Tam gdzie jesteś - Tomasz Betcher - ebook
Opis

Jest jak w piosence: kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Oboje na życiowym zakręcie, potrzebują wsparcia i bliskości jak nigdy wcześniej. Czy będą umieli znaleźć je w sobie nawzajem?

Ania Turska ma trudny okres w życiu. Zamierza na dobre uwolnić się od męża, domowego tyrana. Za nią już wyprowadzka z domu i złożenie pozwu rozwodowego, teraz czas na uporządkowanie reszty spraw. Powinna wreszcie sprzedać domek letniskowy, który odziedziczyła po ojcu. Gdy przyjeżdża do Jantaru, aby zrobić zdjęcia, zastaje tam Adama, bezdomnego, który znalazł tu schronienie na nadchodzącą jesień i zimę. Nieoczekiwanie nawiązuje się między nimi nić porozumienia. Ta znajomość to czyste szaleństwo. A jednak czują się w swoim towarzystwie tak dobrze, że tylko szaleństwem byłoby nie spróbować. Jedno tylko martwi Anię: Adam zdaje się skrywać jakiś mroczny sekret...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tomasz Betcher

TAM GDZIE JESTEŚ

Copyright © Tomasz Betcher, MMXIX

Wydanie I

Warszawa, MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Rozdział 1

Pod naporem łomu rama okienna odskoczyła z trzaskiem. Mężczyzna obejrzał się strwożony, ale nie było powodu do obaw. Rzęsisty deszcz bębniący o dach i porywisty wiatr niemal wepchnęły dźwięk wyłamywanego okna do wnętrza domu. Poza tym najbliższe zabudowania znajdowały się dobre kilkadziesiąt metrów dalej, a w taką pogodę nikt nie włóczył się bez wyraźnej konieczności.

Zajrzał do środka. Poczuł zapach starego drewna i zaduch dawno niewietrzonego pomieszczenia, zwiastujący, że dom nie był użytkowany od jakiegoś czasu. Wrócił do biegnącej przy posesji drogi, nie zważając na strugi wody płynące z nieba. I tak był przemoczony do ostatniej nitki. Do tego przeziębiony, głodny, z obolałą ręką. Lista niewygód nie miała końca, ale się nie skarżył. Stanowiły codzienność, a z nią trudno dyskutować.

Minąwszy wyważoną wcześniej łomem furtkę, poczłapał do zniszczonego dwukołowego wózka, z którego zdjął niewielką walizkę. Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić z samym wózkiem, ale uznał, że nikt się nim nie zainteresuje. To, co było cenne, znajdowało się w walizeczce. Poza tym był październik. Tętniący życiem Jantar zamienił się w opuszczoną wioskę. Przy tej pogodzie nawet miejscowi nie byli skorzy do opuszczania swoich domów. Mimo wszystko Adam wolał nie rzucać im się w oczy. Wiedział z doświadczenia, że w takich małych miejscowościach ludzie są podejrzliwi i zauważają każdą obcą twarz. Właśnie dlatego wybrał jeden z leżących na obrzeżach Jantaru domów letniskowych. Z dużym prawdopodobieństwem można było założyć, że do wiosny nikt się w nim nie pojawi. Do zapadnięcia ciemności Adam czekał w lesie, obserwując kilka skupionych w jednym miejscu budynków. W końcu zdecydował się na ten stojący jako ostatni na polnej drodze, najbardziej zaniedbany, ze ścianami obłażącymi farbą i ogrodem, w którym żywopłot szpeciły długie odrosty, a przygnieciona wiatrem i deszczem trawa musiała sięgać do kolan. Ucieszył się, gdy w żadnym z sąsiednich domów nie zapaliło się światło. Przy odrobinie szczęścia nie będzie narażony na towarzystwo sąsiadów. Ukrywszy wózek w gęstych krzakach poza posesją, podszedł do wyważonego okna i niezgrabnie wgramolił się do wnętrza.

W domu panowało przyjemne ciepło, choć zapewne było to tylko złudzenie spowodowane pogodą. Godziny sterczenia na deszczu i wietrze pozbawiły ciało Adama resztek ciepła. Zamknął okiennice, a potem okno, którego na szczęście trwale nie uszkodził, choć solidnie wyszczerbił drewnianą ramę. Blokująca ją metalowa zapadka ugięła się pod naporem łomu. Po raz kolejny pomyślał, że mu się poszczęściło – z plastikowym oknem nie poszłoby tak łatwo. Przez chwilę czekał, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, ale niewiele to pomogło. Pogmerał w kieszeni, z której wygrzebał niewielką latarkę znalezioną dawno temu pomiędzy żeberkami kratki ściekowej. Sztywnymi palcami wymacał włącznik i pstryknął, uwalniając wąski promień. Omiótł nim wnętrze. Wyglądało mniej więcej tak, jak się spodziewał, ale był zbyt zmęczony, by dokładniej mu się przyjrzeć. Najważniejszą informacją, jaką uzyskał podczas krótkiego rekonesansu, był brak śladów obecności gospodarzy. Rozejrzał się raz jeszcze. To, czego szukał, znajdowało się pod przeciwległą ścianą. Postawiwszy walizeczkę na podłodze, ciężko opadł na kanapę. Zrobił to na tyle nieostrożnie, że zapiekła go zraniona kilka dni wcześniej ręka. Syknął z bólu, ale nie miał siły, by ją opatrzyć. Zresztą nie miał ani siły, ani motywacji na zrobienie czegokolwiek innego. Nawet na jedzenie. Wiedział, że głód przychodzi falami, a ostatnia najwyraźniej miała się ku końcowi. Wyciągnął się na kanapie, okrył się narzutą i zasnął.

* * *

Nie wiedział, co go obudziło. Mógł być to wiatr napierający na okiennice, szum deszczówki płynącej w rynnach albo miarowy stukot kropel uderzających o dach. Przetarł kułakiem zaropiałe powieki. Oczy też go bolały. Czasem tylko swędziały lub piekły, ale dziś pulsowały bólem. Musiały być czerwone, tak jak wtedy, kiedy przez przypadek spojrzał w lustro dworcowej toalety, do której trafił, by napić się wody. Nie lubił patrzeć w lustro i nie lubił myśleć o tym, dlaczego tego nie lubi. Raz jeszcze przetarł oczy, wydłubując z kącików zaschniętą wydzielinę.

Przez wąskie szpary w okiennicach wpadała odrobina światła dziennego. Jeśli można było tak określić szarą poświatę przedostającą się do wnętrza. Nie podnosząc się z kanapy, Adam omiótł wzrokiem wnętrze domu.

Nie był duży. Na parterze znajdowała się kuchnia połączona z częścią wypoczynkową. Umowną granicę między nimi wyznaczał obszerny narożnik, na którym zaległ mężczyzna, ustawiony naprzeciwko obłożonego piaskowcem żeliwnego kominka. Przy ścianach po jego obu stronach ustawiono sięgające do sufitu biblioteczki, ciasno zapełnione książkami. Tuż przed nimi piętrzyło się kilka stosów starannie ułożonych tomów. Pozostałą część parteru stanowiła niewielka sień. Nad drzwiami wejściowymi widniał trójkątny świetlik, przez który wpadało nieco światła. Adam zanotował w pamięci, że musi go zakryć, zanim wieczorem zapali lampę. W korytarzu zobaczył kilka par butów i zawieszonych na haczykach kurtek oraz drewniane schody prowadzące na piętro. Za nimi widniały uchylone wąskie drzwi prowadzące zapewne do łazienki lub toalety.

Uniósł się i jęknął z bólu. Chciał dokładniej obejrzeć kuchnię. Bez wątpienia meble miały już swoje lata, ale – choć przykrywała je gruba warstwa kurzu – były w dobrym stanie. Część kuchenną urządzono w tradycyjnym rustykalnym stylu. Szafki i półki były pomalowane na biało, dobrze komponowały się z blatem z naturalnego drewna. Z karniszy zwisały zakurzone pęczki ziół. Od razu rozpoznał miętę z jej strzępiastymi liśćmi. Resztę roślin kurz i czas zasuszyły tak bardzo, że ich gatunku mógł się tylko domyślać. Rozglądając się, stwierdził, że dobrze wybrał, godziny bezczynnego siedzenia na deszczu i wietrze nie poszły na marne. Już dawno nikogo tu nie było, wnioskował to ze śladów, jakie zostawiał na zakurzonej podłodze. Przy odrobinie szczęścia uda mu się przemieszkać tu jesień i zimę. W najlepszym wypadku właściciele lub turyści pojawią się tu na wiosnę, a wtedy będzie już daleko stąd.

Ból ręki zmotywował go do dźwignięcia się z kanapy. Od długiego czasu – tygodnie zamieniły się w miesiące, a miesiące w lata – do życia motywowały go tylko trzy czynniki: ból, głód i zmęczenie. A teraz pierwsze walczyło o palmę pierwszeństwa z drugim. Zdejmując brudną kurtkę, która dawno straciła swój pierwotny kolor, przyjrzał się dziurom wyżartym przez kwas. Spod tkaniny wyzierała wypalona warstwa szarobiałego materiału ocieplającego, który nie powstrzymał żrącego płynu. Poczuł ukłucie żalu, gdy przypomniał sobie ulubioną bluzę, którą zmuszony był wyrzucić. Stanowiła dla niego talizman, jednak tamtego dnia napis „Lucky77” nie przyniósł mu szczęścia. Cały lewy rękaw grubej ocieplanej bluzy, znalezionej w kontenerze na zużytą odzież, pokrywały dziury po kwasie. Żrąca substancja dotarła aż do jego skóry. Akurat wtedy musiał się zaciąć ten cholerny zamek w kurtce. Przypomniał sobie, jak zgrabiałymi z zimna palcami szarpał za uchwyt opornego suwaka, podczas gdy lewa ręka płonęła bólem. W myślach przeklął człowieka, który w przeznaczonym do rozbiórki warsztacie pozostawił na półce otwarty pojemnik z kwasem. Dopóki rękaw kurtki nie zaczął dymić, Adam był przekonany, że oblał się wodą, w najgorszym wypadku olejem silnikowym. Szybko nadeszła jednak pierwsza fala bólu. Po wełnianej rękawiczce bez palców zostało tylko wspomnienie, podczas gdy oparzona dłoń dymiła, wydzielając kwaśny smród palonego mięsa. Lewa dłoń. Do listy nieszczęść mógł dopisać tego dnia swoją leworęczność.

Tym razem kurtka – pozbawiona już suwaka – dała się ściągnąć bez oporów. Zrzucił ją na podłogę i zaczął mocować się z grubym wełnianym swetrem, którego nie znosił. Był niewygodny, nie miał kaptura i strasznie gryzł, przez co Adam drapał się, jakby miał pchły. A może miał? Zdecydowanie wolał bluzę i obiecał sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja, zdobędzie podobną. Na razie musiał pogodzić się ze swetrem. Zważywszy na to, że była to ostatnia ciepła rzecz, jaką posiadał w skromnym zapasie ubrań, był wręcz na niego skazany. Po zdjęciu swetra okazało się, że niewprawnie zawiązany bandaż przykleił się do rany, przesiąknąwszy krwią i limfą. Strumień zimnej wody przyniósł spodziewaną ulgę. Na szczęście właścicielowi domu nie przyszło do głowy, by zakręcić zawory na zimę. Adam usiadł na taborecie, ciesząc się chłodem obmywającym rękę. Bandaż powoli odmiękał i stopniowo dawał się odwiązywać. Ręka wyglądała gorzej, niż się spodziewał. Rana tworzyła mozaikę popękanej skóry i wyzierającego gdzieniegdzie mięsa. Na zewnętrznej stronie dłoni, która miała bezpośredni kontakt z kwasem, widniało kilka dorodnych pęcherzy. Lodowata woda przynosiła ulgę, ale Adam wiedział, że to tylko rozwiązanie tymczasowe. Jego wzrok padł na zawieszoną na ścianie metalową apteczkę. Sięgnął po nią, nie wyjmując ręki spod strumienia. Ku jego rozczarowaniu było tam tylko kilka bandaży i opakowanie paracetamolu. Nie przeszkadzało mu, że termin ważności leku upłynął kilka lat temu. Otworzył zębami słoiczek i wsypał sobie do ust kilka tabletek, które pogryzł niczym draże. Za kilka minut powinny zacząć działać. „Do cholery! Muszą zacząć działać, inaczej zwariuję”, pomyślał. Zakręcił wodę, poczłapał do kanapy i ciężko opadł na posłanie. Ręka pulsowała, zdając się żyć swoim – niezwiązanym z resztą organizmu – życiem. Adam wyciągnął z kieszeni ręcznie skręconego papierosa i zapalniczkę. Przypalenie go prawą ręką stanowiło niemały wyczyn. Zaciągnął się głęboko i zakaszlał. Od lat palił najtańszy tytoń i przyzwyczaił się do jego kwaśnego, duszącego smaku, ale ten był wyjątkowo podły.

– Cholera jasna – wychrypiał, czując ból promieniujący od przedramienia. Słowa ledwo przecisnęły się przez gardło. Ileż to czasu minęło, od kiedy odezwał się po raz ostatni? Trzy dni? Pogrzebał w pamięci i stwierdził, że ostatnie słowa wypowiedział, nieudolnie targując się o pieniądze. Nie potrafił tego robić i tym razem nie utargował ani złotówki. Mimo wszystko poczuł ukłucie zadowolenia. Spojrzał na leżącą nieopodal kanapy walizkę, w której znajdował się cały jego dobytek.

Prawie tysiąc złotych – tyle dostał w sklepie z militariami za znalezioną w warsztacie radiostację. Oszalały z bólu, z niemałym trudem załadował ją na swój wózek. Ważyła chyba ze trzydzieści kilo. Trafił na nią pod stertą złomu, który zamierzał zawieźć do skupu. Zanim wrzucił radioodbiornik na wózek, postanowił raz jeszcze przeszukać pomieszczenie, które kiedyś zapewne było biurem. Znalazł plecione krzesło i wszedł na nie, by sprawdzić, co znajduje się w niewielkiej wnęce, pod którą przypuszczalnie umieszczone były kiedyś stoły warsztatowe. Stojąc na palcach, wyciągnął rękę i wymacał pojemnik. Wtedy zmurszała wiklina pękła z trzaskiem i oblał się kwasem. Oczywiście z taką raną powinien natychmiast udać się na pogotowie. Bał się jednak, że pozostawiony na zewnątrz wózek zniknie wraz z zawartością. Jeszcze wtedy nie wiedział, jaką wartość może mieć radiostacja, ale utrata wózka oznaczałaby stratę jakiegokolwiek zarobku. Szybko obmył rękę w lodowatym potoku płynącym przez miasto i zmienił ubranie. Z żalem wyrzucił podziurawioną bluzę. Rano zawiózł radiostację na złom.

Pan Waldek, właściciel złomowiska, przez dłuższą chwilę intensywnie wpatrywał się w podkurczoną rękę Adama, ale w końcu poradził mu, żeby zapytał w sklepie z militariami, czy radiostacja jest coś warta. Pan Waldek w ogóle chyba dobrze mu życzył. Może go lubił, może mu współczuł, a może po prostu wiedział, że Adam nie zamienia zarobionych pieniędzy na alkohol ani nie kradnie. Waldek był sknerą, ale uczciwym. Nie hołdował częstej wśród złomiarzy zasadzie „wspólne, czyli niczyje”. Ci, którzy próbowali sprzedać studzienki kanalizacyjne bądź fragmenty torów kolejowych, omijali skup Waldka szerokim łukiem. Poza tym facet znał się na rzeczy. W sklepie z militariami okazało się, że radiostacja pochodzi z radzieckiego czołgu i jest unikatem. W Polsce pozostało ich może kilkanaście, a dla kogoś, kto odrestaurowywał czołg, była bezcenna. Adam dostał za nią tysiąc złotych, co w jego sytuacji stanowiło kosmiczną sumę, ale wiedział, że to tylko ułamek tego, co dostałby normalny człowiek, niekloszard. Gdyby nie to, że powołał się na Waldka, jego zarobek skurczyłby się pewnie do równowartości flaszki. Tysiąc złotych zostało uszczuplone o koszt zapasu mielonek i chleba, które wypełniły pustkę po swetrze w małej walizce.

Otrząsnąwszy się z zamyślenia, Adam rozpiął wysłużony suwak, wyciągnął konserwę i widelec. Z oparzonej ręki odpływał ból. Najwyraźniej paracetamol zaczynał działać.

Otworzył puszkę i zaczął jeść, przypatrując się zakurzonym grzbietom książek. Goethe, Dostojewski, Dickens, Szekspir, Sienkiewicz. Zbiór był imponujący. Sięgnął po leżącego na wierzchu stosu Fausta, zdmuchnął kurz z okładki i otworzył na chybił trafił, kładąc książkę na niewielkim stoliku kawowym. Książka była stara, pożółkła i nosiła ślady użytkowania. Przeczytał kilka stron, gdy jego wzrok padł na fragment, przy którym zatrzymał się na dłużej.

„Jestem tym duchem, który zawsze przeczy!

I bardzo słusznie, bo wszelkie istnienie

Zasługuje wyłącznie na zniszczenie.

Najlepiej żyłoby się w pustym świecie.

Więc to, co grzechem zwiecie,

Rozkładem, złem po prostu, dnem i dołem,

Moim właśnie jest żywiołem”.1

Tak. Właśnie tak było. Najlepiej żyłoby się w pustym świecie. A tak to tylko dno i dół.

Rozdział 2

Żółty mini cooper sunął nierówną asfaltówką prawie dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co przy tej pogodzie było co najmniej nierozsądne. Zbliżający się ostry zakręt przywrócił Annę do rzeczywistości. Zdjęła nogę z gazu i poprawiła się w fotelu. Jeździła tym autem od kilku lat i choć darzyła je sympatią, nadal nie mogła się przyzwyczaić do tego, że prędkościomierz umieszczony był na środku deski rozdzielczej, a nie przy kierownicy. Dlatego zdarzało jej się na niego spoglądać. Podmuchy porywistego wiatru sprawiały, że niewielkim samochodem rzucało na boki. Anna wysłuchała wiadomości w radiu, ale najbardziej interesowała ją prognoza pogody. Tak jak się spodziewała, nie zanosiło się na poprawę aury, która zafundowała wszystkim jesień w najgorszym wydaniu. Nie ciepłą złotą jesień, gdy wiatr zmiata kolorowe liście z drogi, roześmiane dzieci zbierają dorodne kasztany, a lasy pysznią się tak intensywnymi kolorami, że trudno uwierzyć w niezwykłe dzieło natury. Nie, tegoroczna jesień postanowiła być zupełnie inna. Wiatr szarpał koronami drzew ogołoconych z liści, a deszcz siekł strugami, tworząc wszędzie już nie kałuże, ale małe bajora. Marznące mgły każdego ranka były przyczyną wypadków, co z kolei prowadziło do paraliżu miasta.

Oczywiście Anna przeziębiła się ju

Kobieta zwolniła jeszcze bardziej, gdy na końcu drogi zobaczyła tablicę z nazwą miejscowości.

W Jantarze spędziła dużą część dzieciństwa, ale podczas ostatnich kilku lat była tu raz, góra dwa razy. Miejscowość niewiele się zmieniła, choć wielu starszych ludzi, z którymi dobrze znał się jej ojciec, już nie żyło, a młodzi wyjechali za pracą do pobliskiego Trójmiasta albo dalej, w świat. Zresztą w październiku Jantar miał zupełnie inne oblicze niż wiosną czy latem. Przy panującej obecnie aurze Anna w ogóle nie spodziewała się zastać tu nikogo znajomego. Dom należący kiedyś do jej ojca, a teraz będący własnością Anny, leżał nieco na uboczu, w sąsiedztwie kilku podobnych domów letniskowych. Poczuła ucisk w żołądku na myśl, że będzie musiała go sprzedać, jednak wiedziała, że odwlekanie tej decyzji tylko przedłuży jej rozterki.

Z głównej drogi skręciła w gruntową, która po tygodniach opadów solidnie podmokła. Czuła, jak koła ślizgają się w grząskich koleinach, ale auto jak zwykle jej nie zawiodło. Wyłączyła silnik przy bramie wjazdowej, po czym zapatrzyła się na dom poprzez spływające po szybie strugi deszczu. Stygnące silnik i wydech wygrywały skomplikowaną melodię stuków i tyknięć. Anna położyła dłonie na kierownicy i oparła się o nie czołem. Była zmęczona. Zmęczona życiem, a w takim wypadku żaden odpoczynek nie pomoże. Najchętniej rozpłakałaby się, gdyby nie to, że płakała już dziś w aucie. I poprzedniego dnia też, tak samo jak dwa dni temu. W ogóle ostatnie dni składały się z epizodów płaczu w różnych odosobnionych miejscach. Kobieta kichnęła i wytarła chusteczką zaczerwieniony nos. No tak, chusteczki musiały wystarczyć zarówno na katar, jak i na łzy. Westchnęła i otworzyła drzwi, kuląc się przed jadowicie zimnym podmuchem wiatru, wdzierającym się do wnętrza auta.

Nie trudziła się wyjmowaniem parasolki z bagażnika – zmokłaby przy tym bardziej niż podczas przejścia tych kilku metrów dzielących ją od drzwi domu. Sięgnęła do kieszeni po klucz od furtki, ale nie był potrzebny. Ukręcona kłódka wisiała na metalowym oczku. Ktoś się włamał! Anna rozejrzała się niepewnie, ale nie dostrzegła nic niepokojącego. Przez ułamek sekundy żałowała, że nie ma z nią Eryka albo chociaż Filipa, lecz szybko odrzuciła te myśli. Eryk był dupkiem, który w razie niebezpieczeństwa zostawiłby ją tutaj na pastwę losu. Była tego pewna. A Filip? Cóż, mimo że jej syn był od kilku dni dorosły, to nadal miała poczucie, że musi go chronić. Zresztą i tak ostatnio relacje między nimi były napięte. Trudno, sama zrobi to, po co przyjechała. Sięgnęła do torebki po gaz pieprzowy i przełożyła do kieszeni. Nosiła go przy sobie już z dziesięć lat i nie była pewna, czy zadziała, gdy będzie potrzebny. „Jeśli będzie potrzebny”, poprawiła się w myślach. Ale sama świadomość, że go ma, pomagała.

Obeszła dom, raz po raz oglądając się za siebie. Wszystkie okiennice były zamknięte, więc albo włamywacze weszli drzwiami, albo zostali spłoszeni. Ostrożnie podeszła do drzwi i obejrzała je równie dokładnie jak okna. Nic nie wskazywało na to, żeby drzwi zostały sforsowane przemocą. Może wyłamana furtka była tylko sprawką dzieciaków, które nie poradziły sobie z solidnym zamkiem w drzwiach? Chwyciła klamkę, spięta i gotowa do ucieczki. Ku jej uldze drzwi ani drgnęły. Sięgnęła po klucz i przekręciła go w zamku. Każdy drobiazg tutaj przywoływał wspomnienia, tak jak ten brelok przy kluczach. Wytarty, niemal niewidoczny emblemat Skody wygrawerowany na kawałku czarnej skóry. Pamiętała, jak tata bawił się, kręcąc nim na zamocowanym kółku. Przez wiele lat zastanawiała się, co przedstawia. Sprawdziła w internecie, że tajemniczy symbol to głowa Indianina, nadal nie wiedziała jednak, co może mieć wspólnego z motoryzacją. Wiatr prawie wyrwał jej klamkę z ręki, brutalnie przywracając do rzeczywistości. Otworzyła drzwi na oścież, blokując je stojącym w sieni kaloszem. Jej ojciec lubił je nosić. Przez długą chwilę nasłuchiwała, ale nic nie wzbudziło jej niepokoju. Ruszyła w stronę kuchni, zagłębiając się w ciemne wnętrze domu. Skrzynka z bezpiecznikami umieszczona była obok lodówki. Zawsze uważała, że to niepraktyczne, zresztą jej ojciec również, ale domek miał już swoje lata, kiedy go kupili. A tato nie był typem człowieka, któremu takie detale przeszkadzały. Położenie na nowo instalacji elektrycznej wiązałoby się z remontem, a ojciec tego nie lubił.

Zanim przystąpiła do wkręcania korków, odruchowo pstryknęła włącznikiem światła w kuchni. Ku jej zdumieniu żarówka się zapaliła, rozświetlając wnętrze. Coś tu było nie tak – cholernie nie tak! Krzyknęła ze strachu, kiedy zobaczyła wszechogarniający bałagan. Rozbieganym wzrokiem starała się rozpoznać sytuację, choć instynkt podpowiadał jej, żeby uciekać. Blaty w kuchni pokrywały sterty brudnych naczyń, puszki po konserwach i butelki po wypitym alkoholu. Koło zlewu piętrzył się stos zakrwawionych bandaży. Jednak największe przerażenie wywołał w Annie człowiek wydostający się spod sterty koców na kanapie. Stanął blisko sieni, co mocno komplikowało sprawę.

Mężczyzna był od niej prawie o głowę wyższy, choć lekko się garbił. Nawet w nikłym świetle kuchennej żarówki widziała, że ma brudne, zniszczone ubranie. Spod gęstwiny zmierzwionych, zlepionych brudem włosów wyzierały niebieskie zdezorientowane oczy. Jeden rękaw wyciągniętego swetra podwinął do łokcia. Przyciskał do brzucha lewą rękę, która była jedną wielką raną.

– Co pan tu robi?! – krzyknęła Anna, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiał lęk. Chyba się nie udało.

– Ja... – Adam nabrał powietrza, by zdobyć się na wyjaśnienie. Nagle przyszło mu do głowy, że nie musi tego robić. Przecież tego się właśnie spodziewał. Podświadomie oczekiwał, że jego spokojny żywot zostanie przerwany, szkoda tylko, że stało się to tak szybko. Zrobiło mu się żal tej zdenerwowanej kobiety. Wzruszył tylko ramionami. Było mu wszystko jedno. Znajdzie następne miasteczko, następny dom, następne schronienie, aby mieć święty spokój.

– Niech się pan stąd wynosi! – Anna trzęsącymi się rękoma wyjęła z kieszeni pojemnik z gazem. – Bo zadzwonię po policję.

Odwrócił wzrok. W pośpiechu pozbierał swoje rzeczy, schował je do walizki, włożył kurtkę, buty i nie spoglądając na zdenerwowaną kobietę, wyszedł na deszcz. Kątem oka widział, jak nieznajoma opiera się o blat kuchni, przykładając dłoń do czoła. Najwyraźniej jej ulżyło. Wózek czekał na niego w krzakach tak, jak go pozostawił. Zdążył się wypełnić mokrymi pożółkłymi liśćmi. Adam wrzucił do niego walizkę, po czym ruszył rozmiękłą błotnistą koleiną. Ślad po niedawnym przejeździe żółtego samochodu powoli wypełniał się wodą.

Anna odetchnęła dopiero, gdy mężczyzna zniknął za niewielkim wzniesieniem. Stojąc w drzwiach, obserwowała padający coraz mocniej deszcz. Po kilku głębszych wdechach tłukące się jak oszalałe serce zaczęło zwalniać. Śmiertelnie przeraziła się intruza, choć on również sprawiał wrażenie przestraszonego. Poczuła ukłucie wstydu, że tak go potraktowała. Nigdy nie odnosiła się tak do ludzi, szczególnie tych pokrzywdzonych przez los, ale ostatnio… Ostatnio wszystko wyglądało inaczej. Nie poznawała siebie. Stała się wybuchowa, wiecznie poirytowana i skora do płaczu. Czuła ciężar tego, co działo się w jej małżeństwie, choć od momentu, gdy złożyła pozew rozwodowy, emocje przestały się nasilać. Po wybuchu emocji przychodziło opamiętanie, a kiedy już się uspokoiła, zżerały ją wyrzuty sumienia. Znów pomyślała o ojcu.

Gdyby żył, nigdy nie dopuściłby do tego, aby sprawy przybrały taki obrót. Profesor literatury miał trzy pasje: literaturę klasyczną, rodzinę i działkę w Jantarze. Był jedną z niewielu osób, przed którymi Eryk odczuwał respekt. Wysoki i postawny, nie przypominał pracownika naukowego. I dopóki żył, mąż traktował ją przyzwoicie. Nie jak księżniczkę, ale przyzwoicie. Udar mózgu dopadł ojca na ukochanej działce i z książką na kolanach. Anna długo nie mogła się pozbierać po jego śmierci, ale wmawiała sobie, że gdyby tato miał wybór, umarłby właśnie tak. Ta myśl była kojąca.

Zapaliła pozostałe światła, bo nie miała ochoty wychodzić na deszcz i wiatr, by otwierać okiennice. Stos książek przy kanapie musiał być dziełem niespodziewanego lokatora. Na jego wierzchu, grzbietem do góry, leżała otwarta Zbrodnia i kara. Uwielbiała Dostojewskiego, a tę powieść czytała kilkanaście razy. Tuż obok zobaczyła słoik po dżemie, wypełniony do połowy wodą i niedopałkami ręcznie robionych papierosów. Dopiero teraz, gdy emocje opadły, mogła skupić się na takich detalach. Mężczyzna nie zabrał kilku swoich rzeczy – na blacie w kuchni leżał scyzoryk, obok niewielka latarka. Może obcych przedmiotów było więcej. Dzięki temu, że znała dom od podszewki, wiedziała, co nie pasuje do wnętrza. Ostrożnie wzięła do ręki scyzoryk i zamknęła krótkie ostrze służące do otwierania konserw. Wzdrygnęła się, gdy poczuła, że jest klejący od brudu, po czym schowała go do foliowego woreczka. Podobnie zrobiła z resztą drobiazgów. Wróciła myślami do nieznajomego. Kim był? Wyglądał wyjątkowo mizernie. Zapewne śmierdział okropnie, ale przez ten cholerny katar nic nie wyczuła. W innym wypadku na pewno nie zdecydowałaby się wejść do domu. Równie dobrze mógł być przestępcą, choć po prawdzie nie wyglądał na niebezpiecznego. Raczej na wystraszonego. Sądząc po opróżnionych butelkach, mógł być pijany, ale czy to miało w tej chwili jakieś znaczenie? Na studiach miała praktyki w ośrodku dla bezdomnych i pamiętała, że za każdą osobą kryła się niesamowita, czasem przerażająca historia. Zamknęła dom i wsiadła do samochodu, przeklinając pogodę po raz setny.

Nie musiała go długo szukać. Brudnoszarą kurtkę rozpoznała już z daleka. Zastanowiło ją, dlaczego nieznajomy nie wziął jednej z kurtek ojca, wiszących w sieni. Mężczyzna siedział na przystanku PKS, składającym się z ławeczki metrowej długości i znaku informacyjnego, o który opierał się przybysz. Zatrzymała się w zatoczce i włączyła światła awaryjne. Bezdomny miał przymknięte oczy. Z długiej, skołtunionej brody skapywały krople, tworząc ciemną plamę na kurtce. Przeskoczyła sporą kałużę, stając na wprost nieznajomego.

– To chyba należy do pana – bardziej stwierdziła, niż zapytała, wyciągnąwszy z kieszeni wypełniony woreczek.

Mężczyzna otworzył oczy. Były zaczerwienione i zaropiałe, ale uwagę Anny zwróciły tęczówki koloru Bałtyku w pogodny dzień. Dłuższą chwilę zajęło jej określenie ich koloru – nie były niebieskie, lecz morskie. Bezdomny skinął głową i zdrową ręką sięgnął po paczuszkę. Palce miał długie i chude, a paznokcie okalała czarna otoczka brudu. Wiatr zadął, wprawiając konary okolicznych drzew w ruch powodujący skrzypienie i sypnął lawiną kropel zrzuconych z gałęzi. Anna wzdrygnęła się, gdy jedna z nich wpadła jej za kołnierz.

– Ma pan dokąd pójść?

Ponownie kiwnął głową.

– Dokąd? – nie ustępowała.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Może... – zawahała się. – Może zawiozę pana do schroniska dla osób bezdomnych?

– Nie – odezwał się po raz pierwszy od czasu, gdy wyrzuciła go z domu. Głos więzł mu w gardle, jakby odzwyczaił się od rozmów. – Tam nie.

– Powinien pan gdzieś się zatrzymać. Nie wygląda pan dobrze. – Spojrzała na rękę, którą mężczyzna przyciskał do brzucha. Dopiero teraz zobaczyła, że rękaw kurtki jest dziurawy. Wyglądał jak wypalony. Po chwili milczenia nieznajomy ponownie wzruszył ramionami. Irytowała ją ta obojętność. I ten cholerny deszcz i wiatr, przez które już zaczynała się trząść.

– Przepraszam, że tak na pana nakrzyczałam. Wystraszyłam się – powiedziała. Mężczyzna spojrzał na nią i mogła przysiąc, że zobaczyła w jego oczach iskierkę rozbawienia. – Wie pan co? Jest tutaj taka mała restauracja, otwarta też poza sezonem. Mogę kupić panu coś do jedzenia w ramach przeprosin?

– Nie trzeba – mruknął pod nosem i ponownie zamknął oczy.

– Mój ojciec lubił mówić, że jak dają, to brać, a jak biją, to uciekać. – Anna zaśmiała się nerwowo, gdy zrozumiała, jak niezręczny był to żart. Siedzący przed nią człowiek prawdopodobnie znał tę maksymę z codziennego życia. – Niech pan się nie wygłupia. W taką beznadziejną pogodę trzeba zjeść coś ciepłego.

Mężczyzna milczał dłuższą chwilę, obserwując ją uważnie, aż w końcu odparł:

– To niech pani zje. Smacznego.

– Mam pana prosić? Nie chcę się narzucać, ale myślę, że by się to panu przydało. No, niechże się pan zgodzi…

– Dobrze. Ale pod jednym warunkiem – powiedział pewniejszym głosem nieznajomy i poprawił się na ławeczce.

Anna zirytowała się, że stawia jej warunki, ale nie skomentowała.

– Zje pani ze mną. Trzęsie się pani z zimna.

– Cóż, myślę, że nie jest to zły pomysł – rzekła po namyśle.

Dzisiejszego dnia już chyba nic nie było jej w stanie zdziwić. Rzeczywiście przemarzła i była głodna. Wiedziała, że jedyna otwarta o tej porze roku restauracja to dawna Marina. Kiedyś całą rodziną chodzili tam na obiady. Proste, smaczne jedzenie, głównie świeże ryby prosto z kutra. Nawet miejscowi lubili tam zaglądać na fląderkę i piwo. Kilka lat temu lokal kupił nowy właściciel. Od tego czasu była tam dwa razy. Zmieniło się wszystko. Zniknęły umieszczone na ścianach kamizelki ratunkowe, wiosła i zwisające z sufitu żagle, wciąż pachnące morzem. Na ich miejsce pojawiły się nowoczesne grafiki i ledowe reflektory na podwieszanym suficie. Nowy właściciel najwyraźniej brzydził się zwykłą flądrą i tradycją rybacką. Zmienił menu na znacznie bardziej wyszukane. Cóż, może mieszkańcom Jantaru taka zmiana się podobała, w końcu flądrę mieli od zawsze i na co dzień, ale Anna była zawiedziona. Po starej Marinie nie została nawet nazwa. Restaurację przemianowano na hiszpańskie El Puerto.

– Gdzie ona jest?

– Słucham? – Wróciła do rzeczywistości.

– Ta restauracja, gdzie ona jest? – Mężczyzna podniósł się z ławeczki.

Anna wskazała na samochód.

– Niech pan wsiada. Zawiozę pana.

– Ubrudzę pani siedzenie. Pójdę, jeśli powie mi pani, gdzie ona jest.

– Niech pan się nie wygłupia – zganiła go i otworzyła drzwi pasażera.

Skapitulował.

Rozdział 3

Ich wejście do El Puerto wywołało niemały szok, mimo że w restauracji nie było gości. Barmanka i kelner, siedzący na obitych czerwoną skórą stołkach barowych, urwali w pół zdania, obserwując nowo przybyłych. Kelner, który mógł być w wieku Adama, zerwał się z miejsca i pospieszył z pomocą Annie, najwyraźniej sądząc, że zaczepił ją ten człowiek o niebudzącej wątpliwości aparycji. Jeszcze przez dłuższą chwilę nie rozumiał zaistniałej sytuacji.

– Ten pan jest ze mną – oznajmiła Anna, zdejmując seledynowy szal, doskonale dopasowany do jesiennego płaszcza. Mówiąc to, obdarzyła kelnera tak lodowatym spojrzeniem, że ten zamilkł w pół słowa.

Adam ściągnął kurtkę, odwieszając ją na wykonany z kutej stali wieszak, wystylizowany na kształt winorośli. Poczuł na sobie pełne obrzydzenia spojrzenie kelnera. Cieszył się, że gryzący, nielubiany sweter przykrywa prowizoryczny opatrunek na poparzonej ręce. Zajęli czteroosobowy stolik przy oknie z widokiem na morze. Ku niezadowoleniu Adama w całej sali nie było ani jednego miejsca, które mogłoby ich skryć przed wścibskim wzrokiem obsługi. Mężczyzna ciężko opadł na krzesło, chowając dłonie pod stołem. W eleganckiej restauracji brudne paznokcie raziły nawet jego. Przez dłuższą chwilę lustrował wnętrze, wreszcie odwrócił głowę do okna. Pomimo panującej na zewnątrz aury widok na wzburzone, spienione fale zatoki zapierał dech w piersiach.

Adam czuł się niezręcznie. Wszystko poszło nie tak, jak to zaplanował. Zjawienie się właścicielki domu było najłatwiejszym z problemów do rozwiązania. Znajdzie sobie inny dom. Jak nie w Jantarze, to w którejś z sąsiednich miejscowości. O tej porze roku większość domów letniskowych i altan w ogródkach działkowych stoi pusta. O wiele gorzej czuł się z tym, że przyczynił się do bałaganu, jaki zapanował w domu podczas dwóch tygodni jego bytowania. Najbardziej jednak uwierało go to, że uległ jej namowom i dał się zaprosić na obiad. Zaskakująco łatwo uległ. Była piękną kobietą. Siedziała teraz naprzeciwko i przewiercała go oczami koloru gorzkiej czekolady. Choć uważne i hipnotyzujące, były lekko podkrążone – mógł to być efekt kataru, choć wyglądała raczej na zmęczoną, może niewyspaną. Oderwał od niej wzrok, nie chcąc wyjść na niegrzecznego. Od tej chwili rzucał tylko ukradkowe spojrzenia, jednak za każdym razem wychwytywał interesujące szczegóły. Szybko zauważył, że drżą jej dłonie. Kasztanowe włosy, lekko pokręcone od deszczu i wszechobecnej wilgoci, spadały kaskadą na jej ramiona. Zakończone perłą kolczyki ozdabiające kształtne uszy doskonale współgrały z prostym, ale niewątpliwie kosztownym naszyjnikiem. Niewielki nos był lekko zaczerwieniony z powodu kataru i pewnie tej niedyspozycji Adam zawdzięczał, że mogła znieść jego towarzystwo. Ale nie uległ jej z powodu urody. Przynajmniej nie tylko. Była pierwszym normalnym człowiekiem, który po tylu latach odważył się zjeść z nim posiłek. Słowo „normalnym” było tu kluczowe. Innym niż żule, menele i kloszardzi spod dworca czy z zapuszczonego podwórka, wiecznie pijani i szukający „wsparcia”. Innym niż pracownik pogotowia czy schroniska, patrzący na niego oczami profesjonalisty, który pomoc potrzebującym ma wpisaną w swój zakres obowiązków. Po prostu normalny człowiek z normalnym życiem. Adam nie pamiętał, kiedy po raz ostatni miał takie towarzystwo. Już sama obecność tej pięknej, delikatnej kobiety była jak portal czasu. Jak furtka do przeszłości, o której istnieniu już prawie zapomniał.

– A dla pana? – Kelner z trudem starał się ukryć odrazę, jaką napawała go konieczność obsłużenia takiego klienta, ale Adam nie miał do niego pretensji. Raz jeszcze spojrzał w kartę pełną obcojęzycznych nazw.

– Poproszę zupę z fasoli. – Wskazał brudnym palcem pozycję w menu.

– Crema de frijol? – Na ustach kelnera pojawił się nieznaczny uśmiech, jednak nie było w nim nic przyjaznego.

– To nadal zupa z fasoli, prawda? – Anna instynktownie stanęła w obronie Adama, gdy poczuła, że obsługujący ich mężczyzna stara się zadrwić z bezdomnego, który niemal skulił się w sobie.

Obsługa była tu równie pretensjonalna jak wystrój lokalu i karta. Flądra, śledź i dorsz zostały wyparte przez solę, łososia i okonia morskiego, a wódkę i piwo zastąpiły tequila i wyszukane wina. Aż dziw brał, że knajpa o tak przerośniętych aspiracjach ulokowała się w skromnym i swojskim Jantarze.

– Tak, oczywiście. Coś do picia?

Anna pokręciła przecząco głową.

– Kawę – powiedział Adam. Marzył o niej od kilku dni. Zapasy w domu szybko się skończyły.

Kelner skinął głową i odszedł.

Wprawdzie Adam miał ogromną ochotę na ulubione podwójne espresso, ale przypomniał sobie sytuację, kiedy przypadkowy przechodzień chciał kupić mu kawę w jednej z warszawskich kawiarni. Sprzedawca otaksował go wzrokiem i zapytał: „A od kiedy żule piją espresso?”, wprawiając w konsternację zarówno jego, jak i uprzejmego przechodnia. Zamiast w eleganckiej filiżance dostał espresso w papierowym kubku, ale i tak był za nie wdzięczny. Teraz jednak nie chciał wpędzać nieznajomej kobiety w równie kłopotliwą sytuację.

– Dlaczego wybrał pan tylko tę zupę? – spytała Anna, która chwilę wcześniej zamówiła grillowanego dzikiego łososia z mango i brązowym ryżem oraz lampkę wina. Pięćdziesiąt złotych za lampkę było rozbojem w biały dzień, ale nie odezwał się słowem.

– Powinna być pikantna i treściwa – odparł, choć była to tylko częściowo prawda. Zawsze miał wyrzuty sumienia, gdy naciągał kogoś na posiłek. – W taki paskudny dzień będzie jak znalazł.

– Skoro mamy zjeść razem obiad, może przejdziemy na ty? – Wyciągnęła rękę ozdobioną delikatnym, nienachalnym pierścionkiem i wąską obrączką. Miała wypielęgnowane paznokcie, starannie pomalowane na seledynowy kolor. – Ania.

– Adam. – Uścisnął jej dłoń. Jego sękate brudne palce stanowiły żenujący kontrast.

To nie tak, że nie mył rąk. Brud, z którym dłonie stykały się podczas pracy przy złomie, a szczególnie wszelkiego rodzaju smary, oleje i farby, wżerały się w skórę i paznokcie do tego stopnia, że można było je usunąć tylko przy użyciu pasty BHP, na którą od dawna nie było go stać.

Nawet jeśli Ania zwróciła uwagę na jego brudne ręce, nie dała tego po sobie poznać. Nagle poczuł narastający wstyd.

– Słuchaj, przepraszam za to wszystko. Jak chcesz, wrócę tam i posprzątam bałagan, który narobiłem.

Chciała odpowiedzieć, ale kelner przyniósł wino i kawę. Adam liczył na to, że na stole pojawi się standardowa duża czarna z ekspresu, który widział za barem. Gdy postawiono przed nim plujkę, nie czuł jednak rozczarowania. „Cóż, życie”, pomyślał.

Przez chwilę oboje milczeli, wpatrując się we wzburzone fale. Woda przybrała ciemny, szaroniebieski kolor. Nad nią przetaczały się zwaliste chmury, zalewając zatokę strugami deszczu.

Anna oderwała wzrok od hipnotyzującego widoku za oknem i spojrzała na Adama, który przymknął oczy i wdychał aromat parującej kawy. Wróciła myślami do czasów studiów. Jako przyszły psycholog odbywała praktyki śródroczne między innymi w schronisku dla osób bezdomnych. Lubiła z nimi rozmawiać, choć czasem irytowały ją łakome spojrzenia, jakimi ją obdarzali. Zapamiętała niezwykłe opowieści, historie upadku. Upadali biedni, upadali bogaci. Zarówno prości, jak i wykształceni. We wszystkich tych zmęczonych twarzach widziała jedną wspólną cechę – pokorę. Wtedy też nabrała szacunku do tej poznaczonej zmarszczkami, brudem za paznokciami i trzęsącymi się rękoma pokory. Ci ludzie zostali przygięci do ziemi niczym trzcina na wietrze, ale się nie złamali. Zastanawiała się, czy tak samo jest z Adamem.

– Co cię tu sprowadza? – Mężczyzna podniósł filiżankę, dzwoniąc o spodek.

– Chciałam zrobić zdjęcia domku. – Uśmiechnęła się zdawkowo. To było kłamstwo, ale wiarygodne. Po chwili uznała, że nie ma sensu go okłamywać. – Potrzebowałam odskoczni. Choć zdjęcia też zamierzałam zrobić. Gdy wyjeżdżałam z Gdańska, nie padało aż tak mocno, sądziłam więc, że się uda.

– Po co ci zdjęcia domu?

– Zamierzam go sprzedać. – Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło.

– Dlaczego? – zdziwił się, odstawiając kawę. Ręce mu drżały, ale nic nie mógł na to poradzić. – Chyba fajnie móc uciec z Trójmiasta, gdy za miedzą masz taki przytulny dom?

– To nie takie proste. – Anna przeczesała włosy w nieco nerwowym geście. Ta rozmowa zaczynała schodzić na niebezpieczne tory. Przez chwilę błądziła myślami wokół ostatnich wydarzeń, wahając się, czy i ile może mu powiedzieć. Adam nie ponaglał. W końcu uznała, że nie ma powodu, by cokolwiek przed nim ukrywać. – Mam zamiar wyprowadzić się z Gdańska. Niedawno wniosłam pozew rozwodowy. O wiele za późno. Domek należał do mojego ojca. Zmarł kilka lat temu. Myślałam, że będziemy tu przyjeżdżać całą rodziną… – Głos jej się załamał. Wiedziała, że zaraz zabraknie jej sił, aby prowadzić tę rozmowę. – Cóż, nie byliśmy tu ani razu. Mój mąż chciał zburzyć domek i postawić tu coś przyzwoitego. – Nakreśliła palcami cudzysłów.

– Przyzwoitego? – Adam spojrzał na nią, unosząc brew. Czuł, że ta rozmowa ją denerwuje, ale zarazem jej potrzebowała. Inaczej by nie mówiła. – Co może być przyzwoitszego od wygodnego domku nad morzem?

– Nie znasz mojego męża – zaśmiała się gorzko i pociągnęła łyk wina. – Może to i dobrze. Nie obraź się, ale to, co dla ciebie jest sufitem, dla niego jest podłogą. To długa historia i musiałabym wypić całą butelkę, żeby ci ją opowiedzieć. A jak to jest z tobą? Masz tu jakąś rodzinę? Od dawna… no wiesz? Przepraszam, jeśli jestem wścibska.

– Nie, nie