Wydawca ebooka: Nowy Świat Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2009

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 151 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 11 min Lektor: Hanna Kinder-Kiss

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 11 min Lektor: Hanna Kinder-Kiss

Opis ebooka Tapatiki na Ziemi - Marta Tomaszewska

Planeta Ziemia to dla Tapatików same kłopoty! Czy Tapatiki i mieszkańcy Ziemi mogą się zaprzyjaźnić? Czy było dobrym pomysłem robienie żartów ludziom? Jak skończy się wyprawa stereolotem Tapatika, Bimbla i skrzata Zgryzika – bez zgody i wiedzy dorosłych – na drugą półkulę? Jak pokonać groźnego gliptodonta, którego panicznie boją się ludzie?

Opinie o ebooku Tapatiki na Ziemi - Marta Tomaszewska

Fragment ebooka Tapatiki na Ziemi - Marta Tomaszewska

Marta Tomaszewska

TAPATIKI NA ZIEMI

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ I NIEUDANY PODWIECZOREK

Zima była wyjątkowo ciężka w tym roku i nie chciała się skończyć. Miała widać w zapasie całe mnóstwo śniegu i postanowiła, że nie ustąpi, dopóki nie opróżni swego białego worka. A sypać lubiła zwłaszcza nocami, ze szczególnym upodobaniem zasypując domek Tapatików na Jodłowej Polanie, nie opodal Wysokich Gór. Przynajmniej tak twierdził Tapatik.

– Mam dosyć zaczynania dnia od machania łopatą – mówił buntowniczo. – Ona się na nas zawzięła! Nie udało się jej zasypać nas na Szmaragdowej Gwieździe, to teraz się mści. No spójrz, Dziadku. Dom tej Chorej Pani zasypany tylko do połowy!

– Bo jest większy – wtrącił Bimbel, który nigdy nie zaniedbywał okazji, aby pognębić kuzyna.

Za to Dziadek nic nie powiedział.

W miarę jak mijał czas, a zima ciągle trzymała za drzwiami próżno się do nich dobijającą wiosnę, posępniał i z troską patrzył w niebo szkliste od mrozu lub zasnute śniegowymi chmurami. I coraz częściej zostawał na noc w Obserwatorium, gdzie siedząc przy teleskopie wycelowanym w Księżyc, wypatrywał sygnałów od Klifa. To znaczy – zostawał częściej niż powinien. W Obserwatorium wyznaczone były dyżury, a Dziadek, wbrew łagodnym napomnieniom Babci, ciągle kogoś z własnej woli i chęci zastępował.

Tapatik miał na ten temat swoją teorię: Dziadek dlatego tak się wyrywa na te dyżury, że tam sypia Chochla.

– Dziadek ją uwielbia od czasu, gdy powiedziała, że ta jego okropna czerwona chustka w żółte grochy jest najpiękniejsza na świecie – oznajmił pewnego dnia, co bardzo oburzyło jego siostrę bliźniaczkę, Tapati.

– Stale Dziadka o coś posądzasz! – rzekła podrażniona. – A przecież nie miałeś racji z księgą znalezioną na Górze Arunczumalaj.

– To nie takie pewne, że nie miałem – nie dawał za wygraną Tapatik, który zawsze musiał mieć ostatnie słowo.

– Dziadek przypuszcza, co wiesz dobrze, że ta długa zima może oznaczać zbliżanie się Mandiabli, którzy chcą zaatakować Ziemię.

– Jakby się zbliżali, to Klif dałby znać. A on nie daje. A Chochla śpi w Obserwatorium, tak czy nie?

– Śpi – przyznała niechętnie Tapati.

Otóż zdarzyło się pewnego dnia (a było to w jakieś dwa miesiące po przybyciu Tapatików na Ziemię), że Chochla, najbardziej lękliwe i nieśmiałe stworzenie na całym Pogórzu, uciekając przed myszą polną (która uciekała przed Kotem Niepowszednim z Lipowej Doliny i nie zamierzała nikogo gonić), w ostatecznym przerażeniu, zupełnie wyczerpana i półprzytomna, wdrapała się na Sterczący Pagórek i wpadła przez uchylone drzwi do Obserwatorium.

Działo się to pod wieczór, w porze, kiedy Tapatik powinien był rozpocząć swój dyżur. Rozpoczął, owszem. Czyli zdjął futerał z teleskopu. A potem przesunął wskazówki zegara do tyłu i wrócił tam, skąd przyszedł: na Wójtowe Pole, gdzie Piastek i Zgryzik zbierali właśnie zeschłą kartoflaną nać na ognisko, w którym zamierzali piec ziemniaki. A więc w Obserwatorium nikogo nie było w chwili, gdy wpadła tam okropnie przestraszona Chochla.

Ale jej to bynajmniej nie wystarczyło. Rozejrzała się, szukając bezpieczniejszej kryjówki, i w ułamku sekundy zadecydowała, że jest nią pusty futerał od teleskopu. Wsunęła się tam i od razu zrozumiała, że znalazła to, czego szukała przez całe życie: najbezpieczniejszą na świecie nocną kryjówkę, o wiele bezpieczniejszą niż jej mały domek w korzeniach wiekowego buka.

Odtąd każdą noc spędzała w Obserwatorium, a najpewniej czuła się naturalnie podczas dyżurów Dziadka.

Dziadek, idąc na dyżur, zakładał swoją okropną czerwoną chustkę w żółte grochy, co oznaczało, mówiąc nawiasem, poważną zmianę w jego obyczajach: jak pamiętacie, miał zwyczaj przystrajać szyję tą chustką tylko wówczas, gdy był szczególnie z siebie rad. Teraz zaś zakładał ją po prostu za każdym razem, kiedy szedł na dyżur, co rzeczywiście robił ze względu na Chochlę…

– Zauważyłem, że to stworzenie cierpi na bezsenność – usprawiedliwiał się, widząc znaczące spojrzenia rodziny – dlaczego więc miałbym odmówić jej przyjemności popatrzenia na moją chustkę, którą przecież uwielbia?

– Naturalnie, Tiku – przytaknęła Babcia, choć doskonale wiedziała, że nie chodzi o to, iż Chochla uwielbia chustkę, ale o to, że Dziadek uwielbia być podziwiany…

Nieprawdą natomiast było, że brał często zastępstwa ze względu na Chochlę. Bo faktycznie lada moment spodziewał się sygnałów od Klifa i chciał być tym, który je odbierze. Ale Klif nie dawał znaku życia.

Za to zima nagle skapitulowała. A było to tak, jakby nad Jodłową Polaną i nad całym Pogórzem rozerwała się bomba z zielenią, kwiatami, ptakami, ciepłymi wiosennymi wiaterkami i wiosenną radością. I wszystko rosło, śpiewało, kwitło, pachniało, trzepotało, brzęczało, przyprawiając cały świat o zawrót głowy. Nawet robot kuchenny XL nie mógł wysiedzieć w kuchni, a przecież uważał, że nic na świecie nie może być piękniejszego niż kuchenne zapachy!

Tapati zaś coraz częściej spoglądała na ruiny zamczyska na zboczu Wysokich Gór, gdzie – jak wszyscy przypuszczali, chociaż nikt nie miał co do tego pewności – przebywał Gurul z niepodobnym do innych robotem Tymoteuszem Drugim.

Pewnego popołudnia, w porze, gdy mieszkańcy Pogórza schodzili się zwykle do domu Tapatików na podwieczorek, wydarzyła się rzecz zagadkowa, mianowicie: nie przyszedł nikt.

Z początku zresztą nie wydawało się to ani dziwne, ani niepokojące.

– Na pewno się spóźnią, takie dziś błoto – rzekła uspokajająco Babcia.

– Z głupim błotem nie umieją sobie poradzić! – burknął Dziadek, wściekle nabijając fajkę. – Zaraz pewnie powiesz, że powinienem obdarować ich osuszarkami. Trudno, żebym załadował nimi cały stereolot! Wziąłem tylko po jednej dla każdego z nas. Okropnie zacofane to nasze bractwo na Ziemi! Byle błoto ich przeraża!

– Ale oni tu są przyzwyczajeni, Dziadku – wtrącił Bimbel, nie odrywając oczu od lunety wycelowanej w Wysokie Góry. – Na wszystko odpowiadają: jesteśmy przyzwyczajeni.

– Albo: od wieków tak bywało – dodał Tapatik, naśladując namaszczony głos Kociuby, czym wzbudził ogólny śmiech.

Dziadek jednak błyskawicznie otrząsnął się z wesołości; miał ochotę być zły.

– Coś mi mówi, że z tą starą bajarką jeszcze będziemy mieli kłopoty – mruknął, otaczając się kłębami fajkowego dymu.

– Właśnie, Dziadku – podchwyciła Tapati, wtulając twarz w futerko swego ukochanego Złotego Misia. – Ja myślałam, że tylko mnie się wydaje, że ona nas nie lubi.

– Kogo jak kogo, ale ciebie to ona lubi na pewno – odparł Dziadek patrząc na nią z czułością. – Od rana do wieczora słuchałabyś tych jej bajań. Nie mam nic przeciw baśniom. Ale nie należy przyzwyczajać się do błota!

– Już piąty raz podgrzewam czekoladę – jęknął robot kuchenny XL.

I dopiero teraz wszyscy uświadomili sobie coś dziwnego: czas mijał, a nikt nie przychodził, nawet żaden z Polkoni, których ulubionym zajęciem było wszak – jak mówiła stara Kociuba zgryźliwie, bo nie znosiła tych nie kwapiących się do żadnej pożytecznej pracy wesołków i kpiarzy – chodzenie z gębą po kweście, a to już doprawdy mogło zaniepokoić.

Czekali w milczeniu. Przez otwarte okno wchodziło ciepłe wiosenne powietrze. Wysokie Góry, widoczne stąd jak na dłoni, ociekały ostatnimi promieniami słońca, już płowiejącego i przymglonego. Pola w dolinie obejmował cień. Ptaki przemykały między gałęziami drzew – zaaferowane. Barwny motyl zatrzepotał w ukośnej smudze światła wiszącej w oknie jak strzęp firanki. Szczekał pies zaganiający krowy wracające z pastwiska. Było spokojnie i zwyczajnie. Ale Tapati poczuła, że ogarnia ją niewytłumaczalny lęk. Z przerażeniem patrzyła na widok za oknem, tak już przecież znajomy, i nagle poraziło ją to, o czym doskonale wszakże wiedziała: że są daleko od rodzinnej Tapatii.

My przecież jesteśmy na Ziemi. Tu jest Ziemia, a nie Tapatia – pomyślała z przykrym uciskiem w sercu.

– Ja lecę zasięgnąć języka – zawołał Tapatik, zadowolony, że ma pretekst do wyrwania się z domu. – Może to jakaś wojna? Będziemy walczyć, Tapa-ti-ti!

Jego oczy błysnęły bojowym zapałem.

– Ja ci dam wojnę! – warknął groźnie Dziadek, wymachując fajką. – Znowu zaczynasz? Mówiłem ci, żebyś tego słowa przy mnie nie wymawiał. Mówiłem czy nie?

– Mówiłeś, dziadku – przytaknął potulnie Tapatik. – Ja zawsze pamiętam, co ty mówisz. Ale czy to moja wina, że w tutejszej telewizji stale pokazują jakieś wojny? – dodał z przesadnym wyrzutem. – To się przecież czasem samo wymknie.

– Tere-fere! Zabroniłem ci oglądania filmów wojennych! – grzmiał Dziadek.

– Ależ, Dziadku, w każdych wiadomościach… – zaczął Tapatik, lecz widząc, że Dziadek jest naprawdę zły, co oznacza, że może go nie puścić do wsi, jak piskorz wyśliznął się z pokoju i jego obute w sandały nogi zadudniły na ganku.

– Tapatik! Osuszarka! – zawołała wychylając się przez okno Babcia.

Tapatik zawrócił ze zrezygnowaną miną i porwał z wieszaka osuszarkę błota. Ledwo jednak znalazł się za domem, cisnął ją w gałęzie jałowca. Po czym wpełznął pomiędzy nie i wyciągnął gumiaki pożyczone od Zgryzika tudzież wystrugany z drzewa karabin. Założył sięgające mu po pachy gumiaki i podpierając się karabinem jak laską, począł zjeżdżać po grząskim zboczu – szczęśliwy.

Fajnie, że nie ma tego nudnego podwieczorku – myślał z uciechą.

Robot kuchenny XL był innego zdania. Patrzył ponuro na zastawiony przygotowanymi przez niego smakołykami stół.

– Nie przyjść bez uprzedzenia to jeszcze gorzej, niż przyjść bez uprzedzenia! Leniwy naród tu na tej całej Ziemi. Nawet nie chce się im nacisnąć guzika wideofonu! – mruczał. – Leniwy i niegrzeczny – dodał z mocą i przestawiał z hałasem garnki na kuchni, wyrażając w ten sposób bezmiar swojej pogardy.

Drucik przecinający jego czoło niebezpiecznie poczerwieniał, co świadczyło o przegrzaniu mózgu, któremu XL stawiał pytania znacznie przewyższające zasób zarejestrowanych w nim wiadomości. Żeby już rzec wszystko: odkąd stereolot Tapatików wylądował na Ziemi, robot kuchenny XL był stale podenerwowany. Ani rusz nie mógł zrozumieć tego dziwnego świata, w którym się znalazł. Odbył wszak ze swoim państwem wiele podróży w kosmos, ale nigdzie do tej pory nie widział istot, które niezaprzeczalnie należą do międzygwiezdnego bractwa, a nie znają najprostszych urządzeń w rodzaju internetu, wideofonu itd., a co najważniejsze, które otwierają oczy ze zdumienia na widok czegoś tak zwyczajnego jak robot kuchenny.

O mało się nie przepalił z irytacji, kiedy stara Kociuba nie chciała jeść ubitej przez niego śmietany, twierdząc, że to na pewno nie śmietana, ale jakiś smar wydobywający się z tej „maszyny”. Nazwać uczciwego, uniwersalnego robota kuchennego, uważanego przez Tapatików za członka rodziny, maszyną! Niewiele pomogło, że Kociuba za namową Babci spróbowała wówczas nieszczęsnej śmietany i musiała przyznać, że ma zupełnie normalny smak i że ubita jest doskonale. XL czuł, że mieszkańcy Pogórza odnoszą się do niego nieufnie, i ciągle podejrzewał, że chcą go tutaj obrazić lub wyśmiać. To, że dzisiaj nikt nie przyszedł na podwieczorek, też poczytał za osobistą obrazę.

– Nie mają wideofonu, akurat! – pomstował. – A jeżeli nawet nie mają wideofonu, to nikt mi nie wmówi, że nie mają telefonu! Co to, to nie! Może nie umiem ugotować zupy pieczarkowej tak dobrze jak Babcia, ale taki głupi to ja nie jestem, o nie!

Tak mruczał, ciskając się po kuchni, a drucik na jego czole po prostu płonął.

Stanowiło to naturalnie nowy powód do niepokoju dla wrażliwej Tapati. Podbiegła do Babci i przytuliła twarz do jej kolan.

– Babciu, co będzie, jak XL wysiądzie? Nie zabraliśmy części zapasowych, a tu nigdzie nie można kupić.

Dziadek, który usłyszał te cicho wypowiedziane słowa, wziął je za wymówkę, a że sam był mocno poirytowany, natychmiast zaatakował.

– To ty uparłaś się, żeby zabrać XL-a – rzekł, oskarżycielsko celując w Babcię wygasłą fajką. – I nawet nie pomyślałaś, żeby zabrać części zapasowe! Trudno, żebym ja o wszystkim myślał. Miałem całą wyprawę na głowie, tak czy nie?

– Miałeś, Tiku – odparła pojednawczo Babcia. – Powinnam istotnie była przewidzieć, że i roboty kuchenne narażone są na szok związany z tak ogromną zmianą.

Tapati przysięgłaby, że Babcia to „i roboty” powiedziała bez specjalnego nacisku, na tej samej nucie co resztę zdania, Dziadek jednak niespokojnie zakręcił się na krześle i zaczął z uwagą wystukiwać popiół z fajki.

– Daj mu waleriany, Dusieczko – rzekł unikając wzroku Babci. Babcia uśmiechnęła się nieznacznie i odłożywszy robótkę udała się do kuchni.

Tapati poszła za nią, ale… zatrzymała się na progu, czując, że nie należy teraz Babci przeszkadzać. Doskonale jednak słyszała każde wypowiedziane przez nią słowo.

– Co zrobimy jutro na obiad, mój kochany XL-ku? – spytała Babcia najnaturalniejszym na świecie głosem.

Robot kuchenny XL w odpowiedzi tylko brzęknął garnkami. I wzruszył ramionami.

– Wiesz co? – ciągnęła Babcia, jakby wcale tego nie zauważyła. – Mam ochotę jutro trochę poleżeć. Okropnie rozbolały mnie na tę pluchę stawy. Więc ja sobie poleżę, a ty, mój XL-ku, ugotujesz specjalnie dla mnie coś pysznego: kurę w sosie curry. Ach, ślinka mi leci do ust na myśl o tej kurze! Żaden robot kuchenny na całej Tapatii nie potrafi przyrządzać kury w sosie curry tak jak ty, XL-ku – mówiła i wyciągnąwszy z apteczki butelkę z walerianą, odlała trzydzieści kropel do szklanki z przegotowaną wodą.

Babcia to wie, jak mówić do każdego – pomyślała z podziwem Tapati. – Ale po co waleriana? Przecież XL już się uspokoił. Waleriana jednak wcale nie była przeznaczona dla XL-a.

– Zanieś, kruszynko, Dziadkowi – powiedziała Babcia, wręczając Tapati szklankę, do której dla smaku dodała odrobinę soku malinowego. – Mam wrażenie, że się ostatnio trochę za bardzo denerwuje – uzupełniła, mrugając porozumiewawczo.

Ach, ta babcia! – Tapati roześmiała się z ulgą. Jednak wchodząc do pokoju miała całkiem poważną minę, bo była bardzo ciekawa, czy Dziadek wypije walerianę czy nie.

Wypił.

Co prawda udawał, że pije co innego…

– Troszkę skwaśniały te maliny – powiedział krzywiąc się niemiłosiernie. – Albo Babcia dała za dużo wody. Kto to widział do tego stopnia rozwadniać sok!

Ach, ten Dziadek – pomyślała z czułością Tapati. – Ach, jak ja ich kocham oboje!

– Przyniosę ci nektaru ananasowego – zaproponowała, zabierając z rąk Dziadka pustą szklankę.

I właśnie w tym momencie Bimbel, który siedział przy oknie z lunetą wycelowaną w Wysokie Góry, wrzasnął:

– Hej, Tapati, ktoś piecze na rożnie twego Gurula!

Szklanka wypadła Tapati z rąk.

– Bimbel! – krzyknął Dziadek głosem tak straszliwym, że robot kuchenny XL, który właśnie zamierzał schować do kredensu przygotowane na niedoszły podwieczorek filiżanki, stracił równowagę i całym ciężarem runął na zlewozmywak. Suszarka do naczyń tego nie wytrzymała i filiżanki wylądowały w zlewie, w postaci skorup naturalnie.

Co się potem działo – trudno opisać. XL lamentował nad rozbitą porcelaną ze starożytnego serwisu jeszcze z epoki Wielkiej Wojny. Dziadek krzyczał na Bimbla, Babcia usiłowała poskromić Dziadka, Bimbel ryczał, że go mordują. I w końcu to on, Bimbel, przekrzyczał wszystkich.

– Nienawidzicie mnie! – wydzierał się (płacząc). – Chcecie mnie zamordować! Bo tu nie ma mojej Mamy! Bo tu nie ma komu mnie bronić! Ja chcę do Mamy! Ja wracam na Tapatię! Mamo moja, Mamusiu! I co ja takiego zrobiłem? Zażartować nie można? Tapatik stale robi sobie kpiny i nikt mu nic nie mówi! Bo to jest wasz Tapatik. Taka sprawiedliwość. Jeszcze zobaczycie. Jeszcze zobaczycie, co ja zrobię, i będziecie żałować!

– No już cicho, cicho – łagodziła Babcia, przygarniając go do siebie. – Wiesz dobrze, że nikt nie chce ci zrobić krzywdy. Sam wiesz, że bardzo zdenerwowałeś Tapati. Wiesz, jak ona lubi Gurula i jak się o niego niepokoi.

– A ty go, Dusiu, nie rozpieszczaj! – zagrzmiał Dziadek. – Matka się nad nim trzęsła, bo jedynak. A teraz wygrywa to, że jest tu sam. I przecież specjalnie zdenerwował Tapati! Nie widzisz, jaka blada? Doprawdy trzeba nie mieć serca!

– Ja tylko zobaczyłem, że ktoś pali ognisko w ruinach zamku – chlipnął Bimbel. – A wiadomo, że Gurulowie nigdy nic sami nie robią. Więc ten Gurul też. A ten jego robot Tymoteusz Drugi, czy jak mu tam, jest zaprogramowany wyłącznie do czyszczenia butów. Więc zażartowałem, że ktoś piecze Gurula. Co w tym złego?

– Patrzcie go, niewiniątko! – mruknął Dziadek, ale już spokojniej, bo waleriana zaczęła działać.

Bimbel ma rację – pomyślała Tapati, która w czasie tego całego zamieszania trochę przyszła do siebie po doznanym wstrząsie. -Wykluczone, żeby ognisko rozpalił Gurul. Kto może być w tych ruinach?

Wszystkie niepokoje, z którymi walczyła przez całą zimę, ożyły nagle.

– Babciu, ja muszę wyjść – powiedziała zdejmując z wieszaka osuszarkę błota. – Ja muszę znaleźć Piastka. Mogę, Babciu?

– Możesz, dziecinko. Tylko mam do ciebie prośbę.

Tapati zatrzymała się w progu.

– Słucham, Babciu.

– Nie martw się na zapas. Pamiętaj, że nasza wyobraźnia potrafi wszystko powiększyć – i ból, i strach. Nie myśl o rzeczach smutnych, to odbiera siły. Trzeba myśleć, że wszystko będzie dobrze. Słyszysz mnie, kruszynko?

– Tak, Babciu. Niedługo wrócę.

Biegła szybko trzymając przed sobą osuszarkę jak tarczę. Mazista ziemia, od której szedł mocny, świeży zapach, twardniała pod jej stopami. Zmierzch gęstniał. Niebo na zachodzie żarzyło się pomarańczową łuną połyskującą kłębami bladych chmur, na których tle rysowała się wyraźnie czarna, poszarpana linia Wysokich Gór. Tapati unikała patrzenia w tamtą stronę. Owszem, usłyszała słowa Babci. Starała się nie myśleć o wszystkim, co jak jej się zdawało, zagraża Gurulowi. Ale jak nie myśleć na przykład o tym, że on na pewno przez te wszystkie miesiące nic nie jadł? Dziadek, co prawda, przekonywał ją, że Gurulowie mogą miesiącami obywać się bez jedzenia…

– Ci wielcy panowie, którzy nie jedzą, jak im ktoś nie podstawi talerza pod nos, żywią się myślami o własnej wyższości, a mają ich ogromne zapasy! Jeszcze mogliby innych obdzielić, gdyby nie byli tacy nieużyci – mówił, nie wiadomo czy żartem, czy serio.

Tapati wcale nie uznała tego za śmieszne. Może inni Gurulowie są nieużyci, ale „jej” Gurul nie jest taki! Czyż nie uratował jej przed Faboklami na Księżycu? Był inny, zgoda, ale nie był zły. Co prawda zaraz po wylądowaniu stereolotu na Ziemi odszedł wraz ze swym robotem, nie pożegnał się z nikim, nawet z nią, poszedł wyniosły i dumny, ale jej wydawał się przede wszystkim nieopisanie samotny i pamiętała, że kiedy znikł w fioletowych cieniach Wysokich Gór, ogarnął ją taki smutek, jakby te cienie pochłonęły nie tylko Gurula, lecz i cały świat.

Zamierzali więc z Piastkiem pójść go odwiedzić wczesną jesienią, czyli wkrótce po wylądowaniu, ale Babcia odradziła.

– On chce być sam – rzekła poważnie. – Wierzę, że on ciebie lubi. Skoro jednak odszedł właśnie tak, jak odszedł, nie pożegnawszy się nawet z tobą, to znaczy, że chce być sam, a komuś, kto pragnie być sam, nie należy narzucać swego towarzystwa.

Tapati wówczas skapitulowała. Nazbyt była oszołomiona faktem, że są na Ziemi, że naprawdę dolecieli po tej niebezpiecznej i pełnej przygód podróży. A potem przyszła zima i wielkie śniegi, które uniemożliwiały wyprawę w Wysokie Góry.

Teraz jednak nie będzie zwlekać.

– Piastek musi mnie tam zaprowadzić. Pójdziemy jutro – szeptała, schodząc łagodnym, trawiastym stokiem ku Źródełku.

Trawa była w tym miejscu szczególnie grząska i śliska, więc Tapati, pochłonięta manewrowaniem osuszarką – nie zauważyła, że ktoś nadbiega z przeciwnej strony. A ktoś biegł. Też niezbyt przytomny.

Aż się zderzyli. I od razu odskoczyli od siebie.

– O, Tapati!

– O, Piastek!

Tak, to był on. Zziajany, od stóp do głów umorusany błotem i najwyraźniej niespokojny. Jakby miał nieczyste sumienie. Ale jego oczy pod krótko przyciętą płową grzywką śmiały się radośnie.

– Tapati! Jak to dobrze, że ja…

– Słuchaj, Piastek – przerwała Tapati. – Ja chcę iść jutro w Wysokie Góry i zobaczyć, co się dzieje z Gurulem. Już ciepło i śnieg się roztopił. Musimy iść. Musisz mnie zaprowadzić! Obiecałeś.

Piastek pokręcił markotnie płowowłosą głową. Sposępniał.

– Obiecałem ci i pójdziemy – odparł, unikając jej wzroku. – Ale nie teraz. Teraz nie mogę. Mamy strasznie dużo roboty. Wiosenne odtruwanie, rozumiesz.

– Co takiego? – zdziwiła się Tapati.

– No, wiosenne odtruwanie – powtórzył Piastek, niespokojnie zerkając do tyłu. -Okropna z tym robota. Ale jak tylko z tym skończymy, pójdziemy dokąd zechcesz. Na pewno. A teraz – znowu niespokojnie zerknął do tyłu – muszę wracać. Wyrwałem się tylko na chwilę, żeby… bo dziś nie widziałem cię cały dzień i na… na pewno już zauważyli, że mnie nie ma, i…

Urwał, nadstawił ucha. W dole zahukała synogarlica: raz, dwa, trzy…

– O raju! To Zgryzik! Daje mi znać – zawołał Piastek, przerażony. – To lecę. Cześć!

Smyrgnął w dół z takim impetem, że błoto prysnęło spod jego nóg.

Tapati spoglądała za nim, zupełnie zbita z tropu. Co się dzieje? Dlaczego tak się dziwnie zachował?

I nagle przypomniała sobie to, o czym, przejęta Gurulem, absolutnie zapomniała: nikt nie przyszedł na podwieczorek. To oznacza, że istotnie na Pogórzu dzieje się coś niezwykłego.

Pomyślała, że skoro już aż tutaj przyszła, to warto by zejść na dół i zobaczyć co.

Ale w dolinie było już prawie zupełnie ciemno i kto wie, jakie niebezpieczeństwo czaiło się w tej ciemności, przecież… zaludnionej.

– Najlepiej pójdę do domu i zobaczę, czy Tapatik wrócił – zadecydowała.

Zanim jednak odeszła, zrobiła to, co robiła zawsze, będąc w tym miejscu: zanurzyła ręce w czystej, lodowato zimnej wodzie Źródełka, która o tej porze zebrała wszystkie barwy odchodzącego dnia, przetapiając je w bladą emalię.