Talerzyk tapas czy lampka Porto - Agnieszka Wrońska - ebook
Opis

Książka zabiera w podróż po państwach Półwyspu Iberyjskiego. Przedstawia ciekawą historię dziewczyny, która poznaje tajemnice Hiszpanii i Portugalii i stara się dopasować do otoczenia, jednocześnie zauważając pewne podobieństwa i różnice tych dwóch krajów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 187

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Agnieszka Wrońska

Talerzyk tapas czy lampka Porto

© Agnieszka Wrońska, 2018

Książka zabiera w podróż po państwach Półwyspu Iberyjskiego. Przedstawia ciekawą historię dziewczyny, która poznaje tajemnice Hiszpanii i Portugalii i stara się dopasować do otoczenia, jednocześnie zauważając pewne podobieństwa i różnice tych dwóch krajów.

ISBN 978-83-8155-401-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Mojemu Adrianowi za wsparcie.

Mojej mamie za cierpliwość.

Mojej siostrze za pomoc.

Wszystkim tym, którzy są dla mnie ważni — te osoby wiedzą, o kogo chodzi.

Przedmowa

Chciałabym, aby ta książka nie była traktowana jako przewodnik, a raczej subiektywny pamiętnik-informator po świecie państw iberyjskich, widzianych moimi oczami.

Jestem pewnie jedną z wielu, którzy mieli okazję pojechać zarówno do Hiszpanii, jak i Portugalii. Ale może jestem jedną z mniej licznych osób, mających możliwość odbycia krótkiej, aczkolwiek owocnej emigracji do tych krajów. I właśnie dlatego postanowiłam się podzielić moimi obserwacjami.

Półwysep Iberyjski, a szczególnie jego hiszpańska część, zajmował szczególne miejsce w moim sercu od samego dzieciństwa. Oba państwa odznaczają się niesamowitymi walorami historycznymi, przyrodniczymi i kulturowymi. I jak każdy kraj różni się od innych, wyodrębniając tym samym swoje dobre i złe strony. Muszę przyznać, że z natury jestem pilnym obserwatorem i wszystkie moje spostrzeżenia wynikają z dogłębnej interpretacji otaczającego mnie środowiska. Tak też się stało podczas moich pobytów w państwach iberyjskich. Historia, którą przedstawiłam w książce, powstała na podstawie moich doświadczeń i osobistych przemyśleń. Choć postacie są fikcyjne, to pewne fragmenty książki odnoszą się do rzeczywistych osób oraz wydarzeń, które faktycznie miały miejsce. Główna bohaterka — choć podobna — nie utożsamia się z moją osobą, a raczej z moimi wspomnieniami.

Historia przedstawiona w książce z pewnością nie wyglądałaby tak, gdyby nie wspólne doświadczenia z przyjaciółką Alą, z którą miałam okazję przeżyć wiele przygód i ciekawych sytuacji w obydwu państwach półwyspu Iberyjskiego, za co jestem jej bardzo wdzięczna i liczę na kolejne.

Nie jest łatwo ogólnie scharakteryzować państwo, bo każdy może mieć do niego inny stosunek, wiedzę i doświadczenia z nim związane. Najczęściej miejsca i krainy geograficzne są z czymś kojarzone. Hiszpania zwykle symbolizuje kraj byków, flamenco, sjesty, a przy tym szalonych zabaw do rana. Natomiast Portugalię kojarzy się jako kraj słodkiego wina, muzyki fado, odkryć geograficznych i przepysznej kuchni. Odwiedzając poszczególne państwa każdy zapamiętuje wszystko tak, jak chce zapamiętać, uwzględniając przy tym swoje doświadczenia i przeżycia lub ich brak. Dlatego chcę podkreślić, że w tej książce zostały zapisane tylko obserwacje, a moja ostateczna opinia dotycząca krajów Półwyspu Iberyjskiego na razie pozostanie słodką tajemnicą, niemniej jednak częściowe jej elementy są przedstawione w opowieści.

Największe podziękowania muszę jednak złożyć mojemu chłopakowi Adrianowi, który wspierał mnie w każdym momencie i dzięki któremu w ogóle mogę, choć trochę pochwalić się moimi słowami napisanymi w tej książce.

Warszawa

Trzasnęłam drzwiami, wyszłam i obiecałam sobie, że już nigdy, przenigdy tam nie wrócę. Co za kretyn! Jeszcze tylko kilka sekund, zabieram swoje rzeczy i już mnie tu nie ma. To nieprawdopodobne, że przez ostatnie cztery lata harowałam jak wół dla firmy, która nie dawała mi nic oprócz pieniędzy, a teraz jeszcze wmawia mi brak zaangażowania i kompetencji. Całą sobą oddawałam się pracy, ostro za to płacąc. Tak, zapłaciłam sporo, bo w międzyczasie rozstałam się z narzeczonym, przytyłam 6 kilo i podupadłam na zdrowiu, a mam dopiero 29 lat. Już nie mówiąc o całkowitym braku czasu dla znajomych czy rodziny.

Prawdę mówiąc moja decyzja o odejściu z tej firmy nasuwała się już od dawna i stawała się bardzo męcząca z każdym dniem, wręcz nie spędzała mi snu z powiek. Aż w końcu zdałam się na odwagę i w przededniu zakończenia mojej umowy poszłam do mojego menagera, aby oznajmić mu, że żegnam się z tą firmą. No cóż… rozmowa nie przebiegła po mojej myśli i cały mój karkołomny plan legł w gruzach.

— Pani Moniko, jesteśmy zadowoleni z Pani pracy w naszej firmie, cieszy się Pani uznaniem wśród współpracowników i klientów — kierownik rozpoczął swój monolog z nietęgą miną, rozłożywszy się na wygodnym fotelu przy biurku. — Jednakże na podstawie Pani słabych wyników sprzed ostatnich kilku miesięcy jesteśmy zmuszeni zakończyć z Panią współpracę.

Zamurowało mnie. Kompletnie odjęło mi mowę i przez co najmniej kilkanaście dobrych sekund siedziałam bezczynnie, nieprzytomnie patrząc się w mojego przełożonego z otwartą na oścież buzią.

— Słucham?

Chwila. Wdech i wydech. Nie, to raczej nie działa. Nie wytrzymałam.

— Jak to nie miałam wyników?! Przecież to ja zdobyłam najważniejszego klienta w historii tej firmy i to ja zrobiłam projekt dla niego! Ostatnie tygodnie były niezwykle ciężkie, biorąc pod uwagę fakt, że walczymy z ogromną konkurencją, a większość klientów przenosi się na firmy zagraniczne. To nie kwestia indywidualna, a cały dział robi wszystko, aby wyjść na prostą w tym trudnym dla nas okresie.

Kierownik niewzruszenie patrzył się na mnie ze stoicką postawą i sprawiał wrażenie bardzo zrelaksowanego, w przeciwieństwie do mnie, która z chęcią by go udusiła tym jego pięknie wyprasowanym, eleganckim krawacikiem od Calvina Kleina. Ani jedna żyłka na jego twarzy się nie poruszyła, nawet wtedy, gdy już całkowicie tracąc nad sobą kontrolę nazwałam go niewyżytym seksualnie palantem, żerującym na pomysłach i osiągnięciach innych. Fakt, mogłam trochę przesadzić, ale z drugiej strony wiedziałam już jak to się skończy i że nie będzie miło i uprzejmie, to też mogłam pozwolić sobie na takie szaleństwo.

— Pani Moniko, rozumiem Pani rozżalenie, ale decyzja została już podjęta — ciągnął dalej, jakby moje krzyki i przekleństwa nie robiły na nim żadnego wrażenia. — Bardzo chciałbym móc zrobić coś w tej sprawie, ale mam związane ręce, a polecenie o pani zwolnieniu otrzymałem odgórnie, w związku z tym naprawdę bardzo mi przykro z tego powodu.

Akurat.

— W imieniu Zarządu Głównego, bardzo dziękuję pani za dotychczasową współpracę oraz oddanie firmie przez te wszystkie lata. Mam nadzieje, że będzie pani sukcesywnie rozwijać swoje zdolności zawodowe w tym segmencie. Życzę powodzenia na dalszej ścieżce rozwoju.

I wyciągnięciem ręki na znak zakończonej współpracy postanowił się ze mną dyplomatycznie pożegnać. Ja jednak odczuwając niesprawiedliwość i pewnego rodzaju oszustwo, nie oznajmiłam gestu, tylko ostatni raz na niego spojrzałam, odwróciłam się i bez słowa wyszłam z gabinetu.

*

Gdy ochłonęłam nieco po burzliwej rozmowie, nagle moje nastawienie z bardzo oburzonej i upokorzonej pracownicy zmieniło się na poczucie wolności i spokoju.

I bardzo dobrze. „Wreszcie stało się to, co chciałam”, — pomyślałam, idąc na piechotę do domu i analizując moją rozmowę z moim — już byłym — kierownikiem. Co prawda po godzinie drogi przypomniałam sobie, że mój dom znajdował się w odległości 8 km od biura. Mimo to szłam dalej i stwierdziłam, że w takim razie będę mieć dużo czasu na przemyślenia.

Niektórym może się to wydawać porażką życiową, ale to jest niesamowite, jak wspaniale może się czuć samotna 29-latka bez męża, własnego mieszkania, a od prawie godziny w dodatku bezrobotna. Ale dobrze mi z tym i najważniejsze, że wreszcie dotarło do mnie to, czego powinnam zorientować się nieco wcześniej. Od ukończenia studiów cały czas myślałam tylko, aby pokazać innym, że jestem najlepsza i mogę wiele osiągnąć. Moje ambicje z minuty na minutę rosły w górę, a ja z tą wrodzoną determinacją chciałam za wszelką cenę im dorównać. Zaraz po obronie pracy dyplomowej, zatrudniłam się w korporacji na stanowisku specjalisty, żeby pokazać wszystkim wokoło, że pracuję w renomowanej firmie i dobrze zarabiam. Jednym słowem mogłam pochwalić się, że nie jestem pospolitym obywatelem, a szanowanym pracownikiem w prestiżowej firmie. Oczywiście z zewnątrz taka praca wydaje się niesamowitym osiągnięciem, a wynagrodzenie zdaniem niektórych może równać się wygranej w totka.

Dopiero teraz widzę jak taka wizja bardzo odbiega od rzeczywistości. Praca zajmowała mi całe życie i nie pozwalała na posiadanie własnego, prywatnego. Codziennie wstawałam rano i szłam do pracy, gdzie zawsze dawałam z siebie 100 %, a po powrocie do domu znowu siadałam do pracy, zajadając zamówioną w Mexican Burger kolację na wynos i tak do późnych godzin nocnych. Ot tak, wyglądał praktycznie każdy mój dzień — schematycznie wszystko ograniczało się do ciężkiej harówy dla tej firmy.

Nic więc dziwnego, że większość moich znajomych już jest po ślubie i ma dzieci, właśnie dlatego, że nie starała się za wszelką cenę sprostać wygórowanej żądzy sukcesu. Może właśnie w tym sęk? Odkąd pamiętam, moi rodzice ciągle wpajali we mnie dążenie do najlepszego, mówiąc mi: „Musisz jak najwięcej w życiu osiągnąć, musisz być kimś, pokazać innym, że jesteś wyjątkowa”. Tak bardzo nie chciałam ich zawieźć, ale co istotne, nie spytałam się siebie samej — czy ja naprawdę tego chcę? Czy to jest naprawdę w życiu najważniejsze?

Wtedy, zaślepiona ambicją, byłam pewna, że tak. Teraz już drugi raz tego błędu nie popełnię. Długa droga jeszcze przede mną, ale w końcu dotrę do celu.

Zanim doczołgałam się do domu, minęło 5 godzin, a mi nogi odpadały i byłam cholernie głodna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam obiad i oglądałam telewizję w domu o godzinie 14 dnia roboczego. Chyba w czasach studiów. A kiedy ja w ogóle ostatnio włączyłam telewizję? Dobre pytanie, ale nie znałam niestety odpowiedzi. W każdym razie musiało to być bardzo dawno. Stanęłam przed lodówką, starając się wykombinować jakieś danie z resztek, jakie mi pozostały. Cztery jajka, dwa plastry sera i pół bochenka trochę czerstwego chleba — nie za bardzo będzie się można popisać. Oto była kolejna rzecz, na którą nie mogłam sobie pozwolić od tylu lat, nawet porządnych zakupów nie byłam w stanie zrobić, bo czas mi na to nie pozwalał.

No dobra, tylko co teraz? — zapytałam po chwili samą siebie, podjadając paprykowe chipsy.

Przez tak długi czas myślałam tylko o tym, aby rzucić pracę i uwolnić się od tej jaskini piekła, rujnującej całe moje życie, ale nie przemyślałam jednego. Co będę robić teraz? Nie mogę zostać całkowicie bez pracy. Owszem mam oszczędności, to jest ten piękny aspekt pracy w korporacji — zarabia się niemało, ale nie ma się czasu na wydawanie. Ale wkrótce trzeba będzie poszukać czegoś innego…

Nagle rozległ się głośny dźwięk melodii dochodzący z mojej torebki. No i świetnie, ktoś dzwoni… to pewnie moja matka… Jeszcze tego brakowało. Pewnie zaraz zacznie mi głosić kazania. Gdzie ten cholerny telefon? Gdzie jest moja torebka? Może teraz jak zostałam zwolniona z pracy, zrobię tu wreszcie porządek.

Mam!

— Halo, mamo?

— Jaka mama, zwariowałaś? — w telefonie zabrzmiał głos oburzonej Julii. — Jeszcze daleko mi do mamy! Coś Ty taka zdyszana?

— Och, Julio, to Ty. Wybacz, myślałam, że to moja matka. Ciągle do mnie dzwoni. Co tam u Ciebie?

Matko Boska, kiedy ostatnio rozmawiałam z Julią? Gdzie ona teraz była? Od pamiętnego ślubu mojej przyjaciółki nie za często się ze sobą kontaktowałyśmy. Ona była zajęta małżeństwem, a ja męczyłam się w pracy, potem słyszałam tylko, że non stop gdzieś razem z mężem wyjeżdżali za granicę. Z tego, co pamiętam, to mówiła, że byli już w Wenecji, Amsterdamie, Atenach i Paryżu. Swoją podróż poślubną spędzili gdzieś w Indonezji. Nieźle, biorąc pod uwagę, że znają się niewiele ponad rok.

— Lecimy z dziewczynami dzisiaj wieczorem na drinka na miasto, wybierzesz się z nami?

W sumie sama miałam w planie otworzyć butelkę francuskiego wina czerwonego i wyłożyć się na kanapę, oglądając głupie kreskówki na poprawę humoru. Ciekawe, czy to zwykły zbieg okoliczności? Czy Julia może podświadomie wyczuła moją sytuację i wyszła z propozycją? Nie musiałam długo zastanawiać się nad decyzją.

— Jasne! O której się umawiamy i gdzie?

*

— Nie gadaj! Ten pacan tak Ci powiedział? Trzeba było walnąć go po jajach!

Dziewczyny zaczęły się głośno śmiać, ale nikt z pozostałych gości warszawskiego pubu, w którym się zatrzymałyśmy, nie miał nic przeciwko tak nagłymi i głośnymi wyrazami śmiechu.

— No co? Przecież i tak już była zwolniona, to co mogła jeszcze stracić? — spytała Kasia, zdziwiona, że jej wypowiedź wywołała taką reakcje.

— Pensje za poprzedni miesiąc — powiedziała Ala, upijając kolejny łyk Margarity.

— Gadasz głupoty! Nie mogliby jej tego zrobić

Kasia, jak na panią adwokat przystało, broniła zacięcie swoich racji. To śmieszne widzieć i jednocześnie zdać sobie sprawę, że dziewczyny, z którymi teraz siedzę i się śmieję, moje drogie przyjaciółki z liceum, tak bardzo się zmieniły na przestrzeni lat, tak szybko wszystkie dorosły. Ja z pewnością też, choć tego nie jestem w stanie dostrzec z mojej perspektywy. Znamy się z dziewczynami już od dziesięciu lat i nasza paczka zawsze się trzymała razem. Ja, Kasia, Ala, Paulina i Julia stanowiłyśmy jedność, im zawsze mogłam powiedzieć o wszystkim, a one zawsze były dla mnie i mogłam na nie liczyć. I tak to działało dla wszystkich z nas, nieustannie od tylu lat.

— To gdzie Was teraz z Kamilem w świat poniosło? — spytała Julię Kasia, chcąc zmienić ciężki obecnie temat pracy zawodowej.

— Teraz zwiedziliśmy Hiszpanię. Mieliśmy zwiedzić całą jej południową część, w tym Seville, Kordobę i Kadyks, lecz ostatecznie zwiedziliśmy głównie Malagę i Granadę, która mi się najbardziej podobała.

— Czemu akurat Granada? — spytałam.

— A wiesz, nie umiem tego wyjaśnić, naprawdę. To miasto ma coś takiego w sobie, że czułam się tam dobrze, ale co to mogło dokładnie być, to nie wiem. Ogólnie jest tam ślicznie i trzeba to miasto zobaczyć na własne oczy, żeby to zrozumieć.

— A poznałaś jakichś gorących Hiszpanów? — tym razem Paulina wyskoczyła z pytaniem. Może wspomnę, że Paula od pięciu lat ma męża i dziecko w drodze.

— Ha-ha! — zaśmiała się Julia. — Właśnie w tym problem, nie widziałam nikogo, kto by wyglądał niczym Enrique Iglesias. Kamil z tego powodu był zadowolony, a ja szukałam i szukałam — i nic.

— Bo wszyscy przystojniacy wyjechali i mieszkają w Stanach Zjednoczonych — bąknęła Ala.

Wszystkie ponownie wybuchłyśmy śmiechem. Tak to właśnie z nimi jest. Niekończąca się zabawa i dobry humor do rana. Tego mi było trzeba.

*

Następnego ranka wstałam, umyłam się, ubrałam, jeszcze tylko teczki, laptop i torba — i już byłam gotowa do wyjścia. Rutynowe poranne czynności przebiegały schematycznie, jak w zegarku, aż można mnie było sprawdzać co do minuty. Zamknęłam drzwi, zeszłam do garażu, wsiadłam do samochodu i nagle mną wstrząsnęło: gdzie ja się niby wybieram?

Po chwili do mnie dotarła ta smutna prawda, że z automatu chciałam ruszyć do pracy, a przecież nie mam po co tam jechać. Wróciłam więc do mieszkania, przebrałam się w dresy, włączyłam telewizję i się rozpłakałam. Nie mogłam opanować łez przez jakieś dobre 20 minut, aż w końcu ze zmęczenia zasnęłam na kanapie.

Kiedy się ocknęłam, przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję, ale gdy już oprzytomniałam, nie zamierzałam się znowu rozpłakać, choć byłam ku temu bliska. Zamiast tego zupełnie bezmyślnie wgapiałam się w ekran telewizora. Puszczali akurat program o turystyce w Hiszpanii. Piękne plaże, zabytki i ludzie. No fakt, ładnie to wygląda i ludzie wydają się tacy szczęśliwi, jakby nie mieli żadnych zmartwień ani problemów życiowych — farciarze. Po chwili przedstawiono film dokumentalny o hiszpańskiej miejscowości Alicante, skupiając kamerę na pięknej, piaszczystej plaży. Za nią rozpościerało się błękitne, rytmicznie falujące morze, które odbijało od siebie promienie słoneczne. Wszystko wyglądało jak w bajce, łącznie z nieskazitelną czystością miasta i słoneczną pogodą, aż chciało się tam być.

Nagle wpadłam na szalony, aczkolwiek z mojej perspektywy iście genialny pomysł. Wstałam z kanapy. Musiałam długo na niej leżeć, bo wszystkie mięśnie zaczęły mnie boleć. Doszłam do mojej sypialni i włączyłam komputer, po czym weszłam na oficjalną stronę polskich linii lotniczych LOT i bez zmrużenia oka kupiłam bilet na samolot do Madrytu. Wylot 12:25. Dzisiaj. Tylko w jedną stronę, a co mi tam, raz się żyje.

— Hm… jest 8:30. Dobra, mam godzinę na spakowanie się.

Niczym wystrzelona proca, rzuciłam się w wir pakowania. Zupełnie na chybił trafił wrzucałam wszystko, co się da, do dużej walizki. Ubrania, kosmetyki, komputer, telefon — czyli to, co najważniejsze. Nawet nie przemyślałam tego, na jak długo jadę i co mi będzie potrzebne, leciałam całkowicie na żywioł, chyba po raz pierwszy w życiu. Potykając się co rusz o kępki ubrań i pudełka leżące na podłodze, przyrzekłam sobie, że kiedy tu wrócę, obowiązkowo zrobię tu generalny porządek. Chyba że byłoby coś ważniejszego, to wtedy zrobię to jeszcze później.

9:17. Dobra, chyba wszystko, no to jadę na lotnisko.

*

O Boże, co ja robię?!

Gdy siedziałam w poczekalni na lotnisku Chopina w Warszawie, zalała mnie fala wątpliwości i powoli zaczęłam się zastanawiać nad sensem moich działań.

Po cholerę ja jadę do Hiszpanii? Chyba powinnam zadzwonić do rodziców i ich poinformować. Na jak długo pojadę? A jak mi się tam nie spodoba, to szybko wrócę do kraju, pocieszałam samą siebie. Nie wiem czemu ogarnęły mnie wszystkie lęki świata tuż przed wylotem. Przecież klamka już i tak zapadła. Z drugiej strony mogę jeszcze nie wsiąść do samolotu, co w tej chwili staje się bardzo kuszącą opcją.

Na głównym lotnisku w Warszawie jak zawsze panował tłum obecnych ludzi i ogólne zamieszanie. To ciekawe: jak szybkie i nieprzewidywalne może być życie osób, znajdujących się w jednym miejscu, czekających na swój lot do innego świata. Ciągły pośpiech i stres — czy aby na pewno zdążę na samolot, przecież tyle jeszcze do przejścia: odprawa paszportowa, kontrola bagażu, boarding, a w międzyczasie aż szkoda nie zatrzymać się w strefie wolnocłowej i nie kupić czegoś zupełnie nieprzydatnego, ALE jakże istotnego, bo z lotniska. To cudowne uczucie podniecenia i jednoczesnego zagubienia, jakie towarzyszy wszystkim podróżnikom, jest naprawdę warte obserwacji. Z tego powodu sama zapomniałam, że jestem jednym z nich i też mnie to czeka. Ruszyłam więc z miejsca, żeby się odprawić. Jak można się domyślać, zbędne jest szukanie uśmiechów, czy miłych gestów u pracowników obsługi lotniskowej. Nic w tym dziwnego, w końcu duża część z nich pewnie siedzi tu już całą noc i tylko odlicza do końca zmiany, żeby móc walnąć się do łóżka. No cóż, taka specyfika pracy w porcie lotniczym. Odebrałam swój bilet i ruszyłam dalej, reszta już poszła z górki. No prawie.

Prawdziwy cyrk rozpoczął się przy tzw. Hajmanach, czyli inaczej obowiązkowej dla wszystkich kontroli bagażu. Tutaj nie zobaczymy nawet cienia uśmieszku, a wszystko robione jest ze stałym mechanicznym schematem i to podkreślę — wcale nie w delikatny sposób. Faktycznie trochę to wygląda komicznie obserwując zestresowanych ludzi, przechodzących przez bramki i osobiste kontrole obsługi. W tym momencie pojawiają się nagłe pytania i zaczyna się przeszukiwanie w pamięci „Czy ja włożyłam golarkę do walizki?”, „Gdzie położyłam ten dezodorant?”

Ten lęk i strach u każdego z nich powoduje, że momentalnie wszystkie komórki mózgowe przestają działać i w głowie pojawia się absolutna pustka, a niezłomni i budzący niepokój kontrolerzy wcale w tym procesie nie pomagają. Jedna kobieta przeszła przez bramki, mając na sobie cały arsenał metalowej biżuterii, z kolei mężczyzna stojący za nią, zapomniał, że ma w kieszeni portfel z drobnymi. Już nie mówiąc ile nożyczek, pilniczków, golarek, dezodorantów i butelek leżało w koszu za pracownikami kontroli. To wszystko zdobycze wynikające z chaotycznego i nieprzemyślanego pakowania walizek. I znowu, tak mnie rozbawiła cała ta sytuacja, że w pewnym momencie sama zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś podobnego w tym szale pakowania nie włożyłam do mojej torby. Okazuje się, że człowiek jest zupełnie oszołomiony, gdy przechodzi przez ten odcinek lotniska, i nie sposób coś z tym zrobić. Dobra, teraz moja kolej, moja podręczna torba już ruszyła do sprawdzenia, a teraz ja. Boże, żeby tylko nic nie piknęło, jak będę przechodzić — modliłam się przechodząc przez barierki z rentgenem.

Kurde.

— Proszę podejść — ruchem palców nakazał mi barczysty pan zbliżyć się do niego, żeby dokładniej mnie przeszukać. Ale ni stąd ni zowąd przyszła w jego miejsce kobieta i to ona podjęła się oględzin.

— Pasek z metalową klamrą — powiedziała krótko z taką miną, jakby ów pasek mógł być elementem śmierciodajnej broni, a kobieta po raz setny musi zwracać komuś na to uwagę na tak oczywistą oczywistość. Swoją drogą okazałam się równie zagubioną turystką, jak i moi poprzednicy, z których miałam niezły ubaw jeszcze przed chwilą.

Odetchnęłam z ulgą, gdy to wszystko było już za mną i mogłam ruszyć dalej. Sklepiki sprytnie ominęłam, nawet na nie nie patrząc, i od razu skierowałam się do miejsca, w którym zostanie podstawiony mój samolot.

Klasycznie. Lot opóźniony o pół godziny to jeszcze nie problem, ale dwie godziny opóźnienia dłużą się jak cholera. I nie było wyjścia, z nudów trzeba było pochodzić jednak po tych sklepach, żeby zabić jakoś czas. A gdy już szczęśliwie usiadłam na fotelu pasażerskim, gotowa do lotu, obok mnie usiadł pan o monstrualnych rozmiarach, ledwo umieściwszy się na siedzeniu, już nie wspominając o problemie, jaki miał podczas zapinania pasów. Ja to mam jednak szczęście.

Hiszpania

Nie do wiary! Słońce!

To były moje pierwsze wrażenia po wylądowaniu na lotnisku w Madrycie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak długo nie widziałam słońca. W Polsce już od września robi się zimno i nieprzyjemnie, a odrobiny promieni słonecznych można się tam spodziewać najwcześniej w kwietniu. Przy dobrych wiatrach. A tutaj początek lutego, może nie jest upalnie, ale przyjemnie ciepło, a przede wszystkim jest jasno! Naprawdę, słońce nieraz może zdziałać cuda. W moim przypadku natychmiast tak się stało — i z pozytywnym nastawieniem, poszłam w drogę na miasto.

Trochę minęło, zanim znalazłam stację metra. Kto by pomyślał, że to lotnisko jest takie duże. Nie minęła godzina, a ja już miałam okazję doznać hiszpańskiej życzliwości. Pani w metrze w okienku kas biletowych, uznając mnie za biedną podróżniczkę, nieznającą języka, powoli i ledwo wytłumaczyła mi po angielsku jak dostać się na dworzec Atocha. Po długiej, aczkolwiek męczącej konwersacji z panią kupiłam w końcu bilet. Nie chciałam Panią wyprowadzać z błędu, że po pierwsze, umiem mówić po hiszpańsku, a po drugie, byłam już parę razy w Madrycie i wiem jak poruszać się metrem. Co prawda spędziłam trochę czasu na zorganizowanie sobie trasy przejazdu metrem madryckim, bo to nie taka łatwa sprawa. Otóż w Madrycie linii metra jest aż 15, a każda oznaczona innym kolorem i połączona z pozostałymi stacjami. 279 stacji i weź tu dojedź z jednego końca Madrytu na drugi — to jest dopiero wyzwanie. Organizacja na plus, tylko wygląd niektórych stacji trochę odstrasza. Ale nic dziwnego, w końcu oni mają metro od 1919 roku i jest ono jednym z najstarszych w Europie.

*

No tak. Tego się nie spodziewałam. Trzeba było sobie kupić przewodnik, tam na pewno wspomnieliby: „Nie przyjeżdżaj do Granady w niedziele, bo nic tutaj nie kupisz”. To nie do wiary, wszystko jest zamknięte. Nawet duże centra handlowe pozamykali na cztery spusty, a hiszpański odpowiednik Auchan — El Campo — wyglądał, jakby nigdy nie miał być już otwarty.

Wszystko pięknie. Okolica ładna, trochę cieplej niż w Madrycie, a słońce nadal ostro świeci, ale nie zmienia to faktu, że nie mogę nic sobie kupić do jedzenia. Pozostają mi tylko bary i restauracje, ewentualnie el chino (z hiszp. Chińczyk), bo przecież Chińczycy to najbardziej pracowity naród i pracują zawsze i wszędzie. Po zameldowaniu się w hostelu, znajdującym się na głównej ulicy, postanowiłam spróbować jednak swojego szczęścia i odwiedzić jeden ze sklepów naszych przyjaciół Azjatów. Niestety chino nie miał za dużego wyboru artykułów spożywczych. Jego asortyment ograniczał się do chipsów, słodyczy, zupek chińskich, lodów, napojów gazowanych i dań gotowych w 5 minut po włożeniu do mikrofali. Jednym słowem — samo zdrowie. Nic innego więc nie pozostało — tylko zadowolić się kurczakiem z ryżem typu instant i ice tea jako domieszką herbaty.

Podczas spacerów po urokliwych ulicach Granady nie sposób nie zauważyć wyjątkowej architektury. Całe miasto ma w zasadzie swój własny, jednolity charakter. Nie tak jak w Warszawie, część miasta jest nowoczesna, a druga część pozostała odbudowana w charakterze zabytkowego miasta. Tutaj wszystkie budynki są wykonane w starym stylu, grube mury, staranne wykończenia. Wszystkie budynki praktycznie wyglądają tak samo, bez względu na ich przeznaczenie: czy to jest poczta, szkoła, ratusz, czy normalny budynek mieszkalny. Minęłam po drodze kilka obszarów zielonych, przypominających trochę małe parki z drzewkami i ławeczkami. Zaciekawiły mnie urocze małe drzewka cytrusowe, ustawione w idealnym rzędzie obok siebie. Choć był środek lutego, na drzewkach wisiały piękne, duże pomarańcze, które sprawiały wrażenie dojrzałych i gotowych do spożycia. I nikt ich nie zrywa? Nikt ich nie podbiera i nie zjada? Coś tu jest nie tak. Przecież w Polsce długo by one sobie tak nie powisiały. Dać Polakom 5 minut i żadna gałąź nie „dźwigałaby” ani jednej pomarańczy. Z czystej ciekawości, pozwoliłam sobie zachować się jak na Polkę przystało i ukradkiem zerwałam jeden owoc. Mam nadzieje, że nikt w tym czasie nie patrzył, bo spalę się ze wstydu.

W drodze powrotnej minęłam jeszcze jednego chino, wielki amfiteatr corrida de toros — miejsce pokazów walk z bykami — i powróciłam do hostelu.

Mój pierwszy obiad w Granadzie miał daleko do standardów pięciogwiazdkowego hotelu. Nawet bardzo. Choć muszę przyznać, że kurczak z warzywami nie był wcale taki zły — albo to ja byłam piekielnie głodna. Po posiłku na deser zostawiłam sobie skradzioną pomarańczę z parku. Przekroiłam ją na pół i zaślepiona ciekawością ugryzłam kęs. Nagle oczy mi się nieoczekiwanie powiększyły i w sekundę zrozumiałam, dlaczego te pomarańcze tak sobie wisiały na drzewach. Natychmiast wyplułam okropnie kwaśne kawałki owocu, zajadając jednocześnie resztki ryżu z obiadu, aby zlikwidować obrzydliwy smak w ustach. Normalnie czułam się, jakbym zjadła całe pudło cytryn.

Kiedy wreszcie uwolniłam moje podniebienie od kwasowości, przeszukałam Internet i dowiedziałam się, że andaluzyjskie pomarańcze należą do kwaskowatych i niejadalnych odmian cytrusowych. Że też musiałam akurat na takie trafić, ale z drugiej strony za głupotę się płaci. Założę się, że ta informacja pewnie też jest napisana w przewodniku, może się jednak na niego zdecyduję.

Pierwsza noc w Hiszpanii nie należała do przyjemnych. Jeśli ktoś myśli, że w południowej Europie jest zawsze ciepło bez względu na porę roku — niestety, grubo się myli. W zimę pomimo iż w ciągu dnia temperatury przekraczają nawet 15 stopni Celsjusza, to wieczorami i nocami spadają one do 2—3 stopni, co stanowi bardzo łatwo wyczuwalną różnicę. Oczywiście to nie sprawiałoby żadnego problemu, gdyby nie fakt, że temperatura na zewnątrz jest taka, jak temperatura wewnątrz mieszkania, ponieważ w większości budynków mieszkalnych występuje brak centralnego ogrzewania i na próżno szukać kaloryferów.

Ta informacja okazała się jednak bardzo przydatna, z tym że w moim przypadku było już niestety zdecydowanie za późno i pozostało mi jedynie okryć się wszystkim, co mam. Ręczniki, kurtki, swetry — wzięłam dosłownie wszystko na siebie, żeby móc przeżyć jakoś tę pierwszą noc, z myślą o tym, gdzie ja tu będę mogła kupić jakiś koc. Albo nawet dwa.

*

Następnego dnia wstałam z wielkim postanowieniem. Doszłam do wniosku, że czas najwyższy znaleźć sobie jakieś mieszkanie, skoro mam tu zostać na trochę dłużej niż tydzień. Może miesiąc, może dwa. Będzie to zdecydowanie bardziej oszczędne i rozsądne pod względem finansowym niż wynajmowanie pokoju hostelowego. Granada jest miastem studenckim, więc ceny mieszkań też są relatywnie niższe niż w większych miastach. Co prawda przeliczając z euro na nasze złotówki cena mieszkania w małej Granadzie jest porównywalna do standardowych cen mieszkań w Warszawie.

Jak ja kocham XXI wiek! W dzisiejszych czasach wszystko można załatwić za pośrednictwem Internetu, łącznie ze znalezieniem mieszkania. Przejrzałam kilka ofert i napisałam do wybranych ogłoszeń — teraz tylko czekam na odzew.

Nie spodziewałam się jednak tak szybkiej odpowiedzi, bo pierwszą wiadomość dostałam po 10 minutach. Przemiła Hiszpanka zaprasza jutro po piątej w celu zobaczenia mieszkania. No i pięknie, cena też przyzwoita, a na zdjęciach nawet ładnie to wygląda. Umówiłam się i zadowolona z takiego obrotu spraw postanowiłam ponownie wyjść na miasto. Obiecuję tym razem nie kraść pomarańczy.

O godzinie drugiej po południu coraz więcej ludzi wylęgło na ulice. To dziwne uczucie, kiedy na ulicach wszyscy wokoło mówią w innym języku, w dodatku bardzo szybko i głośno. Choć znam hiszpański nawet nieźle, to muszę przyznać, że nieraz trudno jest mi ich zrozumieć. To nie jest taki czysty hiszpański, jakiego uczymy się w szkołach w Polsce. Na południu strasznie seplenią i ucinają ostatnie litery w słowach.

Z natury jestem wnikliwym obserwatorem i patrząc na społeczeństwo hiszpańskie zadałam sobie pytania: Czemu wszyscy są tacy niscy? A może to ja nagle urosłam?

Większość przechodniów była niższa ode mnie o głowę albo i więcej. Nigdy nie uważałam się za przesadnie wysoką. Ba, nawet marzyłam kiedyś o karierze modelki, ale ze wzrostem 166 cm nie miałabym szans, chyba że w modelingu stóp czy dłoni.

I w pewnym momencie jeden z niziołków w wieku nieprzekraczającym 35 lat przeszedł naprzeciw mnie, niedyskretnie się na mnie wgapiając, po czym z pięknym uśmiechem na ustach wykrzyknął:

— ¡Holaguapa!

Powiedział, co chciał, i nie zatrzymując się nawet na chwilę, poszedł dalej w swoją stronę. Szczerze mówiąc trochę zgłupiałam. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby przystojny, młody mężczyzna komplementował mnie na ulicy, żeby zaraz sobie pójść dalej. Taka zaczepka kojarzona jest zazwyczaj z elementem podrywu, mającym głównie miejsce w barach czy klubach. No cóż, mówiąc, że jestem ładna, bardzo skutecznie podbudował moje ego, więc zadowolona ruszyłam przed siebie.

Swoje przeszłam i zatrzymałam się w kawiarence Cafeteria Alhambra w centrum miasta. Stoliki były rozłożone na zewnątrz, więc korzystając z ładnej pogody usiadłam przy jednym z nich. Stąd miałam idealny widok na wszystko, co się działo w mieście. Niedaleko przedstawiał się piękny mały park z palmami, drzewami cytrusowymi i Bóg wie jakimi jeszcze roślinami. Ludzie odpoczywali, siedząc na ławkach, niektórzy czytali, jeszcze inni spacerowali w parach i rozmawiali bardzo donośnie. Wśród rozmów łatwo wychwytane są notorycznie stosowane formy trybu rozkazującego. Dime („mów do mnie”) przy rozpoczynaniu rozmowy telefonicznej, Venga, vamos („chodźmy, idziemy”) — praktycznie w każdej sytuacji. Zawsze forma rozkazująca, zakończona zwrotem por favor („poproszę”), dla zmiękczenia charakteru wypowiedzi, aby nikt nie czuł się urażony. Z początku może to wydawać się niegrzeczne, ale oni tego tak nie postrzegają, taki u nich zwyczaj prowadzenia rozmów. A że Hiszpanie są z natury wybuchowi, to taka forma do nich pasuje.

Ciekawym dla obserwatora z Polski może być powszechny homoseksualizm. Hiszpanie widocznie są bardzo tolerancyjnym narodem, bo trudno nie zauważyć spacerujących po ulicach osób tej samej płci, darzących się szczególnym uczuciem. W większości przypadków dotyczy to zwłaszcza płci męskiej, a na trzymaniu się za rączki się nie kończy. Tak, są bardzo wylewni w uczuciach i nie ukrywają swojej orientacji przed społeczeństwem, wręcz przeciwnie — śmiało afiszują się swoją zażyłością, ale nikt spoza tego środowiska nie czuje odrazy czy niezadowolenia. Potem doczytałam, że Hiszpanie dosyć pieszczotliwie odnoszą się do takich osób, określając ich mianem mariquita (z hiszp. „biedronka” ), co dowodzi na otwartość kraju na wszelką różnorodność preferencji seksualnych. To niesamowite, że kraj odznaczający się wiarą katolicką akceptuje — i co więcej — szanuje takie postawy.

Mimo że znajdowaliśmy się w okresie pozasezonowym, to turystów było od groma.

„Do you speak English?” — spytał jeden obcokrajowiec, zaczepiając mijanego po drodze Hiszpana.

Błąd. Angielski? Zapomnij. Większość Hiszpanów nie zna tego języka i wcale nie chce się go nauczyć, pomimo że jest przecież przodującą destynacją turystyczną na świecie. Wypadałoby, żeby byli przygotowani na przyjazd turystów zagranicznych, ale obywatele hiszpańscy tak o tym nie myślą. Oni mają szczególne przywiązanie do swojego języka ojczystego i w ich przekonaniu to każdy wczasowicz powinien operować ich językiem, a nie na odwrót. Przecież to prostsze, geniusze. Poza tym są najzwyczajniej w świecie leniwi i nie chce im się dokształcać w tym zakresie.

Starania biednego wędrowca poszły na marne, bo Hiszpan choć bardzo chciał pomóc i zrobił to, ale tłumacząc wszystko po hiszpańsku, co dla drugiego nie znaczyło prawie nic. Ten poddał się, wydukał jeszcze po angielsku „dziękuję” i spróbował szczęścia u innego przechodnia kilka kroków dalej. Niestety sytuacja się powtórzyła, a zrezygnowany turysta z nietęgą miną poszedł kontynuować swoje starania gdzieś indziej. „To faktycznie jest duży problem”, pomyślałam. Hiszpański jest pięknym, melodyjnym językiem, ale nie każdy chce się go uczyć. Niestety większość krajów Morza Śródziemnego ma bardzo wygórowane mniemanie o swojej kulturze mowy i języka ojczystego. Oczywiście w większych miastach, takich jak Madryt czy Barcelona, już prędzej znajdą się Hiszpanie ze znajomością języków obcych, ale tu na południu kraju jest to naprawdę rzadkość. Trzeba więc albo uczyć się języków, albo wyposażyć się w porządny przewodnik i mapy.

*

— ¡Hola! ¿Qué tal? — przywitała mnie radośnie Hiszpanka już w piątym mieszkaniu, jakie miałam okazje oglądać w przeciągu ostatnich dwóch dni.

— ¡Hola! Bien. ¿Y tú? — wyciągnęłam rękę, aby się przywitać, czym widocznie bardzo zdziwiłam Hiszpankę. Po chwili uradowana dziewczyna zbliżyła się do mnie i powitała mnie dwoma buziakami w oba policzki.

— Dos besitos. W Hiszpanii nie witamy się z kimś podając rękę, chyba że jest to bardzo oficjalne spotkanie.

Wyraźne zaskoczona taką otwartością dziewczyny, ostrożnie w ramach ciekawostki i wytłumaczenia mojego skrępowania, wyjaśniłam jej, że Polacy są bardziej zdystansowani i na pierwszych spotkaniach raczej stronią od całusków z nieznajomymi. A w przypadku starych znajomych — witają się trzema buziakami w policzki. Gdy skończyłam swój wywód, dziewczyna skwitowała to słowami „Aaaa, claro” na znak przyswojenia nowych informacji, które pewnie nie mają dla niej szczególnego znaczenia.

— Bien. Nazywam się María Hernandez García.

Matko Boska, po co im są takie długie imiona. Wieczność minie, zanim się przedstawią. Uprzejmie się uśmiechnęłam.

— Mam na imię Monika. Miło mi Cię poznać.

— Igualmente. Chodź, pokażę Ci mieszkanie. Nie jest ono może zbyt duże, ale bardzo praktyczne i użyteczne. O, tutaj mamy kuchnię.

Aha, zaczynamy od kuchni. Ci Hiszpanie mają jakieś dziwne zamiłowanie do jedzenia, jakby serce domu znajdowało się właśnie w kuchni.

— W kuchni jest wszystko, co potrzeba. Możesz korzystać z czego sobie życzysz. Lodówka, mikrofalówka, piekarnik, a nawet toster — działają bez zarzutów.

— Perfecto, ja może mistrzem w kuchni nie jestem, ale lubię sobie czasem pogotować.

— Ja też, aczkolwiek w Hiszpanii rzadko co się gotuje w domu.

Spojrzałam na nią zdziwiona.

— Jak to? Nie gotujecie, bo nie lubicie czy nie umiecie?

María cicho się zaśmiała pod nosem.

— Nie oznacza to, że nie umiemy gotować, ale wolimy wyjść na obiad ze znajomymi do pobliskiej knajpy, a na śniadanie na szybką kawę do kawiarni przed pracą.

Kurczę, nieźle musi im się tutaj powodzić. Nie wyobrażam sobie, żeby było mnie stać w Warszawie, aby codziennie wychodzić na śniadanie i lunch na mieście.

María, widząc moją zdziwioną minę, postanowiła kontynuować oprowadzanie po mieszkaniu.

— Dalej, mamy tylko jedną łazienkę na trzy pokoje, ale póki co, nie było żadnych problemów z podziałem ani kolejnością, kto zajmie pierwszy.

— No tak, same baby w mieszkaniu i jedna łazienka to nie lada wyzwanie.

— Naprawdę to nie problem — przekonywała María. — Teraz pokażę Ci, jak włącza się ciepłą wodę.

— Jak to? To nie wystarczy odkręcić czerwony kurek?

— Niestety nie. Żeby móc skorzystać z ciepłej wody, trzeba włączyć butano — dziewczyna obserwowała mnie uważnie. — I już widzę, że nie wiesz, o co chodzi, więc Ci wytłumaczę.

Podeszłyśmy do wielkiej metalowej zielonej butli. María  odwróciła zatyczkę na drugą stronę, zapaliła zapałkę i przyłożyła ją do niewielkiego otworu w białym, wiszącym urządzeniu przypominającym trochę stare, jak kiedyś u nas były, instalacje gazowe. Następnie Hiszpanka odkręciła korek z ciepłą wodą w kranie i nagle mały ogień w białym blaszaku buchnął na całego.

— Chodź i przyłóż rękę pod kran. Ciepła?

Zrobiłam tak, jak prosiła.

— No tak, ciepła. I za każdym razem, kiedy chce umyć ręce, muszę powtarzać ten sam proces?

— Tak, kiedy skończysz myć lub gotować trzeba wyłączyć butano, żeby się niepotrzebnie nie zużywał.

— Gotować? To podczas gotowania też to trzeba tak włączyć?

María pokiwała głową z uśmiechem, wierząc pewnie, że w końcu zrozumiałam, o co chodzi.

— Tak, to jest gaz i jeśli chcemy go użyć do gotowania lub do podgrzania wody, musimy go najpierw włączyć. Butla z butano starcza na około miesiąc, w zależności ile się zużywa i kiedy się skończy, trzeba zadzwonić, to nam wymienią na nowy pełny.

Wprost nie mogłam w to uwierzyć. Normalnie jak za czasów średniowiecza. No, może przesadziłam, ale kto jeszcze w taki sposób pozyskuje ciepłą wodę?? Bądź co bądź Hiszpania należy do krajów rozwijających się, to oczekuje się tutaj jakiś standardów. Ale jak widać rejony południowej Hiszpanii cechują się raczej starymi budowlami i podstarzałym systemem.

— Bien, a ten pokój, co macie wolny? Jak wygląda?

— Już pokazuję — María emanując swoją energią, przypominała trochę żywą, tykającą bombę, która w każdej chwili może nieoczekiwanie wybuchnąć.

Na korytarzu pokoje znajdowały się po lewej stronie. Pierwszy pokój, jak się dowiedziałam, należy do jeszcze jednej lokatorki, która jest Portugalką.

— Margarida jest z małej miejscowości Carcavelos w Portugalii, to niedaleko od Lizbony. Jest tutaj na wymianie studenckiej. Studiuje prawo.

— A w jakim języku się komunikujecie?

— Głównie po hiszpańsku. Portugalski jest wbrew pozorom bardzo podobny do hiszpańskiego, a każdy Portugalczyk zna hiszpański na dosyć dobrym poziomie, więc nie ma problemu z dogadaniem się. Ten drugi pokój jest wolny i może być Twój.

María otworzyła mi drzwi i moim oczom ukazał się mały pokoik z łóżkiem, szafą, półkami i biurkiem. Faktycznie dosyć mały, ale jak na jedną osobę, zupełnie wystarczający. Meble były dosyć stare, ale ułożone w tak logiczny sposób, aby wszystko się mieściło i nadal było dużo miejsca do poruszania się.

— Widzę, że jest tu normalne okno na ulicę. W poprzednim mieszkaniu mój potencjalny pokój byłby kompletnie ciemny, bez względu na porę dnia, ponieważ mieszkanie było na parterze, a okna skierowane na ciemny dziedziniec, gdzie chyba nigdy nie dochodziło słońce.

— Masz rację — zgodziła się María. — Niektóre stare budownictwa wciąż mają taki typ architektoniczny, wszystko skierowane jest na dziedziniec, bo tam zbierało się życie sąsiedzkie z całego budynku.

— Dla mnie to nie takie dziwne, bo w Warszawie też kiedyś były takie budynki, ale już dawno takich nie widziałam.

No, może jakieś pozostałości zostały na Pradze Północ, ale one zupełnie nikną w otoczeniu wysokich i oszklonych wieżowców. Co ciekawe, tutaj nie widziałam na razie żadnych drapaczy chmur ani nowoczesnych budynków w okolicy.

— Ty jesteś z Polski, tak? Zawsze chciałam tam pojechać, choć jeszcze nie miałam okazji. A co tu robisz? Studiujesz, pracujesz?

— Chwilowo planuję. Ale bardzo chciałabym tu zamieszkać. Spodobało mi się miasto.

María zauważyła, że nie chcę kontynuować tematu, dlatego opowiedziała nieco o sobie. Okazało się, że pracuje w ratuszu w Granadzie, ale pochodzi z Malagi i tam ma rodzinę.

— Tutaj jest zupełnie inne życie. Może to przez studencką atmosferę albo brak morza, ale uważam, że jest znacznie spokojniej. W moim rodzinnym mieście jest trochę inaczej. Tam zawsze coś się dzieje, różne festiwale, festyny, dni miasta itp. Poza tym widok morza już mnie nawet męczył.

Jak może się znudzić morze? Boże, ile bym dała, żeby móc mieszkać nad morzem i w przerwach w pracy wylegiwać się na plaży. Bliskość wody, możliwość opalania się na piasku i przyjemna pogoda, to jak spełnienie marzeń. Z tą María jest coś zdecydowanie nie tak.

— To jak, podoba Ci się mieszkanie?

— Tak, i wiesz co…. Chciałabym się tu wprowadzić. Jeśli nie macie innych chętnych… — rozpoczęłam nieśmiało.

— Super! Kiedy chcesz przenieść swoje rzeczy?

Zdziwiła mnie taka entuzjastyczna reakcja. Mieszkanie jest naprawdę ładne, w porównaniu z pozostałymi, które widziałam. Sądziłam, że mają dużo chętnych. Ale polubiłam Maríę, miło mi się z nią gawędziło, więc czemu nie spróbować. Czynsz nie jest wcale taki wysoki, a wszystko co potrzebne jest w pobliżu.

— Mogę jutro?

María szczerze się uśmiechnęła.

*

Taksówkarze są tutaj strasznie gadatliwi, przynajmniej taki okazał się ten, na którego ja natrafiłam. Gdy tylko weszłam do samochodu, od razu bez krzty przyzwoitości rozpoczął ze mną rozmowę.

— Przeprowadzasz się gdzieś? — spytał.

— Tak, zmieniam mieszkanie — odpowiedziałam krótko. Ale to chyba jemu nie wystarczało, więc pytał dalej.

— Jak długo jesteś w Hiszpanii?

Nie zdziwiło mnie to, że od razu przeszedł na formę „ty”. Tutaj do każdego się mówi w drugiej osobie, bez względu czy ma się do czynienia z nieznajomym czy ze starym druhem.

— Niecałe dwa tygodnie.

— A skąd jesteś?

— Z Polski.

— Z Polski mówisz? — uśmiechnął się na moje słowa, trochę nostalgicznie. — Kiedy