykład „Ksiśtof-kun, co znaczy: kolego Krzysztofie – i dalej z tą śmiercią, zanosiliśmy się śmiechem, a on nie rozumiał, czemu nas to bawi. „Dlaczego wy śmiejecie?”. Przecież to poważna sprawa – nauka, z czego tu sobie robić żarty?

Mało kto nie wie nic o japońskiej kulturze. Prawie każdy oglądał coś Kurosawy, widział Między słowami, czytał Murakamiego albo Wyznania gejszy, wie, co to jest manga, ile linijek ma haiku i czym różnią się maki od nigiri. Cytowany wcześniej satyryk Dave Barry z ironią stwierdził po trzytygodniowej podróży do Japonii, że nie został nagle ekspertem od mającej tysiące lat, niesłychanie złożonej i subtelnej kultury japońskiej, bo „na to potrzeba przecież co najmniej miesiąca”.

Próbując dotrzeć do istoty japońskości, korzystałem przede wszystkim z metodologii Alfa, czyli przyjeżdżam, patrzę, słucham i segreguję w głowie informacje, żeby jak najlepiej zrozumieć nowe miejsce. Następnie konfrontuję je z tym, co kiedyś przeczytałem, obejrzałem albo dowiedziałem się od moich japońskich profesorów.

Ta książka to coś w rodzaju minirozmówek przydatnych w podróży. Nie aspiruje do kategorii wyczerpująca monografia, nie ma na celu naukowego dowodzenia poruszanych teorii. Jest to książka dla tych, których Japonia fascynuje. Pierwsza osoba, która miała okazję przeczytać ostateczną wersję tego tekstu, powiedziała, że chciałaby pojechać na miesiąc do Tokio. Była to dla mnie bardzo dobra wróżba przed pokazaniem go w wydawnictwie.

Staram się opisać Japończyków ze strony głównie praktycznej i przydatnej, by zrozumieć ich jak najlepiej. Zaczynam od ich wyglądu, potem analizuję język, pismo, sposób komunikowania się, gesty, reguły grzecznościowe, to, jak mieszkają, jak się przemieszczają, co jedzą, jak się uczą i pracują, gdzie odpoczywają, jak się bawią, co ich śmieszy, w co wierzą, jak sami siebie oceniają, z czego bierze się ich potęga gospodarcza.

Potem konfrontuję moje obserwacje i analizy z najważniejszymi regułami, które rządzą zachowaniem Japończyków i które sami Japończycy stworzyli.

Ich sposób myślenia jest dość skomplikowany, obwarowany wieloma nakazami i ograniczeniami zarówno historycznymi, jak i kulturowymi, ale wszystko u nich ma swój powód, logikę i nie bierze się znikąd. Japończyków można rozgryźć. I wcale nie trzeba sobie łamać przy tym zębów.

Rozdział 2Pierwsze wrażenia

Wysiadam z samolotu i co widzę? Wszędzie jednakowe twarze. Widziałem je już oczywiście na pokładzie samolotu, ale… Jest trochę ciemno, jestem już zmęczony, przecież to niemożliwe, żeby wszyscy byli do siebie tak podobni. Rozglądam się wokół i okazuje się, że jednak możliwe.

Japończycy są na pierwszy rzut oka niesamowicie do siebie podobni. Na drugi – podobieństwo wydaje się jeszcze powiększać, ale to już raczej efekt zdumienia: wszędzie dookoła morze samych czarnych głów. Zachodnie oko po prostu potrzebuje chwili, by przestawić się na rozróżnianie japońskich twarzy; z czasem okaże się to nie takie znów trudne. Można też po paru dniach swobodnie odróżniać Japończyków od pozostałych azjatyckich nacji – o, naprzeciwko idzie Koreańczyk, po lewej dwóch Japończyków, a przed sklepem stoi Wietnamczyk.

Kiedyś przy Złotym Pawilonie w Kioto miałem przyjemność być atrakcją większą niż sam pawilon. Wszyscy robią sobie na jego tle zdjęcia i takie zdjęcie chciała też mieć pewna wycieczka japońskich gimnazjalistów. Przyglądali mi się dość długo, zanim wytypowali najodważniejszego chłopaka, który kłaniając się nisko, pokazał, gdzie nacisnąć, żeby zrobić fotkę. Gdy odezwałem się do niego po japońsku, dopiero się zaczęło! Cała grupa, łącznie z wychowawcą, podbiegła do mnie i otoczyła wianuszkiem zafascynowanych spojrzeń (jeżeli nie wiecie, że spojrzenia mogą połączyć się w wianuszek, to zapewniam, że mogą). Okazało się, że byli spod Nagano, jak to sami określili, „ze wsi”, i możliwość zamienienia paru słów ze mną była dla nich nie lada wydarzeniem. Wychowawca sprawiał wrażenie, że najchętniej zabrałby mnie ze sobą i dał etat w szkole, a trzy dziewczynki poprosiły nawet, żebym wpisał się im w zeszytach „po swojemu”.

Minęły już wprawdzie czasy, kiedy biały człowiek był sensacją, ale są jeszcze rejony, głównie wiejskie, gdzie przybysz z Zachodu wciąż wzbudza zaciekawienie. Znajomy ze studiów, który w dzieciństwie co drugie pół roku spędzał na japońskiej wsi, opowiadał mi, jak młodzi Japończycy eskortowali go, zawsze bacznie obserwując, kiedy jeździł po okolicy na rowerze. Nie mógł zwyczajnie funkcjonować, ponieważ wszędzie śledziły go czujne pary skośnych oczu. Sytuacja przywodziła trochę na myśl opowiadanie Zdobycz Kenzaburo Ōe – tam japońscy chłopi przypadkowo biorą do niewoli czarnoskórego amerykańskiego żołnierza. Rzecz się dzieje jeszcze przed wyzwoleniem wioski, kolor skóry Amerykanina wzbudza ciekawość, ale też staje się powodem brutalnego mordu. Społeczność pozbywa się Murzyna, nie dając mu najmniejszych szans, żeby mógł się zasymilować. Dziś byłoby to nie do pomyślenia w nawet najbardziej na północ wysuniętych wioskach, ale mimo wszystko Japończycy nadal spoglądają z uwagą na cudzoziemca w metrze czy na ulicy.

Tatami kontra krzesła

Japonia jest krajem, w którym może dowartościować się każdy, kto u siebie uchodzi za niskiego. Politycznie poprawni Amerykanie na określenie niewysokich Japończyków użyliby pewnie terminu vertically challenged, ale to nie zmieniłoby faktu, że Japończycy są naprawdę niscy. Zaproszono mnie kiedyś do udziału w programie stacji TVN24 poświęconym zbliżającej się wizycie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Japonii. Jako japonista miałem powiedzieć parę słów o kulturze, radzić, co wypada, a czego nie. Prowadzącemu audycję zależało, abym za pośrednictwem stacji przygotował prezydenta (167 cm wzrostu) do powiedzenia cesarzowi Japonii (165 cm) „jestem wyższy od Sarkozy’ego” (również 165 cm). Niezależnie od tego, które głowy państw występujące w tej scence lubię, a których nie lubię, żart ten był lekko, delikatnie mówiąc, niestosowny. Co więcej, byłby też niezrozumiały dla Japończyków, którzy z natury są niscy (podobno z tego powodu – powrócę raz jeszcze do Mundialu w RPA – ćwiczyli do upadłego rzuty wolne, żeby omijać rosłych Duńczyków, wyższych podobno statystycznie od nich o 6 centymetrów), których los wyznaczył im jako przeciwników w fazie grupowej. Ćwiczyli, jak już wiemy, skutecznie; Honda-który-nie-jest-motocyklem ćwiczył zapewne najdłużej.

Według badań centrum rządowego wzrost Japończyków zmienia się na przestrzeni wieków. W 2000 roku przeciętny siedemnastoletni Japończyk mierzył 170,8 centymetra, a Japonka 158,1. W 1900 roku wartości te wynosiły odpowiednio: 157,9 oraz 147 centymetrów. Oznacza to, że w ciągu zaledwie stu lat średnia wzrostu chłopców podniosła się o 12,9, dziewcząt zaś o 11,1 centymetra. Z czego to wynika? Czy zmieniła się dieta? Zaczęto bardziej dbać o zdrowie?

Główna przyczyna może wydać się niecodzienna.

Otóż ostatnimi czasy w japońskich domach przestały królować maty tatami, które do niedawna były podstawowym meblem (o ile można je nazwać meblem w ogóle) do siedzenia. W Japonii zawsze klimat był dość wilgotny, dlatego też tradycyjnie domy wznoszono na palach. Dom stał ponad poziomem gruntu i przez cały rok był odpowiednio wentylowany od spodu. Dzięki temu maty nie pokrywały się pleśnią i można było trzymać je na podłodze. Dodatkowo każdą przestrzeń domową, w której spędzało się czas, uważano za w pewien sposób świętą i przed wejściem do pokoju w specjalnym przedsionku zawsze zdejmowano buty. Na butach zostawał brud doczesnego świata, ale zostawała też i wilgoć – można więc było bez obaw siadać bezpośrednio na podłodze. Ponieważ Japończycy przywiązywali ogromną wagę do drobiazgów i tradycyjnych metod spędzania czasu, długie godziny spędzano w niezbyt naturalnej dla człowieka pozycji. Japońskie kolana i stawy musiały siłą rzeczy przywyknąć do tych powolnych tortur (przestawienie się na taki sposób siedzenia dla nas, ludzi z Zachodu, niewprawionych w japońskich trudach i o wytrzymałości ustępującej dalece wytrzymałości dzielnych samurajów, jest naprawdę trudne). Przyzwyczajały się, bo nie miały innego wyjścia, ale nie pozostawało to obojętne dla zdrowia. Spędzający całe dnie na kolanach Japończycy byli więc siłą rzeczy niżsi od dzisiejszych Japończyków, którzy siadają na krzesłach. Japonia otwierała się w XIX wieku na świat, przyjmowano rozmaite nowinki i między innymi przekonano się również do krzeseł. Krzesła zastępowały maty, siadywano wygodniej i to z kolei ewidentnie wzmocniło kości.

Japońskie społeczeństwo jest równe pod względem wzrostu – niskie, ale niskie jednolicie. Nie występują takie dysproporcje jak na Zachodzie, nie zdarza się, by jeden z braci był potężny, a drugi drobny. Jednolicie niski wzrost odbił się też na mentalności Japończyków: są oni silni w swojej jednakowości. Jednostka nie ma się czego wstydzić, jest taka sama jak reszta członków grupy, więc mocniej buduje to świadomość wyjątkowości.

Wiek

Kiedyś jako lektor czytałem japońskie bajki. Zostały one wydane na płycie CD i, co ciekawe, sprzedawane były w Polsce z adnotacją dla rodziców w takim oto brzmieniu: „Uwaga dla rodziców wrażliwych dzieci: niektórzy bohaterowie giną, w tym sympatyczne zwierzaki!”. Prawie każda bajka zaczynała się następująco: „Dawno, dawno temu żyli sobie babcia i dziadek”. Czasami akcja działa się w górach, czasami nad rzeką, innym razem na polu, ale jedna rzecz pozostawała niezmienna: babcia i dziadek. A to staruszkowie przygarniali sierotkę znalezioną w brzoskwini, a to znajdowali wróbelka w pudełku ze śniadaniem, a to dziadek ratował psa przed okrutnym sąsiadem. Nie było młodych księżniczek, nieco starszych rycerzy i złych królowych w średnim wieku. Za to prawie zawsze byli babcia i dziadek. I nic dziwnego: japońskie społeczeństwo jest najszybciej starzejącym się ze wszystkich na świecie. Żeby wyobrazić sobie skalę tego procesu, naukowcy zaproponowali następujące porównanie: wzrost udziału ludzi starszych w całej populacji z 7 do 14% zajął we Francji 115 lat, w Szwecji 85 lat, w Wielkiej Brytanii i w Niemczech 47 lat. W Japonii natomiast nastąpiło to w ciągu zaledwie 24 lat.

Moja twarz kształtuje mój charakter

Na japońskich ulicach zobaczyć można wielu staruszków, mniej lub bardziej wysuszonych i przygarbionych, którzy dość sprawnie poruszają się po mieście. Trudno oszacować ich wiek. Mogą mieć równie dobrze 60, jak i 90 lat. Prawie wszyscy powyżej sześćdziesiątki wyglądają niemal tak samo.

Japończycy dożywają sędziwego wieku, ale z drugiej strony zachowują dziecięcy wygląd przez długie lata. Zjawisko to nazywa się pedomorfizmem i dotyczy większości japońskich kobiet. Pedomorfizm, opisany przez niemieckiego etnologa Konrada Lorenza w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, objawia się zachwytem nad dziecięcym wyglądem, a zawdzięczamy go ewolucji. To właśnie dzięki niej powstały w nas odruchy roztkliwiania się nad dziećmi i opiekowania się nimi. Zasługą pedomorfizmu jest większe zainteresowanie mężczyzn kobietami o małym nosie, dużych oczach i mniej rozbudowanej szczęce. Ale dorosły mężczyzna o twarzy dziecka może co prawda wzbudzać ewentualne odruchy opiekuńcze, nie jest jednak atrakcyjny i nie wywołuje takich emocji jak dziecinnie wyglądająca kobieta. Pedomorfizm jest szczególnie widoczny w mandze, której bohaterowie stylizowani są na wieczne dzieci. Ogromne oczy, drobne szczęki – czasami także wystające krzywe ząbki – cieszą się popularnością i symbolizują bezpieczeństwo. Japończycy są w pewien sposób wręcz owładnięci manią nawiązywania do okresu szukania schronienia w ramionach matki; to bardzo złożone zagadnienie, do którego jeszcze powrócę w ostatnim rozdziale. Osoby o twarzach dziecinnych, ładnych, krągłych zawsze i wszędzie budzą poczucie bezpieczeństwa, tym samym większości ludzi łatwo przychodzi im zaufać. Antropolog David Perrett z Uniwersytetu St. Andrews w Wielkiej Brytanii mówi, że rodzice i wychowawcy chłopców o męskich rysach traktują ich nieco inaczej niż tych o buziach amorków. W ten sposób moja twarz kształtuje poniekąd mój charakter.

Yaeba

Dziecięcy wygląd wielu Japonek jest nie tylko konsekwencją wzrostu i drobnej budowy ciała, ale także takich drobiazgów jak chociażby krzywe ząbki. Japońskie twarze w ciągu wieków stawały się coraz węższe, tym samym i szczęki Japończyków się zmniejszały. Nowoczesna cywilizacja ze wszystkimi swoimi udogodnieniami wymaga od człowieka coraz mniej wysiłku. Jedzenie jest gotowane, czyli bardziej miękkie, posługujemy się nożem, by pokroić wszystko na mniejsze kawałki. Niepotrzebna jest już szczęka tak duża, by wielkimi zębami miażdżyć i rozgryzać. Bernard Wood, paleoantropolog z Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona, wypowiada się na ten temat wprost: „Ewolucja doprowadzi nas do tego, że zaczniemy jeść papkę”. Można by rzec, że cóż z tego, po prostu będziemy mieć mniejszą szczękę i tyle. Nic z tych rzeczy. Przyroda nie pozwala zapomnieć o tym, że liczba zębów ani ich rozmiar nie zmniejszają się wraz ze szczęką i wszystkie 32 sztuki muszą się gdzieś pomieścić. No i się mieszczą, tyle tylko że w dwóch rzędach.

Dlaczego jednak ten problem tak bardzo dotyka akurat Japończyków? Koncepcji jest kilka, a na najzabawniejszą natknąłem się na jednym z japońskich forów internetowych – według jej autora wąskie szczęki Japończyków są konsekwencją tego, że mają oni duże mózgi (naprawdę baaardzo duże mózgi!) i żeby kręgosłup mógł utrzymywać ich głowy w pionie, matka natura przebiegle zmniejszyła im szczęki. To tylko anegdota, tak naprawdę rzecz w tym, że zjawisko, które na Zachodzie napędziło rynek aparatów korekcyjnych, Japończycy polubili i nazwali yaeba, czyli podwójny ząb. Młode Japonki cieszą się z tej niedoskonałości i pokazują z radością zęby, na których widok nawet najbardziej oporna zachodnia nastolatka dałaby sobie bez słowa sprzeciwu założyć aparat korekcyjny. Nawet w świecie japońskich modelek takie wystające, wampirze zęby są pokazywane z dumą, bo gwarantują dziecięcy, a nawet nieco infantylny wygląd, który jest w Japonii uważany za fajny (mało powiedziane: fajniusi, ale o fajniusim później).

Japońscy dentyści biją na alarm i łapią się za głowy. Mimo największej liczby dentystów per capita Japończycy mają bodaj najgorsze zęby na świecie. Statystycznie rzecz biorąc, każdy z ponad 95 tysięcy japońskich dentystów opiekuje się około 1340 pacjentami. W Stanach Zjednoczonych na jednego dentystę przypada ponad 1700 osób, w Wielkiej Brytanii prawie dwa razy więcej. Nie jest zatem zaskoczeniem fakt, że Japonia przoduje na świecie pod względem badań dentystycznych. Stomatolodzy z Japonii stanowią niecałe 20% jedenastotysięcznego grona Międzynarodowej Organizacji Badań Dentystycznych, ale co roku opracowują od 25 do 30% wszystkich badań. Jednakże dla ich rodaków nic z tego nie wynika. Jak mówił Benjamin Disraeli (a Mark Twain powtórzył za nim), istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, okropne kłamstwa i statystyki.

Okazuje się na przykład, że niektórzy studenci stomatologii po sześciu latach studiów wcale nie muszą zdawać końcowego testu praktycznego. Co więcej, nawet krajowy egzamin kwalifikacyjny na dentystę nie uwzględnia testu praktycznego. Teoretycznie można więc trafić na niedoświadczonego dyplomowanego dentystę i nic dziwnego, że taka wizyta funkcjonuje w japońskiej świadomości jako senny koszmar: głównym bohaterem jest zamaskowana postać, która z wymyślnymi narzędziami tortur pochyla się nad biednym, unieruchomionym pacjentem i wyraźnie chce, żeby go bolało. Ale to jeszcze nic. W czasach gdy na Zachodzie zachwycano się zbawiennym wpływem fluoru na zęby, Japończycy nie akceptowali jego dodawania do wody bieżącej, bojąc się długoterminowych konsekwencji takiego działania. Świadomość potrzeby ochrony zębów zaczęła rozwijać się w Japonii stosunkowo późno (podobnie jak ortodoncja) i jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku zaledwie 10% dzieci odwiedzało ortodontów (w Stanach Zjednoczonych 60%).

Trudno zrozumieć, czemu Japończycy tak bronią się przed naprawianiem wyglądu zębów. Z jednej strony są narodem skłonnym do poświęceń i wyrzeczeń. Z drugiej strony nie chcą zmieniać yaeba, bo uznają je za słodziutkie. Być może jednak wyjaśnienie jest całkiem proste: jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to musi chodzić o pieniądze. Leczenie ortodontyczne jest w Japonii bardzo kosztowne (kilkaset tysięcy jenów – równowartość małego samochodu) i nie jest opłacane z ubezpieczenia.

Winda czarnych głów

Wsiadam na lotnisku do windy, chcę dostać się na górne piętro, do punktu odprawy paszportowej. Przypominam sobie scenę z filmu Między słowami, w której Bob Harris i Charlotte jadą windą pełną Japończyków. W scenie nie pada ani jedno słowo, Japończycy ze sobą nie rozmawiają, a jedynie stoją prawie nieruchomo i czekają na odpowiednie piętro. Wszyscy patrzą przed siebie, nikt się nie rozgląda, nie spogląda na stojących obok. Jedynymi, którzy zachowują się inaczej, są główni bohaterowie filmu. Wtedy się jeszcze nie znają, ale i tak zwracają na siebie uwagę.

W mojej windzie też jest pełno Japończyków i też zachowują się tak jak tamci. Przyglądam się im z rozbawieniem, próbuję nawiązać kontakt wzrokowy, ale oni, spłoszeni, odwracają wzrok. Jest śmiesznie, chociaż kompletnie nic się nie dzieje.

Przejażdżka windą z Japończykami bywa czasem naprawdę inspirującą obserwacją. Gabriela Garcíę Márqueza zainspirowała na przykład do napisania felietonu o podobieństwach między japońskimi a latynoamerykańskimi pisarzami. Mnie – do poczynienia obserwacji, że choć miejsca niewiele, w windzie jedzie całkiem sporo Japończyków. Są bardzo szczupli; na podobnej przestrzeni w Polsce zmieściłoby się o wiele mniej osób. A co dopiero w Stanach Zjednoczonych…

Z troską o innych

Japończycy lubią myśleć o sobie jako o ludziach zdrowszych od reszty świata. Jest w tym, rzecz jasna, dużo prawdy, ale jeżeli tak się już zdarzy, że Japończyka dotknie problem choćby otyłości, robi się naprawdę ciekawie. Ponieważ Japończycy uwielbiają nazywać wszystko po swojemu i zarazem wykorzystywać do tego zagraniczne określenia, udało im się z zespołu metabolicznego (metabolic syndrome) stworzyć metabo.

Co oznacza słowo, na którego dźwięk włosy na otyłych brzuchach – gdyby tylko Japończycy mieli na brzuchach jakieś włosy – stają dęba? Otóż metabo oznacza kompleksowo wszystkie dolegliwości związane ze złym stylem życia, niezdrową dietą, brakiem ruchu, tłustym jedzeniem i starzeniem się (również).

Ponieważ być metabo to wielki wstyd, nikt nie chce takim metabo zostać. Nawet przez przypadek. Rynek zdrowej żywności kwitnie, świadomość zagrożeń związanych z otyłością znalazła w umysłach Japończyków stałe miejsce. Ale z właściwym im nietypowym podejściem do tematu.

W 1990 roku rząd japoński opracował wytyczne dotyczące zdrowego odżywiania się i samoleczenia – FOSHU, czyli Food for Specified Health Use. Wraz z postępującym starzeniem się społeczeństwa (a w ciągu ostatnich 20 lat zdążyło postarzeć się ono o kolejny przerażający albo, jak kto woli, imponujący procent) ten program, a wraz z nim cały rynek zdrowej żywności, zyskuje coraz więcej zwolenników. Badania przeprowadzone w 2007 roku wykazały wzrost rynku żywności o obniżonej zawartości tłuszczu o 72,5 miliarda jenów w ciągu dwóch lat. Udział w rynku produktów przeznaczonych dla ciśnieniowców wzrósł do 25 miliardów jenów. Rynek antycholesterolowy podobnie – 23 miliardy jenów. Ciągłe prace nad unowocześnianiem produktów spożywczych doprowadziły do stworzenia w 2005 roku specjalnej kawy, która wpływa na redukcję tkanki tłuszczowej. Na rynku dostępna jest także obniżająca ciśnienie krwi wersja kultowego napoju Calpis.

W Japonii troska o innych jest ogromnie ważna. Starzejący się człowiek zgodnie z prawami natury prędzej czy później zachoruje. Jeżeli może dożyć sędziwego wieku – a w Japonii jest to wielce prawdopodobne – robi się wszystko, by umożliwić mu przeżycie jak najdłuższego czasu w zdrowiu. Tak, by zachorował – lub, szczęśliwie, nigdy nie zachorował – jak najpóźniej.

Czy jesteś metabo?