Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 255 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tańczące niedźwiedzie - Witold Szabłowski

Witold Szabłowski objeżdża autostopem ogłaszające niepodległość Kosowo, wozi zdezelowanym peugeotem drżących o życie Fidela Kubańczyków, kłóci się z zakochanymi w Stalinie przewodniczkami po muzeum czerwonego dyktatora, przemyca samochód na Ukrainę, nocuje na londyńskiej stacji Victoria z bezdomną spod Pabianic. W jego reportażu wszyscy okazujemy się tańczącymi niedźwiedziami, którym wolność przynosi jednocześnie ulgę i ból.
Książka ma właśnie swoją światową premierę: ukaże się na czterech kontynentach. Została już doceniona w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest odczytywana jako niezwykle aktualna opowieść o Donaldzie Trumpie.

„Absurdalna, pełna czarnego humoru, ale i współczucia – ta książka to literacka perła” – Ian Buruma, redaktor naczelny „New York Review of Books” 

„Łącząc odważne dziennikarstwo z jeszcze odważniejszymi alegoriami, Witold Szabłowski wytrwale i z humorem uczy nas, że musimy pragnąć wolności, a nie tylko na nią czekać” – Timothy Snyder, historyk, autor bestsellerów „New York Timesa” – „O tyranii”, „Czarna ziemia”, „Skrwawione ziemie”

Opinie o ebooku Tańczące niedźwiedzie - Witold Szabłowski

Fragment ebooka Tańczące niedźwiedzie - Witold Szabłowski

Redakcja: Mariusz Burchart

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Projekt graficzny okładki: Tom Brown

Zdjęcia: okładka – Bruce Dale/Nation Geographic Creative; środki – Albin Biblom

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Mapy: Wawrzyniec Święcicki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Witold Szabłowski 2018

Wydanie II uzupełnione

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2108-0 (epub), 978-83-268-2109-7 (mobi)

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i  Narodowego

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ATENY – każdego dnia tysiące Greków marzą tu, że wreszcie w ich kraju zapanuje najlepszy i najszczęśliwszy ustrój – komunizm.

BELGRAD – przez wiele lat, pod przebraniem lekarza medycyny naturalnej, ukrywał się tu zbrodniarz wojenny Radovan Karadżić.

BERATI – tu robotnik budowlany Djoni rozbija bunkry zbudowane przez Envera Hodżę.

GORI – w domu, w którym urodził się Stalin, pośmiertnej maski generalissimusa strzegą jego westalki.

HAWANA – tysiące Kubańczyków drżą, słysząc doniesienia o pogarszającym się stanie zdrowia Fidela Castro; jedni drżą ze strachu, inni – z podniecenia, że wiatr zmian wreszcie zacznie wiać i na ich wyspie.

LONDYN – Lady Peron ma tu swoje dwa hektary, między dworcem kolejowym Station a autokarowym Victoria Coach Station.

KOSOVSKA MITROVICA – stąd przyjaciele Florent i Duszan ruszają, by rozdawać kurczaki Serbom, którzy wracają do Kosowa.

MEDYKA – przez granicę z Ukrainą dzień w dzień chodzą tysiące „mrówek” przynoszących do Polski wódkę i papierosy.

NARWA – stolica estońskich Rosjan, gdzie nawet policjanci nie znają języka estońskiego.

SIERAKOWO SŁAWIEŃSKIE – mieszkańcy tej popegeerowskiej wsi, w ramach walki z biedą, założyli wioskę Hobbitów. Przebierają się za postacie z Tolkiena i zapraszają dzieciaki, by wzięły udział w grze terenowej.

TIRANA – stąd rządził Enver Hodża, do dziś straszy tu piramida zaprojektowana przez jego córkę i zięcia.

BELICA – w tym miasteczku znajduje się dwunastohektarowy park tańczących niedźwiedzi, w którym uczy się je życia na wolności.

DRJANOWEC – stąd pochodzą bracia Gijorgij i Stefan Marinowowie. Pierwszy z nich z niedźwiedzicą Welą jeździł po wybrzeżu Morza Czarnego i odpustach. Drugi był specjalistą od arcytrudnej sztuki zapasów z niedźwiedziem.

GECOWO – tu w 2007 roku odebrano cygańskiej rodzinie Staniewów trzy ostatnie tańczące niedźwiedzie w Bułgarii: Miszo, Swietłę i Mimę.

JAGODA – miasteczko znane ze znamienitych, choć biedniejszych od ich kolegów z północy kraju niedźwiedników. Bułgarzy mawiali z przekąsem, że każdy mieszkaniec Jagody ma przy domu niedźwiedzia.

ŁOŹNICA – w tej wiosce urodził się towarzysz Penczo Kubadinski, który w czasie II wojny światowej ukrywał się z Cyganami-niedźwiednikami, a później został jednym z najznamienitszych bułgarskich komunistów, bliskim przyjacielem i współpracownikiem Todora Żiwkowa.

SOFIA – w stolicy kraju jeszcze kilka lat temu można było zobaczyć niedźwiedników w tramwajach, na osiedlach, ba, nawet pod sklepami czy kolekturami totka. Grali na gęślach i czekali na datki.

WARNA, ZŁOTE PIASKI – najpopularniejsze bułgarskie kurorty jeszcze kilka lat temu, zanim Bułgaria weszła do Unii Europejskiej, pełne były niedźwiedników i ich zwierząt.

WSTĘP
1.

Człowiek z rozwianymi włosami i szalonym wzrokiem nie pojawił się znikąd. Znali go tu wcześniej. Opowiadał im czasem, jacy są wielcy, kazał wracać do korzeni; jak trzeba, wtrącał jakąś mało prawdopodobną, ale szalenie atrakcyjną teorię spiskową. Choćby i o kosmitach. Żeby przyciągnąć uwagę. I żeby postraszyć. Bo zauważył, że jak straszy, to bardziej go słuchają.

Byli oswojeni z jego obecnością i z tym, że czasem, z całkowicie poważną miną, mówi coś, co jest naprawdę zabawne. Czasami pętał się po obrzeżach życia politycznego, czasami bliżej głównego nurtu, ale traktowano jako lekkie kuriozum.

Aż któregoś dnia przetarli oczy ze zdumienia. Bo człowiek z rozwianymi włosami, wieszczący swoje kosmiczne apokalipsy, stanął do gry o najwyższą stawkę. I znowu, jak wcześniej, trochę postraszył – uchodźcami, wojną, kosmitami. Właściwie wszystko jedno czym. Trochę napompował narodowe ego. Trochę się przy okazji – w oczach tak zwanych elit – ośmieszył. Ale dużo obiecał. Przede wszystkim obiecał, że cofnie czas i że będzie jak kiedyś. Czyli lepiej.

I wygrał.

Wiecie doskonale, gdzie to się wydarzyło, prawda? Tak. Macie rację. U nas. W pokomunistycznej Europie Środkowo-Wschodniej. W Krainie Transformacji.

2.

Kraina Transformacji to magma, która zaczęła się lać z wulkanu o nazwie Związek Radziecki i Jego Satelity, chwilę przed tym, gdy wulkan ten wybuchł i przestał istnieć. To znaczy istniała wcześniej, przecież Polacy, Serbowie, Węgrzy czy Czesi to bardzo stare nacje. Ale od czasu II wojny światowej żyliśmy tu, zmrożeni porozumieniami Stalina, Roosevelta i Churchilla zawartymi w Jałcie, które to porozumienia zostawiły nas po ciemnej stronie mocy.

W strefie wpływów ZSRR.

Pierwsza fala magmy zaczęła się lać, gdy 4 czerwca 1989 roku w Polsce doszło do pierwszych (prawie) wolnych wyborów.

Potem runął mur berliński. I zaczęło się lać już na dobre.

Niedługo później runął Związek Radziecki i cały pojałtański ład.

Staliśmy się wolni. Polacy, Serbowie, Węgrzy, ale też Estończycy, Litwini, Ukraińcy, Bułgarzy, Kirgizi, Tadżykowie, Kazachowie. Wielki kawałek świata dostał wolność, na którą nie był gotowy. W skrajnych wypadkach – wcale jej nie oczekując ani nie chcąc.

Wielki kawałek świata musiał się odmrozić i szybko nauczyć, jak ten świat naprawdę działa. Jak znaleźć sobie w nim miejsce. Słowem – musiał się nauczyć, czym jest wolność. I jak z niej korzystać.

3.

Historię tańczących niedźwiedzi opowiedział mi Krasimir Krumow, bułgarski dziennikarz, którego poznałem w Warszawie.

Niedźwiedzie te, mówił Krasimir, przez całe lata były szkolone do tańca i traktowane bardzo brutalnie. Treserzy trzymali je przy domach. Tańca uczyli, bijąc je od małego. Przy okazji wybijali im wszystkie zęby, żeby niedźwiedź przypadkiem nie przypomniał sobie, że jest od swojego tresera silniejszy. Łamali im charaktery. Upijali alkoholem – wiele miśków było potem uzależnionych od silnych trunków. A potem kazali wykonywać dla turystów różne dziwne sztuki – od tańca, przez naśladowanie różnych znanych ludzi, skończywszy na masażu.

I nagle, gdy w 2007 roku Bułgaria weszła do Unii Europejskiej, tańczące niedźwiedzie przestały być legalne. Austriacka organizacja Cztery Łapy otworzyła niedaleko od Sofii specjalny ośrodek. Zabierano miśki od treserów i umieszczano je właśnie tam, w miejscowości Belica. Zniknął bat, zniknęła brutalność, zniknęło kółko z nosa, które – jak mówią ludzie z Czterech Łap – było symbolem niedźwiedziej niewoli. Zaczął się unikalny projekt: uczenie wolności stworzeń, które wolne nigdy nie były. Krok za krokiem. Pomału. Ostrożnie.

Ośrodek w Belicy stał się niezwykłym laboratorium wolności. Zwierzęta uczono, jak wolny niedźwiedź powinien się poruszać. Jak powinien zabiegać o swoją przyszłość. Jak hibernować. Jak kopulować. Jak zdobywać jedzenie.

Kiedy słuchałem Krasimira, pomyślałem, że sam żyję w podobnym laboratorium. Od kiedy w 1989 w Polsce rozpoczęły się przemiany demokratyczne, nasze życie to również nieustanne laboratorium wolności. Nieustanny kurs, czym ona jest, jak z niej korzystać i jaką się za nią płaci cenę. Też musimy się uczyć, jak wolny człowiek dba o siebie, o swoją rodzinę czy o swoją przyszłość. Jak je, jak śpi, jak się kocha – bo w krajach socjalistycznych państwo zaglądało obywatelom i do talerzy, i do łóżek.

I, podobnie jak niedźwiedzie z Belicy, raz radzimy sobie z nią lepiej, a raz gorzej. Czasami daje nam satysfakcję, ale czasami – budzi w nas opór. Czasem nawet agresję.

4.

Kilka lat po pierwszym spotkaniu z Krumowem pojechałem do laboratorium wolności, do Belicy. Chciałem się dowiedzieć, jak wygląda laboratorium wolności. Dowiedziałem się między innymi:

• że wolność dawkuje się niedźwiedziom powoli. Nie można dać całej naraz, bo się nią udławią;

• że ma swoje limity. Dla niedźwiedzi takim limitem jest płot pod napięciem elektrycznym;

• że wolność, dla tych, którzy jej wcześniej nie znali, jest bardzo skomplikowana. Niedźwiedziom bardzo trudno nauczyć się życia, w którym muszą się troszczyć same o siebie. Czasem jest to niewykonalne.

I dowiedziałem się, że każdy emerytowany tańczący niedźwiedź ma taki moment, kiedy wolność zaczyna go boleć. Co wtedy robi? Staje na tylnych łapach i zaczyna... tańczyć. Odtwarza to, czego pracownicy parku za wszelką ceną chcą go oduczyć. Odtwarza zachowania niewolnika. Woła tresera, żeby wrócił i znów wziął odpowiedzialność za jego życie. „Niech bije, niech źle traktuje, ale niech zabierze tę cholerną konieczność radzenia sobie z własnym życiem” – zdają się mówić niedźwiedzie.

I znów pomyślałem, że to niby opowieść o niedźwiedziach. Ale też o nas.

5.

Ludzie z rozwianymi włosami, którzy obiecują dużo i łatwo, mnożą się w naszej części świata jak grzyby po deszczu. A ludzie idą za nimi jak niedźwiedzie za swoim treserem. Bo wolność przyniosła im nie tylko nowe smaki, nowe możliwości i nowe horyzonty.

Przyniosła też nowe wyzwania, z którymi nie zawsze sobie radzą. Bezrobocie, którego w socjalizmie nie znali. Bezdomność. Kapitalizm, często w bardzo dzikiej postaci. I ludzie też, jak niedźwiedzie, woleliby czasem, żeby przyszedł treser i choć część tych wyzwań zdjął z ich pleców. I chociaż trochę im odciążył kręgosłupy.

Kiedy zbierałem materiał do książki, którą trzymają Państwo w ręku, myślałem, że będzie to książka o Europie Środkowo-Wschodniej i naszym trudnym wychodzeniu z komunizmu. Ale w międzyczasie ludzie z rozwianymi włosami i szalonym wzrokiem zaczęli się pojawiać i w krajach, które komunizmu nigdy nie zaznały. Okazało się, że strach przed zmieniającym się światem; że tęsknota za kimś, kto zdejmie z nas trochę odpowiedzialności za nasze życia; kto obieca nam, że będzie jak dawniej (czyli lepiej) – jest uniwersalna. I nie tylko my w Krainie Transformacji, lecz także połowa Zachodu flirtuje z ludźmi z rozwianymi włosami, którzy nie mają nic do zaoferowania poza obietnicami bez pokrycia. Tyle że obietnice te owijają w szeleszczący papier i udają, że w środku jest cukierek.

I ludzie dla tego cukierka wstają na tylne łapy i zaczynają tańczyć.

Wolność boli. I będzie boleć. Czy jesteśmy gotowi zapłacić za nią więcej niż tańczące niedźwiedzie?

Słowniczek

Мечка (meczka) – po bułgarsku niedźwiedź

Мечкар albo mечкадар (meczkar albo meczkadar) – niedźwiednik, treser

Намордник (namordnik) – maska, często z czerwonym pomponem, którą niedźwiedź miał nałożoną na pysk

Хoлка (holka) – metalowe kółko, które niedźwiednicy wbijali swoim zwierzętom w nosy

Гъдулка (gadulka) – gęśle, na których grał niedźwiednik

CZĘŚĆ 1.
I. MIŁOŚĆ
1.

Gijorgij Mirczew Marinow chowa głowę w prawej dłoni, a lewą strzepuje popiół z papierosa na ziemię, która we wsi Drjanowec ma kolor intensywnego, przechodzącego miejscami w czerwień brązu. Siedzimy pod otynkowanym na szaro domem. Marinow jest nieco po siedemdziesiątce, ale nie pochylił się jeszcze ku ziemi, choć w Drjanowcu, wiosce na północy Bułgarii, zamieszkanej głównie przez Cyganów, rzadko który mężczyzna dożywa jego wieku.

Z kobietami nie jest zresztą lepiej. Na futrynie domu Marinowa wisi świeża klepsydra ze zdjęciem kobiety nieco tylko od niego młodszej. To żona. Zmarła w zeszłym roku.

Jeśli przejść przez tę futrynę, minąć wóz, muła i stertę szpargałów, dochodzi się do glinianego klepiska. Pośrodku niego stoi wbity w ziemię drąg. Przy nim niemal dwadzieścia zim spędziła niedźwiedzica Wela.

– Kochałem ją, jakby była moją córką – mówi Mirczew, którego wspomnienia przeniosły na chwilę do tych poranków nad Morzem Czarnym, gdy on i Wela, wsparci jedno o drugie, wystawiali nosy w stronę morza, a potem przegryzali pszennym chlebem i ruszali po rozgrzewającym się powoli asfalcie do pracy. I te wspomnienia roztapiają go, jak tamto słońce wtedy tamten asfalt, i zapomina o papierosie, aż żar zacznie parzyć go w palce, wtedy rzuca niedopałek na brązowoczerwoną ziemię i wraca do wsi Drjanowec, pod otynkowany na szaro dom z klepsydrą na futrynie.

– Bóg mi świadkiem, kochałem ją, jakby była człowiekiem – mówi i trzęsie głową. – Kochałem jak członka najbliższej rodziny. Chleba zawsze miała pod dostatkiem. Najlepszy alkohol. Truskawki. Czekoladę. Batony. Jakbym mógł, tobym ją na plecach nosił. Jeśli więc mówisz, że ją biłem, że źle jej było ze mną, kłamiesz.

2.

Wela pojawiła się w domu Mirczewów na początku smutnych lat 90., gdy upadł komunizm, a za nim zaczęły upadać kołchozy, tu zwane ТК3С – trudowo kooperatiwno zemedielsko stopanstwo. – Byłem traktorzystą w ТК3С w Drjanowcu, jeździłem pojazdem marki Białoruś i bardzo swoją pracę lubiłem – mówi Mirczew. – Gdybym mógł, do końca życia pracowałbym w kołchozie. Ludzie mili. Praca czasami ciężka, ale na świeżym powietrzu. Niczego nam nie brakowało.

Ale w 1991 roku ТК3С zaczęło zwalniać. Dyrektor wezwał Mirczewa i powiedział mu, że w kapitalizmie traktorzysta musi nie tylko jeździć traktorem, ale także pomagać i przy krowach, i przy siewie, i przy żniwach. Gijorgij i tak wiele razy pomagał ludziom na innych stanowiskach, nie widział w tym problemu. Ale dyrektor odpowiedział, że on to wszystko rozumie, ale że nawet takich wielofunkcyjnych traktorzystów on w kapitalizmie dwunastu nie utrzyma – bo wcześniej w ТК3С w Drjanowcu było ich dwunastu – ale co najwyżej trzech. Mirczew został zwolniony.

– Dostałem wypłatę za trzy miesiące do przodu – i do widzenia – wspomina. I dodaje: – Jak wyjdziesz ode mnie z domu, podejdziesz kawałek w prawo i staniesz na górce, to zobaczysz, co po naszym kołchozie zostało. To był piękny kołchoz, trzysta krów, kilkaset hektarów, doskonale zarządzany! Pracowali w nim głównie Cyganie, bo dla Bułgarów za bardzo w tej pracy śmierdziało. Dziś wszystko się zawaliło, a Cyganie, zamiast pracować, siedzą na bezrobociu. A mleko w markecie w Razgradzie sprzedają niemieckie. Niemcom widać opłaca się mieć duże gospodarstwa rolne, Bułgarom – nie.

W 1991 roku Mirczew musiał zadać sobie podstawowe pytanie, jakie zadaje sobie każdy zwolniony z pracy: – Co ja potrafię robić innego.

– Odpowiedź w moim wypadku była prosta – mówi. – Umiałem trenować niedźwiedzie do tańca.

Niedźwiednikami byli jego ojciec i dziadek, a brat Stefan wodził niedźwiedzie, od kiedy skończył szkołę. – Tylko ja z najbliższej rodziny poszedłem do kołchozu – mówi Mirczew. – Chciałem spróbować innego życia, bo to z niedźwiedziami już znałem. Wielu niedźwiedników poszło, jak ja, do pracy w kołchozie. Ale przecież wychowałem się przy meczkach. Znałem wszystkie piosenki, wszystkie sztuczki, wszystkie historie. Dwa niedźwiedzie mojego ojca sam wykarmiłem butelką ze smoczkiem. Jak mi się syn urodził, to razem się chowali. Nieraz się pomyliłem i mały pił z butelki niedźwiedzia, a niedźwiedź z jego. Więc jak zwolnili mnie z kołchozu, wiedziałem jedno: jeśli chcę dalej żyć, muszę jak najszybciej znaleźć niedźwiedzia. Bez niedźwiedzia nie przeżyję roku.

Jak znalazłem? Czekaj, zapalę jeszcze jednego papierosa i wszystko ci opowiem.

3.

Po niedźwiedzia pojechałem do rezerwatu Kormisorz. To znany teren łowiecki; podobno Breżniew darował naszym komunistom miliard lewów długu, żeby tylko brali go tam na polowania. Tak mi mówił jeden facet, który w Kormisorzu pracował czterdzieści lat, ale czy to prawda – nie wiem.

Najpierw musiałem jechać do Sofii, do ministerstwa odpowiedzialnego za lasy, bo miałem tam kolegę ze szkoły. Dzięki niemu dostałem talon na niedźwiedzia, do zrealizowania w Kormisorzu, więc prosto z Sofii pojechałem do rezerwatu. Znali mnie tam ze słyszenia, bo mój brat Stefan kiedyś do nich przyjeżdżał z innymi niedźwiednikami, a on był w tamtych latach prawdziwą gwiazdą. Występował w bardzo drogiej restauracji nad Morzem Czarnym, gdzie bywali nawet członkowie kierownictwa partii komunistycznej. Kilka razy telewizja go pokazywała. Dużo ludzi w całej Bułgarii go kojarzyło.

Stefan swojego niedźwiedzia miał z ogrodu zoologicznego z Sofii. Jeden pijany żołnierz włamał się tam na wybieg dla niedźwiedzi, matka miała akurat małe, więc rzuciła się na niego i ubiła na miejscu. Musieli ją uśpić, tak robią w zoo, jeśli zwierzę zabije człowieka. Stefan skądś się o tym dowiedział i pojechał kupić jedno z niedźwiedziątek.

W restauracji najpierw występowały dziewczyny, które tańczą na węglach, potem on. Zaczynał od zapasów z niedźwiedziem, a na koniec – niedźwiedź masował plecy dyrektora restauracji.

Potem do brata ustawiała się długa kolejka ludzi, żeby ich też niedźwiedź wymasował. Zarabiał na tym piękne pieniądze. Oczywiście musiał się dzielić z dyrektorem, ale wystarczało dla nich obu.

Pojechałem więc do Kormisorza, gajowy kazał przekazać pozdrowienia dla brata, a potem wyprowadzili tę małą. Miała kilka miesięcy. Takie są najlepsze, bo jeszcze nie są zbyt przyzwyczajone do matki; jeszcze da sobie zmienić opiekuna i nie będzie grymasić. Starszy niedźwiedź, jak go zabrać od matki, potrafi się zagłodzić.

Patrzy się na mnie. Ja się patrzę na nią. Myślę: – Przyjdzie do mnie czy nie przyjdzie? Kucnąłem. Wyciągnąłem rękę. Wołam: – No, chodź, maleńka, chodź. Ona nic. Tylko patrzy na mnie, a oczy ma jak dwa węgle.

Zakochałbyś się w tych oczach, mówię ci.

Wyjąłem z kieszeni chleba, położyłem do klatki i czekam, czy wejdzie. Znów się na mnie popatrzyła. Zawahała się chwilę, ale weszła. Pomyślałem sobie: – To już jesteś moja. Na dobre i na złe. Bo dobrze wiedziałem, że niedźwiedź z człowiekiem i trzydzieści lat może żyć. To przecież pół życia!

Zapłaciłem za nią trzy i pół tysiąca lewów, ale nie żałowałem nawet jednej stotinki. Od razu mi weszła do serca.

Te pieniądze to była moja odprawa z kołchozu i jeszcze trochę pożyczone. Moskwicz można było wtedy kupić za mniej więcej cztery tysiące.

Ale na moskwicza pieniędzy już mi nie starczyło. Część drogi jechałem więc z małą autobusem i już wtedy było mi przyjemnie, bo wszystkie dzieci interesowały się moim niedźwiedziem i chciały go głaskać. Pomyślałem, że to dobry znak. I że naprawdę fajny niedźwiedź mi się trafił, przyjazny, budzący sympatię. I już wtedy pomyślałem: – Będziesz miała na imię Walentina. Ty jesteś piękną niedźwiedzicą, a to jest piękne imię, w sam raz dla ciebie.

I tak już zostało. Walentina, w skrócie Wela.

Potem musieliśmy zmienić autobus na pociąg i Wela jechała w przedziale bagażowym. Konduktor nie chciał za nią biletu, prosił tylko, żebym mu pozwolił ją pogłaskać. Oczywiście, że pozwoliłem. Ale i tak się uparłem, że za bilet zapłacę. Taki już jestem – jak coś się należy, to trzeba płacić i już. Zawsze kupowałem Weli bilet jak za dorosłego człowieka, bez żadnych zniżek za głaskanie. Raz tylko konduktor się uparł. Powiedział, że ktoś bliski z rodziny jest w szpitalu i on traktuje tego niedźwiedzia jako dobry znak, na szczęście dla tej osoby. Widziałem, że to jest dla niego ważne, więc jeden jedyny raz pieniędzy nie wziąłem.

4.

Największy problem miałem z moją żoną. Bo ja do Kormisorza pojechałem w tajemnicy przed nią. I jak nagle stanąłem przed drzwiami z niedźwiedziem, żona wpadła w szał.

– Ty chyba nie masz mózgu! Jak my będziemy żyć!? – krzyczała i rzuciła się na mnie z rękami. Ustąpiłem jej, wyszedłem.

Zawsze starałem się z żoną żyć w zgodzie i nie powiem, denerwowałem się, że tak krzyczy, ale trochę ją rozumiałem. Życie niedźwiednika nie jest łatwe. Owszem, można zarobić. Widzisz ten dom? Stoi dzięki pracy naszej Walentiny. W dobry dzień nad morzem zarabiałem więcej niż przez miesiąc pracy w kołchozie.

Ale ta praca ma swoją cenę. Trzeba ciągle pilnować, żeby niedźwiedź nie zdziczał i nie zrobił ci krzywdy – Wela była z nami dwadzieścia lat, a człowiek nawet na chwilę nie mógł stracić czujności. Nie wiesz, kiedy w twoim niedźwiedziu może obudzić się instynkt. Kolega z sąsiedniej wsi Iwan Mitew miał swoją niedźwiedzicę piętnaście lat. Kupił ją w cyrku, więc można by pomyśleć, że będzie z nią całkowity spokój – matka i babka nie znały wolności, instynkty powinna mieć stępione. Aż któregoś dnia Iwan nie uwiązał jej dobrze, zerwała się, zabiła trzy kury i zjadła. Jak to zrobiła – nie wiem. Weli nieraz kury łaziły po głowie, a nie wpadła na taki pomysł. Ale stało się. Obudził się w niej instynkt i zaczęła się rzucać – na kolegę, na jego żonę, na dzieci. Chciała ich gryźć. Mieli wielki problem. Niedźwiedź, niestety, nie zna uczucia wdzięczności i nie będzie wspominał, że karmiłeś go piętnaście lat kukurydzą i ziemniakami. Jak zdziczeje, będzie gryzł.

Poza tym niedźwiednik nie jest najlepiej widziany między ludźmi. Nie jesteśmy poważani. Ja długo miałem z tym problem i nigdy, przenigdy nie występowałem z Welą ani tu, w Drjanowcu, ani w sąsiednich wsiach. Dopiero jak dojechałem do Szumen, a to od nas ponad sześćdziesiąt kilometrów, wyciągałem gęśle i zaczynałem pracować.

Więc moja żona, jak przywiozłem do domu małego niedźwiadka, doskonale wiedziała, jak się to wszystko skończy. Kobiety są bardzo mądre i widząc to małe, kudłate coś, ona widziała i ludzi, co się będą śmiać, i noce spędzone na deszczu, i łażenie od podwórka do podwórka, żeby ktoś nam rzucił kilka stotinek.

Ale ja też znałem moją świętej pamięci żonę. I wiedziałem, że jak tylko przetrzymam jej wybuch złości, będzie tego niedźwiedzia kochać jak własne dziecko.

Nie pomyliłem się. Już pierwszej zimy to ona mnie popędzała, żeby Weli jak najszybciej zrobić daszek, bo marznie. A jak padał deszcz, biegła z parasolką pod drzewo, pod które Wela była przypięta, żeby jej niedźwiadek nie zmókł. Jakby mogła, trzymałaby ją w domu, jak niektórzy ludzie w miastach trzymają psy.

5.

Kiedy małą tu przywiozłem, największy problem zrobił mi jeden major milicji – a może to już była policja? Nie pamiętam, te zmiany szły tak szybko, że człowiek za nimi nie nadążał. Dowiedział się, że mam niedźwiadka, więc przychodzi i mówi: – Obywatelu Mirczew. Dowiedziałem się, że jest u was niedźwiedź. Daję wam termin siedmiodniowy na pozbycie się go.

Ja próbuję dyskutować, panie majorze, ale jak to, przecież on jest legalnie kupiony. Mam dowód zakupu z parku Kormisorz. Poza tym jak przez waszą transformację mi pracę zabierają, to pozwólcie mi robić coś innego!

Ale major nawet słuchać nie chciał. – Termin sied-mio-dnio-wy – mówi. – I nie chciałbym, obywatelu Mirczew, powtarzać.

Dziwne to było zachowanie, bo wtedy w naszej wsi było sześć innych niedźwiedzi, w tym jeden mojego brata Stefana. Dlaczego akurat do mnie się ten major przyczepił? Nie wiem. Może miał dosyć niedźwiedzi? A może chciał łapówkę? Nie dociekałem. To była całkiem legalna sprawa, więc nie było powodu, żeby coś mu dawać. Pojechałem do Szumen, do przedstawicieli ministerstwa kultury, i poprosiłem, by na mój koszt zadzwonili do Sofii i tam potwierdzili, że mam wszystkie potrzebne dokumenty. Niedźwiedzia nie można było trzymać na dziko. Musiał go zbadać weterynarz, a ministerstwo kultury musiało potwierdzić, że mój program będzie przedstawiał wysokie walory artystyczne. Ministerstwo potwierdziło, że mam wszystkie papiery, w Razgradzie wydali mi dodatkowy świstek i major milicji musiał dać mi spokój.

I dał. Powiedział tylko, że będzie miał na mnie oko, ze dwa razy jeszcze go widziałem, a potem przepadł.

Została tylko tresura. Tu są dwie szkoły.

Są meczkadarzy, którzy idą na ostro. Biją niedźwiedzia, ciągną za pysk, kopią.

Ja nigdy taki nie byłem. Po pierwsze, to wbrew mojemu charakterowi – jestem z tych łagodnych. Po drugie, ojciec mi powtarzał, że Bóg wszystko widzi. On ci dał tego niedźwiedzia i jeśli będziesz go źle traktował, to tak, jakbyś Boga obrażał. Ja w to wierzę, bo to się wiele razy, wielu różnym niedźwiednikom przydarzyło. Prędzej czy później Bóg ci za zło odpłaci.

Niedźwiedź bity będzie tylko czekał, żeby ci się odwinąć. Miałem kolegę, który bił swojego meczkę łopatą przeciwpożarową. I niedźwiedź, jak widział łopatę, trzymał się z daleka. Ale jak raz kolega podszedł bez łopaty, ugryzł go, i to solidnie.

Inny dowód to Iwan Mitew, ten, którego niedźwiedzica nauczyła się jeść kury. On zrobił najgłupszą możliwą rzecz. Spanikował. Poprosił o pomoc myśliwego. Puścili niedźwiedzia w stronę lasu, myśliwy strzelił i zabił. A kilka miesięcy później Iwan sam już nie żył. Serce. Mówię ci, Bóg widzi, co robisz ze swoim niedźwiedziem, i prędzej czy później ci za to zapłaci.

Ja bym nigdy niedźwiedzia nie uderzył. A Weli? Boże, jak sobie pomyślę o tym, to aż mi łzy idą do oczu. Prędzej bym sam siebie męczył niż ją.

Jak ją w takim razie ćwiczyłem? Cóż, zawiozłem ją kawałek za wioskę, wziąłem gadulkę, czyli gęśle, trochę cukierków, zacząłem grać. I próbowałem jakoś ją namówić, żeby stanęła na tylne łapy. Jak stanęła – dostawała cukierka.

Załapała bardzo szybko. Dopiero potem, jak przyszła wiosna, zacząłem ją uczyć bardziej skomplikowanych rzeczy. Mówiłem na przykład: – Pokaż nam, Welu, jak panna młoda całuje rękę świekra. I ona przepięknie całowała panie po rękach, za co, kiedy już jeździliśmy po kraju, dostawaliśmy bardzo dobre napiwki.

Mieliśmy taką słynną gimnastyczkę Marię Gigową, bardzo była popularna, nawet już po zakończeniu kariery. Czasami stawałem z Welą gdzieś w środku miasta i mówiłem: – Pokaż nam, Welu, jak Gigowa zdobywała medale. I Wela podskakiwała, pięknie układała łapy, a na koniec robiła ukłon. Ludzie się śmiali, klaskali, robili zdjęcia, a my zarabialiśmy pieniążki.

Był też taki Janko Rusew, ciężarowiec z Szumen, mistrz olimpijski i pięciokrotny mistrz świata. Mówiłem: – Pokaż nam, kochana, jak Rusew dźwigał ciężary. I ona siadała w kucki, łapy układała jak ciężarowiec do wyciskania sztangi i ciężko sapała.

A jak nasz wybitny piłkarz Christo Stoiczkow zaczął grać w Barcelonie, mówiłem: – Welu, pokaż, jak Stoiczkow symuluje faul. A Wela się kładła na ziemię, łapała za nogę i zaczynała strasznie rzęzić.

Byli niedźwiednicy, którzy wchodzili w tematy polityczne. Coś o Żiwkowie, coś o jego ludziach, coś o kolejnych rządach. Zwłaszcza jak Żiwkow upadł, to się zaczęły setki żartów na jego temat.

Ja tego nigdy nie lubiłem. Po pierwsze, z władzą lepiej nie zadzierać, bo pamiętałem o moim majorze, który tylko czekał, żeby mi się dobrać do skóry. Czy ta nowa władza długo potrwa, nikt nie wiedział, a major wydawał się wieczny.

Po drugie, ja całe życie jestem i byłem przekonanym komunistą. Przed wojną Cygan to był nikt. To, że po wojnie dostaliśmy wszystkie prawa, pracę, mieszkania, że ludzie się czytać i pisać nauczyli, że Bułgarzy zaczęli nas choć trochę szanować, zawdzięczamy wyłącznie komunistom.

Bułgarom też za komunizmu powodziło się lepiej. Na dzień świętego Jerzego tradycyjnie zabija się u nas jagnię. We wsi prawie każdy miał pieniądze, żeby je w ten szczególny dzień kupić i zjeść. Dziś w całej wiosce zabija się ich tylko kilka. A w kołchozie, który kilkadziesiąt osób zatrudniał, dziś pracują trzy. I raz im płacą, a raz nie płacą. Jak słyszę, jakie to były zbrodnicze czasy ten komunizm, to źle się z tym czuję, bo ludzie to pamiętają zupełnie inaczej.

Dla mnie komunizm to był piękny czas. Aż żałuję, że nie miałem wtedy niedźwiedzia. Ludzie byli w lepszych humorach, byli szczęśliwi. A dziś? Frustracja. Każdy goni za własnym ogonem.

Spójrz, ten chłopak, co stoi pod domem, to mój wnuczek Iwan. Najzdolniejszy z moich chłopaczków. Właśnie zdał maturę, ma dobre oceny, aż chciałoby się, żeby poszedł dalej.

Gdyby dziadek miał niedźwiedzia, toby wsiadł w samochód albo autobus i póki żyje, zrobiłby rundkę od Warny do Burgas i mu zarobił na studia. I może za kilka lat mielibyśmy w rodzinie inżyniera. Były takie przypadki wśród niedźwiedników.

Ale nie mam niedźwiedzia. Szkoda gadać, chłopak zdał maturę i zamiast iść na studia, będzie się musiał rozejrzeć za pracą.

Więc ja się z komunistów nigdy nie śmiałem. Natomiast jeden mój kolega żartował kiedyś z cara Symeona, który był u nas premierem i jak obejmował urząd, obiecał, że w sto dni polepszy życie wszystkim Bułgarom. I ten kolega brał swojego niedźwiedzia i mówił: pokaż nam, mój drogi, jak car Symeon polepszył życie Bułgarom. A niedźwiedź się kładł na ziemię, nakrywał łeb łapami i strasznie ryczał.

To była świetna sztuczka, która bardzo dobrze pokazuje, jak się zmieniło życie w Bułgarii, od kiedy nie ma komunizmu.

6.

Oprócz sztuczek ludzie chcieli, żeby niedźwiedź ich masował i leczył. Jak ktoś był bardzo chory i nie mogli już mu lekarze pomóc, przychodził do niedźwiednika. Niedźwiedź kładł się na takiego człowieka i ludzie wierzyli, że choroba przechodzi na niego. A że on jest duży i silny, to nie zdechnie, tylko sobie z nią poradzi. I powiem ci, że coś było na rzeczy, bo jak chodziłem po jarmarkach, to co roku zachodziłem do tych samych wsi. Do dziś pamiętam daty wszystkich jarmarków w naszym województwie: Rusokastro – 6 maja. Kamenowo – 24 maja. Bojadżyk – 2 czerwca, i tak dalej.

I na tych jarmarkach wiele razy widziałem ludzi, którzy rok wcześniej wyglądali, jakby mieli umrzeć, a jak się Wela na nich położyła – zdrowieli. Przychodzili, dziękowali, przynosili jej słodycze. I często słyszałem: – To pana niedźwiedź uratował mi życie.

Masaż to jeszcze inna sprawa. Nic tak jak niedźwiedź nie pomaga na bóle kręgosłupa. Człowiek kładzie się na twarzy, a niedźwiedź kładzie na niego łapy i przesuwa z góry na dół. Pani sołtys, która cię do mnie przywiozła, powinna pamiętać, jak kiedyś przyjechałem z Welą masować jej ojca. Była wtedy małą dziewczynką i strasznie płakała, że tacie się coś stanie. Musieliśmy udać, że ja wychodzę, mama ją zabrała do drugiego pokoju i dopiero zrobiliśmy ten masaż. I pomógł. Leczenie to była jedyna rzecz, na jaką się godziłem w swojej wsi. Na występy – nigdy, wstydziłem się. Ale leczenia człowiekowi nie można odmówić.

Jeśli natomiast chorowała Wela, to leczyłem ją sam. Doskonale rozumiałem, co ją boli. Widziałem, kiedy się źle czuje. Rozumiałem się z nią lepiej niż z niejednym człowiekiem. Wystarczyło, że na nią popatrzyłem, i wiedziałem, co chce mi powiedzieć.

Jak ją bolał ząb, pokazywała łapą na pysk, a ja wtedy moczyłem watę w rakii i jej przykładałem. Bo zębów jej nie wybiłem. Inni niedźwiednicy się ze mnie śmiali, że mnie pogryzie i będę miał za swoje. Może rzeczywiście byłem głupi. Choć kiedyś jeden pijany student próbował ją przypalić papierosem. Wela chwyciła jego rękę w zęby, ale nie zacisnęła. Może więc to moje wychowanie miało sens? Gdyby zacisnęła, byłoby po nas. Ją by uśpili, ja bym poszedł siedzieć, a student chodziłby dziś po świecie bez ręki.

Karmiłem ją uczciwie, bo jak była głodna, nie chciała pracować. Dziennie zjadała osiem bochenków chleba. Jest takie bułgarskie przysłowie: głodny niedźwiedź choro nie zatańczy. Choro to nasz narodowy taniec. I ja się z tym zgadzam. Nie dasz jeść – nie oczekuj, że zwierzę będzie dla ciebie pracować.

Kąpaliśmy ją raz w miesiącu, bo uwielbiała kąpiele. Przynosiliśmy balię, Wela do niej wchodziła, a ja z żoną donosiliśmy ciepłą wodę. Źle u nas nie miała. Mówisz, że gdzieś czytałeś o niedźwiednikach, co uczą niedźwiedzie tańczyć na rozżarzonej płycie. To są bajki. Może tak robili przed wojną, nie wiem. Po wojnie na pewno już nie. Ja Weli nawet po rozgrzanym asfalcie nie pozwalałem chodzić, żeby łapki jej nie bolały.

7.

To wielkie szczęście, że trafiłem na niedźwiedzia, którego nie trzeba było męczyć ani bić, żeby pokazywał sztuki. Nie umiałbym tego, prędzej bym ją komuś sprzedał.

Na szczęście ona sama to uwielbiała. Miała naturę artystki, lubiła, jak ludzie klaszczą, jak się śmieją, jak dają nam napiwki. Albo jak polewają jej piwo. To lubiła szczególnie. Jestem pewien, że w tym rezerwacie, do którego ją zabrali, brakuje jej tych naszych występów.

Ale miała też takie dni, kiedy – też jak prawdziwa artystka – nie miała ochoty występować. Ja mówiłem: – Welu, pokaż nam, jak Gigowa skacze przez kozła. A ona ryczy, marudzi, skarży się. Normalna sprawa – ma gorszy dzień i nie chce się jej pracować. I ja to zawsze szanowałem. Czasem w taki dzień stawaliśmy pod kolekturą totka i ludzie, którzy mieli wysłać kupon, głaskali Welę na szczęście. A czasami po prostu robiliśmy sobie wolne.

Jedyny raz, kiedy musiałem ją pomęczyć, to jak wbijałem kółko do nosa, holkę.

Zawiozłem ją do lasu.

Rozpaliłem małe ognisko.

Rozgrzałem do czerwoności metalowy pręt.

Powiedziałem: – Poboli cię chwilę, mała, ale tak trzeba. Inaczej nie poradzimy sobie z tobą. Albo mi zrobisz krzywdę, albo komuś innemu.

Nie było wyjścia. Holka to kierownica do niedźwiedzia, bez niej nie da się jej zaprowadzić tam, gdzie chcesz, bo będzie się wyrywać, a niedźwiedź ma przecież ponad dwieście kilo.

Najpierw wbiłem jej w nos ten rozgrzany pręt.

Szarpała się strasznie.

Ryczała.

Próbowała mi uciec, ale trzymałem ją z całej siły kolanami i łokciem.

Nie dziwię się. Niedźwiedź ma bardzo wrażliwy nos. Poza tym nie szło mi to dobrze, bo Wela była moim pierwszym niedźwiedziem. Mój brat Stefan na pewno zrobiłby to lepiej, ale nie mogłem go poprosić. Bardzo ważne jest, żeby holkę wbił ten niedźwiednik, który się będzie zwierzęciem zajmował. Dlaczego? Bo ono to zapamiętuje na całe życie. Wbiłeś jej kółko w nos – znaczy, że jesteś jej panem. Holka jest kierownicą do niedźwiedzia, a ty masz kluczyki do stacyjki.

W końcu udało się zrobić jej w nosie dziurę. Poleciało trochę krwi, potem ropa. Wela ryczała, szarpała się, patrzyła przerażona.

Szybko włożyłem w tę dziurę drut i zagiąłem go obcęgami. Potem kowal zacisnął mi go tak, żeby na pewno nigdy się nie zerwał. Wela jeszcze kilka dni chwytała się łapami za pysk. Po kilku dniach o wszystkim zapomniała i traktowała holkę jak część swojego nosa.

8.

Żona tuż przed śmiercią powiedziała mi, że lepszego życia, niż mieliśmy z naszą Welą, sobie nie wyobraża. Ciężko przeżyła, jak w 2006 roku nam ją zabrali. Oboje miesiąc nie mogliśmy jeść. Tęsknił człowiek jak cholera. Ja do dziś tęsknię. Żona już jest na tamtym świecie. Zachorowała kilka miesięcy po tym, jak nam Welę zabrali do Belicy.

Któregoś dnia mówię: – Chodź, wsiądziemy w autobus, pojedziemy tam. Zobaczymy, co u naszej Weli. Czy nas pozna? Czy zdziczała już, czy jeszcze będzie tańczyć? Jeśli na nasz widok zatańczy, to znaczy, że nas ciągle kocha. Bo ona nas kochała tak samo, jak my ją. Jestem tego pewien.

Ale żona tylko machnęła ręką. – Będę musiała rozmawiać z tymi bandytami, którzy nam ją ukradli. Nie chcę – powiedziała.

Dla niej odejście Weli było największą życiową tragedią. Uważała, że spotkała nas wielka niesprawiedliwość. Że zabrali nam członka rodziny.

Ja zresztą też tak uważam.