Tarapaty - Katarzyna Rygiel, Marta Karwowska - ebook
Opis

Przyjaźń to wcale nie taka prosta sprawa. Julka dobrze o tym wie. Ma jedenaście lat, chodzi do szkoły z internatem i jeszcze nigdy nie miała prawdziwej przyjaciółki. Zaczynają się wakacje, a razem z nimi kłopoty. Julka zamiast do rodziców w Kanadzie trafia do ciotki w Warszawie. W tej samej kamienicy mieszka Olek i jego zwariowany pies Pulpet. Niespodziewanie dzieciakom wpada w ręce tajemniczy plan prowadzący – jakżeby inaczej – do skarbu. Zaczyna się niebezpieczna przygoda. Bez przyjaźni i współpracy dzieciaki nie mają szans wybrnąć z tarapatów.
Książka powstała na podstawie scenariusza filmu „Tarapaty”. W obsadzie oprócz debiutujących Hanny Hryniewickiej i Jakuba Janoty-Bzowskiego m.in. Roma Gąsiorowska, Piotr Głowacki, Joanna Szczepkowska, Jadwiga Jankowska-Cieślak.
FILM W KINACH OD 15 WRZESNIA 2017

„Ta opowieść powstała z tęsknoty za analogowym światem podwórkowych intryg, rowerowych pościgów i rozbitych kolan” – Agnieszka Dziedzic, producentka filmu „Tarapaty

„Wakacje bez kurateli rodziców, kryminalna zagadka i przyjaźń – tak wygląda krótki przepis na PRZYGODE i przyjemny dreszcz sensacji. Zabawna, niefrasobliwa fabuła przywołuje skojarzenie z klasycznymi lekturami ze szkoły nienacko-niziurskiej” – Joanna Olech

O autorkach:
MARTA KARWOWSKA – reżyserka i scenarzystka „Tarapatów”, absolwentka socjologii na UW i reżyserii w PWSFTViT w Łodzi, mama Oli i Tomka.

KATARZYNA RYGIEL – autorka kryminałów (m.in. „Gra w czerwone”, „Wielki chłód”), z wykształcenia archeolożka i dziennikarka, mama dwóch poszukiwaczy przygód: Antka i Kostka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz
Korekta: Marta Śliwińska
Okładka: adaptacja wg plakatu do filmu „Tarapaty” projektu Krzysztofa Aratyka
Zdjęcia na okładce: Michał Mutor
Skład i przygotowanie do druku: Elżbieta Wastkowska
Ilustracje: Marta Ruszkowska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
DYREKTOR WYDAWNICZY Małgorzata Skowrońska
REDAKTOR NACZELNY Paweł Goźliński
KOORDYNACJA PROJEKTU Katarzyna Kubicka
© copyright by Agora SA 2017
© by Koi Studio Sp z o.o., 2017
© by Marta Karwowska, 2017
© by Katarzyna Rygiel, 2017
Książka powstała na podstawie scenariusza do filmu „Tarapaty” autorstwa Marty Karwowskiej.
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2017
ISBN: 978-83-268-2022-9 (EPUB), 978-83-268-2023-6 (MOBI)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

– Pulpet, cicho! Próbuję się skoncentrować.

Olek siedział na gałęzi i przez lornetkę obserwował to, co działo się na dole. Miał nadzieję, że nikt go nie zauważy wśród liści. Niestety, jego kudłaty pies najwyraźniej nie wiedział, że nie wolno zdradzać cudzych kryjówek. Obskakiwał pień drzewa i szczekał tak głośno, że wszyscy przechodnie patrzyli w jego kierunku.

– Pulpet! Żeby własny pies tak pokrzyżował człowiekowi plany... – mruknął pod nosem chłopiec.

Tkwił na drzewie już z pół godziny. Nie było mu zbyt wygodnie. No, ale kiedy ma się jedenaście lat i zagadkę do rozwiązania, wygoda to ostatnia rzecz, na którą się zwraca uwagę. A on już od dawna czuł, że coś się święci, choć gdyby go ktoś zapytał, nie umiałby powiedzieć co.

Ulicą sunęła właśnie kobieta uczesana na pudla. Nastroszone loki podskakiwały przy każdym jej kroku. Zasapana ciągnęła za sobą dużą, wypakowaną po brzegi torbę na zakupy. Musiała być ciężka, bo małe kółka z trudem pokonywały nierówności chodnika. Kobieta zatrzymała się przy starej, opuszczonej willi z dwiema wieżyczkami, którą wszyscy mieszkańcy ulicy nazywali ruderą. Czemu trudno się dziwić – była stara, miała popękane ściany, od których tynk odłaził płatami, a w oknach brakowało szyb. Do tego wszędzie wisiały duże żółte tabliczki z napisem „Zakaz wstępu” z rysunkiem trupiej czaszki. Może i na niektórych działało to odstraszająco. Ale akurat na Olku ponura budowla nie robiła wrażenia.

Na pani Pudel też najwyraźniej nie. Chłopiec nie spuszczał jej z oka. Rozejrzała się dyskretnie i weszła do rudery. O rany! Olek prześlizgnął się wzrokiem po oknach i balkonie, nad którym architekt umieścił dziwną płaskorzeźbę – szczura z syrenim ogonem. Z przejęcia zapomniał nawet o Pulpecie, który wciąż tańczył wokół drzewa i poszczekiwał. Miał nadzieję, że gdzieś w środku mignie mu wysoka fryzura. Wpatrzony w budynek poruszył się ostrożnie, bo jakiś konar uwierał go w plecy. Gałąź, na której siedział, niebezpiecznie się zakołysała.

– Tylko spokojnie – powiedział do siebie i wolną ręką chciał objąć pień.

Za późno. Zauważył, że Pudel znowu pojawiła się na ulicy, po czym stracił równowagę i poleciał w dół. W czasie krótkiego lotu zdążył jeszcze z całej siły przytulić do piersi lornetkę i mocno zacisnąć powieki. A mama zawsze mówiła, że jedną ręką może co najwyżej podłubać w nosie...

Kiedy otworzył oczy, zobaczył tuż przy twarzy poczciwą mordę Pulpeta, jego wielki wilgotny nos i równie wilgotny jęzor. Kołysały się jak przed momentem gałąź. Olek poczekał, aż obraz przestanie się bujać, usiadł, z troską obmacał lornetkę (i z nieco mniejszą – głowę), dmuchnął w soczewki, które na szczęście były całe, a potem objął psa.

– No co? Nic się nie stało. I po co było tak szczekać?

Julka nie lubiła szkoły. Zresztą kto by lubił nowoczesny, odpychający budynek, w którym uczyły się i mieszkały wyłącznie dziewczynki. Wszystkie w jednakowych mundurkach! Świetnie wyposażone pracownie, ogród, basen i boiska do wszelkich gier zespołowych nie mogły zastąpić tego, czego Julce najbardziej brakowało: jednej, może dwóch przyjaciółek, rozmów o wszystkim, co ważne, wspólnych powrotów do domu, no i rodziców na co dzień...

Już niedługo, pocieszyła się, niedługo ich zobaczy. Mama mówiła przez telefon, że bardzo za nią tęsknią. To będą najlepsze wakacje, jakie dotąd miała. Uśmiechnęła się, nawet o tym nie wiedząc. I już jej nie przeszkadzało, że na uroczystości zakończenia roku szkolnego czuje się taka samotna, choć jest w tłumie dziewczyn.

Ze sceny płynęły słowa wiersza recytowanego po francusku przez bliźniaczki z jej klasy. Zagłuszały je szepty podekscytowanych koleżanek, które nauczyciele uciszali psyknięciami.

Przyjaźń to ja i ty. Ty, gdy

Osuszasz me łzy. Ja, gdy się

śmieję jak ty. Lecz gdy przyjdzie

rozstania czas... To nieważne, bo

nic nigdy nie rozdzieli nas.

Julka nie wiedziała, co jest gorsze, tekst wiersza czy recytacja. I nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo właśnie w tym momencie usłyszała z tyłu ciche „pyk”, po którym rozległ się złośliwy chichot. Wiedźmy! Naprawdę, w ostatni dzień roku szkolnego mogłyby sobie darować. Nawet się nie obejrzała, żeby nie dać im satysfakcji. Z rezygnacją zebrała jasne włosy sięgające do łopatek i zaczęła przeczesywać je palcami. Jest. Lepki, obrzydliwy, trudny do usunięcia strzęp balonu z gumy do żucia, który pękł tuż przy jej głowie. Który to raz? Julka już dawno przestała liczyć. Nie miała też zamiaru się skarżyć. Bo po co. Dorośli i tak nie umieliby jej pomóc, a koleżanki, które nie zasługiwały na to, żeby je tak nazywać, na pewno znalazłyby sposób, by się zemścić.

Wyskubując kawałki gumy z włosów, pomyślała, że jedenaście lat to dość, by nauczyć się kilku istotnych zasad. Na przykład, że dziewczyny są wredne. Że można liczyć tylko na siebie. I że lepiej nie oczekiwać od ludzi zbyt wiele, żeby się nie rozczarować. Pogrążona w tych rozważaniach przestała słyszeć teatralny ton koleżanek stojących na scenie. Nie zauważyła też, że obok jej krzesła zatrzymał się dyrektor szkoły. Patrzył na nią z dezaprobatą.

– Nie słuchałaś – powiedział po francusku, gdy wiersz wybrzmiał do końca. – A szkoda. Powinnaś poświęcać więcej czasu na naukę języka. I zostaw wreszcie te włosy w spokoju!

Julka zrobiła skruszoną minę, choć uwagę miała w nosie, i odruchowo wyprostowała się na krześle. Z tyłu znowu dobiegł ją chichot i kolejne „pyk”, ale dyrektor oczywiście nic nie zauważył, bo już wchodził na scenę. Uwielbiał przemawiać. Na samą myśl o potoku słów, które zaraz wydostaną się z jego wiecznie skrzywionych ust, Julka bezgłośnie westchnęła. Już niedługo, powtórzyła w myślach, jeszcze chwila i zaczną się wakacje.

– Brawa dla laureatek naszego konkursu poetyckiego – zaczął tymczasem dyrektor po francusku, po czym swobodnie przeszedł na polski. Może i on był zmęczony koniecznością używania języka obcego. – Niech te piękne słowa pozostaną w waszych sercach i głowach przez najbliższe tygodnie. Przyjemnych i pracowitych wakacji!

Pracowitych? Dobre sobie. Julka zamierzała odpoczywać. Nie tylko od nauki, ale też od tego miejsca i wszystkich stukniętych dziewczyn, których głupie żarty musiała znosić przez cały rok. Uśmiechnęła się na myśl, że nie będzie ich oglądać aż do września.

Jej radość była jednak przedwczesna, bo gdy stała przed lustrem w swoim wysprzątanym, pustym pokoju i odcinała kosmyk włosów zlepionych gumą, wiedźmy zjawiły się w komplecie.

– Nie lepiej iść do fryzjera? – odezwała się jedna z „miłośniczek poezji”, która po francusku mówiła równie dobrze jak po polsku. – Zobaczcie, Julka sama się stylizuje.

Dwie amatorki gumy do żucia podeszły do niej z minami niewróżącymi niczego dobrego.

– Chętnie pomożemy – zaproponowała pierwsza.

– Sama nie dasz sobie rady – dodała druga.

– Zostawcie mnie! – Julka zrobiła krok do tyłu, ale z niedużego pokoju nie można było uciec, bo bliźniaczki wciąż stały w drzwiach.

– Tu się mówi po francusku – upomniały Julkę poważnym tonem. Nie dość, że były identyczne, to jeszcze mówiły w ten sam irytujący sposób.

Na ich znak specjalistki od robienia balonów podeszły bliżej.

Właśnie dlatego Julka, opuszczając szkołę, wyglądała inaczej niż rano. Włosy miała krótsze i niezbyt równe. Szła długą aleją wiodącą do bramy wjazdowej, bardzo szczupła i wysoka jak na swój wiek, przygarbiona z powodu niedawnego upokorzenia. Ciągnęła za sobą walizkę, w której mieściło się wszystko, czego potrzebowała w ostatnich miesiącach. Miała niewiele rzeczy, z którymi nie chciała się rozstawać, na pewno mniej, niż można znaleźć w typowym pokoju dziewczęcym. Bo żeby mieć pokój, trzeba mieć dom.

Brama była coraz bliżej. Julka szła noga za nogą. Mijały ją dziewczynki w różnym wieku. Towarzyszyli im rodzice, ojcowie taszczyli walizki, a matki niosły plecaki lub torby i w gruncie rzeczy był to widok szalenie przygnębiający dla kogoś, po kogo nikt nie przyjechał. Już niedługo, pomyślała znowu Julka, poprawiła krzywo przycięty kosmyk, który opadł jej na czoło, podciągnęła pasek niewielkiej torebki zsuwający jej się z ramienia i ruszyła żwawiej.

Za bramą czekała na nią taksówka, którą zamówiła jeszcze wczoraj. To miał być daleki kurs. Kierowca schował walizkę do bagażnika i kazał jej zapiąć pas.

– Nie za młoda jesteś na takie samodzielne podróże? – zapytał, sadowiąc się na siedzeniu.

Julka wzruszyła ramionami. Nie dlatego, że była niegrzeczna, po prostu nie znalazła odpowiedzi na jego pytanie. Pewnie, że była za młoda, ale niewiele osób to obchodziło.

Za oknem coraz szybciej przesuwał się kamienny mur otaczający szkołę. Potem zastąpiły go drzewa. Dwa rzędy drzew. Między chropowatymi pniami prześwitywały gładkie pola w fantastycznych kolorach lata. Były też lasy, wsie i miasteczka. I znowu drzewa. I znowu pola. Droga z szarej stała się złotawa, gdy słońce zbliżyło się do horyzontu. Ale tego Julka już nie widziała, bo zapadła w sen.

Śniło jej się, że leci nad wielkim, zielonym oceanem.

Kiedy dojechali do Warszawy, było już ciemno, ale na ulicach wciąż sporo było przechodniów, którzy w piątkowy wieczór wybrali się na późny letni spacer i pozwolili, by zaskoczyła ich noc. Julka spała w najlepsze, gdy taksówka zatrzymywała się na skrzyżowaniach i pokonywała kolejne zakręty. Wreszcie dotarła na Mokotów i przez chwilę kluczyła wąskimi uliczkami, między niewysokimi domami i willami obrośniętymi dzikim winem. Minęła rozsypujący się budynek, który spowijał mrok, i zatrzymała się przed starą kamienicą.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział kierowca i zaświecił lampkę na suficie.

Julka otworzyła oczy. W pierwszej chwili nie mogła sobie przypomnieć, jak znalazła się w samochodzie, i to w środku nocy. Ale zaraz spojrzała w okno i już wiedziała. No tak: wakacje, rodzice. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Wyjęła z torebki plastikową kartę klienta, którą przed rokiem dał jej tata. Wytłumaczył, że działa podobnie jak karta, którą można płacić w sklepach, i że to on dostanie rachunek za przejazd. Przydawała się, ilekroć Julka opuszczała szkołę, gdy jechała na święta albo ferie – tam, gdzie czekali na nią rodzice. Tym razem miała dołączyć do nich do Kanady.

Podała kartę kierowcy, a potem zaakceptowała kwotę, która pokazała się na wyświetlaczu czytnika. I już mogła wysiadać. Czuła się trochę niepewnie, stojąc na chodniku z walizką przy nodze i torebką w dłoni. Choć adres znała na pamięć, dla pewności otworzyła torebkę i odnalazła kartkę, na której go zapisała. Lenartowicza 24. Popatrzyła na tabliczkę z numerem, całkiem wyraźną w świetle latarni. To tu. Mocując się z walizką, weszła na podwórko. Furtka zamknęła się za nią ze swojskim skrzypnięciem.

Na klatce schodowej było ciemno, ale Julka sprawnie namacała włącznik. Pod sufitem rozbłysła lampa. W przytłumionym świetle dziewczynka zobaczyła piękną posadzkę z czarnych i białych kostek ułożonych w skomplikowany geometryczny wzór. Do góry prowadziły wąskie, wyślizgane schody z drewnianą poręczą wytartą od ciągłego dotykania. Na szczęście ciotka mieszkała na parterze. Julka szybko znalazła właściwe drzwi. Masywne, zielone, z miedzianą tabliczką. Profesor Maria Strzałkowska, przeczytała. Profesor. Nie brzmiało to zbyt zachęcająco. Mimo to Julka zadzwoniła. Wstrzymała oddech i nasłuchiwała przez chwilę, ale z mieszkania nie dobiegał żaden dźwięk. Chyba nie śpi, zaniepokoiła się, nie jest jeszcze tak późno. Zadzwoniła jeszcze raz, ale za drzwiami wciąż panowała cisza. Poczuła się nieswojo. Odruchowo poprawiła krótką, jasną spódniczkę, wymiętą i przybrudzoną po podróży, a potem głośno zapukała.

[...]