Wydawca: Marginesy Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Tańcząca Eurydyka. Anna German we wspomnieniach ebook

Mariola Pryzwan

1 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 322 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tańcząca Eurydyka. Anna German we wspomnieniach - Mariola Pryzwan

Biografia Anny German złożona ze wspomnień jej bliskich, przyjaciół, współpracowników. Traumatyczne dzieciństwo opowiedziane przez matkę, droga do muzycznej kariery – przez przyjaciół z lat młodości i sceny, tragiczny wypadek i rehabilitacja – przez lekarzy, historia miłości – przez męża i przyjaciół rodziny.

Prawdziwe wydarzenia – nie zawsze wiernie oddane przez film, jeszcze ciekawsze i bardziej przejmujące niż serial – wzbogacone zostały dużymi kolorowymi reprodukcjami ponad 200 zdjęć i dokumentów.

„Śpiew był jej życiem. W jednym z wywiadów powiedziała: Myślę, że każdy z nas ma swoją gwiazdę. Może nią być miłość, praca, macierzyństwo… Tylko trzeba zrobić wszystko, żeby nie gasł jej blask. Moja gwiazda – to piosenka.

Los nie szczędził Annie German nieszczęść już w dzieciństwie. A potem, u progu międzynarodowej kariery, w sierpniu 1967 roku, uległa poważnemu wypadkowi na Autostradzie Słońca we Włoszech. Zakuta w gipsowy pancerz, długie tygodnie walczyła o życie, a następnie o powrót do zdrowia i śpiewania. Zaskoczyła wtedy niezwykłym męstwem, optymizmem, siłą woli i walki. Kilkanaście lat później tej siły już jej nie wystarczyło (ze wstępu do książki).

Mariola Pryzwan, wybitna biografistka (ze wspomnień złożyła biografie m.in. Zbigniewa Cybulskiego, Haliny Poświatowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Władysława Broniewskiego, Marii Dąbrowskiej, Marii Kownackiej, Anny Jantar; z wypowiedzi samych bohaterów książki: „Anna German o Sobie” i „Zbigniew Cybulski o sobie”) od lat zafascynowana jest postacią Anny German.

Na kartach jej książki śledzimy trudny i barwny „człowieczy los” Anny German: dzieciństwo spędzone w Azji Środkowej, młodość we Wrocławiu, początki kariery w Estradach: Wrocławskiej, Rzeszowskiej i Olsztyńskiej. Sukcesy na festiwalach piosenki w Opolu, Sopocie i Ostendzie, występy we Włoszech, a potem tragiczny wypadek, długą rehabilitację i triumfalny powrót na scenę; uwielbienie w Związku Radzieckim i… powolne odchodzenie w cień w Polsce.

Opinie o ebooku Tańcząca Eurydyka. Anna German we wspomnieniach - Mariola Pryzwan

Fragment ebooka Tańcząca Eurydyka. Anna German we wspomnieniach - Mariola Pryzwan

Co­py­ri­ght © by Ma­rio­la Pry­zwan

Co­py­ri­ght © by Alek­sandr Zhy­ga­ry­ov Es­ta­te

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Sy­no­wi Anny Ger­man

Wstęp

Śpiew był jej ży­ciem. W jed­nym z wy­wia­dów po­wie­dzia­ła: „My­ślę, że każ­dy z nas ma swo­ją gwiaz­dę. Może nią być mi­łość, pra­ca, ma­cie­rzyń­stwo… Tyl­ko trze­ba zro­bić wszyst­ko, żeby nie gasł jej blask. Moja gwiaz­da – to pio­sen­ka”.

Była nie tyl­ko wspa­nia­łą pio­sen­kar­ką, ale tak­że in­te­li­gent­nym, wraż­li­wym, peł­nym cie­pła czło­wie­kiem.

Los nie szczę­dził An­nie Ger­man nie­szczęść już w dzie­ciń­stwie. A po­tem, u pro­gu mię­dzy­na­ro­do­wej ka­rie­ry, w sierp­niu 1967 roku, ule­gła po­waż­ne­mu wy­pad­ko­wi na Au­to­stra­dzie Słoń­ca we Wło­szech. Za­ku­ta w gip­so­wy pan­cerz, dłu­gie ty­go­dnie wal­czy­ła o ży­cie, a na­stęp­nie o po­wrót do zdro­wia i śpie­wa­nia. Za­sko­czy­ła wte­dy nie­zwy­kłym mę­stwem, opty­mi­zmem, siłą woli i wal­ki. Kil­ka­na­ście lat póź­niej tej siły już jej nie wy­star­czy­ło…

Zo­sta­ła pa­mięć i mi­łość tych, któ­rzy ją ko­cha­li. Zo­sta­ły pio­sen­ki, wśród nich te nie­za­po­mnia­ne – Tań­czą­ce Eu­ry­dy­ki i Czło­wie­czy los. Po­zo­stał głos o nie­po­wta­rzal­nej bar­wie. Głos, za któ­rym tę­sk­nią mi­lio­ny wiel­bi­cie­li Anny Ger­man na ca­łym świe­cie.

Ste­fan Ra­choń po­wie­dział, że „była naj­lep­szą pio­sen­kar­ką swe­go po­ko­le­nia”, Je­rzy Fi­cow­ski twier­dził, że „za­miast du­szy mia­ła mu­zy­kę”, a Ire­na San­tor przy­zna­ła, iż „całe ży­cie była jej fan­ką”.

Anna Ger­man była ko­bie­tą z kla­są. Na jej nie­na­gan­ne ma­nie­ry, za­cho­wa­nie, po­dej­ście do dru­gie­go czło­wie­ka mia­ło wpływ pro­te­stanc­kie wy­cho­wa­nie. W każ­dym czło­wie­ku sta­ra­ła się do­strzec do­bro. Po­ma­ga­ła, uspra­wie­dli­wia­ła, wy­ba­cza­ła.

Od roku 1987 Anna Ger­man ma swo­ją uli­cę w ro­dzin­nym Urgen­czu, a od lu­te­go 2012 ta­bli­cę na domu we Wro­cła­wiu, w któ­rym spę­dzi­ła mło­dość.

Wo­kół Słoń­ca, mię­dzy Mar­sem a Jo­wi­szem, krą­ży od­kry­ta przez Ta­ma­rę Smir­no­wą, za­re­je­stro­wa­na pod nu­me­rem 2519, nie­wiel­ka aste­ro­ida o na­zwie an­na­ger­man.

W uzna­niu wy­bit­nych za­sług pio­sen­kar­ki dla kul­tu­ry ro­syj­skiej w maju 2003 roku przed salą kon­cer­to­wą Ro­sja w Mo­skwie od­sło­nię­to gwiaz­dę z jej na­zwi­skiem.

Uwiel­bie­nie w Związ­ku Ra­dziec­kim to­wa­rzy­szy­ło An­nie przez wszyst­kie lata jej ka­rie­ry. W Ro­sji i na Ukra­inie wciąż jest iko­ną, a dla wie­lu miesz­kań­ców tych kra­jów – sy­no­ni­mem Pol­ski. Dla nich Pol­ska to… Anna Ger­man.

Ro­sja­nie uwa­ża­ją Annę Ger­man za swo­ją. To tam po­wstał (i ist­nie­je do tej pory) Mię­dzy­na­ro­do­wy Klub Wiel­bi­cie­li Anny Ger­man Je­steś moją mi­ło­ścią. Wy­da­no dzie­siąt­ki płyt CD i DVD, zre­ali­zo­wa­no wie­le pro­gra­mów wspo­mnie­nio­wych i fil­mów do­ku­men­tal­nych. W 2010 roku po­wstał film fa­bu­lar­no-do­ku­men­tal­ny Anna Ger­man. Echo mi­ło­ści, a w 2012 se­rial Anna Ger­man. Ta­jem­ni­ca Bia­łe­go Anio­ła.

Była mię­dzy­na­ro­do­wą gwiaz­dą – w Pol­sce naj­pierw ko­cha­ną, a po­tem nie­co za­po­mnia­ną, po­pu­lar­ną i ce­nio­ną we Wło­szech, uwiel­bia­ną i czczo­ną w kra­jach by­łe­go Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Dla Ro­sjan Anna Ger­man jest kimś wy­jąt­ko­wym do dziś. Dla mnie rów­nież. Od daw­na mnie fa­scy­nu­je. Jest moim ide­ałem, nie­do­ści­głym wzo­rem.

Tań­czą­ca Eu­ry­dy­ka jest zbio­rem wspo­mnień ro­dzi­ny, przy­ja­ciół i zna­jo­mych pio­sen­kar­ki prze­pla­ta­nym frag­men­ta­mi pierw­szej bio­gra­fii Anny Ger­man pió­ra ro­syj­skie­go dzien­ni­ka­rza, au­to­ra tek­stów pio­se­nek, tłu­ma­cza Alek­san­dra Ży­ga­rio­wa. Mia­łam oka­zję go po­znać. W maju 1987 roku w cza­sie uro­czy­sto­ści nada­nia am­fi­te­atro­wi w Zie­lo­nej Gó­rze imie­nia Anny Ger­man. W tym­że am­fi­te­atrze w la­tach 2002–2007 od­by­wał się Fe­sti­wal im. Anny Ger­man Tań­czą­ce Eu­ry­dy­ki.

Na kar­tach książ­ki śle­dzi­my trud­ny i barw­ny „czło­wie­czy los” Anny Ger­man: dzie­ciń­stwo spę­dzo­ne w Azji Środ­ko­wej, mło­dość we Wro­cła­wiu, po­cząt­ki ka­rie­ry w Es­tra­dach: Wro­cław­skiej, Rze­szow­skiej i Olsz­tyń­skiej. Suk­ce­sy na fe­sti­wa­lach pio­sen­ki w Opo­lu, So­po­cie i Osten­dzie, wy­stę­py we Wło­szech, a po­tem tra­gicz­ny wy­pa­dek, dłu­gą re­ha­bi­li­ta­cję i trium­fal­ny po­wrót na sce­nę. Uwiel­bie­nie w Związ­ku Ra­dziec­kim i… po­wol­ne od­cho­dze­nie w cień w Pol­sce.

Wspo­mi­na­ją ją naj­bliż­si – mat­ka i mąż oraz przy­ja­ciół­ka Anna Ka­cza­li­na. Wspo­mi­na­ją ko­le­żan­ki i ko­le­dzy ze śro­do­wi­ska ar­ty­stycz­ne­go, m.in. Krzysz­tof Cwy­nar, Je­rzy Fi­cow­ski, Ka­ta­rzy­na Gärt­ner, Wi­told Gru­ca, Ma­rek Se­wen, Sła­wa Przy­byl­ska, Ire­na San­tor, Ste­fan Ra­choń, Szy­mon Szur­miej, Ro­man Ziem­lań­ski. Obec­ne wy­da­nie Tań­czą­cej Eu­ry­dy­ki uzu­peł­ni­łam m.in. o tek­sty Jo­an­ny Kul­mo­wej, Asji Łam­tiu­gi­ny, Krzysz­to­fa Kraw­czy­ka, Ma­ria­na Licht­ma­na i Wie­sła­wy Tu­chol­skiej-Ro­ze­nek.

Istot­ną czę­ścią książ­ki są nie­zwy­kle bo­ga­te ko­lo­ro­we ma­te­ria­ły ilu­stra­cyj­ne. Więk­szość z nich po­cho­dzi z pry­wat­ne­go ar­chi­wum męża Anny Ger­man, pana Zbi­gnie­wa Tu­chol­skie­go, któ­re­mu skła­dam ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia.

Dzię­ku­ję tak­że Iwa­no­wi Ili­czo­wo­wi, za­ło­ży­cie­lo­wi i prze­wod­ni­czą­ce­mu Mię­dzy­na­ro­do­we­go Klu­bu Wiel­bi­cie­li Anny Ger­man Je­steś moją mi­ło­ścią, za po­moc w zdo­by­ciu nie­zna­nych w Pol­sce fo­to­gra­fii.

Spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia kie­ru­ję do mo­jej przy­ja­ciół­ki Do­ro­ty Ko­man, któ­ra jako re­dak­tor ko­lej­ny już raz wę­dru­je ze mną śla­da­mi Anny Ger­man, słu­żąc zro­zu­mie­niem i cen­ny­mi uwa­ga­mi.

Ma­rio­la Pry­zwan

War­sza­wa, 23.04.2013

IRMA BERNER

Mat­ka Anny Ger­man

Gdy mia­łam sześć, może sie­dem lat, mat­ka opo­wie­dzia­ła mi o na­szym po­cho­dze­niu. Do­wie­dzia­łam się wów­czas, że oj­czy­zną mo­ich przod­ków była Fry­zja, pro­win­cja w pół­noc­nej Ho­lan­dii, skąd pro­to­pla­sta rodu po ką­dzie­li przy­był do Ro­sji jako emi­grant oko­ło 1850 roku. Mój pra­pra­dzia­dek – za­moż­ny hra­bia Jo­han Frie­sen, me­no­ni­ta – opu­ścił Ho­lan­dię wraz z trze­ma sy­na­mi. Czwar­ty syn po­zo­stał we Fry­zji, by za­rzą­dzać go­spo­dar­stwem i dbać o kon­to ban­ko­we. Nie­ste­ty prze­grał cały ma­ją­tek w ka­sy­nie. Pra­pra­dzia­dek, do­wie­dziaw­szy się o tym, miał wy­rzec sło­wa: „Te­raz nie ma dla mnie po­wro­tu i nie je­stem już hra­bią”.

Na szczę­ście pra­pra­dziad przy­wiózł do Ro­sji trzy­na­ście wo­zów naj­szla­chet­niej­szych, bar­dzo cen­nych na­sion, sa­dzo­nek kwia­tów i drze­wek, nie­ma­ły do­by­tek ru­cho­my oraz lu­dzi, któ­rych za­trud­niał w swo­im ma­jąt­ku. Mógł więc upo­wszech­niać wy­so­ko roz­wi­nię­tą ho­len­der­ską kul­tu­rę ogrod­ni­czą.

Przod­ko­wie ro­dzi­ny po mie­czu tak­że byli ho­len­der­ski­mi emi­gran­ta­mi, ale o ich przy­by­ciu do Ro­sji wiem znacz­nie mniej.

Dzię­ki opo­wie­ści mamy zro­zu­mia­łam, dla­cze­go w domu roz­ma­wia­my nie po ro­syj­sku, lecz po ho­len­der­sku.

Ro­dzi­ce [Anna i Da­wid Mar­ten­so­wie – przy­pis au­tor­ki; wszyst­kie przy­pi­sy w na­wia­sach kwa­dra­to­wych po­cho­dzą od au­tor­ki] miesz­ka­li w za­ło­żo­nej przez Ho­len­drów w 1863 roku ko­lo­nii Wie­li­kok­nia­że­sko­je, w ob­wo­dzie ku­bań­skim, nie­da­le­ko Nie­win­no­my­ska. W na­szej ko­lo­nii chęt­nie osie­dla­li się tak­że lu­dzie in­nych na­ro­do­wo­ści, zwłasz­cza Niem­cy, Po­la­cy i Ro­sja­nie. Praw­do­po­dob­nie za­chę­cał ich do tego po­rzą­dek, do­sta­tek i do­bra or­ga­ni­za­cja ży­cia pra­co­wi­tych miesz­kań­ców. W Wie­li­kok­nia­że­sko­je i oko­li­cach miesz­ka­li, obok me­no­ni­tów i pra­wo­sław­nych, tak­że ad­wen­ty­ści oraz ka­to­li­cy. Wszy­scy ci lu­dzie żyli zgod­nie, nie­za­leż­nie od na­ro­do­wo­ści i wy­zna­nia, sza­nu­jąc i to­le­ru­jąc się wza­jem­nie. Z upły­wem lat zmie­niał się i za­cie­rał pier­wot­ny ho­len­der­ski cha­rak­ter ko­lo­nii.

Ro­dzi­ce Anny – Irma i Eu­ge­niusz

Nad­szedł rok 1934. Prze­nio­sły­śmy się [z mat­ką i sio­strą] do od­le­głej o ty­sią­ce ki­lo­me­trów, po­ło­żo­nej na wschod­nich ru­bie­żach Uz­be­ki­sta­nu Fer­ga­ny, gdzie od­by­wał służ­bę woj­sko­wą mój brat Wil­mar. Zo­sta­łam za­trud­nio­na w szko­le po­wszech­nej w po­bli­skiej miej­sco­wo­ści Czi­mion, nie­da­le­ko skąd roz­cią­ga­ły się pola naf­to­we.

W Nie­ftien­nych Pro­my­słach pra­co­wał jako księ­go­wy mój przy­szły mąż [Irma Ber­ner, z domu Mar­tens, i Eu­ge­niusz Ger­man nig­dy nie byli for­mal­nie mał­żeń­stwem] Eu­ge­niusz Ger­man [Eu­gen Hör­mann]. Uro­dził się 25 mar­ca 1909 roku w Ło­dzi, w ro­dzi­nie ewan­ge­lic­kie­go pa­sto­ra. Wy­so­ki, przy­stoj­ny, o sza­ro­nie­bie­skich oczach i ciem­nych kę­dzie­rza­wych wło­sach. Nie­gdyś dy­ry­gent chó­ru. Do­sko­na­le mó­wił po nie­miec­ku, ho­len­der­sku i ro­syj­sku. Czy­tał mnó­stwo ksią­żek, na pa­mięć znał nie­zli­czo­ną ilość wier­szy, śpie­wał, grał na gi­ta­rze i skrzyp­cach. Zwie­rzył mi się, że uciekł z Don­ba­su na Ukra­inie, gdyż był na czar­nej li­ście.

Na­sze szczę­ście i upra­gnio­ny spo­kój nie trwa­ły dłu­go. „O wa­sze­go męża py­ta­li – do­nio­sła mi te­le­fo­nist­ka. – Nie wie­cie? W Le­nin­gra­dzie za­bi­li Ki­ro­wa…”.

Po­sta­no­wi­li­śmy wy­je­chać jak naj­prę­dzej i jak naj­da­lej, gdzieś, gdzie nas nie zna­ją i nie znaj­dą. Uda­li­śmy się do Urgen­cza, po­ło­żo­ne­go w pół­noc­no-za­chod­niej czę­ści Uz­be­ki­sta­nu, za­bie­ra­jąc ze sobą tak­że moją mat­kę i sio­strę. Po ukoń­cze­niu służ­by woj­sko­wej miesz­kał tam i pra­co­wał jako zoo­tech­nik mój brat Wil­mar.

Tru­dy po­dró­ży zno­si­łam, bę­dąc w cią­ży.

Do­tar­li­śmy do Urgen­cza, uda­ło nam się wy­na­jąć miesz­ka­nie: izbę w gli­nian­ce z oknem w su­fi­cie. Pręd­ko też zna­leź­li­śmy za­ję­cia: ja w szko­le jako na­uczy­ciel­ka nie­miec­kie­go, mąż zaś w miej­skiej pie­kar­ni jako księ­go­wy.

14 lu­te­go 1936 roku uro­dzi­ła się nam có­recz­ka. Nada­li­śmy jej imio­na Anna Wik­to­ria. Na­sza ra­dość nie mia­ła gra­nic. Anecz­ka była zdro­wym i ład­nym dziec­kiem. Na głów­kę wło­ży­łam jej bia­łą chu­s­tecz­kę. „Wy­glą­da jak mała koł­choź­ni­ca” – pi­sa­łam wów­czas do mamy ze szpi­ta­la. Po kil­ku dniach przy­je­chał po nas Eu­ge­niusz. Dwu­ko­ło­wą „ka­re­tą” za­brał nas do no­we­go, lep­sze­go miesz­ka­nia. Była to rów­nież gli­nian­ka, ale więk­sza i z nor­mal­ny­mi okna­mi ścien­ny­mi, po­ło­żo­na na wzgó­rzu bli­sko pie­kar­ni.

Po krót­kim urlo­pie mu­sia­łam wró­cić do pra­cy. Mama przy­no­si­ła Anecz­kę do szko­ły, bym mo­gła ją na­kar­mić. Moi ucznio­wie krzy­cze­li wów­czas: „Opa, opa! Oje kiel­dy! Se­ne­ke ki­zim­ka dżu­da czo­raj­lek” [„Pani, pani! Bab­cia przy­szła! Two­ja dziew­czyn­ka jest bar­dzo ład­na”].

Ania, Urgencz 1936

Na­de­szło upal­ne lato 1937 roku i Anecz­ka za­cho­ro­wa­ła. Do­słow­nie chu­dła w oczach. Po­je­cha­li­śmy całą ro­dzi­ną do le­ka­rza w Tasz­kien­cie. Jego dia­gno­za brzmia­ła: pa­ra­ty­fus. Po­sta­no­wi­łam po­zo­stać z có­recz­ką, mat­ką i sio­strą w Tasz­kien­cie. Wy­na­ję­li­śmy miesz­ka­nie w sta­rej czę­ści mia­sta. Gdy nasz go­spo­darz, Uz­bek, zo­ba­czył Anię, po­wie­dział: „Za­raz przy­nio­sę le­kar­stwo”. Do­sta­łam owoc gra­na­tow­ca, któ­re­go skór­kę, we­dle re­cep­ty Uz­be­ka, na­le­ża­ło za­lać trze­ma szklan­ka­mi wody i go­to­wać, aż po­zo­sta­nie jed­na szklan­ka pły­nu. Otrzy­ma­ny w ten spo­sób wy­war po­da­wa­li­śmy Ani do pi­cia. Wkrót­ce có­recz­ka za­czę­ła po­wra­cać do zdro­wia. Chwa­ła Bogu!

Ma­leń­ka Ania z bab­cią i ro­dzi­ca­mi, 1936

Mąż i brat wy­je­cha­li do Urgen­cza, by po za­ła­twie­niu nie­zbęd­nych spraw po­wró­cić do nas. Po­sta­no­wi­li­śmy bo­wiem osie­dlić się w Tasz­kien­cie. Mia­sto jak na owe cza­sy było dość za­dba­ne. Szcze­gól­nie pięk­ny i ob­szer­ny park Pusz­ki­na, w któ­rym były mów­ni­ce jak w lon­dyń­skim Hyde Par­ku. Uz­be­ko­wie ubra­ni w ko­lo­ro­we, je­dwab­ne cha­ła­ty i mi­ster­nie ha­fto­wa­ne cza­pecz­ki „ciu­bi­ciej­ki” wy­śpie­wy­wa­li tam mi­ło­sne pie­śni: „Oj, opo­dżon men­ga ke­reń syz, dżu­da czo­raj­lek” [„Ach, dro­ga pani, patrz na mnie, je­steś bar­dzo ład­na”]. Przy ustach trzy­ma­li wte­dy por­ce­la­no­wy ta­le­rzyk i ob­ra­ca­li nim w róż­ne stro­ny, a od­bi­ty od nie­go głos brzmiał nie­zwy­kle, wi­bro­wał i do­cie­rał na prze­mian do słu­cha­czy z róż­nych stron, by chwi­la­mi milk­nąć zu­peł­nie.

Już w sierp­niu 1937 roku roz­po­czę­łam pra­cę wy­kła­dow­cy ję­zy­ka nie­miec­kie­go w tam­tej­szej szko­le śred­niej im. Cza­pa­je­wa. Mama opie­ko­wa­ła się Anią.

Nie­cier­pli­wie wy­glą­da­ły­śmy przy­jaz­du Eu­ge­niu­sza i Wil­ma­ra. Nie­ste­ty, 25 wrze­śnia 1937 roku w Urgen­czu mój mąż i brat zo­sta­li aresz­to­wa­ni. Przez wie­le dni i mie­się­cy ży­łam na­dzie­ją, że ich od­naj­dę, gdzie­kol­wiek by­li­by uwię­zie­ni. Ocze­ki­wa­łam wów­czas dru­gie­go dziec­ka. Tak bar­dzo chcia­łam usły­szeć do­brą wia­do­mość o Eu­ge­niu­szu. Lecz pro­ku­ra­tor ob­wie­ścił mi rzecz naj­okrut­niej­szą: „Wasz mąż zo­stał ze­sła­ny na dzie­sięć lat bez pra­wa ko­re­spon­den­cji z ro­dzi­ną”. „Za co?”.

Od­po­wie­dzi nie otrzy­ma­łam. Nie ze­zwo­lo­no mi na­wet na jed­no wi­dze­nie. O bra­cie rów­nież nie mia­łam żad­nych kon­kret­nych wia­do­mo­ści.

Nad­szedł 28 lu­te­go 1938 roku. Spóź­nio­na ka­ret­ka po­go­to­wia wio­zła mnie do szpi­ta­la. Trze­ba było ją jed­nak za­trzy­mać, gdyż roz­po­czął się po­ród. Nie­spo­dzie­wa­nie moja mat­ka zo­sta­ła po­łoż­ną. Uro­dzi­łam zdro­we­go i du­że­go syna. Otrzy­mał imię Fry­de­ryk – po te­ściu. Po­tem żar­to­wa­łam, że gdy syn pój­dzie do woj­ska, na­pi­sze w ży­cio­ry­sie: „Uro­dzi­łem się w Tasz­kien­cie na uli­cy”. Ży­cio­rys w ZSRR mu­siał być za­wsze bar­dzo do­kład­ny.

I oto do­wie­dzia­łam się, że w Mo­skwie jest biu­ro, w któ­rym moż­na uzy­skać wia­do­mo­ści o aresz­to­wa­nych z ca­łe­go Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Po­sta­no­wi­łam tam je­chać. Ma­lu­chy po­zo­sta­wi­łam pod opie­ką mamy i sio­stry. W Mo­skwie, oczy­wi­ście, ni­cze­go się nie do­wie­dzia­łam, choć go­dzi­na­mi, w tłu­mie ko­biet z ca­łej Ro­sji, sta­łam w ko­lej­ce po in­for­ma­cje.

Wra­ca­łam po­cią­giem kom­plet­nie za­ła­ma­na. Sym­pa­tycz­ne kon­duk­tor­ki, czę­stu­jąc mnie her­ba­tą i chle­bem, py­ta­ły, po co przy­je­cha­łam do Mo­skwy. „Ty nie płacz. Je­steś mło­da, a Mo­skwa nie wie­rzy łzom. Nie wiesz o tym? Módl się i proś Boga o po­moc. Przy­jedź do nas, do Sta­liń­ska. Do­oko­ła jest taj­ga i nie­da­le­ko obóz na 18 ty­się­cy więź­niów. Może są tam twoi? Pój­dziesz i do­wiesz się”.

Po­sta­no­wi­li­śmy wszy­scy wy­je­chać z Tasz­kien­tu do Sta­liń­ska, po­ło­żo­ne­go we wschod­niej Sy­be­rii, gdzieś mię­dzy Je­ni­se­jem a Obem.

Nie­ste­ty, Fry­de­ryk za­czął wów­czas cho­ro­wać, za­pew­ne z po­wo­du zbyt upal­ne­go kli­ma­tu. W sierp­niu 1939 roku zre­zy­gno­wa­łam z pra­cy i w koń­cu wy­ru­szy­li­śmy na Sy­be­rię. W mia­rę od­da­la­nia się od upal­nych re­jo­nów sy­nek czuł się le­piej, a koło No­wo­sy­bir­ska za­czął się na­wet uśmie­chać. Anecz­ka też była zdro­wa. Znaj­dę męża i bra­ta, po­ka­żę im moje skar­by – my­śla­łam.

Do­tar­li­śmy do mia­stecz­ka Osin­ni­ki w ob­wo­dzie no­wo­sy­bir­skim, nie­da­le­ko Sta­liń­ska, gdzie przy­ję­to mnie do pra­cy w szko­le śred­niej. Na­le­ża­ło jak naj­prę­dzej roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia Żeni i Wil­ma­ra. Przy­go­to­wa­łam dla nich pacz­kę. Spe­cjal­ną li­nią ko­le­jo­wą, przez taj­gę, do­tar­łam do koń­co­wej sta­cyj­ki w re­jo­nie obo­zu, skąd mo­głam dojść je­dy­nie do obo­zo­wej ad­mi­ni­stra­cji. Po­szu­ku­jąc kan­ce­la­rii, na­tknę­łam się na ob­ce­go męż­czy­znę, jak się oka­za­ło, by­łe­go więź­nia obo­zu. „Od­sie­dzia­łem już swo­je, spro­wa­dzi­łem żonę z Kry­mu i tu­taj pra­cu­ję. Po­mo­gę pani, przej­rzę spi­sy ze­sła­nych”.

Z wiel­kim nie­po­ko­jem cze­ka­łam na ja­ką­kol­wiek wia­do­mość od nie­go i oto do­wie­dzia­łam się, że Wil­mar jest w ósmej ko­lo­nii, a Eu­ge­niu­sza w obo­zie nie ma. Na­to­miast w kan­ce­la­rii od­by­ła się krót­ka, urzę­do­wa (nie pa­trzo­no na­wet na mnie) roz­mo­wa: „Je­śli wasi są w obo­zie, to pacz­kę prze­ka­że­my, ale wi­dze­nia nie damy! Wsio!”.

Ba­łam się na­wet otwo­rzyć usta. Po wyj­ściu spo­tka­łam po­zna­ne­go wcze­śniej życz­li­we­go męż­czy­znę. Przed­sta­wił mi ry­zy­kow­ny plan prze­nie­sie­nia bra­ta do bli­żej po­ło­żo­nej ko­lo­nii. Oczy­wi­ście za duże pie­nią­dze. Na­ma­wiał mnie tak­że na nie­le­gal­ne wi­dze­nie. Rów­nież za od­po­wied­nią opła­tą. Mo­głam na te­ren obo­zu zo­stać wpusz­czo­na jako… pie­lę­gniar­ka. Dzię­ko­wa­łam Bogu, że tak się nie sta­ło. Nie po­tra­fi­ła­bym do­brze ode­grać tej roli. Być może sama sie­bie ska­za­ła­bym na ze­sła­nie.

Kie­dy na­sta­ła zima, do obo­zu wy­ru­szy­ła mat­ka, ma­jąc na­dzie­ję na wi­dze­nie z sy­nem. W kan­ce­la­rii obo­zu usły­sza­ła od star­sze­go męż­czy­zny: „Mat­ko, wra­caj. Wi­dze­nia z sy­nem nie da­dzą, a pacz­kę prze­ka­żę”.

Nad­szedł rok 1940. Jego po­czą­tek świę­to­wa­li­śmy w szko­le. W du­żej sali Ania i Fry­de­ryk pa­trzy­li urze­cze­ni na ol­brzy­mią, ozdo­bio­ną i oświe­tlo­ną cho­in­kę, słu­cha­li tak­że śpie­wu dzie­ci. W pew­nej chwi­li Ania ob­ję­ła bra­cisz­ka i po­ca­ło­wa­ła go. Pa­nie Boże! Moje sie­ro­ty!

Po­sta­no­wi­li­śmy, że mama z Fry­de­ry­kiem i Anią wio­sną po­wró­cą do Tasz­kien­tu. Było tam wię­cej żyw­no­ści, zwłasz­cza owo­ców i wa­rzyw. Przy­jem­ny był rów­nież tam­tej­szy kli­mat, poza la­tem, kie­dy do­ku­czał brak desz­czu i na­le­ża­ło chro­nić dzie­ci przed upa­ła­mi. Ja z sio­strą mia­łam po­zo­stać w Osin­ni­kach do za­koń­cze­nia roku szkol­ne­go. Je­dy­ną po­cie­chą była myśl, że Wil­mar otrzy­mał od nas pacz­ki, a tym sa­mym wie­dział, że od­na­la­zły­śmy go. Pi­sał o tym póź­niej do sio­stry, kie­dy miał moż­li­wość wy­sła­nia kil­ku li­stów.

Nie­spo­dzie­wa­nie otrzy­ma­łam od mat­ki te­le­gram: „Na­tych­miast przy­jeż­dżaj. Dzie­ci cho­re”. W Tasz­kien­cie Ania i Fry­de­ryk za­cho­ro­wa­li na szkar­la­ty­nę i zo­sta­li umiesz­cze­ni w szpi­ta­lu. Nie­zwłocz­nie wy­je­cha­łam do mat­ki, po­zo­sta­wia­jąc w Osin­ni­kach sio­strę, któ­ra była wów­czas uczen­ni­cą. Do­tar­łam do Tasz­kien­tu po pię­ciu dniach. Gdy we­szłam do domu, zo­ba­czy­łam tyl­ko Anecz­kę. Mat­ka z pła­czem wy­krztu­si­ła: „Sy­ne­czek nie żyje!”.

Krzyk i płacz. Nie po­tra­fi­łam wy­po­wie­dzieć ani jed­ne­go sło­wa. Anecz­ka, bla­da po cho­ro­bie, tu­li­ła się do mnie.

Fry­de­ryk zmarł w maju 1940 roku, w dniu, kie­dy miał być wy­pi­sa­ny ze szpi­ta­la wraz z Anią. Mat­ka wła­śnie przy­nio­sła odzież i kie­dy we­szła do sali szpi­tal­nej, Fry­de­ryk le­żał już mar­twy. Mu­sia­ła go na­tych­miast po­cho­wać. Wy­na­ję­ła Uz­be­ka, któ­ry wóz­kiem za­przę­gnię­tym w osioł­ka za­wiózł tru­mien­kę na cmen­tarz.

Z bab­cią, mamą i młod­szym bra­cisz­kiem Fry­de­ry­kiem

Nie po­wró­ci­łam już do Osin­nik. Wró­ci­łam do pra­cy w szko­le, gdzie by­łam za­trud­nio­na przed wy­jaz­dem na Sy­be­rię. Nie­spo­dzie­wa­nie też Wie­czo­ro­wy In­sty­tut Pe­da­go­gicz­ny w Tasz­kien­cie za­pro­po­no­wał mi pro­wa­dze­nie za­jęć z lek­sy­ki, fo­ne­ty­ki i gra­ma­ty­ki ję­zy­ka nie­miec­kie­go. Nie chcia­łam przy­jąć tej pra­cy, ba­łam się zwra­cać na sie­bie uwa­gę. Może wie­dzą, że szu­kam po ła­grach swo­ich bli­skich i chcą mnie mieć na oku? – my­śla­łam. Mat­ka jed­nak na­mó­wi­ła mnie i od wrze­śnia 1940 roku uczy­łam rów­nież w In­sty­tu­cie. Nie­dłu­go po­tem za­trud­nił mnie jako lek­tor­kę nie­miec­kie­go uni­wer­sy­tet w Tasz­kien­cie. Roz­po­czę­łam tak­że przy­go­to­wa­nia do aspi­ran­tu­ry i kurs an­giel­skie­go.

W wy­na­ję­tym od życz­li­wych i uśmiech­nię­tych Uz­be­ków miesz­ka­niu czu­ły­śmy się bez­piecz­nie. Wszyst­ko było lub wy­da­wa­ło się być z gli­ny: dom, na­wierzch­nia po­dwó­rza, ogro­dze­nie po­se­sji. Idąc uli­cą, wzdłuż któ­rej nie­prze­rwa­nie cią­gnę­ły się mury zwa­ne „du­wa­ła­mi”, mia­ło się wra­że­nie, że to wę­drów­ka przez wą­wóz.

Wra­ca­łam kie­dyś do domu wą­ski­mi ulicz­ka­mi, peł­na naj­gor­szych obaw. Przede mną wol­no je­chał sa­mo­chód, któ­re­go nie mo­głam wy­mi­nąć, obok szedł męż­czy­zna w skó­rza­nym płasz­czu. Po­dą­ża­li w na­szym kie­run­ku. By­łam prze­ra­żo­na. Omi­nę­li jed­nak nasz dom. Od kie­dy nie mia­łam wie­ści o Eu­ge­niu­szu, ży­łam w cią­głym stra­chu. Sił do­da­wa­ła mi mat­ka, a moją wiel­ką ra­do­ścią była ma­lut­ka i spo­koj­na Ania. W jej pią­te uro­dzi­ny po­szły­śmy do skle­pu z za­baw­ka­mi – z ra­do­ści Ania po­ca­ło­wa­ła mnie w rękę… i wy­bra­ła tyl­ko jed­ną za­baw­kę.

Pol­ski stu­dent Wła­dy­sław Krau­ze ostrzegł mnie przed aresz­to­wa­niem. A więc nie­szczę­ście nie śpi. Za­wsze mnie znaj­dzie – po­my­śla­łam. Po­ja­wi­ły się oba­wy: co bę­dzie z Anią, mamą i sio­strą? Za­zwy­czaj dzie­ci w ta­kich sy­tu­acjach odłą­cza­no od ma­tek i prze­ka­zy­wa­no do do­mów dziec­ka, zmie­nia­jąc im na­wet imio­na i na­zwi­ska.

Ania z mat­ką, Tasz­kient gru­dzień 1937

W stycz­nio­wą noc 1942 roku zbu­dzi­ło mnie ło­mo­ta­nie do drzwi. Otrzy­ma­łam po­wia­do­mie­nie o li­kwi­da­cji na­sze­go mel­dun­ku i wy­sie­dle­niu. Ania z mamą były aku­rat w Fer­ga­nie i – z bra­ku bi­le­tów ko­le­jo­wych – nie mo­gły do mnie na­tych­miast wró­cić. W dro­dze do Tasz­kien­tu prze­ży­ły strasz­ne chwi­le. „Nie wol­no, nie wol­no!” – krzyk­nę­ła kon­duk­tor­ka, gdy mat­ka z Anią chcia­ły wejść do pu­ste­go wa­go­nu. Po­ciąg wła­śnie ru­szał, a one sta­ły na stop­niach. „Ja mu­szę, nas wy­sie­dla­ją” – po­wie­dzia­ła wów­czas mat­ka. Sie­dzą­ce w pu­stym wa­go­nie kon­duk­tor­ki otwo­rzy­ły drzwi…

Wa­go­na­mi to­wa­ro­wy­mi wy­wie­zio­no nas za Bu­cha­rę, do po­wia­tu Ro­me­tan. Za­miesz­ka­ły­śmy w zie­mian­ce. Z ob­cy­mi ludź­mi. Nie mia­łam pra­cy. Nie było co jeść. Ma­mie uda­ło się sprze­dać reszt­ki bie­li­zny po­ście­lo­wej za szklan­kę ka­szy… a kie­dy za­trud­nio­no mnie w od­le­głej o 15 ki­lo­me­trów szko­le, oka­za­ło się, że ucznio­wie, tak jak i ich ro­dzi­ce, nie zna­li ro­syj­skie­go, na­to­miast ja nie ro­zu­mia­łam uz­bec­kie­go. I zno­wu by­łam bez­ro­bot­na.

Anecz­ka za­cho­ro­wa­ła. Sie­dzia­łam przy niej i czy­ta­łam baj­ki. „Ma­mocz­ka, czy­taj, tyl­ko czy­taj” – pro­si­ła Ania. My­ślę, że w taki spo­sób za­po­mi­na­ła o gło­dzie.

W Ro­me­ta­nie o mało nie zgi­nę­ła moja sio­stra, gdy od­mó­wi­ła współ­pra­cy z NKWD. Cy­nicz­ny en­ka­wu­dzi­sta chciał ją wów­czas za­strze­lić na śmiet­ni­ku w po­dwó­rzu. Sio­stra jed­nak, spa­ra­li­żo­wa­na stra­chem, w ostat­niej chwi­li zdo­ła­ła wy­biec na uli­cę. Na­tych­miast wy­je­cha­ła z Ro­me­ta­nu. Do­tar­ła do Bu­cha­ry. Tam­tej­szy ofi­cer, Uz­bek, ze­zwo­lił jej prze­nieść się do Urgen­cza, gdzie za­czę­ła pra­co­wać na lot­ni­sku.

Mo­jej sio­strze uda­ło się wresz­cie usta­lić, co się sta­ło z Eu­ge­niu­szem i Wil­ma­rem w Urgen­czu. Mo­je­go męża Że­nię spo­tkał los naj­tra­gicz­niej­szy. W 1938 roku zo­stał roz­strze­la­ny i po­cho­wa­ny we wspól­nej mo­gi­le. Nie­wia­ry­god­ny był po­wód jego aresz­to­wa­nia – miej­sce uro­dze­nia: Pol­ska. Wil­ma­ra prze­słu­chi­wa­no aż 82 go­dzi­ny, bez­sku­tecz­nie na­ma­wia­jąc do pod­pi­sa­nia ze­znań szpie­ga. Ze­sła­ny na Sy­be­rię, zo­stał na­stęp­nie prze­nie­sio­ny w re­jon Ar­chan­giel­ska, do obo­zu w Ko­tlas.

Ja rów­nież, za na­mo­wą mat­ki, opu­ści­łam Ro­me­tan. Ucie­kłam z Anią do wsi Or­łów­ka w Kir­gi­zji, gdzie miesz­ka­li po­tom­ko­wie ho­len­der­skich imi­gran­tów. Do­sta­łam pra­cę w szko­le. Wszę­dzie jed­nak pa­no­wa­ła strasz­na bie­da i głód.

W Or­łów­ce po­zna­łam Po­la­ka, Her­ma­na Ber­ne­ra. Po­ma­gał nam prze­trwać naj­cięż­sze chwi­le, dzie­ląc się tym, co sam do­sta­wał. Po­bra­li­śmy się 4 kwiet­nia 1942 roku. Jed­nak już w grud­niu zmo­bi­li­zo­wa­no mnie do „tru­dar­mii”, czy­li do pra­cy przy­mu­so­wej. Czym prę­dzej wraz z Anią mu­sia­łam sta­wić się w Le­nin­po­lu, sie­dzi­bie re­jo­nu. Znów ogar­nę­ła mnie roz­pacz. Nie ma przy mnie mat­ki. Co bę­dzie z Anią? – my­śla­łam. Dano mi mały wó­zek, na któ­rym po­sa­dzi­łam có­recz­kę, i tak po­wę­dro­wa­ły­śmy do re­jo­nu, w któ­rym za­sta­łam tłu­my ko­biet pod eskor­tą kon­nej mi­li­cji. Anecz­ka, ubra­na w be­żo­wy płasz­czyk, za­śpie­wa­ła wów­czas smęt­ną pio­sen­kę: „My pro­stim­sia s to­boj u po­ro­ga i byt’ mo­żet na wsieg­da”. [„Że­gna­my się z tobą na pro­gu, być może już na za­wsze”]. „O czym to dziec­ko my­śli? Boże!” – wes­tchnę­łam.

Wkrót­ce rze­czy­wi­ście mu­sia­ły­śmy się roz­stać. Có­recz­ka tra­fi­ła na szczę­ście pod opie­kę zna­jo­mej. Gdy że­gna­ły­śmy się, Ania strasz­nie pła­ka­ła i krzy­cza­ła. Do dzi­siaj to pa­mię­tam i bra­ku­je mi słów, by o tym pi­sać.

Mnie wraz z in­ny­mi ko­bie­ta­mi od­tran­spor­to­wa­no do Uz­be­ki­sta­nu, do sta­cji Czi­mion, gdzie pra­co­wa­łam przy bu­do­wie dro­gi. Dzię­ki życz­li­wo­ści i wy­ro­zu­mia­ło­ści le­ka­rza uda­ło mi się po­wró­cić do Or­łów­ki, gdzie cze­ka­ła już Anecz­ka, przy­wie­zio­na przez jej opie­kun­kę, oraz mama i Her­man.

Mąż wkrót­ce wy­je­chał, by wstą­pić do two­rzo­ne­go w ZSRR woj­ska pol­skie­go. Że­gna­li­śmy się, nie prze­czu­wa­jąc, że wię­cej się nie spo­tka­my. Her­man za­gi­nął na woj­nie.

Ży­li­śmy wów­czas w bie­dzie tak strasz­nej, że od­wa­ży­łam się ukraść z koł­cho­zo­wych pól trzci­nę na opa­le­nie zim­ne­go po­ko­ju, w któ­rym miesz­ka­li­śmy. Mama pie­kła wte­dy pla­cusz­ki z otrę­bów. Mnie uda­ło się wy­mie­nić za­pas ze­szy­tów – pa­pier był to­wa­rem de­fi­cy­to­wym – na odzież. Od­tąd woj­sko­wy szy­nel słu­żył mi za płaszcz.

Je­sie­nią 1943 roku Ania po­szła do pierw­szej kla­sy. Wkrót­ce jed­nak za­cho­ro­wa­ła. Le­karz, Ka­ra­cza­jec prze­sie­dlo­ny z Kau­ka­zu, za­le­cił zmia­nę miej­sca za­miesz­ka­nia z po­wo­du kli­ma­tu. Chcia­ły­śmy po­wró­cić do Tasz­kien­tu, ale ostrze­żo­no mnie, że to gro­zi aresz­to­wa­niem, gdyż obo­wią­zy­wał za­ostrzo­ny sys­tem kon­tro­li do­ku­men­tów. Po­zwo­lo­no nam osie­dlić się w nie­da­le­kim Dżam­bu­le, po­ło­żo­nym tuż za gra­ni­cą, w Ka­zach­sta­nie. Pra­co­wa­łam jako na­uczy­ciel­ka ję­zy­ka nie­miec­kie­go.

W 1944 roku nie­spo­dzie­wa­nie do­tar­ła do nas wia­do­mość o śmier­ci Wil­ma­ra. Zmarł na gruź­li­cę 25 grud­nia 1943 roku w obo­zie koło Ko­tlas. Zo­stał po­cho­wa­ny w zbio­ro­wej mo­gi­le, któ­rej nig­dy nie było mi dane od­wie­dzić.

Ko­niec woj­ny za­stał nas w Dżam­bu­le. Jako żona Po­la­ka zło­ży­łam wraz z mat­ką do­ku­men­ty re­pa­tria­cyj­ne. Boże, jak się cie­szy­ły­śmy z otrzy­ma­nia po­zwo­le­nia na emi­gra­cję. 30 mar­ca 1946 roku wrę­czo­no nam za­świad­cze­nia umoż­li­wia­ją­ce wy­jazd do Pol­ski na sta­ły po­byt. I zno­wu na sta­cji czer­wo­no-bure wa­go­ny to­wa­ro­we. Tym ra­zem wsia­da­ły­śmy do nich z ra­do­ścią i już 5 maja je­cha­ły­śmy do no­wej oj­czy­zny. Na gra­ni­cy, po stro­nie so­wiec­kiej, usły­sza­łam: „Wy jesz­cze zo­ba­czy­cie, że tam nie jest tak do­brze”.

Mil­cza­łam. Wie­dzia­łam swo­je: je­ste­śmy wol­ne.

W Pol­sce za­miesz­ka­ły­śmy po­cząt­ko­wo w Szcze­ci­nie-Stoł­czy­nie, skąd w lip­cu 1946 roku wy­je­cha­ły­śmy na Dol­ny Śląsk, do No­wej Rudy. Do­pie­ro w 1949 roku prze­nio­sły­śmy się do Wro­cła­wia, gdzie z ła­two­ścią mo­głam otrzy­mać pra­cę lek­to­ra ję­zy­ków ob­cych. Ania mó­wi­ła już wte­dy płyn­nie po pol­sku.

ALEKSANDER ŻYGARIOW

Dzien­ni­karz, au­tor pierw­szej bio­gra­fii Anny Ger­man

Za oknem po­cią­gu – Pol­ska. Ania sie­dzi na wprost mamy i bab­ci. Pa­trzy przez okno. Jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu nie przy­pusz­cza­ła, że opu­ści ro­dzin­ny Uz­be­ki­stan.

Dwa mie­sią­ce po Dniu Zwy­cię­stwa przy­szedł list: „Sza­now­na pani Irmo, jako fron­to­wy to­wa­rzysz pani męża uwa­żam, że po­wi­nie­nem po­wia­do­mić o tym, co się wy­da­rzy­ło. Her­man nie wró­cił z bi­twy pod Le­ni­no w paź­dzier­ni­ku 1943. Nie zna­le­zio­no tak­że jego cia­ła. Bar­dzo lu­bi­łem pani męża, przy­wią­za­łem się do nie­go. Dużo mi opo­wia­dał o pani i pani cór­ce. Mó­wił też, że po woj­nie chce­cie przy­je­chać do Pol­ski, do War­sza­wy. Wy­obra­żam so­bie, co pani te­raz czu­je! Sło­wa po­cie­sze­nia by­ły­by bez­sen­sow­ne.

Je­śli ze­chce pani za­miesz­kać w oj­czyź­nie swe­go męża, może pani li­czyć na moją po­moc. Lu­dwik Ko­wal­ski, po­rucz­nik, Kra­ków”. Da­lej był ad­res. I do­pi­sek: „Nie wiem dla­cze­go, ale wy­da­je mi się, że Her­man żyje i że za­tań­czy­my jesz­cze u was na chrzci­nach”.

Ten list – jak póź­niej wspo­mi­na­ła Irma – osta­tecz­nie wpły­nął na jej de­cy­zję przy­jaz­du do da­le­kiej i ob­cej Pol­ski.

Dziew­czyn­ka za­czę­ła wła­śnie dzie­sią­ty rok ży­cia. O woj­nie i znisz­czo­nych mia­stach wie­dzia­ła nie­wie­le. To, co zo­ba­czy­ła, wstrzą­snę­ło nią. War­sza­wa le­ża­ła w gru­zach. Na pla­cu przy dwor­cu pod­szedł do nich nie­ogo­lo­ny męż­czy­zna: „Co, pa­niu­sie, ma­cie? Wód­kę, kieł­ba­sę, ma­sło? Mogę was za­pro­wa­dzić na noc­leg”. Nie mia­ły ani wód­ki, ani tym bar­dziej kieł­ba­sy czy ma­sła, więc spe­ku­lant po­szedł szu­kać in­nych klien­tów.

No­co­wa­ły na dwor­cu. Rano Irma po­szła do ko­men­dan­ta. Po­ka­za­ła do­ku­men­ty: „Szu­kam męża za­gi­nio­ne­go pod­czas woj­ny. Miesz­kał kie­dyś na Dłu­giej 7”. „O lo­sie pani męża nic nam nie wia­do­mo. Ma pani ko­goś w War­sza­wie? Zresz­tą, to nie ma zna­cze­nia. Sama pani wi­dzi, jak tu u nas z miesz­ka­nia­mi, same ru­iny. Jest tyl­ko jed­no wyj­ście: jako żona pol­skie­go żoł­nie­rza otrzy­ma pani skie­ro­wa­nie na Zie­mie Za­chod­nie. Tam do­sta­nie­cie miesz­ka­nie, żyw­ność i pra­cę”.

Ania szyb­ko na­uczy­ła się pol­skie­go. Już trzy ty­go­dnie po prze­kro­cze­niu gra­ni­cy mó­wi­ła tak, jak­by pol­ski był jej oj­czy­stym ję­zy­kiem.

Pew­ne­go dnia mat­ka oznaj­mi­ła ra­do­śnie: „No, Aniu­ta, od ju­tra bę­dziesz żyła jak wszyst­kie dzie­ci. Pój­dziesz do szko­ły!”. Ania pod­nio­sła na nią zdzi­wio­ne oczy: „Do szko­ły? Czy to praw­da?”.

Ania uczen­ni­ca

Trze­cio­kla­si­ści po­wi­ta­li nową ko­le­żan­kę życz­li­wie. „Skąd je­steś?” – spy­tał pie­go­wa­ty ru­dzie­lec w bia­łej na­kroch­ma­lo­nej ko­szu­li i w śmiesz­nych krót­kich spoden­kach na szel­kach. „Ja je­stem ze Lwo­wa”. „A ja z Urgen­cza”. „Gdzie to jest?” – za­in­te­re­so­wał się chłop­czyk. „Bar­dzo da­le­ko – za­śmia­ła się Ania – stąd nie wi­dać”.

Mi­ja­ły mie­sią­ce. Wia­do­mo­ści o lo­sie Her­ma­na nadal nie było. Irma pi­sa­ła do Biu­ra Po­li­tycz­ne­go Woj­ska Pol­skie­go, do mi­ni­stra obro­ny na­ro­do­wej. Kil­ka razy jeź­dzi­ła do War­sza­wy, chcąc spo­tkać się z ko­le­ga­mi męża, lecz nie mo­gła ich od­na­leźć.

Kie­dy Irma otrzy­ma­ła list z Mi­ni­ster­stwa Obro­ny Na­ro­do­wej, nie krzyk­nę­ła, nie za­czę­ła pła­kać, tyl­ko usia­dła przy sto­le, pod­par­ła gło­wę i za­pa­trzy­ła się w prze­strzeń. List po­twier­dził daw­no prze­czu­wa­ną praw­dę, w któ­rą jed­nak nie mo­gła uwie­rzyć. Je­dy­nie na­dzie­ja trzy­ma­ła ją przy ży­ciu i do­da­wa­ła sił. „Jak szcze­gó­ło­wo zba­da­no – pi­sa­no – mąż pani po­legł śmier­cią bo­ha­te­ra pod Le­ni­no w 1943 roku. Na za­wsze wszedł do hi­sto­rii na­sze­go na­ro­du. Jest przy­kła­dem pol­sko-ra­dziec­kie­go bra­ter­stwa”.

Miesz­ka­ły te­raz we Wro­cła­wiu, w sta­rym ciem­nym domu z koń­ca XIX wie­ku. Sła­bo ogrze­wa­nym, z wie­lo­ma są­sia­da­mi, prze­waż­nie prze­sie­dleń­ca­mi ze Wscho­du. Lu­bi­li ro­dzi­nę Ani, cza­sa­mi za­pra­sza­li na nie­dziel­ny obiad. Na­kry­wa­li stół czy­stym ob­ru­sem, sta­wia­li ziem­nia­ki, ki­szo­ne ogór­ki, koł­du­ny, wód­kę. Ta­kie spo­tka­nia koń­czy­ły się za­wsze wspól­nym śpie­wa­niem. Śpie­wa­no pio­sen­ki, któ­re kie­dyś sły­sza­ła od oj­czy­ma. Ania mil­cza­ła. My­śla­ła, że swo­im śpie­wa­niem bę­dzie prze­szka­dzać są­sia­dom.

W ka­mie­ni­cy miesz­kał pan Ju­rek, któ­ry nig­dy nie by­wał na tych przy­ję­ciach. Grał w or­kie­strze w re­stau­ra­cji, czę­sto za­czy­nał pra­cę po pół­no­cy. Ania cza­sa­mi od­wie­dza­ła go w jego ma­łej, za­gra­co­nej ko­mór­ce, po­środ­ku któ­rej sta­ło roz­stro­jo­ne pia­ni­no.

„Chcesz, za­śpie­wam ci?” – py­tał pan Ju­rek. I nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, przy­mknąw­szy oczy, nu­cił ci­chut­ko. „Aby śpie­wać, trze­ba mieć do­bre ser­ce i wspa­nia­ły słuch. Trze­ba też ko­chać śpiew i wie­rzyć w sens wy­po­wia­da­nych słów. A na­sza pani Lu­cy­na nie ma ani gło­su, ani ser­ca, ani du­szy. I śpie­wa… To skan­dal”.

Ania nie wie­dzia­ła, kie­dy pan Ju­rek żar­tu­je, a kie­dy mówi po­waż­nie. „Lu­bisz mu­zy­kę? – py­tał. – Jak moż­na jej nie lu­bić, praw­da? Gdy­by nie woj­na, mógł­bym zo­stać dru­gim Pa­de­rew­skim. Uczył­bym się w kon­ser­wa­to­rium, grał Ba­cha, Cho­pi­na, Mo­zar­ta… a te­raz już za póź­no. Mu­zy­ki trze­ba się uczyć w dzie­ciń­stwie”.

Czy Ania lu­bi­ła mu­zy­kę? Gdy mia­ła pięć lat, mat­ka za­bra­ła ją na kon­cert zna­ne­go pia­ni­sty. Ania sie­dzia­ła jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, nie od­ry­wa­jąc oczu od ar­ty­sty.

Śle­dzi­ła każ­dy jego ruch.

Póź­niej, po kon­cer­cie, pro­si­ła mat­kę o kup­no pia­ni­na. Ania rzad­ko pro­si­ła o co­kol­wiek, więc Irma po­trak­to­wa­ła tę proś­bę bar­dzo po­waż­nie. Za­pro­wa­dzi­ła cór­kę do zna­jo­mej na­uczy­ciel­ki mu­zy­ki. Ta, prze­słu­chaw­szy Anię, uśmiech­nę­ła się: „Trze­ba ją uczyć, bo ma słuch ab­so­lut­ny”.

Ania za­czę­ła brać lek­cje mu­zy­ki. Ćwi­czy­ła z wiel­kim od­da­niem, ale wy­bu­chła woj­na i… za­po­mnia­no o mu­zy­ce.

Któ­re­goś dnia pan Ju­rek po­sa­dził dziew­czyn­kę na ta­bo­re­cie przy pia­ni­nie. Ania spró­bo­wa­ła jed­nym pal­cem uło­żyć me­lo­dię. „Zuch z cie­bie! – po­chwa­lił pan Ju­rek. – Masz zna­ko­mi­ty słuch… Zaj­miesz u nas miej­sce Lu­cyn­ki. Bę­dziesz gwiaz­dą!”.

Kim być? To py­ta­nie po raz pierw­szy za­da­ła so­bie w ósmej kla­sie i stwier­dzi­ła ze smut­kiem, że nie wie. Uczy­ła się do­brze, ze wszyst­kich przed­mio­tów mia­ła świet­ne oce­ny. Sta­wia­no ją za wzór in­nym. Na ze­bra­niach wy­cho­waw­czy­ni po­wta­rza­ła: „Ania Ger­man żyje w trud­nych wa­run­kach. W jej miesz­ka­niu nie moż­na na­wet po­sta­wić sto­łu, a spójrz­cie, pro­szę, za­wsze jest przy­go­to­wa­na”.

W tym cza­sie Irma pra­co­wa­ła już w szko­le. Ży­cie sta­ło się ła­twiej­sze.

Zo­sta­nę na­uczy­ciel­ką jak mama – my­śla­ła Ania. – Nie, nie je­stem taka cier­pli­wa, nie mam ta­kiej sil­nej woli.

Wie­lo­krot­nie wi­dzia­ła, jak mat­ka wsta­je w złym na­stro­ju, z bó­lem gło­wy, ale na lek­cjach musi się prze­obra­zić w opa­no­wa­ną, do­bro­dusz­ną i spo­koj­ną na­uczy­ciel­kę.

Ania gim­na­zja­list­ka

Zna­jo­ma po­sa­dzi­ła Anię przy ma­szy­nie do szy­cia. Szy­ciem moż­na by za­ro­bić wię­cej od mat­ki, a przede wszyst­kim na­uczyć się kro­ju i szyć dla sie­bie i bli­skich…

Ania co­raz czę­ściej my­śla­ła o przy­szło­ści. Szcze­gól­nie gdy w wie­ku pięt­na­stu lat bły­ska­wicz­nie, w cią­gu kil­ku mie­się­cy, wy­strze­li­ła w górę. Chłop­cy za­czę­li żar­to­wać: „Aniu, się­gnij po tego wró­bel­ka! Mó­wią, że chcesz pra­co­wać na dra­bin­ce stra­żac­kiej”.

Zro­zu­mia­ła, że nie po­win­na się ob­ra­żać, tyl­ko drwić ze swe­go wzro­stu, ob­ra­cać w żart każ­dą alu­zję i przy­kre do­cin­ki ko­le­gów. Przy­zwy­cza­iła się do tego, że chłop­cy nie pro­szą jej do tań­ca, nie uma­wia­ją się na spo­tka­nia. Na pew­no całe ży­cie będę mu­sia­ła spę­dzić z mamą i bab­cią! – roz­my­śla­ła. – Komu po­trzeb­ny taki drab?!

Tak bar­dzo chcia­ła być szczę­śli­wa i ko­cha­na. Za wzór sta­wia­ła so­bie ulu­bio­ne bo­ha­ter­ki li­te­rac­kie: Ta­tia­nę z Eu­ge­niu­sza Onie­gi­na i Annę Ka­re­ni­nę. Po­emat Pusz­ki­na zna­ła po ro­syj­sku i za­chwy­ca­ła się mi­strzow­skim prze­kła­dem Ju­lia­na Tu­wi­ma. Ale gdzie ten Onie­gin, któ­ry przy­bie­gnie do niej przez za­uł­ki sta­re­go Wro­cła­wia? Gdzie Wroń­ski, któ­ry na ław­ce na­prze­ciw ra­tu­sza bę­dzie jej szep­tać miłe sło­wa? A je­śli szczę­ście nie przyj­dzie? To i tak trze­ba ro­bić coś sen­sow­ne­go w ży­ciu.

Z ko­le­żan­ką w Szklar­skiej Po­rę­bie

Anna zło­ży­ła do­ku­men­ty do wro­cław­skiej Wyż­szej Szko­ły Sztuk Pięk­nych. Szczu­pły pro­fe­sor dłu­go i uważ­nie oglą­dał jej pra­ce.

„Od daw­na pani ry­su­je?” – spy­tał. „Do­kład­nie nie pa­mię­tam” – od­po­wie­dzia­ła za­wsty­dzo­na. „Taka jest dziew­czę­ca pa­mięć – po­wie­dział pro­fe­sor obo­jęt­nie. – Jak na po­czą­tek zu­peł­nie nie­źle – za­koń­czył. – Wpraw­dzie brak tech­ni­ki, ale nie mia­ła pani na­uczy­cie­la pro­fe­sjo­na­li­sty”.

Ania wy­bie­gła ze szko­ły szczę­śli­wa, wie­rząc, że zo­sta­nie ma­lar­ką. Tyle czy­ta­ła o ży­ciu i twór­czo­ści Rem­brand­ta, van Go­gha, Pi­cas­sa, Cha­gal­la… Ania lu­bi­ła ry­so­wać zna­jo­me twa­rze i ulu­bio­ne miej­sca sta­re­go Wro­cła­wia: ry­nek, ra­tusz, ko­ściół św. Anny.

Wró­ci­ła do domu peł­na wia­ry w sie­bie i swój wy­bór. Krót­ka, zwy­czaj­na roz­mo­wa z mat­ką znisz­czy­ła jej ma­rze­nia. „Czy wiesz, Aniu, co to ta­kie­go bie­da?” – ci­cho spy­ta­ła mat­ka. „Wiem, ma­mu­siu”. „Masz dzie­więt­na­ście lat. Moż­na po­wie­dzieć: pan­na na wy­da­niu. A my cią­gle nie mamy wła­sne­go miesz­ka­nia. Masz jed­ną wyj­ścio­wą su­kien­kę. Je­steś już do­ro­sła i wiesz, że pra­gnę dla cie­bie szczę­ścia. Chcesz zo­stać ma­lar­ką. Oczy­wi­ście, będę ci po­ma­ga­ła… Ale co po­tem, po skoń­cze­niu na­uki? Czy my­ślisz, że two­je pra­ce będą się po­do­bać? Przy­po­mnij so­bie, ilu wiel­kich mi­strzów żyło i umar­ło w nę­dzy! Uzna­nie przy­cho­dzi­ło do­pie­ro po śmier­ci…”.

Irma mó­wi­ła dłu­go, ale Ania już jej nie słu­cha­ła. My­śla­ła o za­wo­dzie, któ­ry mógł­by za­pew­nić jej nor­mal­ne ży­cie.

Zo­sta­ła stu­dent­ką geo­lo­gii Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go. Na trze­cim roku Anna za­pi­sze w swo­im dzien­ni­ku: „Geo­lo­gia, jak wia­do­mo, jest na­uką o Zie­mi. Ale nie tyl­ko o jej bu­do­wie, lecz tak­że o jej wnę­trzu. Aby zro­zu­mieć pro­ce­sy za­cho­dzą­ce w ser­cu wul­ka­nów, na dnie oce­anów i jesz­cze głę­biej, trze­ba do­brze znać pro­ce­sy za­cho­dzą­ce na po­wierzch­ni Zie­mi, do­ty­czą­ce sa­me­go czło­wie­ka, któ­ry, jak wia­do­mo, jest cząst­ką przy­ro­dy, Zie­mi i ma wiel­ki wpływ na jej kształt. Dla­te­go też wszyst­ko, co ludz­kie, musi być bli­skie geo­lo­go­wi”.

Ania na­bra­ła wdzię­ku, sta­ła się – mimo wy­so­kie­go wzro­stu [184 cm] – pro­por­cjo­nal­na i zgrab­na. No­si­ła mod­ną krót­ką spód­ni­cę, któ­ra do­brze pod­kre­śla­ła jej pięk­ne nogi. Chłop­cy oglą­da­li się za nią, za­pra­sza­li na fi­li­żan­kę kawy. Od­ma­wia­ła de­li­kat­nie, pa­trząc pro­sto w oczy. Mó­wi­ła, że nie ma cza­su, że jest za­ję­ta. Na­uka rze­czy­wi­ście po­chła­nia­ła jej mnó­stwo cza­su. „Prze­bu­dze­nie”, jak sama mó­wi­ła, przy­cho­dzi­ło wio­sną, w przed­dzień se­sji. Roz­wią­zy­wa­ła za­da­nia ma­te­ma­tycz­ne, przy­go­to­wy­wa­ła się do eg­za­mi­nu z fi­lo­zo­fii, uczy­ła wzo­rów che­micz­nych.

Za­pi­sa­ła się do sek­cji gro­to­ła­zów. Po­wo­dem był Pio­truś. Jak do­brze czuć do­tyk jego dło­ni, od­dech, gdy po­ma­ga ci wejść do ciem­nej i zim­nej ja­ski­ni. Jesz­cze bar­dziej Ania lu­bi­ła po­wro­ty z wy­praw. Mo­gła wów­czas po­ło­żyć gło­wę na jego ko­la­nach, po­mil­czeć, a po­tem za­snąć, wie­dząc, że Piotr jest tuż obok… Pierw­sza mi­łość!

Po trze­cim roku stu­diów Anię i jej dwie przy­ja­ciół­ki – ma­leń­ką Ja­necz­kę i Bo­gu­się – skie­ro­wa­no na prak­ty­kę do Pszo­wa na Gór­nym Ślą­sku. Była tam ko­pal­nia wę­gla ka­mien­ne­go „Anna”, któ­rą obie przy­ja­ciół­ki na­zwa­ły „Imien­nicz­ka”.

„Trzy bo­ha­ter­ki? – spy­tał iro­nicz­nie głów­ny in­ży­nier ko­pal­ni, prze­glą­da­jąc do­ku­men­ty prak­ty­kan­tek. Spoj­rzał na Anię i po­krę­cił gło­wą. – Przy ta­kim wzro­ście bę­dzie pani cięż­ko w ko­pal­ni. Przy­ja­ciół­kom nie, one mają ide­al­ny wzrost”.

O słusz­no­ści tego ostrze­że­nia prze­ko­na­ła się już na­stęp­ne­go dnia, gdy win­da zwio­zła je na sam dół ko­pal­ni. Po wyj­ściu z win­dy Ania do­sta­ła mdło­ści, ale wzię­ła się w garść, uśmiech­nę­ła (uśmie­cha­ła się za­wsze, gdy było jej cięż­ko) i we­szła w wą­ski tu­nel. Ko­ry­tarz zwę­żał się i ob­ni­żał. Ania mu­sia­ła się czoł­gać.

„No i jak, pięk­ne pan­ny, ro­zu­mie­cie te­raz, co to gór­ni­czy trud?” – spy­tał prze­wod­nik groź­nie. „Ro­zu­mie­my” – wy­szep­ta­ły. Czoł­ga­ły się, nie chcąc zo­stać w tyle. Ania ude­rzy­ła się o ja­kiś odła­mek ska­ły. Póź­niej czę­sto wspo­mi­na­ła to zda­rze­nie.

Na­stęp­ny dzień spę­dzi­ły w łóż­ku, le­cząc po­ka­le­czo­ną skó­rę. Wie­czo­rem zaś wy­glą­da­ły rześ­ko i ra­do­śnie. W sto­łów­ce pod­szedł do nich in­ży­nier. „No i jak, nie prze­stra­szy­ły­ście się? Przyj­dzie­cie pra­co­wać u nas? Ko­pal­nia to nie uni­wer­sy­tec­ka aula. To ży­cie”.

Po la­tach Anna na­pi­sze: „Czę­sto py­ta­ją mnie: Czy nie ża­łu­je pani tego cza­su po­świę­co­ne­go na na­ukę na wy­dzia­le geo­lo­gii? Prze­cież nie pra­co­wa­ła pani w swo­im za­wo­dzie ani jed­ne­go dnia? Czy nie jest to stra­co­ny czas?”. „Nie, to nie są stra­co­ne chwi­le. Wprost prze­ciw­nie, je­stem szczę­śli­wa, że mo­głam choć odro­bi­nę zgłę­bić wie­dzę o Zie­mi. Po­zwo­li­ło mi to zo­ba­czyć i zro­zu­mieć wie­le pro­ble­mów do­ty­czą­cych Zie­mi te­raz i we wcze­śniej­szych okre­sach geo­lo­gicz­nych. Inne stu­dia, mu­zy­ka czy ma­lar­stwo, nie wzbo­ga­ci­ły­by aż tak mo­je­go świa­to­po­glą­du jak wła­śnie geo­lo­gia”.

Ja­necz­ka Wilk – szkol­na przy­ja­ciół­ka Ani, ener­gicz­na ga­du­ła o chło­pię­cym spoj­rze­niu, nie­za­wod­na uczest­nicz­ka wszyst­kich za­baw dzie­cię­cych – była pierw­szą oso­bą, któ­ra zro­zu­mia­ła, że Anna po­win­na zo­stać pio­sen­kar­ką.

Pew­ne­go dnia, gdy Ania była w pią­tej kla­sie, mama za­bra­ła ją i Ja­necz­kę na no­wo­rocz­ną za­ba­wę dla dzie­ci. Przy­wi­tał je we­so­ły Świę­ty Mi­ko­łaj i po­wie­dział, że Śnież­ka za­cho­ro­wa­ła, a on nie wie, czy ma wy­stę­po­wać sam, czy nie. „Jest pan ar­ty­stą, nie może pan roz­cza­ro­wać dzie­ci – za­wsty­dzi­ła go Irma. – Pro­szę coś wy­my­ślić! Je­śli pan chce, moja có­recz­ka bę­dzie Śnież­ką”.

Ania czu­ła, że ru­mie­niec ob­le­wa jej po­licz­ki. Mat­ka po­pro­si­ła: „Za­śpie­wasz dla dzie­ci, praw­da?”. „Oczy­wi­ście!”. „A ty, Ja­necz­ko?”. „Ja też za­śpie­wam” – od­po­wie­dzia­ła na­tych­miast przy­ja­ciół­ka.