Opis

Lucy Mason była ostatnią osobą, którą Alice Shipley spodziewałaby się spotkać w Tangerze, gdzie przyjechała z nowo poślubionym mężem. Po wypadku na amerykańskiej uczelni w Bennington te dwie przyjaciółki – dawniej nierozłączne współlokatorki – przez ponad rok nie utrzymywały kontaktów. Oto jednak Lucy odnawia znajomość, próbuje wszystko naprawić i powrócić do dawnych rytuałów przyjaźni.

Może Alice powinna się cieszyć? Nie odnalazła się przecież w Maroku, zbyt się bała wyjść z mieszkania i zanurzyć w tętniącą życiem medynę oraz nieznośny skwar. Lucy – jak zawsze niezależna i nieustraszona – pomaga jej przełamać lęki, wyjść z mieszkania i zacząć poznawać obcy kraj.

Wkrótce jednak do Alice powraca znajome uczucie – na każdym kroku czuje się manipulowana i tłamszona przez Lucy. Później zaś mąż Alice John przepada bez wieści, a ona sama zaczyna podawać w wątpliwość wszystko dookoła – w tym własny związek z tajemniczą przyjaciółką, decyzję o przyjeździe do Maroka, jak również stan swojego umysłu.

 

Tangerynka to opowieść przeszywająca niczym sztylet – urokliwy, kunsztownie skonstruowany debiut literacki pełen egzotycznych obrazów i precyzyjnie oddanych szczegółów, wprost zapiera dech w piersiach.

Prawa do ekranizacji należą do George’a Clooneya i jego firmy produkcyjnej Smokehouse Pictures, w roli głównej ma wystąpić Scarlett Johansson.

 

Tak jakby Donna Tartt, Gillian Flynn i Patricia Highsmith pisały razem scenariusz filmowy dla Alfreda Hitchcocka – trzymający w napięciu i bardzo nastrojowy.
Joyce Carol Oates

W swoim hipnotyzującym debiucie Christine Mangan sprawnie przenosi czytelników do północnej Afryki z połowy XX wieku. Trudno sobie wyobrazić bardziej atrakcyjną scenerię dla historii o gorącej namiętności, przekształcającej przyjaźń w obsesję, a koniec końców prowadzącej do obłędu. Rumaan Alam

W splątanych więzach łączących dwie bohaterki jest coś zarazem niesamowitego i ekscytującego, co każe nam w szaleńczym tempie przewracać strony. Tangerynka zanurza czytelnika w mrokach retrospekcji oraz psychologicznego zwątpienia. Po tej lekturze czuję się tak, jakbym wybrała się do Tangeru, za przewodniczkę mając literacką spadkobierczynię Daphne du Maurier, z której twórczości korzystał Alfred Hitchcock. Suzanne Rindell

Christine Mangan zrobiła doktorat z anglistyki na University College Dublin w Irlandii, gdzie pisała pracę na temat XVIII-wiecznych powieści grozy, ukończyła również kierunek twórczego pisania na University of Southern Maine w USA. Tangerynka to jej pierwsza powieść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 383

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału TANGERINE
Przekład AGNIESZKA WILGA
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAŁGORZATA KUŚNIERZ
Korekta ANNA SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych AGNIESZKA WRZOSEK
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce © Vixit / Shutterstock
Copyright © 2018 by Christine Mangan Copyright © for the translation by Agnieszka Wilga Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66140-18-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla moich rodziców, którzy zawsze wierzyli, że to możliwe.

I dla R.K., jak zawsze.

PROLOG

Hiszpania

Trzeba trzech osób, by wyciągnąć ciało z wody.

To mężczyzna, niewiele więcej potrafią stwierdzić. Zdążyły się nim już zająć ptaki – może przyciągnęła je połyskująca srebrna ozdoba jego krawata. Ale to tylko sroki. „Pewnie zobaczył trzy” – sili się na kiepski żart jeden z wyławiaczy (w głowie kołacze mu się stary wierszyk, wedle którego widok jednej sroki wróży smutek, dwóch – radość, a trzech – pogrzeb). Ciągną ciało, zdumieni jego ciężarem. „Czy po śmierci człowiek waży więcej?” – zastanawia się na głos inny. Razem czekają na przyjazd radiowozu, ze wszystkich sił usiłując nie patrzeć w dół, żeby przypadkiem nie natrafić na puste oczodoły nieboszczyka. Tych trzech wcześniej się nie znało, teraz jednak łączy ich szczególna więź.

Oczywiście tylko początek tej historii jest prawdą, resztę sobie wyobraziłam. Mam teraz czas na takie zajęcia, gdy siedzę w pokoju i gapię się w przestrzeń za oknem. Otoczenie nieco się zmienia, nic więcej. Pewnie można by to nazwać obserwacją, ale moim zdaniem chodzi o coś zupełnie innego – tak jak fantazjowanie różni się od myślenia.

Dzień jest ciepły; niedługo nadejdzie lato. Słońce powoli blednie, a niebo przybrało wyjątkowy odcień żółci, ostrzegający przed nadciągającą burzą. To właśnie w takich chwilach, gdy gęste, gorące powietrze niemal tchnie grozą, wystarczy, że zamknę oczy, wezmę głęboki wdech i znów czuję zapach Tangeru. Woń pieców garncarskich – czegoś ciepłego, lecz niepłonącego, przypominającego cukrową piankę, choć nie aż tak słodkiego. Czuć w niej korzenną nutę, jakby znajomą: cynamon, goździki, może nawet kardamon, ale też coś całkiem nierozpoznawalnego. Zapach jest kojący, niczym wspomnienia z dzieciństwa, przyjemnie człowieka owiewa czy wręcz opatula i nęci obietnicą szczęśliwego zakończenia – zupełnie jak w bajkach. Wszystko to oczywiście oszustwo; owa kojąca obietnica skrywa bowiem brzęczenie much, szmer karaluchów i złe spojrzenia wygłodzonych kotów obserwujących każdy twój ruch.

To miasto przeważnie zdaje mi się wizją z maligny, migotliwym mirażem. Ledwo udaje mi się przekonać samą siebie, że kiedyś należało do mojej rzeczywistości, że naprawdę tam żyłam i na wyciągnięcie ręki miałam te miejsca i tych ludzi, że nie były tylko półprzezroczystymi duchami wykreowanymi przez mój umysł. Przekonałam się, że czas szybko płynie i zamienia ludzi i miejsca najpierw w historię, a potem w opowieści. Z trudem mi przychodzi uchwycenie tej różnicy, bo mój umysł ostatnio często płata figle. W najgorszych – a może najlepszych? – chwilach zapominam o niej i o tym, co się stało. To bardzo szczególne doznanie, bo przecież ona zawsze mi towarzyszy, czai się pod powierzchnią rzeczy, grożąc, że ją przebije. Zdarza się jednak, że jej imię mi umyka. Zaczęłam więc zapisywać je sobie na każdej znalezionej karteczce. Nocą, gdy nie ma przy mnie pielęgniarek, szepczę je sobie, niczym katechizm wyuczony w dzieciństwie, jakby już samo powtarzanie mogło mi pomóc je zapamiętać, nie pozwolić zapomnieć – bo przecież nie wolno mi go zapomnieć, wciąż to sobie powtarzam.

Rozlega się pukanie do drzwi, po czym do pokoju wchodzi młoda rudowłosa dziewczyna. Niesie tacę z jedzeniem. Zwracam uwagę, że jej ręce są usiane maleńkimi piegami, jest ich tak dużo, że niemal zasłaniają jasną skórę.

Ciekawe, czy kiedyś próbowała je policzyć.

Opuszczam wzrok i trafiam na leżącą na szafce przy łóżku karteczkę z nabazgranym imieniem, które nie daje mi spokoju, bo choć nie jest moje, wydaje się ważne, jak coś, co powinnam zapamiętać. Pozwalam, aby mój umysł się odprężył. To całkiem skuteczna technika: ze wszystkich sił próbować nie myśleć, a jednocześnie w ukryciu intensywnie rozmyślać.

Nic się nie dzieje.

– Gotowa na śniadanie?

Podnoszę wzrok i zaskakuje mnie widok stojącej przede mną nieznajomej dziewczyny o ciemnorudych włosach. Ma nie więcej niż trzydziestkę, więc zapewne dzieli nas ledwie kilka lat różnicy. Rude przynoszą pecha – myślę sobie. Mówi się przecież, żeby przed wyruszeniem w podróż morską unikać rudzielców. A ja pewnie niedługo udam się za morze, do Tangeru. Czuję niepokój; chciałabym, żeby ten rudowłosy zły omen zniknął z mojego pokoju.

– Skąd się pani tu wzięła? – pytam poirytowana tym, że dziewczynie nawet nie chciało się zapukać.

Ona jednak ignoruje moje pytanie.

– Nie mamy dziś apetytu? – W ręku trzyma łyżkę szarej brei. Próbuję sobie przypomnieć jej nazwę, ale umysł nie poddaje się woli. Teraz już jestem wściekła, odsuwam więc łyżkę i wskazuję na kawałek papieru leżący przy moim łóżku.

– Proszę to wyrzucić do kosza – mówię. – Ktoś mi zostawia karteczki, na których są same bzdury.

Opadam znów na łóżko i podciągam kołdrę aż pod brodę.

Jest chyba lato, lecz nagle zdaje mi się, że w pokoju panuje zimowy chłód.

I

Tanger, 1956

1

Alice

Wtorek był dniem targowym.

Nie tylko dla mnie, lecz także dla całego miasta. Jego początek obwieszczały mieszkanki pasma Ar-Rif schodzące z gór w towarzystwie osiołków objuczonych pękatymi koszami i ciągnących wózeczki pełne owoców i warzyw. Wówczas Tanger ożywał: na ulice wylegały tłumy kobiet i mężczyzn, zarówno miejscowych, jak i obcokrajowców. Wskazywali towary palcami, zamawiali, kłócili się, targowali, wymieniali monety na trochę tego, trochę tamtego. Słońce zdawało się w te dni świecić mocniej, aż paliło mnie w kark.

Stałam przy oknie, patrzyłam na wzbierający tłum i życzyłam sobie w duchu, żeby wciąż był poniedziałek. Wiedziałam jednak, że dawał on jedynie złudną nadzieję, pozorne ukojenie, bo po nim zawsze przychodził wtorek, a ja musiałam konfrontować się z kipiącym wokół mnie chaosem, stojąc naprzeciw niezwykłych kobiet z Ar-Rif, ubranych w jaskrawe kolory przykuwające natychmiast uwagę, krytycznym wzrokiem mierzących moją zwykłą bezbarwną sukienkę, która nie mogła się równać z ich strojami. Targał mną wówczas niepokój – że nieświadomie zapłacę za coś zawrotną sumę, dam nie taką monetę, powiem nie to słowo i w ogóle zrobię z siebie idiotkę, a one wybuchną śmiechem i stanie się jasne, jak wielkim błędem był mój przyjazd tutaj.

Maroko. Już sama nazwa tego kraju przywodziła na myśl rozległą pustynną nicość, do czerwoności rozpalone słońce. Gdy po raz pierwszy padła z ust Johna, zachłysnęłam się szampanem, który wcześniej wcisnął mi w dłoń. Spotkaliśmy się w hotelu Ritz przy Piccadilly Circus w Londynie tylko dlatego, że nalegała na to ciotka Maude – jej presję odczuwałam od kilku tygodni, odkąd wróciłam z Bennington College, i jak zwykle przyprawiała mnie o ból głowy, przed którym jakoś nigdy nie udawało mi się uchronić. Dopiero od paru miesięcy mieszkałam znów w Anglii, a Johna znałam jeszcze krócej, ale w tej właśnie chwili byłam przekonana, że czuję jego entuzjazm, energię wypełniającą przestrzeń wokół nas, pulsującą w ciepłym letnim powietrzu. Pochyliłam się w jego stronę, chcąc przechwycić tę ideę, przyjąć ją, choć częściowo uznać za własną. Pozwoliłam, aby zagnieździła się pomiędzy nami. Afryka. Maroko. Kilka tygodni wcześniej stawiałabym opór, tydzień później może już tylko parsknęłabym śmiechem, jednak tego dnia, gdy słuchałam słów Johna, jego obietnic i marzeń, zdawały mi się one aż zbyt realne, niemal na wyciągnięcie ręki. Po raz pierwszy od powrotu ze Stanów naprawdę czegoś pragnęłam – nie wiedziałam dokładnie czego i już wtedy podejrzewałam, że może nie chodzi nawet o mężczyznę siedzącego przede mną. Pociągnęłam łyk szampana, który dla mnie zamówił – był już ciepły i pozbawiony bąbelków, poczułam jego kwaskowatość na języku, a potem w brzuchu. Wyciągnęłam rękę, zanim mogłabym zmienić zdanie, i objęłam palcami dłoń Johna.

Bo choć John McAllister na pewno nie stanowił spełnienia moich dawnych marzeń – był głośny i obcesowy, bardzo towarzyski i nieco lekkomyślny – to jednak szansa, którą mi dawał, upajała mnie: mogłam wreszcie zapomnieć, zostawić przeszłość za sobą.

Nie myśleć w każdej sekundzie o tym, co się wydarzyło mroźną zimą w Górach Zielonych w stanie Vermont.

Minął już ponad rok, a tamte zdarzenia wciąż spowijała gęsta mgła; nie mogłam się z niej wydostać, choćbym nie wiem jak długo błądziła po labiryncie wspomnień. „Tak jest lepiej” – mówiła później ciotka, gdy opowiedziałam jej o ich migotliwej postaci, tłumaczyłam, że nie potrafię już wyłowić szczegółów tamtej strasznej nocy oraz dni, które po niej nastąpiły. „Zostaw to za sobą” – nalegała, jakby moje wspomnienia były przedmiotami, które można zapakować do skrzynek i dobrze zabezpieczyć, żeby ukryte w środku sekrety już nigdy nie wydostały się na światło dzienne.

I w pewnym sensie rzeczywiście nie oglądałam się za siebie – kierowałam spojrzenie na Johna, Tanger, piekące słońce Maroka. Nastawiałam się na przygodę, którą mi obiecywały jego oświadczyny i obrączka, choć zamiast prawdziwej ceremonii związała nas jedynie podpisana kartka.

– Ale nie możemy! – protestowałam początkowo. – Przecież prawie się nie znamy!

– Pewnie, że się znamy – zapewniał. – Nasze rodziny są ze sobą niemal spokrewnione. Jeśli już, to raczej znamy się zbyt dobrze. – Zaśmiał się, posyłając mi szelmowski uśmiech.

Postanowiłam nie zmieniać nazwiska, w tej kwestii pozostałam nieugięta. W pewien sposób wydawało mi się ważne, żeby zachować część siebie, mojej rodziny, po tym wszystkim, co się wydarzyło. Ale było jeszcze coś, czego nie umiałam tak łatwo wyjaśnić, nawet samej sobie. Bo choć w chwili mojego zamążpójścia ciotka automatycznie traciła status mojego opiekuna prawnego, wciąż sprawowała pieczę nad moim funduszem powierniczym, do chwili ukończenia przeze mnie dwudziestu jeden lat, kiedy to majątek rodziców w końcu miał przejść w moje ręce. Z kolei myśl o podwójnej tożsamości zbyt mnie przerażała – wolałam więc widzieć w paszporcie swoje nazwisko w niezmienionej formie: Alice Shipley.

Początkowo wmawiałam sobie, że Tanger nie będzie taki zły. Wyobrażałam sobie, jak gramy w tenisa w palącym słońcu Maroka, a cała ekipa służących spełnia wszelkie nasze zachcianki. Należelibyśmy przecież do rozmaitych ekskluzywnych klubów działających w mieście. Wiedziałam, że takiego życia wiele osób mogłoby nam tylko pozazdrościć. Okazało się jednak, że John chce poznać prawdziwe Maroko, prawdziwy Tanger. Choć więc jego współpracownicy zatrudniali tanią miejscową służbę, a ich żony spędzały całe dnie, wypoczywając przy basenie lub planując przyjęcia, John nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Wolał szwendać się po mieście ze swoim kumplem Charliem – całe godziny spędzali w łaźni lub na targowiskach, palili kif w mrocznych kątach kawiarni i starali się pozyskać sympatię miejscowych, a nie współpracowników i rodaków. To właśnie Charlie przekonał Johna do przeprowadzki, tak mu zachwalał Maroko jako kraj piękna i bezprawia, aż w końcu Johnowi udzieliła się fascynacja miejscem, w którym nigdy nie był. A ja na początku bardzo się starałam, chodziłam z nim na pchle targi w poszukiwaniu mebli i na bazar po jedzenie na kolację. Siadałam koło niego w kawiarniach i popijałam kawę z mlekiem, usiłując na nowo określić swoją przyszłość w tym gorącym, pylistym mieście, w którym on zakochał się od pierwszego wejrzenia, a które dla mnie wciąż pozostawało nieuchwytne.

Wówczas jednak doszło do tego zdarzenia na targowisku.

Pośród szaleńczego natłoku straganów i handlarzy, wśród chaotycznych stert antyków i wszelkich rupieci piętrzących się bezładnie nagle odwróciłam się i stwierdziłam, że Johna przy mnie nie ma. Stałam w miejscu, z każdej strony potrącali mnie nieznajomi, czułam, jak zaczynają mi się pocić dłonie – dobrze mi znana oznaka narastającego niepokoju – a na skraju mojego pola widzenia zaczynały tańczyć cienie, te dziwne wątłe zjawy, które według mamroczących pod nosem lekarzy stanowiły ledwie „objaw”, lecz które ja postrzegałam jako rzeczywiste i namacalne, przez co zdawały się rosnąć, aż nie widziałam już nic oprócz ich ciemnych kształtów. W tamtej chwili dotarło do mnie nagle, jak daleko jestem od domu, od życia, które kiedyś planowałam.

John później śmiał się i twierdził, że nie było go przy mnie przez całą minutę, ale gdy następnym razem spytał, czy z nim wyjdę, pokręciłam głową, a przy kolejnej próbie znalazłam jakąś wymówkę. Spędzałam za to godziny – długie, samotne, okropnie męczące godziny – odkrywając Tanger z zacisza naszego mieszkania. Po pierwszym tygodniu wiedziałam już, ile trzeba zrobić kroków, żeby dostać się z jednego końca na drugi: czterdzieści pięć, czasem nieco więcej, zależnie od długości kroków.

W końcu zaczęłam odczuwać rozgoryczenie Johna; nasze rozmowy ograniczały się już tylko do spraw praktycznych, takich jak finanse – pensja wypłacana mi z funduszu stanowiła nasze główne źródło utrzymania. John „słabo sobie radził z pieniędzmi”, jak mi kiedyś beztrosko oznajmił. Uśmiechnęłam się wówczas, sądząc, że one po prostu go nie obchodzą, nie zaprzątają jego uwagi. Jak jednak wkrótce odkryłam, chodziło mu raczej o to, że jego rodzinna fortuna niemal się wyczerpała, zostało z niej tylko tyle, żeby mógł się przyzwoicie ubierać i dzięki temu nadal odgrywać rolę osoby dysponującej wielkim majątkiem, który bezdyskusyjnie mu się od zawsze należał z racji urodzenia. Szybko zdałam sobie sprawę, że to tylko iluzja. Tak więc co tydzień przekazywałam mu swoją wypłatę z funduszu, o którą specjalnie nie dbałam, nie za bardzo mnie ciekawiło, gdzie przepadają te kwoty.

John zaś każdego miesiąca także przepadał w tym tajemniczym mieście, dając tym samym wyraz płomiennej do niego miłości, której nie potrafiłam zrozumieć; odkrywał jego sekrety, podczas gdy ja pozostawałam w mieszkaniu – sama sobie więźniem i strażnikiem.

Zerknęłam na zegar i spochmurniałam. Dopiero co było przecież wpół do dziewiątej, a tymczasem zbliża się już południe. Zaklęłam i rzuciłam się w stronę łóżka i stroju, który sobie przygotowałam wcześniej tego ranka, zanim gdzieś mi przepadły kolejne godziny. Obiecałam bowiem Johnowi, że dziś wyjdę na targ, a sobie samej – że spróbuję. Spojrzałam więc na atrybuty mające nadać mi wygląd zwykłej kobiety załatwiającej cotygodniowe sprawunki: pończochy, buty, sukienka kupiona w Anglii, tuż przed wyjazdem do Tangeru.

Wciągając ją przez głowę, zauważyłam niewielkie rozdarcie z przodu, tam gdzie koronka styka się z kołnierzykiem. Zmarszczyłam brwi i zaczęłam przyglądać się temu miejscu z bliska, próbując opanować drżenie ogarniające mnie na widok uszkodzonego materiału. Mówiłam sobie, że to żaden znak ani zły omen, że to w ogóle nic nie znaczy.

W pokoju zrobiło się zbyt gorąco, wyszłam więc na balkon, bo w tej akurat chwili chciałam się uwolnić od tych potężnych murów. Zamknęłam oczy, rozpaczliwie pragnąc poczuć choć lekki powiew, czekałam, ale nadaremnie – wciąż otaczał mnie tylko nieruchomy, suchy skwar Tangeru.

Minęła minuta, a potem następna. Gdy wsłuchiwałam się w ciszy w swój oddech, nagle odniosłam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Otworzyłam oczy i szybko powiodłam wzrokiem po ulicy w dole. Nikogo nie dostrzegłam, jeśli nie liczyć garstki miejscowych zmierzających na targ szybkim krokiem, ponieważ pomału nadchodziła już godzina jego zamknięcia.

– Weź się w garść – szepnęłam do siebie, wycofując się ku bezpiecznej przestrzeni mieszkania. Ale i tak dokładnie zamknęłam za sobą drzwi balkonowe, a serce waliło mi jak młotem. Zerknęłam na zegar – było już wpół do drugiej. Uznałam, że targ może jeszcze zaczekać.

Wiedziałam, że nie ma innego wyjścia. Drżącymi rękami zaciągnęłam zasłony tak starannie, żeby nie przedostał się przez nie nawet najmniejszy promyk słońca.

2

Lucy

W mocno palącym słońcu opierałam się o barierkę. Czułam, że kołysanie pode mną narasta, ściskało mnie w żołądku za każdym razem, gdy niemal już nieruchomy prom nagle się jeszcze gwałtownie podrywał, niezgrabnie pokonując ostatnie metry dzielące go od celu podróży: Maroka. Szybko chwyciłam walizkę. Już od kilku miesięcy śniłam o imponujących cudach mauretańskiej architektury, o tajemniczych zakamarkach bazarów tętniących życiem, kolorowych mozaikach i jaskrawo pomalowanych zaułkach. Stanęłam w kolejce, która zdążyła się utworzyć, i wyciągnęłam szyję, pragnąc wreszcie dostrzec prawdziwą Afrykę. Czułam już jej zapach, nęcący ku jej brzegom i stanowiący obietnicę czegoś o wiele głębszego i bogatszego niż wszystko, czego mogłam doświadczyć na zimnych ulicach Nowego Jorku.

No i Alice, która też gdzieś tu była, pośród pulsującego żywiołu tego miasta.

Schodząc z promu, szukałam w tłumie jej twarzy. W ciągu tych kilku godzin spędzonych między jednym brzegiem a drugim zdołałam przekonać samą siebie, że może wyjdzie mi na powitanie, mimo tego, co się wydarzyło. Nikt jednak na mnie nie czekał. Ani jednej znajomej twarzy, tylko dziesiątki miejscowych – młodych chłopaków i starszych mężczyzn, z których każdy usiłował przekonać mnie lub kogokolwiek z pozostałych turystów schodzących z promu do zakupienia takiej czy innej usługi. „Nie jestem przewodnikiem, tylko miejscowym, każdy mnie tu zna. Zabiorę panią w miejsca, o których inni przewodnicy nawet nie słyszeli”. Gdy to nie działało, szły w ruch towary: „Torebeczka dla pani?”. „A może pasek dla pana?” – to do mężczyzny idącego za mną. Odsłaniano poły płaszczy i pokazywano inne dobra, które każdy Bogu ducha winny przyjezdny musiał zobaczyć. Biżuteria, drewniane rzeźbione drobiazgi, dziwne, egzotycznie wyglądające instrumenty muzyczne. Tak jak pozostali podróżni machałam tylko ze zniecierpliwieniem ręką, żeby zabrano mi sprzed oczu te cuda.

Nie było wówczas wielu przewodników książkowych po Tangerze, ale zdobyłam wszystkie pozycje literackie, jakie mogłam namierzyć, a potem czytałam wers za wersem o mieście, które wkrótce miałam nazwać swoim domem, choćby tymczasowym. Przeczytałam teksty Edith Wharton i Marka Twaina, raz nawet w rozpaczy sięgnęłam po kilka stron Hansa Christiana Andersena. O dziwo, to właśnie on najlepiej mnie przygotował na tę wielką falę twarzy zalewającą nowo przybyłych niczym szarańcza, na ten napór ochoczych przewodników oferujących swoje natychmiastowe usługi naiwnym i niedoświadczonym turystom. Ja zaś, choć niedoświadczona, na pewno nie należałam do naiwnych. Czułam się więc gotowa, należycie poinformowana, uzbrojona w słowa i lektury mające mnie ochronić przed chaosem. Wiedziałam dokładnie, w co się zanurzę po opuszczeniu bezpiecznego i względnie cichego pokładu. A jednak okazało się, że na to, co mnie tam spotkało, nic nie mogło mnie przygotować. Słowa Wharton, Twaina czy nawet Andersena nie sprawdzały się w roli mieczy i tarcz.

Starałam się jakoś unikać naganiaczy, mocno trzymałam mapę, jakby stanowiła dowód mojej determinacji. Przeczący ruch głowy, ciche rzucanie francuskiego non, merci, a potem hiszpańskiego no, gracias, aż w końcu desperackie odwoływanie się do tych drobin arabskiego, które zdołałam przed podróżą przyswoić: la, szukran. Nic nie pomagało. Przeciskałam się dalej, z determinacją prąc ku wyjściu z portu, w stronę medyny. Większość naganiaczy dała sobie spokój, ale kilku nie rezygnowało i szło za mną od wybrzeża aż na biegnącą w górę ścieżkę prowadzącą na stare miasto. „Zgubiła się pani? Może pomóc?” W końcu został już tylko jeden mężczyzna, który nie chciał mnie zostawić w spokoju. Na początku nie zwracał na siebie uwagi, tylko podążał za mną pomału, spokojnym krokiem, w moim tempie. Mówił po angielsku lepiej od pozostałych i wkrótce zaczął z tego korzystać; nawijał o najróżniejszych miejscach, w które mnie zabierze – oczywiście niedostępnych innym turystom.

Próbowałam nie zwracać na niego uwagi, nic sobie nie robić z potwornego skwaru, przez który moje policzki płonęły, odwracać wzrok od rojów much zdających się czaić w każdym zakamarku miasta, w którego kręty labirynt właśnie wkraczałam. Nagle jednak, po kilku minutach, mężczyzna zaszedł mi drogę i uniemożliwił dalszy marsz, zatrzymałam się więc, zdezorientowana, mocno trzymając w dłoni walizkę. Chciałam go jakoś wyminąć, on jednak stał niewzruszony naprzeciwko mnie.

– Tak – powiedział z uśmiechem. – Jestem jak komar, wiem. – Nachylił się ku mnie, aż poczułam na twarzy jego gorący, wilgotny oddech. – Niech pani posłucha. Lepiej mieć ze sobą takiego jednego komara, wie pani dlaczego? – Zawiesił głos, jakby czekał na odpowiedź. – Jeden komar potrafi sprawić, że inne będą się od pani trzymały z daleka.

Uśmiechnął się, a potem odchylił głowę i zarechotał, a ten niespodziewany przenikliwy dźwięk odbił się echem od otaczających nas już teraz murów. Bezwiednie podskoczyłam przestraszona, po czym potknęłam się i upadłam, waląc kolanem w twardą pylistą drogę. Walizka wylądowała obok z głuchym hukiem.

Krzyknęłam, a potem przesunęłam się nieco, żeby ocenić straty, a zarazem oddalić się od wyciągniętej ręki komara. Moje nowe kawowe pończochy – za które zapłaciłam całe półtora dolara, ponieważ sprzedawczyni zapewniała mnie, że są najlepsze ze wszystkich – były do wyrzucenia. Zaraz nad kolanem powstała w nich dziura, szły od niej w dół kolejne oczka. Zauważyłam też z rosnącą konsternacją, że mam na nodze paskudne otarcie, które w każdej chwili może zacząć krwawić.

– Co za cholerny pech... – mruknęłam pod nosem.

Komar, jakby wyczuwał mój dyskomfort i skrępowanie, przysunął się jeszcze bliżej.

– Wygląda pani na zagubioną – szepnął głosem, który nagle stał się niższy i bardziej naglący, jak gdyby nowo zdobyta przeze mnie pozycja wymagała tego rodzaju błazenady. – Czy wie pani, czego dokładnie szuka?

Usłyszawszy te słowa, zastanawiałam się przez chwilę – ale tylko przez chwilę – co ja właściwie robię w tym dziwnym obcym kraju, o którym marzyłam tak często, że jego obraz zaczął przybierać połyskliwą, nierzeczywistą postać za każdym razem, gdy go przywoływałam, przez co nawet teraz, gdy już z pełnym impetem zderzyłam się z twardym faktem jego istnienia, wciąż nie wydawał mi się realny. Oddech ugrzązł mi w gardle – lecz zaraz potem stanęła mi przed oczami ona, widziana jakby przez mgłę.

To wystarczyło, żebym znów była sobą.

– Tak – odparłam ostrym tonem pełnym determinacji i poczucia celu. Wstałam i bezceremonialnie przepchnęłam się, zahaczając o niego ramieniem, żeby poczuł siłę uderzenia, ciężar naporu mojego ciała. Dostrzegłam zszokowany wyraz jego twarzy. – Tak, dobrze wiem, czego szukam.

Komar wzruszył tylko ramionami i zaczął się wreszcie oddalać.

Kongruencja (łac. congruere – iść razem, zgadzać się). Sprawdziłam sobie to słowo na pierwszym roku studiów w Bennington College – tym dziwnym niewielkim skupisku budynków jakby ukrytych w samym środku Gór Zielonych w stanie Vermont. Termin oznaczający zgodność, harmonię, przystawanie. Zaczęłam szukać podobnych słów. Adekwatność. Kompatybilność. Zapisałam je w zeszycie, który miałam zawsze ze sobą, gdy się przemieszczałam między biblioteką a salą wykładową. Przyciskałam do piersi jego postrzępioną okładkę z błękitnej skóry, starannie go chroniąc, żeby przypadkiem gdzieś go kiedyś przez nieuwagę nie zostawić – był moją skarbnicą słów, które odkryłam i wielbiłam. Zabierałam je wszędzie ze sobą, żeby móc wciąż je czytać: rano przed zajęciami, wieczorem przed zaśnięciem. Szeptałam je sobie pod nosem, jak gdyby ktoś miał mnie potem odpytać z ich znajomości, jakby stanowiły istotny element mojej edukacji, dawały mi dodatkową szansę przetrwania na uczelni.

Na to akurat słowo – kongruencja – natknęłam się w kilka tygodni po poznaniu Alice. Chwila zdawała się znacząca: oto znalazłam termin na opisanie czegoś, czego wcześniej nie próbowałam nawet opisać. Związek, jaki wytworzył się między mną a Alice w ciągu tych paru krótkich tygodni, swoiste pokrewieństwo dusz, które obie odczuwałyśmy – wszystko to przekraczało granice racjonalnego opisu. Uznałam więc, że „kongruencja” może stanowić dobry punkt wyjścia.

Poznałyśmy się pierwszego dnia na uczelni, w akademiku, do którego obie zostałyśmy przydzielone – jednym z kilku piętrowych budynków z drewnianą elewacją. Każdy mieścił około dziesięciu pokoi na każdym piętrze, a oprócz tego wspólną bawialnię z kominkiem na parterze. Alice stała w korytarzu, szukając naszego pokoju. Przyciskała do piersi stertę książek i miała taką minę, jakby najbardziej na świecie pragnęła po prostu zniknąć – co zresztą prawie jej się udało, bo jej górną część ciała i niemal całą twarz zasłaniały książki, wyraźnie dla niej zbyt ciężkie. Wiedziałam już, że to moja współlokatorka – kontaktowałyśmy się wcześniej, jeszcze przed przyjazdem tutaj. Wymieniałyśmy listy i umówiłyśmy się tu tego dnia. Powysyłałyśmy też sobie zdjęcia, żeby móc się rozpoznać. Mimo to coś kazało mi jeszcze chwilę zaczekać, grać na zwłokę, maksymalnie przedłużać tę chwilę. Nie chciałam do niej podejść i jej pomóc – przynajmniej nie od razu.

Czekałam więc. I patrzyłam.

Nigdy w życiu nie widziałam delikatniejszych kostek i nadgarstków, odsłoniętych, ponieważ trwało jeszcze lato. Miała na sobie rozkloszowaną spódnicę, której warstwy tańczyły wokół łydek, oraz cieniutką luźną bluzeczkę z krótkim rękawem, co podkreślało smukłość jej rąk i nóg. Jej długie blond loki nie wyglądały na naturalne, lecz starannie ułożone. Gdy w końcu do mnie podeszła, dostrzegłam, że paznokcie ma polakierowane na delikatny róż, niemal niedostrzegalny. To samo dotyczyło jej makijażu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle jest umalowana, ale w końcu uznałam, że tak, tylko prawie niezauważalnie. Wykonane przez nią zabiegi upiększające nie rzucały się w oczy. Nie było w niej nic, co dopraszałoby się o uwagę, domagało szczególnych względów, choć jednocześnie wszystko w niej było dopracowane, jakby spodziewała się spojrzeń.

Zorientowałam się, że jest do nich przyzwyczajona, że często musi odpowiednio się prezentować przed ludźmi. Wybrany przez nią styl mówił mi, że nigdy nie zdarza jej się zastanawiać, z czego opłacić czynsz ani czy skąpa zawartość szafek kuchennych starczy na tydzień, a nie na dzień czy dwa. Mimo to Alice nie budziła mojej niechęci, jak część innych dziewczyn, które zdążyłam już poznać. Nie było w niej nic zepsutego ani triumfującego, nic, co by wskazywało na poczucie wyższości. Pozostałe dziewczyny na uczelni lubiły pokazywać, że są lepsze, przechwalały się rodzinnymi wyjazdami lub rzucały w rozmowie nazwiskami budzącymi odpowiedni respekt w ich otoczeniu. Alice, jak wkrótce miałam się przekonać, wcale taka nie była. Podczas gdy reszta dziewczyn zadzierała nosa wobec „stypek” – jak zwykły mówić o dziewczynach na stypendium – Alice traktowała mnie, właśnie taką „stypkę” z sąsiedniego miasteczka, zupełnie normalnie. Tego pierwszego dnia, gdy ją obserwowałam, zanim jeszcze zdążyłyśmy choćby się przywitać, pomyślałam, że wydaje się bardzo miła, a przy tym nieco samotna.

Wycofałam się więc z powrotem do pokoju i udawałam, że patrzę na gołe białe ściany, a tak naprawdę wstrzymywałam oddech i czekałam, aż ona wejdzie, przez cały czas obawiając się, że jeśli będę czekać zbyt długo, nawet o jeden moment, ktoś mi ją zabierze. W końcu jednak stanęła w progu, a ja uśmiechnęłam się, ruszyłam w jej stronę z wyciągniętą ręką i przedstawiłam się:

– Jestem Lucy Mason.

Miałam poczucie, że wszystkie słowa, które chciałabym wypowiedzieć, powykrzywiały się i poskręcały, tak że zastąpił je ten jeden gest, od którego teraz zależało wszystko, cała przyszłość. Czekałam wieki – choć pewnie tylko tak mi się zdawało – zastanawiając się, czy ona przyjmie tę moją wyciągniętą dłoń i dokąd może nas to zaprowadzić, jak się potoczy nasza wspólna podróż.

Przesunęła trzymany w rękach stos książek nieco na bok, a jej twarz natychmiast rozpromieniła się uśmiechem.

– Bałam się, że zapomniałaś – powiedziała z eleganckim brytyjskim akcentem, zarumieniona. – Jestem Alice. Alice Shipley.

Dłoń miała ciepłą.

– Miło cię poznać, Alice Shipley.

Następnego ranka ubrałam się bardzo starannie.

Zabrałam swoje rzeczy z riadu, w którym wykupiłam nocleg, żeby po przeprawie promem móc się umyć i przebrać, nie chciałam bowiem stanąć w drzwiach Alice w podartych pończochach i rozczochrana. Dwukrotnie sprawdziłam, czy aby w pokoju nic nie zostało, zanim zamknęłam za sobą drzwi.

Stanęłam w kolejce przy jednym ze straganów w medynie i kupiłam sobie na śniadanie coś w rodzaju plecionej bułki posypanej sezamem i nadziewanej pastą o smaku daktyli, a do niej kawę z mlekiem. Oparłam się potem o mur i badałam w ustach dziwną teksturę jakby czerstwego pieczywa, co jakiś czas przerywając żucie, żeby pociągnąć łyk z kubka. Wzrokiem zaś błądziłam po ulicy.

Patrzyłam na turystów sączących herbatę miętową w kawiarniach, obserwowałam grupę miejscowych rozładowujących towary przywiezione przez osiołka i zanoszących je do sklepu, aż w końcu napotkałam jego wzrok.

Siedział parę metrów ode mnie, w jednej z licznych kafejek wokół rynku. Wysoki i ciemnooki, choć może nie aż tak przystojny jak niektórzy, wyglądał na miejscowego, ale co do tego nie mogłam mieć pewności. Na czoło nasunął kapelusz typu fedora, ozdobiony jaskrawofioletowym paskiem. Stałam tam przez chwilę, czując na sobie jego wzrok i zastanawiając się, co przykuło jego uwagę. Rzeczywiście, tego ranka szczególnie się postarałam i wybrałam swoją jedyną lepszą sukienkę, którą kupiłam przed podróżą za ocean – jej cena poważnie nadszarpnęła resztki moich oszczędności. Wygładziłam teraz materiał lewą ręką, dokończyłam kawę i zaczęłam oddalać się od rynku i męczącego spojrzenia mężczyzny.

Przez niemal godzinę krążyłam w kółko i ciągle wracałam w te same miejsca. Mijając pewną restaurację – raz, drugi, trzeci – starałam się nie zwracać uwagi na kpiące uśmieszki kelnerów, mimo potwornego skwaru ubranych w eleganckie garnitury z fularami. Na chwilę zaświtała mi w głowie szalona myśl – że może wszystkie drogi w Tangerze tak naprawdę prowadzą do Petit Socco. W końcu jednak znalazłam to, czego szukałam. Mieszkanie Alice znajdowało się zaraz za strefą wielkiego chaosu, w którą początkowo się zanurzyłam – kawałek za medyną, na zachód od kazby, w dzielnicy, którą mój książkowy przewodnik określał jako Quartier du Marshan. Wyczułam tę dziwną zmianę, zanim cokolwiek zauważyłam. Zrobiło się nieco bardziej zielono, przy ulicach rosły gdzieniegdzie drzewa, choć było ich niewiele i wyglądały całkiem nieznajomo. Zaczęłam też odczuwać pewną ogólną lekkość, jakby całe napięcie w ramionach, czy raczej między łopatkami, stopniowo się rozpływało, w miarę jak zbliżałam się do celu. Pomyślałam, że może po prostu jestem już bliżej Alice – i wówczas się zatrzymałam, żeby postawić na chwilę walizkę i złapać oddech.

Sama kamienica niczym się nie wyróżniała, całkowicie zlewała się z otoczeniem. Równie dobrze mogłaby stać w Paryżu: elewacja z jasnego kamienia, balkony z kutego żelaza i ogromne okna. Oczywiście można się było spodziewać, że budynek będzie wyglądał znajomo, a jednak mimo wszystko czułam lekkie rozczarowanie. Tyle czasu poświęciłam, żeby tu dotrzeć: miesiące planowania, oszczędzania, długie godziny spędzone na statku, w pociągu i wreszcie na promie. Ubranie miałam brudne, a umysł – zmęczony i otępiały odkrywaniem tego kraju. Mimowolnie zaczęłam oczekiwać, że zwieńczenie tej długiej podróży okaże się bardziej spektakularne – lśniące drzwi, piękny pałac, coś, co mi powie w dostatecznie dramatyczny i ostateczny sposób: oto twoja nagroda, w końcu dotarłaś do celu. Nacisnęłam guzik dzwonka.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Czułam, jak moje serce przyspiesza. Może wróciła na kontynent? Albo dostałam zły adres? Spojrzałam na karteczkę trzymaną między palcami, atramentowy bazgroł wytarty od ciągłego rozkładania i składania. Wyobraziłam sobie, że muszę zawrócić i udać się znów do portu, a potem kupić kolejny bilet na prom, nie zwracając uwagi na drwiny pracowników obsługi, którzy dopiero co mnie tutaj dowieźli, a teraz śmieją się, że znów przemierzam ocean, ale tym razem naznaczona porażką. Pokręciłam głową. To niemożliwe. Pomyślałam o Nowym Jorku, o zbliżającej się kolejnej nudnej szarej zimie, maleńkich pokoikach, które wynajmowałam w różnych pensjonatach rozsianych po całym mieście, dźwięku kroków dziesiątek kobiet stukających obcasami po korytarzach – i o tej specyficznej woni. Zadrżałam mimo popołudniowego skwaru. Za każdą z nich zdawał się ciągnąć dziwny zapach skondensowanych perfum, największe stężenie osiągał we wspólnej łazience. Dominowały w nim słodkie akcenty, jakby na granicy zgnilizny. Skrzywiłam się. Nie. Na pewno tam nie wrócę, choćby nie wiem co.

– Tak?

Usłyszałam jej głos, zanim ją zobaczyłam. Odchyliłam głowę, żeby spojrzeć w górę, lecz oślepiło mnie słońce. Uniosłam dłoń i częściowo je zasłoniłam, aż w końcu ukazała mi się jej sylwetka porozcinana pasami światła.

– Alice – powiedziałam, nie podnosząc głosu, przez tę jedną chwilę napawając się brzmieniem jej imienia. – To ja.

Była daleko, więc nie mogłam mieć co do tego pewności, ale wydało mi się, że usłyszałam jej gwałtowny wdech; z trudem kryłam zachwyt, że udało mi się ją zaskoczyć.

– To co? – spytałam w końcu, nieznacznie podnosząc głos. – Mam się wdrapać po murze?

Na jej twarz wypłynął nerwowy uśmiech.

– Nie, nie. Pewnie, że nie. – Stała za sięgającą jej niemal do pasa żelazną balustradą, której łuki i wygięcia przypominały coś w rodzaju bluszczu. Przyłożyła dłonie do gardła, jak zawsze, gdy się denerwowała. – Zaczekaj chwilę. Zaraz zejdę.

Gdy czekałam na nią, zdałam sobie sprawę, że coś lekko trzepocze mi w uchu. W dzieciństwie cierpiałam na okropne bóle uszu, a gdy dorosłam, raz na jakiś czas zdarzało się, że ból powracał, a ja natychmiast pędziłam do przychodni. Jednak za każdym razem lekarze uśmiechali się tylko, kręcili głowami i zapewniali mnie, że wszystko jest w porządku, po czym wskazywali mi drzwi. Jeden z nich poświęcił mi więcej czasu i pokazał, jak ułożyć palec zaraz nad płatkiem ucha i lekko pociągnąć. „Jeśli teraz czuje pani ból – powiedział – to znaczy, że wdała się infekcja. A jeśli nie, to tylko”... Zawiesił głos, nie kończąc zdania. Jak mi później tłumaczył, obserwował już podobne objawy u kilku pacjentów i uważa, że zdradzają one pewien stan nerwowy, który doskwiera tylko najinteligentniejszym ze zgłaszających się do niego osób. Podejrzewam jednak, że tym komentarzem chciał przede wszystkim pochlebić sobie, złożyć hołd stworzonej przez siebie praktyce, a nie naprawdę komukolwiek pomóc. W każdym razie gdy teraz stałam na ulicy, czekając, aż Alice zejdzie po schodach, powtórzyłam ten ruch, szukając źródła bólu, ewentualnej wskazówki, że dopadła mnie infekcja. Nic jednak nie poczułam poza trwającym nadal trzepotaniem.

Alice stanęła w drzwiach lekko zdyszana; miała dwie różowe plamki na policzkach, a dół szyi lekko podrażniony od upału. Zawsze pocierała w zdenerwowaniu to samo miejsce między obojczykami. Zastanawiałam się, czy dotykała go jeszcze przed moim przybyciem czy już po nim – czy też może zaczerwienienie pojawiło się tam po prostu od południowego skwaru.

Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam. Co prawda minęło niewiele ponad rok, ale w międzyczasie tyle się wydarzyło, że tamte dni należały jakby do całkiem innego życia. Nadal miała jasne włosy, była niska i bardzo drobna – wiedziałam, że nie znosi określenia „filigranowa”, ale nie dało jej się inaczej opisać. Właściwie figurą przypominała wciąż dziewczynkę, nad czym niegdyś bardzo ubolewała. Jej szyję zdobiły perły zawieszone zaraz nad linią obojczyków – uderzyło mnie, jak bardzo nie pasowały do otoczenia, jak odstawały od scenerii wokół nas. Powstrzymałam jednak dziwny nagły impuls każący mi wyciągnąć rękę, dotknąć ich, zerwać z jej szyi i patrzeć, jak rozsypują się po ziemi i chowają w szczelinach chodnika.

– Wyglądasz cudownie – powiedziałam, pochylając się i całując ją w oba policzki. – Minęło tyle czasu.

– Tak – szepnęła. – No tak, pewnie.

Oczy jej błyszczały, ale spojrzenie było jakby nieobecne. Poczułam pod dłońmi jej cieniutkie kości. Zrobiła krok w tył, cofając się za próg; jej ruchy zdradzały niepokój, który zapewne wolałaby ukryć. Wskazała gestem, żebym poszła za nią. Poprowadziła mnie wąskimi schodami, słuchałam jej przestróg, po których stopniach stąpać bardziej ostrożnie – po uwagach zaraz następowały przeprosiny za marny stan budynku, zawsze miała skłonność do takiej paplaniny, gdy się denerwowała.

– Jest oczywiście przepiękny, ale po prostu woła o remont. Już kilka razy mówiłam Johnowi, ale on nie bardzo słucha. Podejrzewam, że nawet mu się taki podoba. Tu mieszkają wszyscy artyści, mówi. Ma na myśli pisarzy. Podawał mi ich nazwiska już chyba z milion razy, ale jakoś nie mogę ich spamiętać. Ale to w sumie bardziej twoja działka. Będziemy musiały go spytać.

John. Mężczyzna, którego Alice poznała już po wyjeździe z Bennington. To właśnie on – jak się niedawno dowiedziałam – odpowiadał za jej przeprowadzkę do Maroka.

– Jest w domu? – spytałam.

– Kto? – Alice zmarszczyła brwi. – A, John. Nie, nie. Jest w pracy.

– A co u niego? – spytałam, jakbyśmy byli paczką starych przyjaciół; zabrzmiało to jednak pusto, szybko zadałam więc następne pytanie: – A ty? Co u ciebie?

– W porządku. Oboje dobrze sobie radzimy. – Rzuciła te słowa pospiesznie, po czym wzięła głęboki wdech. – A jak tam u ciebie?

– Cieszę się, że jestem w Tangerze. – Uśmiechnęłam się. „Z tobą”.

Tych ostatnich słów nie wypowiedziałam na głos, choć wyraźnie poczułam ich kształt w klatce piersiowej. Właściwie byłam prawie pewna, że ona też je słyszała – lub może nie tyle słyszała, ile raczej poczuła.

Nagle zdałam sobie sprawę, że jesteśmy już w mieszkaniu. Stałyśmy w holu, na drewnianej podłodze przykrytej dywanem w skomplikowane wzory, a w mojej dłoni wciąż tkwiła ciężka walizka. Pomyślałam, że Alice powinna przecież po nią sięgnąć i zaprowadzić mnie do pokoju dla gości, żebyśmy w końcu usiadły, odprężyły się i zaczęły sobie opowiadać historie, tak jak dawniej. Wiedziałam co prawda, że nadzieja na powrót do czasów sprzed tamtej okropnej nocy jest raczej płonna, lecz nie mogłam nic poradzić na to, że wciąż się tliła głęboko w mojej piersi. Coś jednak w postawie Alice, w jej ruchach przypominających trzepotanie przerażonego ptaka w klatce, kazało mi się zastanowić, czy problem aby nie leży zupełnie gdzie indziej i wcale nie ma związku z tym, co zaszło między nami.

Wielokrotnie rozmyślałam nad przeprowadzką Alice do Tangeru. Wspominałam starą zniszczoną mapę wiszącą nad moim łóżkiem w akademiku. Przez lata dla zabawy wbijałyśmy pinezki w miękki biały gips tandetnej ściany pod spodem, zaznaczając miejsca, do których pojedziemy po ukończeniu studiów. Planowałyśmy wspólne przygody. Alice wskazywała Paryż lub czasem – gdy nabierała animuszu – Budapeszt. Ale nigdy Tanger. Ja umieszczałam pinezki nieco dalej: Kair, Stambuł, Ateny. Miasta te wydawały się dawniej odległe i całkiem niedostępne, ale mając Alice obok siebie, czułam, że na nas czekają.

„Jak skończymy studia, zabiorę cię do Paryża” – powiedziała któregoś wieczoru, niedługo po naszym pierwszym spotkaniu. Siedziałyśmy akurat schowane za „Krańcem Świata” – tym pasem ziemi na końcu centralnego trawnika kampusu, gdzie teren zdaje się nagle obsuwać, choć jeśli spojrzeć w dół, oczom ukazują się jedynie łagodne falujące wzgórza ciągnące się po horyzont. Optyczna iluzja, coś w rodzaju mirażu. Zapadł już zmrok, a przez rozłożony na trawie bawełniany koc, na którym siedziałyśmy, przenikała wilgoć ciągnąca od ziemi. Nie ruszałyśmy się jednak z miejsca, zadowolone, że możemy to nadejście nocy zignorować.

W odpowiedzi ścisnęłam jej dłoń. Wiedziałam już wtedy o funduszu założonym na jej nazwisko i o wypłatach, które otrzymywała co miesiąc; były to czeki ze starannie, staroświecko wykaligrafowanym jej pełnym nazwiskiem – Alice Elizabeth Shipley – które na początku każdego miesiąca znajdowała w przegródce na pocztę. Lecz tego rodzaju propozycja, takie zaproszenie wobec dziewczyny, którą się zna dopiero od kilku tygodni? Nie mieściło się to w racjonalnych ramach. Serce mi zamarło, jakby nie chciało uwierzyć, że w innych ludziach naprawdę drzemią takie pokłady szczodrości i dobroci – na podstawie doświadczeń z własnej przeszłości nie mogłam się ich spodziewać. Urodziłam się w małym miasteczku w stanie Vermont, ledwie kilka kilometrów od Bennington. Zawsze uważałam rodzinną miejscowość za ledwie przystanek na drodze do jakiegoś znacznie ciekawszego miejsca. Swoją szansę otrzymałam dzięki stypendium, które wyrwało mnie z ciasnoty dusznego mieszkanka nad warsztatem samochodowym i przeniosło wprawdzie tylko kilka kilometrów dalej, ale do całkiem odmiennego świata.

Ale do Paryża w końcu nie pojechałyśmy.

Alice zaś udała się do Tangeru, miejsca, którego nigdy na naszej mapie nie zaznaczała. I nie zabrała mnie ze sobą.

– Co robisz w Tangerze, Lucy? – spytała Alice, wytrącając mnie z zamyślenia.

Zamrugałam szybko, zaskoczona jej słowami.

– Przyjechałam się z tobą zobaczyć, to chyba oczywiste? – odparłam z uśmiechem, starannie wymawiając słowa, żeby ukryć towarzyszące im emocje.

Spojrzałam na Alice – po raz pierwszy naprawdę się jej przyjrzałam. Jak już wcześniej zauważyłam, wyszczuplała od ostatniego razu, była też bledsza, co mogło dziwić, zważywszy na marokański klimat. Pod oczami pojawiły się jej ciemne worki i pomyślałam, że wygląda, jakby od dłuższego czasu cierpiała na bezsenność. Jej palce wciąż wędrowały ku miejscu w dole szyi, które od czasu mojego przybycia przybrało jeszcze ciemniejszy kolor. Mimo dość późnej godziny miała na sobie podomkę – żółtą, sięgającą niemal do kostek i przewiązaną w pasie prostą szarfą. Na jej twarzy nie dostrzegłam najmniejszego śladu makijażu, włosy zaś – niegdyś połyskująca burza gęstych złotych loków – były teraz krótsze i zwisały smętnie, a ich matowy kolor wskazywał, że należałoby je porządnie umyć.

– Czy wszystko w porządku, Alice? – Przysunęłam się bliżej, stawiając walizkę obok swoich stóp.

– Tak, tak, oczywiście – odparła znów w ten swój pospieszny sposób.

– Ale powiedziałabyś mi, prawda? Gdyby coś było nie tak? Gdybyście z Johnem...

– Nie, nie, wszystko w porządku – żachnęła się. – Naprawdę. Tyle tylko, że mnie zaskoczyłaś. – Uśmiechnęła się, choć w jej głosie wyczuwałam napięcie, coś nieprzejednanego i surowego.

Wówczas jednak jej ramiona jakby straciły wcześniejszą sztywność, uśmiech stał się mniej wymuszony i odniosłam wrażenie, że wreszcie mnie naprawdę dostrzegła – począwszy od mojej nowej, napuszonej fryzury, trzymanej w ryzach przez tony lakieru (choć zdążyłam już kwaśno zauważyć, że od upału zaczęła się niesfornie kędzierzawić), aż po ciemną sukienkę koszulową z paskiem, która kosztowała tyle, ile mój miesięczny czynsz. Wprawdzie daleko odbiegała od mojego stylu z lat studenckich, lecz ponieważ miałam zobaczyć Alice po raz pierwszy od ponad roku, chciałam jasno pokazać, że dobrze sobie w tym czasie radziłam. Nie zamierzałam się wywyższać, jak inne dziewczyny, które wciąż popisywały się przed koleżankami swoim statusem, by wzbudzić w nich zazdrość, lecz tylko unaocznić jej, jak wiele dla mnie znaczyły te dni i noce spędzone z nią w akademiku, że nasze marzenia o przyszłości nie były tylko ciekawym sposobem spędzania wolnego czasu, że naprawdę wierzyłam w każde wypowiedziane przy niej słowo. To właśnie chciałam jej udowodnić: że pomimo tego wszystkiego, co między nami zaszło, nigdy w żadnej sprawie jej nie okłamałam.

– Świetnie wyglądasz, Lucy – zauważyła, choć w moich uszach zabrzmiało to, jakby szła na ustępstwo, jakby użyła tych słów nie po coś, lecz pomimo czegoś.

– Ty też – odparłam, z entuzjazmem odwzajemniając komplement, nawet jeśli był on wymuszony (chyba obie wiedziałyśmy, że jej słowa wynikały raczej z grzeczności).

Znów się uśmiechnęła tym swoim wewnętrznym uśmiechem, który tak często widywałam podczas pierwszych dni na uczelni, gdy była jeszcze taka nieśmiała i niepewna siebie. Pod koniec czwartego roku nie przejawiała już niemal wcale tego rodzaju cech, teraz jednak znów się ujawniały, jedna za drugą.

– Zaproponowałabym ci herbatę – powiedziała, jak gdyby chciała wypełnić czymś ciszę – ale John niestety znów zapomniał o butli z gazem. Nie mogę zagotować wody, dopóki nie kupi nowej. Ale może przejdziemy do salonu i zrobię coś innego do picia?

Sięgnęła po moją walizkę, lecz ją powstrzymałam. Wolałam sama ją nieść. Obawiałam się, że Alice ugięłaby się pod jej ciężarem. Gdy się odwróciła, spojrzałam na jej ramiona – pod cienką tkaniną podomki wyraźnie zaznaczały się dwa sterczące wierzchołki. Nie uszły też mojej uwagi zapadnięte policzki, kościste łokcie i drżenie jej dłoni, niemal niezauważalne, ale jednak.

– To nie do wiary, że minęło już tyle czasu – zauważyłam, idąc za nią korytarzem.

Zwróciłam uwagę, że prawie każdy najmniejszy skrawek mieszkania był czymś zastawiony, wręcz nie dawało się zrobić kroku, by nie potknąć się o nogę od krzesła lub puf. Wkrótce się przekonałam, że na jaskrawo pomalowanych ścianach oprócz warstw farby nie brakuje też najróżniejszych bibelotów, zwłaszcza zaś talerzy, których całe rzędy wisiały na hakach: srebrne, miedziane, porcelanowe, jednobarwne i wielokolorowe. Dawała tu o sobie znać jakaś szczególna fascynacja, nie udało mi się jednak wychwycić schematu, według którego je ułożono.

– To prawda – odpowiedziała w końcu. – Mam wrażenie, że w Bennington byłyśmy w poprzednim życiu.

Weszłyśmy do salonu. Postawiłam walizkę na dywanie, obok swoich stóp. Przez kilka sekund obie rozglądałyśmy się po pokoju, jak gdyby gdzieś w jego zakamarkach w egzotycznym Tangerze miał się kryć sposób na odbudowanie naszej dawnej więzi, na ponowne odnalezienie się nawzajem.

– Pójdę po coś do picia – oznajmiła, wycofując się z pokoju.

– Dziękuję ci, Alice. – Wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć jej dłoni. Wzdrygnęła się na ten gest i wtedy jeszcze intensywniej poczułam jej skórę. – Alice, czy na pewno wszystko w porządku? – dodałam szeptem.

Początkowo nawet na mnie nie spojrzała, potem jednak uniosła tę swoją mizerną, zapadniętą twarz. Jej oczy jaśniały blaskiem.

– Oczywiście, że tak, Lucy – odparła i szybko wycofała się w stronę korytarza. – Wszystko układa się wspaniale.

Dopiero później dotarło do mnie, że w ogóle nie wspomniała o wypadku.

Ale ja przecież też nie.

Spędziłam kilka chwil w łazience; przyciskałam do twarzy ręcznik z nadzieją, że z moich policzków zejdzie rumieniec. Gdy wyszłam – przepocone włosy wciąż lepiły mi się do twarzy – zauważyłam ułożony na wprost drzwi stos różowych, sztywno wykrochmalonych ręczników, a na nim kilka okrągłych mydełek o ozdobnych brzegach. Z kuchni dochodził śpiew Alice.

Ruszyłam w stronę melodii. Uśmiechałam się sama do siebie, przemierzając korytarz i usiłując jednocześnie na powrót ułożyć włosy. Alice śpiewała piosenkę, którą znałam z radia. Dziewczyny w ostatnim pensjonacie, w którym mieszkałam, zrzuciły się na kremowo-złoty radioodbiornik marki Silvertone. Na początku każda po kolei brała go do swojego pokoju, chyba przede wszystkim po to, żeby móc się nim pochwalić, aż koniec końców wylądował we wspólnej sali na dole, gdzie stał się po prostu zwykłym, nieco zapomnianym elementem wyposażenia.

Również zanuciłam tę melodię.

– Widzę, że śpiewanie wciąż nie idzie ci najlepiej – zażartowałam, podnosząc tylko nieznacznie głos, żeby mogła mnie dosłyszeć.

Z kuchni dobiegł jej śmiech – zauważyłam, że już nie tak niepewny.

– Usiądź sobie. Zaraz przyjdę.

Wróciłam do salonu i po raz pierwszy należycie się rozejrzałam. Podobnie jak w pozostałych pomieszczeniach, w jego wystroju dominowało ciemne drewno i skóra – której słodki, nieco mdlący zapach działał w popołudniowym skwarze niemal odurzająco. Po całym pokoju walały się dziesiątki książek. Zerknęłam na jedną z nich: Charles Dickens. Autorem kolejnej był jakiś rosyjski pisarz, o którym nigdy nie słyszałam. Wiedziałam, że Alice nie jest zbyt oczytana. W ciągu tych czterech lat, które spędziłyśmy razem w akademiku, starałam się obudzić w niej pasję czytania, ale nie bardzo ją to interesowało. To wszystko jest zbyt poważne – narzekała. Pomyślałam wtedy, że tego rodzaju komentarz rzucony przez kogokolwiek innego rozdrażniłby mnie, lecz w przypadku Alice słowa te brzmiały po prostu prawdziwie. Myśl, że miałaby się męczyć z jakąś trudną książką, w pewien sposób wydawała mi się niewłaściwa – Alice kojarzyła mi się z powietrzem i lekkością, jakby została stworzona, by po prostu żyć, a nie czytać o życiu innych ludzi. Powiedziałam jej kiedyś o tym, a ona tylko się zaśmiała i machnęła ręką. Ale to była prawda. To właśnie Alice potrafiła obudzić mnie wcześnie rano, gdy na zewnątrz panowały jeszcze ciemności, i zaciągnąć na drewniane leżaki na głównym trawniku, taszcząc koce, które spływały z jej rąk na pełną rosy trawę – uparła się bowiem, że jako pierwsze zobaczymy wschód słońca. Nie mogłam się wtedy nadziwić, w tych cichych chwilach, gdy patrzyłam, jak mój oddech tworzy wielkie białe chmury, że w ogóle się odnalazłyśmy. Że matka Alice, Amerykanka, która przeniosła się do Anglii i poślubiła Brytyjczyka, skończyła właśnie nasz maleńki college w stanie Vermont, co z kolei skłoniło Alice do wyjechania na tę akurat uczelnię, w ramach hołdu dla jej pamięci. Że jakimś cudem Alice udało się, z pomocą tego jej niepewnego uśmieszku, wyrwać mnie z mojej wygodnej kryjówki w bibliotece, wydobyć z otchłani pełnej głosów zmarłych i wrzucić z powrotem w świat żywych. Naciągałam na siebie koc i przysuwałam się do jej ciepłego ciała, pragnąc, aby ta chwila trwała wiecznie – i zarazem wiedząc, że to niemożliwe.

Przejechałam palcami po stronach kilku książek; ze zdumieniem spostrzegłam, że wciąż mają nierozcięte strony. W mojej głowie stopniowo powstawał portret mężczyzny, którego Alice poślubiła.

– Zdziwiłaś się, widząc mnie dziś rano na swoim progu?! – zawołałam, siadając na skórzanej sofie, na której od razu zaczęły mi się pocić uda.

Z kuchni nie dochodziły żadne odgłosy.

– Alice? – zapytałam ponownie, pochmurniejąc.

Przenosiłam ciężar ciała z boku na bok, żeby wietrzyć na zmianę partie skóry stykające się z obiciem, w nadziei, że pot nie zostawi plam na mojej nowej sukience. Zdążyłam już zauważyć, że powietrze w Tangerze przesuwa się powoli, bez wyraźnego kierunku, jakby zawieszone w przestrzeni, gęste i ciężkie od wilgoci. Ociężałe – uznałam, że to najlepsze słowo.

– A, tak – odparła przytłumionym głosem, zdającym się dochodzić z jakiejś nieokreślonej oddali, a nie po prostu z sąsiedniego pomieszczenia. – Trochę się zdziwiłam.

Zanim zdążyłam zadać jej kolejne pytanie, usłyszałam, jak przekręca się gałka w drzwiach wejściowych.

– Alice? – doszedł mnie męski głos, znacznie niższy, niż sobie wyobrażałam. – Jesteś w domu? – A potem nieco ciszej: – Pewnie nie poszłaś dziś na targ?

Wspominając potem tę chwilę, nabrałam niemal pewności, że wtedy bicie mojego serca na moment ustało.

Co oczywiście czasem się zdarzało. Nieznaczny szmer, nic poważnego – tak przynajmniej twierdzili lekarze. Zapewniali mnie, że nie ma to na nic wpływu, że po prostu raz na jakiś czas, nie za często, moje serce jakby wypada z rytmu. Gdy tak się buntuje – albo raczej gubi – zatrzymuje się na sekundę, a nawet mniej. A jednak kolejne uderzenie przypominało zawsze raczej przywrócenie akcji serca niż jej kontynuację. Jakby coś próbowało mnie rozdeptać czy stratować. Może zresztą po latach zaczęłam tylko tak to sobie po prostu wyobrażać – wszak moje wspomnienia zmieniły się pod wpływem tego, co się w końcu zdarzyło – lecz jestem prawie pewna, że moje serce właśnie wtedy wypadło z rytmu. Możliwe, że było to ostrzeżenie albo że mój organizm wyczuwał niebezpieczeństwo. Nigdy się tego nie dowiem, sądzę jednak, że serce usiłowało mi coś powiedzieć, przestrzec mnie przed mężczyzną idącym przez hol do salonu, w którym siedziałam.

Czasem się zastanawiam, co by się stało, gdybym tego ostrzeżenia posłuchała.

W polu mojego widzenia pojawił się mężczyzna.

Zwróciłam uwagę na jego opaloną twarz usianą piegami i złote włosy ułożone w bujną falę. Pomyślałam, że wygląda jak większość mężczyzn w naszym wieku: pełen życia i entuzjazmu, wciąż nieprzygaszony przez monotonię życia codziennego. Był przystojny, co do tego nie miałam cienia wątpliwości. Choć pewnie wielu osobom podobałyby się klasyczne rysy jego twarzy, mnie wydały się zbyt nachalne, aż nie mogłam zbyt długo mu się przyglądać. Od razu też zauważyłam w nim coś jeszcze – coś mocniejszego, konkretniejszego – lecz odrzuciłam tę myśl, uznając, że może to tylko władcze linie jego ubioru. Choć nie znałam się specjalnie na modzie męskiej, potrafiłam stwierdzić, że miał na sobie kosztowny strój: trzyczęściowy garnitur z tkaniny o ciekawej fakturze, w ogóle niepasujący do marokańskiej scenerii, oraz kapelusz typu fedora z wąskim rondem. Z pewną zazdrością odnotowałam, że noszenie kilku warstw grubego materiału w niemiłosiernym marokańskim upale zdaje się w ogóle mu nie przeszkadzać.

– Mamy gościa! – zawołała Alice dziwnym tonem (jakby falsetem, choć w sumie nie wiedziałam, czy to właściwe słowo). – To Lucy.

– Lucy? – powtórzył za nią John, który stał na progu pokoju, marszcząc brwi.

– Tak, kochanie, Lucy. Moja przyjaciółka ze studiów. – Alice zaśmiała się głucho. – Tyle ci o niej mówiłam.

Oczywiście kłamała. Mogłam to stwierdzić po wyrazie dezorientacji, który wypłynął na twarz Johna, gdy tylko padło moje imię. Wszystko wskazywało na to, że nigdy o mnie nie słyszał.

– Zrobiłaś może jakąś kolację, Alice? Umieram z głodu – powiedział John, luzując krawat. W jego głosie wyraźnie słychać było zmęczenie.

I właśnie wtedy mnie zauważył: obcą osobę siedzącą na jego kanapie. Przez jego twarz przemknął cień irytacji, później jednak jakby przyjrzał mi się dokładniej – porządnie ubrana, dość atrakcyjna kobieta – i zeszło z niego napięcie, ustępując pola miłemu zaskoczeniu.