Tarantula, Klops i Herkules. Przygoda pierwsza - Joanna Olech - ebook + audiobook
Opis

Kiedyś Witkowice były najnudniejszym miasteczkiem na świecie. Wszystko się zmieniło, gdy z miejscowego muzeum ktoś ukradł... widokówkę. Ile mogła być warta? W tym samym czasie w wypadku zginął pochodzący z Witkowic mężczyzna - Polak z niemieckim obywatelstwem. Czy te dwa zdarzenia mają ze sobą coś wspólnego? I czy to prawda, że w miasteczku ukryty jest skarb? Śledztwo połączy Karola, rudego komputerowca, i Tarantulę - piętnastoletnią fankę gotyku. Sprawą zainteresują się również podejrzana pani ornitolog, posterunkowy Tomek Buraś, żądny przygód wikary i przypominający nietoperza nieoceniony pies Herkules!

 

Książkę polecił nam ośmioletni kolega moich dzieci. Mój dwunastolatek zaśmiewał się do łez, czytając na głos co śmieszniejsze kawałki! Polecam!!! Nawet dla dzieci „opornych" na czytanie, bo na pewno z przyjemnością przeczytają!

z recenzji czytelnika Dynastii Miziołków, merlin.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 31 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność


Jo­an­na Olech

Ta­ran­tu­la, Klops i Her­ku­les

Przy­go­da pierw­sza

Co­py­ri­ght © by Jo­an­na Olech, 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

Opi­sa­ne tu przy­go­dy i oso­by są fik­cją li­te­rac­ką. Owszem, były in­spi­ro­wa­ne au­ten­tycz­ny­mi wy­da­rze­nia­mi, ale da­le­ko im do do­ku­men­tu. A za­tem – ostroż­nie! Nie do­wie­rzaj­cie tej książ­ce za bar­dzo.

Mo­jej sio­strze Ani i ca­łej ro­dzin­no-przy­ja­ciel­skiej ko­ope­ra­ty­wie, któ­ra po­ma­ga­ła mi pi­sać

Legenda – Witkowice

1 Wil­la Świąt­ków, 2 Ma­sar­nia, 3 Dom Dziec­ka, 4 Dom Ku­la­wi­ków, 5 Ga­ra­że, po­jem­ni­ki do se­gre­ga­cji od­pa­dów, 6 Pro­bo­stwo, 7 Ko­ściół, 8 Sta­cja ben­zy­no­wa, 9 Przy­sta­nek PKS, 10 Dom bur­mi­strza Ką­dzie­li, 11 Most, 12 Am­bo­na my­śliw­ska, 13 Je­zior­ko le­śne, 14 Za­kład Ślu­sar­ski Ry­szar­da Rącz­ki, 15 Bie­dron­ka, 16 Dom Te­re­ski Ku­li­ków­ny, 17 Pla­ża miej­ska, 18 Fa­bry­ka gu­zi­ków, 19 Przy­stań, 20 Stad­ni­na Ta­bun, 21 Sta­ry cmen­tarz, 22 Dwo­rzec, 23 Dom Drza­zgów, 24 Szpi­tal, 25 Ka­me­ra mo­ni­to­rin­gu, 26 Park, 27 Mu­zeum, 28 Za­byt­ko­wa stud­nia, 29 Ko­mi­sa­riat po­li­cji, 30 Ra­tusz, 31 Pom­pa, 32 Dom Ma­jew­skich, 33 Bar Pod Sie­kier­ką, 34 Sklep 1001 Dro­bia­zgów, 35 Do­mek wą­sa­cza, 36 Bo­isko, 37 Dom Mać­ko­wia­ków, 38 Za­byt­ko­wy młyn, 39 Wil­la Za­hry­nia­ka, 40 Nowy cmen­tarz, 41 Spi­chlerz, 42 Owczar­nia, 43 Ma­śla­ko­wa gór­ka, 44 Tar­go­wi­ca

Rozdział 1

Ciot­ka Wi­sia, nie­gdyś wit­ko­wic­ka pięk­ność, ze­bra­ła poły ró­żo­we­go swe­ter­ka na wy­dat­nym biu­ście. Wpraw­nym ru­chem po­cią­gnę­ła war­gi per­ło­wą szmin­ką i ko­kie­te­ryj­nie uśmiech­nę­ła się do lu­ster­ka. Po­mi­mo że prze­kro­czy­ła już czter­dziest­kę, nadal gu­sto­wa­ła w pa­ste­lo­wych ko­lo­rach i prze­sad­nym ma­ki­ja­żu, co zło­śli­we są­siad­ki kwi­to­wa­ły ja­do­wi­tym epi­te­tem „dzi­dzia-pier­nik”.

Ciot­ka Wi­sia po­trzą­snę­ła tle­nio­ny­mi lo­ka­mi i kry­tycz­nym wzro­kiem zmie­rzy­ła krzą­ta­ją­ce­go się po kuch­ni sio­strzeń­ca: sła­be to to, chu­chro­wa­te, bla­de jak ma­ślan­ka... Od razu wi­dać, że nie­tu­tej­szy. Bel­cia w tym wie­ku była ru­mia­na i krzep­ka. Cho­lew­ki ka­lo­szy trze­ba było ob­ci­nać, bo łyd­ki jej się nie mie­ści­ły. A ten... Praw­dzi­wy szkie­let. Cud, że nie kle­ko­cze.

Rze­czy­wi­ście – ubra­nie wi­sia­ło na Ka­ro­lu jak na gwoź­dziu, a wy­dat­ne uszy nada­wa­ły mu gro­te­sko­wy wy­gląd.

Cio­cia Wi­sia ubo­le­wa­ła, że Ka­rol nie na­dą­ża za tren­da­mi: schlud­ny dzie­ciak, owszem, ale nie­po­dob­ny do in­nych. Żar się z nie­ba leje, a on ubra­ny jak mi­ni­strant – za­pię­ty pod szy­ję i taki ja­kiś... sta­ry ma­lut­ki, jak to mó­wią. A prze­cież Ola żywa jak iskra, skąd jej się taki cu­dak przy­tra­fił? Po­dob­no z kom­pu­te­rem czę­ściej gada niż z ró­wie­śni­ka­mi.

Tu ciot­ka roz­rzew­ni­ła się na wspo­mnie­nie sio­stry, któ­ra po­wie­rzy­ła Ka­ro­la jej opie­ce. Gdy­by nie za­gra­nicz­ne sty­pen­dium, Ola nie­pręd­ko przy­sła­ła­by je­dy­na­ka do Wit­ko­wic. Za­wsze jej było nie po dro­dze do ro­dzin­ne­go domu. Ale te­raz... nie mia­ła wy­bo­ru.

Ka­rol, prze­pa­sa­ny kwie­ci­stym far­tu­chem ciot­ki, skoń­czył zmy­wać na­czy­nia i sta­ran­nie usta­wiał je w szaf­kach.

– Kub­ki z pie­skiem do kre­den­su? – upew­nił się.

Ciot­ka me­cha­nicz­nie ski­nę­ła gło­wą. Zro­bi­ło się póź­no. Pora do skle­pu.

– Bel­cia­aa! – krzyk­nę­ła w głąb miesz­ka­nia.

Na pro­gu kuch­ni sta­nę­ła ład­na, pu­cu­ło­wa­ta sie­dem­na­sto­lat­ka.

Ka­rol pod­niósł wzrok znad zle­wu i mi­mo­wol­nie za­ga­pił się na in­try­gu­ją­ce krą­gło­ści ku­zyn­ki, ob­le­czo­ne kusą su­kien­ką. Dziew­czy­na mia­ro­wo żuła gumę, co nada­wa­ło jej wy­gląd aro­ganc­ki i ga­po­wa­ty za­ra­zem.

Ciot­ka ener­gicz­nym kop­nię­ciem po­sła­ła do kąta do­mo­we kap­cie. Za­ło­ży­ła pan­to­fle na ob­ca­sie i się­gnę­ła po to­reb­kę.

– Zaj­miesz się Ka­rol­kiem, do­brze? – za­py­ta­ła cór­kę bez prze­ko­na­nia. – Po­sie­dzi­cie so­bie w ogród­ku, po­ga­wę­dzi­cie...

Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, łyp­nę­ła groź­nie na Bel­lę spod usztyw­nio­nej la­kie­rem grzyw­ki. Le­d­wie za­uwa­żal­ny ruch gło­wy cór­ki przy­ję­ła za do­brą mo­ne­tę.

– Dzi­siaj sie­dzę w skle­pie do siód­mej, mamy de­ra­ty­za­cję. Po­mi­do­ro­wa w lo­dów­ce – rzu­ci­ła.

I już jej nie było.

Kie­dy drzwi za ciot­ką za­mknę­ły się, w kuch­ni za­pa­dła krę­pu­ją­ca ci­sza. Obec­ność ku­zyn­ki onie­śmie­la­ła Ka­ro­la. Żeby ukryć za­kło­po­ta­nie, we­tknął gło­wę do szaf­ki ku­chen­nej i za­czął trza­skać ta­le­rza­mi.

Bel­la z roz­ma­chem klap­nę­ła na stoł­ku. Wy­ję­ła z ust gumę i przy­le­pi­ła ją do do­nicz­ki z kak­tu­sem.

– Tyl­ko so­bie nie wy­obra­żaj, mło­dy, że będę tu z tobą ki­blo­wać całe lato – wark­nę­ła z tłu­mio­ną zło­ścią. – Mam, kur­de, lep­sze rze­czy do ro­bo­ty, niż niań­czyć ja­kie­goś emo!

Ka­rol chciał za­pro­te­sto­wać, ale zdo­łał z sie­bie wy­dać je­dy­nie dziw­ny pisk. Tak go to za­wsty­dzi­ło, że po­now­nie za­nur­ko­wał gło­wą do szaf­ki.

– Pro­po­nu­ję ci układ – cią­gnę­ła Bel­la. – Każ­de z nas zaj­mie się sobą. Przed mamą bę­dzie­my zgod­nie ściem­niać, że­śmy grzecz­nie gra­li w pcheł­ki. Ona kupi każ­dy kit. Jest ła­two­wier­na jak dziec­ko... – Skrzy­wi­ła się z po­bła­ża­niem. – Cho­dzisz gdzie chcesz, ro­bisz co chcesz. A na go­dzi­nę przed po­wro­tem mat­ki z pra­cy spo­ty­ka­my się w domu i usta­la­my wspól­ną wer­sję wy­da­rzeń. Ku­masz?

– Yyy... To nie­zgod­ne z mo­imi stan­dar­da­mi etycz­ny­mi, jak mnie­mam – pi­snął ru­dzie­lec.

– Że CO...!? – Bel­la po­pa­trzy­ła na ku­zy­na z nie­do­wie­rza­niem.

– Oba­wiam się, że ja... ja nie je­stem w tym do­bry – wy­krztu­sił Ka­rol, za­czer­wie­nio­ny po ko­rzon­ki wło­sów.

– W czym? W ściem­nia­niu?

– Mhmmm...

Bel­la lek­ce­wa­żą­co wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Dasz radę. Wy­star­czy, że nie bę­dziesz zbyt roz­mow­ny. Aha! I gdzie­kol­wiek się wy­bie­rasz, omi­jaj ry­nek. Żeby cię mat­ka ze skle­pu nie zo­ba­czy­ła.

Szyb­ko na­ba­zgra­ła coś na pa­pie­ro­wej ser­wet­ce.

– Tu masz mój nu­mer ko­mór­ki. W ra­zie kło­po­tów – dzwoń.

Rzu­ci­ła kar­te­lu­szek na stół i znik­nę­ła za drzwia­mi.

Ka­rol wes­tchnął cięż­ko. Nie tak to so­bie wy­obra­żał. Cze­ka­ły go dwa mie­sią­ce sa­mot­nych wa­ka­cji w mia­stecz­ku, gdzie nie ma na­wet kina.

*

Upał na­ra­stał. Pe­lar­go­nie na klom­bie w ryn­ku po­sza­rza­ły pod war­stwą ku­rzu. Na­wet psom nie chcia­ło się ob­szcze­ki­wać prze­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów.

Na Tuli skwar nie ro­bił wra­że­nia. Od rana tkwi­ła w „pie­kar­ni­ku” i przez sil­ną lu­ne­tę lu­stro­wa­ła mia­stecz­ko. Ten i ów prze­cho­dzień po­czuł na twa­rzy kleks świetl­ne­go za­jącz­ka.

Dziew­czy­na wi­dzia­ła są­sia­da, kie­row­cę TIR-a, któ­ry służ­bo­wym pa­li­wem poił swo­je­go fia­ta. Wi­dzia­ła pa­nią Wró­blo­wą, zmie­rza­ją­cą na plot­ki do pro­bo­stwa. I li­sto­no­sza na ro­we­rze z kle­ko­czą­cym błot­ni­kiem. Wi­dzia­ła na­wet kop­czyk kre­ta, ro­sną­cy gwał­tow­nie po­środ­ku wy­pie­lę­gno­wa­ne­go traw­ni­ka den­ty­sty po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy.

„Pie­kar­ni­kiem” Tula na­zy­wa­ła swój okrą­gły po­kój na szczy­cie dzi­wacz­nej wil­li wu­jo­stwa. Wuj Ma­rian Ką­dzie­la, bur­mistrz Wit­ko­wic, za mło­du in­te­re­so­wał się astro­no­mią. Bu­du­jąc dom, po­sta­no­wił zre­ali­zo­wać ma­rze­nie dzie­ciń­stwa i do­kle­ił do nie­go ob­ser­wa­to­rium astro­no­micz­ne – wie­życz­kę opa­sa­ną bal­ko­nem i zwień­czo­ną heł­mem. Po­wsta­ło coś na kształt dom­ku Mu­min­ków.

La­ta­mi Wit­ko­wi­ce bez­li­to­śnie na­bi­ja­ły się ze swo­je­go bur­mi­strza i jego dzie­ła. W koń­cu lu­dzie przy­wy­kli do wi­do­ku dzi­wacz­nej bu­dow­li i kpi­ny usta­ły.

W „pie­kar­ni­ku” pa­no­wał nie­zno­śny upał, ale Tula lu­bi­ła to miej­sce. Wuj Ma­rian już daw­no za­rzu­cił ob­ser­wa­cję gwiazd. Nie­chęt­nie dźwi­gał swo­ją po­kaź­ną nad­wa­gę po stro­mych scho­dach i nie­mal nig­dy tu nie za­glą­dał, to­też bra­ta­ni­ca mia­ła całe pod­da­sze dla sie­bie.

Przez małe, okrą­głe okna wpa­da­ły uko­śnie sno­py świa­tła. Pod­ło­ga usła­na była pa­pie­ra­mi, wo­kół wa­la­ły się spraye i sza­blo­ny. Ścia­nę zdo­bił pla­kat Emi­ly the Stran­ge.

Na pierw­szy rzut oka było ja­sne, że Tula i po­nu­ra Emi­ly to brat­nie du­sze – ta sama nie­wzru­szo­na po­wa­ga, te same czar­ne ciu­chy, smo­li­sta grzyw­ka i oczy ob­wie­dzio­ne czar­ną kred­ką. Ale w prze­ci­wień­stwie do Emi­ly, Tula była wy­so­ka – tuż po dwu­na­stych uro­dzi­nach prze­ro­sła wła­sną mamę, a te­raz – trzy lata póź­niej – mia­ła już pra­wie metr osiem­dzie­siąt. W wor­ko­wa­tych spodniach i wiel­kich, czar­nych mar­ten­sach przy­po­mi­na­ła ko­man­do­sa. W brwiach i w uszach tkwi­ły srebr­ne kol­czy­ki. Zgię­ta w pa­ra­graf, gar­bi­ła swo­je dłu­gie, sil­ne cia­ło nad oku­la­rem lu­ne­ty. Co chwi­la zmie­nia­ła ska­lę przy­bli­że­nia: 80 razy, 100 razy, 200 razy...

Wła­śnie ob­ra­ła za cel ob­ser­wa­cji To­ma­sza Bu­ra­sia – mło­de­go po­li­cjan­ta z wit­ko­wic­kie­go po­ste­run­ku. Przez pre­cy­zyj­ne so­czew­ki moż­na było do­strzec na­wet po­je­dyn­cze wło­ski mi­zer­nych wą­si­ków tego lo­kal­ne­go stró­ża pra­wa, któ­ry pa­tro­lo­wał ulicz­ki wo­kół ryn­ku.

Po­li­cjant raz po raz przy­sta­wał przy pło­tach i wda­wał się w po­ga­węd­ki z są­sia­da­mi, wa­chlu­jąc spo­co­ne ob­li­cze służ­bo­wą czap­ką. Ze szcze­gól­nym upodo­ba­niem wra­cał cią­gle pod dom or­ga­ni­sty, gdzie miesz­ka­ła ład­na i nie­śmia­ła Te­re­ska Ku­li­ków­na. Jej drob­na syl­wet­ka i re­gu­lar­ne rysy mo­gły się po­do­bać...

– ...je­śli ktoś lubi ta­kie wy­pło­wia­łe, prze­zro­czy­ste lale bez wy­ra­zu – do­da­ła­by za­pew­ne Emi­ly The Stran­ge.

Pyk... Tula zmie­ni­ła na­gle kąt lu­ne­ty i w polu wi­dze­nia zna­la­zło się czy­jeś ucho. Duże i ja­skra­wo­ró­żo­we, bo prze­świe­tlo­ne słoń­cem. Do kogo na­le­ży?

Dziew­czy­na wy­ostrzy­ła ob­raz i zo­ba­czy­ła po­sia­da­cza ucha w ca­łej oka­za­ło­ści.

Hmmm...

Tula przy­się­gła­by, że zna wszyst­kich miesz­kań­ców mia­stecz­ka, ale tego chło­pa­ka wi­dzia­ła po raz pierw­szy. Pa­ty­ko­wa­ta syl­wet­ka, twarz nie­tknię­ta opa­le­ni­zną...

No tak, ja­sne.

Przy­jezd­ny.

Dwu­na­sto­let­ni Ka­rol ma­sze­ro­wał w dół ulicz­ki w kie­run­ku mo­stu. Wy­so­ko pod­no­sił ko­ści­ste ko­la­na i za­ma­szy­ście ma­chał dłu­gi­mi rę­ko­ma, przez co wy­glą­dał jak na­krę­ca­ny żoł­nie­rzyk. Pie­go­wa­tą twarz wień­czy­ła strze­cha ru­da­wych wło­sów, któ­re nie da­wa­ły się po­skro­mić grze­bie­niem i ster­cza­ły na wszyst­kie stro­ny. Tula do­strze­gła nie­mod­ne spodnie pod­cią­gnię­te nie­mal pod pa­chy i bia­łą po­pe­li­no­wą ko­szu­lę z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi, za­pię­tą na wszyst­kie gu­zi­ki. Osza­co­wa­ła brą­zo­we, wy­pa­sto­wa­ne pół­bu­ty, któ­rych nie po­wsty­dził­by się wuj Ma­rian, i re­kla­mów­kę z Bie­dron­ki w ręku chłop­ca.

– Ofia­ra losu – mruk­nę­ła Tula i cał­ko­wi­cie stra­ci­ła dla nie­go za­in­te­re­so­wa­nie.

Już po chwi­li wró­ci­ła do ob­ser­wa­cji mło­de­go po­li­cjan­ta za­le­ca­ją­ce­go się przez płot do cór­ki or­ga­ni­sty.

*

Po­ste­run­ko­wy To­masz Bu­raś na­peł­nił służ­bo­wą czap­kę jabł­ka­mi. Wła­śnie za­mie­rzał wy­lew­nie po­dzię­ko­wać za nie Te­re­sce, gdy jego ko­mór­ka roz­dzwo­ni­ła się ha­ła­śli­wie. Nie­zdar­nie wy­łu­skał te­le­fon z kie­sze­ni mun­du­ru i przez chwi­lę słu­chał gniew­nych po­le­ceń sze­fa.

– Tak jest! Za­raz będę – od­po­wie­dział krót­ko i od­ru­cho­wo za­sa­lu­to­wał służ­bi­ście do „pu­stej” gło­wy.

Te­re­ska za­chi­cho­ta­ła ner­wo­wo i czmych­nę­ła do domu. Po­li­cjant z ża­lem od­pro­wa­dził ją wzro­kiem. Wes­tchnął i z czap­ką peł­ną ja­błek w ob­ję­ciach ru­szył w stro­nę ryn­ku.

Wła­ma­nie? Do mu­zeum re­gio­nal­ne­go? Nie do wia­ry. – Krę­cił gło­wą z po­wąt­pie­wa­niem. A cóż to ta­kie­go mo­gło paść łu­pem zło­dziei? Ze­tla­ły ser­dak? Stu­let­nie gra­bie? Ko­ło­wro­tek bab­ci Wró­blo­wej?... Po­ste­run­ko­wy Bu­raś nie miał wy­so­kie­go mnie­ma­nia o tu­tej­szych zbio­rach.

Od mu­zeum dzie­li­ły go za­le­d­wie trzy prze­czni­ce, to­też nie mi­nął kwa­drans, kie­dy już stał przed ob­li­czem sze­fa.

Na wi­dok służ­bo­we­go na­kry­cia gło­wy na­peł­nio­ne­go owo­ca­mi czer­wo­na zwy­kle twarz sier­żan­ta Wy­rwił­ły po­czer­wie­nia­ła jesz­cze bar­dziej.

– Bu­raś! – ryk­nął. – Jaja so­bie ro­bi­cie? Za­bie­raj­cie się stąd z tym ogrod­nic­twem!

Sto­ją­ca obok sprzą­tacz­ka mu­zeum – pan­na Vio­le­ta – aż się żach­nę­ła na ta­kie gru­biań­stwo. Zza gru­bych so­cze­wek oku­la­rów, w któ­rych wy­glą­da­ła jak zdzi­wio­ny le­mur, spoj­rza­ła na sier­żan­ta z wy­rzu­tem.

Po­ste­run­ko­wy Bu­raś zmie­szał się i czym prę­dzej opróż­nił czap­kę do usłuż­nie pod­su­nię­te­go przez Vio­le­tę far­tu­cha.

– Pa­pie­rów­ki... – wy­mam­ro­tał ty­tu­łem uspra­wie­dli­wie­nia – ...w su­per­mar­ke­cie ta­kich się nie kupi.

W od­po­wie­dzi szef wark­nął tyl­ko ostrze­gaw­czo i rzu­cił przez ra­mię:

– Mamy wła­ma­nie.

I do­dał:

– Dziw­ne wła­ma­nie... Ćpun albo świr, bo strat nie wi­dać.

Wy­rwił­ło wład­czym ge­stem wska­zał kie­ru­nek i mło­dy po­li­cjant po­dą­żył za nim, w stro­nę drzwi na ty­łach mu­zeum. Zwy­kle za­ry­glo­wa­ne i za­sło­nię­te ko­ta­rą, te­raz były otwar­te na oścież. Pro­wa­dzi­ły na nie­wiel­kie, wy­bru­ko­wa­ne po­dwór­ko.

Stał tu kon­te­ner na śmie­ci, a obok pla­sti­ko­wa mi­ska z reszt­ką ko­ciej kar­my. Po­dwór­ko z dwóch stron ogra­ni­cza­ły ścia­ny są­sied­nich po­se­sji, a z trze­ciej – wy­so­ki, wy­szczer­bio­ny mur, za któ­rym roz­cią­ga­ły się sady. Za­rdze­wia­ła furt­ka w mu­rze była za­mknię­ta na kłód­kę i nie­tknię­ta.

– Pan­na Vio­le­ta zgło­si­ła wła­ma­nie – oznaj­mił sier­żant. – Przed go­dzi­ną.

Sprzą­tacz­ka przy­tak­nę­ła.

– Tych drzwi poza mną nikt nie uży­wa. Kie­row­nicz­ka fron­tem wcho­dzi i fron­tem wy­cho­dzi. A i ja nie­pręd­ko pew­nie bym od­kry­ła, że tu zło­dziej był, gdy­by nie Rek­sio.

– Rek­sio? – Sier­żant uniósł brwi.

– Aha – przy­tak­nę­ła mło­da ko­bie­ta. – Kot, znaj­da. Do­kar­miam go na po­dwór­ku. Nie wpusz­czam do środ­ka, rzecz ja­sna... Kie­row­nicz­ka nie po­zwa­la. Ale dzi­siaj przy­cho­dzę, pa­trzę... Rek­sio w środ­ku. Sie­dzi i pa­zur­ki so­bie ostrzy o tę ma­sel­ni­cę. – Pan­na Vio­le­ta wska­za­ła za­byt­ko­wy eks­po­nat w ką­cie. – Ja­keś tu wlazł – py­tam – Rek­siu? A on – myk! – i już za ko­ta­rą. Wi­dzę, drzwi uchy­lo­ne, ry­giel wy­ła­ma­ny. Zło­dzie­je, my­ślę so­bie. Wi­dzi­cie pa­no­wie, szko­dy na­ro­bi­li. Tego tu u nas nig­dy nie było, jak żyję. Do ap­te­ki, owszem. Dwa lata temu. Nar­ko­ma­ni czy kto to tam... by­wa­ło... Ale żeby do mu­zeum?!

– I mówi pani, że nic nie zgi­nę­ło?

– Na moje ro­ze­zna­nie, to nie. Wi­dzi pan, ja tu za­byt­ki od­ku­rzam, na pa­mięć znam każ­dy gu­zik od lu­do­wej ka­po­ty. Zresz­tą, co tu kraść? Te sko­ru­py, co to je naj­młod­szy dzie­ciak Mać­ko­wia­ków na kar­to­fli­sku wy­ko­pał? Phi! – Pan­na Vio­le­ta mach­nę­ła ręką lek­ce­wa­żą­co. Za­dzwo­ni­ły bran­so­let­ki na prze­gu­bach. – Kie­row­nicz­ka przy­je­dzie, ją py­taj­cie. Ale i tak na moje wyj­dzie.

– A szop­ka? – za­py­tał Bu­raś.

– Szczę­śli­wie szop­ka nie­tknię­ta. I dzia­ła. Spraw­dzi­łam.

Ru­cho­ma szop­ka była naj­po­pu­lar­niej­szym eks­po­na­tem w mu­zeum. Zjeż­dża­ły do niej wy­ciecz­ki z ca­łej Pol­ski. Nie żeby była szcze­gól­nie cen­na – me­cha­nizm po­cho­dził za­le­d­wie sprzed woj­ny – ale za­wsze to atrak­cja, kie­dy fi­gur­ki szop­ki za po­krę­ce­niem kor­by ob­ra­ca­ją się i krą­żą na wiel­kim sta­lo­wym dys­ku. Pa­stusz­ko­wie pod­no­szą fu­jar­ki do ust, opa­da żu­raw do stud­ni, by­dlę­ta ki­wa­ją gło­wa­mi, a Pan Je­zus w żłob­ku fika nóż­ka­mi. Na do­da­tek po­zy­tyw­ka wy­gry­wa Przy­bie­że­li do Be­tle­jem.

Ru­cho­ma szop­ka była w mu­zeum je­dy­nym eks­po­na­tem, dla któ­re­go Vio­le­ta ży­wi­ła szcze­ry po­dziw, to­też za­raz po wła­ma­niu upew­ni­ła się, czy za­by­tek cza­sa­mi nie do­znał uszczerb­ku.

Sier­żant Wy­rwił­ło, gło­śno tu­piąc, ru­szył scho­da­mi na pię­tro. Sprzą­tacz­ka po­dą­ży­ła za nim, po­dzwa­nia­jąc sztucz­ną bi­żu­te­rią.

Tym­cza­sem mło­dy po­ste­run­ko­wy opadł na ko­la­na i nie­mal wo­dząc no­sem po po­sadz­ce, obej­rzał każ­dy skra­wek par­kie­tu w są­siedz­twie drzwi. Pod­eks­cy­to­wa­ny, czuł się jak bo­ha­ter sen­sa­cyj­nych po­wie­ści, któ­re czy­ty­wał chęt­nie pod­czas nud­nych dy­żu­rów po­li­cyj­nych. Ma­rzy­ła mu się ka­rie­ra kry­mi­no­lo­ga, któ­ry z jed­ne­go wło­sa po­zo­sta­wio­ne­go na miej­scu prze­stęp­stwa po­tra­fi wy­czy­tać cały prze­bieg zbrod­ni.

Od­chy­lił ko­ta­rę i wy­dał z sie­bie ci­che, peł­ne sa­tys­fak­cji sap­nię­cie. Na wy­po­le­ro­wa­nych do po­ły­sku de­skach pod­ło­gi wid­nia­ły pa­pro­chy po­kru­szo­nej ko­ciej kar­my. Naj­wy­raź­niej wła­my­wacz wdep­nął na po­dwór­ku w reszt­ki ko­la­cji Rek­sia i wniósł je do środ­ka. Po­śród roz­sy­pa­nych okru­chów wi­dział za­rys po­de­szwy. Jak­by tego było mało – od­cisk miał cha­rak­te­ry­stycz­ny, nie­ty­po­wy wzór, z wi­ze­run­kiem czte­ro­list­nej ko­ni­czy­ny po­środ­ku.

Po­li­cjant na­szki­co­wał w no­te­sie nie­skom­pli­ko­wa­ny mo­tyw, zro­bił kil­ka­na­ście zdjęć, po czym usiadł na po­dwór­ku mu­zeum i wziął się do spo­rzą­dza­nia no­tat­ki służ­bo­wej.

Z wy­so­ko­ści muru ga­pił się na nie­go kot przy­błę­da – ulu­bie­niec pan­ny Vio­le­ty. Bia­ły, z ru­dym klek­sem na jed­nym oku – umasz­czo­ny do­kład­nie tak, jak Rek­sio z te­le­wi­zyj­nej kre­sków­ki. Bu­raś uśmiech­nął się pod mi­zer­nym wą­sem. Przy­najm­niej za­gad­ka dziw­ne­go ko­cie­go imie­nia wy­ja­śnio­na.

*

Ka­rol scho­dził stro­mą ulicz­ką w kie­run­ku prze­pra­wy na rze­ce. Tyl­ko tędy moż­na było do­trzeć do lasu po dru­giej stro­nie. Wy­szedł zza wę­gła i na­gle zo­ba­czył, że po­rę­cze drew­nia­ne­go mo­stu w dole ob­sie­dli miej­sco­wi chłop­cy.

Uuups!

Chęt­nie by za­wró­cił, ale było za póź­no – do­strze­żo­no go. Roz­mo­wy umil­kły. Pięć krót­ko ostrzy­żo­nych głów zwró­ci­ło się w stro­nę nad­cho­dzą­ce­go war­sza­wia­ka. Przy­glą­da­li mu się w mil­cze­niu.

Naj­wyż­szy z chłop­ców splu­nął pod nogi, ze­sko­czył z po­rę­czy i za­gro­dził dro­gę „mia­sto­we­mu”. Był to opa­lo­ny blon­dyn, atle­tycz­nej bu­do­wy, z per­ka­tym no­sem i prysz­cza­tym ob­li­czem. Na oko pięt­na­sto­let­ni – naj­star­szy z ca­łej piąt­ki.

– A do­kąd to, la­mu­sie? – za­py­tał. Pra­wą ręką krę­cił młyn­ka pę­kiem klu­czy na ta­siem­ce, tak jak­by to była eg­zo­tycz­na broń.

Ka­ro­lo­wi do­brze zna­ne były ta­kie sy­tu­acje. Ogar­nę­ło go na­głe znie­chę­ce­nie.

– Do lasu – od­po­wie­dział i wzru­szył ra­mio­na­mi z uda­wa­ną non­sza­lan­cją.

– A po­zwo­le­nie jest? – nie ustę­po­wał blon­dyn.

– Ja­aasne. Po­zwo­le­nie na wstęp do lasu, ra­zem z li­cen­cją na pusz­cza­nie bą­ków – mruk­nął Ka­rol po­sęp­nie.

Chłop­cy za­re­cho­ta­li:

– Ja pier­dziu... A to gno­jek, wy­szcze­ka­ny. Za­mknij dziób ru­de­mu, Mie­tek!

Miet­ka zi­ry­to­wał żart war­sza­wia­ka. Po­stą­pił na­przód i wy­ko­nał gest, jak­by otwar­tą dło­nią za­mie­rzał ude­rzyć Ka­ro­la w ucho.

W tym mo­men­cie nie wia­do­mo skąd po­ja­wił się mały czar­ny pie­sek. Ni­czym po­cisk wy­pry­snął z krza­ków i z pi­skli­wym ja­zgo­tem rzu­cił się na na­past­ni­ka. Szcze­rzył małe, ostre ząb­ki i groź­nie nimi kła­pał. Za­sko­czo­ny blon­dyn od­sko­czył w tył. Chro­niąc gołe łyd­ki, ko­pał po­wie­trze i co­fał się w kie­run­ku ko­le­gów, uba­wio­nych tą sce­ną.

– Pój­dziesz, cho­le­ro! – wrzesz­czał. – Żeby cię obe­srr­ra­ło, po­kra­ko!

Kum­ple blon­dy­na, roz­ba­wie­ni wi­do­kiem, nie za­mie­rza­li in­ter­we­nio­wać. Je­den z nich, na­zy­wa­ny Sia­rą, z ra­do­ści kle­pał się po udach.

– Ale się kun­del na Miet­ka pod­ja­rał... jak szczer­ba­ty na su­cha­ry.

Ka­rol nie cze­kał na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. Szyb­ko prze­szedł przez most i nie­mal bie­giem ru­szył w kie­run­ku lasu. Nie oglą­dał się, uda­jąc choj­ra­ka, ale ko­la­na aż zmię­kły mu z emo­cji.

Tym­cza­sem dziel­ny pie­sek osła­niał od­wrót chłop­ca, ja­zgo­tli­wie szcze­ka­jąc. Raz i dru­gi kłap­nął krzy­wy­mi ząb­ka­mi tuż obok opa­lo­nej nogi „sze­fa”. Wresz­cie uznał, że po­je­dy­nek jest za­koń­czo­ny, i ga­lo­pem do­go­nił Ka­ro­la.

Da­lej szli już ra­zem, jak para nie­roz­łącz­nych przy­ja­ciół. Pie­sek mer­dał krót­kim ogo­nem. Go­ni­ły ich śmie­chy chłop­ców i gru­be prze­kleń­stwa blon­dy­na.

Kie­dy we­szli mię­dzy drze­wa i most znik­nął Ka­ro­lo­wi z oczu, chło­piec kuc­nął i po­dra­pał psa za usza­mi.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział. – Praw­dzi­wy z cie­bie bo­ha­ter.

Z re­kla­mów­ki wy­jął ka­nap­kę. Swo­je­mu obroń­cy od­dał wę­dli­nę, a sam za­do­wo­lił się chle­bem.

– Pierw­sza run­da za nami. A za­no­si­ło się na no­kaut.

Ru­szy­li da­lej. Na roz­dro­żu Ka­rol pod­cią­gnął rę­kaw bia­łej ko­szu­li i od­sło­nił prze­gub. Tkwił na nim chro­mo­wa­ny ga­dżet wiel­ko­ści ze­gar­ka. Po do­tknię­ciu ekra­nu wy­świe­tli­ła się mi­nia­tu­ro­wa mapa, z za­zna­czo­ną na niej prze­by­tą tra­są w kształ­cie fos­fo­ry­zu­ją­cej wstą­żecz­ki. GPS sy­gna­li­zo­wał, że zbli­ża­ją się do ma­łe­go le­śne­go je­zio­ra. O jego ist­nie­niu Ka­rol usły­szał wczo­raj od ciot­ki Wisi. To tam wła­śnie zmie­rzał.

Pies za­darł łe­pek. Mo­kry nos po­ru­szał się nie­ustan­nie. Jemu żad­ne elek­tro­nicz­ne na­wi­ga­cje nie były po­trzeb­ne. W pro­mie­niu pię­ciu ki­lo­me­trów znał każ­dy krzak i ka­mień.

Do­tar­li do celu. Je­zior­ko ota­czał pier­ścień ja­skra­wo­zie­lo­ne­go mchu. Brzeg był grzą­ski. Spod ko­żu­cha rzę­sy wod­nej tu i ów­dzie prze­świ­ty­wa­ła smo­li­sto­czar­na głę­bia. Nig­dzie ży­we­go du­cha.

Na wpół zruj­no­wa­ny po­most stęk­nął ostrze­gaw­czo pod cię­ża­rem chłop­ca i psa. Le­ża­ła na nim pry­mi­tyw­na węd­ka z lesz­czy­no­we­go kija i za­rdze­wia­ła pusz­ka po ro­ba­kach. Czer­wo­ny spła­wik pod­ska­ki­wał na po­wierzch­ni wody, ale węd­ka­rza nie było wi­dać.

Pies ob­wą­chał po­most i le­żą­ce na nim przed­mio­ty, po czym, z no­sem przy zie­mi, za­nur­ko­wał w za­ro­śla. Ka­rol po­dą­żył za nim, prze­kli­na­jąc w du­chu krza­ki je­żyn, któ­re chwy­ta­ły go za ubra­nie. Owo­ce były jesz­cze zie­lo­ne i cierp­kie – li­piec za­le­d­wie się za­czął.

– Eeej, pies... Nie tak się uma­wia­li­śmy – za­pro­te­sto­wał Ka­rol, ale kun­de­lek parł na­przód i szcze­ka­niem po­na­glał chłop­ca.

Las za­czął rzed­nąć i z cie­nia wy­szli na otwar­tą prze­strzeń. Przed nimi roz­cią­ga­ła się wiel­ka łąka, po­ro­śnię­ta fio­le­to­wy­mi łu­bi­na­mi. Trzesz­cza­ły świersz­cze. Ko­sma­ty trzmiel bu­czał jak he­li­kop­ter, po­la­tu­jąc nad kwia­ta­mi. Odu­rza­ją­cy za­pach na­pły­wał fa­la­mi znad roz­grza­nej słoń­cem łąki.

Ri­ven­dell... kraj el­fów – po­my­ślał Ka­rol.

W tej raj­skiej sce­ne­rii tyl­ko czar­na my­śliw­ska am­bo­na na skra­ju lasu nie pa­so­wa­ła do oto­cze­nia. Drew­nia­na bu­dow­la mia­ła kształt wiej­skie­go wy­chod­ka na wy­so­kich, pa­ję­czych no­gach. Małe okien­ko, nie więk­sze niż kart­ka szkol­ne­go ze­szy­tu, wy­cho­dzi­ło na pole łu­bi­nu. Drzwi od stro­ny lasu, do któ­rych pro­wa­dzi­ła wy­szczer­bio­na wy­so­ka dra­bi­na, były za­mknię­te.

Pies po­truch­tał w stro­nę am­bo­ny. Sta­nął u pod­nó­ża, ob­si­kał pod­po­rę i roz­sz­cze­kał się na do­bre. Uja­dał pi­skli­wym gło­sem, wspi­nał się na tyl­ne łap­ki, przed­nie opie­ra­jąc na drew­nia­nej bel­ce.

Ka­rol chęt­nie wdra­pał­by się na szczyt i przyj­rzał oko­li­cy. Nic z tego – dol­ne szcze­ble dra­bi­ny ktoś wy­rwał „z mię­sem”– w tych miej­scach ster­cza­ły tyl­ko żół­te drza­zgi. Naj­bliż­sze po­przecz­ki za­czy­na­ły się wy­so­ko nad gło­wą Ka­ro­la. Na nic nie zda­ło się pod­ska­ki­wa­nie – trze­ba by dwóch ta­kich chłop­ców, aby się­gnąć do szcze­bla.

Pies nadal ja­zgo­tał. Z tru­dem dał się od­cią­gnąć od am­bo­ny.

Ru­szy­li da­lej. Obe­szli łąkę skra­jem i zna­leź­li wy­dep­ta­ny le­śny dukt po prze­ciw­nej stro­nie fio­le­to­we­go mo­rza łu­bi­nu.

Wcho­dząc po­now­nie w las, Ka­rol obej­rzał się i pod­niósł wzrok na am­bo­nę.

Przez jed­no krót­kie mgnie­nie zo­ba­czył błysk w ma­lut­kim okien­ku na szczy­cie – jak­by w okru­chu lu­ster­ka od­bił się blask sło­necz­ny.

Chło­piec po­czuł się nie­swo­jo i z ulgą wszedł mię­dzy gę­ste świer­ki.

*

W dro­dze do stad­ni­ny Bel­la nad­ło­ży­ła dro­gi, żeby omi­nąć ry­nek i nie na­tknąć się na mat­kę. Szła brze­giem rze­ki i dłu­gą wierz­bo­wą wit­ką okła­da­ła po­krzy­wy na po­bo­czu ścież­ki. Na mo­ment w jej gło­wie za­go­ści­ła nie­przy­jem­na myśl, że może zbyt szorst­ko po­trak­to­wa­ła ku­zy­na, ale ode­pchnę­ła ją czym prę­dzej.

– Cie­mię­ga... Po­kurcz... – mam­ro­ta­ła pod no­sem. – Do­pie­ro był­by paź­dzierz, gdy­bym z ta­kim dzi­wa­kiem po­ja­wi­ła się w stad­ni­nie. Da­mian śmie­chem by mnie za­bił. A Wika i bliź­nia­ki mie­li­by ra­do­chę przez ty­dzień. Nie­do­cze­ka­nie!

Myśl o za­bój­czo przy­stoj­nym Da­mia­nie wy­par­ła z jej gło­wy wszel­kie skru­pu­ły. Już po chwi­li Bel­la za­po­mnia­ła o po­wie­rzo­nym jej opie­ce chłop­cu. Przy­spie­szy­ła kro­ku, rzu­ci­ła w krza­ki wierz­bo­wą wit­kę i bez resz­ty po­chło­nę­ło ją szu­ka­nie rymu do sło­wa „Da­mian”, co oka­za­ło się nie lada wy­zwa­niem.

Mi­nę­ła za­kręt rze­ki i z da­le­ka roz­po­zna­ła pacz­kę Miet­ka Drza­zgi, zna­ne­go w mie­ście jak zły sze­ląg. Sie­dzą­cy na mo­ście chłop­cy wy­ra­zi­li po­dziw dla jej zgrab­nej fi­gu­ry, chrzą­ka­jąc po świń­sku i gwiż­dżąc.

Prysz­cza­ty Mie­tek za ple­ca­mi dziew­czy­ny pstryk­nął ko­mór­ką zdję­cie.

– Patrz, ja­kie bu­fo­ry! Ty­łek na sprę­ży­nach – sko­men­to­wał te­atral­nym szep­tem. Kum­ple za­re­cho­ta­li.

– Drza­zga, ty się do­igrasz – wark­nę­ła Bel­la. – Wszyst­ko bę­dzie u ojca.

Na wzmian­kę o ojcu Mie­tek spo­sęp­niał i na­gle opu­ści­ła go ocho­ta do żar­tów.

Mi­nąw­szy gim­na­zja­li­stów na mo­ście, Bel­la skrę­ci­ła na piasz­czy­stą dro­gę wzdłuż lasu. Pięć mi­nut póź­niej pchnę­ła drew­nia­ną furt­kę z na­pi­sem „Stad­ni­na Ta­bun”.

Do­pie­ro te­raz – nie wie­dząc o tym – dziew­czy­na znik­nę­ła z pola wi­dze­nia Tuli, po­chy­lo­nej nad oku­la­rem wszyst­ko­wi­dzą­cej lu­ne­ty.

*

Stad­ni­na była praw­dzi­wym sa­lo­nem Wit­ko­wic. Przed trze­ma laty do mia­stecz­ka przy­je­cha­ło mło­de wro­cław­skie mał­żeń­stwo, Szur­ma­ko­wie. Ku­pi­li ka­wał nie­użyt­ków pod la­sem. Po­pe­ge­erow­ską świe­tli­cę prze­ro­bi­li na miesz­ka­nie i nie­wiel­ki pen­sjo­nat. Po­sta­wi­li staj­nie, a nie­ba­wem po­ja­wi­ły się ko­nie – sześć kla­czy, dwa ogie­ry i ku­cyk zwa­ny Grosz­kiem. Do brycz­ki Szur­ma­ko­wie za­przę­gli nie­wiel­kie­go, krę­pe­go hu­cuł­ka – Ar­nol­da. A po­tem ogło­si­li, że na­sto­let­ni wit­ko­wi­cza­nie mają bez­płat­ne jaz­dy, o ile od­pra­cu­ją je w staj­niach.

Po­cząt­ko­wo nikt się nie zgło­sił – jaz­da kon­na wy­da­wa­ła się miesz­kań­com mia­stecz­ka fa­na­be­rią. Ale kie­dy do staj­ni za­pi­sał się Da­mian Ber­dy­szuk – w Ta­bu­nie za­ro­iło się od dziew­czyn.

Bel­la była pierw­sza. Szyb­ko na­uczy­ła się czy­ścić i kar­mić ko­nie, a na­wet wi­dła­mi opróż­niać bok­sy z koń­skie­go na­wo­zu. Z upo­rem uczy­ła się stę­pa i kłu­sa, a za je­dy­ną na­gro­dę mia­ła wi­dok swo­je­go uko­cha­ne­go, za­wsze ob­le­ga­ne­go przez inne dziew­czy­ny. Nie­ła­two było zwró­cić na sie­bie uwa­gę Da­mia­na.

Dzi­siaj nie było in­a­czej – chło­pak stał na pro­gu staj­ni, w asy­ście Wiki, dłu­go­no­giej in­struk­tor­ki jaz­dy. Wy­so­ki, bar­czy­sty, sma­gły. Dłu­gie do ra­mion wło­sy miał nie­dba­le ze­bra­ne w ku­cyk na kar­ku. Roz­pię­ta ko­szu­la od­sła­nia­ła opa­lo­ny, cze­ko­la­do­wy tors. Apol­lo wit­ko­wic­ki był do­sko­na­le świa­dom, ja­kie wra­że­nie robi na dziew­czy­nach.

– Bel­ka, na­po­isz Ar­nol­da i ściół­kę wy­mie­nisz Grosz­ko­wi – rzu­ci­ła Wika na po­wi­ta­nie.

– Kur­de... Naj­gor­sza fu­cha jak zwy­kle dla mnie – na­bur­mu­szy­ła się Bel­la.

– Nie mam cza­su na ce­re­gie­le. Za­raz za­czy­na­ją się jaz­dy. I nowi przy­je­cha­li... Sor­ry. – Wika odro­bi­nę spu­ści­ła z tonu.

– Zno­wu go­ście? Nie na­dą­ży­my z ro­bo­tą.

– Spo­ko, damy radę. O, już są... – Wika ru­chem gło­wy wska­za­ła dwóch męż­czyzn w drzwiach pen­sjo­na­tu. – W nocy przy­je­cha­li. Z Wro­cła­wia.

Przy­by­sze wy­szli na dzie­dzi­niec. Za­ję­ci byli ci­chą roz­mo­wą. Obaj pod czter­dziest­kę, ubra­ni z wy­mu­ska­ną ele­gan­cją, któ­ra dziw­nie nie pa­so­wa­ła do sta­now­czych, su­ro­wych ry­sów ich twa­rzy. Dwie gło­wy po­chy­la­ły się nad ekra­nem smart­fo­na w ręku młod­sze­go z męż­czyzn, o czasz­ce gład­kiej jak wiel­ka­noc­na pi­san­ka. Dru­gi dla od­mia­ny miał buj­ną, szpa­ko­wa­tą czu­pry­nę.

Bel­la na­tych­miast na­zwa­ła ich w my­ślach „Ły­sym” i „Szo­pe­nem”.

Da­mian przy­glą­dał się go­ściom z nie­chęt­nym gry­ma­sem.

– Na oko... ka­pe­lu­chy – orzekł.

To po­gar­dli­we mia­no było w stad­ni­nie prze­zna­czo­ne dla kom­plet­nych no­wi­cju­szy, któ­rzy nie po­tra­fią na­wet do­siąść ko­nia. Jesz­cze kil­ka mie­się­cy wcze­śniej ta­kim ka­pe­lu­chem był Da­mian, ale dziś, kie­dy na­uczył się jako tako ga­lo­po­wać, hoj­nie ob­da­rzał in­nych tym epi­te­tem.

– Nic po­dob­ne­go – za­pro­te­sto­wa­ła Wika. – Bliź­nia­ki sio­dła­ją dla nich Strzał­kę i Me­fi­sta.

– Żar­tu­jesz!? Me­fi­sto ich spo­nie­wie­ra – zdzi­wił się Da­mian.

– Wła­śnie, kur­de – za­wtó­ro­wa­ła mu Bel­la.

– Nie są­dzę. By­łam z nimi w staj­ni. Sami wy­bra­li ko­nie. Zna­ją się na rze­czy.

Cała trój­ka umil­kła, bo „Łysy” pod­niósł wzrok znad smart­fo­na i ob­rzu­cił mło­dych lu­dzi krót­kim, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem.

Wika przy­wo­ła­ła na twarz pro­fe­sjo­nal­ny uśmiech i ru­szy­ła w stro­nę go­ści, aby za­ofe­ro­wać po­moc.

Le­d­wie Bel­la zo­sta­ła sam na sam z Da­mia­nem, cała pew­ność sie­bie od­pły­nę­ła jej w pię­ty, a na twarz wy­pły­nął ciem­ny ru­mie­niec. Przez chwi­lę bez­sku­tecz­nie szu­ka­ła w gło­wie te­ma­tu do roz­mo­wy, po czym po­sta­no­wi­ła uciec się do wy­pró­bo­wa­nej sztucz­ki – po­chleb­stwa. To za­wsze dzia­ła.

– Czy to ray-bany? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc nowe oku­la­ry sło­necz­ne na no­sie Da­mia­na. – Kla­sa!

Od razu roz­po­zna­ła w nich pod­rób­ki za dy­chę z ba­zar­ku, ale nie dała tego po so­bie po­znać.

– Eee... nie.. zna­czy... Tak – od­po­wie­dział chło­pak i szyb­ko zmie­nił te­mat: – Może ci po­móc? Ja już skoń­czy­łem dy­żur.

Bel­la w od­po­wie­dzi chęt­nie od­tań­czy­ła­by try­um­fal­ny ta­niec Pa­pu­asów, ale roz­sąd­nie po­prze­sta­ła na:

– Su­uuper, kur­de. Dzię­ki!

Po czym, ko­ły­sząc za­lot­nie bio­dra­mi, ru­szy­ła do staj­ni.

*

Ka­rol był w roz­ter­ce. Zer­kał na psa i marsz­czył brwi pod rudą grzyw­ką.

Całe przed­po­łu­dnie spę­dzi­li ra­zem i zbli­ża­li się do domu ciot­ki, a pies ani my­ślał od­stą­pić swo­je­go no­we­go kum­pla. Truch­tał u jego boku, raz po raz pod­no­sząc li­sią mord­kę i wy­da­jąc krót­kie, za­do­wo­lo­ne szczek­nię­cie.

Przed furt­ką za­trzy­ma­li się. Chło­pak kuc­nął i spoj­rzał w mo­kre, wy­łu­pia­ste oczy.

– Ej, pies... – po­wie­dział. – Pora do domu, nie? Bo... wiesz, ja je­stem nie­tu­tej­szy. Nie mogę cię za­pro­sić do środ­ka.

Kun­del bez­ce­re­mo­nial­nie po­li­zał Ka­ro­la po twa­rzy.

– Ja też cię lu­bię – roz­kle­ił się chło­piec. – Ale mam groź­ną ciot­kę. A ona bar­dzo jest przy­wią­za­na do swo­ich wy­pu­co­wa­nych par­kie­tów.

Pie­sek udał, że nie sły­szy i za­jął się dra­pa­niem tyl­ną nogą za uchem.

– Eeej! Do cie­bie mó­wię... Mu­sisz wra­cać do domu, ro­zu­mie­my się? – kon­ty­nu­ował chło­piec bez prze­ko­na­nia. – Czyj ty je­steś wła­ści­wie? Bez ob­ro­ży... bez nu­mer­ka...

Ale pies ani my­ślał od­cho­dzić. Wstał, trą­cił no­sem furt­kę i obej­rzał się na Ka­ro­la, jak­by po­na­gla­jąc go do wej­ścia.

Chło­pak przez chwi­lę wa­hał się, po czym ska­pi­tu­lo­wał:

– Okej, okej. Mo­że­my za­ry­zy­ko­wać. Tyl­ko pa­mię­taj, że cię ostrze­ga­łem. Ciot­ka jest twar­da jak ze­lów­ka. A Bel­ka nie lep­sza. Na żad­ne mer­da­nie ogo­nem nie da­dzą się na­brać.

*

Zo­ba­czył ją w ko­lej­ce do kasy. Zresz­tą... trud­no by­ło­by prze­ga­pić. Bo­jów­ki, mar­ten­sy, kol­czy­ki w brwiach i T-shirt w tru­pie czasz­ki – rzu­ca­ły się w oczy. Na tle let­nich su­kie­nek ko­biet tło­czą­cych się w skle­pie wy­glą­da­ła jak czar­na mu­cha na śmie­tan­ko­wym tor­cie.

Ka­rol wy­czuł, że dziew­czy­na jest tu zna­na – ga­pio­no się na nią, owszem, ale bez wro­go­ści. Ra­czej z re­spek­tem.

W ko­szy­ku mia­ła twa­róg i kost­kę ma­sła, lecz kie­dy po­de­szła do kasy, eks­pe­dient­ka za­py­ta­ła:

– Ga­zet­ka dla pan­ny Tuli przy­szła. Dać?

– Po­pro­szę.

Ku zdu­mie­niu Ka­ro­la ka­sjer­ka do­rzu­ci­ła do spra­wun­ków dziew­czy­ny nowy nu­mer „IMAG-a” – ty­go­dni­ka dla kom­pu­te­ro­wych ma­nia­ków. To nie była żad­na z tych ga­zet, któ­re zwy­kle wi­dzia­ło się na pół­kach z pra­są w ma­ło­mia­stecz­ko­wych skle­pi­kach. Ka­rol czy­ty­wał „IMAG-a” re­gu­lar­nie, ale po tej pan­kó­wie spo­dzie­wał­by się ra­czej, że pre­nu­me­ru­je „Har­dRoc­ke­ra”.

– I pro­szę po­zdro­wić pana bur­mi­strza – do­rzu­ci­ła eks­pe­dient­ka.

Dziew­czy­na bez sło­wa ski­nę­ła gło­wą.

Ka­rol ga­pił się w jej kark tak in­ten­syw­nie, że ta, jak­by po­czu­ła na so­bie pa­lą­ce spoj­rze­nie, po­trzą­snę­ła czar­ny­mi wło­sa­mi i ką­tem oka zer­k­nę­ła w dół, na ob­ce­go ru­dziel­ca.

Chło­pak szyb­ko za­pła­cił za wo­rek psiej kar­my.

Wy­szli ze skle­pu nie­mal jed­no­cze­śnie. Ona – wy­so­ka i sil­na, on – drob­ny i chu­dy jak po­grze­bacz.

Nie­ocze­ki­wa­nie dziew­czy­na kuc­nę­ła obok psa, cze­ka­ją­ce­go na Ka­ro­la za pro­giem.

– Ça va, Her­cu­le? – po­wie­dzia­ła i po­dra­pa­ła kun­dla za usza­mi. Pies za­mer­dał ogo­nem, ura­do­wa­ny.

Chło­piec od­czuł głę­bo­kie roz­cza­ro­wa­nie. Wła­śnie te­raz, kie­dy od­wa­żył się sta­wić czo­ło ciot­ce, kie­dy po­sta­no­wił za­trzy­mać bez­pań­skie­go przy­błę­dę – oka­zu­je się, że pies jest zna­ny tej ob­cej dziew­czy­nie. Za­pew­ne ma gdzieś dom, mi­skę i po­sła­nie.

Ogar­nął go na­gły gniew na pan­kó­wę. Po­sta­no­wił, że nie odda psa bez wal­ki.

Ze­brał się na od­wa­gę i chrząk­nął:

– Ekhe­em...

Dziew­czy­na pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na nie­go. Parę piw­nych oczu ob­ry­so­wa­ła czar­ną kred­ką, przez co spra­wia­ła eks­cen­trycz­ne i zło­wro­gie wra­że­nie.

– To twój pies? – za­py­tał Ka­rol lek­ko ła­mią­cym się gło­sem.

Wy­pro­sto­wa­ła się i róż­ni­ca wzro­stu sta­ła się bo­le­śnie oczy­wi­sta. Przez chwi­lę nie od­po­wia­da­ła, świ­dru­jąc ru­dziel­ca wzro­kiem. Nie uszła jej uwa­gi duża tor­ba psiej kar­my, któ­rą trzy­mał w ręku.

– Bo co? – za­py­ta­ła nie­zbyt uprzej­mie.

– Szu­kam wła­ści­cie­la – mruk­nął Ka­rol gniew­nie.

Dziew­czy­na uśmiech­nę­ła się nie­znacz­nie.

– On nie ma wła­ści­cie­la. Żywi się tym, co wy­sę­pi u rzeź­ni­ka. To po­wsi­no­ga, ni­ko­mu nie daje się oswo­ić.

Ka­rol po­czuł, jak wiel­ki ka­mień spa­da mu z ser­ca. Zdzi­wił się nie­mal, że nie sły­chać ło­sko­tu.

– Ale... ale ty go na­zwa­łaś... ja­koś tak... w ob­cym ję­zy­ku, jak mnie­mam?

Wy­raz roz­ba­wie­nia prze­mknął przez twarz dziew­czy­ny.

– Her­cu­le, jak Her­ku­les Po­irot – od­po­wie­dzia­ła, a wi­dząc, że rudy nie ro­zu­mie, wy­ja­śni­ła: – Ten de­tek­tyw.

– Aha.

– Nie ja­rzysz? – Wes­tchnę­ła z po­bła­ża­niem. – Pies jest cwa­ny jak nor­ka. Na do­da­tek bar­dzo czu­ły na punk­cie swo­jej god­no­ści. Nie prze­ku­pisz go byle Przy­sma­kiem Lu­bu­skim. No i ma nie­za­wod­ny węch. Cał­kiem jak ten bel­gij­ski de­tek­tyw z kry­mi­na­łów Aga­thy Chri­stie... – Wi­dząc za­kło­po­ta­ną minę ru­dziel­ca, do­da­ła: – To ja go tak na­zwa­łam. Po­czy­taj, chło­pie, zro­zu­miesz.

Po chwi­li mil­cze­nia, jak­by roz­wa­ża­ła coś w my­śli, wy­cią­gnę­ła do nie­go sil­ną dłoń z ob­gry­zio­ny­mi pa­znok­cia­mi.

– Na­ta­lia Ta­ran. A pro­ściej: Tula.

– Ta­ran Tula. Ta­ran­tu­la?

Gdy­by Ka­rol umiał czy­tać w my­ślach, do­wie­dział­by się, że na dziew­czy­nie zro­bi­ła wra­że­nie szyb­kość, z jaką roz­szy­fro­wał re­bus w jej na­zwi­sku. In­nym zaj­mo­wa­ło to wię­cej cza­su.

– Ka­rol Klops – przed­sta­wił się. Jak zwy­kle imię wy­mó­wił gło­śno, a na­zwi­sko ci­cho i nie­wy­raź­nie.

Pie­go­wa­ta dłoń chłop­ca nie­mal za­trzesz­cza­ła w sil­nym uści­sku dziew­czy­ny.

Tula nie sko­men­to­wa­ła ko­micz­ne­go brzmie­nia jego na­zwi­ska, jak to nie­raz by­wa­ło. Bo przed­sta­wia­jąc się, z re­gu­ły mu­siał od­po­wia­dać na nie­tak­tow­ne py­ta­nia, a tego nie cier­piał. Tak, klops pi­sze się przez ka. Może i za­baw­ne... jak dla kogo. Oj­ciec jest cu­dzo­ziem­cem. Nie, nie miesz­ka w Pol­sce... Tak, roz­wiódł się z mamą. Owszem, daw­no temu, nie­ste­ty... Po raz ko­lej­ny ogar­nę­ła go złość na nie­zna­ne­go ojca, któ­ry po­zo­sta­wił mu po so­bie je­dy­nie śmiesz­ne na­zwi­sko i zmył się na za­wsze.

Pre­zen­ta­cja do­bie­gła koń­ca. Tula pod­nio­sła za­ku­py i zbie­ra­ła się do odej­ścia, kie­dy Ka­rol po­sta­no­wił za­dać jej jesz­cze jed­no, de­spe­rac­kie py­ta­nie.

– Po­ży­czy­ła­byś mi „IMAG-a”, jak już prze­czy­tasz?

Dziew­czy­na po­krę­ci­ła gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Masz tu­pet, chło­pie. Ale do­brze... niech ci bę­dzie. Wpad­nij ju­tro koło trze­ciej. Dom Ma­ria­na Ką­dzie­li.

– Któ­ry to?

– Ten naj­śmiesz­niej­szy w mie­ście. Znaj­dziesz, spo­koj­na gło­wa.

Od­wró­ci­ła się i ode­szła, a Ka­rol dłu­go od­pro­wa­dzał ją wzro­kiem, zdu­mio­ny wła­sną od­wa­gą.

– Wi­dzia­łeś? Leci na mnie – szep­nął do psa i uśmiał się z wła­sne­go żar­tu.

*

Po­czą­tek był fa­tal­ny.

Her­ku­les tak do­brze po­czuł się w no­wym domu, że kie­dy Bel­la wró­ci­ła ze stad­ni­ny, nie chciał wpu­ścić jej za próg. War­czał i szcze­rzył zęby, do­pó­ki Ka­rol nie za­mknął go w ła­zien­ce.

Szczę­śli­wie dla nich obu ku­zyn­ka była w wy­jąt­ko­wo do­brym na­stro­ju, do cze­go przy­czy­nił się cały dzień ma­cha­nia wi­dła­mi u boku uko­cha­ne­go. Nie­ocze­ki­wa­nie Da­mian bar­dzo był dzi­siaj dla Bel­li ła­skaw. To spra­wi­ło, że jej wy­obraź­nia za­czę­ła ga­lo­po­wać, pod­su­wa­jąc ob­ra­zy ro­man­tycz­nych ran­dek, za­rę­czy­no­wych pier­ścion­ków i po­ca­łun­ków. W tych oko­licz­no­ściach pies przy­błę­da nie zro­bił na niej wra­że­nia. Rzu­ci­ła kil­ka ką­śli­wych uwag na te­mat jego wąt­pli­wej uro­dy, za­strze­gła: „Byle nie do mo­je­go po­ko­ju!” i gład­ko prze­łknę­ła no­wi­nę.

Co in­ne­go cio­cia Wi­sia.

Nie po­mo­gła piz­za upie­czo­na przez Ka­ro­la ani wy­pu­co­wa­nie kuch­ni na błysk – ciot­ka była nie­prze­jed­na­na.

– Do rana musi znik­nąć – za­wy­ro­ko­wa­ła. – Wiel­kiej krzyw­dy nie bę­dzie miał... Ten pchlarz zna tu każ­dy śmiet­nik i każ­dą ka­łu­żę. Da so­bie radę.

– Ale cio­oociu... Dzi­siaj obro­nił mnie przed dre­sia­rza­mi – pro­te­sto­wał Ka­rol.

Cio­cia Wi­sia zmarsz­czy­ła brwi.

– Ja­ki­mi dre­sia­rza­mi?

– Na mo­ście – mruk­nął sio­strze­niec, na­gle za­kło­po­ta­ny, że skar­ży jak mały dzi­dziuś.

– Jak na mo­ście, to ani chy­bi Mie­tek Drza­zga i ta jego pacz­ka mał­po­lu­dów. Sta­le tam prze­sia­du­ją. – Ciot­ka po­ki­wa­ła gło­wą ze zro­zu­mie­niem i uję­ła się pod boki. – Nooo, niech ja go tyl­ko zo­ba­czę... Usły­szy ode mnie parę cie­płych słów na te­mat drę­cze­nia dzie­ci.

– Cio­ciu, on jest pew­nie nie­wie­le ode mnie star­szy – sła­bo za­pro­te­sto­wał Ka­rol. – Zresz­tą... Her­ku­les dał mu po­pa­lić.

– Mó­wisz? – Ciot­ka z nie­do­wie­rza­niem spoj­rza­ła na pie­ska o mi­zer­nej po­stu­rze. – To wam się uda­ło. Bo wi­dzisz... Jaki oj­ciec, taki syn. Sta­ry Drza­zga swo­imi grze­cha­mi mógł­by ob­dzie­lić cały po­wiat. Wiel­ki był z nie­go ko­zak, ale go wód­ka na ko­niec po­ko­na­ła. Trzę­sie się jak sta­ru­szek, a prze­cież je­ste­śmy... ekhe­emm... w tym sa­mym wie­ku. – Ciot­ka na wspo­mnie­nie daw­nych cza­sów wcią­gnę­ła brzuch i za­lot­nym ru­chem po­pra­wi­ła żół­te jak ja­jecz­ni­ca loki. – Trud­no w to uwie­rzyć, ale kie­dyś cho­dzi­li­śmy ra­zem do jed­nej kla­sy. A po­tem wszyst­ko skno­cił. Eeech! Żona mu umar­ła, dzie­cia­ka zmar­no­wał. Ska­ra­nie bo­skie z tymi Drza­zga­mi.

Ciot­ka wes­tchnę­ła głę­bo­ko i za­mil­kła. Na­gle na jej twa­rzy po­ja­wił się wy­raz na­my­słu.

– Za­raz... za­raz... A gdzie Be­lu­nia była, kie­dy ty się z Miet­kiem chan­dry­czy­łeś?

Ka­ro­la za­mu­ro­wa­ło, ale ku­zyn­ka po­spie­szy­ła na od­siecz.

– Po­szłam po colę – skła­ma­ła gład­ko. – Rap­tem na pięć mi­nut spu­ści­łam smar­ka­cza z oka, a on już po­padł w kło­po­ty.

Uszy Ka­ro­la przy­bra­ły ko­lor bu­ra­ka, więc Bel­la zręcz­nie zmie­ni­ła te­mat:

– A co do psa... Ja bym go zo­sta­wi­ła. To rap­tem dwa mie­sią­ce. A po­tem niech się ciot­ka Ola mar­twi.

Wzmian­ka o mat­ce Ka­ro­la przy­po­mnia­ła cio­ci Wisi dzi­siej­szą roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną z sio­strą.

W na­głym przy­pły­wie uczuć ro­dzin­nych ciot­ka Wi­sia ska­pi­tu­lo­wa­ła. Spoj­rza­ła na psa po­dejrz­li­wie.

– Trud­no... Niech zo­sta­nie.

– Hur­ra! Cio­cia jest anio­łem! – Ka­rol wy­rzu­cił dłu­gie ręce w górę i z ra­do­ści za­krę­cił po­kracz­ne­go młyn­ka. Po­tem po­rwał Her­ku­le­sa w ob­ję­cia i uca­ło­wał trój­kąt­ną mord­kę.

Bel­la skrzy­wi­ła się z nie­sma­kiem.

*

Po ką­pie­li w szam­po­nie Fa­fik pies do­stał prze­ciw­p­chel­ną ob­ro­żę. Nie po­zwo­lił jed­nak za­ło­żyć so­bie smy­czy. Co to, to nie!

Ka­rol roz­trop­nie wo­lał scho­dzić ciot­ce z oczu, aby nie zmie­ni­ła zda­nia co do psa. Her­ku­les do­star­czył mu wia­ry­god­ne­go pre­tek­stu, żeby wie­czo­rem wy­mknąć się z domu.

– Idę z psem – oznaj­mił.

W isto­cie za­miast na traw­nik za do­mem obaj ru­szy­li na ry­nek. Brak in­ter­ne­tu w domu cio­ci Wisi sta­wał się co­raz bar­dziej do­tkli­wy. Naj­wyż­szy czas temu za­ra­dzić.

Przy­cup­nę­li na skwer­ku przed ra­tu­szem. Roz­ło­ży­sty krzak bzu za­sła­niał ich przed wzro­kiem prze­chod­niów. Ro­zej­rzyw­szy się za­wcza­su, Ka­rol z kie­sze­ni spodni wy­jął ta­blet i uru­cho­mił go klik­nię­ciem. Przez chwi­lę wo­dził pal­cem po ekra­nie i pu­kał w do­ty­ko­wą kla­wia­tu­rę. Ak­ty­wo­wał te­le­fo­nicz­ne łą­cze i spraw­dził szyb­kość prze­sy­łu. Cien­ko!

Urzą­dze­nie zgło­si­ło obec­ność wi-fi, co było do prze­wi­dze­nia – je­śli nie w ra­tu­szu, to niby gdzie mia­ła­by się po­ja­wić sieć bez­prze­wo­do­wa? Do­stęp był za­bez­pie­czo­ny ha­słem.

Za­le­d­wie pięć mi­nut za­ję­ło Ka­ro­lo­wi sfor­so­wa­nie blo­ka­dy do­stę­pu. Użył do tego celu spryt­ne­go pro­gra­mu de­szy­fru­ją­ce­go wła­sne­go au­tor­stwa.

Zro­bio­ne! – wy­świe­tlił się krót­ki ko­mu­ni­kat, opa­trzo­ny ry­sun­kiem unie­sio­ne­go w górę kciu­ka.

Chwi­lę póź­niej Ka­rol ode­brał swo­ją pocz­tę ma­ilo­wą i szyb­ko prze­biegł wzro­kiem po­sty. Spraw­dził stan sub­kon­ta i ucie­szył się na wi­dok no­we­go prze­le­wu de­wi­zo­we­go. W wy­szu­ki­war­ce zna­lazł mapę Wit­ko­wic i usta­lił ad­res Ma­ria­na Ką­dzie­li. Od­szu­kał na­wet fo­to­gra­fię wil­li bur­mi­strza. Uśmiech­nął się mi­mo­wol­nie do fry­mu­śnej wie­życz­ki na zdję­ciu i obie­ga­ją­ce­go ją bal­ko­nu.

– He, he... ale gust! Dom jak tor­cik uro­dzi­no­wy Bar­bie. W sam raz dla ta­kiej ostrej pan­kó­wy – Ka­rol pod­su­nął ekra­nik pod nos Her­ku­le­sa. – Ju­tro idzie­my z wi­zy­tą, pa­mię­tasz?

Ściem­nia­ło się. Pora wra­cać do domu. Ka­rol po­spiesz­nie wstu­kał jesz­cze do wy­szu­ki­war­ki ha­sło „Wit­ko­wi­ce”.

Jako pierw­szy wy­świe­tlił się link do bie­żą­ce­go wy­da­nia „Ga­ze­ty”, opa­trzo­ny na­głów­kiem Śmierć pa­se­ra?.

Chło­pak prze­biegł wzro­kiem treść not­ki:

Wczo­raj, w go­dzi­nach wie­czor­nych, na au­to­stra­dzie E26 pod Ham­bur­giem do­szło do groź­nej krak­sy, w któ­rej śmierć po­niósł kie­row­ca sa­mo­cho­du mar­ki Audi na nie­miec­kich nu­me­rach re­je­stra­cyj­nych. Ofia­ra mia­ła przy so­bie do­ku­men­ty na na­zwi­sko Ro­mu­ald Ko­cień. Szyb­ko usta­lo­no, że zmar­ły kie­row­ca to Po­lak po­sia­da­ją­cy po­dwój­ne oby­wa­tel­stwo, za­miesz­ka­ły w Niem­czech od czter­dzie­stu lat. W dniu wy­pad­ku wra­cał do Ham­bur­ga po krót­kiej wi­zy­cie w ro­dzin­nym mia­stecz­ku Wit­ko­wi­ce pod Wro­cła­wiem. Wy­pa­dek nie róż­nił­by się od in­nych, ja­kich wie­le zda­rza się każ­de­go dnia na nie­miec­kich szo­sach, gdy­by nie zdu­mie­wa­ją­ce zna­le­zi­sko, od­kry­te przy zwło­kach. Zmar­ły miał w ba­ga­żu ukry­ty drob­ny frag­ment hi­sto­rycz­ne­go skar­bu, za­gi­nio­ne­go przed nie­speł­na stu laty. Obiekt ten ucho­dził za bez­pow­rot­nie utra­co­ny. Od­na­le­zio­ny przy zwło­kach ele­ment więk­szej ca­ło­ści zo­stał zi­den­ty­fi­ko­wa­ny przez hi­sto­ry­ków sztu­ki po­nad wszel­ką wąt­pli­wość. Wraz z od­zy­ska­niem frag­men­tu po­wró­ci­ły na­dzie­je na to, że ta­jem­ni­cze dzie­ło sztu­ki o ogrom­nej war­to­ści oca­la­ło. Dla do­bra śledz­twa po­li­cja nie ujaw­nia szcze­gó­łów.

Le­d­wie Ka­rol skoń­czył czy­tać, pies szczek­nął ostrze­gaw­czo. Ktoś szedł na ukos przez skwer. Ka­rol w po­śpie­chu za­mknął ta­blet i wyj­rzał zza krza­ka bzu. W za­pa­da­ją­cym zmro­ku roz­po­znał swo­je­go dzi­siej­sze­go prze­śla­dow­cę z mo­stu – Miet­ka Drza­zgę. Chło­pak, choć sil­ny, le­d­wo ła­pał rów­no­wa­gę, pod­trzy­mu­jąc wiel­kie­go, za­ta­cza­ją­ce­go się męż­czy­znę. W mil­cze­niu wlókł go przez skwer, igno­ru­jąc beł­kot i po­ry­ki­wa­nia pi­ja­ka.

Za­nim Her­ku­les roz­sz­cze­kał się na do­bre, Ka­rol za­nur­ko­wał w krza­ki, po­cią­ga­jąc za sobą psa i nie­zau­wa­żo­ny przez „zna­jo­me­go” z mo­stu, ra­kiem wy­co­fał się w kie­run­ku domu.

*

Na wit­ko­wic­kim po­ste­run­ku po­li­cji od rana trwa­ło nie­zwy­kłe po­ru­sze­nie. Nie­ustan­nie dzwo­nił te­le­fon. Na­tar­czy­wi dzien­ni­ka­rze tło­czy­li się za ba­rier­ką dy­żur­ne­go, żą­da­jąc in­for­ma­cji. Po­ste­run­ko­wy Bu­raś po­wta­rzał w kół­ko no com­ment, dum­ny, że taki zgrab­ny an­giel­ski zwrot przy­szedł mu do gło­wy. Jed­nak­że na eki­pach te­le­wi­zyj­nych nie ro­bi­ło to wra­że­nia. Spo­ro cza­su upły­nę­ło, za­nim mło­de­mu po­li­cjan­to­wi uda­ło się spła­wić na­trę­tów.

Tym­cza­sem sier­żant Wy­rwił­ło za­ta­ra­so­wał się w ga­bi­ne­cie i za­wisł na te­le­fo­nie, kon­sul­tu­jąc się bez­u­stan­nie z sze­fa­mi we Wro­cła­wiu. Wy­pad­ki dzi­siej­sze­go dnia go prze­ro­sły. Na co dzień za­ję­ty wle­pia­niem man­da­tów na tar­go­wi­sku i śledz­twem w spra­wie kra­dzie­ży be­go­nii z kwiet­ni­ka przed ra­tu­szem, na­gle za­sko­czo­ny zo­stał za­in­te­re­so­wa­niem me­diów, któ­re­mu nie umiał spro­stać. Jed­na la­ko­nicz­na no­tat­ka w ga­ze­cie ścią­gnę­ła mu na gło­wę tu­zin wścib­skich pi­sma­ków i dru­gie tyle cie­kaw­skich wit­ko­wi­czan, z bur­mi­strzem na cze­le.

– Kim był Ro­mu­ald Ko­cień? Po co przy­je­chał do Wit­ko­wic? Czy miał tu ro­dzi­nę? Gdzie się za­trzy­mał? – py­ta­li je­den przez dru­gie­go, a sier­żant Wy­rwił­ło, nie umie­jąc od­po­wie­dzieć na żad­ne z tych py­tań, co­raz bar­dziej pur­pu­ro­wiał na twa­rzy.

Wia­do­mość z cen­tra­li o ma­ją­cych po­ja­wić się w Wit­ko­wi­cach wro­cław­skich śled­czych w cy­wi­lu ucie­szy­ła go i zmar­twi­ła za­ra­zem. Kry­mi­nal­ni zdej­mą mu z gło­wy pro­blem i przej­mą cię­żar śledz­twa – do­brze. Ale jed­no­cze­śnie wściu­biać będą swo­je mia­sto­we nosy we wszyst­ko i go­to­wi ścią­gnąć na gło­wę Wy­rwił­ły gniew zwierzch­ni­ków – nie­do­brze. I w do­dat­ku te­raz, w środ­ku węd­kar­skie­go se­zo­nu, kie­dy to sier­żant lu­bił urwać się z po­ste­run­ku nad le­śne je­zior­ko i tam, z węd­ką w gar­ści, roz­wa­żać wit­ko­wic­kie dy­le­ma­ty pra­wo­rząd­no­ści.

Wy­rwił­ło po­czuł się do­tknię­ty i tym, że nie po­in­for­mo­wa­no go na­wet o ro­dza­ju zna­le­zio­ne­go frag­men­tu skar­bu. Cze­go ma szu­kać, do dia­ska?

Ura­żo­ny i wście­kły, we­zwał mło­de­go pod­wład­ne­go i wrę­czył mu li­stę za­dań.

Po­ste­run­ko­wy Bu­raś prze­biegł wzro­kiem kart­kę i z tru­dem po­wstrzy­mał się od po­błaż­li­we­go uśmiesz­ku. Sam wpadł na to, że trze­ba prze­cze­sać wszyst­kie miej­skie do­ku­men­ty i usta­lić wit­ko­wic­ki ad­res zmar­łe­go Ko­cie­nia. Wy­dał już w tej spra­wie dys­po­zy­cje. Za­raz też od­mel­do­wał się i po­biegł do ra­tu­sza, gdzie – co za traf! – Te­re­ska Ku­li­ków­na, za­le­d­wie od mie­sią­ca za­trud­nio­na na sta­żu w Urzę­dzie Sta­nu Cy­wil­ne­go, wer­to­wa­ła dla nie­go gmin­ne ar­chi­wum.

*

Od rana trwał nie­zwy­kły na­pływ go­ści.

– Wszyst­kie miej­sca za­ję­te – po­wtó­rzy­ła Ka­mi­la Szur­mak, ład­na ko­bie­ta o uj­mu­ją­cym uśmie­chu, ostrzy­żo­na na je­ży­ka.

Wła­śnie wy­da­ła ostat­nie klu­cze od po­ko­ju, ale w sie­ni pen­sjo­na­tu nadal po­zo­sta­ła trój­ka przy­by­szów z ba­ga­ża­mi: star­sze mał­żeń­stwo (w ty­pie za­awan­so­wa­nych wie­kiem har­ce­rzy) i ma­lut­ka stu­dent­ka z wiel­kim ple­ca­kiem, któ­ry pię­trzył się nad nią jak góra.

– Czy to je­dy­ny ho­tel w Wit­ko­wi­cach? – upew­ni­ła się star­sza pani.

– Nie­ste­ty. – Ka­mi­la bez­rad­nie roz­ło­ży­ła ręce.

– Przy­je­cha­li­śmy na dwa ty­go­dnie. Za­pew­nio­no nas, że z miej­sca­mi w stad­ni­nie nie bę­dzie kło­po­tu.

– I tak było jesz­cze do wczo­raj – przy­tak­nę­ła go­spo­dy­ni. – Ale dzi­siaj mamy klę­skę uro­dza­ju. To przez tę wzmian­kę w pra­sie o skar­bie.

– Ja­kim skar­bie? – za­in­te­re­so­wa­ła się stu­dent­ka.

Ka­mi­la bez sło­wa pod­su­nę­ła go­ściom ga­ze­tę i po­pu­ka­ła pal­cem w not­kę na ostat­niej stro­nie. Trzy gło­wy po­chy­li­ły się nad ar­ty­ku­łem.

– Bred­nie! – skwi­to­wał męż­czy­zna, za­koń­czyw­szy lek­tu­rę. – Zwy­kła kacz­ka dzien­ni­kar­ska.

– Masz ra­cję, Sta­siu – po­par­ła go żona skwa­pli­wie. A po­tem, zwra­ca­jąc się do obu ko­biet, do­da­ła: – Mąż ma nie­zwy­kłą in­tu­icję, rzad­ko się myli w ta­kich spra­wach.

– A ja chęt­nie przy­łą­czy­ła­bym się do po­szu­ki­wa­czy – rzu­ci­ła stu­dent­ka we­so­ło. – Tyl­ko ten noc­leg... Czy na pew­no nic się nie znaj­dzie?

– Hmmm... Mać­ko­wia­ko­wie mają po­ko­je do wy­na­ję­cia – od­po­wie­dzia­ła po na­my­śle Ka­mi­la. – To duży dom, nie­da­le­ko. Je­śli nie u nich, to już chy­ba nig­dzie. Tu­taj lu­dzie nie­uf­ni, nie­chęt­nie przyj­mu­ją ob­cych.

Wbrew