Tam gdzie ptak śpiewa najlepiej - Alejandro Jodorowsky - ebook
lub
Opis

Opus magnum Alejandro Jodorowsky'ego – reżysera, duchowego guru, autora książek, innowatora, a także żywej legendy literatury latynoamerykańskiej.

Alejandro Jodrowsky to znany na całym świecie wszechstronny chilijski reżyser, pisarz i mistyk, który od ponad ośmiu dekad przeciera nowe szlaki w wielu dziedzinach sztuki. Jego wizjonerskie filmy zdobyły uznanie m.in. Johna Lennona, Mariny Abramovic i Kanye Westa, a jego powieści w Ameryce Łacińskiej mają status równy książkom Gabriela GarciiMárqueza.

„Tam, gdzie ptak śpiewa najlepiej” to wspaniała autobiograficzna powieść opowiadająca o losach rodziny autora, która wyemigrowała z Ukrainy do Chile na przełomie XIX i XX wieku. Na kartach tej książki rodzinna historia zmienia się w heroiczną legendę pełną symbolicznych odniesień.

Kazirodczy pszczelarze ukrywający swoje występki, car pozorujący własną śmierć, pobożny dziadek oraz transpłciowa balerina trzymająca w niewoli mężczyznę to tylko niektóre z postaci w tej kalejdoskopowej i olśniewającej powieści.

Groteskowa saga rodzinna pióra mistrza surrealizmu

__

Alejandro Jodorowsky urodził się w chilijskim mieście Tocopilla w 1929 roku. Jest tarocistą, terapeutą, pisarzem, aktorem, reżyserem teatralnym i reżyserem kultowych filmów (Kret, Święta góra, Święta krew). Stworzył psychomagię i psychogenealogię – dwie nowe techniki terapeutyczne, które zrewolucjonizowały psychoterapię w wielu krajach. Psychogenealogia posłużyła za kontekst dla napisanej przez niego powieści Donde mejor canta un pájaro. Psychomagia została natomiast użyta przez niego w powieści El niño del jueves negro. Jodorowsky omówił obie te techniki w książce Psychomagia, w autobiografii Taniec rzeczywistości oraz w napisanej wraz z Marianną Costa książce Métagénéalogie: L’arbre généalogie comme art, thérapie et quète de Soi. Napisał również dwie książki na temat terapeutycznego zastosowania tarota: La vía del Tarot (we współpracy z Marianną Costa) oraz Yo, el Tarot.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 642

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Ptak śpiewa najlepiej na swoim drzewie genealogicznym.

JEAN COCTEAU

PrzedmowaWYDAWCY AMERYKAŃSKIEGO

Drodzy Czytelnicy,

Dzieciństwo spędziłem w mieście Meksyk i w młodości widziałem kilka przedstawień wyreżyserowanych przez Alejandra Jodorowsky’ego. Mój ojciec był aktorem teatralnym i obracał się w tych samych kręgach artystycznych co on. Ale surrealistyczne i maksymalistyczne wizje Jodorowsky’ego zawładnęły moimi snami – a niekiedy również koszmarami – dopiero za sprawą jego olśniewających i dziwnych filmów: Kret i Święta góra (będących arcydziełami kina lat siedemdziesiątych) oraz Święta krew (nakręconego w 1989 roku).

Przyjrzałem się dokładniej ikonicznej historii Jodorowsky’ego i odkryłem, że pokazał on swoje możliwości nie tylko w teatrze i kinie, ale również w literaturze pięknej, filozofii, tarocie, a nawet komiksach. Jest ważną postacią w świecie literatury latynoamerykańskiej, a jego książki znajdują się na wystawach księgarń od Meksyku do Argentyny. Można odnieść wrażenie, że po rozpoczęciu dziewiątej dekady życia staje się coraz młodszy, a nie starszy. W zeszłym roku pokazał swój dziewiąty (według mnie najlepszy) film Taniec rzeczywistości i wystąpił we wspaniałym dokumencie Diuna Jodorowsky’ego. Jestem zaszczycony i bardzo podekscytowany tym, że mogłem wydać po raz pierwszy w języku angielskim jego trzy najważniejsze książki: Donde mejor canta un pájaro, Albina y los hombres perros oraz El niño del jueves negro.

Powieść Tam, gdzie ptak śpiewa najlepiej opowiada historię żydowskiej rodziny Jodorowsky’ego i jest silnie powiązana z filmem Taniec rzeczywistości. Książka ta jest głęboko osobistą fikcją literacką, a jednocześnie mitycznym pamiętnikiem rodzinnym. Można również potraktować ją jako „psychomagiczną” reinterpretację klasycznej opowieści o imigrantach. Taka interpretacja często jest używana w odniesieniu do pracy Jodorowsky’ego. Nie ma znaczenia, w jaki sposób nazwiecie tę opowieść. Nie ma również znaczenia, czy jesteście zagorzałymi fanami Jodorowsky’ego, czy też stykacie się z nim po raz pierwszy. Ta barwna epopeja z pewnością wniknie w waszą świadomość w sposób, w jaki robią to najlepsze powieści i opowiadania.

Mam nadzieję, że ta książka przypadnie wam do gustu. Chętnie poznam waszą opinię na jej temat.

Ilan Stavans

WYDAWCA

Prolog

Wszystkie postacie, miejsca i sytuacje opisane w tej książce są prawdziwe, ale pozwoliłem sobie zmienić porządek chronologiczny wydarzeń. Następnie przekształciłem i wyolbrzymiałem rzeczywistość w taki sposób, aby osiągnęła status mitu. Drzewo genealogiczne jest pułapką ograniczającą nasze myśli, emocje, pragnienia i życie materialne. Jest jednak również skarbem, który obdarowuje nas znaczną częścią naszych walorów. Ta książka jest powieścią, ale może również zostać potraktowana jako coś w rodzaju poradnika. Jeśli bowiem Czytelnicy podążą za zawartymi w niej sugestiami i będą pielęgnowali swoją wielkoduszność, oni także będą mogli przekształcić wspomnienia rodzinne w heroiczną legendę.

ROZDZIAŁ 1

Korzenie mojego ojca

1903 roku Teresa – moja babcia ze strony ojca – wpadła w gniew. Początkowo wściekła się na Boga, a później na wszystkich żydów z Jekaterynosławia (ukraińskie miasto noszące obecnie nazwę Dniepr), którzy wciąż w Niego wierzyli pomimo śmiercionośnej powodzi spowodowanej zbyt wysokim poziomem wody w rzece Dniepr. W wyniku tej katastrofy zginął jej ukochany syn José. Kiedy powódź zaczęła zalewać dom, chłopiec wypchnął na zewnątrz kufer i usiadł na nim. Nie uniósł się on jednak na wodzie, ponieważ był wypchany trzydziestoma siedmioma tomami Talmudu.

Po pogrzebie Teresa zaciągnęła do synagogi czwórkę swoich pozostałych dzieci, które zostały spłodzone bardziej z poczucia obowiązku aniżeli z namiętności: Jaimego, Benjamína, Lolę i Fanny. Tuż za nią szedł jej mąż. Wtargnęła gwałtownie do świątyni i przerwała czytanie dziewiętnastego rozdziału Księgi Kapłańskiej: „Mów do całej społeczności Izraelitów i powiedz im”…

– To ja do nich przemówię! – wykrzyknęła Teresa.

Wtargnęła do przestrzeni zakazanej dla kobiet i odepchnęła na bok mężczyzn, którzy z dziecinnym przerażeniem zakrywali brodate twarze szalami modlitewnymi – jedwabnymi tałesami. Zerwała z głowy perukę i rzuciła ją na podłogę, obnażając łysą czaszkę. Była czerwona z gniewu. Pochyliła wściekłą twarz nad pergaminowymi kartkami Tory i zaczęła miotać przekleństwami w kierunku hebrajskich liter:

– Ta księga kłamie! Twierdzi, że ocaliłeś cały naród i że rozsunąłeś Morze Czerwone z równie dużą łatwością, z jaką ja siekam marchewkę. Nie zrobiłeś jednak nic, aby uratować mojego biednego Joségo. Ten chłopiec był niewinny. Czego chciałeś mnie nauczyć? Czy tego, że twoja moc jest nieograniczona? Wiedziałam o tym! A może chciałeś mi pokazać, że jesteś niezgłębiony? Albo że powinnam poddać próbie moją wiarę i po prostu zaakceptować tę tragedię? Nigdy! Takie rzeczy były dobre dla proroków w rodzaju Abrahama, którzy na twoją prośbę byli w stanie przyłożyć nóż do gardła własnego syna. Nie sprawdzają się jednak w przypadku takiej nieszczęsnej kobiety jak ja. Jakim prawem żądasz ode mnie tak wiele? Przestrzegałam twoich nakazów, bezustannie o tobie myślałam, nigdy nikogo nie skrzywdziłam, stworzyłam mojej rodzinie święty dom, modliłam się podczas sprzątania, pozwoliłam ogolić sobie głowę ku twojej chwale i kochałam cię mocniej niż własnych rodziców. A co ty zrobiłeś, niewdzięczniku? Masz władzę nad życiem i śmiercią. Na tle twojej potęgi mój synek był jak robak, jak mrówka, jak odchody much. Nie masz litości! Jesteś potworem! Stworzyłeś naród wybrany tylko po to, żeby go torturować! Od stuleci świetnie się bawisz naszym kosztem! Dość tego! Mówi do ciebie matka, która straciła wszelką nadzieję i już się ciebie nie boi. Przeklinam cię i usuwam z mojego życia. Od tego momentu nie masz dla mnie żadnego znaczenia! Możesz pozostać w tej swojej Wieczności. Możesz tworzyć i niszczyć całe wszechświaty. Możesz przemawiać i grzmieć. Nie słucham cię już! Raz na zawsze zniknij z mojego domu. Zasługujesz wyłącznie na pogardę! Masz zamiar mnie ukarać? Sprowadzisz na mnie trąd, posiekasz mnie na kawałki albo doprowadzisz do tego, że moje ciało zostanie zeżarte przez psy? Nie obchodzi mnie to. Śmierć mojego synka Joségo sprawiła, że już jestem martwa.

Nikt nie odezwał się nawet słowem. José nie był jedyną ofiarą tamtej powodzi. Wiele osób pochowało niedawno swoich krewnych i przyjaciół. Mój dziadek Alejandro (moje imię odziedziczyłem zarówno po nim, jak i po ojcu mojej matki, który również miał na imię Alejandro) bardzo ostrożnie wytarł łzy, które lśniły na hebrajskich literach jak przezroczyste skarabeusze. Zaczął się potulnie kłaniać przed ludźmi zgromadzonymi w świątyni i ze szkarłatną twarzą wymamrotał przeprosiny, których nikt nie rozumiał. Próbował wyprowadzić z synagogi Teresę wraz z czwórką ich dzieci. Ona jednak nie dała za wygraną i tak mocno przycisnęła dzieci do swojego obfitego biustu, że aż zawyły z bólu. W tym momencie zawiał silny wiatr, otworzyły się okna i świątynię wypełniła czarna chmura. Wszystkie okoliczne muchy uciekały przed niespodziewaną ulewą.

Moja babcia postanowiła zerwać z tradycją. Dla jej męża, Alejandra Leviego (w tamtym czasie nasze nazwisko rodowe brzmiało Levi), był to kolejny bolesny cios. Bolesne ciosy były fundamentalnym elementem jego egzystencji, ale on ze stoickim spokojem znosił je przez całe swoje życie. Były dla niego jak ramię albo organ wewnętrzny i stanowiły normalną część jego rzeczywistości. Nie miał jeszcze nawet trzech lat, gdy pochodząca z Węgier pokojówka zatrudniona w jego domu rodzinnym postradała zmysły. Pewnej nocy weszła do sypialni, w której mały Alejandro spał przytulony do matczynego ciała. Następnie zamordowała jego śpiącą matkę (która miała na imię Lea) za pomocą siekiery. Gorące strugi zabarwiły na czerwono jego nagie i drobne ciało. Pięć lat później pojawiły się insynuacje, jakoby krew chrześcijańskich dzieci była używana przez żydów do robienia mac. Plotka ta doprowadziła do wybuchu nienawiści i sprawiła, że na ulice Jekaterynosławia wylała się chmara pijanych Kozaków. Podpalili miasteczko, po czym zaczęli gwałcić kobiety i dzieci. Jaime – ojciec mojego dziadka – został przez nich pobity na krwawą miazgę, ponieważ nie chciał napluć na Księgę. Po tym wydarzeniu mały Alejandro został przygarnięty przez żydów ze Złotopola, którzy zaproponowali mu łóżko w jesziwie i nauczyli go dwóch rzeczy: doić krowy (o świcie) i odmawiać modlitwy (przez pozostałą część dnia). Woń mleka była jedynym matczynym zapachem, jakiego doświadczył w dzieciństwie. Pragnął zaznawać jakichkolwiek pieszczot, więc pozwalał, aby krowy lizały jego nagie ciało swoimi wielkimi i ciepłymi językami.

Recytowanie hebrajskich wersetów było dla niego torturą aż do dnia, w którym spotkał Rabina mieszkającego w Międzyświecie. Doszło do tego w następujący sposób. Alejandro odmawiał bardzo dużo modlitw i recytował formułki, których nie rozumiał. W pewnym momencie jego stopy zdrętwiały, czoło się rozpaliło, a żołądek napełnił się kwasem. Alejandro obawiał się, że zacznie dyszeć jak ryba wyjęta z wody i zemdleje na oczach pozostałych uczniów, którzy rozumieli wszystkie teksty (nie jest jednak wykluczone, że udawali gorliwość i głęboką wiarę, aby dostać dobrą kolację). Zdobył się na ogromny wysiłek i wyszedł ze swojego rozmodlonego ciała. W rezultacie trafił do przestrzeni, która się nie rozszerzała i w której nie upływał czas. Odkrycie tego azylu miało dla Alejandra ogromne znaczenie. Znalazł bowiem spokojne miejsce, w którym mógł nic nie robić i zajmować się samym istnieniem. Intensywnie poczuł, że myśli mogą być wolne od nieustępliwego ciężaru cielesności, od potrzeb organizmu, od przeróżnych obaw, od zmęczenia, a także od pogardy i litości wobec innych ludzi. Nie chciał opuszczać tej przestrzeni i miał ochotę pozostać w wiecznej ekstazie.

W pewnym momencie ze ściany światła wyszedł mężczyzna, który był ubrany na czarno jak rabini, ale miał orientalne oczy i żółtą skórę. Nosił brodę i długie pejsy.

– Masz szczęście, młody człowieku – powiedział mężczyzna. – Nigdy nie spotka cię to, co spotkało mnie. Kiedy odkryłem Międzyświat, nie było tu nikogo, kto mógłby udzielić mi jakichkolwiek wskazówek. Czułem się równie wspaniale jak ty i postanowiłem nie wracać do świata fizycznego. Był to poważny błąd. Pozostawiłem swoje ciało w lesie i w rezultacie zostało pożarte przez niedźwiedzie. Gdy znów poczułem potrzebę kontaktu z innymi ludźmi, nie miałem dokąd wracać. Zostałem skazany na wieczną włóczęgę po dziesięciu tysiącach poziomów wszechświata. Stałem się smutnym ptakiem wędrownym. Jeżeli pozwolisz mi zapuścić korzenie w twej duszy, powrócę do świata fizycznego razem z tobą. Aby ci się odwdzięczyć, będę udzielał ci porad. Znam na pamięć Torę i Talmud. Już nigdy więcej nie będziesz samotny. Co ty na to?

Co mógł w takiej sytuacji odpowiedzieć ten osierocony chłopiec? Był spragniony miłości, więc postanowił przygarnąć Rabina, który pochodził z Kaukazu i świetnie znał kabałę. Ten krnąbrny pustelnik zgubił się w labiryntach czasu podczas poszukiwania mądrych i świętych pomocników, którzy według Zoharu żyją w innych światach. Spędził całą wieczność w samotności, dzięki czemu odkrył wartość ludzkiego towarzystwa i zrozumiał, dlaczego psy tęsknią za swoimi właścicielami. Uświadomił sobie, że inni ludzie są dla nas czymś w rodzaju źródła energii i że człowiek pozbawiony kontaktu z bliźnimi cierpi z powodu duchowego głodu.

Alejandro odzyskał świadomość i zdał sobie sprawę, że leży na jednej ze szkolnych ławek. Nauczyciel i inni uczniowie stali wokół niego. Byli bladzi ze strachu, ponieważ myśleli, że umarł. Twierdzili, że jego serce na jakiś czas przestało bić. Dali mu do wypicia słodką herbatę z cytryną i zaczęli śpiewać, aby uczcić cud jego zmartwychwstania.

W tym czasie Rabin tańczył po całym pomieszczeniu. Nikt oprócz mojego dziadka nie był w stanie go zobaczyć. Duch bardzo się cieszył, że znów może przebywać wśród żydów. Jego radość była tak wielka, że postanowił po raz pierwszy przejąć kontrolę nad ciałem Alejandra i ochrypłym głosem wyrecytował (po hebrajsku) psalm mówiący o wdzięczności wobec Boga:

Ty dla nas byłeś ucieczką z pokolenia na pokolenie.

Wszyscy wpadli w panikę. Chłopak został opętany przez dybuka! Trzeba było wypędzić diabła z jego trzewi! Rabin szybko zrozumiał swój błąd i opuścił ciało mojego dziadka, ale świadkowie całego zajścia postanowili przeprowadzić egzorcyzmy. Alejandro próbował protestować i zapewniał, że jego niewidzialny przyjaciel obiecał nigdy więcej nie nawiedzać jego ciała. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Mieszkańcy wioski natarli go siedmioma różnymi ziołami, po czym zmusili do wypicia naparu z krowiego łajna i do zanurzenia się w lodowatych wodach Dniepru. Następnie kazali mu rozgrzać ciało w łaźni parowej i wychłostali go pokrzywami.

Po tym wszystkim uznali go za wyleczonego, ale jeszcze przez jakiś czas nachodziły ich zabobonne wątpliwości. Ostatecznie jednak przywykli do tego, że mój dojrzewający dziadek ma niewidzialnego towarzysza, i zaczęli nawet zgłaszać się do niego na konsultacje. Początkowo prosili go o interpretacje talmudyczne, a później o porady dotyczące zwierzęcych chorób. Gdy zobaczyli pozytywne rezultaty, zaczęli wypytywać go również o schorzenia atakujące ludzi. W końcu uczynili z niego sędziego we wszystkich swoich sporach. Cała wioska wychwalała inteligencję i wiedzę Rabina. Nikt jednak nie szanował Alejandra, który był z natury nieśmiały i skromny. Nie miał pojęcia, w jaki sposób mógłby wyciągnąć korzyści ze swojej funkcji pośrednika. Ludzie zapraszali Rabina, a nie jego. Ilekroć wchodził do synagogi, domagali się kontaktu z mężczyzną z Kaukazu. Od czasu do czasu Rabin znikał i odwiedzał inne wymiary, w których obcował ze świętymi duchami.

Gdy mój dziadek pojawiał się w synagodze ze swoim niewidzialnym towarzyszem, ludzie sadzali go w pierwszym rzędzie. Kiedy natomiast nie był w stanie nawiązać kontaktu z duchem, nikt się do niego nie odzywał i nie proponował mu krzesła. Pewnego razu mężczyzna z Kaukazu powiedział, że najbardziej lubi patrzeć na dzieci. Ludzie proszący go o konsultację zaczęli więc przyprowadzać ze sobą swoje potomstwo. Wszystkie dzieci były wykąpane, uczesane i ubrane w odświętne ubrania. Alejandro przyjmował te osoby w swoim skromnym pokoju, który mieścił się zaraz obok stajni. Za porady nie dostawał żadnej zapłaty. Nikt nie zadał sobie trudu, aby przynieść mu szarlotkę, faszerowaną rybę, siekaną wątróbkę lub cokolwiek innego. Liczył się tylko Rabin. Mój dziadek był człowiekiem z krwi i kości, ale traktowano go w taki sposób, jakby nie istniał. Od kołyski był przyzwyczajony do tego, że nikt go nie rozpieszcza. Nie był więc ani smutny, ani nieszczęśliwy z powodu całej tej sytuacji. Doił krowy i odmawiał modlitwy, a wieczorami przed zaśnięciem prowadził długie rozmowy ze swoim przyjacielem z Międzyświata.

Pewnego dnia wczesnym świtem zbliżyła się do niego Teresa. Była drobna, ale miała silne nogi, imponujące piersi i żelazną wolę. Jej oczy wyglądały jak dwa węgle pływające w zapadniętych oczodołach. Spojrzała na Alejandra i powiedziała do niego:

– Obserwuję cię od jakiegoś czasu. Jestem już wystarczająco dojrzała, aby mieć dzieci. Chcę, żebyś został ojcem. Jestem sierotą tak jak ty, ale nie jestem tak biedna. Zamieszkamy w domu, który odziedziczyłam po moich ciotkach. Zaczniemy organizować twoje konsultacje w taki sposób, abyśmy mogli wyżywić dzieci. Będziesz dostawał wynagrodzenie. Rabin niczego nie potrzebuje, bo nie istnieje. Jest wytworem twojego szaleństwa. Tak, jesteś szalony! Nie ma to jednak znaczenia, ponieważ stworzyłeś coś pięknego. Twoja wartość jest równie duża jak wartość Rabina. Jego wiedza pochodzi z twojego wnętrza. Naucz się szanować samego siebie, a uzyskasz poważanie ze strony innych. Odwiedzający cię ludzie już nigdy nie będą rozmawiali z duchem. Każda z tych osób opowie ci o swoim problemie i po jakimś czasie wróci po odpowiedź. Nie będzie już patrzyła na to, jak wchodzisz w trans i dyskutujesz z niewidzialną istotą. Ustalę konkretne ceny i przestaniemy przyjmować zaproszenia na kolacje od ludzi, którzy próbują cię wykorzystać. Rabin zostanie w domu i nigdy nie będzie wychodził z tobą na ulicę. Jeśli mu się to nie podoba, może odejść. Powinien jednak wiedzieć, że gdy tylko to zrobi, rozpuści się w pustce.

Nie czekając na odpowiedź, pocałowała mojego dziadka w usta, położyła się obok niego pod wymionami krów i zawładnęła jego genitaliami. Alejandro wytrysnął duszą, która była zawarta w jego spermie. Następnie ścisnął krowi sutek, po czym oblał siebie i swoją ukochaną strumieniem ciepłego mleka. Gdy brali ślub, Teresa nosiła już w swoim łonie Joségo. Cała wspólnota zaakceptowała nowe zasady, więc na rodzinnym stole nigdy więcej nie brakowało rosołu z kury, pieczonych ziemniaków, świeżego kalafiora ani talerza owsianki. Dziesięć miesięcy po narodzinach Joségo kochankowie spłodzili dwóch bliźniaków. Rok później urodziły im się dwie bliźniaczki.

W sklepie z gorsetami Teresa w obecności sąsiadek przechwalała się, że jej mąż jest święty i nie przestaje się modlić nawet podczas swoich pięciu godzin snu. Opowiadała o tym, że Alejandro wszystkie potrawy spożywa w jednakowym rytmie, dzięki czemu może przeżuwać pożywienie bez przerywania recytacji psalmów. Twierdziła, że kiedy jej mąż się nie modli, potrafi wypowiedzieć tylko jedno słowo: „Dziękuję”.

Wszystko układało się bardzo dobrze, ale pewnego dnia wydarzyła się katastrofa! José odszedł z tego świata! Był niezwykłym synem: posłusznym, dobrze wychowanym, schludnym, olśniewająco pięknym i obdarzonym anielskim głosem, który idealnie nadawał się do śpiewania w języku jidysz. Jego naturalna wesołość rozjaśniała wszystkie smutki. Był szczyptą soli w pozbawionej smaku zupie życia – odrobiną koloru w szarym świecie. Gdy przechadzał się między drzewami w środku nocy, śpiące ptaki budziły się i zaczynały śpiewać. Zachowywały się tak, jakby nastał świt. José urodził się z uśmiechem na ustach i błogosławił wszystkie osoby, które spotykał na swojej drodze. Nigdy nie narzekał ani nie krytykował i był najlepszym uczniem w całej jesziwie. Dlaczego ten promyk słońca musiał umrzeć?

Teresa mocno trzymała się swojego żalu i uważała, że pozbycie się go byłoby zdradą. Nie chciała zaakceptować faktu, że José odszedł. W wyobraźni przez cały czas obejmowała swojego synka, który zakrztusił się mętną wodą i posiniał na skutek uduszenia. Uczyniła z niego wieczną ofiarę – niewinną istotę przeżywającą nieustające katusze. Zrobiła to, żeby usprawiedliwić swoją nienawiść nie tylko do Boga i otaczającej społeczności, ale również do rzeki, roślin, zwierząt, błota, Rosji i całej ludzkości. Powiedziała mojemu dziadkowi, że powinien przestać rozwiązywać problemy innych ludzi i nigdy więcej nie wspominać o Rabinie. Zagroziła, że popełni samobójstwo, jeśli jej żądania nie zostaną spełnione.

Małżonkowie sprzedali swój skromny dobytek i przeprowadzili się do Odessy. Zostali tam przygarnięci przez Fierę Seca – siostrę Teresy, która była od niej młodsza o dwa lata. Zanim przyszły na świat, ich ojciec (mój pradziadek) trzy razy brał ślub i zostawał wdowcem. Jego trzy wcześniejsze żony straciły życie podczas pierwszego porodu, a dzieci umarły w kołysce w ciągu trzech dni od porodu. Stare plotkarki twierdziły, że Śmierć go kocha i z zazdrości odbiera mu partnerki oraz owoce jego miłości.

Abraham Groismann był silnym i wysokim mężczyzną o kędzierzawej rudej brodzie i dużych zielonych oczach. Utrzymywał się z pszczelarstwa. Wszystkie opowieści o miłości odczuwanej przez Śmierć były jedynie zabobonnymi wymysłami, natomiast miłość Abrahama do pszczół była niezaprzeczalnym faktem. Kiedy zbierał miód ze swoich stu wielobarwnych uli, jego ukochane owady pokrywały go od stóp do głów. Nigdy nie został przez nie użądlony. Abraham szedł następnie do szopy, w której przelewał pyszny miód do butelek. Pszczoły podążały za nim jak wierna chmura. Niekiedy zlatywały się w nocy do jego łóżka, aby stworzyć ciemne, ciepłe i tętniące życiem przykrycie. Szczególnie często zdarzało się to podczas lodowatych zim.

Matka Teresy miała na imię Raquel i w wieku trzynastu lat urodziła dziecko na cmentarzu. Staruchy kazały jej położyć się w grobie i owinęły ją siedmioma prześcieradłami. Twierdziły, że dzięki temu Śmierć jej nie zobaczy. Moja prababcia leżała w chłodnej ziemi otoczona przez ciemne kości. W takim właśnie miejscu wydała na świat swoje pierwsze dziecko, którego usta natychmiast zostały wypełnione aromatycznym sutkiem, aby nic nie zakłóciło niezbędnej ciszy. Śmierć ma tysiąc uszu! Abraham był przekonany, że znów straci żonę i dziecko, więc stłumił w sobie wszelkie emocje i przygotowywał serce na nadchodzącą tragedię. Tym razem Śmierć nie nadeszła. Nie wywołało to w Abrahamie ani ciepła, ani chłodu. Po prostu znów zanurzył się w morzu pszczół i prowadził z nimi rozmowy we wszechświecie, który był niedostępny dla innych ludzi. Kiedy jednak jego żona w wieku piętnastu lat ponownie zaszła w ciążę, w jego duszy zapłonęła nadzieja.

Ostrzegano go, że Czarna Dama będzie wszędzie za nim chodziła i pozostanie wobec niego równie wierna i kochająca jak jego pszczoły. Pomimo tego poszedł na cmentarz, odepchnął na bok kobiety trzymające siedem prześcieradeł i zajrzał do głębokiego grobu. Ujrzał przepiękną dziewczynkę wychodzącą z zakrwawionej świątyni. Dziwny wiatr poderwał białą tkaninę i zaniósł prześcieradła w kierunku gór w taki sposób, jakby były wielkimi gołębiami.

Tym razem młoda matka umierała. „Głupcze! – krzyknęły kobiety. – Dlaczego tu przyszedłeś? Przyprowadziłeś ze sobą swoją morderczą kochankę. Zaczęła już zabijać matkę. Córka będzie następna”. Posypały głowę dziecka solą i polały ją octem, po czym nadały dziewczynce imię Fiera Seca, które miało zszokować i zniesmaczyć Śmierć. Następnie włożyły niemowlę do koszyka, przykryły je kiściami winogron i przeniosły w sekretne miejsce, aby je ukryć przed Wrogiem. Ojciec nie wiedział, dokąd zostało zabrane jego dziecko. Fiera Seca mieszkała w stodole jak więźniarka aż do trzynastego roku życia, a dokładnie do pierwszej menstruacji. Kiedy jej dzieciństwo dobiegło końca, niebezpieczeństwo zniknęło. Śmierć szukała dziewczynki, a nie kobiety. Fiera Seca została odprowadzona do domu przez jedną ze starych plotkarek. Gdy szła ulicami, przerażeni mieszkańcy miasta zamykali drzwi i okna. Wychowujące ją kobiety obawiały się tego, że Śmierć odkryje miejsce jej pobytu. Nauczyły więc dziewczynkę robić przerażające miny, które miały odstraszyć Czarną Damę. Fiera Seca wykonywała je bezustannie. Jej twarz przypominała plastyczną maskę i często zmieniała wyraz, ale przez cały czas była szpetna. Gdy jakiś człowiek patrzył na nią dłużej niż przez dziesięć sekund, zaczynała go boleć głowa.

Dziewczynka dotarła do domu rodzinnego i weszła do pomieszczenia, które było jednocześnie kuchnią, jadalnią i sypialnią. Na jej widok Teresa wybiegła do ogrodu wraz z wyjącymi psami i prychającymi kotami. Fiera Seca została sama. W pewnym momencie usłyszała odgłos kroków. To musiała być Śmierć! Po opuszczeniu swojej kryjówki czuła się bardziej bezbronna niż kiedykolwiek wcześniej. Nauczyła się wykrzywiać nie tylko twarz, ale również pozostałe części swojego ciała. Wyginała nogi, przekręcała kręgosłup i układała dłonie w taki sposób, że wyglądały jak zwierzęce łapy. Śliniła się i toczyła pianę z ust, a spomiędzy jej warg wydobywała się paskudna breja zabarwiona krwią wyssaną z dziąseł. Drzwi otworzyły się z owadzim piskiem. Abraham zobaczył potwora przypominającego wielkiego pająka, ale nie uciekł, ponieważ był pokryty pszczołami. Fiera Seca miała natomiast poczucie, że bzyczenie ciemnej masy jest pieśnią Czarnej Damy.

Ojciec i córka stali naprzeciwko siebie i pocili się z przerażenia. Niewykluczone, że cała ta sytuacja była zrozumiała wyłącznie dla pszczół. Zaczęły krążyć i tworzyć coraz większy krąg, który po chwili otoczył ojca i córkę. Wewnątrz tego żyjącego kordonu dziewczyna ujrzała najpiękniejszego mężczyznę, jakiego mogła sobie wyobrazić. W głębi jego zielonych oczu zobaczyła ocean dobroci. Gdyby tylko mogła zmniejszyć swoje ciało, chętnie zamieszkałaby wewnątrz tego wspaniałego ducha. Powoli przestała robić miny, rozprostowała ciało i pokazała swoje prawdziwe oblicze. Okazało się, że jest przepiękną kobietą. Abraham zdał sobie sprawę, że jego wszystkie zmarłe partnerki były niczym więcej jak tylko szkicami tej cudownej istoty, której nieświadomie szukał przez całe swoje życie i która stała teraz przed nim wyprostowana jak niesamowity cud. Usłyszał wołanie własnej duszy. Ojciec i córka przytulili się i wyznali sobie miłość. Płakali, śmiali się i śpiewali, aż w końcu padli na łóżko. Pszczoły utworzyły kurtynę, która oddzieliła ich od świata. Pozostali za tą zasłoną i nie myśleli o konsekwencjach. Dwa ciała stały się jednym ogniskiem.

Teresa poczuła się zbędna. Jej ojciec i jej siostra zostali kochankami i zniknęli na zawsze. Włożyła więc swój niewielki dobytek do worka i przeprowadziła się do swoich ciotek. Dwa lata później dostała od siostry list z nowinami:

Tereso, wybacz mi, że zaniedbywałam Cię przez cały ten czas. Tata nie żyje. Jesteś jedyną osobą, która znała naszą tajemnicę. Mam nadzieję, że nas zrozumiesz. Ten impuls był silniejszy od nas i nie byliśmy w stanie kontrolować tej namiętności. Nikt w okolicy nie miał wystarczająco dużo śmiałości, aby wyobrazić sobie coś takiego. Ilekroć wychodziłam do sklepu, robiłam swoje miny i wygibasy, żeby nikt się do mnie nie odzywał. Mój ojciec i kochanek pokazywał się publicznie tylko wtedy, gdy był pokryty pszczołami. Nasze prawdziwe ciała były cudem, którym cieszyliśmy się wyłącznie w domowym zaciszu. Abraham chciał odpędzić potencjalnych szpiegów. Zachęcał więc owady do tego, żeby siadały na dachu i na zewnętrznych ścianach domu. W końcu pszczoły zaczęły pokrywać cały budynek jak gruba kołdra, dzięki czemu mogliśmy uprawiać miłość wewnątrz gigantycznego plastra miodu. Byliśmy odurzeni rozkoszą i nie potrafiliśmy przestać. Przez cały czas dążyliśmy do tego, aby się zjednoczyć i stać się jedną istotą. Nasze niezaspokojone pragnienie i nasza zakazana rozpusta przeplatały się z rozkoszą. Wszystko to było dla nas źródłem nieustającego bólu. Czuliśmy się tak, jakby ciąg naszych orgazmów był przebity sztyletem. Niedawno zaszłam w ciążę. Abraham i ja sądziliśmy, że jesteśmy aniołami – istotami z innego świata, których nie dotyczą ludzkie zjawiska. Musieliśmy powrócić do rzeczywistości. Po pięciu miesiącach mój brzuch zaczął być wydęty. Pewnej nocy Czarna Dama odwiedziła śpiącego Abrahama. Była szaleńczo wściekła i zazdrosna. Kiedy mój ojciec się obudził, powiedział: „Będę odpowiedzialny za twoją śmierć. Kostucha nigdy nie wysłucha moich błagań, a jej okrucieństwo nie zna granic. Nie uda ci się przeżyć porodu. Zrozum mnie, córko i żono. Muszę się poświęcić i oddać się Śmierci. Muszę pozwolić, aby zabrała mnie do swojego lodowego pałacu. W ten sposób zaspokoję jej miłość i sprawię, że nie zostaniesz przez nią pożarta”.

Szlochałam przez wiele dni, ale nie byłam w stanie go przekonać, że to ja powinnam była zniknąć. Napełnił wannę miodem, zanurzył się w tym złotym syropie i spokojnie popełnił samobójstwo. W chwili śmierci patrzył prosto na mnie. Nie zamknął oczu. Uśmiechał się, a nad żółtą powierzchnią miodu powoli krążyły pszczoły, które utworzyły coś w rodzaju korony. Pod materacem znalazłam następujący list: „Nigdy nie przestanę Cię kochać. Proszę, opiekuj się moimi pszczołami. Nie porzucaj ich. Stanowią one bowiem żywy pomnik ku mojej pamięci”.

Położyłam się na łóżku, rozłożyłam nogi i wypuściłam z genitaliów coś, co przypominało długi powiew wiatru. Mój brzuch się skurczył i nic nie pozostało z naszego dziecka. Nasz potomek zmienił się w powietrze.

Teresa nigdy nie odpowiedziała na ten list. Ojcowski dom odwiedziła dopiero wtedy, gdy postanowiła przeprowadzić się do Odessy wraz z Alejandrem i czworgiem ich dzieci. Niewyraźny kształt wyszedł im na powitanie. Kiedy znaleźli się w środku, pszczoły oddaliły się od Fiery Seca, po czym obsiadły małe talerzyki wypełnione słodkimi sokami i zajęły się jedzeniem. Fiera Seca z płaczem rzuciła się w umięśnione ramiona Teresy. Zachowywała się tak, jakby nie zauważyła mojego dziadka i dzieci.

– Och, siostro! Nikt nie wie o śmierci Abrahama. Wciąż robię okropne miny, gdy wychodzę z domu na zakupy. Kiedy ludzie przychodzą po miód, spotykam się z nimi pokryta owadami. Wszyscy myślą, że jestem Abrahamem. Nigdy nie pochowałam naszego ojca.

Gdy rodzina wprowadzała się do domu, Fiera Seca zaprowadziła Teresę do stodoły. Znajdowało się tam mnóstwo uli, z których wydobywało się bzyczenie przypominające requiem. Pomiędzy nimi stała wanna wypełniona miodem, a pod jego żółtą powierzchnią widać było uśmiechnięte zwłoki.

– Miód jest święty, siostro. Konserwuje ciało na wieczność. Abraham nigdy nie chciał odejść z tego świata. Czuję, że przez cały czas jest blisko mnie. Czeka na mnie.

Po wypowiedzeniu tych słów Fiera Seca zdjęła z siebie ubranie i ukazała swoje nagie ciało. Delikatna struktura jej skóry była tak subtelna, że było na niej widać naczynia krwionośne przypominające użyłkowanie liścia. Z tą anielską delikatnością kontrastował potężny i zwierzęcy wzgórek łonowy porośnięty czarnymi włosami, które pokrywały cały brzuch aż do pępka i były tak ciemne, że aż mieniły się na niebiesko.

– Nie powinnam zostawiać pszczół. Są powodem, dla którego pozostałam na tym świecie. Abraham poprosił mnie, żebym o nie zadbała. Skoro jednak tu przyjechałaś, mogę odejść. Pozostawiam te stworzenia pod twoją opieką. Jeżeli będziesz się nimi sumiennie opiekowała, wyżywią całą twoją rodzinę.

Bez żadnych dalszych wyjaśnień wskoczyła do wanny, objęła swojego ojca i pozwoliła, aby miód przykrył całe jej ciało. Nie było po niej widać, że się topi i umiera. Wyglądała tak, jakby nie doświadczała żadnego cierpienia. Po prostu raz na zawsze znieruchomiała, a jej oczy pozostały szeroko otwarte i wpatrzone w oczy nieżyjącego Abrahama.

Teresa miała poczucie, że jest równie martwa jak jej ojciec i siostra. Przy życiu utrzymały ją jednak zobowiązania wobec rodziny. A także nienawiść. Zwłaszcza nienawiść. Uczucie to było dla niej źródłem energii, dzięki której tolerowała otaczający świat. Robiła to jednak tylko po to, aby móc na niego przeklinać. W każdej rzeczy dostrzegała obecność okrutnego i podłego Boga. Wszystko wydawało jej się absurdalne, nietrwałe lub niepotrzebne. Egzystencja sprawiała jej ból. Potrafiła wyczuć nieustający strach ukryty w śmiechu, w przyjemnych chwilach oraz w głupiej niewinności dzieci.

Świat był dla niej czymś w rodzaju więzienia, kostnicy albo chorego snu, który przyśnił się potwornemu Stwórcy. Gniew towarzyszył jej od rana do nocy. Najbardziej irytował ją jednak fakt, że pod tą nienawiścią ukrywał się nadmiar miłości. W dzieciństwie nauczyła się wielbić Boga ponad wszystko. Teraz natomiast była kompletnie rozczarowana i nie wiedziała, co zrobić z tą głęboką miłością. Nie była w stanie skierować tych oceanów namiętności w stronę męża i dzieci, ponieważ byli oni skazani na przedwczesną śmierć.

Jakikolwiek wypadek mógł odebrać im życie w taki sam sposób, w jaki Dniepr wystąpił z brzegów i zabił małego Joségo. Poczucie bezpieczeństwa jest kruche, ponieważ nic nie trwa wiecznie. Wszystko się kurczy i zmienia w nicość. Mogły się wydarzyć niewyobrażalne tragedie. Kamień mógł spaść z nieba i zmiażdżyć całą jej rodzinę. Mrówka mogła złożyć jaja w ich uszach, przez co zaczęłyby się wylęgać armie maleńkich potworów, które pożarłyby ich mózgi. Morze cuchnącego błota mogło zsunąć się ze zbocza góry i przykryć całe miasto. Oszalałe kury mogłyby poczuć żądzę krwi i wydziobać oczy dzieciom. Wszystko mogło się wydarzyć.

Cóż można było zrobić z tą niezaspokojoną miłością, która nagromadziła się w jej piersi i wstrząsała jej sercem tak gwałtownie, że jego bicie dniami i nocami rozbrzmiewało na ulicach i zagłuszało chór chrapnięć? Pewnego dnia niespodziewanie odkryła, że jedynym elementem świata zasługującym na jej miłość są pchły! Nie rozumiała swojego wyboru. W pewnym momencie przypomniała sobie pchli występ cyrkowy, który widziała jako dziecko. Postanowiła, że zacznie szkolić te owady. Zawsze wywiązywała się z zadań, które spoczywały na niej z racji tego, że była żoną i matką. Zapewniała swojej rodzinie czysty dom, gotowała i prasowała, ale przez cały czas rzucała przekleństwami. Zmuszała czwórkę swoich dzieci do tego, aby przed położeniem się do łóżka klękały i recytowały: „Bóg nie istnieje. Bóg nie jest dobry. Nie ma żadnego życia po śmierci. Możemy liczyć co najwyżej na to, że po naszej śmierci kot nasika na nasze groby”. Jej dzieci spały pod grubą kołdrą obok ceglanego pieca, a ona sama chowała się w zimnej piwnicy i zajmowała się udomawianiem swoich pcheł.

Gdy wyprowadzała się z domu ojca, zabrała ze sobą jego zegarek kieszonkowy. Była to jedyna pamiątka, jaką chciała zachować. Wyjęła z zegarka mechanizm, po czym wykręciła białą tarczę wraz ze znajdującymi się na niej rzymskimi cyframi i wskazówkami przypominającymi kobiece nogi. Następnie zrobiła otwory w obudowie, aby jej maleńkim podopiecznym nie zabrakło niezbędnego tlenu. Miała siedem pcheł i dawała im do picia własną krew. Każdej z nich przydzieliła określony obszar swojego ciała: nadgarstki, tylne części kolan, piersi i pępek. Kupiła szkło powiększające i inne niezbędne przyrządy, po czym zrobiła dla swoich owadów kostiumy, dekoracje, maleńkie przedmioty, meble i pojazdy. Zaczęła poświęcać mniej czasu na sen i całymi nocami uczyła pchły skakać przez obręcze, strzelać z miniaturowej armaty, uderzać w bębenki, huśtać się i grać w piłkę. Stopniowo poznawała każdą z nich. Pchły miały własne osobowości, nieco odmienne ciała i indywidualne formy inteligencji. Teresa nadała im imiona i porozumiewała się z nimi lepiej niż z psami. Łączyła ją z nimi głęboka więź. Po jakimś czasie zaczęła z nimi rozmawiać i spiskować przeciwko Bogu.

Swoją czułą relację z pchłami porównywała z tym, czego doświadczyła ze strony żydów. Jej odraza przybierała na sile. Chciała zmienić swoją przynależność rasową. Miała ochotę porzucić przeszłość i rozpocząć życie z jakimś gojem. Przez cały czas nosiła jednak nazwisko Levi, które było czymś w rodzaju sześcioramiennej gwiazdy wyrytej na jej czole. Mój dziadek nie przyznawał się Teresie do tego, że wciąż widuje Rabina z Kaukazu. Chciał bowiem uniknąć jej napadów złości, które bywały tak gwałtowne, że czasami po ich zakończeniu trzeba było wymieniać meble. Pewnego dnia poznał arystokratów polskiego pochodzenia, którzy nie chcieli, aby ich jedyny syn służył w wojsku z wieśniakami. Członkowie tej zamożnej rodziny kupili od skorumpowanego urzędnika oficjalne papiery, dzięki którym Alejandro mógł zaciągnąć się do armii zamiast ich delikatnego syna. Ich nazwisko rodowe brzmiało Jodorowsky. Za jego sprawą mój dziadek po zakończeniu służby mógł bez żadnych poważnych problemów przekraczać granice i przenieść się z rodziną do innego kraju. W ciągu zaledwie pięciu lat moi przodkowie zniknęli pośród ludzi, którzy nie należeli do „narodu wybranego”.

Teresa cierpliwie czekała na powrót swojego męża. Utrzymywała rodzinę dzięki sprzedaży miodu oraz słodkich bułeczek mających kształt księżyców, wież i krabów. Nocami natomiast pracowała ze swoimi siedmioma pchłami, aby w ten sposób uciec przed samotnością. Liczyła na to, że uda jej się opracować metodę pozwalającą przewidywać przyszłość. W tym celu próbowała interpretować kształt śladów pozostawianych przez pchły tańczące na rozsypanej mące.

Rabin niespecjalnie pomagał Alejandrowi podczas jego służby wojskowej, ponieważ świat żołnierzy wydawał mu się nieczysty. Gdy patrzył na mojego dziadka pożerającego w kantynie kotlety wieprzowe lub inne zakazane produkty, jego twarz stawała się jeszcze bardziej żółta, a ze skośnych oczu zaczynały wypływać łzy, które były równie niematerialne jak jego ciało. Alejandro mówił mu wtedy:

– Nie rozumiesz mnie. Muszę jeść te rosyjskie świństwa, ponieważ w przeciwnym razie wszyscy domyślą się, kim jestem. Wystarczająco wiele trudu sprawia mi ukrywanie obrzezanego penisa. Co możesz wiedzieć o bólu w moim żołądku, skoro nie masz nawet materialnych jelit? Mam wrażenie, że próbujesz po prostu dodać jeszcze więcej cierpienia do moich smutków. Wolałbym, żebyś przestał do mnie mówić.

Podczas tych męczących pięciu lat służby wojskowej Rabin nie wypowiedział więcej ani jednego słowa.

Alejandro miał inne problemy. Ilekroć trzymał w rękach karabin, stawał się blady jak ściana, przewracał się i wymiotował. Oficerowie próbowali uzdrawiać go za pomocą kopniaków i chłostania, ale po jakimś czasie zaczęli jednak mieć tego dość. Kazali więc Alejandrowi zająć się pracą w kuchni i czyszczeniem butów całego szwadronu. Mój dziadek musiał również sprzątać latryny i stajnie. Nie przygnębiało go to, ponieważ przywykł do tego, że dostaje ciosy od życia. Postanowił więc potraktować upokarzające czynności jako coś w rodzaju praktyki zawodowej. Doszedł do wniosku, że Bóg każe mu obierać zdeformowane warzywa, polerować cuchnące buty oraz sprzątać ludzkie i końskie odchody, ponieważ chce go nauczyć czegoś ważnego.

Przez cały czas pozostawał życzliwy, spokojny i uśmiechnięty. Obierał całe tony ziemniaków, marchewek i ogórków. Wymagano od niego ilości, a nie jakości, mimo to próbował robić wszystko nie tylko szybko, ale również dobrze. Dbał o to, żeby jedzenie było czyste, żeby warzywa nie były wyschnięte i żeby na ziemniakach nie było oczek ani zgniłych fragmentów. Bezustannie doskonalił swoją umiejętność obierania warzyw, aby nie marnować nawet odrobiny pożywienia. Ciągłe skrobanie brudnych skórek spowodowało, że zaczął widzieć samego siebie. Czuł się tak, jakby za sprawą codziennej pracy usuwał ze swojej pamięci stare powłoki, bóle, urazę i zawiść. Gdy trzymał w dłoni obrane i czyste warzywo, miał wrażenie, że w jego wnętrzu rodzi się coś nowego. W ostatnich miesiącach służby wojskowej czerpał radość z pracy w kuchni. Podczas obierania warzyw śpiewał z niewinnością małego dziecka.

Do uprzątania ekskrementów również podchodził z niewinnością, ale była to niewinność tysiącletniego człowieka. Nie miało dla niego znaczenia, czy zajmuje się ludzkimi odchodami czy końskimi. Kiedy czyścił latryny, jego duszę wypełniało głębokie współczucie, które po jakimś czasie przekształcało się w czułość. Kał był dla niego świadectwem zwierzęcej natury ludzkiej duszy i przejawem związku duszy z cielesnością. Z zachwytem rozmyślał o tym, że w ciałach produkujących tę cuchnącą magmę równie dobrze może pojawić się wiara, a także miłość i wiele innych delikatnych uczuć. Nauczył się szanować ekskrementy i uważał, że pod żadnym względem nie jest od nich lepszy. Zaczął patrzeć na wszystkie rzeczy z tego pokornego poziomu. Gdy opróżniał pojemniki z odchodami, otwierał swoje serce. Starał się być prawdziwym sługą, który spogląda na dzieło Boga przez pryzmat cierpienia i dąży do tego, aby nadać blask całemu światu. Odkrył w swoim wnętrzu Boskiego Zwierzchnika i z ekstatyczną radością zapragnął otrzymać od niego błogosławieństwo, dzięki któremu stałby się dla niego użyteczny. Podczas sprzątania tych ubrudzonych kałem miejsc po raz pierwszy w życiu zaczął się szczerze modlić. Nie mieściło mu się w głowie, że Istota Najwyższa zechciała nawiązać kontakt ze zwykłym zbieraczem ekskrementów. Doszedł więc do wniosku, że drzwi do boskości są otwarte również dla wszystkich innych ludzi, którzy bez wyjątku są bardziej wartościowi od niego.

Przez niemal pięć lat czyścił buty, zdrapywał z nich brud, pastował je, natłuszczał i glansował szmatką. Całymi godzinami naprawiał podeszwy i wyrównywał odgięte gwoździe. Po jakimś czasie zaczął lubić tę pracę. Jego instruktorzy często mówili mu: „Stopa jest najważniejszym elementem armii. Żołnierz w źle dopasowanych butach to żołnierz stracony”. Piechurzy regularnie przemieszczali się w złych warunkach pogodowych, brali udział w długich marszach albo uczestniczyli w licznych manewrach wojennych. Z tego względu ich kończyny dolne musiały być dobrze zabezpieczone.

Alejandro postrzegał życie jako duchową wojnę i odczuwał niemal nieznośny smutek na myśl o biednych ludziach, którzy chodzili na bosaka albo musieli znosić ból spowodowany noszeniem tandetnego obuwia. Szewstwo pasowało do jego skromności. Uważał, że jako sługa powinien dążyć do tego, aby efekty jego pracy były dziełami sztuki. Jego obuwie miało zachęcić do tańczenia nawet tych ludzi, którzy do tej pory wyłącznie chodzili. Pewnego dnia kapitan cuchnący wódką i kiełbasą z głośnym rechotem dał mu parę butów ubrudzonych żydowską krwią. Alejandro czyścił je przez godzinę – nie po to, żeby nadać im blask, ale żeby zetrzeć z nich bolesną plamę. Przyrzekł sobie wtedy, że będzie tworzył wyłącznie wysokojakościowe buty, które będą równie delikatne i wytrzymałe jak wierne zwierzęta. Dobre obuwie sprawia, że ciało jest zdrowe. Tańczący człowiek może śpiewać, a wszystkie pieśni (zarówno ludzi, jak i zwierząt) wysławiają Boga.

Gdy tylko Alejandro został zwolniony ze służby wojskowej, Rabin znów się uśmiechnął. Po pięciu latach spędzonych wśród umundurowanych gojów radośnie ruszył wraz z moim dziadkiem w kierunku żydowskiej wspólnoty. Za sprawą radości leciał nad dachami domów szybko jak wielka wrona. Alejandro zobaczył uciekające wróble i zdał sobie sprawę, że są w stanie zobaczyć zjawę. Dzięki temu jego umysł uwolnił się od ciężaru. Dla mojego dziadka był to bowiem dowód na to, że nie oszalał. Wykrzyczał do Rabina:

– Hej, przyjacielu! Zbliż się do mnie! Teraz wiem, że nie jesteś halucynacją! Powróćmy do naszych rozmów.

Mężczyzna z Kaukazu zrezygnował z towarzystwa suchego liścia dryfującego na wietrze, wylądował i powiedział:

– Panie Levi... Proszę wybaczyć, chciałem powiedzieć: panie Jodorowsky. W ciągu ostatnich lat nie mogłem do ciebie mówić, więc skupiłem się we własnym wnętrzu i zająłem się przeglądaniem świętych ksiąg, które znam na pamięć. Pomyślałem sobie, że powinienem je streścić w jednym tomie, następnie w jednym rozdziale, później na jednej stronie, a na koniec w jednym zdaniu. To zdanie jest najlepszą rzeczą, jaką mogę ci przekazać. Pozornie jest bardzo proste. Jeśli jednak je zrozumiesz, już nigdy więcej nie będziesz musiał się uczyć. – Po czym Rabin wyrecytował następujące zdanie: – Ta chwila sama w sobie jest doskonałością; jeśli Boga nie ma w tym miejscu, nie ma Go nigdzie.

W tym momencie życie Alejandra uległo zmianie.

Teresa powitała mojego dziadka nieśmiało, przytulając bliźnięta do swojego ciała. Alejandro nie miał wąsów, brody, długich włosów ani kędzierzawych pejsów zwisających obok uszu. Zmienił się nie do poznania, a na dodatek był ubrany jak goj. Jego uśmiech stał się pustym grymasem. Jego żona przybrała na wadze, a dzieci urosły. Chłopcy mieli niemal siedem lat, a dziewczynki około sześciu. Benjamín był zupełnie łysy. Fanny zakręciła włosy i ufarbowała je na agresywny kolor czerwony. Jaime i Lola byli do siebie podobni jak dwie krople wody. Różnili się jednak tym, że on był umięśniony, a ona chuda jak zjawa. Moja babcia stała się trzy razy większa (później powiedziała, że przytyła, ponieważ w ramach oszczędności żywiła się wyłącznie miodem), a ponadto z dumą odsłaniała czaszkę porośniętą gąszczem siwych włosów, które mocno kontrastowały z jej okrągłą młodą twarzą o rumianych policzkach.

Alejandro wybuchnął płaczem i zaczął głośno szlochać. Upadł na kolana. Moja babcia dopiero wtedy go rozpoznała. Wepchnęła mu chłopców w ramiona, po czym wybiegła z pomieszczenia. Dzieci zaczęły wymachiwać rękami na wszystkie strony, wyrwały się z objęć ojca, pobiegły do ciemnego kąta i skuliły się jak przerażone kurczęta. W żadnym wypadku nie mogły zaakceptować tego intruza.

Rabin przemówił do Alejandra:

– Wstrzymaj się z okazywaniem uczuć. Poczekaj. Okazywanie czułości to jedno, ale zmuszanie drugiej osoby do jej przyjęcia to zupełnie co innego. Za jakiś czas twoja rodzina sama się do ciebie zbliży.

Teresa wróciła w czystej sukience i starannie uczesanej peruce w kolorze czarnym. Przyniosła kilka plastrów miodu w glinianym dzbanku. Jednym groźnym, a zarazem życzliwym krzykiem przegoniła bliźnięta do stodoły. Alejandro łapczywie jadł miód, wypluwając co jakiś czas kawałki wosku.

Teresa położyła się na łóżku, mocno zmarszczyła brwi i powiedziała:

– Powiedz sam-wiesz-komu, że również ma wyjść.

Alejandro z wielką powagą odrzekł:

– Nie muszę. Wyszedł razem z dziećmi.

Następnie rzucił się na Teresę, rozrywając na kawałki jej sukienkę i bieliznę. Małżonkowie uprawiali miłość z taką namiętnością, że załamało się pod nimi łóżko, które przewróciło stojący obok koksownik. Rozżarzone węgle rozsypały się po podłodze i podpaliły drewno, a ogromne płomienie zaczęły pochłaniać meble i ściany. Moi dziadkowie niczego nie zauważyli i nawet na chwilę nie przerwali swoich pieszczot. Ogień nie przeniósł się na łóżko. Być może był to rezultat boskiej interwencji, a być może tego, że pościel była przesiąknięta potem małżonków. Po końcowej orgazmicznej eksplozji kochankowie powrócili do rzeczywistości i odkryli, że ich dom zmienił się w dymiące ruiny.

– Nie ma czego żałować – powiedziała Teresa do mojego dziadka. – Wszystkie rzeczy dzieją się wtedy, gdy nadchodzi na nie czas.

– Wiem o tym – odrzekł Alejandro. – Jeżeli człowiek nosi w sobie wiarę, każde zdarzenie jest dla niego zmianą na lepsze.

– Chodź za mną. Mam dla ciebie niespodziankę.

Teresa i Alejandro poszli do kamiennej stodoły na końcu podwórza. Dzieci nie zwróciły na nich uwagi i stały w bezruchu niczym posągi z soli ukryte pod chmurą pszczół. Moja babcia trzy razy klasnęła jak cyrkowy konferansjer. Pszczoły natychmiast wróciły do pracy, a dzieci zaczęły posępnie rozlewać miód do butelek.

– Dokładnie przyjrzyj się ulom, Alejandro. Czy którykolwiek z nich wygląda dziwnie?

Mój dziadek z całych sił wpatrywał się w ule, ale nie zauważył w nich nic niezwykłego.

– Zapytaj sam-wiesz-kogo.

Alejandro posłuchał żony i pomyślał o swoim przyjacielu z Międzyświata. Rabin krążył po stodole pod postacią maleńkiej chmury. Powrócił do swojej ludzkiej formy, po czym podszedł do mojego dziadka i wskazał palcem ul, który z pozoru niczym nie różnił się od pozostałych.

– Tereso, coś mi mówi, że chodzi o ten ul.

– A czym on się różni od pozostałych uli, Alejandro?

Mój dziadek przełknął ślinę i kątem oka spojrzał na Rabina, który podpowiedział mu:

– Przez znajdujący się w nim otwór wylatuje i wlatuje mniejsza liczba pszczół.

– Masz rację! Jesteś dobrym obserwatorem! Ja zauważyłam to dopiero po czterech latach. Czy jesteś w stanie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje?

– Ten ul ma fałszywe dno, Tereso.

– Brawo! Gratuluję, Alejandro! Właśnie o to chodzi.

Ta pochwała była bolesnym ciosem dla pokory mojego dziadka. Gdy spojrzał na siebie z perspektywy żony, jego oczy napełniły się łzami, a gardło szlochami.

– Jesteś bardziej dziecinny niż dzieci – powiedziała moja babcia. – Kiedy nauczysz się akceptować swoje zalety? Twoja szlachetność powoduje, że nie zwracasz uwagi na ludzi, którzy cię upokarzają i wykorzystują! – Aby pocieszyć męża, przyłożyła jego twarz do biustu.

Alejandro poczuł się tak, jakby jego nos przemierzył milę pomiędzy piersiami Teresy, a następnie dotknął ciepłego zagłębienia, które drżało w rytm uderzeń jej ogromnego serca.

– Chodź ze mną! – powiedziała Teresa.

Wzięła mojego dziadka za rękę i podeszła razem z nim do ula. Wyciągnęła kilka gwoździ i otworzyła tylne drzwiczki. W skrytce znajdowała się skórzana szkatułka. Gdy moja babcia ją otworzyła, Alejandro przestał płakać, stracił kontrolę nad mięśniami twarzy i otworzył oczy tak szeroko, że jego gałki oczne niemalże wyskoczyły z oczodołów. Szkatułka była wypełniona złotymi monetami!

Teresa wybuchła nerwowym chichotem.

– Tak, mój przyjacielu. Nadszedł czas na to, abyśmy wynieśli się z tej ciasnej okolicy pełnej brodatych fanatyków i łysych wiedźm! Zamieszkamy w wolnym świecie, w którym nie trzeba wierzyć w tego okrutnego Boga żądającego absolutnej adoracji i zsyłającego na nas masakry!

– Tereso, ale skąd się wziął ten cały majątek?

– Znalazłam pod monetami list od mojego ojca. Przeczytam ci go.

Piszę te słowa, ponieważ być może pewnego dnia znajdziesz skarb, który dla mnie był bezużyteczny. Przez trzy pokolenia nasza rodzina zdobywała się na wielkie poświęcenia, aby zebrać te pieniądze. Znaczną ich część mój ojciec Moisés dostał od Davida – mojego dziadka, który był państwowym poborcą podatkowym na Węgrzech. W tamtym czasie goje pozwalali żydom wykonywać wyłącznie ten zawód, ponieważ inkasowanie pieniędzy było dla nich czymś deprecjonującym. Mój dziadek odbierał ludziom ich majątek, przez co żył pomiędzy nienawiścią ze strony społeczeństwa a pogardą ze strony arystokracji.

Pewnego dnia przeliczył swoje oszczędności i spojrzał na siebie w lustrze. Był tak zniesmaczony własnym odbiciem, że na jego lewym oku wyrósł guz. Niecały miesiąc później oślepł na to oko. Następnie na jego dłoniach pojawiły się brodawki, a na jego plecach rany. Przestał jeść i zmarł. Pod koniec życia był chudy i blady jak parafinowa świeczka. Mój ojciec dostał w spadku skórzaną szkatułkę, która w dwóch trzecich była wypełniona. Po pogrzebie Davida wyjechał na Ukrainę, osiedlił się w Odessie i zarabiał na życie jako lichwiarz. Złote monety stawały się coraz liczniejsze, a uraza dłużników przybierała na sile. W końcu pewien arystokrata powiedział, że nie ma zamiaru spłacać swojego długu. Mój ojciec został pogryziony przez psy tego mężczyzny i obrzucony świńskimi odchodami przez jego służących. Nagi, cuchnący i zakrwawiony Moisés poszedł do synagogi w poszukiwaniu pocieszenia. W rozpaczy zaczął recytować Psalm 102: „Jestem podobny do kawki na pustyni, stałem się jak sowa w ruinach”. Rabini recytowali razem z nim: „Czuwam i jestem jak ptak samotny na dachu. Każdego dnia znieważają mnie moi wrogowie”. Moisés liczył na wsparcie współwyznawców, którzy narzucili na niego tałes. Pod koniec psalmu dosłownie wrzeszczał, nadwyrężając swoje struny głosowe. Biały jedwab został poplamiony czerwienią. W pewnym momencie przez okno wleciała pszczoła i przez chwilę krążyła wokół świętego kandelabru. Następnie usiadła na piersi rannego mężczyzny, który nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów i koncentrował się na komunikacji z Bogiem. Bez żadnego wyraźnego powodu wbiła żądło w jego serce. Mój ojciec miał poczucie, że cała jego krew zebrała się w tym narządzie, że jego klatka piersiowa wybuchła i że wrząca fala zalewa jego mózg. Upadł na podłogę i zaczął się trząść jak epileptyk. Przez pół godziny wył, po czym na trzy sekundy stracił przytomność. Kiedy się ocknął, był innym człowiekiem. Jego wąska tożsamość pękła, dzięki czemu mogła pojawić się wrażliwa i znacznie potężniejsza istota. Oznajmił, że Bóg rozbudził w nim miłość do pszczół, aby w ten sposób przekazać mu ważną wiadomość. Brudne pieniądze pozyskiwane dzięki pożyczkom miały zostać zastąpione przez wonny miód. Moisés unieważnił wszystkie długi i został pszczelarzem. Ukrył szkatułkę pełną złota w jednym ze swoich uli i przyrzekł sobie, że nie wykorzysta tego majątku, ponieważ sprzedaż miodu dostarcza wystarczająco dużo pieniędzy jemu i jego rodzinie. Jego żona Ruth nie potrafiła zaakceptować zmiany i czuła przerażenie na myśl o przyszłości. Przeszła na chrześcijaństwo i uciekła z jakimś Kozakiem, pozostawiając swoje jedyne dziecko w kołysce. Tym dzieckiem byłem ja. Podczas jednej ze swoich popijaw prymitywny Kozak zdał sobie sprawę, że moja matka upiła się w sobotę. Odciął jej więc głowę jednym ciosem swojej szabli. Sądzę, że to właśnie wtedy Śmierć przywłaszczyła sobie twarz mojej matki i zaczęła ją nosić jak maskę. Od tamtego czasu Moisés pozostawał pokryty pszczołami, aby w ten sposób usunąć swoje ciało ze świata. Dla mnie był zaledwie plamą drżących owadów. Nie jestem nawet w stanie powiedzieć, jakiego koloru były jego oczy. W zbyt dużym stopniu pozostawały ukryte pod drżącą warstwą trzepoczących skrzydełek. Kiedy umarł? Nigdy się tego nie dowiem. Pewnego dnia po prostu odkryłem, że ludzki kształt zbudowany z pszczół jest pusty. Niewykluczone, że gdy Moisés poczuł nadchodzącą śmierć, poprosił swoje owady, aby go zjadły. Wszedłem w sam środek roju i wypełniłem przestrzeń pozostawioną przez mojego ojca. Nadeszła moja kolej. Nigdy nie musiałem użyć nawet jednej z tych monet.

– Abraham Groismann

Alejandro i Rabin byli poruszeni. Nie potrafili sobie wyobrazić, jak mocno moja babcia była przywiązana do tej skórzanej szkatułki.

– Niczego nie zmieniajmy, Tereso. Użyjemy tylko kilku monet, aby odbudować dom. Resztę włożymy z powrotem do ula. Utrzymujmy się ze sprzedaży miodu, cudu wytwarzanego przez pszczoły. Niewykluczone, że pewnego dnia ludzie będą równie zorganizowani i spokojni jak te owady. Wcześniej muszą jednak nauczyć się ze sobą współpracować.

– Dość! – przerwała Teresa. – Nie chcę czuć się jak ofiara. Jeśli tu zostaniemy, ludzie postanowią poderżnąć nam gardła, a Adonai nie będzie miał nic przeciwko temu. Związek Narodu Rosyjskiego oskarża żydów o kradzież krwi chrześcijańskich dzieci. W każdym mieście są publikowane Protokoły mędrców Syjonu, a cały kraj ostrzy noże ofiarne. Czego dokładnie chcesz bronić? Czarnej szaty? Futrzanej czapki? Brody i pejsów? Szabasu? Kilku świąt opartych na bajeczkach? Kilku modlitw w martwym języku? Uciętego napletka? Czy na tym właśnie polega bycie żydem? Pfe! Jesteśmy równie odrażający jak wszyscy inni ludzie! Dlaczego więc nie mielibyśmy dopasować się do reszty? Przeprowadźmy się do Stanów Zjednoczonych. Wszyscy obywatele tego kraju mieszkają w pałacach i na zębach mają złote korony. Nie zwracają uwagi na twoje nazwisko i nie pytają cię o pochodzenie. Interesuje ich wyłącznie to, ile posiadasz. A my mamy fortunę. Będziemy tam mile widzianymi gośćmi. Jeszcze dziś możemy złożyć wniosek o zgodę na wyjazd. Odetnijmy się od naszych korzeni!

Jeszcze tego samego popołudnia przewieźli wannę z dwoma zachwyconymi trupami na brzeg Dniepru i wsunęli ją do wody. Została porwana przez nurt i popłynęła w kierunku czerwonawego słońca jak mały biały statek. Pszczoły uformowały czarną zwartą chmurę i poleciały w ślad za wanną.

Alejandro, Teresa i czworo ich dzieci porzucili opustoszałe ule, po czym wyjechali z Odessy ze szkatułką, którą moja babcia zawiesiła pomiędzy swoimi piersiami. Zabrali ze sobą tylko ubrania, które mieli na sobie tamtego dnia. Następnie wynajęli pokój hotelowy w mieście Kropywnycki. Dzięki polskiemu nazwisku i magicznemu wpływowi kilku złotych monet nie mieli żadnych problemów ze zdobyciem wizy wyjazdowej.

„Wydaję niniejszy certyfikat obywatelowi Alejandrowi Jaimovichowi Jodorowsky’emu (wiek trzydzieści sześć lat) pochodzącemu z rejonu Złotopola w Guberni Kijowskiej. Ten dokument potwierdza, że władze miasta Złotopol nie mają nic przeciwko temu, aby wyżej wymieniony Alejandro Jodorowsky wyemigrował wraz ze swoją żoną Teresą Jodorowsky (nazwisko panieńskie Groismann, wiek trzydzieści lat) oraz ich dziećmi Benjamínem i Jaimem (urodzonymi 25 lipca 1901 roku) oraz Lolą i Fanny (urodzonymi 4 lipca 1902 roku). Na podstawie protokołów władz miasta ustalono, że wyżej wymieniony Alejandro Jodorowsky i jego rodzina nie popełnili żadnych przestępstw kryminalnych ani cywilnych. Ja – Władimir Grigoriewicz Szewczenko, notariusz w biurze przy ulicy Upenchaya numer 27 w mieście Kropywnycki – dostarczyłem oryginał i kopię tego dokumentu rodzinie Jodorowskych, która rezyduje w pobliżu trzeciego komisariatu w mieście Kropywnycki. 14 marca 1909 roku”.

Cóż za ogromna radość! Dzięki temu skrawkowi papieru Teresa i Alejandro mogli pojechać nawet na koniec świata! Znajdował się na nim szereg stempli, pieczęci, podpisów i górnolotnych słów dających wolność: kodeks, dokument, certyfikat, władza, rodzina, przestępstwa, komisariat, administracja! „Ten Władimir to śmieszny człowiek” – zauważyła Teresa po ataku szczęścia. Następnie zaprowadziła całą swoją rodzinę do dużego sklepu, aby ubrać ją w odzież noszoną przez gojów.

Teresa i Alejandro wypełnili jedzeniem kilka koszyków, po czym kupili bilety kolejowe trzeciej klasy i pojechali pociągiem do Paryża. Zamierzali zdobyć tam wizy na wyjazd do Stanów Zjednoczonych i wsiąść na statek wypływający z Marsylii. Mieli nadzieję, że podczas podróży nauczą się angielskiego i na zawsze zapomną jidysz i rosyjski.

Pożywili się śledziami w śmietanie, blinami, piklami i szarlotką. Kiedy już napełnili żołądki, podnieśli wzrok i zaczęli przyglądać się pozostałym pasażerom. Liczyli na to, że zobaczą wokół siebie gojów. Ze smutkiem stwierdzili jednak, że cały wagon jest wypełniony nędznie wyglądającymi żydami. Teresa zachowywała się tak, jakby wszyscy ci emigranci nie istnieli. Beknęła, westchnęła z satysfakcją i jeszcze mocniej przycisnęła drogocenną szkatułkę do piersi. Upewniła się, że dzieci śpią, a następnie uszczypnęła męża w nogę, aby przyciągnąć jego uwagę.

– To będzie długa noc, Alejandro. Jesteśmy na dobrej drodze. Wreszcie będę miała czas na to, żeby opowiedzieć ci o tym, czym zajmowały się twoje dzieci przez pięć minionych lat.

Mój dziadek dopiero po godzinie był w stanie skoncentrować się na opowieściach mojej babci. Patrzył na otaczających go żydów, którzy siedzieli ściśnięci na wąskich ławkach i trzymali na kolanach pakunki owinięte w wyblakłe strzępy tkanin. Wyglądali dostojnie pomimo swojej niedoli. Niektórzy z nich nosili bandaż na głowie, a inni mieli rękę na temblaku, podbite oko lub złamany nos. Niewątpliwie uciekali przed pogromem. Wszystko to napełniało Alejandra przytłaczającym smutkiem. Och! Te kobiety o wielkich i pomarszczonych dłoniach liżące rany swoich dzieci z psią miłością! Och! Ci niedożywieni i poturbowani mężczyźni o oczach płonących żarliwością religijną! Och! Te dzieci ubrane na czarno – spokojne, mądre i pochłonięte czytaniem Biblii, którą znają już na pamięć! Wszystkie te osoby wyglądały jak plemię sprawiedliwych ludzi, którzy cierpią wyłącznie dlatego, że kochają Boga ponad wszystko inne! Rabin ubolewał nad tym, że nie ma prawdziwego ciała, za pomocą którego mógłby przytulić i ogrzać uciekinierów albo ucałować rany na ich stopach. Latał z miejsca na miejsce i na widok niedoli rodaków wydawał jęki rozdzierające serce.

Teresa raz po raz szczypała Alejandra, który stopniowo stawał się coraz bardziej zaabsorbowany jej opowieściami. Benjamín i Jaime mieli kompletnie odmienne osobowości. Każdy z nich odczuwał dziwną potrzebę odróżnienia się od brata. Jaime (który w wieku dwudziestu ośmiu lat został moim ojcem) był zainteresowany pracą fizyczną, brutalnymi zabawami oraz zabijaniem wróbli, kotów i mrówek. Stał się ekspertem od filatelistyki i od obijania twarzy dzieciom mieszkającym w okolicy. Benjamín natomiast obserwował życie pszczół, zbierał książki z bajkami i robił wszystko, aby jak najszybciej nauczyć się czytać. Lubił podlewać rośliny, zawsze spał przy zapalonej świecy i nie bawił się z innymi chłopcami. Nawet najdelikatniejszy kontakt z szorstką tkaniną powodował, że na delikatnej skórze jego dłoni powstawały rany.

Sytuacja wyglądała podobnie w przypadku bliźniaczek. Lola była tak małomówna, że zdawała się znać tylko dwa słowa: „tak” i „nie”. Jadła bardzo mało i lubiła codziennie się kąpać – nawet w zimnej wodzie. Malowała przepiękne widoczki na etykietkach przylepianych do słoików z miodem. Nie znosiła pomagać matce w kuchni, ale uwielbiała nakrywać do stołu, zapalać świece i wyszywać maleńkie ptaki na serwetkach. Fanny była natomiast porywcza, zabawna i żarłoczna. Chętnie ukręcała łby kurom i ze zdumiewającą szybkością obierała ziemniaki. Ilekroć jej pulchne palce używały igły do cerowania, pojawiało się w niej obrzydzenie. Uwielbiała prace ciesielskie, kopanie w ziemi i czyszczenie komina. W lecie lubiła natomiast podkradać owoce z drzew należących do sąsiadów.

Chłopcy nie dogadywali się ze sobą zbyt dobrze. Tak samo było z dziewczynkami. Dzieci połączyły się w dwie pary mieszane. Benjamín był delikatnym chłopcem i lubił towarzystwo swawolnej Fanny. Dziewczyna szybko przejęła kontrolę nad duetem i broniła brata podczas ulicznych bójek. Potrafiła uderzać pięścią i kopać lepiej niż nicponie noszący spodnie. Jaime był z natury energiczny, ale zmieniał się w towarzystwie Loli. Dzięki niej pozbywał się nerwowości, za sprawą której bezustannie się poruszał – podskakiwał, wił się i psocił. Stawał w bezruchu i z zachwytem obserwował swoją młodszą siostrę. Kontakt z tą kobiecą doskonałością odsłaniał w jego wnętrzu niewyobrażalne pragnienia, subtelne uczucia i delikatne tendencje, które były dla niego męczące. Po chwili uwalniał się spod tego uroku, wybiegał na ulicę i obrzucał obelgami pierwszego napotkanego chłopca.

Teresa znajdowała się w stanie półsnu i nie przestawała mówić. W tym czasie pociąg pędził do przodu na przekór silnemu wiatrowi, parskał jak umierający byk i wyrzucał z siebie kłęby pary wodnej. Zatrzymywał się na całą wieczność na ciemnych stacjach, na których wsiadało do niego jeszcze więcej emigrantów. Grubi policjanci przeszli przez wagony, sprawdzając paszporty i otwierając bagaże. Odnosili się do żydów z szyderczym lekceważeniem. Gdyby kontrolerzy znaleźli choćby najmniejszy błąd w papierach którejś z osób, wyrzuciliby z pociągu całą jej rodzinę za pomocą kopniaków i ciosów zadawanych kolbami karabinów. Pozostali pasażerowie szybko zajęliby wolne miejsca.

Certyfikowany dokument sprawił, że na mocy kodeksu administracyjnego Jodorowscy przeszli kontrolę bez żadnych problemów. Wszyscy uważali ich za gojów, w związku z czym otaczała ich aura szacunku. Uciekinierzy nie ośmielali się na nich spojrzeć, ponieważ bali się ewentualnej agresji. Żołnierze zerknęli na magiczny dokument, po czym głośno stuknęli obcasami, energicznie zasalutowali i skrzywili się ze współczuciem. Przeprosili za to, że tak nobliwi pasażerowie muszą znosić towarzystwo hołoty. W wagonie trzeciej klasy rozbrzmiewały dialekty ze wszystkich części Europy. Słychać było jidysz z Litwy, Polski, Ukrainy, Krymu, Bułgarii, Austrii i Węgier. Nieszczęśni ludzie bez ojczyzny uciekali nie wiadomo dokąd.

Teresa próbowała nie zwracać na to wszystko uwagi. Mówiła po rosyjsku powoli i ostrożnie, aby nie ujawnić swojego żydowskiego akcentu. Wypowiadane przez nią słowa tworzyły pancerz oddzielający jej rodzinę od rzeczywistości, która stała się nieprzerwanym koszmarem.

Teresa pociągnęła Alejandra za lewe ucho i wyszeptała:

– Jeśli chcesz przeżyć, będziesz musiał się zmienić. Zapomnij o innych i troszcz się o nas. Żydzi ponoszą całą odpowiedzialność za wszystko, co się z nimi dzieje. Uważają się za wybrańców i wierzą w zabobony. Bóg zsyła na nich pecha. Śmierć karmi się dobrymi głupcami. Pójdźmy za przykładem gojów, którzy uważają, że każdy powinien pracować na siebie i że człowiek o najwilgotniejszych ustach zjada najwięcej. Przestań myśleć o niebieskich migdałach i posłuchaj opowieści o tym, w jaki sposób Benjamín stracił wszystkie włosy.

Pewnego wiosennego poranka naszą ulicą przejechał wóz cyrkowy pomalowany jak karawan pogrzebowy. Zmierzał w kierunku miejskiego rynku. Ciągnęły go dwa wychudzone konie udekorowane czarnymi piórami, a lejce trzymał mężczyzna przebrany za szkielet. Obok niego siedziała karlica, która była ubrana jak anioł z Sądu Ostatecznego i grała smutną melodię na starej trąbce. Przyciągnęły nas ich grzeszne spojrzenia i pobiegliśmy za nimi, aby obejrzeć spektakl.

Ci akrobaci naprawdę potrafili oczarować publiczność. Przeciętne przedstawienie nie mogłoby konkurować z Naturą, która żywiołowo budziła się z zimowego letargu. Wszędzie wokół można było zobaczyć wielobarwne motyle i zmysłowe kwiaty. Żałosna frywolność kilku cyrkowców nie byłaby w stanie zainteresować nikogo. Akrobaci byli jednak przebrani za ponure i bezzębne postacie, przez co wyglądali jak nędzne pozostałości po lodowatym chłodzie. Dzięki nim poczuliśmy się zdrowi, dobrze odżywieni i bezpieczni.

Pękaliśmy ze śmiechu na widok wygłodniałego klauna walczącego z kukiełką psa o kawałek kiełbasy. Równie zabawny był człowiek-guma przebrany za glistę, który robił przeróżne wygibasy wewnątrz trumny i groźnym głosem groził nam, że nas zje. Karlica rozwinęła dywan na środku rynku i postawiła na nim koszyk. Po chwili pojawił się chudy czarnoskóry mężczyzna w turbanie, długiej szacie, luźnych spodniach i pantoflach z czubkami zawiniętymi do góry. Prawdopodobnie to on był wcześniej przebrany za szkielet. Mężczyzna klęknął przed koszem i zaczął grać na flecie, który był długi i miał na końcu kulkę.

Nigdy przedtem nie widzieliśmy człowieka o takiej skórze. Była czarna i lśniąca jak odzież Kozaków. Co więcej, nigdy wcześniej nie słyszeliśmy tego rodzaju muzyki. Brzmiała jak pohukiwanie sowy połączone z wyciem rodzącej kobiety i skrzypieniem metalowych drzwi. Mężczyzna odezwał się w niezrozumiałym języku. Karlica powiedziała, że jest to sanskryt – magiczny język z Hindustanu. Następnie oznajmiła, że szanowni widzowie z Rosji po raz pierwszy będą świadkami poskramiania kobry, która jest królową jadowitych zwierząt. Poprosiła nas, abyśmy hojnie wypełnili jej trąbkę monetami i w ten sposób dodali otuchy hinduskiemu księciu.

Zaczęliśmy grzebać w kieszeniach i niechętnie oddaliśmy karlicy niewielką sumę pieniędzy. W tym czasie mężczyzna nie przestawał grać na flecie. Melodia rozbrzmiewała nieprzerwanie i przybliżała nas do krainy snów. Po chwili karlica przestała zbierać pieniądze i otworzyła koszyk. Jej papierowe skrzydełka zadrżały. Z koszyka wyłonił się ogromny wąż syczący jak wściekły kot. Rozłożył swój kaptur i rzucił się na czarnoskórego mężczyznę, który wykonał zręczny unik i zaczął grać bardziej rytmicznie. Wąż uległ urokowi muzyki i znieruchomiał w trwożnym błogostanie. Pozostawał sztywny i wyprostowany. Publiczność również była oczarowana.

Nie mam pojęcia, co przytrafiło się Jaimemu. W dalszym ciągu tego nie rozumiem. Wszyscy zamarliśmy z przerażenia i zostaliśmy zahipnotyzowani przez Hindusa i jego węża. Niemalże nie mieliśmy odwagi oddychać. W pewnym momencie Jaime wyszedł na środek kręgu uformowanego przez widzów, po czym z szerokim uśmiechem wyciągnął rękę w kierunku kobry i zaczął ją głaskać po głowie.

Karlica zesztywniała i zasygnalizowała nam, abyśmy się nie ruszali. Nawet najcichszy szelest mógł sprawić, że zwierzę odzyska swoją agresywną naturę. Flecista na okrągło grał tę samą melodię, a na jego ciemnej twarzy widać było przerażenie. Jaime pocałował węża w pysk. Następnie wziął go na ręce i zaczął delikatnie tańczyć. Przytulał kobrę do swojej klatki piersiowej i czule się w nią wpatrywał. Wąż był znacznie dłuższy od chłopca, więc jego ogon ciągnął się po chodniku, wydając metaliczny dźwięk. Poczułam się tak, jakbym usłyszała zgrzytanie srebrnych zębów Śmierci.

Jaime stanął przed swoim bratem i z niewinnym okrucieństwem podał mu węża. Benjamín był pokryty potem od stóp do głów. Kobra była tak blisko niego, że jej łeb znajdował się tuż obok jego ust. Chłopiec powstrzymał się od płaczu, przezwyciężył nudności i wziął zimne zwierzę na ręce. „Tańcz! Tańcz!” – krzyczał Jaime. Benjamín niezdarnie spróbował zrobić kilka kroków. Miał sztywne nogi, szeroko otwarte usta i płytki oddech. Karlica znów zasygnalizowała nam, żebyśmy nie wykonywali żadnych ruchów. Nasze rozpaczliwe milczenie rozprzestrzeniło się na całą okolicę. Nie było słychać żadnego jadącego wozu, ptaki przestały śpiewać, a wiatr nie poruszał liśćmi. Wszystko było wypełnione zawodzeniem fletu. Benjamín powoli chodził w kółko, a kobra wpatrywała się głęboko w jego oczy. Chwiał się jak śmiertelnie ranny niedźwiedź. W pewnym momencie po jego nogach zaczął ściekać żółty płyn, a na tylnej części jego krótkich spodenek pojawiła się ciemnobrązowa plama.

Jaime zatkał nos i wybuchnął śmiechem. Wąż wpadł w szał i zaczął uderzać pyskiem w czoło Benjamína. Chłopiec był sparaliżowany strachem i nie wypuścił zwierzęcia z rąk. Jak dowiedzieliśmy się później, kobra nie miała na szczęście jadu ani zębów. Mimo to próbowała ukąsić Benjamína, a uderzenia jej pyska były równie mocne jak uderzenia młotka. Chłopiec miał opuszczoną twarz i przyjmował kolejne ciosy w czaszkę.

Hindus rzucił flet na ziemię, po czym podbiegł do Benjamína i zaczął wyrywać węża z jego znieruchomiałych dłoni. Przyduszona kobra próbowała się uwolnić i uderzała coraz mocniej. Zadawała ciosy nie tylko pyskiem, ale również ogonem. Wykonywała groźne ruchy, które nie pozwalały nam się do niej zbliżyć. Człowiek-guma wyjął nóż i był gotów uciąć wężowi głowę. Naraził na poważne niebezpieczeństwo zarówno własną osobę, jak i dziecko. Nie wiedziałam, co robić. Po raz kolejny Bóg próbował ukraść jedno z moich dzieci, więc zaczęłam obrzucać Go przekleństwami. Lola podniosła flet i zaczęła na nim grać. Była równie spokojna jak Jaime.

Dowiedzieliśmy się później, że kobra była głucha. Niemniej z jakiegoś powodu natychmiast się uspokoiła. Benjamín wreszcie przestał zaciskać dłonie. Na jego owłosionej głowie znajdowało się mnóstwo ran, z których wyciekały czerwone strumienie. Hindus przyniósł odrobinę sproszkowanej gliny i dodał do niej wodę, a następnie pokrył głowę Benjamína zielonkawą pastą. Krew przestała płynąć i wszyscy się uspokoili.

Fanny kurczowo trzymała się nogi czarnego mężczyzny. Rozpłakała się i powiedziała:

– Tata!

Mężczyzna wziął ją na ręce i zaczął kołysać. Dziewczynka natychmiast zasnęła z uśmiechem na ustach.

Czarny mężczyzna powiedział do nas:

– W poprzednim życiu – bardzo dawno temu – naprawdę byłem jej ojcem. Byłem wtedy dobrym królem. Ona natomiast była mądrym księciem o imieniu Rahula. Pewnego dnia postanowiłem poddać próbie jego synowską miłość. Wezwałem dwa tysiące żołnierzy i za pomocą mantry zmieniłem ich w królów, którzy niczym się ode mnie nie różnili. Następnie stanąłem pomiędzy nimi. Wezyr dał mojemu synowi pierścień, po czym wskazał palcem na tłum identycznych monarchów i rozkazał: „Wasza wysokość, proszę podejść do swojego ojca i włożyć ten pierścień na jego prawą rękę”. Rahula bez chwili wahania wszedł w grupę i stanął dokładnie naprzeciwko mnie. Dwa tysiące iluzji nie było w stanie pokonać jego prawdziwej miłości.

Czarny mężczyzna zaczął gwałtownie kaszleć. Kiedy poczuł się lepiej, podał mi Fanny i mówił dalej:

– A teraz musimy odejść. Jestem chory i wkrótce wyzionę ducha. Gdy ta dziewczynka skończy siedemnaście lat, zostanie moją matką. Będę jednak żył tylko przez dziewięć miesięcy. Mam za sobą wiele reinkarnacji i jestem wyczerpany. Urodzę się martwy.

Często zdarzało się tak, że o poranku Fanny wymykała się z domu, biegła na rynek miejski, siadała na środku placu, wybuchała płaczem i szeptała: „Tata”. Jej włosy zaczęły się kręcić i przybrały czerwonawy kolor przypominający barwę kostiumu Hindusa. Musiałam kupić Loli drewniany flet, ponieważ odkryła, że w życiu interesuje ją wyłącznie muzyka. Kiedy wreszcie usunęliśmy glinianą skorupę z głowy Benjamína, z przerażeniem zobaczyliśmy, że jest kompletnie łysy. Sądziliśmy, że będzie z tego powodu smutny. On jednak zareagował wręcz odwrotnie. Był szczęśliwy.

– Mamo, w dorosłym życiu nie chcę mieć na ciele ani jednego włosa. Pragnę, aby moje brwi i rzęsy wypadły. Nie chcę mieć włosów pod pachami ani na łonie. Nie chcę mieć również zębów ani paznokci. Będę szczęśliwy, jeśli na moim ciele nie będzie żadnych śladów zwierzęcości.

Jaime obiecał sobie natomiast, że po osiągnięciu dorosłości zostanie poskramiaczem lwów, tygrysów, panter i słoni w cyrku.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji