42 osoby interesują się tą książką

Opis

Życie Ewy i Piotra wywraca się do góry nogami. Nowa rzeczywistość, której żadne nie planowało, zaczyna ich przytłaczać. Ograniczenia, problemy, ale i żądze oraz pragnienia, których nie mogą zaspokoić. Do tego bliscy snujący plany zagrażające ich bezpieczeństwu.
Gdy na horyzoncie pojawia się tajemniczy mężczyzna, który próbuje się do nich zbliżyć, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje.
Czy ulegną emocjom i pożądaniu? Postawią na szali wspólne życie i szczęście? A może uznają, że lepiej zapomnieć, kim się kiedyś było i poświęcić swoje potrzeby dla dobra rodziny?

"Magda Mila to mistrzyni niebanalnych erotyków, wyróżniających się czymś więcej niż tylko przestrzenią cielesnych doznań i potrzeb.  "Tańcząca w ogniu - część 2" jest tego najlepszym przykładem. Ta książka porusza wyobraźnię do granic możliwości, wywołuje ciarki na całym ciele i sprawia, że człowiek całkiem inaczej patrzy na stałość, przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa w związku. Jak dla mnie absolutna perełka w swoim gatunku!" - Krystyna Meszka, http://cyrysia.blogspot.com/

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników, zawiera treści erotyczne oraz pornograficzne

1

Staję przed wielkim lustrem w sypialni. Powoli, podziwiając się raz z jednej, raz z drugiej strony, zsuwam ręcznik, którym jestem owinięta. Patrzę z zachwytem na swoje nagie ciało – idealnie płaski, lekko umięśniony brzuch, nieduże, ale kształtne piersi, długie nogi. Przesuwam dłońmi po skórze i głośno wzdycham. Tak, jestem gotowa.

– Kochanie! – słyszę zza drzwi.

– Jeszcze kwadrans – odpowiadam i idę do łazienki. Szybki makijaż, ułożenie włosów. Potem szafa. Choć mam ochotę założyć dzisiaj najbardziej wyuzdaną sukienkę ze wszystkich, które posiadam, jednak sięgam po inną, dość grzeczną małą czarną – tą, którą miałam na sobie, gdy Piotr zobaczył mnie pierwszy raz w klubie.

– Ciekawe, czy pamięta? – Uśmiecham się pod nosem.

Potem wsuwam stopy w szpilki, łapię torebkę i szybkim krokiem wychodzę z pokoju.

W samochodzie, gdy mkniemy przez ciemne już miasto, wciąż rozbrzmiewają mi w głowie słowa, które usłyszałam, gdy tylko pojawiłam się w holu: Piękna! Moja piękna!

Nareszcie! Tak długo na nie czekałam. I ten błysk absolutnego zachwytu w jego oczach. Biorę głęboki oddech i zerkam na Piotra. Ta noc będzie niezapomniana!

Po niecałej godzinie zanurzamy się już w hedonistycznej atmosferze. Opieram się na jego ramieniu, gdy schodzimy wąskimi schodkami w dół, do jaskini rozkoszy. Przy barze sięgam po kieliszek wina i wtulam się w bok ukochanego mężczyzny. Jego dłoń błądzi po mojej talii, a ja drżę w oczekiwaniu – co zaplanował? Jak dzisiaj zechce dać nam spełnienie?

– Na początek popatrzymy – mówi całując mnie w skroń.

Ruszamy w stronę skąpo oświetlonego korytarza. Narasta we mnie napięcie, ale wiem, że to Piotr zdecyduje, kiedy i jak je uwolnię. Stajemy w drzwiach niedużego pomieszczenia. Na środku znajduje się słup, do którego przypięta jest naga kobieta. Widok cierpienia na jej twarzy wywołuje we mnie natychmiastowe drżenie. Piotr je wyczuwa.

– Chciałabyś być na jej miejscu?

Tylko głośno wzdycham. Patrzę, jak ubrany w białą koszulę i ciemne spodnie mężczyzna droczy się z nią. W jednym momencie przytula i głaszcze, by po chwili smagnąć pejczem bladą skórę.

Przesuwamy się pod ścianę, w miejsce, skąd idealnie widzimy całą scenę. Kobieta wije się, przypięta za nadgarstki do metalowego kółka na szczycie słupa. Coraz głośniej jęczy, a moje wnętrze wibruje w rytm jej udręczonego głosu. Czuję dłonie Piotra na sobie. Podciąga dół sukienki, dotyka ud.

Powietrze przecinają kolejne świsty pejcza. Palce mojego ukochanego coraz odważniej zmierzają do wilgotnego już wnętrza. Czuję na pośladkach, jak bardzo jest podniecony. Jeden ruch i nie mam majtek. Kolejny – wszyscy mogą podziwiać mój biust.

– Chcesz być nią? Odpowiedz!

– Tak – jęczę, bo dokładnie w tym momencie kobieta rozdzierająco krzyczy. Jej skóra jest pokryta różowymi śladami. Teraz oprawca znowu ją przytula i głaszcze. Potem rozgląda się. Zachęcająco kiwa głową w kierunku jednego ze zgromadzonych w pomieszczeniu mężczyzn. Wysoki facet wychodzi na środek, rozpina spodnie. W chwili, gdy szarpie kobietę, by pochyliła się i potulnie go przyjęła, ten sam ruch wykonuje Piotr.

Zapieram się dłońmi o ścianę, ale wykręcam głowę. Chcę nadal patrzeć. W momencie, gdy tamten mężczyzna wbija się w nią po raz pierwszy, mnie rozrywa mój ukochany. Obaj rytmicznie pracują biodrami, a w pomieszczeniu rozbrzmiewają jęki branych od tyłu dwóch kobiet.

Czuję coraz większe napięcie. Przymykam w końcu oczy, bo chcę uwolnić buzujące we mnie emocje. Jeszcze moment, jeszcze kilka pchnięć… Nagle Piotr przerywa. Wychodzi ze mnie i gwałtownie odwraca.

– Nie tak szybko, skarbie – szepcze mi do ucha.

Jestem rozczarowana i wstrząśnięta, mam ochotę błagać. Patrzę w jego oczy, ale widzę w nich stanowczość, której nie pokonam. Posłusznie kiwam głową. Piotr z powrotem naciąga na moje ramiona sukienkę, zsuwa jej dół. Strzępy majtek z uśmiechem chowa do kieszeni marynarki.

– Chodź! – Ciągnie mnie do wyjścia. Zerkam jeszcze na wijącą się kobietę. Jej też na razie nie pozwolono na przyjemność. Mężczyzna jest przy niej – tuli i gładzi obolałą skórę. Za chwilę odda ją kolejnemu? Na myśl o tym czuję potężny skurcz w podbrzuszu. Czy Piotr też się mną z kimś podzieli?

Na chwilę zatrzymujemy się przy barze. Wolno sączę kolejny kieliszek wina. Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że mogę je pić, kiedy tylko zechcę. Delektuję się każdym łykiem, każdą nutką cierpkości. Z rozkoszą rejestruję rozluźnienie całego ciała, gdy alkohol dociera do jego najodleglejszych komórek.

Jednocześnie wtulam się w mojego mężczyznę. Wciąż jest podniecony, a jego oddech szybszy niż zwykle. Uśmiecham się w myślach. Nie było mu łatwo powstrzymać pożądania. Ale może za chwilę, za moment, zabierze mnie w miejsce, gdzie w końcu zaspokoimy swoje pragnienie?

Odwracam się przodem do niego i opieram głowę na ramieniu. Przesuwam dłonią po twardej klatce piersiowej.

– Na co masz ochotę? – słyszę pytanie zadane cichym głosem.

– Przecież wiesz – odpowiadam.

– Byłaś taka mokra, gdy patrzyłaś na nich… – Jego dłoń wędruje między moje nogi.

– Przecież wiesz – powtarzam i delikatnie muskam jego wargi.

– Chcesz bólu czy oddania?

– Wszystkiego – jęczę, bo właśnie wsunął palec w moje rozpalone wnętrze.

– Zaraz ci to dam. – Uśmiecha się tajemniczo. Gładzi moje plecy, potem całuje, zaborczo i głęboko. – Wezmą cię jeden po drugim, a ja będę patrzył, jak jęczysz rozpychana ich kutasami.

Uginają mi się nogi. Przytrzymuje mnie mocniej, a potem prowadzi do sąsiedniego pomieszczenia. Tam, za ciężką kotarą, widzę scenę, o której marzyłam przez wiele wieczorów niezaspokojenia. Kilkunastu mężczyzn oraz ona – naga, z zasłoniętymi oczami i spiętymi na plecach nadgarstkami. Klęczy na szerokiej leżance. Czeka.

Jej pan szepcze coś do ucha. Kobieta drży. Potem przytakuje, a po kilku sekundach gorączkowo zaprzecza, jakby nie mogła się zdecydować, czego chce. Mężczyzna łapie ją za włosy, lekko odchyla jej głowę. Znowu coś do mówi. Ona przełyka ślinę, pokornie się zgadza. Facet odsuwa się i kieruje w stronę pozostałych przyzwalający uśmiech.

Powoli podchodzą. Niektórzy są nadzy, inni częściowo ubrani. Zaczynają jej dotykać. Ich dłonie najpierw delikatnie masują skórę, później kontakt staje się intensywniejszy. Cała drżę. Czuję się tak, jakbym była na jej miejscu. Czy to właśnie chce mi dać Piotr?

Zerkam na niego, a on ma nadal na ustach ten tajemniczy grymas. Obejmuje mnie, by po chwili powoli zsunąć z ramion sukienkę. Kobieta jest już na czworakach. Jej pan wydaje ciche polecenia, a ona je wykonuje.

Na moment przymykam oczy i zatracam się w bliskości z Piotrem. Gdy je ponownie otwieram, patrzę na nagie ciało, dotykane i penetrowane z każdej strony. Głośne jęki branej przez kilku mężczyzn kobiety. Z podniecenia kręci mi się w głowie.

Sukienka spływa w dół. Niektórzy zaczynają zerkać w naszą stronę. Ruchy Piotra są coraz bardziej zdecydowane. Jego dłonie pieszczą moją skórę i powoli docierają tam, gdzie ich pragnę.

Przyjemność jest jednak chwilowa. Mój ukochany nieruchomieje, a niepewność odbiera mi oddech. Boję się, że znowu mnie nie zaspokoi.

W końcu wyczuwam ruch. Piotr sięga do kieszeni i wyciąga opaskę, którą zasłania mi oczy.

– Twoja kolej – słyszę jak przez mgłę. – Teraz ty…

2

Teraz ja… Nareszcie!

Niestety, do mojej świadomości przedziera się dźwięk zupełnie z innej bajki. Zaciskam mocno oczy. Nie teraz, błagam! Nie w tym momencie!

– No, wstawaj! – Ręka ciężko opada na moje ramię. Krzyk, który słyszę, przechodzi we wrzask.

– Cholera! – mamroczę pod nosem. Jeszcze próbuję wrócić do ciemnej sali, a moje ciało nadal drży oczekiwaniem na spełnienie.

– Ewa, rusz się!

Podrywam się z jękiem pokonana przez rzeczywistość. Przez kilka sekund siedzę na brzegu łóżka ściskając skronie, a potem wstaję. Podchodzę do łóżeczka, z którego dochodzi rozdzierający nocną ciszę płacz. Pochylam się, jeszcze na wpół przytomna sięgam po wijące się na materacu ciałko. Podnoszę je i otaczam ramionami.

– Kochanie, mamusia już tu jest – mamroczę.

Po omacku przechodzę do drugiego pokoju. Cicho domykam drzwi i zapalam światło. Krzyk, który na moment ucichł, wraca ze zdwojoną siłą.

– Wiem, że cię razi, ale po ciemku nie dam rady – wzdycham.

Wciąż tuląc domagającego się jedzenia niemowlaka sięgam po butelkę z mlekiem. Wkładam ją do podgrzewacza i modlę się, żeby choć raz cały proces trwał krócej.

W międzyczasie sprawdzam pieluchę, kołyszę, szepczę uspokajająco. Upewniam się, że nie jest spocony, znowu tulę, znowu szepczę. Trochę się ucisza, ale dopóki nie dostanie mleka, nie przestanie płakać. Cholerny żarłok! – uśmiecham się do niego z czułością.

W końcu mogę wziąć nagrzaną butelkę. Sprawdzam temperaturę, dla pewności kilka razy potrząsam, po czym siadam w fotelu. Układam mój skarb na ręce i patrzę jak desperacko dosysa się do smoczka.

Odchylam głowę, przymykam powieki. Rany! Błoga cisza przerywana tylko cichym mlaskaniem sprawia, że moje ciało się rozluźnia. Już nie czuję koszmarnego napięcia, ale w mojej głowie wciąż skaczą obrazy. Resztkami sił otwieram oczy. Muszę się od nich jak najszybciej uwolnić! Patrzę na synka. Kocham go najbardziej na świecie, choć nic nie jest tak, jak miało być.

Zaszłam w ciążę, która była niespodzianką – dla wszystkich, nie tylko dla mnie. Ze względów medycznych teoretycznie nigdy nie miałam szans na zostanie matką. Ale oswoiłam się z tym. Piotr też. Razem czekaliśmy na córeczkę, bo tak po kolejnym USG powiedział lekarz. Mówiłam do niej Zosia – miała mieć imię po mojej babci, no i blond włosy – po mamusi i tatusiu.

A przy porodzie przeżyłam szok. Urodził się Gucio – rozwrzeszczany łobuz z ciemną czupryną. Podobno ma taką po dziadku Piotra, po którym zresztą dostał imię – Gustaw.

Głośno wzdycham. Ostatnie dwa miesiące to absolutna jazda bez trzymanki. To nie tak miało wyglądać. Ile jeszcze wytrzymam? Patrzę na przymknięte oczka pijącego mleko syna. Wiadomo, dla niego zniosę wszystko. Ale jakim kosztem?

Po raz kolejny dopadają mnie myśli, których się boję. Czy idę właściwą drogą? Czy mieszkanie tutaj, z Piotrem, jest najlepszym rozwiązaniem dla mnie i dla małego? Ja długo dam radę wieść życie, które wciąż wydaje się zupełnie nie moje?

Poprawiam maleństwo na ręce i chwilę bawię się ciemnymi włoskami. Może powinniśmy wyjechać? Tak jak to planowałam jeszcze w ciąży, ale ugięłam się słuchając argumentów Piotra – nie powinnaś, stan wysokiego ryzyka, to też moje dziecko…

Wtedy zniknęłam na krótko i wróciłam z nadzieją, że z czasem wszystko się ułoży. Ale tak się nie stało. Ciąża była jednym wielkim koszmarem, o czym nikt nie wspomina w kłamliwych poradnikach. Zamiast rozdzierającego serce szczęścia – ciągły ból, ograniczenia i nieopuszczający nawet na moment strach. Przetrwałam myśląc o małej istotce, którą wkrótce miałam powitać na świecie.

I faktycznie, moment, gdy po raz pierwszy zobaczyłam całego i zdrowego Gutka, to najpiękniejsza chwila w moim życiu. Mimo, że miał być dziewczynką, i że od pierwszych chwil praktycznie non stop się awanturował.

Próbowałam pielęgnować tę radość. Nie załamał mnie brak mleka – cóż, niektóre matki podobno tak mają, trudno, są butelki. Ani ból rany po cesarskim cięciu – mężnie już drugiego dnia wstałam i zaczęłam chodzić. Kolejne nieprzespane noce, pomarszczony brzuch, który wciąż nie chce się spłaszczyć, obwisłe piersi – najpierw urosły, a potem wrednie opadły…

Każdy dzień kończyłam myślą, że w końcu musi być lepiej. Że przecież nadejdzie moment, gdy znowu poczuję się Ewą Linde – silną, niezależną i zadowoloną z siebie babką. Nic z tego. Jutro mija osiem tygodni i dalej jest do dupy.

Czuję łzy pod powiekami. Nie raz i nie dwa zalewałam się nimi podczas karmienia synka. Zawsze mi z tym źle, bo irracjonalnie boję się, że mały to czuje i odbiera moje nieszczęście tak, jakby był jego przyczyną. A to nieprawda.

Cierpię, bo nie potrafię znaleźć wyjścia z pułapki, w której się znalazłam. Nie umiem wrócić do dawnej siebie, takiej samej, tylko spełnionej – bo z małym skarbem u boku. Więc może jednak powinnam wyjechać? Zostawić Piotra?

Znowu rozpaczliwie wzdycham. To byłoby poddanie się, ucieczka. Wciąż tli się we mnie nadzieja, że jakoś poukładamy wspólne życie. Ale nie mam pomysłu jak. Rozdziera mnie pożądanie, a nie potrafimy się do siebie zbliżyć. Owszem, próbujemy, jednak ciągle nic nam nie wychodzi tak, jak powinno. Krzywię się na wspomnienie pierwszej próby.

– Kochanie, byłam u lekarza.

– Aha.

– Dał nam zielone światło. – Uśmiecham się zalotnie. Tak w każdym razie mi się wydaje. Poprawiam rąbek jedwabnej koszulki, którą specjalnie kupiłam na ten nasz pierwszy poporodowy raz.

Podchodzę, obejmuję go w talii, wtulam się w klatkę piersiową.

– Jesteś pewna?

Nie, cholera, nie byłam pewna! Niczego już pewna nie jestem! Wciąż wstydzę się swojego ciała, które nie wygląda tak, jak wtedy, gdy się poznaliśmy. Ale poradziłabym sobie z tym, gdybym poczuła, że Piotr wciąż mnie pragnie.

Niestety, on widzi we mnie tylko matkę swojego dziecka, nie obiekt seksualny. A ja muszę czuć jego pożądanie, jeśli ma się nam udać.

Zerkam na Gucia. To jeden z nielicznych momentów, kiedy nie mogę powstrzymać uśmiechu. Zasnął, przez sen ciamka smoczek, z którego już nic nie leci, bo butelka jest pusta. To mu jednak nie przeszkadza, ma zadowoloną minkę. Jest szczęśliwy. Najważniejsze, że on, prawda?

Odkładam butelkę i ostrożnie go podnoszę. Opieram główkę na ramieniu, wstaję. Kilka minut krążę po pokoju czule poklepując drobne plecki.

– Beknij sobie, no… – zachęcam go szeptem. Jeśli mu się nie odbije, już nie zasnę. Matczyne paranoje mi na to nie pozwolą. Na szczęście w końcu słyszę głośny dźwięk.

– Dzielny chłopak!

Idę do drzwi, gaszę lampkę. Wchodzę do sypialni, całuję go w główkę i układam z powrotem w łóżeczku. Z policzkiem wtulonym w poduszkę jeszcze nasłuchuję cichego oddechu synka. A potem odwracam się i z wahaniem dotykam pleców Piotra. Nie reaguje, śpi jak zabity.

Przysuwam się bliżej i obejmuję go w pasie. Wciskam twarz w kark, biodrami dotykam pośladków. Zawalczę jeszcze o nas, obiecuję! – postanawiam. Jest mi źle, ale bez tego cudownego faceta nie wyobrażam sobie życia. Musimy wymyślić sposób na odnalezienie się w tej nowej sytuacji.

3

Budzi mnie cichy szept:

– Jakie mięciutkie!

Zaskoczona czuję dłonie ugniatające moje piersi. Leżę na boku, wtulona plecami w ciepłe ciało, a o moje pośladki ociera się wyprężony penis. Przymykam oczy. To rozkoszne! Poruszam odrobinę biodrami i próbuję jeszcze bardziej docisnąć się do Piotra. Moją szyję muskają gorące usta. Prężę się, wyginam. Ależ to przyjemne!

Piotr odwraca mnie. Teraz leżę na plecach, a jego ręka sunie po moim brzuchu, coraz niżej, między uda. Przekręcam głowę. Ma przymknięte oczy i rozanielony uśmiech na twarzy.

Wsuwam dłoń pod kołdrę, wkładam ją w bokserki. Zamykam oczy, gdy uderza mnie potężna fala podniecenia. Jego członek pulsuje w moich palcach, jest taki twardy! Z ust Piotra wyrywa się głośny jęk.

Gwałtownie cofam rękę. Zszarpuję majtki, zarzucam udo na jego biodro i przywieram całym ciałem. Tak bardzo pragnę poczuć go w swoim wnętrzu! Piotr błyskawicznie reaguje, zsuwa bieliznę. Kładzie się na mnie, wciska w materac. Na moment otwiera oczy i patrzy uważnie w moje. A potem robi to, na co tak długo czekałam. Stęsknione ciało przyjmuje go od razu, całego, do końca. Gorączkowo wbijam paznokcie w napiętą skórę na jego plecach.

Zaczynamy się poruszać, w idealnym rytmie, spleceni ze sobą, spragnieni. Mocno obejmuję go za szyję. Chcę szybciej i więcej. Piotr uderza coraz mocniej biodrami, oboje rozpaczliwie gonimy nasze spełnienie.

Nagle poranną ciszę, w której pobrzmiewają tylko nasze jęki i posapywania, rozdziera krzyk. Nie kwilenie, czy cichy płacz, który moglibyśmy jeszcze przez moment ignorować. Gutek drze się, jakby nie jadł od miesiąca.

– Kurwa! – Piotr zastyga. Dotyka czołem mojego, a potem zsuwa się na bok. Leży na plecach, zasłania ramieniem oczy i zaciska szczękę.

Łzy zbierają mi się pod powiekami. Łączę uda, kulę się. Jeszcze drżę. Przez moment myślę, czy nie doprowadzić się ręką do szybkiego orgazmu, ale po kilku sekundach, pokonana, podnoszę się i powtarzam za nim z jeszcze większą złością:

– Kurwa!

Wstaję i pochylam się nad rozdzierająco płaczącym maleństwem.

– To by było na tyle à propos nocnych przemyśleń, co? – mamroczę, kiedy biorę go na ręce. Bez słowa wychodzę na korytarz i schodzę na parter. W kuchni układam wciąż ryczącego Gutka w leżaczku. Jak najszybciej staram się podgrzać mleko dla niego.

– Jesteś pieprzonym terrorystą, wiesz? – gadam do siebie. – Jeden cholerny raz, ten jeden jedyny, mógłbyś poczekać parę minutek. Ale nie, jeść, jeść – przedrzeźniam jego płacz. – Ile jeszcze, co? – marudzę, gdy znowu biorę go na ręce. Wciąż wkurzona wkładam mu smoczek do ust i siadam na krześle. Patrzę na jego buźkę. – Nie mogłeś poczekać, serio? – mówię, ale już opada złość. Ogarnia mnie rezygnacja.

Po chwili czuję ręce na ramionach. Piotr staje za mną i pochyla się. Opiera brodę o moją głowę.

– Niby taki słodki, a taka wredna bestia – mówi.

Wzdycham.

– Musimy coś z tym zrobić. Ja już nie daję rady – wyrzucam z siebie.

– To znaczy? – Piotr siada na krześle obok i patrzy na mnie.

– Serio? Jeszcze pytasz?

– No, wiesz… Mamy dziecko, które ryczy, jak chce żreć. Tak to chyba zawsze wygląda. Skąd miał wiedzieć, że tatuś akurat chciał puknąć mamusię? – Śmieje się machając Gutkowi palcem przed nosem.

– Mnie to już nie bawi – mówię poważnym tonem.

– To znaczy?

– To znaczy, to znaczy… Zaciąłeś się? Piotr, do cholery! Co się z nami stało? – staram się nie podnosić głosu, ale z trudem hamuję irytację. – Od miesięcy wszystko się kręci wokół dziecka – najpierw ciąża, nie, nie powinniśmy, urodzisz i zobaczysz, jak poszalejemy – przedrzeźniam go. – Urodziłam, i co? Gówno – kończę cicho. Chce mi się płakać.

– Chodzi ci o seks?

Patrzę na niego. Naprawdę o to pyta? On?

– O seks, o bliskość, o pożądanie! Gdzie my jesteśmy? Nigdzie, bo po prostu nas nie ma. Jest tylko Gucio i jego potrzeby.

– Bo tak powinno być. Póki co, on jest najważniejszy.

– I pewnie zawsze będzie. Ale co z nami? Już nigdy nie odzyskamy ani odrobiny siebie? – Patrzę na niego ostro. Jestem ciekawa, czy wie, jak istotne jest dla mnie to, co teraz powie.

– Nie… – Piotr zaczyna się jąkać. – Może rzeczywiście masz rację, że powinniśmy powoli się jakoś organizować?

– Właśnie! – sapię z satysfakcją. – Gdybyś wiedział, co mi się dzisiaj śniło! Oszaleję, Piotr, jeśli nadal tak będzie, naprawdę!

Zaciekawiony mruży oczy.

Zerkam na młodego. Kończy pić i już odlatuje. Bardzo ostrożnie się podnoszę, odkładam butelkę i kilkanaście sekund poklepuję plecki. Zapinam go w leżaczku.

– Powinnaś dłużej. – Piotr wstaje.

– Wystarczy. Przecież jesteśmy tuż obok. – Macham ręką podkreślając odległość dzielącą nas od dziecka.

– Ale mu się nie odbiło.

– Beknął cichutko.

– Ale za mało.

– Piotr! – mówię ostrzegawczo.

– Okej. – Przewraca oczami. Potem podchodzi i mnie obejmuje. – Czyli co ci się śniło?

Wtulam się w niego i szeptem zaczynam opowiadać. Gdy dochodzę do wizji kobiety przy słupie, jesteśmy już w kącie za wielką lodówką. Zaczynamy się całować. Ręce Piotra gwałtownie eksplorują moje ciało. Dociska mnie do ściany, obejmuję jego biodra nogami. Odpływam. Mam wrażenie, że pożądanie mnie zaślepia…

– Kochani, gdzie jesteście? – nagle słyszę znienawidzony głos. – O, moja perełka! Tiu, tiu, mój skarbek! Kto cię tu tak samego zostawił?

4

Kolejne już dzisiaj soczyste przekleństwo w ustach Piotra nie robi na mnie wrażenia. Zaciskam oczy, potem popycham go na środek kuchni. Sama czekam z dłońmi zwiniętymi w pięści, aż choć odrobinę się uspokoję i wyrównam oddech.

Jak to, do cholery, możliwe, że wpakowałam się w coś takiego?! Ja! Mam ochotę walić pięściami w ścianę i kopać. Muszę coś z tym zrobić!

Po kilkunastu sekundach wychodzę w końcu zza lodówki i patrzę, jak obca dla mnie kobieta tuli mojego syna.

– Tęsknił za babunią – zawodzi przesłodzonym głosem.

Mam ochotę jej go wyrwać, ale opanowuję się.

– Nie uprzedziła pani, że wpadnie – mówię z trudem hamując złość.

– Przecież nie muszę, prawda, synku? – Patrzy na Piotra z absolutną pewnością siebie.

– Wolelibyśmy…

– Przecież to twój dom – babsko mocno podkreśla przedostatnie słowo. – Więc w zasadzie mój też, prawda? – Patrzy na mnie z wrednym uśmieszkiem.

Mam, do cholery, dość!

– Idę wziąć prysznic – mruczę i oddalam się. To się nie uda, już jestem tego pewna.

Długo stoję pod strumieniem ciepłej wody. Potem wycieram się miękkim ręcznikiem i patrzę na siebie w lustrze. Krzywię się. Dotykam pomarszczonej skóry na brzuchu, analizuję każdy rozstęp na biodrach. Pieprzeni kłamcy! Wcierałam w siebie milion kremów, a i tak skóra się porozłaziła. Próbuję się pocieszać tym, że z czasem zbledną i będą mniej widoczne, ale tak naprawdę jestem załamana. W lustrze nie widzę siebie, tylko jakąś zupełnie obcą osobę. Jak to się mogło stać?

W garderobie wbijam się w dżinsy – oczywiście wciąż odrobinę za małe. Gdybym karmiła, już pewnie nie miałabym tych dwóch czy trzech nadprogramowych kilogramów. Ale nawet tego mi natura poskąpiła. Dotykam bezużytecznych piersi, szeptem powtarzam kilka przekleństw i zakładam rozciągniętą koszulkę. Po co się mam stroić, skoro i tak cały dzień spędzę w domu?

Kiedy wracam do kuchni widzę, że matka Piotra zdążyła już wszystko poprzestawiać po swojemu.

– Trochę wam tu posprzątałam. – Uśmiecha się do mnie z satysfakcją.

Próbuję odpowiedzieć podobnym grymasem, ale mam ochotę walnąć głową w najbliższą szafkę. Nie, nie mieliśmy tu bałaganu. Na blatach nie leżały okruszki, a w zlewie nie stały brudne gary. To babsko po prostu musi na każdym kroku podkreślać, że jest u siebie, a ja nie.

– Co zamierzasz dzisiaj robić, kochanie? – zwraca się do mnie.

Jest niesamowita, muszę to przyznać. To jedyna znana mi osoba, w której ustach słowo kochanie potrafi brzmieć jak najgorsza obelga.

Najpierw chcę odpowiedzieć, że zajmę się tym, co zwykle – czyli Guciem. Ale czuję jak moje wnętrze rozsadza bunt. Naprawdę dłużej tego nie zniosę. Nie dam rady tu wciąż siedzieć jak w więzieniu. W mojej głowie rodzi się plan.

– Pojadę do Warszawy. Sprawdzę, czy w moim mieszkaniu wszystko gra, a potem zajrzę na chwilę do pracy – mówię.

Piotr patrzy na mnie zaskoczony, a jego matka oburzona pyta:

– A co z dzieckiem?

– Jak to co? – Unoszę kącik ust. – Pojedzie ze mną.

– Chyba żartujesz!

– Słucham? – Już wiem, że to było najlepsze, co mogłam wymyślić. Podnoszę się i podchodzę do małego. Biorę go na ręce. – Zrobimy sobie wycieczkę, co? – szepczę do maleńkiego uszka.

– Nie możesz z nim tak sobie jeździć. – Babsko nie odpuszcza.

– Piotr? – Zerkam na mężczyznę mojego życia, który za chwilę może już przestać nim być.

– Tak?

Oczywiście udaje, że nie rozumie, w czym rzecz. Ale nie, nie jest mi go żal. On twierdzi, że znajduje się między młotem a kowadłem, niestety problem w tym, że nie chce widzieć chorych zachowań swojej matki.

– Idę go przebrać. – Wychodzę.

Za plecami słyszę jazgotliwe uwagi, ale tylko uśmiecham się pod nosem. Kiedy Gutek jest już gotowy do drogi, w pokoju pojawia się Piotr. Staje w drzwiach z poważną miną.

– Poczekaj chociaż. Za dwie godziny jadę do pracy, mam kilka spotkań. Możemy…

– Ty pójdziesz na spotkania, a ja wtedy gdzie będę?

– Wysadzę cię na Żurawiej i potem zabiorę.

Podchodzę do niego.

– Piotr! Czy ty też, jak twoja matka, uważasz mnie za ograniczoną umysłowo i niezdolną do samodzielnego funkcjonowania? Czy również sądzisz, że jestem najgorszą matką na świecie, której należałoby zabrać dziecko?

– Jasne, że nie – odpowiada natychmiast. – Ale… – Chwilę analizuje to, co powiedziałam. – Dlaczego masz o niej tak złe zdanie?

Biorę głęboki oddech, przewracam oczami.

– Jak możesz tego wszystkiego nie widzieć i nie słyszeć?

– Daj spokój, ona chce dobrze.

– Hitler też zdaniem niektórych chciał – cedzę. – Jej marzeniem jest, żebym zniknęła z twojego życia, bez Gutka oczywiście.

– Przesadzasz.

– Przekonasz się. Zresztą nieważne. Jadę z małym, teraz. Dzwoń, gdyby coś. – Staję na środku pokoju z torbą i sprawdzam, czy wszystko spakowałam. Pieluchy, mleko, chusteczki, woda, ubranka, przenośny przewijak…

Piotr podchodzi i wyjmuje mi ją z ręki. Odkłada ją na bok, potem dotyka moich policzków i patrzy w oczy.

– Porozmawiam z nią.

Przez moment czuję nadzieję, że coś się zmieni. Że on też tego chce, bo widzi, jak brniemy w kompletnie złym kierunku. Tym większe jest rozczarowanie, gdy słyszę:

– Ale i tak przesadzasz.

– Oczywiście. – Przekręcam głowę i odsuwam się. – Wrócę jakoś po obiedzie – mówię, gdy biorę Gutka na ręce.

– Ale nie jedziesz swoją toyotą? – słyszę jeszcze za plecami.

Jasne, to najważniejsze! Nie liczę się ja, moje uczucia, to, jak mi źle. Ważne, czy jego dziedzic będzie się rozbijał po mieście wypasioną terenówką.

– Nie, wezmę volvo. Jest przecież najbezpieczniejsze – w moim głosie słychać kpinę, ale właśnie tak zrobię. Nie chcę toczyć kolejnej wojny, tym razem o samochód.

Wychodzę z pokoju i słyszę kroki za sobą. No jasne, pójdzie za mną do garażu, żeby upewnić się, czy prawidłowo zapięłam naszego syna w foteliku.

– Zostań tu! – Nie wytrzymuję.

– Ale ja tylko…

– Zostań! – Narasta we mnie furia. Mały to wyczuwa i zaczyna popłakiwać. – Nie jestem, do cholery, upośledzona! – mamroczę, kiedy powoli schodzę do holu.

Stoi w nim ta przeklęta kobieta. Oczywiście musiała podsłuchiwać. Uśmiecha się złośliwie, jakby chciała powiedzieć: Jesteś, kochanie, jesteś. Jednak zamiast tego mówi przesłodzonym tonem:

– Pomyślałam, że pojadę z wami. Wpadnę sobie przy okazji do fryzjera… Też mogłabyś. – Patrzy z obrzydzeniem na moje naturalnie układające się loki.

– Dziękuję, to jednak tylko nasza wycieczka. – Ściskam mocniej synka i mierzę się z nią wzrokiem. – Ale wie pani, co? Skoro ma pani tak dużo wolnego, niezagospodarowanego czasu, to może podrzucimy Gucia w weekend? – Nie mogę uwierzyć, że dopiero teraz przyszła mi do głowy tak genialna myśl. To znaczy, jasne, już wcześniej marzyłam czasem o tym, żeby choć na parę godzin ktoś zajął się małym. Ale nigdy nie zamierzałam oddać go tej babie.

Teraz jednak uznaję, że skoro nie mogę się od niej uwolnić, to ją przynajmniej wykorzystam.

– Jak myślisz, Piotr? – Zerkam na niego, bo oczywiście lazł za mną. – Od sobotniego poranka do niedzielnego obiadu. Cudownie, dziękujemy! – Nie daję jej szansy na odmowę. Podchodzę, całuję w policzek i znikam za drzwiami.

To maleńkie zwycięstwo chwilowo poprawia mi humor. Niestety już kilka minut po wyjeździe z Konstancina czarne myśli wracają. Jak mogłam się tak wpakować? Oczywiście nie chodzi o Gucia, ale o wszystko inne, co zmieniło jego pojawienie się.

Walczę z dołującymi myślami, a kiedy stawiam fotelik na stole w swoim mieszkaniu w śródmieściu i robię spacer po trochę zakurzonych, od kilku dni niewietrzonych pokojach, podejmuję decyzję.

5

– No więc wyprowadzam się i wracam z Guciem na Żurawią – komunikuję Lilce, mojej przyjaciółce, po śmierci ukochanej babci chyba najbliższej mi osobie.

Zaskoczona patrzy na mnie.

– Żartujesz? Czekaj, nie widziałyśmy się prawie miesiąc, wpadasz na moment do firmy – kiwa głową w stronę budynku, w którym razem pracujemy – i zrzucasz taką bombę? Co się dzieje? – Zmartwiona nachyla się i dotyka mojej dłoni. – Przecież przez telefon zawsze ćwierkałaś zachwycona?

Ciężko wzdycham. Zerkam na śpiącego w foteliku synka, a potem na Lilę.

– A jak miałam się nie zachwycać? Przecież mam cudowne, zdrowe dziecko, pięknego i bogatego faceta, mieszkam we wspaniałej willi w Konstancinie i niczego poza zajmowaniem się dzieckiem nie muszę robić. Jestem w raju, nie? – Z trudem panuję nad łzami, które zbierają się w kącikach oczu.

Lilka wpatruje się we mnie, potem mocno ściska za rękę.

– Mów, już bez jakiegokolwiek ćwierkania.

– To jest jakiś koszmar! – zaczynam wyrzucać z siebie całą frustrację. Mówię o Piotrze, o domu, który jest dla mnie jak więzienie, o koszmarnym babsku robiącym wszystko, by zniszczyć nasz związek. I o Guciu wyjącym w nocy jak opętany.

– Jesteś po prostu zmęczona – podsumowuje Lila po kilkunastu minutach słuchania moich żali.

– Zmęczona? Czym? Nocnymi pobudkami? Przecież w dzień mogę je odsypiać, kiedy młody ma drzemki – przedrzeźniam matkę Piotra.

– Nie chodzi o fizyczne zmęczenie, choć to też. – Lilka patrzy na mnie uważnie. – Może masz depresję poporodową?

– Nie. – Kręcę głową. – Już o tym myślałam, nawet pytałam lekarza. Jak sama nazwa wskazuje – to przypadłość poporodowa, a minęły już dwa miesiące. Poza tym nie brakuje mi chęci do życia, tylko… nie chcę, żeby ono tak wyglądało.

– Nieprawda, doły, a nawet depresja mogą cię dopaść zawsze.

– Ale ja nie jestem załamana ot tak, bez racjonalnych powodów. Męczą mnie fakty, to, co się naprawdę dzieje. Lilka, poważnie, ja nie wyolbrzymiam. To wszystko zmierza w fatalnym kierunku.

– Dobrze, po kolei. Cholerna teściowa…

– Żadna teściowa! – Udaję przerażenie. – Jeszcze tego by brakowało!

– Okej, teściowa w cudzysłowie. – Lilka wykonuje palcami gest w powietrzu. – Musicie z nią zrobić porządek, bo wierzę, że jej zachowanie jest dla ciebie nieznośne.

– Co z tego, jeśli Piotr nie widzi problemu. Albo nie chce widzieć. Sama wiesz, jak bardzo jest związany z rodzicami. Trudno będzie mu otworzyć oczy.

– To jej znajdź jakieś zajęcie.

– To znaczy?

– Podrzucaj małego jak najczęściej. Zawoź go do niej i unikaj sytuacji, które wymagałyby przyjścia do was.

Patrzę na moje śpiące maleństwo. Miałabym go regularnie oddawać tej babie?

– Wiem, co czujesz, ale tylko w ten sposób załatwisz dwie sprawy – ona się trochę od was odsunie, a wy będziecie mieli więcej czasu dla siebie.

– Już nawet to zaproponowałam, kiedy dzisiaj wychodziłam – przypominam sobie. – Ale w złości, nie przemyślałam tego…

– O, widzisz. Więc nie kombinuj, tylko tak rób. Dzięki temu trochę odetchniesz i będziesz mogła zająć się sobą.

– Też uważasz, że jestem zaniedbana? – Unoszę głowę i wbijam w nią zaskoczony wzrok.

– Co? Nie! Dlaczego zaniedbana?

– Ta baba w kółko wbija mi takie szpileczki.

– Krowa! – Lilka wzdycha. – Wyglądasz pięknie.

– Bo nie widziałaś mojego brzucha – jęczę.

– Cholera, Ewa! Jesteś chwilę po urodzeniu dziecka. Nie możesz mieć gładziutkiej skóry i kaloryfera.

– Niektóre mają.

– Taaa, w photoshopie chyba. Ja prawie rok walczyłam.

– Ale ty urodziłaś bliźniaki, to konkretny hardcore.

– Więc ty sobie daj przynajmniej połowę tego czasu. No, nie wierzę! – Odchyla się na krześle i mruży oczy. – Zawsze byłaś taka silna i pewna siebie, a teraz jakaś fałdka cię dołuje?

– Milion fałdek, miliard rozstępów – wzdycham. – Ale masz rację, muszę się wziąć w garść. Zresztą stąd ten pomysł z wyprowadzką – wracam do początku naszej rozmowy.

– Moim zdaniem to nie jest dobry plan. Bo tak naprawdę uszczęśliwisz to babsko. Skoro teraz jesteś blisko Piotra, a i tak macie trochę pod górkę, to co będzie, gdy się wyniesiesz? Ona go będzie podjudzała, a urażona duma i męska ambicja go zaślepi. No bo jak to? Strzeliłaś focha i zwiałaś z dzieckiem? Spójrz na to jego oczami – przychyla ci nieba. Chce tobie i małemu zapewnić wszystko, co najlepsze. Stara się, nawet jeśli te starania nie zawsze odnoszą oczekiwany skutek. – Lilka się uśmiecha. – Przypomnij sobie, jaki był zanim zaczęliście się spotykać.

Zamyślam się. Niechętnie muszę przyznać, że Lilka ma dużo racji. Mogę się wkurzać na Piotra, obwiniać go, ale jego życie też się zmieniło. Nie jest już luzackim imprezowiczem spędzającym każdy weekend w innym klubie albo łóżku.

– Wracaj do Konstancina i zawalcz, mówię ci. Babsko niech się zajmie wnuczkiem, a wy spróbujcie odnaleźć tę iskrę, która was połączyła. Będzie dobrze. – Lilka przysuwa krzesło bliżej i przytula mnie.

– Masz rację, tak zrobię. – Kiwam głową.

Zmęczona roztrząsaniem swojej sytuacji zmieniam temat i chwilę rozmawiamy o pracy. W firmie producenckiej, dla której piszemy scenariusze i przygotowujemy dokumentacje programów telewizyjnych zaszły ostatnio spore zmiany. Współwłaściciele, czyli między innymi Tomasz – facet Lilki, i Piotr – mój ukochany, zdecydowali o znacznym doinwestowaniu G-Media.

Skutkiem była przeprowadzka z niewielkiego segmentu na Sadybie do wypasionego biurowca w Miasteczku Wilanów, w knajpce obok którego właśnie teraz siedzimy. Do zespołu dołączyło kilkanaście nowych osób, a z kameralnej firemki zrobiła się potężna, prężnie działająca fabryka – jak z przekąsem zaczęłyśmy mówić o tym miejscu.

Plotki przerywa nam telefon Lilki. Z rzucanych słów wyłapuję, że dzwoni Tomek. Czuję wyrzuty sumienia. Żalę się, marudzę, a nawet nie zapytałam, co u niej słychać. Gdy tylko się rozłącza, postanawiam to naprawić:

– A co u was?

– Dobrze – rozpromienia się. – Pamiętasz jak się martwiłam co będzie z nami, gdy wrócą dzieci?

Nastoletnie bliźniaki Lili przez rok mieszkały u ojca w Paryżu. Od początku wakacji znowu miały być w Polsce i moja przyjaciółka bała się, jak to wpłynie na wzajemne relacje. Tym bardziej, że Tomasz też ma córkę – ledwo co pełnoletnią. Prawdziwa patchworkowa rodzinka.

– Pamiętam. – Energicznie przytakuję. – I co?

– Sielanka! – Lila się śmieje. – Do tego stopnia, że… – Wystawia rękę i dopiero teraz zauważam na jej palcu piękny, choć nieduży, pierścionek.

– Naprawdę? – Jestem zaskoczona, ale w bardzo pozytywnym sensie.

– Też byłam w szoku. W ogóle o tym nie myślałam. Właściwie już nigdy nie zamierzałam ponownie wychodzić za mąż. Tomek się jednak uparł, a ja stwierdziłam, że w sumie, czemu nie? – Chichocze.

– Tak się cieszę! – Obejmuję ją i mocno ściskam. – Ale czad! Dawno?

– Świeżutka sprawa, przedwczoraj.

– Czyli Piotr może jeszcze nie wiedzieć?

– Wie. Podobno sam strasznie Tomka namawiał i pomagał mu kupić to cudo. – Zachwycona przygląda się pierścionkowi. – Ale tobie nie mówił, bo uznali, że będę chciała sama…

– I słusznie! To kiedy ślub? Jakiś garniturek będę musiała mu wykombinować. – Parskam śmiechem na myśl o Guciu w takich ciuchach.

– Szybko. Nie planujemy niczego wielkiego. Wiesz, urząd, potem imprezka dla najbliższych.

– No i panieński, który ci zorganizuję.

– O nie, już mnie nie bawią takie akcje. Ale spić się razem możemy. Panowie też raczej nie będą się oszczędzali.

– Na pewno.

Radosna bańka, do której na moment zabrała mnie Lilka, niestety szybko pęka. W kawiarni rozlega się płacz. Przewracam oczami, ale już nie dołuje mnie to tak, jak wcześniej. Zawalczę i nie poddam się. W drodze do domu zaczynam układać plan.

6

Po powrocie do Konstancina uświadamiam sobie, jak w miarę pokonywanych kilometrów rosło we mnie napięcie. Jej auto będzie na podjeździe, czy nie? Niesamowite, jaki wpływ na mój nastrój ma ta straszna kobieta!

Na szczęście, gdy brama się otwiera, widzę tylko swój stary samochód. Bosko! Piotra też nie ma. Nawet lepiej, przyda mi się chwila samotności. Choć to pojęcie względne – mruczę pod nosem i uśmiecham się do Gucia.

Przewijam go i przebieram, jem obiad, a potem szaleję z małym na kocu w ogrodzie. Gdy przychodzi pora drzemki, a Gutek zaczyna marudzić, karmię go i układam w wózku. Potem długo leżę na trawie. Gapię się w błękitne niebo. Czuję się znacznie lepiej niż rano. Wierzę, że mam siłę, by wszystko poukładać tak, żebyśmy byli szczęśliwi. W trójkę.

Nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl. Podrywam się. Włączam elektroniczną nianię i wchodzę do domu. Wdrapuję się na piętro. Staję pod drzwiami pomieszczenia, do którego od dawna nie zaglądałam. Dlaczego? Bo wiążą się z nim wspomnienia przedciążowych czasów. Namiętnych, kipiących pożądaniem, wolnością i brakiem ograniczeń. Tak bardzo innych od tego, co teraz. To bolesne.

A jednak czuję potrzebę, by tu wejść. Chcę przywołać w pamięci te chwile, by choć przez moment poczuć się taka, jak wtedy. Dotykam klamki i otwieram drzwi.

Pokój jest wysprzątany, to znaczy, że Piotr tu regularnie zagląda. Ciekawe, jak on sobie radzi ze swoimi potrzebami? Gdy byłam w ciąży, traktował mnie jakbym była z kruchego szkła. A potem? Szkoda gadać – bezwiednie macham ręką. Koniecznie muszę z nim porozmawiać, dość czajenia się – postanawiam.

Patrzę na wielkie łoże z kolumnami, do których przymocowane są metalowe obręcze ułatwiające przypięcie kajdanek lub przywiązanie lin. Wbijam wzrok w specjalną leżankę, kozła, pufę… Podchodzę do ściany zabudowanej od ziemi do sufitu szafkami. Otwieram je po kolei. Specyficzny zapach skóry i gumy sprawia, że głośno przełykam ślinę. Działa na mnie, jak zawsze.

Dotykam drewnianych rękojeści pejczy, bicza, przykładam do skóry rożnego rodzaju packi. Potem przesuwam dłonią po rzędach wibratorów, zatyczek i innych cudownych rzeczy. W mojej głowie odtwarzają się sceny, gdy Piotr traktował mnie tak, jak lubiłam – jak swoją własność, z którą może robić, co chce.

Mam ogromną ochotę założyć seksowną bieliznę, szpilki, pończochy… Potem klęknąć tutaj – zerkam na miękki dywan. I czekać, aż mój pan wróci. Unoszę lekko kącik ust. Pewnie przyszedłby i powiedział: Zwariowałaś?

A może nie? Przez moment korci mnie ten pomysł, szybko jednak z niego rezygnuję. Nie zaryzykuję. Za bardzo taka reakcja by mnie zabolała. To już mógłby być koniec. Zamiast tego wdrapuję się na wysokie łoże i układam w ciemnej pościeli. Kulę się, wtulam głowę w poduszkę i przyciskam do siebie elektroniczną nianię. Pogrążam się we wspomnieniach.

Podskakuję wystraszona, gdy wyczuwam ruch na materacu. Chyba się zdrzemnęłam. Spanikowana najpierw rzucam okiem na urządzenie, ale nie słychać żadnych dźwięków wskazujących na to, że Gutek się obudził. Trochę uspokojona przesuwam wzrok na Piotra, który usiadł obok.

– Nie chciałem cię wystraszyć.

– Mam nadzieję. – Uśmiecham się niepewnie. Nie wiem, jak rozumieć jego spojrzenie. Patrzy na mnie dziwnie, jakby próbował rozstrzygnąć jakiś dylemat. Ale po chwili milczenia mówi zupełnie neutralnym głosem:

– Więc wreszcie tu zajrzałaś? – Rozgląda się.

– Wreszcie? – Co ma na myśli? Czekał, aż ja będę gotowa? Przecież zawsze byłam.

– Miałem wrażenie, że unikasz tego miejsca. – Przygląda mi się uważnie.

– Ja? Naprawdę, ja? – Aż podrywam się. – Przecież to ty nie chciałeś. Ja prosiłam, a ty…

– Nie mówię o chceniu czy niechceniu, ale o niewchodzeniu do jakiegoś pokoju.

Aha, widzę to. Wycofuje się.

– Uważam, że powinniśmy porozmawiać. Nie może być tak, jak jest. Ja nie dam rady. – Postanawiam wszystko z siebie wyrzucić. Tylko co z tego, jeśli on znowu obróci nasze problemy w żart, albo po prostu stwierdzi, że nie rozumie, o co mi chodzi?

Na szczęście nie. Widzę, że się zastanawia na moimi słowami.

– Co dokładnie masz na myśli? – pyta w końcu.

– Nas. Nas i Gucia. Nas i twoją matkę. Mnie. Ciebie. Wszystko.

– Chodzi ci o te dwa dzisiejsze razy? Możemy teraz to nadrobić. – Przysuwa się bliżej.

Zaplatam ręce na piersi.

– Musimy to nadrobić, bo ja już nie mogę. Ale nie tak. Oddajmy Gucia na noc twojej matce, jak rano wspominałam, i zabawmy się tu. – Wodzę wzrokiem po pokoju. – Ostro i konkretnie, jak kiedyś. – Wbijam w niego spojrzenie.

Przełyka ślinę. Bierze kilka głębszych oddechów.

– Wołałbym najpierw jakoś tak… normalnie.

– Dlaczego?

– Jezu, nie wiem. – Zaczyna się irytować. – Pragnę cię, zobacz, już mi stoi – dotyka swojego krocza. – Ale… Jesteś matką mojego syna. Chyba nie potrafię traktować cię źle, nawet jeśli to tylko seks.

Opadam na łóżko i zanurzam twarz w dłoniach.

– I w tym rzecz. A ja mam wrażenie, że się duszę. Chcę bliskości z tobą, czułości, porządnego orgazmu. Ale potrzebuję też tych doznań, które mi wcześniej dawałeś. – Patrzę na niego, mimo że z emocji zaczynają mi błyszczeć oczy. – Łączy nas dziecko, już na zawsze, ale chcę wrócić też do tego, co związało tylko nas. – Macham ręką w dzielącej nas przestrzeni. – Nie kręcił cię tylko mój tyłek i zwykły seks…

– Jak to nie?

– Nie tylko – mocno podkreślam. – Zresztą, przecież sam wiesz, o czym mówię. – Zrezygnowana wzruszam ramionami.

Przysuwa się bliżej i mnie obejmuje.

– To może małymi kroczkami? Teraz zwykły, najnormalniejszy pod słońcem seksik, a jak się rozkręcimy…

– Nie przestanę nagle być matką twojego syna – wzdycham.

– Może z czasem nauczę się o tym zapominać?

Uśmiecham się smutno, ale odwracam głowę w jego stronę. Przytrzymuje mi policzki i całuje. Bawi się moimi ustami, powoli wdziera się w nie językiem. Podoba mi się to. Mogłabym długo się tak z nim droczyć, ale mój wzrok pada na cholerną nianię. Wykręcam głowę.

– Jeśli nie chcemy powtórki z poranka… – Znacząco kiwam w stronę urządzenia.

– Okej, kumam. – Piotr podrywa się i szybko zrzuca ciuchy. Parskam śmiechem, ale robię to samo. Już nadzy przywieramy do siebie i wracamy do przerwanego pocałunku. Teraz jest jednak gwałtowniejszy. Głębszy, bardziej gorączkowy. Próbuję się rozluźnić i nie myśleć o tym, że w każdej sekundzie możemy usłyszeć wrzask.

Dotykam twardej już męskości Piotra, tłamszę dłońmi skórę na jego plecach. W końcu popycha mnie na pościel i przygniata swoim ciałem. Gwałtownie wchodzi w moje wnętrze, uderza biodrami, raz za razem, potem odwraca i bierze od tyłu.

Dochodzę, gdy władczo przydusza mi głowę do materaca, a na pośladek spada mocny klaps. Dostaję namiastkę, ale to i tak dużo. Szybko mam drugi orgazm, gdy Piotr z całej siły wbija się we mnie. Bierze mnie dokładnie tak jak lubię, aż sam osiąga spełnienie. Opada na mnie, ciężko dyszy. Wciągam głośno powietrze. Jest cudownie.

Ledwo uspokajamy oddechy, gdy rozlega się wyczekiwany krzyk. Tym razem jednak z czułością patrzę na głośnik.

– Kochane dziecko! – Przeciągam się.

Piotr jeszcze na moment mnie przytula, potem wstajemy i szybko się ubieramy. Obserwuję go. Widzę, że z niego też opadło sporo napięcia. Brakowało nam takiej chwili, zdecydowanie. Może ma rację – małymi kroczkami i będzie dobrze?

Objęci schodzimy do ogrodu. Wyciągam z wózka Gutka, gdy słyszę:

– Zapomniałem ci powiedzieć. Mama zaprasza nas w sobotę na kolację.

I cały cudowny nastrój błyskawicznie znika.

– W tę sobotę, kiedy miała zabrać małego?

– Jeszcze się nie zgodziła. Ale może go potem zostawimy? Kolacja dlatego, że chcą z ojcem coś ogłosić.

– Możesz iść sam. – Próbuję się ratować.

– Proszę. – Podchodzi i mocno nas obejmuje. – Pójdziemy wszyscy, dobrze?

Wzdycham. Patrzę w niebo ponad jego ramieniem. Oczywiście.

7

W cholerną sobotę od rana mam parszywy nastrój. Nie trawię teściowej tutaj, przynajmniej w teorii na moim terenie. We własnym domu będzie jeszcze bardziej nieznośna. Nie dość, że na każdym kroku podkreśla, jak bardzo do nich i ich wspaniałego życia nie pasuję, to jeszcze wciąga męża w swoje gierki.

A on? Cóż… Zachowuje się podobnie jak Piotr. Udaje, że nie słyszy, ignoruje, próbuje stopować jej zapędy albo wyczekująco patrzy na mnie, jakby sprawdzał, czy ją pokonam, czy się poddam. Pieprzony ring z dwiema kobietami i ich tchórzliwymi facetami na widowni!

Jasne, mogłabym odpuścić. Ale to oznaczałoby odejście, czyli zrobienie tego, na co babsko czeka – w tym na pewno Lilka miała rację. Nie dam kobiecie tej satysfakcji, w każdym razie jeszcze nie teraz.

Ubieram się odrobinę bardziej elegancko niż na co dzień – zakładam błękitną letnią sukienkę i sandały na niewysokim obcasie. Obie rzeczy markowe, może odbiorę babie przynajmniej jeden powód do docinek? Choć właściwie nie jestem pewna, czy w ogóle robi mi to różnicę.

W samochodzie co chwilę ciężko wzdycham. Rodzice Piotra mieszkają niedaleko, ale główna ulica Konstancina jest zakorkowana z powodu stłuczki. Denerwuję się, nie tylko wizją cudownej rodzinnej kolacji, ale i tym, czy za chwilę Gucio się nie obudzi. Nerwowo zerkam do tyłu.

– Oszaleję, jak będziesz się tak zachowywać. – Piotr w końcu nie wytrzymuje.

– O co ci chodzi? – Patrzę na niego udając spokój.

– Kręcisz się, wzdychasz, zaciskasz pięści…

– Naprawdę? – Zaskoczona zerkam na swoje dłonie. Czyżbym aż tak była zestresowana?

– Naprawdę. Nie rozumiem, dlaczego jedna głupia kolacja tak źle na ciebie wpływa.

– W tym rzecz. Nie rozumiesz – mamroczę pod nosem. – Gutek się zaraz obudzi – mówię głośniej.

– To zjadę na bok i spokojnie go nakarmimy.

– I wtedy się spóźnimy.

– Co z tego? – Patrzy na mnie zdziwiony. – Ewa, nie traktuj mojej matki jak potwora. Przecież to zrozumie.

– Z pewnością – mój głos ocieka kpiną. – Możemy się założyć.

– Przesadzasz.

Chwilę milczy, a potem kontynuuje:

– Nie przepadacie za sobą, okej. Ale powiedz, co mogę zrobić, żebyś w takim dniu jak dziś, ważnym dla mojego ojca, choć trochę odpuściła?

– Już tam jadę, mimo że nie chciałam. – Krzywię się. – To nie wystarczy?

– Nie. Zależy mi na względnie miłej atmosferze.

Mam zagryźć zęby i nie reagować na nawet najbardziej parszywe szpile i szpileczki? Nagle jednak przychodzi mi do głowy pewna myśl.

– Coś za coś.

– To znaczy?

– Wyjście, na którym tobie zależy za wyjście, którego ja chcę.

– Przecież możemy iść wszędzie, gdziekolwiek masz ochotę. Chodzi ci o panieński Lilki? Wymyśliłyście coś szalonego? – Uśmiecha się niepewnie.

– Jasne. Chippendales’ów. – Parskam kpiąco. – Nie, chcę iść z tobą, do klubu.

– Klubu? – powtarza zaskoczony.

– Tak, klubu. Takiego miejsca, w którym kiedyś bywałeś przynajmniej raz w tygodniu i rewelacyjnie się tam bawiłeś. Pamiętasz? – Stukam go palcem w czoło. – A jeśli zapomniałeś, to może sobie przypomnisz – stwierdzam już spokojniej, ale smutno.

Zapada cisza. Przez szybę obserwuję ludzi idących po chodniku. Wiem, co usłyszę: nie możemy, jesteśmy rodzicami, nie powinniśmy…

A jednak Piotr mnie zaskakuje. Bo po dłuższej chwili mówi:

– Może to jest myśl?

Zerkam na niego z nadzieją.

– Ale bez szaleństw, tylko takie… no wiesz… wczucie się w klimat, popatrzenie.

Od razu przypomina mi się mój sen. Ale nie czuję rozczarowania. Małymi kroczkami – rozbrzmiewają mi w głowie słowa Piotra sprzed kilku dni.

– Tylko ty i ja. – Uśmiecham się i ściskam go za rękę. – Dziękuję. – Całuję go w policzek. – Tylko sam załatw z matką opiekę nad małym, dobrze?

– Chciałabyś od razu, dzisiaj?

Myślałam o przyszłym weekendzie, ale skoro sam proponuje tak szybkie te małe kroczki, to czemu nie?

– Z dziką chęcią. – Szczerzę się. – Nie poznasz mnie na tej kolacji. Będę takim aniołem, że nawet twoja matka z trudem pozbiera szczękę z podłogi.

– Dobry deal. – Śmieje się.

– A co właściwie chce ogłosić twój ojciec?

– Nie mam pojęcia.

Zerkam na niego zaskoczona.

– Przecież jesteście blisko. To znaczy, mam wrażenie, że wszystko sobie mówicie?

– Niby tak. Ale tym razem nie wiem, o co chodzi. Może takie konkretne przejście na emeryturę? Bo sama wiesz, niby już odpuścili, ale on wciąż zasiada w jakichś zarządach, coś doradza, konsultuje. Więc może wreszcie postanowił tak porządnie, prawdziwie odpocząć?

– I zająć się wyłącznie wnukiem? Czemu nie?

– Właśnie. – Śmiejemy się, bo perspektywa częstszego korzystania z ich pomocy przy Guciu coraz bardziej nam się podoba. Jeśli to ma oznaczać większą bliskość z Piotrem i odnalezienie iskry, która nas połączyła, to zniosę nawet to wredne babsko w roli opiekunki. Zresztą, nie oszukujmy się, jest babcią mojego syna i już zawsze, jaka by nie była, będę musiała mieć z nią jakiś kontakt.

Do rezydencji państwa Śniadeckich dojeżdżamy spóźnieni jedynie o kwadrans. Gucio włącza syrenę dokładnie w momencie, gdy gaśnie silnik. Na szczęście. Przewijam go w ogromnej gościnnej łazience, potem karmię i układam w łóżeczku ustawionym w pomieszczeniu przylegającym do jadalni.

– Kazałam je tu przynieść, żeby był blisko – słyszę za sobą przesłodzony głos.

– Bardzo dobry pomysł. – Odwracam głowę i silę się na uśmiech. Miła, jestem miła – powtarzam w myślach.

– Takie zwykle mam.

Miła, miła, miła – resztkami sił powstrzymuję się przed złośliwym komentarzem. Ona jakby czekała na ripostę, a kiedy ta się nie pojawia, unosi leciutko, prawie niezauważalnie brwi, po czym wraca do siedzących w jadalni mężczyzn.

Pochylam się nad śpiącym synkiem.

– Gdyby wiedziała, dlaczego jestem miła i gdzie zaszalejemy, kiedy będzie ci zmieniała zafajdaną pieluchę… Pośmiej się wtedy z niej w moim imieniu – cicho szepczę.

Potem jeszcze przez moment patrzę na mój mały skarb, w końcu podnoszę się. Biorę kilka głębokich oddechów i ruszam w stronę jadalni.

Przez kolejne kwadranse zachwycam się jedzeniem, które podano, śmieję się z żartów opowiadanych przez ojca Piotra, próbuję grzecznie odpowiadać na słowne zaczepki jego matki. To nawet okazuje się nie aż tak trudne. Owszem, na dłuższą metę bym tego nie zniosła, ale ten jeden raz? Na pewno warto.

W końcu obsługa podaje deser. Skubię kawałek czekoladowego ciasta polanego wiśniowym sosem. I czuję, że atmosfera staje się napięta. Nareszcie, dochodzimy do meritum. Jeszcze kilka żarcików, kolejne łyki koniaku i wreszcie ojciec Piotra stwierdza:

– Zaprosiliśmy was, bo chciałbym się podzielić swoimi planami. – Przesuwa wzrok między mną i Piotrem, a potem uśmiecha się do żony. – Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że za bardzo w swoim życiu poświęcałem się własnym interesom. I postanowiłem zrobić coś dla innych.

Trochę zaskoczona zerkam na Piotra, a potem na starszego mężczyznę. Zamierza powołać jakąś fundację?

– Będę oczywiście potrzebował waszej pomocy i zakładam, że mogę na nią liczyć. – Brzmi jak pytanie, ale po jego minie widzę, że nawet nie bierze pod uwagę odmowy. Jasne jednak, że w każdą działalność charytatywną się włączymy, czemu nie.

– Powiesz wreszcie, w czym rzecz? – Piotr wzdycha zniecierpliwiony. Mam wrażenie, że jest zirytowany. Zaczynam się obawiać, czy nie domyśla się konkluzji, innej niż ta, jakiej ja się spodziewam.

– Tak, synu. – Pan Śniadecki uśmiecha się zadowolony. – Postanowiłem w najbliższych wyborach kandydować do senatu.