Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą - Malwina Wrotniak - ebook
Opis

Wyspy Owcze, USA, Szwecja, RPA, Niemcy, Kolumbia, Grecja, Wietnam, Katar, Chorwacja, Hongkong, Holandia, Indonezja, Wielka Brytania – los może rzucić w różne miejsce.

Ta książka to piętnaście historii osób, które w różnym czasie i z różnych powodów zdecydowały o przeprowadzce z Polski za granicę. Mieszkają w czternastu krajach na pięciu różnych kontynentach. Nie wszyscy chcą nazywać siebie emigrantami, niektórzy usiłują żyć na dwa domy, jeszcze inni zmieniają swoje zagraniczne miejsca zamieszkania na kolejne. To rozmowy o korzystaniu z ryzykownych zawodowych okazji, porzucaniu przeszłości dla nowej miłości, poświęcaniu własnej kariery w imię planów partnera, realizacji marzeń z dzieciństwa, podróżach, z których się już nie wraca. To kilkanaście różnych gospodarek, społeczeństw, rynków pracy, o wiele więcej stereotypów, obyczajów, porad, ostrzeżeń, blasków i cieni życia w innych krajach.

Nie ma tu polskiej martyrologii ani patriotycznych rozterek, raczej prozaiczne dylematy, jakim stawia się czoło w nowej rzeczywistości: jak się żyje w innych krajach? Za co trzeba tam płacić więcej, a co kosztuje mniej? Jakie są szanse na własne mieszkanie, czy łatwo o pracę i czego nie pisze się w turystycznych przewodnikach?

Wśród rozmówców, m.in. Alina Dragan, Dagmara Domińczyk, Janusz Leon Wiśniewski.

Malwina Wrotniak – zastępca redaktora naczelnego Bankier.pl. Pomysłodawczyni realizowanego od 2010 roku internetowego projektu TamMieszkam.pl – cyklu rozmów z Polakami mieszkającymi zagranicą, uhonorowanego Nagrodą im. Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy i mediów służących Polonii w 2014 roku. Absolwentka studiów doktoranckich na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 360

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAGDALENA TYTUŁA
Korekta AGNIESZKA RADTKE, MARIOLA HAJNUS
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Grafika na okładce © Designed by Freepik
Zdjęcie Janusza L. Wiśniewskiego © Mikołaj Rutkowski;zdjęcia pozostałych bohaterów pochodzą z ich archiwów prywatnych
Copyright © by Malwina Wrotniak Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65586-36-0
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Przedmowa

Nigdy nie planowałam emigracji. Nie wykluczałam, że może się zdarzyć, ale też nie czyniłam o nią żadnych starań. Zawsze za to interesował mnie świat i ciekawe historie. Poszukiwanie tych ostatnich jest pewnym przekleństwem ludzi mediów, szczęściem natomiast bywa, gdy takie opowieści znajdują człowieka same. Tak było jesienią 2010 roku. Znalazła mnie wtedy historia młodego małżeństwa, które z zadziwiającą na pierwszy rzut oka dojrzałością i rozwagą zdecydowało o przeprowadzce z Polski do Norwegii. Chociaż dziś trudno w to uwierzyć, nie były to jeszcze czasy popularności blogów pisanych z emigracji, a media o szerokim zasięgu nie emocjonowały się działalnością mieszkających za granicą Polaków. Kiedy dotarłam do tamtej pary, zgodzili się opowiedzieć o powodach swojej decyzji i niełatwych początkach w nowym kraju. Opublikowany na łamach portalu Bankier.pl wywiad – pierwszy, jak się później miało okazać, z wielu z serii Tam mieszkam – spotkał się z zaskakującym zainteresowaniem czytelników. Nie było w nim polskiej martyrologii ani patriotycznych rozterek, raczej prozaiczne dylematy, jakim stawia czoła każda planująca wspólną przyszłość para, i odpowiedzi na obawy towarzyszące osobom rozważającym podobny krok, choćby to były rozważania czysto hipotetyczne. Nadal jednak mówiliśmy tylko o jednym kraju, z realiami nieprzystającymi do życia w Stanach Zjednoczonych, Australii, Wielkiej Brytanii, Niemczech albo w o wiele bardziej egzotycznych miejscach. Czemu by więc nie zrobić tego ponownie, nie zapytać, jak się żyje i pracuje na Madagaskarze, w Afganistanie, Nowej Kaledonii albo na Spitsbergenie? Rozmowy z Polakami mieszkającymi w różnych częściach świata prowadzę już sześć lat.

Ta książka to piętnaście niepublikowanych dotąd historii osób, które w różnym czasie, z różnych powodów i w różnych momentach swojego życia zdecydowały o przeprowadzce z Polski za granicę. Mieszkają w czternastu krajach na pięciu różnych kontynentach. Nie wszyscy chcą nazywać siebie emigrantami, niektórzy usiłują żyć na dwa domy, jeszcze inni zmieniają swoje zagraniczne miejsca zamieszkania na kolejne. To rozmowy o korzystaniu z ryzykownych zawodowych okazji, sile politycznych represji, porzucaniu przeszłości dla nowej miłości, poświęcaniu własnej kariery w imię planów partnera, realizacji marzeń z dzieciństwa, podróżach, z których się już nie wraca. To kilkanaście różnych gospodarek, społeczeństw, rynków pracy, o wiele więcej stereotypów, obyczajów, porad, ostrzeżeń, blasków i cieni życia w innych krajach.

Statystycznie tylko niewielka część czytelników tych historii kiedykolwiek zdecyduje się na emigrację. Choć wielu na pewno przemknęło to przez głowę, jedynie nieliczni myślą o wyjeździe poważnie. Dla kogo jest więc ta książka? Jeśli wierzyć listom przychodzącym od kilku lat do redakcji portalu, podczas gdy jedni od tekstów o emigrantach oczekują praktycznych informacji o życiu za granicą, inni pogłębiają wiedzę przed podróżą, łakną historii polskich sukcesów albo chcą się karmić cudzą porażką. Na to wszystko jest miejsce przy okazji rozmów o zagranicy widzianej oczami Polaków, bo Tam mieszkam to – konsekwentnie – świat i historie.

Malwina Wrotniak

Jeśli wierzyć szacunkom, na które powołuje się polska ambasada w Waszyngtonie, w Stanach Zjednoczonych mieszka dziś dziesięć milionów osób polskiego pochodzenia. Polacy wyjeżdżali za ocean kilkoma większymi falami: najpierw w dziewiętnastym wieku po powstaniach narodowych, później w trakcie II wojny światowej i po niej, dalej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dwudziestego wieku, aż po emigrację postsolidarnościową. W efekcie są dziś na mapie Stanów adresy co najmniej tak samo polskie, jak amerykańskie. Polskie jest Chicago, polski jest nowojorski Greenpoint. Wielu mieszkających w Stanach Polaków wybrało życie na jednym z przeciwległych biegunów: albo przymierze z polonijną (i tylko polonijną) społecznością w Ameryce, albo pełna asymilacja i przemilczanie swoich polskich korzeni w towarzystwie Amerykanów. Pierwsza opcja to bezpieczeństwo i namiastka Polski za granicą, to polscy znajomi, polskie sklepy i praca, do której nie trzeba wkuwać angielskiego. Druga to tabula rasa, bezwzględne zaczynanie od zera, sukcesy i porażki polskie tylko po cichu, z których Polska nie będzie miała szansy się cieszyć. Gdzieś pośrodku tkwią tysiące niezdecydowanych albo niedających się wcisnąć w żadne szablony, przekonanych, że skoro są nieokreśleni, to plasują się na gorszej pozycji. To nie brak pomysłu na siebie wśród Polaków w USA jest problemem, ale brak wiary w siebie – słyszę. Ten kraj daje duże możliwości, ale jeśli jest ciężko, trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Sink or swim, wóz albo przewóz, mawiają Amerykanie.

– Uważasz, że moja historia będzie tu pasowała? Przecież ja nie wyjechałam z własnej woli – mówi imponująco płynną polszczyzną mieszkająca niedaleko Nowego Jorku Dagmara Domińczyk, gdy po raz pierwszy rozmawiamy o jej obecności w tej książce.

Dagmara od zawsze sprawia wrażenie osoby, której niezmiennie zależy na Polsce, mimo że z kraju wyjechała na stałe ponad trzydzieści lat temu. – Na drugie imię powinnam mieć Nostalgia – śmieje się, a to, że łzy płyną jej z oczu w trakcie opowieści o rodzinnych Kielcach, niech wystarczy za wyjaśnienie.

Kiedy Mirosław Domińczyk, aktywny działacz Solidarności, wcześniej internowany, otrzymał „propozycję nie do odrzucenia” w postaci biletu w jedną stronę do Ameryki (czytaj: został zmuszony, żeby wybierać – więzienie w Polsce albo wygnanie do Stanów), jego córka Dagmara miała niespełna siedem lat. W 1983 roku, bez pieniędzy, pracy i znajomości angielskiego, cała rodzina znalazła się w Nowym Jorku. To prawdziwa opowieść o zaczynaniu od zera. Dla Dagmary opowieść z „cholernie dobrym” finałem, bo po latach ciężkiej pracy i wybitnych wyników w szkole dzisiaj, oprócz bycia szczęśliwą żoną i zaangażowaną matką, jest też aktorką z rolami w wielu amerykańskich produkcjach filmowych, telewizyjnych i na Broadwayu. Polscy widzowie mieli okazję zobaczyć ją na dużym ekranie w kinowym hicie Jack Strong, gdzie zagrała razem ze swoim mężem, amerykańskim aktorem Patrickiem Wilsonem. Z zamiłowania pisarka, która nie poprzestanie na jednej wydanej książce, a fabułę kolejnych chętnie osadza w polskich realiach. Mówi, że trochę po to, żeby zaznajomić z nimi Amerykanów. – Oni do dziś niewiele wiedzą o Polsce. Kojarzą, że była związana z II wojną światową, że były tam obozy koncentracyjne, że stamtąd pochodził papież. Kiedy zaczynam opowiadać o Solidarności, otwierają szeroko oczy i dopytują, czy to prawdziwa historia.

Gdzie byłaś rano 11 września 2001 roku? Mieszkałaś przecież wtedy w Nowym Jorku.

Mieszkałam wtedy na Greenpoincie. Po otrzymaniu gaży za film Hrabia Monte Christo, w wieku dwudziestu dwóch lat, wyprowadziłam się od rodziców i zamieszkałam z moją siostrą Mariką. Z mieszkania miałyśmy widok na World Trade Center, wieże widziałam też codziennie w drodze do metra. Tamtego poranka o dziewiątej obudził nas telefon, dzwonił kolega mojego chłopaka, żebyśmy natychmiast włączyli telewizję. Patrzyliśmy, w ogromnym szoku, jak sypała się druga wieża. Wydawało nam się, że oglądamy jakiś horror. Wyszliśmy na róg naszej ulicy, skąd za rzeką widać było dym z World Trade Center. Pamiętam też paniczne telefony do rodziców, którzy mieszkali na Manhattanie.

Wydarzenia jedenastego września były okropne i szokujące dla Amerykanów, którzy po raz ostatni stan wojny na swoim terenie czuli pewnie w czasach secesji. Wszystkie inne duże konflikty, w które byli zaangażowani, rozgrywały się na zewnątrz. Konsekwencje wydarzeń tamtego dnia – swoistą paranoję, poczucie, że nie jesteśmy bezpieczni – odczuwa się do dzisiaj. Wciąż wisi nad nami świadomość, że może nam grozić coś złego. Że jeżeli stało się raz, może wydarzyć się znowu. Wydarzenia jedenastego września obudziły też w Amerykanach lęk przed obcokrajowcami, muzułmanami. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie odczuwałam – Nowy Jork zawsze był mieszaniną różnych religii i narodowości i pod tym względem miejscem zupełnie innym niż reszta stanów USA. My, przyjezdni z innych krajów, żyliśmy tu wszyscy razem, próbując ziścić swój american dream. Ameryka lubi mówić o sobie the greatest country in the world (najwspanialszy kraj na świecie). Naprawdę...? Nie dość, że dzisiaj każdy kraj może tak o sobie powiedzieć, to przecież Stany też się zmieniają. Niestety na gorsze, ponieważ ludzie czują niepewność, nie ufają politykom. I trochę się martwię o przyszłość swoich dzieci tutaj. Jeśli więc Stany Zjednoczone są miejscem najwspanialszym, to dla mnie w tym sensie, że kiedyś przyjęły moją rodzinę.

Kiedy razem z rodzicami i siostrą musieliście wyjechać do Ameryki, miałaś niecałe siedem lat. Pamiętasz przeprowadzkę do Stanów czy też wszystko, co wiesz na ten temat, to opowieści mamy i taty?

Pamiętam. Byłam wrażliwym dzieckiem, dlatego tym większe było to dla mnie przeżycie. Pamiętam wieczór poprzedzający wyjazd na lotnisko do Warszawy. Spaliśmy wtedy u babci. Zanim zgasiła światło w pokoju, utuliła mnie jeszcze do snu. Pamiętam stojące obok walizki. Pamiętam strach i brak świadomości, co się dzieje. Pamiętnik (mam go do dzisiaj), który dostałam wtedy na pożegnanie, z rysunkami i życzeniami wpisanymi przez rodzinę i sąsiadki. Nie pamiętam za to prawie nic z następnego dnia: ani lotniska, ani samolotu, mimo że był to mój pierwszy lot w życiu, jedynie to, że sąsiad – pan Tadek – wiózł nas do Warszawy swoją białą nyską. Wiele lat później babcia opowiadała mi, że w dniu wylotu rozpaczliwie płakałam, nie chciałam wyjeżdżać. Następne wspomnienie mam już z Niemiec, z miejsca, w którym przebywaliśmy, czekając przez jakiś czas na dokumenty umożliwiające wylot do Stanów. Później znowu czarna dziura, aż do momentu znalezienia się w Nowym Jorku, w obskurnym hotelu na Lower East Side, gdzie oczekiwaliśmy na mieszkanie. Pamiętam zapach tamtego miejsca, łóżko, w którym spaliśmy wszyscy razem, karaluchy, kolorowy telewizor. Dalsze wspomnienia to już nasze pierwsze mieszkanie na dolnym Brooklynie. I moje początki w amerykańskiej szkole.

Czułaś, że dla rodziców ten wyjazd to życiowa porażka, czy nastawiano cię, że nowe miejsce to szansa na nowe i lepsze życie?

Nie pamiętam, żeby mama czy tata usiedli ze mną i wyjaśnili, dlaczego wyjeżdżamy. Na pewno była taka rozmowa... Dopiero później, gdy miałam może dziewięć lat, tata zaczął mi opowiadać o komunizmie, sytuacji w Polsce i powodach naszego wyjazdu.

Już jako dorosła kobieta dopytywałaś rodziców, jak oni wspominają przeprowadzkę?

Wiele razy pytałam ich o to, co wtedy czuli. Moja mama jest bardzo konkretną kobietą, nie rozczula się z byle powodu, i chociaż mówi, że było jej bardzo ciężko zostawić siostry, mamę, koleżanki, to wiedziała, że musi opuścić swój kraj dla dobra swoich dzieci, żeby zapewnić im lepszą przyszłość. A nasza przyszłość w Polsce wydawała jej się wtedy straszna: nie wiadomo, jak długo ojciec byłby w więzieniu, nikt się nie spodziewał, że Solidarność może wkrótce wygrać i że kraj zmieni się tak, jak się zmienił. Dlatego mama tak bardzo nalegała na ten wyjazd, a ojciec w końcu się zgodził na deportację.

Wylądowali w obcym kraju bez znajomości języka i bez pracy.

Najtrudniejsza dla nich w nowym kraju była nieznajomość języka. Mama opowiadała mi, jak ciężko jej było z tego powodu znaleźć pracę. Kiedy w końcu zaczęła sprzątać domy, często robiła to źle, bo nie rozumiała swoich pracodawców. Nieznajomość angielskiego była problemem także dla mojego ojca, pewnego siebie działacza Solidarności, który zawsze mówił, co myślał, nie zważając na to, co powiedzą o nim inni. Jedną z największych kar dla niego była polityczna poprawność. Kiedy więc trafił do Stanów bez znajomości języka, poczuł, jakby z dnia na dzień stał się głuchy i niemy. Sam zresztą mówi, że czuł się wtedy jak kaleka. Na szczęście znał w Stanach grono politycznych działaczy z Europy, odnalazł się w tym środowisku i aż do lat dziewięćdziesiątych często latał do Europy, podtrzymując działalność związkową. Niestety, brak znajomości angielskiego cały czas dawał mu się we znaki w codziennym życiu – problemem było nawet wyjście po zakupy do sklepu. Taka była ich rzeczywistość w Stanach. Trudna, prowadząca do małżeńskich kłótni, powodująca dużo stresu.

Ciebie i siostrę trzymali z dala od tych amerykańskich problemów, w nieświadomości, że nie jest najlepiej?

Nigdy nie kryli przed nami swoich emocji. Wręcz przeciwnie – ojciec zawsze usiłował pokazać nam (dzisiaj mówi, że tego żałuje), jaki świat jest okrutny i niesprawiedliwy. Opowiadał o komunistach, o pobycie w więzieniu, o utracie swojego ojca. Pamiętam, że mój pierwszy pamiętnik, który zaczęłam pisać w wieku dziesięciu lat, cały jest o tym, że ja też, tak jak mój tatuś, będę walczyła z komuną o niepodległość Polski. Tata wciągał nas w ten świat i marzył, że jego córki zostaną dziennikarkami albo działaczkami. Tymczasem, proszę, trzy aktoreczki [śmiech].

Na długo przed tym, jak tą aktorką zostałaś, byłaś polskim dzieckiem w Stanach, które nie znało angielskiego. Nie miałaś w tym zakresie wsparcia od rodziców, a przecież musiałaś pójść do amerykańskiej szkoły.

Kiedy wyjeżdżaliśmy z Polski, znałam po angielsku tylko dwa słowa, miałam je zapisane na ostatniej stronie tamtego pożegnalnego pamiętnika. Była tam cyfra 1 i słowo „łan” oraz cyfra 2 i słowo „tu”. Nie miałam nawet pojęcia, jak się te słowa pisze. Od razu po przylocie do Stanów poszłam do pierwszej klasy. Przez pierwsze pół roku, razem z dziećmi z różnych krajów, chodziłam na tak zwane ESL (English as a Second Language). Uczyłam się więc języka w szkole i z telewizji. Pamiętam nauczycielkę, która pytała Do you have paper? – dzisiaj wiem, o co jej chodziło, ale wtedy siedziałam w ławce zdezorientowana, a w uszach brzmiało mi tylko ble-ble-ble-ble-ble. I chociaż na początku nie rozumiałam nic, to wszystkiego nauczyłam się bardzo szybko, bo nauka języków z reguły przychodzi dziecku łatwiej niż dorosłemu. Przez kilka pierwszych lat miałam polski akcent, ale później zupełnie go straciłam. Jak mówią Amerykanie: sink or swim, wóz albo przewóz. Skoro nie mogłam zwracać się do rodziców o pomoc przy pracy domowej, musiałam wszystko robić sama. Tak się zawzięłam, że w końcu zostałam kujonem.

Przyjęłaś dobre wyniki za swój punkt honoru?

Myślałam sobie wtedy: jeśli rodzice mają ciężko w Stanach i nie realizują osobistych marzeń, to ja zrobię to za nich, będę na to bardzo ciężko pracować, ale pokażę, co potrafię. Jedynym sposobem na to, żeby rodzice byli szczęśliwi, było utwierdzić ich w przekonaniu, że nie przyjechaliśmy tu na marne i że po bardzo trudnych początkach w tym kraju może nas czekać jakaś nagroda. Chciałam, żeby uwierzyli, że było warto.

W tamtych czasach pewnie nie narzekałaś też na nadmiar znajomych, eufemistycznie rzecz ujmując?

Nie miałam znajomych, dopóki nie zamieszkaliśmy na projects, czyli nowojorskich osiedlach socjalnych. One zasadniczo nie cieszą się dobrą reputacją, ale wtedy, w latach osiemdziesiątych, było tam fajnie, bo mieszkało tam wiele rodzin z Polski. Moja mama poznała w tej dzielnicy dużo kobiet w swoim wieku, z dziećmi, przez co i ja miałam dużo znajomych. Zaczęłam tam nową szkołę i nawiązałam pierwsze przyjaźnie. Tam też poznałam rówieśników, o których myślałam „moi pierwsi amerykańscy koledzy”.

Często dawano ci odczuć, że jesteś inna?

Malwina, to była dla mnie codzienność! Ja przez cały czas czułam się inna. Były momenty szczególnie trudne, jak ten, kiedy jakaś dziewczyna dała mi w twarz, bo chciała zobaczyć moją lalkę, a ja nie rozumiałam, więc nie mogłam jej odpowiedzieć. Cały czas nabijano się z mojego nazwiska, którego nikt nie potrafił poprawnie wymówić. Wpływ na moje poczucie odstawania od innych miało też to, jak na nowe otoczenie reagował mój ojciec. Odczuwałam strach, widząc, jak wpływa na niego nasze życie w Stanach. Zastanawiałam się, dlaczego jest taki nerwowy, złośliwy. Mimo wszystko, dobrze zaadaptowałam się do nowych warunków. Jako dziecko nie miałam przecież wyboru. Byłam elastyczna. Ale wszystko zaczęło się we mnie zmieniać po tym, jak pierwszy raz wróciłam do Polski.

W pamiętnym 1989 roku.

Po prawie siedmiu latach w Stanach.

Zabolało? Ucieszyło?

Czułam się wtedy, jakby ktoś podzielił mnie na dwie zupełnie różne części, jakbym stanowiła dwie różne osoby, które mają różne serca. Dopóki nie wróciłam do Polski, ojczyzna była dla mnie bardzo przyjemnym, ale jednak wspomnieniem – wiedziałam, że została tam babcia, do której wysyłaliśmy paczki i kasety z nagranym głosem moim i mojej siostry. Pamiętałam Polskę jako kraj, za którym tęskniła mama, wiedziałam, że nie bez powodu mieliśmy dużo polskich znajomych, a w domu gotowało się polskie potrawy. Czułam się dziewczyną z Polski, ale nie analizowałam tego szczególnie, bo przecież żyłam w Stanach. Dopiero tamta wizyta wywróciła wszystko do góry nogami.

Ile czasu spędziłaś w Polsce, że efekt był tak silny?

Trzy dni. Miałam wtedy dwanaście lat. Wspominałam, że tata jako działacz wyjeżdżał w podróże do Europy. Przed jednym z takich wylotów powiedział, że z nim polecę. Nie za bardzo chciałam, bo chociaż bardzo kochałam ojca, to jednocześnie trochę mnie przerażał. Byłam zupełnie inna niż on – cicha mysz, która bała się wszystkiego. Myśl, że spędzę z nim dwa tygodnie sama, nie napawała mnie więc radością. Ale pojechałam. Odwiedziliśmy wtedy Paryż, Londyn, Amsterdam. Spaliśmy w samochodzie albo w małych mieszkankach różnych ludzi. Pamiętam, jak przysłuchiwałam się rozmowom dorosłych, siedząc w kącie, i czułam wszechobecny smród papierosów. W końcu dotarliśmy do Niemiec Zachodnich. Tata nie mógł jeszcze wtedy jechać do Polski, bo zostałby wsadzony do więzienia, ale chciał przemycić dla działaczy w Polsce drukarkę. Rozmontowana i wszyta w siedzenia samochodu, miała zostać zawieziona do Kielc przez mojego wujka Andrzeja. I nagle pojawił się pomysł, nie pamiętam czyj, żebym pojechała z wujkiem. Tata najpierw stanowczo protestował, bo się o mnie bał, ale ostatecznie się zgodził. Kazał mi spać na tylnym siedzeniu pod kurtką i nie pokazywać się nikomu, kiedy będziemy przejeżdżać przez granicę. Nie mogliśmy też nikogo uprzedzić, że będziemy w Polsce. Udało nam się szczęśliwie dojechać na miejsce. I kiedy się obudziłam już po polskiej stronie, coś jakby się we mnie ruszyło. Wspomnienia zaczęły wracać jak tsunami. Przypomniały mi się zapachy, miejsca znane z dzieciństwa, do dziś pamiętam każdy szczegół z momentu wjazdu na osiedle babci. To było jak podróż w czasie albo jakiś film. Wujek kazał mi samej iść do babci, bo wiedział, jak wielką zrobię jej niespodziankę. Wyjeżdżając z Polski miałam ponad sześć lat, a w czasie tej wizyty dwanaście, więc dojrzałam, byłam wysoka, opalona – wyglądałam zupełnie inaczej. Kiedy zapukałam, babcia otworzyła drzwi i... nie poznała mnie. „Jestem Dagmara” – wydukałam. Akurat była niedziela, a w niedzielę wszyscy przychodzili do babci na obiad, zastałam więc ciocie, brata ciotecznego. Nastąpiło wtedy tyle okrzyków radości, że nie wiedziałam, co się dzieje. Oni wszyscy nie mogli uwierzyć, że stoję przed nimi, zresztą ja też nie mogłam w to uwierzyć. Do dziś, kiedy o tym myślę, ciarki przechodzą mi po ciele. To były trzy najpiękniejsze dni mojego życia.

Po których jednak trzeba było wrócić...

Nie chciałam wracać. Mam gdzieś jeszcze zdjęcie, jak ryczę, bo muszę wyjechać w drogę powrotną. Chciałam zostać z babcią, z innymi dziećmi. Nie pamiętałam ich zbyt dokładnie sprzed wyjazdu do Stanów, a mimo to oni od razu przyjęli mnie bardzo ciepło. Czułam się z tym dobrze. I wtedy przyszło mi do głowy, że przez te pierwsze sześć lat w USA byłam jakby niewidzialna i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Pytałaś mnie, czy w Stanach czułam się inna, obca. Na dobrą sprawę nie wiem – ja po prostu robiłam swoje, chodziłam do szkoły, uczyłam się, nie miałam czasu, a może nawet nie chciałam tego analizować. Miałam koleżanki i kolegów wśród dzieci koleżanek mojej mamy, ale nie nawiązywałam relacji z Amerykanami, ponieważ rodzice nie mieli takich znajomych. Poza tym swoim polskim osiedlem czułam się właśnie niewidoczna – to, czy byłam, czy mnie nie było, nie robiło nikomu różnicy. Tymczasem w Polsce nagle poczułam, że jestem osobą wyczekiwaną, że komuś bardzo na mnie zależy, że mnie kochają, że za mną tęsknili, że mnie potrzebują i nie chcą, żebym wyjeżdżała. I tak mocno mnie to wciągnęło, że wróciłam do Stanów w strasznej depresji. Z pretensją, że nie chcę tu mieszkać, z wyrzutem, że tu jesteśmy. Takie poczucie towarzyszyło mi, z różnym nasileniem, tak naprawdę aż do momentu wyjścia za mąż i założenia rodziny.

Można powiedzieć, że od tamtych trzech dni w Polsce zaczęła się moja prawdziwa miłość do ojczyzny. Odczuwałam do szpiku kości to, o czym zawsze słyszałam w opowieściach taty. Stałam się dumna, że jestem Polką. Zaczęłam też wtedy obserwować Amerykanów – jak na mnie patrzą, co o mnie myślą, co myślą o moim ojcu, czy są ciekawi historii naszego kraju, czy wiedzą, co to jest prawdziwe poświęcenie i trudne życie.

Twoje życie, przez to zmienione podejście, chyba też stało się trudniejsze?

Było w porządku, chociaż ciągle żyłam tym, że niedługo znowu wrócę do Polski. W Stanach byłam już tylko jedną nogą. Od tamtego wyjazdu w 1989 roku, od dwunastego do dwudziestego roku życia każde wakacje spędzałam w Polsce. Przez dziesięć miesięcy przeżywanych w Ameryce niby ciągnęłam swoje amerykańskie życie, ale to kolejne dwa miesiące w Polsce były dla mnie jak raj. Patrzyłam na te wyjazdy idealistycznie, romantycznie, było mi tam wspaniale. Będąc z Amerykanami, nie czułam się jak jedna z nich, w Polsce byłam prawdziwie pożądana i kochana. To było jak narkotyk. Rodzice przez cały rok pracowali na nasz wakacyjny wyjazd oraz na pieniądze dla babci na czas naszego pobytu, a sami zostawali w Nowym Jorku, bo na więcej biletów nie wystarczało już środków. Wszyscy razem odwiedziliśmy Polskę może kilka razy.

Nie było mowy o powrocie na stałe?

W 1990 roku, kiedy na prezydenta wybierano Lecha Wałęsę, rozpoczął się trudny okres dla naszej rodziny. Pamiętam, jak kiedyś ojciec wrócił z podróży do Europy przed czasem, zszokowany i załamany tym, że nie ma go teraz, gdy Solidarność na dobre wygrała, w Polsce. Okazało się, że dostał ofertę powrotu do kraju i wzięcia udziału w formowaniu nowego rządu. Miał okazję zacząć realizować marzenie, które teoretycznie właśnie się spełniło.

Ale wiedział, że powrotu nie będzie?

Po siedmiu latach mieliśmy znowu pakować manatki? Znowu zaczynać od zera? Mama nie chciała się na to zgodzić, mieliśmy tu swoje życie, my z siostrami szkołę. Mojej mamie zresztą podobało się w Stanach – kobiety były tu bardziej niezależne i samodzielne, miały więcej do powiedzenia, nie chciała tego stracić. Nie było też opcji, żeby ojciec sam wrócił do Polski. I od tej pory zaczęło być naprawdę źle, stosunki między rodzicami pogarszały się z dnia na dzień. Ojciec musiał sobie wtedy znaleźć „normalną” pracę, już niezwiązaną z Solidarnością, bo nie było już potrzeby działać – walka została wygrana. Zatrudnił się najpierw jako taksówkarz, później jako gospodarz bloku, łapał się prostych, przeciętnych prac. Czuł jednak, że w ten sposób się poniża. To wywierało negatywny wpływ i na niego, i na nas.

Chociaż ta historia nie jest kolorowa, to przez tyle lat pewnie nie brakowało znajomych, którzy tak jak wy chcieli wyjechać z Polski i spróbować swojego szczęścia za oceanem?

Marzyło o tym dużo moich koleżanek i kolegów. Nie zrozum mnie jednak źle – nie było w tym żadnej zazdrości, bo wiedzieli, że nie byliśmy tu bogaci. Rodzice ciężko pracowali i chociaż żyliśmy na przyzwoitym poziomie, to nie stać nas było na luksusy. W tamtych czasach wiele osób powtarzało, że Stany to okazja, żeby dobrze zarobić i wrócić do Polski.

Po trzydziestu latach w USA masz poczucie, że wartości przywiezione przez twoją rodzinę z Polski były inne od tych, którym hołdowano tutaj?

Tak. W tym kraju wielu ludziom towarzyszy przeświadczenie, że sporo im się od życia należy, że są do czegoś uprawieni. Że zasługują na wszystko, co najlepsze. Moi rodzice, chociaż zupełnie różni od siebie, różnili się też w podejściu do życia od Amerykanów. Moja mama jest optymistką, jak wielu Polaków na emigracji bardzo ciężko pracowała i nigdy nie narzekała. Amerykanie uwielbiają narzekać. Mój ojciec jest idealistą, nie wstydził się tego, kim był, bardzo ważne były dla niego historia i korzenie. Amerykanie nie rozpamiętują przeszłości, dążą przed siebie z tym swoim forget about it na ustach. Ojciec miał swoje poglądy, których nigdy nie zmienił, uwielbiał o nich dyskutować i był szczery do bólu. Taka szczerość jest dla mnie bardzo polska, Amerykanie na taką szczerość nie potrafią się zdobyć – ojciec zawsze określał to jako two faces, czyli posiadanie dwóch twarzy.

Mimo różnic, jakie dzielą obydwa kraje, mit Ameryki jako lepszego miejsca do życia nadal w Polsce utrzymuje się mocno.

Może to naiwne podejście, ale biorąc za dowód moje doświadczenie i życiową drogę, uważam, że ten kraj daje możliwości każdemu, kto tego chce. Każdemu, kto faktycznie działa, kto wierzy w siebie, jest otwarty, odważny i rozumie, że może wiele razy usłyszeć słowo „nie”, ale kiedyś może usłyszy słowo „tak”, i za tą myślą podąża. W tym kraju naprawdę da się osiągnąć wiele. Popatrz na ten dom [Dagmara pokazuje dom i piękny, duży, pełen drzew ogród z basenem w Montclair niedaleko Nowego Jorku]. Do dzisiaj kiedy wstaję rano i schodzę na dół, czasami się szczypię, żeby sprawdzić, czy to prawda. Udało nam się z mężem dużo osiągnąć ciężką pracą i dzięki odrobinie szczęścia. Kiedy mój ojciec przyjeżdża do nas z Polski, chodzi po tym ogrodzie i chce mu się płakać, że zdołaliśmy dojść do tego miejsca, mimo że startowaliśmy z niczym.

Ale emigracja do Stanów to przecież też wiele historii bez happy endu.

To, że są możliwości, nie znaczy, że nie jest ciężko. Inaczej układają tu sobie życie ludzie z dobrym wykształceniem, którzy wyjeżdżają z Polski, bo nie mogą tam rozwinąć skrzydeł i chcą od życia czegoś więcej – oni znają język i zawsze sobie poradzą. Ale wielu z tych, którzy przyjeżdżają zarobić parę dolarów, wiedzie czarno-białe życie. Ich największym problemem jest to, że nie wierzą w siebie. Jedna z koleżanek mojej mamy, która przyjechała tu dwanaście lat temu, opiekuje się osobami starszymi. Wszystko, co zarabia, prawie do ostatniego centa, wysyła dzieciom, które zostały w Polsce. Nie wychodzi do parku, nie chodzi do kina, nie podróżuje, pracuje od rana do nocy, czasami sześć, siedem dni w tygodniu po dziesięć godzin, żeby pomagać dorosłym (!) dzieciom w Polsce. Można tu usłyszeć o mnóstwie takich przypadków. Problemem wielu osób jest też brak języka i wykształcenia zdobytego tutaj, w Stanach. Po przyjeździe izolują się, mieszkają w polskiej dzielnicy i przebywają wśród samych Polaków, bo tak jest bezpiecznie. W ten sposób właściwie zapominają, że dookoła nich istnieje ta słynna Ameryka, do której wyjechali. Tymczasem powinni pamiętać, że ten kraj oferuje o wiele więcej niż praca w polskiej masarni.

Czasami z kolei chcesz, ale nie masz jak.

Sama znam z przeszłości historie, kiedy barierą nie do przeskoczenia było kilka tysięcy dolarów. Żeby pójść do przodu, wystarczy wtedy niewielka pomoc. Oczywiście nie przyda się ona wszystkim. Tej determinacji nie da się kogoś nauczyć ani też do niej namówić. To albo tkwi w człowieku, albo nie. Dlatego nie potrafiłabym powiedzieć, czy dzisiaj Polakom w Stanach jest trudniej, czy łatwiej startować.

W Stanach przybywa też osób polskiego pochodzenia, jak wasi synowie, którym co do zasady powinno być już łatwiej.

Jest tak choćby dlatego, że mogę sobie pozwolić na to, żeby troszczyć się o nich tak, jak moi rodzice nie mogli troszczyć się o mnie. Ponieważ nie muszę się martwić o finanse z dnia na dzień, mogę sobie pozwolić na bycie bardzo zaangażowaną mamą. Ogromnie mi zależy na tym, żeby moi synowie mieli dobrze poukładane w głowie. Z jednej strony mają kochanego ojca, który pokazuje im, jak można być wspaniałym, dobrym mężczyzną, ale z drugiej chcę im pokazać, że kobieta może robić nie mniej niż mężczyzna. Dlatego działam: piszę książki, gram w teatrze, jestem wolontariuszką w ich szkole. Chcemy im dać przykład, że można wiele osiągnąć, jeśli się tylko spróbuje – i dlatego warto próbować. Chłopcy wychowują się w zupełnie innych warunkach niż ja jako dziecko – mają duży, ładny dom, modne ubrania, mama z tatą nie kłócą się o pieniądze – dlatego zależy mi też na tym, żeby nie byli zepsuci i nie mieli w sobie tego roszczeniowego podejścia do świata. Z tego powodu jeździmy często do Polski, a dzieci już trzy lata chodzą do sobotniej polskiej szkoły.

Z twoich patriotycznych pobudek czy z przeświadczenia, że jest to jakiś kapitał na przyszłość?

Ich mama jest z Polski, więc i oni są w części Polakami. Trzeba ten fakt zaakceptować i pielęgnować w nich to poczucie tożsamości. Chcę, żeby potrafili porozumieć się po polsku z moją babcią czy moim ojcem. Tłumaczę im, że umiejętność czytania i pisania po polsku oraz duma ze swojego pochodzenia to jedyny dar, jaki mogą mi ofiarować. To jest dla mnie bardzo ważne. Nawet nie umiem ci wytłumaczyć, z jakiego powodu. Może dlatego, żeby po raz kolejny potwierdzić, że ten nasz wyjazd z Polski i życie tutaj miały sens i że warto było? Chłopcy też muszą doceniać, że droga do tego, co mamy dzisiaj, nie była prosta. I że chociaż nasze życie dziś jest cholernie dobre, nie zawsze tak musi być. Poza tym mam takie marzenie, że wszystkie polskie i amerykańskie cechy, które uwielbiam, będą się w nich pięknie splatać. Nie wiem, jak to zrobić, ale próbuję.

Czujesz się obywatelką dwóch krajów?

Nie. Jestem obywatelką tego kraju. Za to moja dusza jest w stu procentach polska. Śmieję się, że jestem duchowym obywatelem Polski. Jest we mnie ta polska nostalgia, sentymentalność, szczerość do bólu, ta polska walka o przetrwanie.

Po tylu latach w Stanach do czego w Polsce dzisiaj ciągnie cię najbardziej?

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć prosto. To uczucie porównywalne do tęsknoty za dawną miłością. Dla mnie Polska to moje dzieciństwo, to powód, dla którego istnieję i jestem taka, jaka jestem. To mój początek. Przyczyna mojego życia w Stanach. Jeśli zapytasz o konkrety, pewnie powiem, że tęsknię za krajobrazami, za tym, że mogę wsiąść w samochód i pojechać do wioski, gdzie stoją ruiny tysiącletniego zamku, a tuż obok mieszkają ludzie. W ten sposób czujesz i doceniasz początki, historię, to, o co walczyliśmy. Tutaj nie odczuwam wartości historii. Wszystko jest nowe, a to, co stare, wyburza się, żeby powstało coś nowego – taka jest rzeczywistość Ameryki.

W Polsce czuję też historię moich rodziców, rozklejam się tam na każdym kroku. Dużo rzeczy mi się tam nie podoba, ale czuję się bezpiecznie i wiem, że jestem między swoimi. Bo miłość między Polakami jest silna do bólu i lojalna. Zwłaszcza w trudnych czasach, kiedy mamy wspólnego wroga, potrafimy się wspierać i walczyć razem w tej samej sprawie. W dobrych czasach natomiast nie umiemy współżyć ze sobą, pojawiają się zazdrość, zawiść, podejrzliwość. Nadal nie potrafimy się cieszyć jak Amerykanie i być dumni z tego, co osiągamy. Polacy zbyt często się boją. Ja też mam to w sobie: niby wszystko jest dobrze, ale podświadomie czekam, co się złego stanie. Bo przecież to zbyt podejrzane, żeby było tak dobrze [śmiech]. No powiedz, czy to nie polskie?

1 czerwca 2016

Świat miał poznać listę najlepszych krajów do życia podczas styczniowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2016 roku. Wnikliwa analiza warunków panujących w sześćdziesięciu krajach świata wykazała, że najlepiej mieszka się w Niemczech, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Szwecji.

Obecność w grupie laureatów podobnych rankingów to dla Szwedów żadna nowość. W popularnym oenzetowskim zestawieniu najszczęśliwszych krajów (World Happiness Report) Północ Europy trzyma się mocno – w ostatniej edycji za zwycięską Danią w czołówce znalazły się również Islandia, Norwegia, Finlandia, a pierwszą dziesiątkę zamknęli właśnie Szwedzi (w poprzednich latach byli nawet na piątej pozycji). Te i im podobne zestawienia promują Szwecję jako jeden z krajów, w których warto zamieszkać. Swój udział w tym postrzeganiu ma między innymi opiekuńczy model gospodarowania. Ten magnes przyciągnął na Północ także wielu Polaków, których – według różnych źródeł – w Szwecji mieszka dziś od stu do stu dziesięciu tysięcy.

Asymilacja imigrantów wydaje się dla Szwecji kwestią ambicjonalną. Między innymi dlatego właśnie do tego kraju trafiły setki tysięcy mieszkańców Bliskiego Wschodu i Afryki. Wielu z nich pewnie z nadzieją, że odnajdą tam szczęście i spokój obiecywane przez rankingi. Dotąd znana jako kraj spokojny i bezpieczny (to niejako synonimy Szwecji), Szwecja staje się coraz mniej szwedzka. „Szwecja się zmienia” – mówią ci, którzy tam mieszkają. Monika żyje w Sztokholmie raptem od 2009 roku, ale jej mąż pamięta ten kraj sprzed trzech dekad. Oboje twierdzą, że robi się coraz gęściej i ciaśniej, na pewno nie jest tu tak, jak trzydzieści lat temu. – Szwecja jest przy tym bardzo multikulti. To nie jest dobry kraj do zamieszkania dla kogoś, kto ma różne fobie – mówi Monika.

Jeden z najszczęśliwszych narodów świata mierzy się dziś nie tylko z tłumem imigrantów, któremu prawdopodobnie nie da rady kompleksowo pomóc. Szwecja, w jakiej żyją dziś jej mieszkańcy, to także kraj, gdzie przybywa bezdomnych i żebraków, w tym Szwedów, co jeszcze kilka lat temu było rzadkością. To może rodzić rozczarowanie, zawód, obawy rodowitych mieszkańców tego państwa. Może, bo przecież trudno uzyskać komentarz samych Szwedów, nawet we własnej sprawie.

– Byłam zła na Adama, kiedy się dowiedziałam, że nie mieszka w Warszawie, tylko w Sztokholmie – Monika wspomina wydarzenia sprzed kilku lat, próbując wyjaśnić, że nigdy nie brała pod uwagę emigracji.

Dziewczyna po przejściach, ale piekielnie ambitna, jak wielu innych świeżo upieczonych absolwentów pedagogiki, chciała uczyć dzieci i zmieniać polski system edukacji. Bardziej niż tego chciała jednak prawdziwej miłości. Uczucie miało na nią czekać w Szwecji. Jeśliby ta historia nie brzmiała do tej pory dostatecznie filmowo, dodać należy, że zaufała poznanemu przez internet, dużo starszemu od siebie mężczyźnie, który nalegał na jej przeprowadzkę na Północ. Takie były początki historii tej Polki w Szwecji.

– Płakałam, jak większość z nas, w początkowej fazie emigracji – przyznała kiedyś.

Dzisiaj z widocznym błyskiem w oku relacjonuje, jak smakują jej sukcesy osiągane w nowym kraju – tak było z opanowaniem szwedzkiego i propozycją dobrze płatnej, niełatwej do zdobycia dla obcokrajowca pracy w zawodzie. Spore osiągnięcia jak na osobę, która jeszcze kilka lat temu sprzątała szwedzkie domy i nie chciała poznawać miejscowego języka. Rozmawiamy zresztą i o tym, że w podobnych enklawach bytuje dziś w Szwecji wielu Polaków. Mimo gwarantowanej przez państwo bezpłatnej nauki, nigdy nie chcieli i już nie zechcą uczyć się tutejszego języka, a więc też kultury i ludzi.

O Monice jej znajomi mówią, że robi się coraz bardziej szwedzka. Waży słowa, unika krytyki, publicznych komentarzy, wiele racji zachowuje już tylko dla siebie. Dopiero trzecie, czwarte podejście otwiera ją na rozmowę o zmianach i o Szwecji, o jakiej nie pisze się w gazetach.

Stereotypy mówią: na Północy zimno, ciemno, do tego ten słynny dystans. Mentalnie pakowałaś się już kiedyś do powrotu?

Nigdy. Nie było ani jednej takiej chwili. Owszem, tęskniłam za Polską. Byłam przeczulona na punkcie polskiego jedzenia, ciągle chodziłam do polskiego sklepu i kupowałam polskie produkty, prenumerowałam polskie czasopisma, śledziłam polski internet – robiłam to zachłannie. Ale życie w innym kraju z czasem coraz bardziej wciąga – musisz pracować, chcesz zwiedzać, poznawać nowe miejsca. W ten sposób i ja zaczęłam zapuszczać swoje korzenie. Ale ani przez sekundę nie miałam poczucia, że chcę się pakować i wracać do Polski.

Pamiętasz swój pierwszy pobyt w Szwecji, jeszcze przed przeprowadzką, gdy przyjechałaś poznać Adama?

Byłam tutaj w lipcu, kiedy w Sztokholmie jest najpiękniej – pogoda dopisywała, a dookoła błękit wody, zielone parki, białe noce. Wszystko było dla mnie czarujące. Zakochałam się na amen – i w tym mieście, i w moim przyszłym mężu. I stało się pewne, że przyjadę tutaj na dłużej. Później wróciłam jeszcze do kraju, żeby obronić pracę magisterską i ostatecznie się zastanowić nad przeprowadzką do Szwecji. Na stałe przyjechałam jesienią.

Poznaliście się z Adamem przez internet, jest od ciebie sporo starszy. Przenosiny musiały się opierać na dużym kredycie zaufania, życie w Szwecji było niewiadomą. Jak wspominasz początki?