Taniec w świetle księżyca - Julia Quinn - ebook

Taniec w świetle księżyca ebook

Julia Quinn

3,8

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Lady Arabella Blydon jest obdarzona urodą i inteligencją, ma dość mężczyzn, którzy widzą tylko to pierwsze, nie dostrzegając drugiego.

Kiedy jeden z adoratorów mówi Belli, że przez wzgląd na urodę i majątek jest gotów przymknąć oko na jej niedopuszczalne intelektualne zapędy, Arabella postanawia odpocząć od kandydatów na męża. Nie spodziewa się, że w czasie pobytu na wsi pozna lorda Johna Blackwooda, rannego na wojnie bohatera, który zaintrygował ją jak żaden inny mężczyzna.

Lord John przeżył najgorsze okropności wojny, lecz dla jego udręczonego serca nic nie mogło być bardziej przerażające niż lady Arabella. Okazuje się upajająca i irytująca; sprawia, że John znowu chce żyć. Nieoczekiwanie dla samego siebie, zaczyna pisać wiersze i wspinać się po drzewach w środku nocy, żeby móc zatańczyć z nią, kiedy zegar wybije północ. I choć wie, że nigdy nie będzie mężczyzną, na którego Bella zasługuje, nie potrafi jej nie pragnąć.

Ale czy kiedy magię północy zastąpi światło dnia, jego udręczona dusza nauczy się znowu kochać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Zdjęcia na okładce

© KathySG/Shutterstock

© Boris Ryaposov/Shutterstock

Tytuł oryginału

Dancing at Midnight

Copyright © 1995 by Julie Cotler

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2019 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-7132-3

Warszawa 2019. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Mojemu ojcu, który nigdy nie zapomina powiedzieć mi,

Drodzy Czytelnicy…

Ktoś zapytał mnie kiedyś, co było pierwsze – postacie czy intryga? Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na takie pytania – niemal nie sposób, ponieważ wydają się sugerować, że w szaleństwie, którym jest moje pisarstwo, kryje się jakaś metoda. Tymczasem z każdą książką jest inaczej. Ale w przypadku Tańca w świetle księżyca, mojej drugiej książki, zdecydowanie pierwsi byli bohaterowie.

Zaczęłam od Belli Blydon, która odegrała tak ważną rolę w pierwszej powieści, Jej wszystkie bale. Wiedziałam już, kim jest – dziewczyną o duszy sawantki, która niczego nie pragnie bardziej, niż znaleźć prawdziwą miłość. Jednak jej wybranek jest nieco bardziej skomplikowaną postacią. Napisałam już wcześniej lekki romans i chciałam spróbować czegoś innego. Dlatego wymyśliłam Johna Blackwooda, weterana dręczonego przez wspomnienia z przeszłości, człowieka, który uważa, że nie zasłużył na szczęście. Jest udręczonym bohaterem pod każdym względem.

I nagle stanęłam przed nowym wyzwaniem: czy będę potrafiła napisać książkę zawierającą tak poważne i mroczne wątki, która jednocześnie będzie ciepła i zabawna? Czy będę umiała stworzyć postacie z prawdziwymi problemami i przeszkodami do pokonania, ale opisać je tak, że czytelnicy będą się krztusić ze śmiechu?

Mam nadzieję, że tak. I mam nadzieję, że spodoba się wam Taniec w świetle księżyca.

Z najlepszymi życzeniami

Julia Q

1

Oxfordshire, Anglia, rok 1816

Choćbyś zaślinił cały świat…

Arabella Blydon wzdrygnęła się. Coś jest nie tak. Nikt raczej się nie ślinił w Zimowej opowieści. Odsunęła nieco od siebie książkę. Powoli skupiła wzrok na stronie.

Choćbyś zaślubił cały świat…

Bella westchnęła i oparła się o pień drzewa. To miało o wiele więcej sensu. Zamrugała, starając się skupić spojrzenie błękitnych oczu na wydrukowanych słowach. Nie udało się jej, ale nie zamierzała czytać z nosem przyciśniętym do książki, więc zmrużyła oczy i postanowiła się nie poddawać.

Powiał przejmujący wiatr, zerknęła na zachmurzone niebo. Niewątpliwie zanosiło się na deszcz, ale jeśli dopisze jej szczęście, jeszcze co najmniej przez godzinę nie zacznie padać. Tyle czasu potrzebowała, żeby dokończyć Zimową opowieść. To zaś zakończyłoby jej Wielką Szekspirowską Przygodę – niemal naukowe przedsięwzięcie, które zajmowało jej każdą wolną chwilę od niemal pół roku. Zaczęła od Antoniusza i Kleopatry i dalej szła alfabetycznie, czytając Hamleta, Henryków, Romea i Julię oraz całe mnóstwo innych sztuk, o których istnieniu nigdy wcześniej nie słyszała. Nie była właściwie pewna, dlaczego to robiła, poza tym że po prostu lubiła czytać, ale teraz, gdy była już niemal u kresu drogi, nie zamierzała pozwolić, by kilka kropel deszczu jej przeszkodziło.

Bella przełknęła ślinę i rozejrzała się, jakby z obawą, że ktoś mógł usłyszeć, że zaklęła w myślach. Znowu zerknęła na niebo. Promień słońca przebił się przez grubą pokrywę chmur. Przyjęła to za dobry znak i wyjęła z kosza piknikowego kanapkę z kurczakiem. Delikatnie odgryzła kęs i sięgnęła po książkę. Podobnie jak przedtem, nie widziała wyraźnie liter, więc przysunęła tom bliżej twarzy, marszcząc się i mrużąc oczy, aż w końcu zaczęła widzieć wyraźniej.

– Proszę bardzo, Arabello – mruknęła. – Jeśli uda ci się wytrwać w tej nadzwyczaj niewygodnej pozycji jeszcze trzy kwadranse, powinnaś dokończyć lekturę.

– Oczywiście wtedy twarz zdąży ci zdrętwieć – wycedził jakiś głos tuż za nią.

Bella upuściła książkę i odwróciła się gwałtownie. Kilka kroków od niej stał dżentelmen w swobodnym, choć eleganckim stroju. Miał brązowe włosy w czekoladowym odcieniu i oczy dokładnie tego samego koloru. Patrzył na nią i jej samotny piknik z rozbawieniem na twarzy, a jego niedbała poza wskazywała, że obserwował ją już od dłuższej chwili. Bella zmierzyła go wzrokiem; nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłaby powiedzieć, ale miała nadzieję, że jej potępiające spojrzenie wystarczy, by przywołać go do porządku.

Najwyraźniej jednak nie. Prawdę mówiąc, wydawał się jeszcze bardziej rozbawiony.

– Potrzebujesz okularów – zauwżył.

– A pan jest intruzem – odparła.

– Doprawdy? Powiedziałbym, że to raczej pani wtargnęła na cudzy teren.

– Z całą pewnością nie. Ta ziemia należy do księcia Ashbourne. Mojego kuzyna – dodała z naciskiem.

Nieznajomy wskazał ręką na zachód.

– Tamta ziemia należy do księcia Ashbourne. Granica przebiega wzdłuż tego wzniesienia. A zatem to pani jest intruzem.

Bella zmrużyła oczy i wsunęła za ucho lok jasnych włosów.

– Jest pan pewien?

– Całkowicie. To prawda, że włości Ashbourne’a są rozległe, ale nie bezkresne.

Poruszyła się niespokojnie.

– Och. Cóż, w takim razie przepraszam za wtargnięcie – powiedziała wyniośle. – Znajdę tylko mojego konia i już mnie nie ma.

– Nie bądź głupia – odrzekł pospiesznie. – Mam nadzieję, że nie jestem aż na tyle nieokrzesany, by nie pozwolić damie poczytać pod jednym z moich drzew. Proszę zostać, jak długo będzie się pani podobać.

Bella przez chwilę rozważała, czy jednak się nie oddalić, ale wygoda wzięła górę nad dumą.

– Jestem tu już od kilku godzin i zdążyłam się wygodnie rozsiąść.

– Właśnie widzę. – Uśmiechnął się nieznacznie, lecz Bella odniosła wrażenie, że nie jest mężczyzną skorym do uśmiechu.

– Może – zaczął – skoro zamierza pani spędzić resztę dnia na mojej ziemi, byłoby nie od rzeczy się przedstawić.

Bella zawahała się, niepewna, czy nieznajomy traktuje ją pobłażliwie, czy stara się być uprzejmy.

– Przepraszam. Jestem lady Arabella Blydon.

– Miło mi panią poznać. Jestem John, lord Blackwood.

– Jak się pan miewa?

– Doskonale, ale pani potrzebuje okularów.

Bella poczuła, że jej plecy sztywnieją. Emma i Alex od miesiąca namawiali ją, żeby dała sobie zbadać oczy, ale w końcu oni należeli do rodziny. Ten John Blackwood był kimś obcym i z pewnością nie powinien pozwalać sobie na takie sugestie.

– Może pan być pewien, że wezmę pod uwagę pańską radę – mruknęła nieco opryskliwie.

John pochylił głowę i na jego wargach pojawił się cierpki uśmiech.

– Co pani czyta?

– Zimową opowieść. – Bella oparła się o pień drzewa i czekała, jak zwykle, na jakąś protekcjonalną uwagę na temat czytających kobiet.

– Świetna sztuka, chociaż, moim zdaniem, nie należy do najlepszych dzieł Szekspira – zauważył John. – Ja mam słabość do Koriolana. Nie jest najbardziej znany, a jednak go lubię. Może go pani kiedyś przeczytać.

Bella aż zapomniała ucieszyć się z poznania mężczyzny, który wręcz zachęcał ją do lektury.

– Dziękuję za tę sugestię – powiedziała – ale już czytałam tę sztukę.

– Jestem pod wrażeniem. A Otella?

Skinęła głową.

– Burzę?

– Tak.

John szukał w pamięci najmniej znanego spośród dzieł Szekspira.

– A Namiętnego pielgrzyma?

– Nie należy do moich ulubionych, ale przebrnęłam przez niego.

Parsknął śmiechem.

– Proszę przyjąć moje wyrazy uznania, lady Arabello. Przypuszczam, że nigdy nawet nie miałem w ręku Namiętnego pielgrzyma.

Bella uśmiechnęła się i z wdzięcznością przyjęła komplement, a jej wcześniejsza niechęć do tego człowieka zupełnie zniknęła.

– Może przyłączy się pan do mnie na chwilę? – spytała, wskazując wolne miejsce na kocu, na którym siedziała. – Została mi jeszcze większość lunchu i chętnie się z panem podzielę.

Przez moment wyglądał, jakby zamierzał przyjąć jej propozycję. Już miał coś powiedzieć, lecz w końcu westchnął i zamknął usta. Kiedy w końcu się odezwał, jego głos zabrzmiał bardzo sztywno i oficjalnie.

– Nie, dziękuję – rzucił tylko. Oddalił się o kilka kroków i zaczął wpatrywać się w pola.

Bella przechyliła głowę i już miała powiedzieć coś jeszcze, kiedy zauważyła z zaskoczeniem, że John Blackwood kuleje. Zastanawiała się, czy został ranny w wojnie na Półwyspie Iberyjskim. Cóż za intrygujący człowiek. Nie miałaby nic przeciwko temu, żeby spędzić jakiś czas w jego towarzystwie. I musiała przyznać, że jest dość przystojnym mężczyzną, o mocnych, regularnych rysach i smukłym, muskularnym ciele, mimo utykania. W jego aksamitnie brązowych oczach skrzyła się inteligencja, ale jednocześnie widziała w nich ból i sceptycyzm. Bella doszła do wniosku, że jest bardzo tajemniczy.

– Jest pan pewien? – spytała.

– Pewien czego? – Nie odwrócił się.

Najeżyła się wobec takiego braku uprzejmości.

– Pewien, że nie che zjeść ze mną lunchu.

– Raczej tak.

To przykuło jej uwagę. Nikt dotąd nie powiedział, że jest raczej pewien, że nie ma ochoty na jej towarzystwo.

Bella poruszyła się niespokojnie na kocu, z roztargnieniem opuszczając książkę na kolana. Nie bardzo wiedziała, co mogłaby powiedzieć, skoro on stoi odwrócony do niej tyłem. A wrócić do czytania byłoby nieuprzejmie.

John nagle odwrócił się i odchrząknął.

– Naprawdę nie było uprzejmie mówić mi, że potrzebuję okularów – powiedziała nagle, przede wszystkim po to, żeby powiedzieć cokolwiek, zanim on zdąży się odezwać.

– Przepraszam. Nigdy nie byłem dobry w prowadzeniu uprzejmej konwersacji.

– Może powinien pan częściej rozmawiać – odparła.

– Gdyby ton pani głosu był inny, pomyślałbym, że pani ze mną flirtuje.

Zatrzasnęła Zimową opowieść i wstała.

– Teraz widzę, że mówi pan prawdę. Nie tylko nie umie pan prowadzić uprzejmej konwersacji. Pan zupełnie sobie nie radzi z żadną formą rozmowy.

Wzruszył ramionami,

– To jedna z wielu moich cech.

Otworzyła usta ze zdumienia.

– Zgaduję, że nie docenia pani mojego specyficznego poczucia humoru.

– Nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek mógłby je docenić.

Zapadło niezręczne milczenie, a po chwili w jego oczach pojawił się dziwny, smutny błysk. Zniknął jednak bardzo szybko, a kiedy John znowu się odezwał, jego głos zabrzmiał ostro.

– Proszę tu więcej nie przychodzić samotnie.

Bella zgarnęła swoje rzeczy do torby.

– Niech pan się nie martwi. Nie będę pana więcej niepokoić.

– Nie powiedziałem, że nie powinna pani przebywać na mojej ziemi. Po prostu nie samotnie.

Nie miała pojęcia, jak na to odpowiedzieć, więc rzuciła tylko:

– Wracam do domu.

Spojrzał w niebo.

– Tak, prawdopodobnie powinna pani wrócić. Wkrótce zacznie padać. Ja sam mam jakieś dwie mile do przejścia, więc zapewne zmoknę.

Rozejrzała się dookoła.

– Nie ma pan konia?

– Czasami, droga pani, lepiej jest przemieszczać się pieszo. – Ukłonił się lekko. – Było mi miło.

– Panu być może tak – mruknęła Bella.

Patrzyła na jego plecy, kiedy się oddalał. Utykał wyraźnie, ale poruszał się zaskakująco szybko. Nie odrywała od niego wzroku, dopóki nie zniknął za horyzontem. Kiedy dosiadła swojej klaczy, przez głowę przemknęła jej niepokojąca myśl.

Kuleje. A więc dlaczego woli chodzić pieszo?

John Blackwood słuchał oddalającego się stukotu kopyt konia lady Arabelli. Westchnął. Zachował się jak osioł.

Westchnął znowu, tym razem głośniej, ze smutkiem, niechęcią do samego siebie i zwykłą irytacją. Niech to diabli. Nigdy nie wiedział, jak rozmawiać z kobietami.

Bella ruszyła do Westonbirt, domu swoich krewnych. Jej urodzona w Ameryce kuzynka Emma kilka miesięcy wcześniej wyszła za księcia Ashbourne. Nowożeńcy woleli wiejskie zacisze od życia w Londynie i od ślubu przebywali niemal wyłącznie w Westonbirt. Oczywiście sezon dobiegł końca i w Londynie i tak nie było już nikogo. A jednak Bella miała przeczucie, że Emma i jej mąż będą unikali londyńskiej socjety również w czasie sezonu.

Westchnęła. Ona niewątpliwie spędzi następny sezon w Londynie, znowu szukając męża. Miała już tego serdecznie dość. Przetrwała dwa sezony i otrzymała z tuzin propozycji małżeństwa, lecz wszystkie odrzuciła. Niektórzy kandydaci byli zupełnie nie do przyjęcia, lecz większość stanowili całkiem przyzwoici, a nawet mili ludzie. Po prostu nie potrafiła się zmusić do tego, żeby przyjąć mężczyznę, na którym naprawdę jej nie zależało. A teraz, kiedy zobaczyła, jak szczęśliwa jest jej kuzynka, wiedziała, że będzie jej bardzo trudno zadowolić się czymkolwiek mniej niż spełnieniem najdzikszych marzeń.

Bella popędziła konia do galopu, ponieważ deszcz zaczął się nasilać. Dochodziła trzecia i wiedziała, że Emma będzie na nią czekać z gorącą herbatą. Mieszkała u niej i jej męża Aleksa od trzech tygodni. Kilka miesięcy po ślubie Emmy rodzice Belli postanowili wyjechać na wakacje do Włoch. Ned, ich syn, wrócił do Oksfordu na ostatni rok studiów, więc nie potrzebował opieki, a Emma została bezpiecznie wydana za mąż. Została tylko Bella, a ponieważ Emma była już stateczną mężatką i mogła służyć jako przyzwoitka, więc zamieszkała u swojej kuzynki.

Bella nie mogłaby sobie wymarzyć przyjemniejszego rozwiązania. Emma była jej najlepszą przyjaciółką, a po wszystkich wspólnych wybrykach zabawnie było mieć ją za przyzwoitkę.

Bella odetchnęła z ulgą, gdy wjechała na wzgórze i zza horyzontu wyłoniło się Westonbirt. Wielka budowla była dość ładna, z długimi, wąskimi kolumnami okiem przecinającymi fasadę. Bella zaczęła już traktować to miejsce jak dom. Skierowała się do stajni, oddała klacz koniuszemu i popędziła do domu, starając się omijać krople deszczu, które padały coraz gęściej. Wbiegła po frontowych schodach, ale zanim zdążyła popchnąć ciężkie drzwi, lokaj otworzył je z ukłonem.

– Dziękuję, Norwood – powiedziała. – Musiałeś na mnie czekać.

Norwood skinął głową.

– Norwood, czy Bella jeszcze nie wróciła? – Z głębi domu dobiegł kobiecy głos i Bella usłyszała kroki kuzynki w korytarzu prowadzącym do holu.

– Zaczęło dość mocno padać. – W końcu pojawiła się sama Emma. – O, dobrze! Wróciłaś.

– Trochę pada, ale da się znieść – powiedziała radośnie Bella.

– Mówiłam ci, że zanosi się na deszcz.

– Czy teraz czujesz się za mnie odpowiedzialna, skoro jesteś starą, stateczną matroną?

Emma zrobiła minę, która mówiła dokładnie, co myśli na ten temat.

– Wyglądasz jak przemoczony szczur – zauważyła spokojnie.

– Przebiorę się i za moment zejdę na herbatę.

– W gabinecie Aleksa. Przyłączy się dzisiaj do nas.

– O, świetnie. Zaraz przyjdę.

Bella weszła po schodach i labiryntem korytarzy dotarła do swojego pokoju. Szybko zdjęła przemoczone ubranie, włożyła miękką błękitną suknię i zeszła na dół. Drzwi do gabinetu Aleksa były zamknięte. Dobiegały zza nich chichoty, więc roztropnie zapukała, zanim weszła. Zapadła cisza, po czym rozległ się głos Emmy:

– Proszę!

Bella uśmiechnęła się do siebie. Z każdą chwilą dowiadywała się coraz więcej o małżeńskiej miłości. Emma i Alex nie potrafili utrzymać rąk przy sobie zawsze, kiedy sądzili, że nikt nie patrzy. Bella uśmiechnęła się szerzej. Nie miała pewności co do wszystkich detali robienia dzieci, ale coś jej mówiło, że całe to dotykanie ma coś wspólnego z tym, że Emma była już w ciąży. Bella otworzyła drzwi i weszła do przestronnego, bardzo męskiego gabinetu Aleksa.

– Dzień dobry, Alex – powiedziała. – Jak ci minął dzień?

– Bardziej sucho niż tobie, jak widzę – odparł, nalewając nieco mleka do filiżanki i zupełnie ignorując herbatę. – Wciąż masz przemoczone włosy.

Bella zerknęła na swoje ramiona. Rzeczywiście, woda z włosów ściekała na suknię. Wzruszyła ramionami.

– Cóż, chyba nic na to nie poradzę. – Usiadła na sofie i nalała sobie herbaty. – Co porabiałaś, Emmo?

– Nic szczególnego. Przeglądałam rachunki i raporty z posiadłości w Walii. Zdaje się, że mamy tam pewien drobny problem. Zastanawiam się, czy nie powinnam pojechać i zbadać tej sprawy.

– Nie powinnaś – warknął Alex.

– Och, doprawdy? – zdziwiła się Emma.

– Jeszcze przez sześć miesięcy nigdzie nie pojedziesz – dodał, patrząc z miłością na ogniste włosy i fiołkowe oczy swojej żony. – A potem zapewne przez kolejne pół roku.

– Jeśli myślisz, że będę leżała w łóżku, dopóki nie pojawi się dziecko, to musiałeś oszaleć.

– A ty musisz się nauczyć, kto tu rządzi.

– Dobrze, ty…

– Przestańcie! – Bella roześmiała się. – Dość tego.

Pokręciła głową. Trudno byłoby znaleźć dwoje bardziej upartych ludzi. Doskonale do siebie pasowali.

– Może opowiem wam, jak ja spędziłam dzisiejszy dzień?

Alex i Emma patrzyli na nią wyczekująco.

– Poznałam dość dziwnego człowieka.

– O, naprawdę? – zainteresowała się Emma.

Alex rozparł się wygodnie w fotelu, a w jego oczach pojawiło się znudzenie.

– Tak. Mieszka w pobliżu. Myślę, że jego ziemie graniczą z twoimi. Lord John Blackwood. Znasz go?

Alex poderwał się.

– Powiedziałaś John Blackwood?

– Tak, John, lord Blackwood, tak mi się wydaje. Czyżbyś go znał? John Blackwood to chyba dość popularne nazwisko.

– Brązowe włosy?

Bella przytaknęła.

– Brązowe oczy?

Skinęła głową.

– Mniej więcej mojego wzrostu, przeciętnej budowy?

– Chyba tak. Nie był tak szeroki w ramionach jak ty, ale podobnego wzrostu.

– Czy kulał?

– Tak! – wykrzyknęła Bella.

– John Blackwood. Niech mnie diabli. – Alex pokręcił głową. – I ma teraz tytuł. Musiał go dostać za służbę wojskową.

– Walczył razem z tobą? – spytała Emma.

Kiedy Alex w końcu odpowiedział, jego wzrok był nieobecny.

– Tak – powiedział cicho. – Dowodził własną kompanią, ale często się widywaliśmy. Zastanawiałem się, co się z nim stało. Sam nie wiem, dlaczego nie próbowałem go odszukać. Pewnie bałem się, że mogłoby się okazać, że nie żyje.

To przykuło uwagę Belli.

– Co chcesz powiedzieć?

– To było dziwne – odezwał się powoli Alex. – Był świetnym żołnierzem. Zawsze można było na nim polegać. Absolutnie bezinteresowny. Narażał się na niebezpieczeństwo, żeby ratować innych.

– Czemu to takie dziwne? – spytała Emma. – Sprawia wrażenie człowieka honoru.

Alex spojrzał na obie damy, nieoczekiwanie bystrym wzrokiem.

– Dziwne było to, że jak na człowieka, któremu tak mało zależy na własnym losie, zachował się zaskakująco, kiedy został ranny.

– Co się stało? – spytała Bella.

– Chirurg powiedział, że musi mu amputować nogę. I muszę przyznać, że zachował się dość bezdusznie. John był cały czas przytomny, a ten rzeźnik nawet nie raczył odezwać się bezpośrednio do niego. Po prostu odwrócił się do pomocnika i powiedział: „Przynieś mi piłę”.

Bella wzdrygnęła się na myśl o takim traktowaniu Johna Blackwooda.

– John wpadł w szał – mówił dalej Alex. – Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Złapał chirurga za koszulę i przyciągnął do siebie. Zważywszy, ile krwi stracił, trzymał go zdumiewająco mocno. Już miałem interweniować, ale zrezygnowałem, kiedy usłyszałem ton jego głosu.

– Co powiedział? – spytała Bella, ledwie mogąc usiedzieć.

– Nigdy tego nie zapomnę. Powiedział: „Jeśli utniesz mi nogę, znajdę cię i zrobię to samo”. Doktor zostawił go w spokoju. Powiedział, że może sobie umrzeć, skoro tego chce.

– Ale nie umarł – zauważyła Bella.

– Nie, nie umarł. Ale jestem pewien, że to był dla niego koniec wojny. I dobrze. Był wspaniałym żołnierzem, ale zawsze odnosiłem wrażenie, że brzydzi się przemocą.

– Dziwne – mruknęła Emma.

– Tak. Cóż, to ciekawy człowiek. Lubiłem go. Miał wspaniałe poczucie humoru, kiedy już zdecydował się je okazać. Ale najczęściej w ogóle się nie odzywał. I był jednym z najbardziej honorowych ludzi, jakich znałem.

– Ależ Alex – drażniła się z nim Emma. – Nikt nie może być bardziej honorowy niż ty.

– Ach, moja cudowna, lojalna żona. – Alex pochylił się i pocałował ją w czoło.

Bella opadła na sofę. Chciałaby dowiedzieć się więcej o Johnie Blackwoodzie, ale wydawało się nieuprzejmie wypytywać Aleksa. Irytowała ją nieco ta świadomość, lecz nie mogła zaprzeczyć, że niesłychanie zainteresował ją ten niezwykły człowiek.

Bella zawsze była bardzo praktyczna i pragmatyczna i jedynym, czego nigdy nie robiła, było oszukiwanie samej siebie. Wcześniej John Blackwood zaintrygował ją, ale teraz, kiedy poznała część jego historii, była nim zafascynowana. Każdy najdrobniejszy związany z nim szczegół – od zmarszczenia brwi po poruszony wiatrem kosmyk włosów – nabierał nowego znaczenia. I jego upór, by iść pieszo, także stawał się bardziej zrozumiały. Po tak zaciekłej walce o ocalenie nogi, nic dziwnego, że chciał jej jak najczęściej używać. Pomyślała, że jest człowiekiem, który ma swoje zasady. Godnym zaufania, na którym można polegać.

Bella była tak zaskoczona kierunkiem, w którym podążyły jej myśli, że wzdrygnęła się, gdy sobie to uświadomiła. Emma to zauważyła.

– Wszystko w porządku, Bello? – spytała.

– Co? Och, zabolała mnie tylko głowa. Drobiazg, już minęło.

– O.

– To pewnie dlatego, że za dużo czytałam – mówiła dalej, mimo że Emma wydawała się gotowa porzucić ten temat. – Musiałam bardzo się wysilać, żeby skupić wzrok na druku. Może naprawdę powinnam dać sobie zbadać oczy.

Nawet jeśli Emma była zaskoczona tym, że kuzynka nagle przyznała, że jej wzrok nie jest doskonały, nie dała tego po sobie poznać.

– Świetnie. We wsi jest bardzo dobry doktor. Zobaczymy, czy może ci pomóc.

Bella uśmiechnęła się i sięgnęła po filiżankę z herbatą, która tymczasem zdążyła wystygnąć. A wtedy Emma powiedziała coś cudownego.

– Wiesz, co powinniśmy zrobić. – Księżna zwróciła się do swojego męża. – Powinniśmy zaprosić tego Johna Blake’a…

– Johna Blackwooda – przerwała jej Bella.

– Przepraszam. Zaprośmy Johna Blackwooda na kolację. Z Bellą będzie nas czworo i nie będziemy musieli szukać żadnej kobiety do pary.

Alex odstawił kieliszek.

– Wspaniały pomysł, kochanie. Podoba mi się pomysł odnowienia tej znajomości.

– A więc postanowione – stwierdziła rzeczowo Emma. – Mam mu wysłać liścik z zaproszeniem, czy wolisz wybrać się i zaprosić go osobiście?

– Myślę, że go odwiedzę. Chętnie znowu go zobaczę, a poza tym byłoby nieuprzejmie z mojej strony, gdybym nie brał pod uwagę tego, że uratował mi życie.

Emma pobladła.

– Co takiego?

Alex uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Tylko raz, kochanie; nie ma potrzeby teraz do tego wracać.

Spojrzenia, które wymienili w tym momencie, były tak pełne czułości, że Belli aż serce się ścisnęło. Czym prędzej pod pierwszym lepszym pretekstem wymknęła się z gabinetu i wróciła do swojego pokoju, gdzie czekały na nią ostatnie strony Zimowej opowieści.

John Blackwood ocalił życie Aleksowi? Nigdy by się tego nie domyśliła. Wyglądało na to, że gburowata powierzchowność ich nowego sąsiada kryła wiele tajemnic. Bella mogłaby się założyć, że historia jego życia przyćmiłaby dramaty Szekspira. Trzeba będzie przeprowadzić małe śledztwo. Wyprawa na wieś może się okazać bardziej ekscytująca, niż Bella przypuszczała.

Oczywiście nie uda jej się odkryć żadnych sekretów, jeśli się z nim nie zaprzyjaźni. On zaś dał dość jasno do zrozumienia, że nie ma na to ochoty.

Wszystko to było bardzo irytujące.

2

Następnego ranka Bellę obudziły raczej nieprzyjemne odgłosy wydawane przez wymiotującą Emmę. Przewróciła się na bok, otworzyła oczy i zobaczyła kuzynkę pochyloną nad nocnikiem. Bella uśmiechnęła się i mruknęła:

– Cóż za uroczy początek dnia.

– Tobie także życzę miłego dnia – warknęła Emma, prostując się i podchodząc do stolika, na którym stał dzbanek z wodą.

Bella usiadła i przyglądała się, jak kuzynka płucze usta.

– Przypuszczam, że nie robisz tego w swoim pokoju – powiedziała w końcu.

Emma spojrzała na nią z irytacją.

– Poranne mdłości są najzupełniej normalne – kontynuowała rzeczowo Bella. – Nie przypuszczam, żeby Aleksowi przeszkadzało, jeśli zrobiłoby ci się niedobrze we własnym pokoju.

Na twarzy Emmy odmalowało się zakłopotanie; wypluła wodę do nocnika.

– Nie przyszłam tutaj, żeby unikać mojego męża. Uwierz mi, widział mnie w takiej sytuacji wielokrotnie w ciągu ostatnich tygodni. – Westchnęła. – Zdaje się, że pewnego dnia zwymiotowałam mu nawet na stopy.

Bella zarumieniła się.

– To okropne – szepnęła.

– Wiem. W każdym razie przyszłam zobaczyć, czy może już się obudziłaś, i po drodze zrobiło mi się niedobrze. – Emma nieco pozieleniała i usiadła gwałtownie.

Bella zerwała się z łóżka, pospiesznie narzucając szlafrok.

– Chcesz, żebym ci coś przyniosła?

Emma pokręciła głową i wzięła głęboki oddech, dzielnie starając się utrzymać w żołądku jego zawartość.

– Nie zachęcasz mnie do ciepłych myśli o małżeństwie – rzuciła Bella.

Emma uśmiechnęła się blado.

– Zwykle jest o wiele lepiej.

– Mam nadzieję.

– Myślałam, że będę mogła nacieszyć się dłużej herbatą i biszkoptami, które zjadłam na śniadanie. – Emma westchnęła. – Ale byłam w błędzie.

– Łatwo zapomnieć, że spodziewasz się dziecka – powiedziała łagodnie Bella, próbując podnieść kuzynkę na duchu. – Wciąż jesteś taka szczupła.

Emma uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Miło, że tak mówisz. To dla mnie zupełnie nowe i bardzo dziwne doświadczenie.

– Jesteś zdenerwowana? Nic mi nie mówiłaś.

– Nie tyle zdenerwowana, ile raczej… hm, sama nie wiem, jak to opisać. Ale siostra Aleksa ma termin za trzy tygodnie i zamierzamy ją odwiedzić. Mam nadzieję, że będziemy przy narodzinach. Sophie zapewniła, że nie ma nic przeciwko temu. Jestem pewna, że będę się mniej niepokoić, kiedy będę wiedziała, co mnie czeka. – W głosie Emmy brzmiało więcej nadziei niż pewności.

Doświadczenie Belli z porodami ograniczało się do miotu szczeniaczków, które jej brat odebrał, kiedy miała dwanaście lat, jednak wcale nie była pewna, czy Emma będzie spokojniejsza, gdy zobaczy, jak Sophie rodzi dziecko. Uśmiechnęła się do kuzynki bez przekonania i mruknęła coś niezrozumiałego, co miało zabrzmieć życzliwie.

Po kilku chwilach Emma odzyskała normalne kolory i lekko westchnęła.

– Dobrze. Już czuję się znacznie lepiej. To zdumiewające, jak szybko mijają mdłości. Tylko dzięki temu można je znieść.

Weszła pokojówka, niosąc tacę ze śniadaniem. Postawiła ją na łóżku, a obie damy usiadły po bokach.

Bella patrzyła z niepokojem na Emmę ostrożnie pijącą pierwszy łyk czekolady.

– Emmo, czy mogę o coś spytać?

– Oczywiście.

– I odpowiesz mi całkiem szczerze?

– Czy kiedykolwiek byłam nieszczera? – spytała przyjaciółka z uśmiechem.

– Czy jestem niemiła?

Emma zdążyła chwycić chusteczkę w samą porę, by nie opluć czekoladą pościeli Belli.

– Przepraszam?

– Nie uważam, żebym była niemiła. Wydaje mi się, że większość ludzi mnie lubi.

– Tak – powiedziała powoli Emma. – Większość cię lubi. Wszyscy cię lubią. Nie sądzę, żeby znalazł się ktokolwiek, kto cię nie lubi.

– Właśnie – przyznała Bella. – Pewnie jest kilka osób, którym w taki czy inny sposób jestem obojętna, ale chyba nie znałam nikogo, kto tak naprawdę czułby wobec mnie niechęć.

– Kto cię nie lubi?

– Wasz nowy sąsiad, John Blackwood.

– Och, daj spokój. Rozmawiałaś z nim najwyżej pięć minut, prawda?

– Tak, ale…

– A więc nie mógł w tak krótkim czasie poczuć do ciebie niechęci.

– Nie wiem. Ale myślę, że tak właśnie się stało.

– Jestem pewna, że się mylisz.

Bella pokręciła głową z wyrazem zakłopotania na twarzy.

– Nie sądzę.

– A czy to byłoby aż tak straszne, gdyby on cię nie lubił?

– Po prostu nie podoba mi się myśl, że ktoś mnie nie lubi. Czy to znaczy, że jestem samolubna?

– Nie, ale…

– Jestem uważana za raczej miłą osobę.

– Owszem, ale…

Bella wyprostowała się dumnie.

– To nie do przyjęcia.

Emma powstrzymała wybuch śmiechu.

– Co zamierzasz zrobić?

– Przypuszczam, że sprawić, żeby mnie polubił.

– Bello, czyżbyś była zainteresowana tym mężczyzną?

– Nie, oczywiście, że nie – odparła zastanawiająco pospiesznie Bella. – Po prostu nie rozumiem, dlaczego czuje wobec mnie taką niechęć.

Emma pokręciła głową, zdumiona tym, jak dziwnym torem potoczyła się ta rozmowa.

– Cóż, bardzo niedługo będziesz mogła wypróbować na nim swoje umiejętności. Zważywszy, jak wielu dżentelmenów w Londynie straciło dla ciebie głowę bez najmniejszej zachęty z twojej strony, nie wyobrażam sobie, że mogłoby ci się nie udać wzbudzić sympatii tego Johna Blackwooda.

– Hmmm – mruknęła Bella. Spojrzała na kuzynkę. – Powiedziałaś, że kiedy ma przyjść na kolację?

Lord Blackwood mógł nie urodzić się lordem, ale pochodził z arystokratycznej, choć zubożałej rodziny. Miał jednak nieszczęście być siódmym z siedmiorga dzieci, co w zasadzie gwarantowało, że nic w życiu nie przyjdzie mu łatwo. Jego rodzice, siódmy hrabia i hrabina Westbrough, z pewnością nie zamierzali skrzywdzić swojego najmłodszego dziecka, ale pięcioro było w kolejce przed Johnem.

Najstarszy Damien był dziedzicem tytułu, rozpieszczanym przez oboje rodziców. Rok po nim na świat przyszedł Sebastian, a ponieważ był tak bliski wiekiem Damienowi, cieszył się większością przywilejów przypadających dziedzicowi tytułu. Hrabia i hrabina byli pragmatyczni i biorąc pod uwagę wysoką śmiertelność w dzieciństwie, brali pod uwagę, że Sebastian ma całkiem duże szanse na zostanie ósmym hrabią Westborough. Krótko później narodziły się Julianna, Christina i Ariana, a ponieważ od najmłodszych lat zapowiadały się na prawdziwe piękności, poświęcano im wiele uwagi. Ich korzystne małżeństwa mogły znacząco poprawić sytuację finansową rodziny.

Kilka lat później urodził się martwy chłopiec. Oczywiście nikt nie cieszył się ze straty, ale też nikt szczególnie nie rozpaczał z tego powodu. Pięcioro atrakcyjnych i inteligentnych dzieci to dość dużo, a kolejne dziecko byłoby – prawdę mówiąc – jeszcze jedną gębą do wyżywienia. Blackwoodowie mogli mieszkać we wspaniałej, starej rezydencji, ale płacenie rachunków było co miesiąc sporym wyzwaniem. A hrabiemu nigdy nie przyszło do głowy, że mógłby spróbować zarabiać na życie.

I nagle zdarzyła się tragedia – hrabia zginął, kiedy w czasie burzy jego powóz miał wypadek. W wieku zaledwie dziesięciu lat Damien odziedziczył tytuł. Rodzina nie zdążyła jeszcze zakończyć żałoby, kiedy okazało się, że lady Westborough znowu jest w ciąży. Wiosną 1787 roku urodziła swoje ostatnie dziecko. Poród był trudny i nigdy już nie odzyskała pełni sił. Zmęczona i zirytowana, nie wspominając o trosce o rodzinne finanse, rzuciła tylko okiem na swoje siódme dziecko i westchnęła:

– Nazwijmy go po prostu John. Jestem zbyt zmęczona, by wymyślać cokolwiek lepszego.

Po tym niezbyt fortunym powitaniu na świecie John został – z braku lepszego słowa – zapomniany.

Rodzina nie miała do niego cierpliwości, więc spędzał więcej czasu w towarzystwie nauczycieli niż krewnych. Został wysłany do Eton, a potem do Oksfordu – nie dlatego, by komuś zależało szczególnie na jego edukacji, ale ponieważ tak postępowały arystokratyczne rodziny ze swoimi synami, nawet najmłodszymi, nieistotnymi w drzewach genealogicznych.

Jednak w 1808 roku, kiedy John był na ostatnim roku studiów w Oksfordzie, pojawiła się pewna możliwość. Anglia uwikłała się w polityczny i militarny konflikt na Półwyspie Iberyjskim i mężczyźni gromadnie wstępowali do armii. John doszedł do wniosku, że służba wojskowa jest polem, na którym mężczyzna może się sprawdzić, i przedstawił ten pomysł swojemu bratu. Damien zgodził się, widząc w tym sposób na honorowe pozbycie się kłopotu, i wykupił patent dla Johna.

John dobrze odnalazł się w armii. Świetnie jeździł konno i radził sobie z bronią. Czasem podejmował ryzyko, choć wiedział, że nie powinien, ale wśród okropności wojny zrozumiał, że zapewne nie uda mu się przetrwać tej rzezi. A gdyby nawet jakimś cudem nie odniósł uszczerbku na ciele, wiedział, że z duszą nie będzie miał tyle szczęścia.

Lata mijały, a John – ku własnemu zaskoczeniu – wciąż unikał śmierci. A potem został trafiony w kolano i znalazł się na statku płynącym do Anglii. Zielonej, spokojnej Anglii. Nie mógł w to uwierzyć. Czas rekonwalescencji mijał mu szybko, lecz prawdę mówiąc, niewiele z niego pamiętał. Niemal nie trzeźwiał, nie mogąc pogodzić się z myślą, że będzie kaleką.

I nagle, ku własnemu zaskoczeniu, za wojenną odwagę został nagrodzony tytułem barona. Dziwna ironia losu po tym, jak rodzina przez lata przypominała mu, że nie należy mu się żaden tytuł. To był dla niego przełomowy moment; uświadomił sobie, że jednak ma coś, co może przekazać następnym pokoleniom. Odnalazłszy cel w życiu, postanowił je uporządkować.

Cztery lata później wciąż kulał – ale przynajmniej kulał na własnej ziemi. Wojna skończyła się dla niego nieco wcześniej, niż oczekiwał. Postanowił zainwestować pieniądze, które zarobił, służąc w wojsku. Jego inwestycje okazały się bardzo korzystne i po zaledwie pięciu latach zaoszczędził dość, by kupić niewielką wiejską posiadłość.

Na dzień przed spotkaniem z lady Arabellą Blydon postanowił pieszo obejść swoje włości. Później dość długo rozmyślał o tym spotkaniu. Prawdopodobnie powinien wybrać się do Westonbirt i przeprosić za swoje nieuprzejme zachowanie. Ona na pewno nie pojawi się w Bletchford Manor po tym, jak ją potraktował.

Dom był całkiem przyjemny. Wygodny. Elegancki, lecz nie wielki; do jego utrzymania wystarczało kilka osób służby – i całe szczęście, bo Johna nie byłoby stać na zatrudnienie armii służących.

Tak więc w końcu miał dom – swój własny, nie jakieś miejsce, które zawdzięczałby łasce brata. Miał też majątek – nieco uszczuplony po zakupie domu, ale po wcześniejszych sukcesach John nabrał wiary w swój talent do interesów.

Zerknął na kieszonkowy zegarek. Minęło wpół do trzeciej po południu; odpowiednia pora, by sprawdzić, co dzieje się na polach w zachodniej części posiadłości. Postanowił doprowadzić do tego, by Bletchford Manor stało się dochodowe. Zerknąwszy za okno, upewnił się, że nic nie zapowiada, by miało padać, więc wyszedł z gabinetu i udał się na piętro po kapelusz.

Po zaledwie kilku krokach zatrzymał go Buxton, stary lokaj, który służył w domu od niepamiętnych czasów.

– Ma pan gościa, milordzie – oznajmił.

Zaskoczony John zamarł w pół kroku.

– Któż to taki?

– Książę Ashbourne, milordzie. Pozwoliłem sobie wprowadzić go do błękitnego salonu.

John uśmiechnął się.

– Ashbourne tutaj. Świetnie.

Kiedy kupował Bletchford Manor, nie zdawał sobie sprawy, że jego stary przyjaciel z wojska mieszka tak blisko, ale była to miła niespodzianka. Zawrócił i ruszył żwawo w stronę salonu, lecz nagle stanął jak wryty.

– Do diabła, Buxton – jęknął. – Gdzie jest błękitny salon?

– Drugie drzwi po lewej, milordzie.

John udał się we wskazanym kierunku i otworzył drzwi. Tak jak przypuszczał, wewnątrz nie było ani jednego błękitnego mebla. Alex stał przy oknie, patrząc na pola, które graniczyły z jego posiadłością.

– Próbujesz wymyślić, jak mnie przekonać, że ten sad leży po twojej stronie granicy? – zażartował John.

Alex odwrócił się.

– Blackwood. Cholernie dobrze cię widzieć. A sad leży po mojej stronie granicy.

John uniósł brew.

– Może to ja szukałem sposobu, żeby cię go pozbawić.

Alex uśmiechnął się.

– Jak się miewasz? I czemu nie przyszedłeś się przywitać? Nie wiedziałem, że kupiłeś ten dom, dopóki Bella nie powiedziała o tym wczoraj po południu.

A więc nazywali ją Bellą. To do niej pasowało. I mówiła o nim. John poczuł absurdalne zadowolenie, choć nie przypuszczał, żeby miała do powiedzenia coś przyjemnego.

– Chyba zapomniałeś, że nie wypada składać wizyty księciu, dopóki książę nie odwiedzi cię pierwszy.

– Doprawdy, Blackwood, sądziłem, że możemy sobie darować te bzdury. Ktoś, kto ocalił mi życie, może mnie odwiedzać, kiedykolwiek mu się spodoba.

John zarumienił się lekko, wspominając chwilę, gdy strzelił do człowieka, który zamierzał się nożem na Aleksa.

– Każdy zrobiłby to samo – powiedział cicho.

Kącik ust Aleksa drgnął nieznacznie na wspomnienie ludzi, którzy rzucili się wtedy na Johna. Z powodu swojej odwagi został ranny w ramię.

– Nie – odparł w końcu Alex. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek zrobił to samo.

Wyprostował się.

– Ale dość rozmowy o wojnie. Wolę o tym nie myśleć. Jak sobie radzisz?

John wskazał fotel i Alex usiadł.

– Przypuszczam, że tak samo jak wszyscy.

Alex skinął głową, a John podał mu szklaneczkę whiskey.

– Nie do końca tak samo, lordzie Blackwood.

– A, to. Tak, zostałem baronem. Baronem Blackwood. – Uśmiechnął się zawadiacko. – Brzmi całkiem nieźle, nie sądzisz?

– Brzmi bardzo dobrze.

– A jak zmieniło się twoje życie przez ostatnie cztery lata?

– Nie bardzo, jak sądzę. Dopiero pół roku temu…

– Naprawdę?

– Ożeniłem się – wyjaśnił Alex, uśmiechając się z zakłopotaniem.

– Doprawdy? – John uniósł szklaneczkę w niemym toaście.

– Ma na imię Emma. Jest kuzynką Belli.

John pomyślał, że jeżeli żona Aleksa jest choć trochę podobna do swojej kuzynki, to nic dziwnego, że książę zwrócił na nią uwagę.

– Zakładam, że nie przeczytała wszystkich dzieł Szekspira?

Alex parsknął śmiechem.

– Prawdę mówiąc, zaczęła, ale ostatnio ja dostarczałem jej innych zajęć.

John uniósł brwi, nieco zaskoczony dwuznacznością tej uwagi.

Alex zauważył wyraz jego twarzy.

– Powierzyłem jej zarządzanie majątkami. Ma głowę do liczb. Umie dodawać i odejmować o wiele szybciej niż ja.

– Widzę, że bystry intelekt to cecha rodzinna.

Alex zastanawiał się, skąd John dowiedział się tyle o Belli w tak krótkim czasie, lecz nic nie powiedział.

– Cóż, być może to ich jedyna wspólna cecha. Nie licząc umiejętności stawiania na swoim w taki sposób, że nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy.

– O?

– Emma jest dość uparta. – Alex westchnął. Ale westchnął z zadowoleniem.

– A jej kuzynka nie? – spytał John. – Odniosłem wrażenie, że jest raczej silną kobietą.

– Nie, nie, Bella jest dość stanowcza, nie zrozum mnie źle. Ale to nie to samo co Emma. Moja żona jest tak uparta, że często robi różne rzeczy bez zastanowienia i pakuje się w kłopoty. Bella nie jest taka. Jest bardzo praktyczna. Bardzo pragmatyczna. Obdarzona niezaspokojoną ciekawością. Bardzo trudno utrzymać przed nią cokolwiek w sekrecie, ale muszę przyznać, że bardzo ją lubię. Obserwując niektórych moich znajomych, dochodzę do wniosku, że dopisało mi szczęście.

Alex uświadomił sobie, że rozmawia z Johnem o wiele bardziej szczerze, niż zwykle zdarzało mu się z kimś, kogo nie widział od lat. Przypuszczał, że to wojna sprawia, że między mężczyznami powstaje szczególna więź, i zapewne dlatego czuł się, jakby rozstali się zaledwie wczoraj.

A może to John po prostu umiał słuchać jak nikt inny. Zawsze był taki, przypomniał sobie Alex.

– Ale dość o mojej rodzinie – powiedział nagle. – Niedługo wszystkich poznasz. Ale co z tobą? Bardzo zręcznie unikałeś odpowiedzi na moje pytania.

John parsknął śmiechem.

– Tak samo jak zawsze, jak sądzę. Z tą różnicą, że teraz mam tytuł.

– I dom.

– I dom. Kupiłem go dzięki temu, że dobrze zainwestowałem pieniądze z wojska.

Alex gwizdnął cicho.

– Musisz mieć złote ręce do interesów. Powinniśmy kiedyś o tym porozmawiać. Zapewne mógłbym się od ciebie czegoś nauczyć.

– To wcale nie jest takie trudne.

– Naprawdę? A więc powiedz mi, proszę, na czym polega sekret?

– Na zdrowym rozsądku.

Alex wybuchnął śmiechem.

– Obawiam się, że akurat tego brakowało mi w ostatnich miesiącach, ale tak działa miłość na człowieka. Posłuchaj, może przyjdziesz do nas na kolację? Opowiedziałem o tobie żonie, a ona bardzo chce cię poznać. A Bellę oczywiście już znasz.

– Chętnie – odparł John. – Miło mieć przyjaciół w okolicy. I dziękuję, że mnie odwiedziłeś.

Alex przyglądał się uważnie przyjacielowi i przez moment dostrzegł, jak bardzo jest samotny. Ale ułamek sekundy później John odwrócił wzrok, a jego twarz na powrót przybrała nieprzenikniony wyraz.

– Doskonale. Może pojutrze? Nie przywiązujemy tu wielkiej wagi do czasu, więc pewnie zaczniemy około siódmej.

John skinął głową.

– Świetnie. Zatem do zobaczenia. – Alex wstał i uścisnął dłoń Johna. – Cieszę się, że znowu się spotkaliśmy.

– Ja też. – John odprowadził księcia do stajni. Alex skinął przyjaźnie głową, dosiadł konia i odjechał.

John wrócił powoli do domu, uśmiechając się do siebie. Rozglądał się po swoim nowym domu. W holu jednak znowu przechwycił go Buxton.

– To przyszło dzisiaj, milordzie. Kiedy rozmawiał pan z jego wysokością. – Podsunął Johnowi na srebrnej tacy jakąś kopertę.

John wziął ją, unosząc ze zdziwieniem brwi.

Jestem w Anglii.

Dziwne. Obejrzał uważnie kopertę. Nie było na niej jego nazwiska.

– Buxton?! – zawołał.

Lokaj, już w drodze do kuchni, zatrzymał się i wrócił do Johna.

– Czy posłaniec, który to przyniósł, coś mówił?

– Tylko tyle, że ma list dla pana domu.

– Nie wymienił mojego nazwiska?

– Nie, milordzie, nie sądzę. Prawdę mówiąc, list przyniosło jakieś dziecko. Miało najwyżej osiem albo dziewięć lat.

John jeszcze raz spojrzał na kartkę i wzruszył ramionami.

– To zapewne do poprzednich właścicieli. – Zmiął list w dłoni i wyrzucił. – Nie mam pojęcia, o co może chodzić.

Później, przy kolacji, John rozmyślał o Belli. Popijając whiskey nad stronicami Zimowej opowieści, myślał o Belli. Kładąc się do łóżka, także o niej myślał.

Była piękna. Temu nie dało się zaprzeczyć, ale nie przypuszczał, żeby to właśnie dlatego nie potrafił o niej zapomnieć. W jej błękitnych oczach dostrzegł błysk. Błysk inteligencji i… współczucia. Próbowała się z nim zaprzyjaźnić, zanim on zachował się jak osioł i wszystko zepsuł.

Pokręcił głową, jakby chciał uwolnić się od myśli o niej. Wiedział, że nie powinien myśleć o kobiecie przed snem. Zamykając oczy, modlił się, żeby nic mu się nie śniło.

Był w Hiszpanii. Dzień był upalny, ale jego żołnierzom dopisywał dobry nastrój. Cały poprzedni tydzień nie toczyli żadnych walk.

Zatrzymali się w małym miasteczku, niemal miesiąc temu. Tubylcy byli raczej zadowoleni z ich obecności – w każdym razie większość z nich. Żołnierze zostawiali pieniądze, przede wszystkim w tawernach, ale wszystkim mieszkańcom powodziło się nieco lepiej.

John, jak zwykle, był pijany. Gotów był zrobić wszystko, byle zagłuszyć krzyki, które wciąż rozbrzmiewały mu w uszach, i krew, którą wciąż widział na swoich rękach. Jeszcze kilka kieliszków, uznał, i będzie na najlepszej drodze do zapomnienia.

– Blackwood.

Podniósł głowę i skinął mężczyźnie, który usiadł przy stole naprzeciwko niego.

– Spencer.

George Spencer sięgnął po butelkę.

– Pozwolisz?

John wzruszył ramionami.

Spencer nalał trochę alkoholu do szklanki, którą przyniósł ze sobą.

– Wiesz może, kiedy wydostaniemy się z tej piekielnej dziury?

– Wolę tę dziurę niż jeszcze bardziej piekielne pole bitwy.

Spencer zerknął na służącą krzątającą się w głębi sali i oblizał wargi, po czym zwrócił się do Johna:

– Nigdy nie uważałem cię za tchórza, Blackwood.

John opróżnił kolejną szklaneczkę whiskey.

– Nie jestem tchórzem, Spencer, tylko człowiekiem.

– Wszyscy jesteśmy. – Spencer nie odrywał wzroku od dziewczyny, która nie mogła mieć więcej niż trzynaście lat. – Jak ona ci się podoba?

John wzruszył tylko ramionami, nieszczególnie usposobiony do rozmowy.

Dziewczyna – wiedział, że ma na imię Ana – podeszła i postawiła przed nimi talerz z jedzeniem. Podziękował jej po hiszpańsku. Skinęła głową i uśmiechnęła się, ale zanim zdążyła odejść, Spencer przyciągnął ją do siebie.

– Cóż za ślicznotka – wycedził, kładąc dłoń na jej pączkujących piersiach.

– Nie – zaprotestowała łamanym angielskim. – Ja…

– Zostaw ją – rzucił ostro John.

– Chryste, Blackwood, to tylko…

– Zostaw ją w spokoju.

– Czasem jesteś dupkiem, wiesz o tym? – Spencer odepchnął od siebie Anę, wcześniej jednak klepnął ją w pośladek.

John wsunął do ust porcję ryżu, przeżuł, połknął i powiedział:

– To jeszcze dziecko, Spencer.

Spencer machnął ręką.

– Ja tak nie uważam.

John pokręcił tylko głową, nie mając ochoty z nim rozmawiać.

– Daj mi spokój.

Spencer wstał gwałtownie.

– Muszę się odlać.

John odprowadził go wzrokiem i wrócił do jedzenia.

Zdążył zjeść nie więcej niż trzy kęsy, gdy przy stole pojawiła się matka Any.

– Señor Blackwood – powiedziała, mieszając angielskie i hiszpańskie słowa. – Ten człowiek… on dotykał moją Anę. Musi przestać.

John spojrzał na nią, próbując wyzwolić się z alkoholowego oszołomienia.

– Od dawna ją niepokoił?

– Cały tydzień, señor. Cały tydzień. Ona się boi.

John poczuł, że robi mu się niedobrze.

– Proszę się nie martwić, señora. Dopilnuję, żeby zostawił ją w spokoju – zapewnił. – Moi ludzie nie będą jej niepokoić.

Kobieta pochyliła głowę.

– Dziękuję, señor Blackwood. Pana słowa podnoszą mnie na duchu.

Wróciła do kuchni, gdzie, jak przypuszczał, zamierzała spędzić resztę wieczoru na gotowaniu.

John wrócił do posiłku, popijając go kolejną szklanką whiskey. Był coraz bliższy zapomnienia. Tęsknił za dawnymi czasami. Zrobiłby wszystko, żeby uwolnić się od śmierci i umierania.

Wrócił Spencer.

– Wciąż jesz, Blackwood?

– Zawsze miałeś skłonność do mówienia rzeczy oczywistych.

Spencer spojrzał na niego wrogo.

– Więc jedz tę breję, jeśli chcesz. Ja idę się zabawić.

John uniósł brwi, jakby chciał spytać: „Tutaj?”

– To miejsce nie jest takie złe. – Jego oczy błyszczały, kiedy chwiejnie wchodził po schodach.

John westchnął, zadowolony, że uwolnił się od jego towarzystwa. Nigdy nie lubił Spencera. Jednak był on dobrym żołnierzem, a w tych dniach Anglia potrzebowała każdego.

Dokończył posiłek i odsunął od siebie talerz. Jedzenie było smaczne, ale nic już nie sprawiało mu przyjemności. Może jeszcze trochę whiskey.

O, teraz już był pijany. Naprawdę pijany. To jedna z niewielu rzeczy, za które mógł podziękować niebiosom.

Głowa opadła mu na stół. Matka Any była poważnie zaniepokojona, nieprawdaż? Przed oczami stanęła mu jej twarz, ściągnięta strachem. A Ana, biedne dziecko, na pewno nie była zadowolona z towarzystwa tych wszystkich ludzi. Zwłaszcza Spencera.

Usłyszał, jak coś huknęło na piętrze. Nic niezwykłego.

Spencer. O, tak, to o nim myślał. Cóż za upierdliwiec. Wciąż dokuczał miejscowym, zainteresowany tylko tym, żeby się zabawić.

Kolejny huk.

Jak powiedział? Poszedł się zabawić? Tak, to do niego podobne.

Znowu dziwny hałas – tym razem zabrzmiał jak krzyk kobiety. Czy ktoś jeszcze to słyszał? Nikt nie zareagował. Może dlatego, że John siedział najbliżej schodów.

Przetarł oczy. Coś było nie tak.

Wstał i oparł się o stół, starając się zapanować nad mdłościami. Dlaczego miał nieprzyjemne poczucie, że coś jest bardzo nie w porządku? Kolejny huk. I kolejny krzyk.

Ruszył powoli w stronę schodów. Co się dzieje? Odgłosy stawały się coraz głośniejsze, gdy szedł korytarzem na piętrze.

I wtedy usłyszał to znowu, tym razem wyraźniej.

– Nieee! – To był głos Any.

John momentalnie wytrzeźwiał. Wyważył drzwi i wpadł do środka.

– Boże, nie! – krzyknął. Prawie nie widział drobnej sylwetki Any, przygniecionej ciałem Spencera.

Ale usłyszał jej płacz.

– Nie, nie, proszę, nie!

Nie zastanawiał się ani chwili. Wpadł w szał. Ściągnął Spencera z dziewczyny i cisnął nim o ścianę.

– Co, do diabła? Blackwood?

– Ty łajdaku. – John sięgnął po pistolet.

– Na miłość boską, to tylko hiszpańska dziwka.

– To dziecko, Spencer.

– Teraz już dziwka. – Spencer odwrócił się, żeby sięgnąć po spodnie.

Zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu.

– Zawsze była dziwką.

John uniósł broń.

– Żołnierze jego królewskiej mości nie gwałcą.

Strzelił Spencerowi w tyłek.

Spencer zawył i wyrzucił z siebie potok przekleństw.

John natychmiast podbiegł do Any, jakby mógł zrobić cokolwiek, by ulżyć jej w bólu i upokorzeniu.

Jej twarz nie wyrażała nic. Żadnych emocji…

Dopóki go nie zobaczyła.

Wzdrygnęła się i odsunęła gwałtownie od Johna. Poraziła go siła jej przerażenia. On nie… To nie on… On nie chciał…

Do pokoju wpadła matka Any.

– Matko Boska! – krzyknęła. – Co się… Och, moja Ana! Moja Ana! – Podbiegła do córki, która zanosiła się płaczem.

Tyle hałasu. Spencer wrzeszczał i klął z bólu. Ana szlochała. Jej matka lamentowała. John nie był w stanie się poruszyć.

Matka Any odwróciła się, a jej twarz wyrażała nienawiść, jakiej John jeszcze nigdy nie widział.

– Ty to zrobiłeś! – syknęła i splunęła mu w twarz.

– Nie, to nie ja. Ja nie…

– Obiecałeś ją chronić. – Widział, że kobieta usilnie stara się nie rzucić na niego. – Równie dobrze to mogłeś być ty.

John zamrugał oczami.

– Nie.

Równie dobrze to mogłeś być ty.

Równie dobrze to mogłeś być ty.

Równie dobrze…

John usiadł na łóżku, zlany potem. Czy naprawdę minęło pięć lat? Położył się znowu, starając się nie pamiętać, że Ana odebrała sobie życie trzy dni później.

3

Kiedy następnego ranka Bella zeszła na śniadanie, okazało się, że ani Emma, ani Alex jeszcze nie wstali. Było to dość zaskakujące, ponieważ Emma była raczej rannym ptaszkiem. Bella przypuszczała, że Alex zatrzymał ją w łóżku dla swoich własnych celów, i zastanawiała się, czy kobieta może zajść w ciążę, jeżeli już jest przy nadziei.

– Jak na kogoś, kto uważa się za oświeconą osobę – mruknęła do siebie – wiesz żałośnie mało o ważnych rzeczach.

– Czy mówiła pani coś, milady? – zainteresował się natychmiast służący.

– Nie, nie. Mówiłam do siebie – odparła, przewracając oczami. Jeśli tak dalej pójdzie, połowa Westonbirt uzna ją za wariatkę.

Nałożyła sobie odrobinę jedzenia, zerkając na gazetę z poprzedniego dnia położoną na stole dla Aleksa. Nowożeńcy wciąż jeszcze się nie pojawili, kiedy dokończyła omlet. Bella westchnęła, zastanawiając się, czym mogłaby się zająć.

Mogłaby pobuszować w bibliotece Aleksa, jednak nie miała ochoty na lekturę. Dzień był słoneczny, co zdarzało się nieczęsto tej wyjątkowo deszczowej jesieni, i nagle Bella pomyślała, że chciałaby nie być sama tego ranka, że byłoby miło, gdyby Alex lub Emma postanowili wstać wcześniej i mogłaby z kimś dzielić radość z pięknej pogody. Ale nie miała kogoś takiego. Chyba że… Bella pokręciła głową. Nie mogła tak po prostu wmaszerować do domu lorda Blackwooda.

Ale z drugiej strony – dlaczego nie?

Cóż, choćby dlatego, że jej nie lubił.

Ale przecież to właśnie dlatego powinna złożyć mu wizytę. Nigdy nie uda się jej poprawić sytuacji, jeśli nie będą się widywać.

Bella uniosła brwi, zastanawiając się nad tym. Gdyby zabrała ze sobą pokojówkę jako przyzwoitkę, nie przekroczyłaby bardzo granic przyzwoitości. Cóż, trochę by je przekroczyła, ale lord Blackwood nie zrobił na niej wrażenia człowieka przywiązanego do konwenansów, a innych świadków nie będzie. Podjąwszy decyzję, zeszła do kuchni, żeby sprawdzić, czy pani Goode nie ma na zbyciu kilku bułeczek. To byłoby pyszne śniadanie. Może lord Blackwood jeszcze nie zdążył zjeść.

Wszystko będzie dobrze. W końcu nie są w Londynie. Nie zaczną krążyć plotki o jej skandalicznym zachowaniu. Poza tym Bella nie zamierzała robić niczego strasznego. Po prostu chciała się przywitać jak należy z nowym sąsiadem. A przede wszystkim chciała zobaczyć, jak wygląda jego dom. Jakżeż on się nazywa? Alex wspomniał o tym poprzedniego wieczoru. Bletchwood Place? Blumley Manor? Blasphemous Burg?

W końcu dotarła do kuchni, gdzie pani Goode z radością przygotowała dla niej kosz. Bella wyszła, obładowana świeżymi dżemami i domowymi bułeczkami.

Zdecydowanym krokiem weszła do stajni, gdzie odszukała swoją klacz, Amber. Nie była pewna, gdzie dokładnie znajduje się dom Johna, ale wiedziała, że gdzieś na wschodzie. Jeśli będzie trzymała się drogi i jechała w stronę słońca, na pewno wcześniej czy później dotrze do celu.

Ruszyła powoli alejką łączącą Westonbirt z główną drogą. Pokojówka Emmy umiała jeździć konno i bez trudu za nią nadążała. Na głównej drodze skręciły na wschód i po mniej więcej kwadransie zobaczyły drogę, która wyglądała, jakby prowadziła do jakiejś posiadłości. Kilka chwil później Bella znalazła się na rozległej polanie, pośrodku której stał elegancki kamienny dom.

Jak na arystokratyczną rezydencję był stosunkowo niewielki, ale ładny i solidnie zbudowany. Spodobał się Belli. Uśmiechnęła się i popędziła klacz. Nie widziała stajni, więc zostawiła wierzchowca przy drzewie. Pokojówka Emmy zrobiła to samo.

– Przepraszam, Amber – szepnęła, wzięła głęboki oddech i weszła po frontowych schodach.

Chwyciła masywną mosiężną kołatkę i opuściła ją z głuchym hukiem. Po chwili drzwi otworzył siwowłosy staruszek. Bella doszła do wniosku, że musi być lokajem.

– Dobry wieczór – powiedziała uprzejmie. – Czy to dom lorda Blackwooda?

Lokaj uniósł brwi.

– Owszem.

Bella posłała mu najpromienniejszy z uśmiechów.

– Wyśmienicie. Poinformuj go, że lady Arabella Blydon przybyła z wizytą.

Buxton ani przez chwilę nie wątpił, że ma do czynienia z damą – nie, widząc jej elegancki strój i słysząc arystokratyczny akcent. Skinął z godnością głową i wprowadził ją do przestronnego pokoju utrzymanego w odcieniach błękitu i kremowego.

Bella w milczeniu patrzyła, jak lokaj znika na schodach. Potem spojrzała na pokojówkę Emmy i powiedziała: