Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 376 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Taniec cieni - Yelena Black

Elitarna szkoła baletowa skrywająca mroczny sekret. Wybitna tancerka, obdarzona talentem, którego nigdy nie chciała, i piętnem, od którego nie ma ucieczki.

Vanessa zawsze wiedziała, że taniec ma we krwi, ale nie zdawała sobie sprawy, że świat baletu ma również drugie dno i skrywa najciemniejsze sekrety. Do czasu kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach znika jej siostra z elitarnej Nowojorskiej Akademii Baletowej. Trzy lata później Vanessa zostaje przyjęta do szkoły i dostaje rolę, za którą większość dziewczyn mogłaby zabić… Dziewczyna powoli traci grunt pod nogami. Nie wie, gdzie czai się zło. Czy jest skazana na nieszczęsny los swojej siostry?

Opinie o ebooku Taniec cieni - Yelena Black

Fragment ebooka Taniec cieni - Yelena Black

Wydanie elektroniczne

O książce

Ro­dzi­na Mar­ga­ret nie może się otrząsnąć po jej ta­jem­ni­czym za­gi­nięciu. Wo­bec bez­rad­ności po­li­cji Va­nes­sa, młod­sza sio­stra Mar­ga­ret, po­sta­na­wia wziąć spra­wy w swo­je ręce i wstępuje do No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej, z której przed trze­ma laty zniknęła jej sio­stra.

Ta­lent Va­nes­sy na­tych­miast zo­sta­je do­strzeżony. Wkrótce dziew­czy­na do­sta­je główną rolę w ba­le­cie Igo­ra Stra­wińskie­go Ogni­sty ptak. Nie może jed­nak cie­szyć się tym w pełni z po­wo­du wro­gości star­szych koleżanek, zwłasz­cza Anny Fran­ko, która za­rzu­ca Va­nes­sie, że ukradła jej rolę… i chłopa­ka.

Zmęczo­na próbami, przy­bi­ta in­try­ga­mi Anny, za­gu­bio­na jeśli cho­dzi o uczu­cia swo­je­go part­ne­ra, Va­nes­sa nie ma cza­su na zaj­mo­wa­nie się sprawą sio­stry. Wszyst­ko się zmie­nia, gdy do­wia­du­je się, że Mar­ga­ret przed swo­im znik­nięciem również brała udział w próbach do Ogni­ste­go pta­ka, i to jako odtwórczy­ni głównej roli.

YELE­NA BLACK

Uczyła się tańca kla­sycz­ne­go, ale swo­je­go za­in­te­re­so­wa­nia ba­le­tem nie prze­kuła w zawód. Ukończyła stu­dia kre­atyw­ne­go pi­sa­nia na Uni­wer­sy­te­cie Co­lum­bia. Miesz­ka w No­wym Jor­ku i całko­wi­cie poświęca się pra­cy li­te­rac­kiej. Ta­niec cie­ni to jej de­biut.

www.yele­na­black­bo­oks.com

Tytuł ory­gi­nału:

DAN­CE OF SHA­DOWS

Co­py­ri­ght © The In­kho­use 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Da­nu­ta Górska 2014

Re­dak­cja: Do­ro­ta Ja­ku­bow­ska

Zdjęcie na okładce: © Na­ta­lie Shau

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: © Blo­oms­bu­ry

ISBN 978-83-7985-060-0

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Emi­ly

Za to, że ra­zem ze mną obi­jała się

przy au­to­ma­tach z na­po­ja­mi,

kie­dy po­win­nyśmy były ćwi­czyć szpa­ga­ty

PRO­LOG

W ostrym świe­tle cień Chloe roz­ciągał się przez całą scenę. Na czub­kach sztyw­nych palców, trze­począc ra­mio­na­mi ni­czym skrzydłami, wygięła szyję w łuk i pa­trzyła, jak jej syl­wet­ka zda­je się po­ru­szać nie­za­leżnie od niej…

Kro­pla potu spłynęła po jej klat­ce pier­sio­wej i wsiąkła w cienką tka­ninę try­ko­tu. Nie włączo­no mu­zy­ki. Sala była ciem­na i pu­sta, jed­nak Chloe czuła na so­bie wzrok ba­let­mi­strza. Sta­rała się nie dy­go­tać, kie­dy uniosła głowę, żeby od­wza­jem­nić jego spoj­rze­nie. Po­wo­li wy­sunęła przed sie­bie długą, smukłą nogę.

Stuknął laską w po­sadzkę.

– Jesz­cze raz.

Chloe otarła skro­nie. Stanęła w po­zy­cji, cho­ciaż kro­ple krwi i potu upstrzyły już podłogę po wie­lu go­dzi­nach ćwi­czeń. Na dany przez cho­re­ogra­fa znak trzy­naście ba­let­nic wokół niej zaczęło wi­ro­wać w ka­ska­dach bie­li, miękko ude­rzając sto­pa­mi o de­ski.

– Raz i dwa, i trzy, i czte­ry!

I za­nim się zo­rien­to­wała, jej sto­py prze­su­wały się bezgłośnie po sce­nie. Od­rzu­ciła głowę w tył, uniosła rozłożone ra­mio­na do światła.

– Te­raz do góry! – krzyknął ba­let­mistrz, kie­dy rzu­ciła się w stronę kręgu tan­ce­rek, nie gubiąc kro­ku. – Prze­mień swo­je ciało! Kości masz pu­ste! Sto­py jak piórka!

Chloe za­wi­ro­wała, wy­gi­nając ple­cy, kie­dy obok niej prze­my­kały tan­cer­ki o pu­stych twa­rzach, prze­bie­rające sto­pa­mi tak szyb­ko, że nie­mal się roz­ma­zy­wały.

– Tak! – zawołał cho­re­ograf z sze­ro­kim, trium­fal­nym uśmie­chem. – Tak!

Chloe była wy­czer­pa­na, kręciło jej się w głowie, prze­po­co­ny try­kot lepił się do skóry, ale nie dbała o to. Układ w końcu na­bie­rał kształtu. Splotła nogi z nie­wy­mu­szo­nym wdziękiem i ciało podążyło za nimi gładko i płyn­nie, ni­czym sa­ty­no­wa wstęga prześli­zgująca się po sce­nie.

Roz­luźniła się i od­chy­liła głowę do tyłu z za­chwy­tem. Jej klat­ka pier­sio­wa gwałtow­nie uno­siła się i opa­dała, gęste, roz­grza­ne po­wie­trze wypełniało płuca.

Po­zo­stałe tan­cer­ki wyciągnęły ręce w jej stronę, ich twa­rze two­rzyły bla­dy wir. Wy­mknęła się im, schy­liw­szy się ni­sko, aż czub­ka­mi palców musnęła drew­nianą podłogę. Drew­no wy­da­wało się dziw­nie gorące. Owionęła ją cien­ka smużka dymu, połasko­tała w nos. Nie­wy­raźny głos cho­re­ogra­fa do­cho­dził jak­by z da­le­ka. Lam­py nad głową za­mi­go­tały, rzu­cając upior­ne cie­nie na ścia­ny.

Fala ciepła prze­niknęła jej ciało. Dziw­na, nie­określona płomien­na moc wle­wała się do żył. W głowie za­pul­so­wał ból.

Pod czaszką roz­winął się sznur szeptów, ci­chych, nie­zro­zu­miałych głosów. Szarpnęła głową, próbując wy­rzu­cić je z umysłu, ale zlały się ze sobą, obce i nie­pojęte, co­raz głośniej­sze, co­raz bar­dziej prze­ni­kli­we.

Oczy ją paliły. Pokój tonął w czer­wie­ni. Trocz­ki ba­le­tek za­cieśniły się wokół ko­stek. Jej nogi na­gle wygięły się do tyłu, jak­by po­zba­wio­ne kości. Jakaś siła wy­rzu­ciła jej ra­mio­na nad głowę. Wbrew jej woli podbródek po­de­rwał się do góry, w stronę su­fi­tu.

„Moja”, po­wie­dział głos w jej głowie.

Chloe za­chwiała się i próbowała utrzy­mać równo­wagę na drżących no­gach. Ze wszyst­kich sił sta­rała się po­ru­szyć usta­mi.

– Nie! – krzyknęła kon­wul­syj­nie i wy­padła z po­zy­cji.

Tan­cer­ki za­trzy­mały się w pół kro­ku, twa­rze miały pu­ste i znie­kształcone. Z ciem­ności do­biegł głos cho­re­ogra­fa, prze­ci­nając ciszę.

– To, moja dro­ga, było fa­tal­ne po­tknięcie.

– Co? – szepnęła Chloe. – Jak możesz…

Ale jej słowa pochłonęło duszące tchnie­nie żaru, które owinęło się wokół niej, po­li­zało jej nogi. Skręciła się z bólu, kie­dy zawładnęła nią nie­określona siła, krew w niej ki­piała, pul­sując w pier­si, pal­cach, ra­mio­nach, aż wypełniła ją płomien­na eks­ta­za, nie do wy­trzy­ma­nia.

Ko­lo­ry wokół niej wy­ostrzyły się, stały się rażąco ja­skra­we. Coś za­skrze­czało w jej uszach – pi­skli­wy, ogłuszający wrzask, w którym na­gle roz­po­znała własny głos.

Eks­plo­do­wała ośle­piającym, roz­iskrzo­nym bla­skiem i jej ciało roz­sy­pało się w popiół.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Mat­ka z sze­le­stem roz­sunęła zasłony i pokój zalało popołudnio­we słońce.

Va­nes­sa zasłoniła oczy.

– Mamo, proszę.

– Trochę słońca nie za­szko­dzi – po­wie­działa pani Ad­ler i cofnęła się, żeby oce­nić efekt. – Poza tym za­bi­ja za­raz­ki. Nie wia­do­mo, jak dokład­nie tu sprzątają. – Po­grze­bała w to­reb­ce, wyjęła bu­te­leczkę płynu odkażającego Pu­rell i wy­cisnęła kroplę na dłoń. – Precz, bak­te­rie!

Va­nes­sa nie mogła się po­wstrzy­mać od śmie­chu. Ro­zej­rzała się po po­ko­ju.

Była to zwy­czaj­na sy­pial­nia w in­ter­na­cie, skrom­nie ume­blo­wa­na: dwa łóżka, dwa biur­ka i dwie ko­mo­dy. Ścia­ny po­ma­lo­wa­no na bla­dożółto. W długim lu­strze przykręco­nym po wewnętrznej stro­nie drzwi sza­fy od­bi­jały się nie­roz­pa­ko­wa­ne pudła, wa­lające się na podłodze. Dru­ga połowa po­ko­ju zo­stała już ude­ko­ro­wa­na. Na ścia­nach za­wisły pla­ka­ty fil­mo­we, na łóżku leżały pat­chwor­ko­we po­dusz­ki, z sza­fy wy­sy­py­wały się buty i ubra­nia – a wszyst­ko to w ja­skra­wych, krzy­kli­wych ko­lo­rach. Nig­dzie jed­nak nie było widać współlo­ka­tor­ki Va­nes­sy.

W ko­ry­ta­rzu pa­no­wał roz­gar­diasz – dziewczęta chi­cho­tały i plot­ko­wały o wa­ka­cjach, ro­dzi­ce kłócili się, prze­py­chając przez tłum ciężkie ku­fry, młod­sze sio­stry uczen­nic kręciły się w kółko jak osza­lałe ba­le­ri­ny.

Va­nes­sa przy­po­mniała so­bie, jak sama to­wa­rzy­szyła star­szej sio­strze pod­czas pierw­sze­go dnia szkoły, cho­ciaż pra­wie nie pamiętała, kie­dy ostat­nio śmiała się w tańcu. Zdmuchnęła z twa­rzy ko­smyk ru­dych włosów i zerknęła na ojca, który współczująco wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Cze­goś bra­ku­je. – Mat­ka prze­sunęła wa­zo­nik z jed­nej stro­ny szaf­ki noc­nej na drugą. – Tak le­piej – stwier­dziła, cho­ciaż Va­nes­sa nie wi­działa różnicy.

Oj­ciec wes­tchnął i kie­dy mat­ka nie pa­trzyła, przewrócił ocza­mi. Va­nes­sa par­sknęła śmie­chem.

– Co jest ta­kie za­baw­ne? – za­py­tała su­ro­wo mat­ka.

Va­nes­sa przy­gryzła wargę.

– Przy­po­mniało mi się coś z przeszłości.

– Przeszłość jest ni­czym – oświad­czyła mat­ka z lek­kim drżeniem w głosie. – Skup się na przyszłości. – Zmięła brzeg kołdry i prze­sunęła ręką po czo­le, jak­by chciała ze­trzeć cien­kie zmarszcz­ki, którymi stres i nie­pokój po­zna­czyły jej twarz przez ostat­nie kil­ka lat. – Oczy­wiście to miej­sce przy­wołuje tyle wspo­mnień…

Ktoś za­pu­kał do drzwi. Na ko­ry­ta­rzu stała dziew­czy­na z włosa­mi w koński ogon, z podkładką na do­ku­men­ty w ręku.

– Tak? – ode­zwała się mat­ka Va­nes­sy.

– Cześć. Szu­kam Va­nes­sy Ad­ler.

Va­nes­sa zro­biła krok w stronę drzwi, ale mat­ka nie ustąpiła jej z dro­gi.

– Je­stem jej matką. A ty?

– Och, je­stem Kate, opie­kun­ka roku. – Dziew­czy­na próbowała zaj­rzeć do po­ko­ju. – Chciałam po­wi­tać Va­nessę w No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej.

– Opie­kun­ka roku?! Je­steś tyl­ko ty?

– Właści­wie jest nas dwo­je – od­parła po­god­nie Kate. Oczy miała nie­bie­skie i by­stre, włosy ja­snobrązowe z blond pa­sem­ka­mi. – Opie­kuję się no­wy­mi dziew­czy­na­mi, a Ben opie­ku­je się chłopca­mi.

Pani Ad­ler zmarsz­czyła brwi.

– Chy­ba źle cię zro­zu­miałam. Chcesz mi po­wie­dzieć, że sama opie­ku­jesz się no­wy­mi?

Va­nes­sa skrzy­wiła się, a Kate rzu­ciła jej spoj­rze­nie pełne zro­zu­mie­nia, za­nim ob­da­rzyła panią Ad­ler uspo­ka­jającym uśmie­chem.

– Owszem. Ale za­pew­niam…

Pani Ad­ler jej prze­rwała.

– Czy zda­jesz so­bie sprawę, że No­wo­jor­ska Aka­de­mia Ba­le­to­wa przyj­mu­je co roku tyl­ko dwa­dzieścio­ro tan­ce­rzy w wie­ku Va­nes­sy?

– Tak… – zaczęła Kate.

– I że piętnaście lat to bar­dzo nie­bez­piecz­ny wiek?

Va­nes­sa po­czuła, że się czer­wie­ni.

– Wiem. Nie tak daw­no sama miałam piętnaście lat…

– Właśnie o to mi cho­dzi! – Pani Ad­ler wzniosła ręce do su­fi­tu. – Je­steś nie­wie­le star­sza od Va­nes­sy. Skąd będziesz wie­dzieć, gdzie ona jest i z kim spędza czas? Jak do­pil­nu­jesz, żeby od­ra­biała lek­cje i ćwi­czyła, kie­dy wokół jest tyle atrak­cji? Man­hat­tan czy­ha na młode, na­iw­ne dziewczęta.

W po­ko­ju za­padła ci­sza. Pani Ad­ler przy­trzy­mała się krawędzi ko­mo­dy i wa­chlo­wała szyję. Przez chwilę Va­nes­sa ma­rzyła, żeby oj­ciec uspo­koił matkę, po­wie­dział jej, że prze­sa­dza… ale nie tak wyglądały spra­wy między ro­dzi­ca­mi. To mat­ka wy­da­wała roz­ka­zy; oj­ciec tyl­ko je wy­ko­ny­wał.

– Prze­pra­szam – ode­zwała się mat­ka, kie­dy się opa­no­wała. – Po pro­stu mar­twię się o nią. – Odwróciła się do Va­nes­sy. – Ro­zu­miem, że mu­sisz tańczyć. Na­prawdę ro­zu­miem; byłam taka sama. Ale czy je­steś ab­so­lut­nie pew­na, że chcesz tu­taj zo­stać? Bo są jesz­cze inne rze­czy, cały świat…

– Mamo, dam so­bie radę. Prze­stań się mar­twić.

Roz­ma­wiały już o tym… wie­le, wie­le razy. Mat­ka wolała, żeby Va­nes­sa zo­stała w domu, żeby cho­dziła do pry­wat­nej szkoły w Mas­sa­chu­setts. Ale Va­nes­sa chciała… no, cho­dziło nie tyle o to, cze­go chciała. Ra­czej o to, co mu­siała zro­bić.

I to mu­siało być tu­taj. W No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej. W tej sa­mej szko­le, do której cho­dziła Mar­ga­ret.

Kie­dy przy­szedł list z za­wia­do­mie­niem o przyjęciu Va­nes­sy do aka­de­mii, do­pie­ro po całych mie­siącach kłótni mat­ka wy­ra­ziła zgodę. Nie za­szko­dziło, że Va­nes­sa otrzy­mała pełne sty­pen­dium. „Naj­bar­dziej uta­len­to­wa­na tan­cer­ka, jaką oglądaliśmy”, po­wie­dział członek ko­mi­sji re­kru­ta­cyj­nej. „To pew­nie ro­dzin­ne”.

W końcu pani Ad­ler ustąpiła.

Va­nes­sa posłała Kate prze­pra­szające spoj­rze­nie i wzru­szyła ra­mio­na­mi z na­dzieją, że dia­try­ba mat­ki jesz­cze nie ze­psuła jej opi­nii. Zo­stać wy­rzut­kiem w kla­sie składającej się za­le­d­wie z dzie­sięciu chłopców i dzie­sięcior­ga dziewcząt? Nie tak wy­obrażała so­bie nowy początek. Ale ku jej zdu­mie­niu Kate mrugnęła do niej, po czym odwróciła się do mat­ki.

– Man­hat­tan to rze­czy­wiście pod­nie­cające miej­sce – po­wie­działa, a ka­ko­fo­nia klak­sonów na uli­cach po­twier­dziła jej słowa. – I cho­ciaż nie mogę obie­cać, że w każdej chwi­li będę wie­działa, co robi Va­nes­sa, przy­rze­kam, że dołożymy wszel­kich sta­rań, żeby za­pew­nić spokój i bez­pie­czeństwo na­szym uczniom. W aka­de­mii obo­wiązuje ci­sza noc­na, ucznio­wie nie mają zbyt wie­le swo­bo­dy, zresztą wszy­scy są tak zajęci, że le­d­wo star­cza im cza­su na wy­pa­dy do mia­sta.

Pani Ad­ler ode­tchnęła.

– To do­brze.

– Świet­nie. – Kate wsunęła podkładkę pod pachę. – No, nie będę prze­szka­dzać w roz­pa­ko­wa­niu. Va­nes­so, zo­ba­czy­my się na in­au­gu­ra­cji, która odbędzie się w głównym stu­diu Ju­il­liar­da na dru­gim piętrze, za dwie go­dzi­ny. Jeśli mają państwo jesz­cze ja­kieś py­ta­nia, będę się kręcić w po­bliżu.

Pani Ad­ler spoj­rzała na córkę, po czym wyszła na ko­ry­tarz.

– Mam jesz­cze kil­ka pytań – zwróciła się do Kate i ru­szyła za nią.

Jak tyl­ko zna­lazły się poza zasięgiem słuchu, Va­nes­sa gwałtow­nie pokręciła głową, aż nie­sfor­ne rude włosy smagnęły ją po twa­rzy.

– No, to było wa­riac­two.

Oj­ciec uśmiechnął się i otarł pot z czoła. Był przy­stoj­nym mężczyzną o moc­nych, wy­ra­zi­stych ry­sach, które Va­nes­sa odzie­dzi­czyła ra­zem ze wzro­stem i ogni­sty­mi włosa­mi, cho­ciaż jego ściem­niały do dys­tyn­go­wa­ne­go kasz­ta­no­we­go od­cie­nia. Nie przy­po­mi­nała de­li­kat­ne­go kwia­tusz­ka jak mat­ka albo sio­stra Mar­ga­ret i częścio­wo dla­te­go była taką wspa­niałą tan­cerką. Po­ru­szała się z lek­kością, której nikt się po niej nie spo­dzie­wał; kie­dy wy­ko­ny­wała grand jeté, zda­wała się płynąć w po­wie­trzu, mu­skając scenę czub­ka­mi palców, prze­obrażona w białego łabędzia, Śpiącą Królewnę albo Wieszczkę Cu­krową, a jej ruda grzy­wa błyskała w światłach ni­czym na­elek­try­zo­wa­na.

Oj­ciec pod­winął rękawy ko­szu­li. Sięgnął po jedną z ba­le­tek leżących na ko­mo­dzie, wstążki prześliznęły mu się przez pal­ce. W jego dłoni pan­to­fe­lek wy­da­wał się ab­sur­dal­nie mały.

– Ness, wiesz, że jeśli ci się tu nie po­do­ba, możesz mi po­wie­dzieć.

Za otwar­ty­mi drzwia­mi przeszła grup­ka roz­ga­da­nych, roz­chi­cho­ta­nych dziewcząt. Va­nes­sa przy­gryzła wargę. Żałowała, że nie pra­gnie tu być równie moc­no jak one. No­wo­jor­ska Aka­de­mia Ba­le­to­wa była naj­lepszą szkołą tańca w kra­ju. Va­nes­sa po­win­na się cie­szyć, że tu jest, jed­nak nig­dy nie miała do tego ser­ca, przy­najm­niej do nie­daw­na. To jej star­sza sio­stra Mar­ga­ret ko­chała ba­let, li­czyła kro­ki przez sen i ma­rzyła, żeby występować na sce­nie. Va­nes­sa tyl­ko szła w jej ślady.

A jed­nak przez całą szkołę śred­nią spędzała więcej cza­su na ćwi­cze­niach przy drążku niż z przy­ja­ciółkami. Jakaś jej cząstka naj­bar­dziej pragnęła pójść do zwykłego li­ceum, jeść che­ese­bur­ge­ra bez po­czu­cia winy i uma­wiać się z chłopa­kiem, który nie nosił raj­tuzów ani span­dek­su. Przez pe­wien czas wie­rzyła, że to możliwe, ale złudze­nia szyb­ko prysły po tym, co się stało z Mar­ga­ret.

Va­nes­sa wes­tchnęła.

– Wiesz, że nie mogę zre­zy­gno­wać. – Zerknęła na drzwi. – Zdaję so­bie sprawę, że jest jej ciężko, ale nie tyl­ko ona kogoś stra­ciła.

– Ona się boi o cie­bie. Nie lubi tego miej­sca. – Oj­ciec sta­ran­nie odłożył ba­letkę z po­wro­tem na ko­modę.

– Nie martw się, tato. To tyl­ko szkoła – po­wie­działa Va­nes­sa.

– Wiem. Ale two­ja mat­ka wie­rzy… no, wiesz, co ona myśli. Wolałaby cię wysłać gdzie in­dziej. Po­pie­ram twoją de­cyzję, jeśli uważasz, że to dla cie­bie naj­lep­sze. Ale jeśli to się okaże dla cie­bie za trud­ne, za­wsze możesz wrócić do domu. Wy­brać inną drogę.

Uśmiechnął się krzy­wo i po­kle­pał Va­nessę po ra­mie­niu. Ro­zu­miała go, ale jaki miała wybór? Jej bab­ka była nie­gdyś pri­ma­ba­le­riną, jej mat­ka także, a Mar­ga­ret – jedną z naj­bar­dziej obie­cujących uczen­nic w hi­sto­rii szkoły.

Dopóki nie znikła przed trze­ma laty.

Va­nes­sa dokład­nie pamiętała, jak ode­bra­li te­le­fon. Był luty i w Mas­sa­chu­setts padał śnieg, wi­ro­wał za ku­chen­nym oknem, kie­dy jadła obiad z ro­dzi­ca­mi. Jej sio­stra uciekła, po­wie­dział mat­ce szkol­ny psy­cho­log. „Wpadła w złe to­wa­rzy­stwo”, dodał. „Pod wpływem stresów dziewczęta cza­sa­mi zba­czają na złą drogę, cho­ciaż usil­nie sta­ra­my się temu za­po­bie­gać”.

Tego wie­czo­ru ro­dzi­ce od­wieźli Va­nessę do dziadków i po­je­cha­li do No­we­go Jor­ku, żeby szu­kać Mar­ga­ret. W dzień współpra­co­wa­li z po­licją; no­ca­mi wędro­wa­li po mieście, prze­cze­sując naj­ciem­niej­sze i naj­brud­niej­sze za­ka­mar­ki. Po kil­ku ty­go­dniach oj­ciec wrócił do pra­cy i dołączał do mat­ki tyl­ko w week­en­dy.

Sześć mie­sięcy później ro­dzi­ce za­prze­sta­li po­szu­ki­wań i wrócili do domu, żeby zająć się drugą córką. Rze­czy Mar­ga­ret spa­ko­wa­no i prze­nie­sio­no do garażu.

Va­nes­sa pragnęła wie­rzyć, że Mar­ga­ret gdzieś tam jest, śmie­je się z przy­ja­ciółkami, pro­wa­dzi wy­ma­rzo­ne życie jako nor­mal­na na­sto­lat­ka.

Po­tem do­sta­li ostat­nią prze­syłkę z No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej: szkol­ny iden­ty­fi­ka­tor Mar­ga­ret, try­ko­ty, nadal wy­dzie­lające słabą kwia­tową woń i pod­nisz­czoną parę po­int. To wszyst­ko zna­leźli w jej szaf­ce w stu­diu, kie­dy pa­ko­wa­li resztę jej rze­czy. Mat­ka rozpłakała się, gdy otwo­rzyła pudełko i zo­ba­czyła ini­cjały Mar­ga­ret wy­skro­ba­ne na po­de­szwach. Mar­ga­ret prze­cho­wy­wała te sta­re po­inty, po­nie­waż do­stała je w pre­zen­cie od na­uczy­ciel­ki jesz­cze w Mas­sa­chu­setts.

– A jeśli ona nie żyje? – szepnęła mat­ka, wyrażając myśl, która dręczyła ich wszyst­kich.

Va­nes­sa usiadła obok i położyła mat­ce głowę na ra­mie­niu.

– Może już ich nie po­trze­bu­je. – Nie chciała uwie­rzyć w śmierć sio­stry.

Va­nes­sa i oj­ciec próbo­wa­li żyć da­lej, ale mat­ka przez cały mie­siąc pra­wie nie wsta­wała z łóżka. Prze­stała się kąpać, nie zmie­niała ubra­nia; zo­sta­wiała posiłki nie­tknięte; nie chciała na­wet słuchać mu­zy­ki kla­sycz­nej. Wte­dy Va­nes­sa zro­zu­miała, że jest źle.

Pew­ne­go po­nu­re­go piątku wyciągnęła z sza­fy ba­let­ki i weszła na pal­cach do sy­pial­ni, gdzie mat­ka leżała bez ru­chu pod przeście­radłem, zwi­nięta w kłębek. I kie­dy deszcz spływał po szy­bach, Va­nes­sa zatańczyła, po­zwa­lając, żeby wypłynął z niej cały żal, aż nie czuła już nic oprócz gwałtow­ne­go łomo­ta­nia ser­ca.

Mat­ka po­wo­li usiadła.

Wkrótce woziła już Va­nessę na lek­cje ba­le­tu jak za­wsze, aż pew­ne­go dnia Va­nessa oznaj­miła, że złożyła po­da­nie o przyjęcie do No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej. Mat­ka była za­szo­ko­wa­na. Uwiel­biała pa­trzeć, jak Va­nessa tańczy, nig­dy jed­nak nie sądziła, że młod­sza córka ko­cha to wy­star­czająco, żeby pójść w ślady Mar­ga­ret. Za­mknęły ten roz­dział życia, oświad­czyła.

Ale Va­nes­sa nie za­mknęła. Z po­mocą ojca za­pi­sała się do tej sa­mej szkoły, z której znikła Mar­ga­ret, po­nie­waż po­sta­no­wiła nie tyl­ko tańczyć, lecz również od­na­leźć siostrę. Mu­siała tam być – w tej szko­le, w tym życiu, które nie­gdyś należało do jej mat­ki i do Mar­ga­ret.

Te­raz oj­ciec przy­sunął so­bie pudło i usiadł obok Va­nes­sy.

– Mówię poważnie – pod­kreślił. – Wiem, że je­steś zdolną tan­cerką. Chciałem tyl­ko za­py­tać, czy je­steś szczęśliwa.

– Je­stem szczęśliwa – za­pew­niła Va­nes­sa. W pew­nym sen­sie, pomyślała. Szczęście za­wsze jest skom­pli­ko­wa­ne.

– Kto jest szczęśliwy? – za­py­tała mat­ka, osu­szając oczy lnianą chu­s­teczką.

Za­sko­czyła ich, wśli­zgując się do po­ko­ju. Za­wsze tak robiła, pod­kra­dała się nie­po­strzeżenie, wszech­obec­na siła w życiu Va­nes­sy.

– Ja – od­parła Va­nes­sa. – Je­stem szczęśliwa, że tu przy­je­chałam.

– Oczy­wiście – przy­taknęła mat­ka ze smut­kiem. – To naj­bar­dziej eli­tar­na szkoła ba­le­to­wa na świe­cie. – Zmu­siła się do uśmie­chu. – Od­wie­dziłam daw­ny pokój Mar­ga­ret.

Głos jej się załamał i oj­ciec Va­nes­sy objął ją ra­mie­niem.

– Obie­caj mi, że nig­dy nie weźmiesz żad­nych prochów. Na­wet aspi­ry­ny. Choćby cię sto­py nie wiem jak bolały.

– Tym nie mu­sisz się mar­twić – uspo­koiła ją Va­nes­sa. Wie­działa, że inne dziew­czy­ny sto­sują środ­ki prze­ciwbólowe, ona jed­nak miała sto­py tak za­har­to­wa­ne i pełne zgru­bień, że pew­nie mogłaby wbić so­bie gwóźdź w pa­lec i nic by nie po­czuła.

Wkrótce, po ostat­nim przeglądzie pu­stych pudeł, oj­ciec za­mknął ją w długim, cia­snym uści­sku.

– Za­dzwoń, gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wała. Cze­go­kol­wiek – szepnął. – Choćby tyl­ko po­ga­dać.

Za­sko­czo­na czułością w głosie ojca, Va­nes­sa odprężyła się w jego ra­mio­nach. To jest to, pomyślała, wdy­chając za­pach jego płynu po go­le­niu. Do­pie­ro te­raz do­tarło do niej, że nie wra­ca z ro­dzi­ca­mi do domu. Przy­tu­liła po­li­czek do kla­py oj­cow­skiej ma­ry­nar­ki.

– Za­dzwo­nię.

– No do­brze – po­wie­działa mat­ka. – Te­raz moja ko­lej.

I za­nim Va­nes­sa się zo­rien­to­wała, mat­ka przy­cisnęła ją do pier­si i za­nu­rzyła twarz w jej włosach.

– Och – wes­tchnęła, lek­ko kołysząc córkę w uści­sku – będę za tobą tęskniła. Będziesz cu­dow­na. Wiem, że będziesz.

Va­nes­sa od­ru­cho­wo oto­czyła ra­mio­na­mi smukłe ciało mat­ki.

I na­gle, jak­by mat­ka uświa­do­miła so­bie, co robi, puściła ją i odstąpiła. Wygładziła spódnicę, wy­tarła oczy chu­s­teczką.

– Mu­si­my już je­chać – oświad­czyła ener­gicz­nie.

Va­nes­sa od­pro­wa­dzała wzro­kiem ro­dziców zni­kających w ko­ry­ta­rzu. Co te­raz? Pod­niosła pudełko leżące obok łóżka. W środ­ku spo­czy­wały po­in­ty Mar­ga­ret, ze wstążkami owi­niętymi wokół znisz­czo­nej różowej sa­ty­ny. De­li­kat­nie prze­sunęła pal­cem po nierównych krawędziach ini­cjałów sio­stry na po­de­szwach. Właśnie cho­wała pudełko do sza­fy, kie­dy przez drzwi wpadła jakaś dziew­czy­na.

– Czy to była two­ja mama? Ta wa­riat­ka, która wpa­ro­wała do mo­je­go po­ko­ju bez pu­ka­nia? I ciągle gadała o ja­kiejś Mar­ga­ret?

Dziew­czy­na była wy­so­ka i szczupła, miała ciem­nobrązową skórę, prze­ni­kli­we zie­lo­ne oczy i cień uśmie­chu na ustach.

– Prze­pra­szam – bąknęła Va­nes­sa. – Może cię po­cie­szy, że ona mi to robi od lat.

– Cho­le­ra. A myślałam, że to moja mama jest okrop­na.

Va­nes­sa przy­gryzła wargę.

– Nie do­ty­kała two­ich rze­czy?

Dziew­czy­na ściągnęła do tyłu opaską gęste włosy.

– Nie, tyl­ko stała i jak­by… no, wi­bro­wała. Przez chwilę myślałam, że usiądzie na moim łóżku, ale zdążyłam ją przy­wołać do porządku. Chy­ba się prze­ze mnie popłakała.

– Nie, nie przez cie­bie – za­prze­czyła Va­nes­sa. – Ona ostat­nio często płacze. – Po chwi­li dodała: – Przy oka­zji, je­stem Va­nes­sa.

– Va­nes­sa? Więc kto to jest Mar­ga­ret?

– Moja star­sza sio­stra. Cho­dziła tu­taj… kie­dyś.

Oczy dziew­czy­ny zabłysły.

– Je­stem Stef­fie.

– Niezła hi­sto­ria. – Następna dziew­czy­na wsa­dziła głowę do środ­ka. – A ja je­stem TJ – oznaj­miła, szczerząc zęby. – Two­ja współlo­ka­tor­ka.

Miała wiel­kie sar­nie oczy i pie­gi, i splątaną szopę kędzie­rza­wych brązo­wych włosów, upiętych na czub­ku głowy. Kil­ka zabłąka­nych loczków opa­dało jej na twarz.

– To skrót od Tam­my Jes­si­ca, ale moim zda­niem te imio­na są zbyt dziew­czyńskie. TJ jest lep­sze, nie uważasz?

Va­nes­sa kiwnęła głową.

– Chy­ba tak.

– Zde­fi­niuj „lep­sze” – zażądała Stef­fie.

– Mnie też miło cię po­znać. – TJ usiadła na swo­im łóżku, na­kry­tym ja­skra­wo­nie­bieską na­rzutą. Jak na tan­cerkę miała buj­ne kształty. – Odkąd tu je­stem, wymyślam sie­bie na nowo. Jak mówiłam: TJ. „T” może zna­czyć na przykład „twar­da”. A „J” jak… jazz. Albo co­kol­wiek. Ale taka te­raz je­stem. Idę do przo­du.

Va­nes­sa uśmiechnęła się. Nowy początek to rze­czy­wiście do­bry po­mysł. Imię TJ pa­so­wało do wi­ze­run­ku no­wej zna­jo­mej: nie sto­so­wała ma­ki­jażu, na­wet kred­ki do po­wiek. I tak miała wy­ra­zi­ste rysy.

– Je­stem z mia­sta – oznaj­miła TJ, jak­by ist­niało tyl­ko to jed­no mia­sto. – Z Up­per East Side. Mogłam miesz­kać w domu, ale chciałam się wy­nieść od ro­dziców. Są praw­ni­ka­mi. Pril­lar i Pril­lar. Nasz dom to ciągłe ga­da­nie, ga­da­nie, ga­da­nie. – Przewróciła ocza­mi. – Faj­nie będzie się od tego ode­rwać.

Va­nes­sa mu­siała ukryć uśmiech. Ga­da­nie, ga­da­nie, ga­da­nie.

– Pril­lar? – powtórzyła. – Jak ten Pril­lar, który jest w zarządzie aka­de­mii?

Stef­fie odwróciła głowę.

– Nie mówiłaś mi o tym, TJ.

– A po­win­nam? – zdzi­wiła się TJ. – To nie miało nic wspólne­go z tym, że się do­stałam.

– Oczy­wiście, że nie – za­pew­niła Stef­fie. – Nie chciałam su­ge­ro­wać…

Ale TJ tyl­ko się roześmiała.

– Wiem. Więc skąd je­steś, Va­nes­so? Nie, cze­kaj. Niech zgadnę. Ka­li­for­nia. Nie, Ver­mont.

– Bli­sko – przy­znała Va­nes­sa. – Mas­sa­chu­setts.

– Nie martw się – po­wie­działa TJ, widząc, że Va­nes­sa zer­ka na stos ubrań przy jej łóżku. – Nie za­wsze je­stem taka bałaga­nia­ra.

– Ani ja. – Va­nes­sa roześmiała się.

– Dosyć o wa­szym bałaga­nie – ucięła Stef­fie. – Nie mogę uwie­rzyć, że będzie­my cho­dzić do szkoły na Man­hat­ta­nie. Su­per, no nie?

– Mia­sto, które nig­dy nie śpi – za­de­kla­mo­wała TJ.

– Gdzie chod­ni­ki są bru­ko­wa­ne złotem! – dodała Stef­fie. – Czy może to w Hol­ly­wo­od?

– Nie­ważne – od­parła Va­nes­sa. – Cho­dzi o to, że mamy szczęście.

– Ju­tro rano pierw­sze, co zro­bię, to pójdę na Ti­mes Squ­are – oznaj­miła Stef­fie. Po­pchnęła TJ i opadła na łóżko obok niej.

– Fuj! – TJ skrzy­wiła się. – Ju­tro rano pierw­sze, co zro­bię, to nie pójdę na Ti­mes Squ­are.

– Co jest złego w Ti­mes Squ­are? – zdzi­wiła się Stef­fie.

– Nic, jeśli je­steś tu­rystą.

– No, ja je­stem tu­rystką. Nie miesz­kałam tu przez całe życie jak co po­niektórzy z kupą włosów.

Wszyst­kie trzy wyj­rzały przez okno i zo­ba­czyły Lin­coln Cen­ter błyszczący w popołudnio­wym słońcu. Fon­tan­na na środ­ku pla­cu wy­rzu­cała wy­so­ko w po­wie­trze stru­gi wody, a ze wszyst­kich stron stały wspa­niałe bu­dyn­ki, które Va­nes­sa znała już na pamięć. Ten z szy­ba­mi z ar­ty­stycz­ne­go szkłato New York City Bal­let; wy­so­kie łuko­we okna należały do Me­tro­po­li­tan Ope­ra Ho­use; a bu­dy­nek wyłożony żółtym mar­mu­rem to Ave­ry Fi­sher Hall, gdzie mieściła się no­wo­jor­ska fil­har­mo­nia. Ich nowa szkoła, No­wo­jor­ska Aka­de­mia Ba­le­to­wa, przy­tu­liła się do Ave­ry Fi­sher Hall, obok szkoły Ju­il­liar­da; dwa skrom­ne bu­dyn­ki, które stały się te­raz do­mem Va­nes­sy. Za­chodzące słońce bar­wiło wszyst­ko od­cie­niem mosiądzu – od fon­tan­ny do bu­dynków na pla­cu, od drew­nia­nych wież ciśnień sterczących na da­chach licz­nych apar­ta­men­towców do od­ległych szkla­nych dra­pa­czy chmur, których okna wyglądały jak roz­to­pio­ne złoto.

– Na­prawdę pięknie. – Stef­fie po­rzu­ciła na chwilę kąśliwy ton. Wes­tchnęła. – Trud­no uwie­rzyć, że przez czte­ry lata będzie­my tu miesz­kać. Je­steśmy jak­by w cen­trum wszechświa­ta.

– Je­steśmy pra­wie w cen­trum wszechświa­ta – po­pra­wiła ją TJ. – W No­wym Jor­ku jest mnóstwo rze­czy, których pew­nie nig­dy nie zo­ba­czy­my. Lin­coln Cen­ter to mała bez­piecz­na ba­niecz­ka.

Nie taka bez­piecz­na, pomyślała Va­nes­sa, ale do no­wych przy­ja­ciółek po­wie­działa:

– To się wy­da­je nie­rze­czy­wi­ste, praw­da? Jak­bym ju­tro miała się obu­dzić w domu i od­kryć, że to był sen.

– Za­cze­kaj, aż się za­czną zajęcia – rzu­ciła TJ, błyskając w uśmie­chu białymi, równy­mi zębami. – Prze­sta­nie się wy­da­wać nie­rze­czy­wi­ste, kie­dy po­ro­bią się pęche­rze i sto­py za­czną krwa­wić.

Va­nes­sa in­stynk­tow­nie pod­ku­liła pal­ce u nóg w płócien­nych te­nisówkach. Nie mogła się po­wstrzy­mać, żeby nie spoj­rzeć na mu­sku­lar­ne uda Stef­fie i pro­ste ple­cy TJ. Za­sta­na­wiała się, czy są lep­szy­mi tan­cer­ka­mi od niej. Nie przy­wykłado obec­ności tylu praw­dzi­wych tan­ce­rek; w szko­le w Mas­sa­chu­setts za­wsze była dużo lep­sza od in­nych.

Roz­myśla­nia prze­rwała jej dwójka no­wych gości: współlo­ka­tor­ka Stef­fie, drob­niut­ka dziew­czy­na imie­niem Elly o fa­lujących blond włosach, z lap­to­pem pod pachą, i depczący jej po piętach Azja­ta.

– Usłysze­liśmy głosy i pomyśleliśmy, że wpad­nie­my się przy­wi­tać – po­wie­dział chłopiec – bo obo­je je­steśmy cu­dow­ni i na pew­no bar­dzo chce­cie nas po­znać. Mówcie mi Bla­ine. – Wyciągnął przed sie­bie rękę, jak­by się spo­dzie­wał pocałowa­nia.

Stef­fie skrzy­wiła się i usiadła na pa­ra­pe­cie, krzyżując długie, ciem­ne nogi. Kry­tycz­nie przyglądała się przy­by­szom.

– Ale to nie jest jego praw­dzi­we imię – oznaj­miła kpiąco Elly, prze­ciągając sa­mogłoski ze słod­kim południo­wym ak­cen­tem. Cała była cu­kier­ko­wa i fi­li­gra­no­wa: krótka blond fry­zur­ka, per­ka­ty no­sek, nadąsane usta. Na­wet ubrała się w ko­ron­ko­we różowości. Szturchnęła Bla­ine’a łokciem. – No da­lej, po­wiedz im.

Bla­ine pokręcił głową i półse­rio spio­ru­no­wał ją wzro­kiem.

– Ani się waż.

TJ od­garnęła z szyi kędzie­rza­we włosy.

– Więc jak się na­prawdę na­zy­wasz?

Bla­ine zbył jej py­ta­nie mach­nięciem ręki.

– Nie po­wiem.

– Dla­cze­go? – za­py­tała TJ, prze­nosząc spoj­rze­nie z Bla­ine’a na Elly. – Jej po­wie­działeś.

– Dla­te­go że obo­je je­steśmy z Południa. Ona ro­zu­mie.

– Co ro­zu­mie? – zdzi­wiła się Stef­fie.

– Że tam na dole lu­dzie są dziw­niej­si – od­parł Bla­ine ta­kim to­nem, jak­by wyjaśniał jej coś oczy­wi­ste­go.

– I szer­si – dodała TJ.

Bla­ine wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To praw­da. Ale słuchaj­cie, je­stem w połowie Japończy­kiem i w połowie Mek­sy­ka­ni­nem. Ilu zna­cie fa­cetów, którzy po­pi­jają mar­ga­ri­ty kie­lisz­kiem do sake?

– Co to jest sake? – szepnęła TJ do Va­nes­sy.

– Nie mówiąc o tym, że je­stem fa­ce­tem, który lubi nosić try­ko­ty i ba­let­ki – ciągnął Bla­ine – i nie je czer­wo­ne­go mięsa. Niełatwo ta­kie­mu do­ra­stać w Tek­sa­sie. Wie­cie, jak trud­no tam na dole o przy­zwo­itą sałatkę?

Dziewczęta wy­buchły śmie­chem.

– Nie jest tak źle – po­wie­działa Elly, zwi­jając się na łóżku obok TJ. – No i Południe ma coś, cze­go nie ma resz­ta kra­ju.

– Nad­wyżki le­mo­nia­dy Mo­un­ta­in Dew? – zażar­to­wała TJ.

Elly uśmiechnęła się i jej war­gi utwo­rzyły różowy półksiężyc.

– Dżen­tel­menów z Południa, zwłasz­cza z Ala­ba­my.

Bla­ine przewrócił ocza­mi.

– Dla mnie to sami far­me­rzy. Far­me­rzy z wiel­ki­mi, gru­by­mi mo­ty­ka­mi.

Va­nes­sa par­sknęła śmie­chem.

– Wolę ko­szu­le bez kra­watów i dre­li­cho­we spodnie od fraków i mu­szek – wy­znała. – Ale ja je­stem z Mas­sa­chu­setts. Lubię styl spor­to­wy.

– Wi­dzi­cie, ja właśnie o tym mówię – pod­chwy­cił Bla­ine. – Albo wy­star­czyłby mi ro­syj­ski tan­cerz. Są tacy su­ro­wi. Uwiel­biam to. Na­wet by mi nie prze­szka­dzało, gdy­by wca­le nie mówił po an­giel­sku. Dopóki ko­chałby się ze mną tak słodko i kar­mił mnie ka­wio­rem, a po­tem ra­zem ba­wi­li­byśmy się mo­imi ma­triosz­ka­mi. Nie żebym miał ja­kieś ma­triosz­ki – dodał.

Va­nes­sa i po­zo­stałe dziewczęta da­lej się na nie­go gapiły.

– Więc jak byście się po­ro­zu­mie­wa­li? – za­py­tała zdzi­wio­na Elly.

– Ko­cha­nie – od­parł Bla­ine, po­chy­lając się i trze­począc rzęsami – język miłości nie po­trze­bu­je słów. Nie oglądałaś Małej sy­ren­ki?

Tym rozśmie­szył na­wet Stef­fie.

– Dosyć o Ro­sja­nach, lal­kach i fil­mach Di­sneya. Je­steśmy tu, żeby tańczyć.

Elly otwo­rzyła lap­to­pa w różowej obu­do­wie, z ogrom­nym ser­cem na po­kry­wie, i po­ka­zała im zdjęcia słyn­nych tan­ce­rzy, którzy ukończy­li No­wo­jorską Aka­de­mię Ba­le­tową: Ana­sta­zja Pie­tro­wa w roli tytułowej w Gi­sel­le, Ale­xan­der Gar­rel jako żyla­sty Król My­szy w Dziad­ku do orzechów i Ju­lia­na Fa­ra­day jako ete­rycz­na księżnicz­ka Au­ro­ra w Śpiącej królew­nie.

– To ci, którym się udało – za­uważył Bla­ine. – A co z tymi in­ny­mi?

Va­nes­sa ze­sztyw­niała.

– O co ci cho­dzi?

– Słyszałam – wtrąciła Elly – że w zeszłym roku dziew­czy­na złamała nogę pod­czas próby. Jakiś fa­cet ją upuścił przy sko­ku. Ko­le­ga ze star­szej kla­sy po­wie­dział mi, że słyszał, jak pękła jej kość.

Va­nes­sa się wzdrygnęła.

– Dwa­dzieścio­ro jest powołanych – za­in­to­no­wała TJ – ale tyl­ko nie­licz­ni prze­trwają do dy­plo­mu.

– Mówię poważnie – upie­rał się Bla­ine. – Tylu uczniów od­no­si kon­tu­zje.

– Nie wspo­mi­nając o złama­nych pal­cach u nóg – po­parła go Stef­fie. – W zeszłym roku o mało jed­ne­go nie złamałam. – Obróciła stopę, aż zabrzęczała cien­ka srebr­na bran­so­let­ka.

– Albo złama­nych ser­cach – dodała Elly i ob­da­rzyła Bla­ine’a powłóczy­stym spoj­rze­niem. Rzu­cił w nią po­duszką.

– Albo dziew­czy­nach odesłanych do domu z po­wo­du pro­blemów z nad­wagą lub pro­cha­mi – przy­po­mniała Va­nes­sa.

– Czy cza­sem czu­je­cie się in­a­czej, kie­dy tańczy­cie? – za­py­tała na­gle Stef­fie. – Jak­by w sta­nie…

– De­li­rium – pod­sunęła Va­nes­sa, za­ska­kując samą sie­bie.

– Hmm… nie, właści­wie chciałam po­wie­dzieć, że w sta­nie nie­ważkości – spro­sto­wała Stef­fie.

– De­li­rium? – powtórzyła uba­wio­na TJ. – To zna­czy oszołomie­nie? Może w główce ci się kręci.

Va­nes­sa roześmiała się z zażeno­wa­niem.

– Żar­to­wałam – za­pew­niła.

To się zda­rzyło tyl­ko raz – dziw­ne, de­li­rycz­ne uczu­cie. Kie­dy Va­nes­sa tańczyła tak per­fek­cyj­nie, że mu­zy­ka sto­piła się z bi­ciem jej ser­ca, świat do­okoła rozpłynął się w nicość i nie­mal się za­tra­ciła. Ale może to był tyl­ko sku­tek od­wod­nie­nia. Tak jej po­wta­rzała mat­ka za każdym ra­zem, kie­dy Va­nes­sa próbowała po­ru­szyć ten te­mat. Pod­niosła wzrok i za­uważyła, że Stef­fie się jej przygląda. Po­czuła, że się ru­mie­ni, ale Stef­fie tyl­ko uśmiechnęła się wy­ro­zu­mia­le, jak­by chciała po­wie­dzieć: „Nie martw się, nie zdradzę two­je­go se­kre­tu”.

– In­au­gu­ra­cja! – zawołała na­gle Elly. W ko­ry­ta­rzu za drzwia­mi zro­biło się dziw­nie ci­cho. Spoj­rzała na ze­ga­rek.

– Cho­le­ra. Już je­steśmy spóźnie­ni!

ROZ­DZIAŁ DRU­GI

To nie­możliwe.

Resz­ta gru­py po­biegła w stronę Ju­il­liar­da, gdzie od­by­wała się in­au­gu­ra­cja. Ale Va­nes­sa stała jak przy­ku­ta do chod­ni­ka, wpa­trzo­na w wiotką dziew­czynę o długich kasz­ta­no­wych włosach.

Dziew­czy­na cze­kała na rogu na au­to­bus, czy­tając cza­so­pi­smo. Miała na so­bie bawełnianą plażową su­kienkę, odsłonięte ra­mio­na ob­sy­pa­ne były zna­jo­my­mi ciem­ny­mi pie­ga­mi.

Ser­ce Va­nes­sy za­marło. Czy to możliwe?

Po­deszła po­wo­li, prze­py­chając się wśród prze­chod­niów, aż zna­lazła się tuż obok dziew­czy­ny. Zro­biła jesz­cze je­den krok, wpa­trzo­na w de­li­katną skórę sio­stry.

– Mar­ga­ret?

Po­wie­trze było gęste od spa­lin sa­mo­cho­do­wych. Długie rude włosy Va­nes­sy po­wie­wały na wie­trze.

Dziew­czy­na obej­rzała się przez ramię, twarz miała obcą, nie­znaną.

Va­nes­sa ze­sztyw­niała.

– Och… prze­pra­szam – wyjąkała i cofnęła się. Po­czuła czyjąś dłoń na ra­mie­niu i drgnęła za­sko­czo­na.

– Wszyst­ko w porządku? – za­py­tała Stef­fie.

Va­nes­sa kiwnęła głową.

– Co ro­bisz?

– Zda­wało mi się, że zo­ba­czyłam kogoś zna­jo­me­go – wyjaśniła Va­nes­sa, za­trzy­mując dłużej spoj­rze­nie na ple­cach dziew­czy­ny. – Ale to głupie, praw­da? W No­wym Jor­ku miesz­kają mi­lio­ny lu­dzi. Ja­kie mam szan­se zna­leźć wśród nich jedną osobę?

– Nie uważam, że to głupie – za­prze­czyła łagod­nie Stef­fie.

Va­nes­sa spoj­rzała na ludzką rzekę płynącą chod­ni­kiem, na stłoczo­ne wy­sta­wy sklepów i ka­mie­ni­ce li­co­wa­ne bru­nat­nym pia­skow­cem, i górujące nad nimi dra­pa­cze chmur. Okna bu­dynków wy­da­wały się z dołu maleńkie i Va­nes­sie zakręciło się na­gle w głowie na myśl, że za każdym z tych szkla­nych kwa­dra­cików ktoś miesz­ka, tysiące lu­dzi w pro­mie­niu za­le­d­wie tych trzech prze­cznic. Gdzieś tam była jej sio­stra.

I dla­te­go Va­nes­sa przy­je­chała do No­we­go Jor­ku: chciała zna­leźć Mar­ga­ret.

– Chodź – po­na­gliła ją Stef­fie. – Je­steśmy spóźnio­ne.

Do­go­niły po­zo­stałych, którzy sta­li przed drew­nia­ny­mi drzwia­mi i wyglądali na za­gu­bio­nych.

– Myślałam, że to tu­taj – po­wie­działa Elly, rozglądając się po ko­ry­ta­rzu pełnym drzwi pro­wadzących do stu­diów ta­necz­nych. – Ale drzwi są za­mknięte na klucz.

– Może za­mknęli przed nami, bo się spóźniliśmy – zga­dy­wał Bla­ine.

– Ja spróbuję – za­pro­po­no­wała Va­nes­sa.

Na­parła na drzwi całym ciężarem ciała. Otwo­rzyły się z roz­ma­chem i cała piątka wpadła do środ­ka.

Zna­leźli się w dużym stu­diu ba­le­to­wym. Lu­stra na ścia­nach od­bi­jały ciepłe światło i wywoływały wrażenie nie­skończo­nej prze­strze­ni. Wszy­scy ucznio­wie sie­dzie­li na podłodze i ga­pi­li się na przy­by­szy.

– Bar­dzo in­te­re­sujące – ode­zwała się z lek­kim nie­miec­kim ak­cen­tem jakaś ko­bie­ta, mierząc ich wzro­kiem. Była taka ni­ska, że Va­nes­sa do­pie­ro te­raz ją za­uważyła. W śred­nim wie­ku, nie­zgrab­na i przy­sa­dzi­sta, miała gru­be nogi i brązowe włosy bez połysku. – Pierw­szy dzień i już nie nadążacie.

– Prze­pra­sza­my – palnęła TJ. – Zabłądzi­liśmy.

Ko­bie­ta zmrużyła oczy. Twarz miała okrągłą, spoj­rze­nie su­ro­we i jed­no­cześnie życz­li­we. Przy­wo­dziła na myśl wiejską go­spo­dy­nię.

– Miej­my na­dzieję, że wasz ta­niec okaże się trochę bar­dziej ele­ganc­ki niż wa­sze wejście. Wa­sze miej­sce jest… dokład­nie… tu­taj. – Wska­zała na swo­je sto­py.

Sta­rając się na ni­ko­go nie pa­trzeć, Va­nes­sa po­pro­wa­dziła swoją grupkę na przód sali. Kate, opie­kun­ka roku, sie­działa przy drążku z kil­ko­ma dziew­czy­na­mi i uśmie­chała się współczująco. Inni ucznio­wie spoglądali na Va­nessę, kie­dy la­wi­ro­wała między nimi – dziewczęta z war­ko­cza­mi ze­bra­ny­mi w kocz­ki, z szyl­kre­to­wy­mi spin­ka­mi i grze­bie­nia­mi we włosach, z obnażony­mi szczupłymi ra­mio­na­mi, w ob­cisłych ko­szul­kach na ramiączkach; chłopcy w czar­nych dżin­sach, białych podko­szul­kach i obciętych blu­zach dre­so­wych, odsłaniających twar­de jak skała bi­cep­sy i umięśnio­ne brzu­chy.

Nikt się nie po­ru­szył, żeby prze­puścić Va­nessę i jej przy­ja­ciół.

Za­nim usiadła, spo­strzegła grupę trzy­na­stu star­szych dziewcząt opar­tych o lu­stra w kącie sali. Wyglądały pięknie – smukłe i le­ni­we – kie­dy szep­tały między sobą. Wszyst­kie były spa­lo­ne słońcem, jak­by właśnie zeszły z plaży.

– Jak mówiłam – podjęła ko­bie­ta stojąca z przo­du i odchrząknęła – na­zy­wam się Hil­da i będę asy­stentką cho­re­ogra­fa.

Va­nes­sa wcisnęła się obok Stef­fie, która lek­ko pach­niała wa­ni­lią. Wi­docz­nie też za­uważyła star­sze dziew­czy­ny, bo po­wie­działa:

– Ktoś za­po­mniał kre­mu z fil­trem.

Va­nes­sa już miała się uśmiechnąć, kie­dy Hil­da prze­chwy­ciła jej wzrok.

– A te­raz chciałabym wam przed­sta­wić wa­sze­go cho­re­ogra­fa, Jo­se­fa.

Żyla­sty mężczy­zna o zwar­tej fi­gu­rze tan­ce­rza wy­szedł przed ze­bra­nych. Na pierw­szy rzut oka wyglądał młodo, ale kie­dy się zbliżył i Va­nes­sa wyraźniej zo­ba­czyła jego twarz, uświa­do­miła so­bie, że do­bie­ga czter­dziest­ki.

Hil­da od­sunęła się i Jo­sef się uśmiechnął, po­ka­zując uro­czo krzy­we zęby. Prze­cze­sał ręką fa­li­ste brązowe włosy, przyprószo­ne si­wizną. Nosił ob­cisłe czar­ne dżinsy i białą pod­ko­szulkę z wycięciem w se­rek, odsłaniającym kępkę włosów na pier­si. Cho­ciaż nie był wy­so­ki ani spe­cjal­nie przy­stoj­ny, jego obec­ność wypełniła całe stu­dio.

– No więc za­czy­na­my. – Mówił z lek­kim fran­cu­skim ak­cen­tem. – Wi­taj­cie na czub­ku świa­ta.

Po jego słowach pokój jak­by się roz­jaśnił. Va­nes­sa ro­zej­rzała się i zo­ba­czyła, że inni ucznio­wie się uśmie­chają.

– Każdy tan­cerz ma­rzy, żeby uczęszczać do No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej, i słusznie. Je­steśmy szkołą z ma­rzeń. Tu­taj na­uczy­cie się wzno­sić po­nad ten świat. Prze­mie­ni­cie się w książąt, wróżki, białe i czar­ne łabędzie, złe królowe i de­mo­ny z piekła ro­dem. Będzie­cie płynąć jak chmu­ry i zni­kać jak cień. Pu­blicz­ność pomyśli, że to gra świa­teł, ale wy wszy­scy będzie­cie wie­dzie­li, że to wy je­steście światłem. Wy je­steście mu­zyką. Je­steście ni­czym in­nym jak tyl­ko ru­chem.

W sali pa­no­wała taka ci­sza, że Va­nes­sa słyszała, jak Jo­sef ode­tchnął.

– Sko­ro mowa o ru­chu, muszę ostrzec, że jed­na czwar­ta no­wi­cju­szy od­pad­nie po pierw­szym roku. Pew­nie to was za­sko­czy, bo pra­co­wa­liście tak ciężko, żeby tu się do­stać, więc na­wet nie możecie so­bie wy­obra­zić klęski. – Prze­rwał i omiótł spoj­rze­niem salę. – Su­ge­ruję, żebyście od­rzu­ci­li wszel­kie z góry przyjęte założenia do­tyczące ba­le­tu, żebyście przy­cho­dzi­li na zajęcia miękcy i po­dat­ni, go­to­wi do ukształto­wa­nia.

Wszy­scy rozglądali się do­okoła, zer­ka­li na in­nych uczniów, jak­by próbo­wa­li od­gadnąć, kto odej­dzie pierw­szy.

– Ale dość o tym – uciął Jo­sef, na­gle pełen opty­mi­zmu. – Każdej zimy wy­sta­wia­my ba­let na głównej sce­nie te­atru. Z dumą ogłaszam, że w tym roku wy­sta­wi­my Ogni­ste­go pta­ka Stra­wińskie­go.

Przez ułamek chwi­li spoj­rze­nie Jo­se­fa spoczęło na Va­nes­sie. Zda­wało jej się, że do­strzegła w jego oczach błysk roz­po­zna­nia, za­nim odwrócił wzrok. Czyżby znał jej siostrę?

– Główną po­sta­cią ba­le­tu jest książę Iwan, który wkra­cza do za­cza­ro­wa­ne­go ogro­du Koście­ja. Tam książę chwy­ta Ogni­ste­go Pta­ka, który ofia­ro­wu­je mu po­moc w za­mian za od­zy­ska­nie wol­ności. Kie­dy Iwan za­ko­chu­je się w jed­nej z trzy­na­stu księżni­czek, Ogni­sty Ptak po­ma­ga mu po­ko­nać Koście­ja i zdo­być praw­dziwą miłość.

W lu­strze na ścia­nie mignęło coś ciem­ne­go i ob­ce­go, lecz kie­dy Va­nes­sa się obej­rzała, ni­cze­go nie do­strzegła.

– Pod­no­si­my kur­tynę trzy­na­ste­go grud­nia. Mamy do­pie­ro wrze­sień, więc ter­min wy­da­je się od­legły, ale za­pew­niam was, że nie jest. Ob­sadę wy­zna­czy­my za mie­siąc. Główne role pra­wie za­wsze przy­pa­dają uczniom wyższych klas, więc, no­wi­cju­sze, nie bądźcie roz­cza­ro­wa­ni, jeśli was nie wy­biorą. Wasz czas na­dej­dzie. Tym­cza­sem spo­dzie­wam się was wi­dzieć tu­taj, przy drążku. Ćwi­cze­nia przede wszyst­kim. Tyl­ko jed­na uczen­ni­ca olśniła nas do­sta­tecz­nie, żeby od początku zwrócić na sie­bie uwagę. Była na pierw­szym roku, kie­dy ob­sa­dzi­liśmy ją w głównej roli. Wspa­niała tan­cer­ka. Ete­rycz­na. – Jo­sef za­mknął oczy, jak­by przy­woływał z pamięci jej ob­raz. – Nie­ste­ty załamała się pod presją i od­padła. Jej ma­rze­nie prysło. – Po­pa­trzył na ze­bra­nych. – Nie pozwólcie, żeby was to spo­tkało.

Mar­ga­ret. Va­nes­sa ro­zej­rzała się po stu­diu, ale chy­ba nikt nie wie­dział, o kim mówi Jo­sef. Nikt oprócz Stef­fie, która ob­ser­wo­wała Va­nessę z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy.

Zakłopo­ta­na Va­nes­sa oplotła ko­la­na rękami. W du­chu na­po­mi­nała się, żeby re­ago­wać bar­dziej dys­kret­nie. Zno­wu po­czuła na so­bie wzrok Jo­se­fa, ale może tyl­ko jej się zda­wało.

– Ciężka pra­ca i cier­pli­wość są równie ważne. A sko­ro o tym mowa… rola księcia Iwa­na zo­stała już ob­sa­dzo­na. – Jo­sef prze­szu­kał wzro­kiem tłum. – Zep­pe­lin Gray, ze­chcesz wstać?

Va­nes­sa naj­pierw zo­ba­czyła jego od­bi­cie, jego oczy, głębo­kie i gład­kie jak ciem­ny me­tal. Sie­dział ra­zem z dziewczętami w kącie sali. Wstając, jak­by się rozkładał, po­sze­rzał ra­mio­na, wydłużał kręgosłup, aż górował nad resztą sali. Va­nes­sa nig­dy kogoś ta­kie­go nie wi­działa. Był za wy­so­ki na tan­ce­rza, zbyt szorst­ki, jed­nak po­ru­szał się z wdziękiem, jego czar­ne włosy lśniły w ciepłym świe­tle.

Zep­pe­lin, pomyślała, wodząc spoj­rze­niem po za­ry­sie jego ra­mion, kie­dy na­gle ich oczy się spo­tkały.

Za­sko­czył ją, wytrącił z równo­wa­gi. Prze­chy­lił głowę i jego twarz się zmie­niła, ostre kon­tu­ry złagod­niały. Opa­le­ni­zna na­brała mie­dzia­ne­go połysku, na­dając mu wygląd posągu. Va­nes­sa czuła, że mogłaby pa­trzeć na nie­go go­dzi­na­mi i wciąż nie wi­dzieć, co kry­je się we wnętrzu. Za­chwiała się, war­gi jej zadrżały, ale nie mogła ode­rwać oczu.

A po­tem chłopiec na­gle się uśmiechnął.

– Fan­ta­stycz­ny, no nie? – po­wie­działa Stef­fie. – Le­piej za­mknij usta. I prze­stań się gapić.

Va­nes­sa po­czuła, że się czer­wie­ni. Odwróciła wzrok od odtwórcy roli księcia Iwa­na i zajęła się obia­dem. Sie­dzie­li przy gru­bym drew­nia­nym sto­le w ja­dal­ni obok in­ter­na­tu. Na środ­ku sali wi­siał ogrom­ny mosiężny kan­de­labr. Wokół roz­le­gał się gwar rozmów, szczęka­nie ta­le­rzy i sztućców.

Va­nes­sa z roz­tar­gnie­niem sku­bała sałatkę, żałując, że nie do­stała grza­nek. Jesz­cze nig­dy nie wi­działa ta­kiej dziw­nej ja­dal­ni, z ma­syw­nym ba­rem sałat­ko­wym pośrod­ku i kil­ko­ma sa­mot­ny­mi ob­ro­to­wy­mi ta­ca­mi z chle­bem i ma­ka­ro­nem. Na la­dzie z de­se­ra­mi stała sałatka owo­co­wa oraz mi­cha grud­ko­wa­te­go cze­ko­la­do­we­go pud­din­gu, z pew­nością umyślnie przyrządzo­ne­go tak, żeby wyglądał nie­ape­tycz­nie.

Na­prze­ciw­ko TJ ge­sty­ku­lo­wała wi­del­cem, potrząsała kręco­ny­mi włosa­mi i roz­wo­dziła się nad tym, jaka nud­na i ku­la­wa była in­au­gu­ra­cja.

Va­nes­sa nie słuchała. Za­miast tego rzu­cała ukrad­ko­we spoj­rze­nia w stronę Zep­pe­li­na. Albo Zepa, jak wszy­scy go na­zy­wa­li. Sie­dział przy sto­le w kącie z grupą opa­lo­nych star­szych dziew­czyn, które wi­działa na in­au­gu­ra­cji. Wszyst­kie były nie­po­kojąco chu­de.

– Nie na­pa­laj się za bar­dzo – ostrzegła Stef­fie. – Słyszałam, że on cho­dzi z Anną.

Va­nes­sa próbowała ukryć roz­cza­ro­wa­nie.

– Która to?

– Trud­no je rozróżnić, no nie? – Stef­fie zaśmiała się. – One wszyst­kie należą do klu­bu die­te­tycz­ne­go. Ubie­rają się tak samo, jedzą to samo, pew­nie rzy­gają tym sa­mym. Ale ta na końcu im prze­wo­dzi.

Ładna dziew­czy­na o długich ja­snych włosach i de­li­kat­nej twa­rzy lal­ki sie­działa obok Zepa, łaskocząc pal­ca­mi jego nad­gar­stek.

– Anna Fran­ko. To wnucz­ka Mimi Fran­ko.

– Tej ba­let­ni­cy z lat pięćdzie­siątych? – zdu­miała się Va­nes­sa. – Która robiła to nie­praw­do­po­dob­ne jete w Ro­meo i Ju­lii?

Stef­fie przy­taknęła.

– Tak, właśnie tej.

Va­nes­sa skur­czyła się wewnętrznie. Pamiętała jesz­cze, jak ra­zem z siostrą do późna oglądały występ Mimi Fran­ko, jesz­cze raz i jesz­cze raz, aż za­pa­miętały każdy ruch. Mimi była za­chwy­cająca, ma­gicz­na, ska­kała tak wy­so­ko i stąpała tak płyn­nie, że rzu­ciła urok na Va­nessę.

– I wi­docz­nie Anna jest taka sama – ciągnęła Stef­fie. – Zde­cy­do­wa­nie jest naj­zdol­niejszą dziew­czyną w szko­le. Przy­najm­niej odkąd jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka Chloe Mar­tin wy­le­ciała. Po­dob­no obie były nie­sa­mo­wi­te i słyszałam, że Chloe była jesz­cze lep­sza niż Anna. Gdy­by nie od­padła, do­stałaby główną rolę w Ogni­stym pta­ku. Te­raz, kie­dy jej nie ma, wszy­scy myślą, że Anna zaj­mie jej miej­sce.

Va­nes­sa niechętnie mu­siała przy­znać, że Anna pa­so­wała do tej roli. Pa­trzyła, jak blon­dyn­ka na­chy­la się i szep­cze Ze­po­wi coś do ucha. Uśmiechnął się do niej i ra­zem wsta­li, po­ru­szając się w jed­nym ryt­mie. Białe ba­le­rin­ki Anny stu­kały na ka­fel­ko­wej podłodze, kie­dy wy­cho­dzi­li przez podwójne drzwi.

Va­nes­sa z wes­tchnie­niem od­chy­liła się na opar­cie krzesła i próbowała słuchać roz­mo­wy, ale jej myśli ciągle krążyły wokół Zepa.

– Skąd on jest? – rzu­ciła na­gle, nieświa­do­mie wy­po­wia­dając py­ta­nie na głos.

– Z Paryża oczy­wiście – od­po­wie­działa Elly. – Był daw­niej słyn­nym tan­ce­rzem. Nie słyszałaś o nim?

Va­nes­sa za­mru­gała. Może dla­te­go już go wy­bra­no do roli księcia Iwa­na.

– Jak to? On jest taki młody.

Elly zmarsz­czyła brwi, co wyglądało nie­na­tu­ral­nie na jej drob­nej dziewczęcej twa­rzy.

– Tyl­ko wygląda młodo na swój wiek.

– Och – bąknęła Va­nes­sa, próbując nie oka­zać za­sko­cze­nia. – Więc dla­cze­go tu jest?

– Nie wiem. – Elly wy­twor­ny­mi ge­sta­mi nabiła trzy grosz­ki na wi­de­lec. – Chy­ba nie zro­bił nic ta­kie­go strasz­ne­go – stwier­dziła. – In­a­czej by go tu nie przyjęli.

Va­nes­sa prze­stała żuć.

– A co niby zro­bił?

Bla­ine po­pa­trzył na nią ze zdzi­wie­niem.

– Nie słuchałaś? Właśnie roz­ma­wia­liśmy o tym, że był za­mie­sza­ny w jakiś skan­dal i wy­ko­pa­li go z ba­le­tu Ope­ry Pa­ry­skiej.

– Jaki skan­dal?

– Nie wiem – od­parła Elly, wzru­szając ra­mio­na­mi. – To chy­ba miało coś wspólne­go z wy­pad­kiem ja­kiejś dziew­czy­ny.

– Wy­pad­kiem ba­le­to­wym czy in­ne­go ro­dza­ju? – za­py­tała TJ z sze­ro­kim dwu­znacz­nym uśmie­chem.

Elly skar­ciła ją wzro­kiem.

– Wy­pad­kiem ba­le­to­wym. Cho­ciaż po­dob­no miał dużo ro­mansów.

Va­nes­sa nie­mal się zadławiła po­mi­dor­kiem cher­ry.

– Co? – wy­krztu­siła, kaszląc.

– Słyszałam, że ma trójkę dzie­ci, każde z inną ko­bietą. – TJ otarła usta ser­wetką. – Wi­docz­nie wszyst­kie miesz­kają gdzieś w Eu­ro­pie.

– Zep ma trójkę dzie­ci? – wy­rwało się Va­nes­sie.

TJ wy­szcze­rzyła zęby i nad­gryzła spi­ralną wstążkę ma­ka­ro­nu; tyl­ko jej jed­nej wy­star­czyło od­wa­gi, żeby sięgnąć po węglo­wo­da­ny.

– Och, skar­bie. Myślałaś, że roz­ma­wia­my o Ze­pie? Va­nes­sa przełknęła ślinę, uświa­do­miw­szy so­bie swoją pomyłkę.

– Jo­sef – wy­mam­ro­tała. – To o nim roz­ma­wia­liście… Ale prze­rwał jej ostry dźwięk gwizd­ka. Na środ­ku sali po­ja­wiła się Hil­da w brzyd­kiej czar­nej suk­ni okry­wającej przy­sa­dzistą syl­wetkę.

– Ci­sza noc­na! – oznaj­miła głośno.

Salę wypełnił zgrzyt od­su­wa­nych krze­seł, brzęk na­czyń, świst otwie­ra­nych i za­my­ka­nych wa­hadłowych drzwi.

Va­nes­sa ze­brała swo­je rze­czy i wyszła z ja­dal­ni za przy­ja­ciółmi, wdzięczna Hil­dzie za odwróce­nie uwa­gi zna­jo­mych od Zepa. Lecz kie­dy wszy­scy ru­szy­li w stronę in­ter­na­tu, szepnęła do Stef­fie:

– Man­hat­tan cze­ka.

– W całej hałaśli­wej chwa­le – zgo­dziła się Stef­fie. – Tyl­ko rzu­ci­my okiem.

Ra­zem wy­mknęły się, żeby obej­rzeć mia­sto.

– Jo­sef był za­mie­sza­ny w skan­dal? – za­py­tała Va­nes­sa, kie­dy prze­bie­gały przez ulicę na Lin­coln Pla­za.

– Chy­ba tak – od­parła Stef­fie. – Cho­ciaż nig­dy o tym nie słyszałam.

Zna­lazły miej­sce na mur­ku wokół fon­tan­ny. Lu­dzie le­niu­cho­wa­li, gawędzi­li i po­pi­ja­li kawę pod szkla­ny­mi fa­sa­da­mi bu­dynków. Noc za­padła nad No­wym Jor­kiem i mia­sto tętniło życiem: po Broad­wayu pędziły sa­mo­cho­dy, roz­ci­nając mrok smu­ga­mi re­flek­torów; światła ulicz­ne zmie­niały się fa­la­mi wi­docz­ny­mi tak da­le­ko, jak dziew­czy­ny sięgały wzro­kiem; jaśniały rozświe­tlo­ne okna apar­ta­men­towców.

Va­nes­sa i Stef­fie od­chy­liły się do tyłu, spoj­rzały na głębo­kie ciem­ne nie­bo nad pla­cem.

– Nie ma ani jed­nej gwiaz­dy – za­uważyła Va­nes­sa. – Jak­byśmy się prze­niosły z na­szej rze­czy­wi­stości do ja­kie­goś dzi­wacz­ne­go al­ter­na­tyw­ne­go wszechświa­ta.

– Masz rację – przy­znała Stef­fie, wpa­trzo­na w nie­bo. – Ale w tym świe­cie, skar­bie, to my będzie­my gwiaz­da­mi. Chodź.

Wstała i pociągnęła Va­nessę zarękę. Przeszły przez ulicę i skręciły w stronę śródmieścia. Mi­ja­li je prze­chod­nie, idąc dokądś tak szyb­ko, że chy­ba nie wi­dzie­li ni­cze­go wokół sie­bie.

– Tak so­bie myślę, że Nowy Jork to sa­mot­ne miej­sce – ode­zwała się Stef­fie.

– Co za iro­nia, praw­da? – mruknęła Va­nes­sa. – Wszędzie hałas, ale właści­wie nic nie słychać. Wszyst­ko się zle­wa.

Stef­fie przy­taknęła.

– Z początku nie chciałam tu przy­jeżdżać. To zna­czy za­wsze chciałam pójść do No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej, ale kie­dy do­stałam za­wia­do­mie­nie o przyjęciu, po­czułam się tak, jak­bym nie miała wy­bo­ru. No bo kto mógłby od­rzu­cić taką ofertę?

– Wiem, o czym mówisz – po­wie­działa Va­nes­sa. – Moja bab­ka, moja mat­ka, moja sio­stra… one wszyst­kie cho­dziły do NAB. Mam wrażenie, że do­ko­na­no za mnie wy­bo­ru dużo wcześniej, za­nim przy­szedł ten list.

Va­nes­sa odwróciła wzrok, świa­do­ma, że nie mówi całej praw­dy. Rze­czy­wiście do­ko­na­no za nią wy­bo­ru daw­no temu, tyle że nie zro­biła tego mat­ka, która wca­le nie chciała tu wysłać Va­nes­sy. Nie, to przez Mar­ga­ret i jej dziw­ne znik­nięcie Va­nes­sa czuła, że nie może postąpić in­a­czej.

Krętą drogą wróciły do in­ter­na­tu, przy­cup­niętego tuż za pla­cem obok ja­dal­ni. Był to piękny sta­ry bu­dy­nek z mar­mu­ro­wy­mi scho­da­mi wy­tar­ty­mi pośrod­ku i la­kie­ro­wa­ny­mi drew­nia­ny­mi podłoga­mi. Po­ka­zały swo­je iden­ty­fi­ka­to­ry i weszły do środ­ka.

– Mam na­dzieję, że nikt nie za­uważy na­sze­go spóźnie­nia – po­wie­działa Va­nes­sa, kie­dy je­chały windą na swo­je piętro.

– Na pew­no nic się nie sta­nie – po­cie­szyła ją Stef­fie. – Myślisz, że TJ i Elly już śpią?

– Wątpię.

Kie­dy wy­siadły z win­dy, Va­nes­sa zdzi­wiła się, że jest tak ciem­no. W przyćmio­nym świe­tle ko­ry­tarz tchnął upiorną pustką. Opie­ku­no­wie po­win­ni krążyć po piętrach, pil­nując ci­szy noc­nej, ale – co dziw­ne – nikt się nie po­ja­wił. Wszyst­kie drzwi były po­za­my­ka­ne. Zza żad­nych nie do­cho­dziły odgłosy roz­pa­ko­wy­wa­nia się ani roz­mo­wy przez te­le­fon. Przy­po­mi­nało to nie­mal więzie­nie. Va­nes­sa do­tknęła pal­ca­mi ścia­ny, chłodny tynk ją pro­wa­dził.

– Za­wsze tak jest?

– Może to z po­wo­du ci­szy noc­nej – od­szepnęła Stef­fie, ale głos miała nie­pew­ny.

– Na­resz­cie. – Va­nes­sa ode­tchnęła, otwie­rając drzwi swo­je­go po­ko­ju.

Ale kie­dy prze­kro­czyła próg, za­marła. Pod no­ga­mi po­czuła lepką wil­goć.

Szyb­ko sięgnęła do przełączni­ka światła.

Stef­fie zachłysnęła się i za­kryła usta ręką. Stały w kałuży gęstej czer­wo­nej cie­czy. Prze­ciągły odgłos kap­nięcia zda­wał się bu­dzić echo w po­ko­ju.

Po­bladła Va­nes­sa odwróciła się do Stef­fie.

Po­wo­li pod­niosły wzrok na zwi­sające z lam­py dwie pary ba­le­tek, z których kapała krew.

Za­nim Va­nes­sa zdążyła wrzasnąć, czy­jaś dłoń za­tkała jej usta.

ROZ­DZIAŁ TRZE­CI

Dłoń była duża i pach­niała płynem po go­le­niu. Va­nes­sa wiła się, próbując się wy­rwać, ale na­past­nik trzy­mał moc­no.

– Va­nes­sa! – krzyknęła Stef­fie i kopnęła na oślep, kie­dy jej również za­tka­no usta.

To było ostat­nie, co zo­ba­czyła Va­nes­sa: dzi­kie, wy­trzesz­czo­ne oczy Stef­fie nadręką za­kry­wającą dół twa­rzy. Dziewczęta roz­dzie­lo­no i Va­nes­sie zasłonięto oczy opaską. Krzy­ki niosły się echem po ko­ry­ta­rzu.

Ośle­pio­na Va­nes­sa szar­pała się, dopóki wy­star­czyło jej ener­gii.

– Za­dzior­na – usłyszała szorst­ki głos chłopa­ka, który ją trzy­mał. Va­nes­sa próbowała się ode­zwać, ale ręka na­past­ni­ka dławiła jej słowa. Czuła smak potu na jego skórze. Na­chy­lił się nad nią i tchnął jej gorącym od­de­chem w ucho. – Prze­stań się opie­rać, to nic ci się nie sta­nie.

Znie­ru­cho­miała. Krzy­ki ucichły i w in­ter­na­cie zno­wu za­padła nie­na­tu­ral­na ci­sza. Va­nes­sa czuła na ple­cach bi­cie ser­ca chłopca, włoski na jego ra­mio­nach łasko­tały ją w szyję.

Roz­luźnił uścisk.

– Nie mów ani słowa.

Va­nes­sa kiwnęła głową i ku jej zdu­mie­niu na­past­nik ją puścił. De­li­kat­nie roz­pro­sto­wał jej pal­ce i wsunął do ręki inną smukłą dłoń, miękką, lecz mocną, o długich pa­znok­ciach.

Stef­fie, wymówiła bezgłośnie Va­nes­sa. Jak­by w od­po­wie­dzi Stef­fie ścisnęła ją za rękę.

– Nie pusz­czaj­cie – ostrzegł chłopiec.

Va­nes­sa zno­wu kiwnęła głową.

– Te­raz idźcie.

Wy­pro­wa­dzo­no je z po­ko­ju i drzwi za­mknęły się za nimi. Dołączyły do nich następne drżące dłonie. Po­ty­kając się, dziew­czy­ny ru­szyły ko­ry­ta­rzem i zeszły po scho­dach. Drew­nia­ne de­ski podłogi skrzy­piały pod sto­pa­mi. Od cza­su do cza­su Va­nes­sa słyszała ner­wo­wy chi­chot albo szept, który na­tych­miast uci­sza­no. Wędro­wały po omac­ku chy­ba przez go­dzinę, skręcały w lewo, po­tem w pra­wo, wdra­py­wały się chwiej­nie po scho­dach, aż wresz­cie chłopiec kazał im się za­trzy­mać.

– Zdej­mij­cie opa­ski.

Va­nes­sa zsunęła z głowy pa­sek ma­te­riału i upuściła na wy­wo­sko­waną podłogę tego sa­me­go ba­le­to­we­go stu­dia, w którym przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi odbyła się in­au­gu­ra­cja.

Pod ścia­na­mi stały sze­re­giem świe­ce, lu­stra w nie­skończo­ność od­bi­jały mi­go­tli­we płomy­ki. Za­le­d­wie parę metrów da­lej leżały ba­let­ki zbry­zga­ne krwią.

Va­nes­sa wzdrygnęła się na wi­dok spląta­nych wstążek, te­raz prze­siąkniętych czer­wie­nią. Mogła myśleć tyl­ko o Mar­ga­ret. Wpa­trując się w za­krwa­wio­ne pan­to­fel­ki, sięgała do naj­ciem­niej­szych za­ka­marków wy­obraźni. Co na­prawdę spo­tkało jej siostrę?

Z wysiłkiem odwróciła wzrok. Po pra­wej stro­nie zo­ba­czyła Stef­fie, po le­wej Elly, da­lej Bla­ine’a i in­nych pierw­szo­rocz­niaków. Na dru­gim końcu sali do­strzegła TJ, która zsunęła opaskę na swoją dziką grzywę. Cze­ka­li w mil­cze­niu, ich cie­nie tańczyły po drew­nia­nej podłodze, aż wresz­cie drzwi się otwarły.

Do środ­ka weszła pro­ce­sja milczących po­sta­ci o twa­rzach ukry­tych za spi­cza­sto­no­sy­mi we­nec­ki­mi ma­ska­mi, upior­ny­mi, po­zba­wio­ny­mi wy­ra­zu. Va­nes­sa próbowała roz­po­znać swo­je­go na­past­ni­ka, ale syl­wet­ki przy­byłych od­bi­jały się w lu­strach w nie­skończo­ność.

Ostat­nia oso­ba wsunęła się do sali i drzwi za­mknęły się z klik­nięciem. Kie­dy zaj­mo­wała miej­sce w sze­re­gu star­szych uczniów, Va­nes­sie mignęły białe ba­le­rin­ki. Anna Fran­ko.

Za­nim zdążyła po­wie­dzieć o tym Stef­fie, z sze­re­gu wystąpił chłopiec. Nosił białą maskę o wy­krzy­wio­nych, ob­wisłych, jak­by roz­to­pio­nych ry­sach. Płomy­ki świec wokół nie­go chy­bo­tały, kie­dy się po­ru­szał.

– Myśleliście może, że in­au­gu­ra­cja się skończyła – po­wie­dział. To był ten sam chłopiec, który zasłonił usta Va­nes­sie. – Ale my­li­cie się.

Prze­sunął spoj­rze­niem po sze­re­gu pierw­szo­kla­sistów, prze­lot­nie za­trzy­mał wzrok na Va­nes­sie. Czy to Zep? – zadała so­bie py­ta­nie.

– Wi­ta­my w praw­dzi­wej No­wo­jor­skiej Aka­de­mii Ba­le­to­wej – ciągnął. – Jak wkrótce się prze­ko­na­cie, brudną ro­botę od­wa­la­my po go­dzi­nach. Za­czy­nając od dziś.

W ciem­ności wy­da­wał się niższy, ra­mio­na miał bar­dziej zgar­bio­ne. A włosy… dłuższe, niż jej się zda­wało? Zaj­rzała w czar­ne oczo­doły ma­ski, wy­pa­trując me­ta­licz­ne­go błysku oczu, ale zo­ba­czyła tyl­ko pustkę.

– Zdej­mij­cie buty. Wszy­scy.

Pierw­szo­kla­siści posłusznie zaczęli zsu­wać obu­wie, ale Va­nes­sa z powątpie­wa­niem spoj­rzała na Stef­fie.

Stef­fie wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie martw się – mruknęła, wąchając czer­woną maź ob­le­piającą bok pan­to­fel­ka. – To nie krew. Pach­nie jak… ke­czup.

Je­den ze star­szych wi­docz­nie ją usłyszał, bo jego głos za­hu­czał w całej sali.