Taniec wokół słońca. Autobiografia - Vedrana Rudan - ebook
NOWOŚĆ

Taniec wokół słońca. Autobiografia ebook

Vedrana Rudan

4,4

Opis

Kobieta, która na was patrzy, to ja. Ja stara. Ja zmęczona. Ja syta życia i szczęśliwa, że żyję. Na mojej twarzy nie widać szczęścia? Przeczytajcie książkę – w niej przycupnęło szczęście. Nie słyszycie mnie? Szkoda. Śmieję się na cały głos.
Vedrana Rudan

Vedrana Rudan szczerze i bez upiększania pisze o swoim ani trochę beztroskim dzieciństwie, o dzieciach i wnukach, o drodze, którą przeszła od dziewczyny sprzedającej lody nad morzem do najpoczytniejszej autorki w regionie. O tym, dlaczego w socjalizmie nie można było zostać wyrzuconym z pracy i o tym, jak została pierwszą dziennikarką, której się to udało w nowym, demokratycznym, reżimie Chorwacji.
I w końcu – pokazuje, dlaczego najważniejszą i najtrudniejszą rzeczą w życiu jest spojrzenie sobie w oczy bez wstydu.

 

 

Vedrana Rudan nie boi się sarkazmu czy ironii. Kiedy stwarza świat dla swoich bohaterek, jest dla nich sroga, ale i zarazem czuła. A wobec siebie? Jej autobiografia to jazda bez trzymanki. Autorka przyznaje, że jest „prymitywna, nietolerancyjna, pełna uprzedzeń, niewykształcona i dzika”. Nie oszczędza nikogo, również najbliższych oraz samej siebie. W czasie lektury łapałam się za głowę i chichotałam. Oto nieokiełznany żywioł słowa, pisarka-ogień.

Sylwia Chutnik 

 

Vedrana Rudan [ur. w Opatii w 1949 roku]

Chorwacka pisarka, dziennikarka, felietonistka. Pracowała w radiu i telewizji. Jedna z najwyrazistszych postaci współczesnych Bałkanów, doceniana za bezkompromisowość, odwagę i szczerość. Pisaniem książek zajęła się w wieku 52 lat, ponieważ – podobnie jak Bukowski – uważa, że nie można pisać o życiu, jeśli się go nie przeżyło. Od tego czasu wydała dziesięć powieści, które zostały przetłumaczone na kilkanaście języków. W Polsce nakładem wydawnictwa Drzewo Babel ukazały się: Ucho, gardło, nóż, Miłość od ostatniego wejrzenia, Murzyni we Florencji i Oby cię matka urodziła. Wiele z jej książek zostało przeniesionych na scenę. Na podstawie powieści Ucho, gardło, nóż Krystyna Janda stworzyła monodram, który grała w swoim teatrze przez kilkanaście lat. Murzynów we Florencji wystawiono na deskach krakowskiego Teatru Nowego Proxima, a Miłość od ostatniego wejrzenia w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. W Chorwacji Rudan prowadzi bardzo popularny blog Jak umrzeć bez stresu, który ma ponad 160 tysięcy fanów i ponad milion wyświetleń.  Jej opowiadania były publikowane w najbardziej prestiżowych amerykańskich zbiorach opowiadań oraz czasopismach literackich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




tytuł ory­gi­nałuPles oko Sunca

kon­cep­cja gra­ficznaKata­rzyna Marzec

zdję­cia autorkiKamil Szko­pik

redak­cja i korektaBogna Pio­trow­ska

© Vedrana Rudan 2019 © 2021 for the Polish edi­tion by Drzewo Babel All rights rese­rved

Drzewo Babel ul. Litew­ska 10/12 00-581 War­[email protected]­wo­ba­bel.plwww.drze­wo­ba­bel.pl

ISBN 978-83-64488-62-7

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Dla Sla­vena i Asji

Dzię­kuję Katji B., że będzie tań­czyć ze mną

– Bab­ciu – powie­działa moja wnuczka – pro­szę, dożyj naszych okrą­głych uro­dzin.

Moja wnuczka w poło­wie paź­dzier­nika tego roku skoń­czy dzie­sięć lat, córka pod koniec maja – czter­dzie­ści, a ja w końcu paź­dzier­nika – sie­dem­dzie­siąt.

– Naj­niż­sze pię­tro tortu będzie naj­więk­sze, to twój kawa­łek, wyżej będzie część mamy, a ostat­nie pię­tro, naj­mniej­sze – moje. Nie mam ochoty na tort, nie mogę jeść sło­dy­czy, ja bym chciała, żeby­śmy my, trzy dziew­czyny, poje­chały do Lon­dynu, zanim zato­nie, czy­ta­łaś o tych zmia­nach kli­ma­tycz­nych? Będziemy świę­to­wać uro­dziny przed uro­dzi­nami.

Wnuczka ma mnó­stwo pla­nów. Córka wyobraża sobie uro­dziny jako imprezy z hor­dami swo­ich przy­ja­ciół, od dziecka ota­czały ją hordy ludzi. Ja, ja – jubi­latka, ja „okrą­gła”, jestem prze­ra­żona. Sie­dem­dzie­siąt? Ja mam sie­dem­dzie­siąt? Ja?!

1. Dzie­ciń­stwo i wokół niego

1

Dzie­ciń­stwo i wokół niego

Uro­dzi­łam się w miej­sco­wo­ści Volo­sko – to minia­tu­rowa wio­ska tury­styczna pod Opa­tiją. Dziś nie ma tam poro­dówki, w Opa­tii nie było jej ni­gdy, ale ja zawsze mówię, że uro­dzi­łam się w Opa­tii, bo wku­rza mnie, kiedy ludzie pytają: „Volo­vsko? Gdzie jest Volo­vsko?”. Muszę wtedy tłu­ma­czyć, że woły nie mają nic wspól­nego z miej­scem, które nazywa się Vo-lo-sko.

W zeszłym roku mąż i ja posta­no­wi­li­śmy sprze­dać dom, w któ­rym miesz­kamy i prze­nieść się do mojej rodzin­nej miej­sco­wo­ści, która wciąż jesz­cze wygląda tak, jak wyglą­dała sto lat temu. Mała przy­stań, minia­tu­rowa plaża, stare kamienne domy, miej­scowi łowią ryby i piją kawę w por­cie, wcze­sną jesie­nią można zoba­czyć w siwym morzu leniwe w cegule z mojej mło­do­ści. Nie, nie znam ani lite­rac­kiej, ani łaciń­skiej nazwy tej ryby. Ileż to let­nich dni spę­dzi­łam na nabrzeżu w Dra­dze, wpa­tru­jąc się w cegule i drżąc nad przy­nętą. Ryba połknie czy tylko zdej­mie z haczyka? Cza­sem mia­łam szczę­ście, jeśli to było szczę­ście. Łowi­łam ryby, które mar­twe nie słu­żyły do niczego. Nie jedli­śmy ich. Ryby pły­wały w pobliżu rury, przez którą przepły­wały nasze gówna, my, dzieci, łowi­li­śmy dla samego łowie­nia, to było wyzwa­nie – wygrać z sza­rym zwin­nym stwo­rze­niem, któ­rego mięk­kie wargi ostroż­nie pod­bie­rały z wędki kulki chleba. Co za uczu­cie, gdy jed­nak mogłam zdjąć biedną rybę z haczyka i rzu­cić na roz­grzane nabrzeże. I od początku. I tak godzi­nami. Draga już nie jest tym, czym była. Stare, prze­piękne wille kupili współ­cze­śni chor­waccy kry­mi­na­li­ści, plaże wydzier­ża­wili dziwni ludzie i zasta­wili je leża­kami, na „mojej” plaży, tam, pod pomni­kiem boha­te­rów dru­giej wojny świa­to­wej, poja­wił się „beach bar”. Strasz­liwa muzyka ryczy od rana do nocy. Jedyne, co zostało ze sta­rej Dragi, to Bar, w któ­rym, kiedy byłam dziec­kiem, pili i grali w karty tylko męż­czyźni. Zostało też tro­chę ludzi, któ­rzy kie­dyś, dawno temu byli podejrz­liwi wobec każ­dego obcego, poza tury­stami, z któ­rych żyli. Dziś przy­zwy­cza­ili się do obcych, któ­rzy wyku­pili Dragę. Cie­szę się, że sprze­da­łam „dom”, który tam mia­łam.

Zde­cy­do­wa­li­śmy z mężem – Volo­sko to jedyne miej­sce, gdzie jest sens żyć na eme­ry­tu­rze, bli­sko do Rijeki i szpi­tali, bli­sko do morza, tłumy latem nie mogą być nie do wytrzy­ma­nia, bo bra­kuje atrak­cji, które przy­cią­ga­łyby tabuny pija­nych impre­zo­wi­czów. Poszli­śmy z wnuczką na pizzę i pochwa­li­li­śmy się:

– Bab­cia z dziad­kiem kupią tu miesz­ka­nie. Poka­żemy ci je. Lubisz Volo­sko, latem do nas przy­je­dziesz, będziesz mogła cho­dzić sama na plażę, tuż obok jest twoja ulu­biona piz­ze­ria.

Dziecko patrzyło na nas z prze­ra­że­niem:

– Widzi­cie, ile jest scho­dów do tego miesz­ka­nia? Jak doj­dzie­cie do niego? Bab­ciu, jesteś stara, bolą cię nogi, będziesz musiała cały czas sie­dzieć w domu albo dzia­dek będzie cię nosił na kawę.

Moja wnuczka tarzała się ze śmie­chu, a ja – który to już raz – poże­gna­łam się z jesz­cze jed­nym marze­niem.

Do moich pią­tych uro­dzin miesz­ka­li­śmy w ogrom­nym miesz­ka­niu w Opa­tii. Moja matka i moja babka, jej matka, były w par­ty­zantce, mój ojciec też. Par­ty­zanci to wiel­kie miesz­ka­nie ode­brali kobie­cie, miesz­ka­ją­cej w tym samym domu na stry­chu. Mia­łam cztery lata, gdy ta pani zer­kała ukrad­kiem przez małe okrą­głe okienko, obser­wu­jąc moją przy­ja­ciółkę, psa i mnie, bawią­cych się w jej ogro­dzie. Jak przez mgłę przy­po­mi­nam sobie sześć­dzie­siąte uro­dziny babci. Była duża uro­czy­stość. Przy­je­chali do nas jej syn z żoną i mój stry­jeczny brat – miesz­kali w Mošćeničkiej Dra­dze. Świę­to­wa­li­śmy w ogro­dzie, a ta kobieta patrzyła na nas. Mama była dyrek­torką przed­szkola, ojciec robot­ni­kiem por­to­wym. Miał odci­ski na ramio­nach, ogromne jak kurze jaja. Mama czymś mu je sma­ro­wała. Kiedy uro­dziła się moja sio­stra, bab­cia zde­cy­do­wała: mama musi rzu­cić pracę i cał­ko­wi­cie poświę­cić się dzie­ciom, mężowi i jej samej – nie­zu­peł­nie w tej kolej­no­ści. Zgo­dziła się. Bała się matki. I słusz­nie. Bab­cia była panią jej życia. Wypi­sała ją ze szkoły po pią­tej kla­sie, choć świet­nie się uczyła. Nauczy­cielka, Włoszka, zakli­nała bab­cię, żeby tego nie robiła. Bab­cia swo­jego syna, mier­nego ucznia, posłała na naukę do Włoch, a z mojej matki zro­biła wła­sną słu­żącą. Syn został dyrek­to­rem szkoły w Dra­dze. Babci bar­dzo bra­ko­wało pupilka. Dla­tego matka wystą­piła do władz pań­stwo­wych z prośbą, żeby babci jako „ofie­rze faszy­stow­skiego ter­roru” – Niemcy spa­lili jej dom – przy­znały pusty dom w Mošćeničkiej Dra­dze. Wła­ści­cielka Włoszka została spła­cona. Kiedy wypro­wa­dzi­li­śmy się z miesz­ka­nia w Opa­tii, nie zwró­cono go wła­ści­cielce. Zamiesz­kali tam jacyś inni „par­ty­zanci”. Po każ­dej woj­nie łup należy się zwy­cięzcy. Bab­cia dostała dom. Tak wła­śnie pew­nego dnia – mia­łam wtedy jakieś pięć lat – cały swój doby­tek zała­do­wa­li­śmy na cię­ża­rówkę i ruszy­li­śmy w stronę Dragi. Kie­rowca miał na imię Amuš. „Dom”, do któ­rego weszli­śmy, oka­zał się wstrętną norą, z któ­rej chcia­łam od razu uciec i wró­cić do naszego dużego, jasnego miesz­ka­nia z ogrom­nym ogro­dem. W sute­re­nie, poni­żej poziomu ulicy była „kuch­nia”, przez małe okno widzie­li­śmy ludz­kie nogi, które nio­sły wła­ści­cieli z gór­nej ulicy do cen­trum, na Plac. Gdy jedni scho­dzili, inni się wspi­nali – nogi, nogi, nogi. Na lewo od wej­ścia znaj­do­wał się mały pokój z dużym oknem, przez które, jeśli się czło­wiek wychy­lił, widać było morze, odda­lone od „domu” o dwa­dzie­ścia metrów. Wąskie drew­niane schody pro­wa­dziły na pię­tro. Tam była toa­leta i dwa przej­ściowe pokoje. W mniej­szym spa­łam ja z sio­strą, w więk­szym rodzice. Od okien sąsied­niego domu dzie­liły nas trzy metry, bal­konu nie mie­li­śmy. Wszyst­kie kamie­nice w wąskiej uliczce – mówi­li­śmy o niej „wąwóz” – wspie­rały się jeden na dru­gim. Trzy­dzie­ści kamien­nych scho­dów pro­wa­dziło do tarasu, który był niczyj. Mój ojciec posta­wił na nim ławkę. Star­sze kobiety sia­dały na ławce i patrzyły na głowy prze­chod­niów. Ja sado­wi­łam się zawsze na murku, na skraju dru­gich scho­dów, daleko od gada­tli­wych kobiet. Cie­szy­łam się wido­kiem kutrów w por­cie, morza, kamien­nego stołu, na któ­rym do połu­dnia leżały mar­twe ryby. Po połu­dniu ich miej­sce zaj­mo­wały owoce i warzywa w drew­nia­nych skrzyn­kach. Sprze­da­wał je jedyny pry­watny przed­się­biorca, jakiego do wtedy widzia­łam. Pokrzy­ki­wał na tury­stów, żądał, żeby usta­wiali się w kolejce, zabra­niał doty­kać owo­ców. Dziś na targu ze stra­chem patrzę na sprze­daw­ców i nie doty­kam owo­ców, nawet gdy zachę­cają, żebym „poma­cała”.

Tury­ści kupo­wali owoce na sztuki. Gdy zapa­dał zmrok i Pjero ukła­dał gni­jące owoce w stos, scho­dzi­łam dzie­sięć stopni w dół i dosta­wa­łam kilka brzo­skwiń za gro­sze. Kiedy byłam mała, bab­cia odci­nała noży­kiem zepsuty kawa­łek brzo­skwini, kiedy pod­ro­słam, robi­łam to sama. Ni­gdy nie zapo­mnę smaku tych brzo­skwiń. Orzeź­wia­jący, słodki, cie­pły, wil­gotny. W oko­licz­nych ogro­dach rosły tylko cze­re­śnie i nie­szpułki, kra­dli­śmy je i dosta­wa­li­śmy za to w skórę. W ogro­dach Dragi nie było brzo­skwiń. Brzo­skwi­nie się kupo­wało, były towa­rem luk­su­so­wym. Ojciec nie­zbyt długo jeź­dził do pracy z Dragi do Rijeki. Został ogrod­ni­kiem. Uwiel­biał swoją pracę, któ­rej ni­gdy nie trak­to­wał jako pracy. Rośliny były jego życiem. Wszystko, co dziś w Dra­dze rośnie i kwit­nie, posa­dził on. Cokol­wiek posa­dził, to coś zawsze zakwi­tało. Moja matka do śmierci nie­na­wi­dziła kwia­tów, może dla­tego, że nie­na­wi­dziła mojego ojca, o ile go nie­na­wi­dziła. Ja uwiel­biam kwiaty, a nie­na­wi­dziłam ojca, o ile go nie­na­wi­dziłam. Pew­nego dnia, latem, sie­dzia­łam na swoim murku. Po scho­dach wspięła się do mnie chuda dziew­czynka o brą­zo­wych, gęstych, kędzie­rza­wych wło­sach. Spoj­rzała na mnie błę­kit­nymi oczami i powie­działa swoje imię. Spo­tka­łam kogoś, o kim myśla­łam, że jest moją pierw­szą przy­ja­ciółką. Dziś wiem, że ni­gdy nie mia­łam przy­ja­ciółki, ani naj­lep­szej, ani byłej naj­lep­szej, po pro­stu lubi­łam i lubię być sama. Mam nadzieję, że tego moja jedyna i moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka nie prze­czyta. Mie­siąc temu z dziew­czynką z pięć­dzie­sią­tego któ­re­goś piłam kawę po pogrze­bie mojej cioci. Patrzy­łam w te błę­kitne, przej­rzy­ste oczy, które nie stra­ciły nic ze swo­jej urody, słu­cha­łam gło­śnego śmie­chu, który był tak samo dźwięczny i pyta­łam sama sie­bie: czy to moż­liwe, że życie jest za nią i za mną? Już?

W pierw­szej kla­sie nie czu­łam się zbyt szczę­śliwa. Mój wujek był dyrek­to­rem szkoły, ciotka nauczy­cielką, ale nie mia­łam żad­nych przy­wi­le­jów. Dzieci były i pozo­stały okrutne. Począt­ku­jący drę­czy­ciele, któ­rzy z cza­sem roz­winą się w praw­dziwe gady i gadziny. Mia­łam pro­blemy ze śli­nian­kami, cały czas się śli­ni­łam, nazy­wali mnie „zaśli­nio­nym pio­nie­rem”. Wciąż się biłam – i z chłop­cami, i z dziew­czyn­kami, żadne zwy­cię­stwo nie mogło osu­szyć moich łez. W następ­nym roku, zanim poszłam do dru­giej klasy, zawieźli mnie do szpi­tala, ślina prze­stała ciec. Wtedy dzieci odkryły, jaki mam nos. Kar­to­flany, taki nos, jaki ma każdy kra­snal z waszego ogrodu. Kiedy prze­stałam się śli­nić, nazy­wali mnie Kra­sna­lem, a byłam pra­wie naj­wyż­sza w kla­sie. W tam­tym cza­sie prze­mocą rówie­śni­czą nikt się nie przej­mo­wał. Moda na psy­cho­lo­gów i peda­go­gów, któ­rzy w żad­nej szkole ni­gdy niczego nie roz­wią­zali, nastała dopiero póź­niej. Za mojego dzie­ciń­stwa pro­blemy roz­wią­zy­wało się pię­ściami. Byłam Kra­sna­lem dopóki nie odkryto, że mnie to już nie boli. Zosta­łam Wąsaczką, ponie­waż mojego ojca nazy­wano Wąsa­czem – jako jedyny w mia­steczku miał wąsy. Osta­tecz­nie szlag mnie tra­fił, kiedy byłam w ósmej kla­sie. W międzycza­sie tak znie­na­wi­dzi­łam ojca, że każda uwaga o jakim­kol­wiek z nim związku raniła mnie do żywego. Któ­re­goś dnia w cza­sie prze­rwy – praw­do­po­dob­nie padał deszcz, bo nie wyszli­śmy na boisko – Glo­bus, chło­pak z wielką głową, zawo­łał: Wąsaczka! Zła­pa­łam go za ramiona, pod­nio­słam, choć był wyż­szy i sil­niej­szy ode mnie, i nadzia­łam jego głowę, nie wiem jak, na por­ce­la­nowy wie­szak. Zawisł, dzieci się darły, do klasy wszedł mój wujek, zdjął go z wie­szaka, krew była wszę­dzie, wezwał pogo­to­wie. Glo­bus prze­żył, dosta­łam naganę i prze­stałam być Wąsaczką. Odro­bi­łam lek­cję. Ludzie rozu­mieją tylko prze­moc. Prze­mocą można dojść do wol­no­ści.

Życie w naszym „domu” było ist­nym pie­kłem. Matka od czasu do czasu znaj­do­wała jakieś zaję­cie. Pra­co­wała w hote­lo­wym barze, potem w kan­to­rze, posadę tra­ciła z powodu picia albo sama rezy­gno­wała. Wolała w cudzej piw­nicy prać obrusy i ser­wetki dla gospody odda­lo­nej o kilka metrów od naszego domu niż „pra­co­wać”. Godzi­nami wycią­gała z piany nasze prze­ście­ra­dła i obce obrusy, a potem na tarze wyci­skała z nich brud. Ręce miała znisz­czone aż do łokci. Bab­cia nale­gała, żebym nauczyła się tech­niki pra­nia bie­li­zny. Upar­cie odma­wia­łam, mówiąc babci, że ja, kiedy doro­snę, będę mieć słu­żącą.

– Słu­żą­cej ktoś musi roz­ka­zy­wać, jeśli sama nie będziesz umiała cze­goś zro­bić, nie skon­tro­lu­jesz pracy słu­żą­cej.

Bab­cia była słu­żącą od pią­tego roku życia aż do ślubu – wie­działa, o czym mówi. Żyli­śmy bied­nie. Ojciec nocą wypły­wał z ryba­kami w morze, w ciągu dnia był ogrod­ni­kiem, a po połu­dniu spał. W okre­sie ochron­nym, gdy nie można było łowić, rąbał drwa sąsia­dom albo prze­ko­py­wał ich ogródki. Miesz­ka­li­śmy w jed­nej z naj­bo­gat­szych gmin Jugo­sła­wii, a my z sio­strą nie mia­ły­śmy butów. Nosi­ły­śmy cho­daki z gumo­wym wierz­chem, które w swo­jej norze w cen­trum Dragi robił sto­larz Berto. Pamię­tam zdję­cia nagich kobiet, wiszące u niego na ścia­nach. Jego żona było drob­nym, poboż­nym stwo­rze­niem, które przy­no­siło mu her­batę. Bab­cia swój spa­lony dom i kto wie, ile tysięcy metrów kwa­dra­to­wych ziemi poda­ro­wała pań­stwu, żeby mieć prawo do opieki zdro­wot­nej, a moi rodzice – doda­tek na dzieci. A jed­nak nie pamię­tam, żeby­śmy były nie­szczę­śliwe, sio­stra i ja. W szkole sie­dzia­ły­śmy do połu­dnia. Na dru­gie śnia­da­nie dosta­wa­li­śmy pajdę chleba z żół­tym ame­ry­kań­skim serem albo z gru­bym pla­strem twar­dej mar­mo­lady. Nie lubi­łam jeść. Czę­sto dawali nam też ryż na mleku. Kiedy byłam mała, ryż i mleko pod­cho­dziły mi do gar­dła, dła­wi­łam się. Cio­cia, która w szkole roz­da­wała śnia­da­nie, wie­działa, że nie mogę jeść ryżu i dawała mi zamiast niego mar­mo­ladę, a cza­sem nawet chleb posma­ro­wany sło­nym ame­ry­kań­skim masłem orze­cho­wym. Pycha! Mój wujek dowie­dział się, że nie jem tego, co wszy­scy. Raz wyszedł ze swo­jego dyrek­tor­skiego gabi­netu i zszedł na podwórko, na któ­rym wpa­try­wa­łam się w ryż na mleku.

– Nie wsta­niesz od stołu, dopóki tego nie zjesz. Rozu­miesz?

Nie rozu­mia­łam. Sie­dzia­łam tam aż do ósmej wie­czo­rem, kiedy dozorca musiał zamknąć szkołę. Nie zja­dłam ryżu z mle­kiem. Dziś to jedna z moich ulu­bio­nych potraw, pamię­tam Stam­buł jako miej­sce, gdzie można zjeść naj­lep­szy ryż na mleku. Mój wujek był przy­stoj­nym męż­czy­zną. Wysoki, szczu­pły, gęste, mocne jasno­brą­zowe włosy opa­dały mu na czoło, miał duże zdrowe zęby, czę­sto się śmiał, pięk­nie śpie­wał i dosko­nale tań­czył. Jego żona, moja cio­cia, była praw­dziwą pięk­no­ścią. Czarne, krę­cone włosy, ogromne piwne oczy, ciem­no­czer­wone pełne usta i śliczne zęby. Nosiła ładne sukienki, on zawsze był w gar­ni­tu­rze, czu­łam się dumna, że w jakiś spo­sób jestem czę­ścią tej rodziny. Ich syn był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, sio­stra i ja kąpa­ły­śmy się w ich wan­nie raz w tygo­dniu, cio­cia raz na jakiś czas dzie­liła mię­dzy nas dużą cze­ko­ladę Kraš z całymi orze­chami.

– Cio­ciu – mówi­łam – jak doro­snę będę bogata i będę jeść cze­ko­ladę.

Była dobrą nauczy­cielką. Lubi­li­śmy ją, bo czę­sto się śmiała, nie pamię­tam, żeby ktoś w kla­sie dostał pałę.

W szkole mie­li­śmy kło­poty, bo mówi­li­śmy po cza­kaw­sku1, chor­wacki był dla nas języ­kiem obcym. Kiedy pierw­szy raz usie­dli­śmy w ław­kach, moja cio­cia poka­zała nam kredę i spy­tała:

– Kto wie, jak to się nazywa, niech pod­nie­sie rękę.

Tylko ja wie­dzia­łam i powie­dzia­łam:

– Žes.

– Kreda, dzieci, to jest kreda.

Moja cio­cia pocho­dziła z Liki, ledwo rozu­miała cza­kaw­ski, co było dobre. Wszyst­kie dzieci mówiły w domach po cza­kaw­sku, w szkole – po chor­wacku, wcze­śnie opa­no­wa­li­śmy dwa języki. Wło­ski był trzeci. Draga w cza­sie wojny nale­żała do Włoch. Wszy­scy nasi rodzice cho­dzili do wło­skich szkół. Kiedy mama i bab­cia chciały o czymś poroz­ma­wiać tak, żeby­śmy nie rozu­miały, sły­sza­ły­śmy wło­ski. Nie­stety, nie mówię po wło­sku, ale go rozu­miem. Mama nie chciała, żebym uczyła się „faszy­stow­skiego” języka. W czwar­tej kla­sie zaczę­li­śmy uczyć się nie­miec­kiego. Wielu moich rówie­śni­ków z Dragi mówi dziś trzema albo czte­rema języ­kami i nie ma w tym nic nie­zwy­kłego. Każdy mary­narz musiał znać angiel­ski, każdy, kto wynaj­mo­wał pokoje – nie­miecki. Mošćenička Draga była ulu­bioną miej­sco­wo­ścią tury­styczną dla wielu Niem­ców. My zamiesz­ka­li­śmy tu w pięć­dzie­sią­tym czwar­tym. Dzie­sięć lat po woj­nie nikomu tutaj nie przy­cho­dziło do głowy, żeby odmó­wić jakie­muś Niem­cowi kwa­tery. Miej­scowi cza­sem śmiali się, gdy pokój wynaj­mo­wał czło­wiek bez ręki albo bez nogi – „na pewno zosta­wił ją w Jugo­sła­wii” mówili, nie mieli obse­sji na punk­cie wojny. Praca była tym, co popy­chało ich do przodu. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam tylu pra­co­wi­tych ludzi. Zaj­mo­wali się tury­styką, rybo­łów­stwem, upra­wiali owoce i warzywa, pra­co­wali w jed­nej z fabryk w Rijece. Każde dziecko, które ukoń­czyło jede­na­ście lat, waka­cje let­nie spę­dzało pra­cu­jąc. Ja tar­ga­łam walizki od przy­stanku auto­bu­so­wego do hotelu, sprze­da­wa­łam lody, gazety, udzie­la­łam kore­pe­ty­cji, pra­co­wa­łam w biu­rze tury­stycz­nym i w hote­lo­wej recep­cji. My, dzieci, wcze­śnie uczy­li­śmy się, że praca jest ważna, i że – jak cią­gle powta­rzała bab­cia – żadna praca nie hańbi. A jed­nak nasza rodzina była prze­raź­li­wie biedna. W szkole byłam dobrą uczen­nicą, choć nie inte­re­so­wało mnie nic poza czy­ta­niem ksią­żek. W pierw­szej kla­sie dosta­łam nagrodę: książkę Histo­rie o Ticie, ponie­waż ład­nie napi­sa­łam, dla­czego kocham Titę. Uro­czy­stość odby­wała się na dzie­dzińcu małego hotelu, nazy­wał się Jadran, zakli­na­łam mamę, żeby mi na to wiel­kie wyda­rze­nie kupiła sukienkę. Tylko my z sio­strą stale cho­dzi­ły­śmy w spodniach. Na próżno. Kupiła mi krót­kie spodenki, wspię­łam się na scenę, ode­bra­łam nagrodę, odda­łam mamie i pobie­głam bawić się z dziećmi. Nie pamię­tam, czy kie­dy­kol­wiek odra­bia­li­śmy lek­cje w ciągu czte­rech pierw­szych lat szkoły. Kiedy patrzę wstecz, widzę tylko zabawę. W dwa ognie, w mura­rza, w dok­tora, w Indian i kow­bo­jów. Nie­zbyt czę­sto bywa­li­śmy leka­rzami i lekar­kami, albo dokład­niej gine­ko­lo­gami i gine­ko­loż­kami. Kilka dni temu na targu w Rijece spo­tka­łam zanie­dba­nego sta­ruszka, który sześć­dzie­siąt trzy lata temu był moim gine­ko­lo­giem na dachu hotelu Jadran. Odwró­ci­łam wzrok, byłam prze­ra­żona, jak mogłam swoje kro­cze wydać na łaskę i nie­ła­skę kijka, który w swo­jej ręce trzy­mało takie dzi­wa­dło. Na szczę­ście mnie nie poznał. Albo uda­wał, że nie poznaje. Może pomy­ślał: „Boże, jak mogłem sto lat temu oglą­dać cipkę tej sta­rej wiedźmy”. Pew­nego razu nasze „bada­nia” prze­rwało kilka mam, które jed­no­cze­śnie wyru­szyły na łowy na małych zbo­czeń­ców. Zakła­dam, że dosta­li­śmy lanie, ale nie jestem tego pewna. A skoro już seks cho­dzi mi po gło­wie, przy­po­mina mi się, jak w cza­sie bury2 spo­śród wiel­kich fal wyła­wia­li­śmy dłu­gimi kijami deski, które póź­niej słu­żyły nam za opał, szczę­ścia­rzom tra­fiał się cza­sem jakiś balon. Balony były gumowe, żół­tawe i dłu­gie. Łatwo było je nadmu­chać. Nie rozu­mia­łam, dla­czego bab­cia, kiedy raz przy­szłam do domu z „balo­nem” w ustach, zabrała mi go, a usta porząd­nie wyszo­ro­wała mydłem. Moje pierw­sze spo­tka­nie z pre­zer­wa­tywą. W naszej miej­sco­wo­ści tylko dwie dziew­czynki miały praw­dziwe zabawki. Małe garnki, małe patel­nie, kom­pletną minia­tu­rową kuch­nię. Nie­wy­obra­żalne cudo. Bawiły się na scho­dach swo­jego domu, a my, reszta, patrzy­li­śmy z daleka. Zabawki przy­sy­łała im bab­cia, która po woj­nie ucie­kła z mężem do Włoch. Ich syn był kie­rowcą, wielką cię­ża­rówką woził robot­ni­ków z Dragi do Rijeki. Pew­nego razu bawi­li­śmy się na dachu cię­ża­rówki, gdy nagle ruszyła. Jego żona zoba­czyła z bal­konu, że cię­ża­rówka jedzie, obu­dziła męża, przy­biegł i zatrzy­mał samo­chód. To nie była nasza wina, jed­nak jego żona dała lanie wszyst­kim dzie­ciom poza swo­imi cór­kami. Wró­ci­łam do domu z pła­czem. Opo­wie­dzia­łam babci, co się stało. Poszła do domu tej kobiety, waliła do drzwi, dopóki tamta nie otwo­rzyła, wycią­gnęła ją z domu za włosy i spo­licz­ko­wała.

– Nie masz prawa tknąć mojej Vedrany! Tłucz swoje dzieci!

Moja mama była prze­ra­żona. Innym razem bab­cia pobiła czy­jąś mamę za to, że mnie ude­rzyła w twarz. I znów moja mama była prze­ciwko swo­jej. Na próżno. Bab­cia zawsze trzy­mała moją stronę i ni­gdy nie prze­szło jej przez myśl, że lanie cza­sem mi się nale­żało. Dziś roz­po­znaję w sobie moją bab­cię. Mój czter­dzie­sto­pa­ro­letni syn miał pro­blemy z sze­fową. Przez nią dostał wypo­wie­dze­nie. Nie poszłam po jej jebaną głowę, bo mia­ła­bym z nim na pieńku. Nie powie­dzia­łam jej, żeby się pie­przyła i wra­cała na cho­lerne zadu­pie, skąd przy­czła­pali do Rijeki nean­der­tal­czycy, któ­rzy ją poczęli. Żałuję. Przy­znaję, jestem pry­mi­tywna, nie­to­le­ran­cyjna, pełna uprze­dzeń, nie­wy­kształ­cona i dzika. Nie mogę się zmie­nić, nie mam zamiaru się z tym ukry­wać. Podejrz­li­wość wobec „obcych” i nie­to­le­ran­cję zaszcze­pił we mnie mój pry­mi­tywny ojciec. Ja posta­ra­łam się nie ewo­lu­ować. On z całego serca nie­na­wi­dził księży, komu­ni­stów, Cyga­nów, Albań­ców, Niem­ców, Wło­chów, Tity, Jovanki, żony, matki, brata, swo­jej sio­stry, mnie, mojej sio­stry i sąsiadki. Kochał kwiaty, alko­hol, psy, mojego syna, moją sio­strze­nicę i swo­jego ojca. Uwa­żał go za ofiarę nik­czem­nej kobiety. Mój dzia­dek był mary­na­rzem, jego żona czę­sto zosta­wała sama z czwórką dzieci – dwie córki, dwóch synów. Naj­bar­dziej na świe­cie lubiła być poza domem, nawet gdy było to nie­wy­ba­czalne. Cho­dziła od sąsia­dów do sąsia­dów, plot­ko­wała, gło­śno się śmiała, usta zasła­niała dło­nią, jej piwne oczy błysz­czały, gdy opo­wia­dała, co Marija zro­biła Tonemu albo co Tone zro­bił Marii albo co Frane Zorze. Kiedy do sklepu w Mošćenicach dotarły pierw­sze puszki z goto­wym jedze­niem, odkryła Ame­rykę. Wie­czo­rem do garnka wrzu­cała puszkę, goto­wała, a następ­nego dnia mój dzia­dek miał obiad. Zło­śliwi sąsie­dzi mówili, że tylko przed domem Tonki wznosi się „góra z żelaza”. W tam­tym cza­sie nie wywo­ziło się śmieci, bab­cia Tonka rzu­cała puszki na stos. Kiedy jakieś dziecko wcho­dziło do sklepu, żeby kupić puszkę, sprze­daw­czyni pytała dziew­czynkę lub chłopca:

– Czy twoją bab­cią jest Tonka?

Dla mojego ojca jego matka – ona też we mnie żyje, goto­wa­nia nie cier­pię bar­dziej niż kara­lu­chów – była nie do znie­sie­nia, bo nie potra­fiła się przy­sto­so­wać. Nie można jej było wyba­czyć tego, czego i dziś nie wyba­cza się kobie­tom: żyła po swo­jemu. Ojciec bał się mojej dru­giej babci, nazy­wała się Tilda, w sto­sunku do niej odczu­wał respekt. Ona jedna w naszej rodzi­nie nie oba­wiała się go. Kiedy przy­ła­pała go na dep­taku nad morzem obej­mu­ją­cego Sło­wenki – był w cza­sie zimy dozorcą sło­weń­skiego ośrodka wcza­sów pra­cow­ni­czych zakła­dów Leso­nit – rzu­ciła się na niego, pró­bu­jąc wydra­pać mu oczy. Mama zakli­nała bab­cię:

– Niech go mama zostawi w spo­koju. Lepiej, że jest tam z nimi, niż w domu.

Bab­cia Tilda była dumną kobietą, dwa razy została wdową. Jeden mąż zgi­nął w ame­ry­kań­skiej kopalni, dru­giego, dzie­sięć lat młod­szego od niej, zabił osioł. Bar­dzo się kochali. On jako młody chło­pak, naj­bo­gat­szy we wsi, zako­chał się w mojej babci, wdo­wie z dwójką dzieci, cały swój mają­tek prze­ka­zał sio­strom, tylko po to, żeby „pobło­go­sła­wiły” jego zwią­zek. Dla mojej mamy był wspa­nia­łym ojcem, zawsze mówiła o nim z dużą czu­ło­ścią. Ten osioł kop­nął go w pachwinę. Kiedy kilka lat temu mój mąż, młod­szy ode mnie, wró­cił do domu i powie­dział, że ma prze­pu­klinę, prze­ra­zi­łam się. Jestem zabo­bonna. Na szczę­ście w naszym ogro­dzie nie ma ner­wo­wych osłów. Poje­chał do Zagrze­bia na ope­ra­cję, dzięki świet­nemu chi­rur­gowi w kli­nice Rebro nie doświad­czy­łam losu babci Tildy.

Cza­kaw­ski – dia­lekt języka chor­wac­kiego uży­wany w zachod­niej czę­ści Chor­wa­cji. [wróć]

Bura – silny, chłodny i suchy wiatr od lądu, poja­wia­jący się wzdłuż wschod­niego wybrzeża Adria­tyku. [wróć]

2. Ach ten mój tata

2

Ach ten mój tata

Stu­dio­wa­łam na Aka­de­mii Peda­go­gicz­nej w Rijece, psy­cho­lo­gię dzie­cięcą wykła­dał feno­me­nalny pro­fe­sor Ivan­ko­vić. Zapa­mię­ta­łam jedno jego zda­nie: dzieci, które dora­stały w Mošćeničkiej Dra­dze i dzieci, które dora­stały w cen­trum Rijeki, nie są takie same. Chciał pod­kre­ślić, że te dzieci z Dragi miały ogromne szczę­ście. Może i mie­li­śmy, może i miały – wszyst­kie dzieci poza mną i moją sio­strą. Jestem pewna, że wszyst­kie ówcze­sne dzieci były szczę­śliwe, bo jestem jedyną osobą, która wypro­wa­dziła się z Dragi i ni­gdy wię­cej tam nie wró­ciła. Nawet moja sio­stra została.

Kiedy masz rodzi­ców alko­ho­li­ków, piękno Dragi ci nie pomoże. Cza­sami, gdy posprze­czam się z dziećmi i chcę im udo­wod­nić, że jestem ide­alną matką, tylko one tego nie dostrze­gają, mówię o mojej pija­nej matce przy­cho­dzą­cej do liceum na wywia­dówki, leżą­cej w rowach, o tym, jak szu­ka­łam po domu małych bute­lek z rumem, które potem ze zło­ścią wyle­wa­łam do zlewu, pod­czas gdy ona patrzyła na to bez­sil­nie i ze smut­kiem. Mówię im też o dzia­dziu­siu, jakim był pod­łym okrut­ni­kiem – mojej sio­strze, kiedy miała dwa­na­ście lat, powie­dział, że nic z niej ni­gdy nie będzie, zosta­nie nie­udacz­ni­kiem w ciele gru­bego babsz­tyla. On już to widzi, on wie, że ona, kiedy doro­śnie, będzie tłu­stą, bez­kształtną krową. Moja dwu­na­sto­let­nia sio­stra paliła dwie paczki papie­ro­sów dzien­nie, przez całe życie nie ważyła wię­cej niż pięć­dzie­siąt kilo, swo­imi oble­czo­nymi skórą kośćmi udo­wad­niała ojcu, że nie została „krową”. Kiedy zacho­ro­wała na raka płuc, ojciec wydarł się na nią na środku Placu:

– Zdy­chasz, nie masz pie­nię­dzy, ale leżeć w moim gro­bie nie będziesz!

Sam sobie kupił grób, przy­krył go wielką płytą z ciem­nego mar­muru i sfo­to­gra­fo­wał się na nim. Szu­ka­łam tego zdję­cia, chcia­łam je umie­ścić na gro­bie, ale nie mogłam go ni­gdzie zna­leźć.

Przy­szła wojna, moja sio­stra z dnia na dzień stra­ciła pracę. Miała małe dziecko, nie było nikogo, kto by się nim zajął, uznała, że sen­sow­niej będzie zostać w domu z dziec­kiem, opie­ku­jąc się ojcem, któ­rego porzu­ciła moja matka, on odpłaci jej za wszystko, co dla niego zrobi. Stała się dar­mową słu­żącą znie­na­wi­dzo­nego ojca. Była piękną dziew­czyną, ujmu­ją­cym, mądrym, dow­cip­nym stwo­rze­niem, ogar­nię­tym obse­syjną potrzebą samo­uni­ce­stwie­nia. Nikt nie mógł jej pomóc. Ja mia­łam bab­cię, która mnie kochała, wsta­wała w nocy, żeby mnie przy­kryć, nawet kiedy byłam już matką. Mojej sio­stry nikt nie zauwa­żał. Kiedy powtó­rzyła mi to, co powie­dział ojciec, byłam prze­ra­żona. Ile zła musi być w czło­wieku, żeby tak roz­ma­wiał ze śmier­tel­nie chorą córką, która mu gotuje i pie­rze jego zasrane gacie?

– Już ni­gdy, ni­gdy wię­cej nie zro­bię mu kne­dli ze śliw­kami!

Co za idiotka. Czy spa­dłaby jej korona z głowy, gdyby weszła do domu i wbiła mu nóż w brzuch? Co miała do stra­ce­nia?

Ojciec cier­piał na aryt­mię, mam to po nim, w apo­geum wojny leżał w szpi­talu, a szansa, że jemu – sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­lat­kowi – wsz­cze­pią roz­rusz­nik, była równa zeru. Kar­dio­log i mój kolega ze szkoły śred­niej, pod­szedł do jego łóżka i spy­tał, czy jest moim ojcem.

– Jeśli dostanę roz­rusz­nik dla­tego, że nim jestem, wolę umrzeć. Albo mi go wsta­wi­cie za to, że przez czter­dzie­ści pięć lat haro­wa­łem jak wół, albo wolę zdech­nąć. Nie chcę niczego po zna­jo­mo­ści i nie chcę niczego dla­tego, że ona jest moją córką.

Mój przy­ja­ciel zaśmiał się:

– Musia­łaś mu się strasz­nie nara­zić.

Było mi miło, że śmieć ma god­ność, a jesz­cze milej, że sądzi, że mam wła­dzę. I mia­łam wła­dzę, mógł dzięki mnie dostać to urzą­dze­nie. Dostał je, ale ja nie mia­łam z tym nic wspól­nego. Ni­gdy z nim nie zerwa­łam, do dziś jeste­śmy nie­przy­ja­ciółmi, choć na każ­dym por­talu czy­tam o tym, że prze­ba­cze­nie uzdra­wia. Nikt nie ma tylko jed­nego obli­cza. On też nie miał.

Wojna, nas dwoje na wyna­ję­tych dwu­dzie­stu ośmiu metrach kwa­dra­to­wych. Z nami moje dzieci, a czę­sto także jego syn. Pocie­sza­łam męża – na pewno w końcu będziemy bogaci, uwierz mi, mój ojciec dosta­nie wło­ską eme­ry­turę, coś mi da, mama go przy­ci­śnie. Bie­gli­śmy przez jezd­nię, nasi naj­lepsi przy­ja­ciele z tam­tego okresu miesz­kali w pobliżu, kar­mili nas, nie mie­li­śmy para­sola, mąż odkrzyk­nął:

– Słu­chaj, cały czas mówisz, że będziemy bogaci. Kiedy? Nie mamy nawet para­sola!

Śmia­li­śmy się, bo byli­śmy zako­chani i wie­rzy­li­śmy, że można żyć i bez dachu nad głową, i bez jedze­nia, i bez para­sola. A jed­nak byłam wtedy pewna, że „bogac­two” nadej­dzie, tak samo jak byłam pewna, że kie­dyś nadej­dzie śmierć. W czym pro­blem? Mam naj­lep­szego na świe­cie faceta, reszta to kwe­stie tech­niczne. Mój ojciec dostał sie­dem­dzie­siąt tysięcy dola­rów w gotówce i wło­ską eme­ry­turę, sio­stra i ja dosta­ły­śmy po dzie­sięć tysięcy marek. Dzie­sięć tysięcy marek w dzie­więć­dzie­sią­tym roku, kiedy ludzie, któ­rzy mieli pracę, zara­biali sto, to była for­tuna. Świat nale­żał do mnie. W gaze­cie wyczy­ta­łam, że za dinary mogę kupić miesz­ka­nie na kre­dyt, bez klau­zuli dewi­zo­wej. Zna­la­złam dwu­na­stu porę­czy­cieli, wyna­ję­łam to kupione miesz­ka­nie, czynsz z niego pokry­wał ratę kre­dytu, infla­cja zja­dła kapi­tał, cena miesz­ka­nia w ciągu trzech lat zmie­niła się z sześć­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy marek w trzy tysiące, sprze­da­li­śmy miesz­ka­nie za czter­dzie­ści pięć i mie­li­śmy w kie­szeni ze czter­dzie­ści tysięcy marek. W ciągu nie­spełna roku. Mój ojciec nie musiał dawać mi tych marek. Może go matka namó­wiła? Wie­dzia­łam, że nie można go zła­mać, a co, jeśli dał nam te pie­nią­dze z dobroci serca? Nik­czem­nik? Ojciec? Potwór? Tata? Nie mogę mu wyba­czyć, a tylko dzięki jego pie­nią­dzom mogłam zacho­wać god­ność i nie jechać do Włoch myć star­cze tyłki, żeby wykar­mić dzieci.

A jed­nak – wszyst­kie te lania, wszyst­kie po pijaku wysy­czane „kurwy”, wszystko, co musia­łam prze­łknąć pomię­dzy siód­mym a dwu­dzie­stym pierw­szym rokiem życia, kiedy wynio­słam się z domu – powin­nam o tym zapo­mnieć? Ostat­nio na YouTube tra­fi­łam na dziew­czynę, która na Lidra­nie – prze­glą­dzie twór­czo­ści lite­rac­kiej, sce­nicz­nej i dzien­ni­kar­skiej – mówiła tekst „Mój mar­twy ojciec”. Była naj­lep­sza w Zagrze­biu. Dora Hasa­nec, zagrzeb­ska lice­alistka, opo­wia­dała publicz­no­ści histo­rię o moim ojcu. Dosta­łam gęsiej skórki. Prze­ra­ża­jący typ. Ale jak kochał mojego syna. Z jaką deli­kat­no­ścią trzy­mał go za rączkę, pro­wa­dził na „kapu­czino”, wycie­rał piankę z brody, nauczył go czy­tać, zabie­rał na barkę, poka­zy­wał, jak się łata sieci, kupo­wał w skle­pie kieł­ba­ski.

Robił dla niego to wszystko, czego ja nie robię dla swo­jej rzadko widy­wa­nej wnuczki. Mój syn uwiel­biał swo­jego dzia­dziu­sia, nie­czę­sto psu­łam mu radość. Mój tata był dla niego naj­lep­szym dziad­kiem na świe­cie. Może po to, żebym cho­dziła na jego grób, prze­cie­rała tę czarną płytę i usta­wiała na niej wazon z kwia­tami? Na jego gro­bie nie byłam od lat. A może? Jed­nak? Dziś mój ojciec jest tylko kośćmi, kości nie są niczemu winne, czło­wiek powi­nien zacho­wy­wać się przy­zwo­icie, sza­no­wać oby­czaje ludzi, któ­rzy przy­ku­cają przy pobli­skich gro­bach. Ci ludzie będą mieć o mnie dobre zda­nie, gdy zoba­czą mnie ze ścierką w ręce? Do dia­bła z ludźmi, zdra­dzi­ła­bym sie­bie, gdy­bym z powodu „ludzi”, któ­rzy ni­gdy nic dla mnie nie zna­czyli, zaczęła machać szmatką. A jed­nak – kiedy sobie przy­po­mnę małe dło­nie mojego syna w zgru­bia­łej łapie mojego ojca… Widzę ten obraz czter­dzie­ści trzy lata. Moje sto­sunki z ojcem bar­dzo wcze­śnie zaczę­łam trak­to­wać jak walkę. Przez lata prze­gry­wa­łam. Ostatni raz ude­rzył mnie dzień przed moim odej­ściem. Odda­łam mu, rzu­ci­łam w jego głowę garn­kiem z wrzącą wodą z zamia­rem zabi­cia go. Ledwo prze­żył. Skoń­czy­łam stu­dia, zosta­łam nauczy­cielką, tego dnia mia­łam na sobie długą spód­nicę, bo mini z dnia na dzień musia­łam zamie­nić na maksi.

– Ludzie pytają mnie: twoja córka jest kurwą czy zakon­nicą?!

– Kurwą – odpo­wie­dzia­łam. – Powiedz im, że twoja córka to kurwa w dłu­giej spód­nicy.

Matka, sku­lona obok kuchenki, zakli­nała mnie, żebym uci­chła:

– Prze­stań, prze­stań, prze­stań.

– Dla­czego to ja mam prze­stać?! Jak długo ten śmieć będzie w two­jej kuchni wrzesz­czeć na mnie?! Dom jest twój! – dar­łam się i patrzy­łam w brą­zowe, psie oczy mamy. – Twój! Twój! On niech prze­sta­nie!

Zła­pał mnie i rzu­cił na prze­szklony kre­dens, strzą­snę­łam z sie­bie szkło, otar­łam krew, i spró­bo­wa­łam go zabić. Następ­nego dnia zło­ży­łam w szkole wypo­wie­dze­nie, przy­ję­łam pracę rezy­dentki biura podróży i przez kilka lat miesz­ka­łam po sześć mie­sięcy w hotelu, a przez resztę roku wynaj­mo­wa­łam pokój. Nie udało mi się zro­zu­mieć ludz­kiej pod­ło­ści. Ojciec ni­gdy nie był aż tak pijany, żeby nie wie­dział, co robi. Dla­czego matka piła? Dla­czego nie ode­szła od swo­jej matki i nie zaczęła nowego życia bez niej i bez niego, wtedy można było to zro­bić, ona mogła. Jej „towa­rzy­sze” pro­po­no­wali jej miesz­ka­nie i pracę w Opa­tii, odma­wiała. Zamiast mnie i sio­stry wybrała flaszkę, swoją matkę i mojego ojca. Jej też powin­nam wyba­czyć? Dla­czego mia­ła­bym coś komuś wyba­czać? Dla­tego, że wkrótce umrę, a jeśli umrę z nie­na­wi­ścią w sercu, nie zoba­czę raju? Życie nie jest skom­pli­ko­wane. Nie­któ­rych rze­czy nie powinno się wyba­czać, czło­wiek musi wal­czyć i wywal­czyć wła­sną god­ność i sza­cu­nek dla samego sie­bie. Wszyst­kimi środ­kami. Trzeba zaci­snąć zęby i wypie­przyć z serca potwora. Nawet jeśli to twój ojciec?

3. Mama, tata, kawa, przy­ja­ciółka i mini­ster

3

Mama, tata, kawa, przy­ja­ciółka i mini­ster

Lubi­łam czy­tać książki, pierw­szą ukra­dłam, kiedy mia­łam osiem lat. Wsia­dłam do auto­busu, wysia­dłam w Lovra­nie, tam kie­dyś obok przy­stanku była księ­gar­nia, weszłam do niej i wyszłam z Oli­ve­rem Twi­stem. Prze­szłam przez jezd­nię i na pie­chotę wró­ci­łam do domu. Sie­dem kilo­me­trów. Cze­kała na mnie matka w trzeź­wej fazie. Przy­go­to­wa­łam sobie kaszkę na mleku, szczę­śliwa, że pójdę na górę i prze­czy­tam histo­rię Oli­vera. Mama była zła, patrzyła na swoje buty i mil­czała. Chuda jak śmierć, w taniej sukience bez ręka­wów, cze­kała, żeby dojść do sie­bie i znów zacząć pić. Bab­cia, sio­stra i ja zawsze myśla­ły­śmy, że prze­rwa, którą wła­śnie widzimy, będzie począt­kiem nowego życia. Wróci do nas ta dawna mama, przy czym ani sio­stra, ani ja nie mia­ły­śmy poję­cia, jak wygląda „dawna” mama. Nasza mama była albo pijana, albo chora z prze­pi­cia, odkąd się­ga­ły­śmy pamię­cią. Nie wiem, kiedy wyrzu­ciła z łóżka ojca i nie wiem, kiedy do tego łóżka wśli­zgnęła się bab­cia, żeby tam zostać do końca życia. Ojciec sypiał w poko­iku obok kuchni, nawet wtedy, gdy w domu zro­biło się pusto. Bab­cia umarła, sio­stra wyszła za mąż i wypro­wa­dziła się, ja się wypro­wa­dziłam i wyszłam za mąż, matka zosta­wiła go i wpro­wa­dziła się do mnie. Tak, sprze­da­łam dom, w któ­rym zmarł ojciec. Rudera była bab­cina, po jej śmierci przy­pa­dła w spadku mamie, ale ani ona, ani ojciec ni­gdy nie zwró­cili się do władz o przy­dział miesz­ka­nia, cho­ciaż mogli je dostać. Byli zmu­szeni żyć jedno przy dru­gim. Dla­czego nie­któ­rzy męż­czyźni i nie­które kobiety są razem? Głupi męż­czyźni z mądrymi kobie­tami. Idiotki z mądrymi męż­czy­znami. Kto wybiera? Jak wyczuć dobry towar? Rano byłam z przy­ja­ciółką w kawiarni. Moja rówie­śnica odkryła kilka dni temu, że ist­nieje mądry męż­czy­zna. Ten młody czło­wiek wie wszystko o histo­rii, isla­mie, pod­wod­nym łowiec­twie, lite­ra­tu­rze, nauczył się łaciny. Moja przy­ja­ciółka ma sie­dem­dzie­siąt lat, piękne zie­lone oczy lśnią w star­czej twa­rzy. Prze­czy­ta­łam gdzieś, że sta­rzy ludzie też mogą się zako­chać, praw­do­po­dob­nie mogą, jed­nak… Mówie­nie z taką namięt­no­ścią o wykształ­co­nym trzy­dzie­sto­let­nim chłopcu wyda­wało mi się lekką prze­sadą, ale jesz­cze dziw­niej­sze było to, że spo­ty­kają się dwa razy w tygo­dniu, żeby czer­pać przy­jem­ność z wie­lo­go­dzin­nych roz­mów.

– Zakła­dam, że to pedał – powie­dzia­łam, gdy kel­ner w dłu­gim czar­nym far­tu­chu posta­wił na stole przede mną kawę.

Kawiar­nia znaj­duje się w pobliżu naszego domu, przy­po­mina pub, ni­gdy nie widzia­łam pubu, wła­ści­ciel powie­dział mi, że jego kawiar­nia wygląda jak pub. Stoły przy­kryte bor­do­wym plu­szem, jest nawet kilka „łóżek”, dla mnie ta kawiar­nia wygląda jak bur­del, choć w bur­delu także nie byłam. Sie­dzia­ły­śmy tam, bo kawa jest dosko­nała, a muzyka przed połu­dniem cicha.

– Dla­czego uwa­żasz, że mogę się podo­bać tylko peda­łom?

– My, chwała bogu, nie możemy się już podo­bać nikomu, ale to pocie­sza­jące, że na stare lata pozna­łaś mądrego męż­czy­znę.

– Żeby­śmy się dobrze zro­zu­miały – kocham mojego męża, jedyne, co mi w nim prze­szka­dza to bęben, który go wpę­dzi do grobu. Nie mogę sobie wyobra­zić życia bez niego. Jeste­śmy razem pięć­dzie­siąt lat.

– Nie roz­ma­wiajmy o mężach, któ­rym nie można się oprzeć, ani o dzie­ciach, ani o face­tach.

– Nudna jesteś – zaśmiała się przy­ja­ciółka. – Zawsze mi prze­ry­wasz, gdy zaczy­nam jakiś temat. Moja córka za żadne skarby nie chce się roz­wieść, w nocy znów się pokłó­ci­ły­śmy.

Neda nie cierpi swo­jego zię­cia, ponie­waż jest nie­wy­kształ­cony, skąpy, ego­istyczny, lubi piłkę nożną i zmar­no­wał życie jej córce, tylko ona o tym nie wie. Moja przy­ja­ciółka wie­działa o tym od początku, a począ­tek miał miej­sce dwa­dzie­ścia lat temu.

– Mówi­łam jej, zanim wyszła za mąż, ostrze­ga­łam – „on nie jest dla cie­bie, musisz go zosta­wić, zmar­nuje ci życie”. Wiesz, co mi odpo­wie­działa?

Nie wie­dzia­łam. Patrzy­łam przez okno i widzia­łam doga sra­ją­cego na przy­stanku przed kościo­łem. Wła­ści­cielka cze­kała, aż zwie­rzę wyci­śnie z sie­bie grubą kieł­basę. Nacią­gnęła na dłoń pla­sti­kową torebkę, zebrała gówno i wrzu­ciła je do kosza na śmieci.

– Tu jest wię­cej psów niż ludzi, srają na każ­dym kroku.

Moja córka przy­gar­nęła psa. Nazwała go Ivančica. Ma na pier­siach biały krzyż, jest mie­szanką dal­ma­tyń­czyka i cze­goś jesz­cze, kiedy jest szczę­śliwa, śmieje się. Dal­ma­tyń­czyki to jedyne psy, które się śmieją. Mają wstrętny uśmiech, o ile szcze­rze­nie się naszej Ivančicy to uśmiech.

– Wiesz, co powie­działa mi dwa­dzie­ścia lat temu córka? „Mamo, ty byś chciała, żebym została sama, tego byś chciała. Jeśli go rzucę, z kim będę?”.

– Jak to? – byłam zdu­miona. Jej córka jest piękna. Szczu­pła bru­netka, odnosi suk­cesy, dok­tor nauk, znam ją od uro­dze­nia. – Skąd pomysł, że zosta­nie sama, jeśli zostawi tego pajaca? – Nie mogłam w to uwie­rzyć.

– Nie wiem. Przez całe życie wspie­ra­li­śmy ją, zawsze mówi­li­śmy, że jest piękna i mądra, opła­ca­li­śmy jej wyjazdy, kupi­li­śmy samo­chód i miesz­ka­nie, wypy­cha­li­śmy z domu, żeby miała życie towa­rzy­skie. Moja córka w dwu­dzie­stym roku życia zwią­zała się z kre­ty­nem ze stra­chu, że zosta­nie sama. Nie, nie mogę uwie­rzyć, że mi się to przy­tra­fiło. Co, kurwa, jest nie tak z nami, kobie­tami?

Dzi­siaj tra­fi­łam na odpo­wiedź, któ­rej moja mama ocze­ki­wała ode mnie pięć­dzie­siąt lat temu. „Co ty w nim widzisz?”, pytała mnie mama. Byłam z cho­rym czło­wie­kiem, bo bałam się być sama.

– Sta­wiam ci drinka, stara. Odkry­łam prawdę o sobie. I o kto wie ilu milio­nach kobiet, które myślą, że lepiej być z byle kim niż samemu. To kłam­stwo, kłam­stwo, kłam­stwo. Trzeba mieć sie­dem­dzie­siąt lat, żeby zro­zu­mieć pewne rze­czy.

– Ja nawet dziś nie mogła­bym być sama. Patrzę na te wszyst­kie wdowy wokół sie­bie i wcale im nie zazdrosz­czę.

– Lep­szy rydz niż nic – zaśmia­łam się.

Nie chcia­łam jej ani sobie psuć poranka i po raz nie wia­domo który snuć teo­rii o tym, że wszyst­kie kobiety powinny żyć same, dzieci zaraz po uro­dze­niu wrę­czać mężom i pła­cić im ali­menty. Padał deszcz, przy­ja­ciółka poszła do domu goto­wać obiad. Kiedy wkła­dała płaszcz, szep­nęła do mnie:

– Gdyby cię ktoś pytał, czy wczo­raj mię­dzy piątą a szó­stą po połu­dniu były­śmy razem, powiedz, że tak.

– Zała­twione.

Zosta­łam, żeby prze­cze­kać deszcz. Kto mógłby mnie pytać, czy były­śmy razem wczo­raj mię­dzy piątą a szó­stą po połu­dniu? Jej mąż? Nie zna mojego numeru. O czym ta kobieta mówi? Czy to nie­moż­liwe, że naprawdę z tym chłop­cem zgłę­bia islam i łowiec­two pod­wodne? Kobiety są nie­prze­wi­dy­walne, zupeł­nie jak moja matka, gdy w wieku sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić się do mnie. Mój drugi mąż i ja miesz­ka­li­śmy w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu z trójką naszych dzieci, które, chwała bogu, nie miesz­kały z nami stale. Zapy­ta­łam mamę, jak sobie wyobraża nasze wspólne życie, gdzie będzie spać i kto za to zapłaci.

– Dla­czego nie sprze­dasz domu, jest w końcu twój? Wyrzuć ojca, kup kawa­lerkę, a za resztę pie­nię­dzy będziesz mogła bez­tro­sko żyć.

– Zawsze mówisz tylko o pie­nią­dzach. Chyba zasłu­ży­łam na twoją pomoc. Przez lata zaj­mo­wa­łam się two­imi dziećmi.

O wie­lo­let­nim chla­niu ani słowa. Wpro­wa­dziła się. Zadzwo­ni­łam do ojca i zażą­da­łam, żeby oddał matce chor­wacką eme­ry­turę, nie stać nas było, żeby utrzy­mać ją, dzieci i sie­bie.

– Jesteś kurwą i ona też jest kurwą. Nie dam ani gro­sza! – wrza­snął do słu­chawki i prze­rwał roz­mowę.

Cze­kaj, cze­kaj, chuju. Jebał cię pies! Pies cię jebał, ty świ­nio! Zna­la­złam kupca na dom. Dał mu sze­ścio­mie­sięczny ter­min na wypro­wadzkę. Kupiec był mini­strem, a mój ojciec był twar­dym orze­chem. Powie­dział mini­strowi – aku­rat wtedy roz­pi­sy­wały się o nim wszyst­kie gazety, zapo­mnia­łam, co kradł lub ukradł i dla­czego to był pro­blem – że obdzwoni dzien­ni­ka­rzy i powie im, że wszech­władny mini­ster zło­dziej wyrzuca z rodzin­nego domu bez­bron­nego starca. Mój ojciec miał wtedy sie­dem­dzie­siąt lat. Z powodu umowy kupna-sprze­daży, która została wtedy opu­bli­ko­wana przez jeden z naj­po­czyt­niej­szych tygo­dni­ków, czu­łam się jak naj­gor­sze gówno. Poja­wiła się tam, ponie­waż dzien­ni­ka­rze dostali pole­ce­nie, żeby gnoić mini­stra, ja nie byłam istotna. Wyrzu­ca­łam to sobie, przy­wo­ły­wa­łam sceny z dzie­ciń­stwa, patrzy­łam na film, na któ­rym mnie tłu­cze, szar­pie za włosy, wyzywa od kurew. Wszystko na nic. Czu­łam się winna. Miał pie­nią­dze, mógł wyna­jąć sobie jakąś norę, moja matka była i biedna, i bez­radna, przez lata były­śmy jego ofia­rami, brzy­dzi­łam się sama sobą. Mini­ster pękł. Zosta­wił go w domu aż do śmierci. Zmarł w wieku osiem­dzie­się­ciu sied­miu lat. Ze szpi­tala zadzwo­niła do mnie obdu­centka.

– Pani Rudan, pro­szę przy­jąć wyrazy współ­czu­cia, kiedy by się pani mogła spo­tkać? Powiem, na co zmarł pani tata.

Mam w dupie, chcia­łam powie­dzieć, mam w dupie, ważne, że umarł. Chyba umarł? Nie mogłam uwie­rzyć. A z dru­giej strony – jak na razie nie robi się sek­cji żywym.

– Nie rozu­miem – odpo­wie­dzia­łam uprzej­mie – dla­czego mia­ła­bym przy­cho­dzić na roz­mowę, mój tata był stary…

– Może zain­te­re­suje panią na co cho­ro­wał?

– Dzię­kuję. Nie przyjdę – włą­czy­łam drże­nie do roz­mowy. – To byłoby dla mnie zbyt bole­sne.

Dziś żałuję. Gdy­bym poszła, dowie­dzia­ła­bym się, co czeka mnie, moje dzieci i wnuczkę. Może miał pro­blemy tylko z ser­cem? W jakim sta­nie były jego żyły? Gene­tyka jest ważna. Była­bym mądrzej­sza, gdy­bym poroz­ma­wiała z tamtą lekarką o tru­pie mojego ojca. Przez całe życie życzy­łam mu śmierci, naj­strasz­niej­szej z moż­li­wych. Potra­fił cza­sem pobić się z kimś i obe­rwać, chcia­łam, żeby ci z dru­giej strony zabili go, do dia­bła z pod­bi­tym okiem. Wyobra­ża­łam sobie jego zwłoki na środku drogi i sie­bie kopiącą jego głowę nogą w czar­nym gla­nie nabi­tym ćwie­kami. Kiedy sprze­da­wa­łam dom, pod­kre­śla­łam mini­strowi, że poważ­nie cho­ruje na serce, w zasa­dzie to już umiera, tylko kilka dni dzieli go od śmierci.

– Ma pani na to jakiś dowód? Jakieś papiery?

– Nie, ale mogę mieć, cho­ruje od lat, ma też prze­ra­ża­jąco wysoki cukier, a to zabija.

– Ja też mam cukier – mini­ster patrzył na mnie zatro­skany, był gruby.

– Pan ma swój cukier pod kon­trolą, pan dba o zdro­wie, a mój ojciec jest wie­lo­let­nim alko­ho­li­kiem.

– Moja droga, trudno jest dbać o zdro­wie, kiedy czło­wiek ma tak stre­su­jącą pracę. Wie pani, ja też lubię się napić.

Ja pier­dolę, po czy­jej ty jesteś stro­nie?!

– Co innego napić się od czasu do czasu, a co innego chlać.

– Pani tata pije tak dużo?

– Mój ojciec wypija dzien­nie litr rakii, a do obiadu i kola­cji po pół litra wina.

– Jakim cudem jesz­cze żyje, mówiła pani, że ma sie­dem­dzie­siąt lat?

– Tak. I ledwo żyje.

Mini­ster nie żądał już ode mnie dowo­dów na to, że mój tata stoi nad gro­bem. W trak­cie wie­lo­ty­go­dnio­wych nego­cja­cji mąż i ja zbli­ży­li­śmy się z mini­strem. Dla­tego zapro­sił nas na roz­da­nie nagród Porin1. Nie lubię ele­ganc­kich przy­jęć ani sku­pisk cele­bry­tów, ale praca to praca, więc poszli­śmy. Wydaje mi się, że to był pierw­szy Porin. Orga­ni­za­cja imprezy była wspa­niała, mąż i ja zna­leź­li­śmy się pod szcze­gólną opieką ówcze­snej sze­fo­wej tele­wi­zji chor­wac­kiej. Łech­tało mnie, że tak wysoko posta­wiona osoba ska­cze wokół mnie, uśmie­cha­jąc się i pyta­jąc, czy cze­goś mi trzeba albo czy dobrze się czuję. Ach. Nie zapo­mnia­łam, że z tego samego budynku wyrzu­cono mnie, a moi biedni kole­dzy pil­no­wali się, by nie usiąść zbyt bli­sko w cza­sie poran­nego kole­gium redak­cyj­nego. Nie wie­dzia­łam, że wyj­ście na Porin odmieni moje życie. Gdy pod­cho­dzi­li­śmy do dużego, okrą­głego stołu, który stał w nie­mal naj­lep­szym punk­cie sali, dostrze­głam twarz swo­jego byłego szefa. Wyglą­dał z kuchni i patrzył, przy któ­rych sto­łach sia­dają naj­waż­niejsi goście. Posłał mi sze­roki, szary i brudny uśmiech. „Pies cię jebał” – prze­ka­zały mu moje lodo­wate oczy. Usie­dli­śmy przy stole ude­ko­ro­wa­nym gwiaz­dami tele­wi­zji. Nie wie­dzia­łam, że poja­wimy się w Dzien­niku. Jakaż wrzawa wybu­chła następ­nego ranka. Moi przy­ja­ciele byli prze­ra­żeni, że „sprze­da­łam się hade­ze­tow­skiemu2 gównu”, moi wro­go­wie roz­po­zna­wali mnie na ulicy, pod­cho­dzili i mówili, że mnie „widzieli wie­czo­rem” i „męża widzie­li­śmy”. Ten mini­ster pra­wie wpę­dził mnie do grobu. Nie wierz hade­ze­tow­cowi nawet wtedy, gdy kupuje od cie­bie dom. Prze­gi­nam, hade­ze­towcy nie są jedy­nym szaj­sem w tym kraju. Dostoj­nik przy­je­chał do Opa­tii, umowę o zadatku pod­pi­sa­li­śmy przy obie­dzie w dro­giej opa­tij­skiej restau­ra­cji. Mini­ster zapła­cił rachu­nek złotą kartą. Papla­li­śmy, jedząc, ja pie­przy­łam trzy po trzy, byłam prze­raź­li­wie zde­ner­wo­wana. Pie­nią­dze za dom miały roz­wią­zać wiele pro­ble­mów. O wszyst­kim długo i sze­roko opo­wie­dzia­łam temu panu. Syn będzie stu­dio­wał w Austrii, już poży­czy­li­śmy pie­nią­dze i zapła­ci­li­śmy czynsz za stan­cję, nie za mie­siąc, ale za dwa, egza­miny są strasz­nie dro­gie. Syn ukoń­czył śred­nią szkołę w Ame­ryce, w Chor­wa­cji nie mógłby zda­wać na stu­dia, bo nie hono­rują tu jego matury, a szcze­rze mówiąc, nie chcę, żeby szedł na wojnę, matce wynaj­miemy miesz­ka­nie, mamy trójkę dzieci, no tak, już mówi­łam, i długi, bla­bla­bla­bla… Ratuje nas pan, wyrzą­dził nam pan przy­sługę, jest mi miło, że zga­dza się pan, by mój ojciec pozo­stał w domu do śmierci, bla­bla­bla­bla… Obie­cał, że „za kilka dni” prze­śle fak­sem umowę sprze­daży domu. Roz­sta­li­śmy się syci i rado­śni. Tego samego dnia zadzwo­ni­li­śmy do ludzi, któ­rym byli­śmy winni pie­nią­dze, odda­li­śmy także dług kobie­cie, która w Wied­niu zapła­ciła dwa czyn­sze, nie­ocze­ki­wa­nie tra­fi­li­śmy na bar­dzo tanią kawa­lerkę, kupi­li­śmy ją dla mojej matki. Umowy jak nie było, tak nie ma. Kiedy w końcu zoba­czy­łam faks, pomy­śla­łam, że muszę się obu­dzić. Co to jest? Mini­ster usu­nął z umowy punkt, zgod­nie z któ­rym mój ojciec ma prawo zostać w miesz­ka­niu doży­wot­nio. Zadzwo­ni­łam do niego.

Porin – naj­waż­niej­sza nagroda muzyczna w Chor­wa­cji, przy­zna­wana od 1994 roku. [wróć]

HDZ – Horvat­ska Demo­krat­ska Zajed­nica (Chor­wacka Wspól­nota Demo­kra­tyczna) – par­tia zało­żona w 1989 roku przez Franja Tuđmana, repre­zen­to­wała nurt nie­pod­le­gło­ściowy i nacjo­na­li­styczny. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki