TAK. WYJADACZE - Thomas Bernhard - ebook
Opis

Tytułowe Tak (1978) jest ostatnim słowem znakomitego opowiadania Thomasa Bernharda, a zarazem odpowiedzią udzieloną narratorowi przez przyjaciółkę, Persjankę, na pytanie, czy kiedyś popełni samobójstwo. Jej towarzystwo i empatia początkowo koiły go, gdy sam próbował wydobyć się z depresji i izolacji. Jednak wkrótce zaczyna mu ciążyć fatalizm kobiety, niezdolnej do jakiejkolwiek zmiany własnego życia. Decyduje się więc przerwać platoniczny związek. Po jakimś czasie z notki w gazecie dowiaduje się o jej samobójstwie.

Bernhard z wyjątkową empatią opisuje stany psychiczne głównych bohaterów i ich intuicyjne porozumienie. Ta historia ma wiele realnych odniesień. Zarówno Persjanka jak i handlarz nieruchomości, u którego narrator ją spotyka, to osoby należące do kręgu bliskich przyjaciół Bernharda.

Wyjadacze (1980) to tragikomiczna opowieść o starzejącym się uczonym, który pod koniec życia daremnie próbuje zrealizować szalony projekt naukowy. Podobnie jak Konrad w Kalkwerku, bohater Wyjadaczy, Koller, chce zgłębić tajemnicę wszechświata poprzez studium naukowe – w jego przypadku dotyczy ono ludzkiej fizjonomii. Nagłe wspomnienie czterech znajomych, z którymi swego czasu posilał się w najtańszej wiedeńskiej jadłodajni, pozwala mu napisać cztery rozdziały rozprawy. Zanim uda mu się przejść do piątego, decydującego rozdziału, spada jednak ze schodów i ginie. To opowiadanie można odczytać również jako parodię romantycznych wyobrażeń o geniuszu.

Obydwa utwory oscylują wokół typowych dla Bernharda mrocznych motywów śmierci, klęski, niemożności, choroby, samotności i wciągają czytelnika w spiralę gęstych zdań, nierzadko podszytych obłąkańczym humorem. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 223

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


THOMAS BERNHARD

TAK. WYJADACZE

Przekład MONIKA MUSKAŁA

Czytelnik

Warszawa 2015

TAK

Szwajcar i jego partnerka życiowa pojawili się u handlarza nieruchomości Moritza akurat gdy ja, przyszedłszy do Moritzowego domu, próbowałem mu po raz pierwszy nie tylko zarysować i ostatecznie naukowo objaśnić symptomy swojej choroby ducha i serca, ale i z nagła radykalnie i bezwzględnie wywrócić przed Moritzem, w tym momencie chyba rzeczywiście najbliższym mi człowiekiem, podszewkę mojej nie tyle nadszarpniętej, co całkowicie już wykolejonej przez chorobę egzystencji, znanej mu do tej pory tylko z niezbyt irytującej przecież, a więc bynajmniej nienękającej go niepokojem powierzchni, i już samą raptowną brutalnością tego eksperymentu zapewne go przestraszyłem i przeraziłem, a że tego popołudnia w jednej chwili bez reszty odkryłem i wyjawiłem wszystko, co przez całą dekadę znajomości i przyjaźni przed Moritzem ukrywałem, ba, wręcz stopniowo z matematyczną pedanterią zatajałem, oraz ustawicznie a bezlitośnie wobec siebie samego przed nim zasłaniałem, nie pozwalając mu na najmniejszy nawet wgląd w moją egzystencję, był do głębi przerażony, ale nie pozwoliłem, by to jego przerażenie choćby w najmniejszym stopniu zakłóciło mechanizm samoobnażenia, uruchomiony tego popołudnia gwałtownie i siłą rzeczy również pod wpływem pogody, i krok po kroku, jakbym nie miał innego wyboru, odkrywałem przed Moritzem, na którego tego popołudnia wyskoczyłem zupełnie niespodziewanie z psychicznej zasadzki, wszystko, co mnie dotyczyło, odkrywałem wszystko, co było do odkrycia, wyjawiałem wszystko, co było do wyjawienia; podczas tego całego zajścia zająłem jak zwykle miejsce w kącie naprzeciw dwóch okien obok drzwi wejściowych do Moritzowego gabinetu, nazywanego przeze mnie skoroszyciarnią, tymczasem Moritz, a był już przecież koniec października, siedział naprzeciw mnie w mysioszarej lodenowej marynarce, o tej porze prawdopodobnie już w stanie upojenia alkoholowego, czego w zapadającej ciemności nie mogłem dokładnie stwierdzić; przez cały czas nie spuszczałem go z oka, jakbym tego popołudnia, nie odwiedziwszy przez wiele tygodni domu Moritza i w ogóle spędziwszy wiele tygodni sam na sam ze sobą, to znaczy o wiele za długo, destrukcyjnie dla moich nerwów, zdany na własny umysł i własne ciało, w najwyższym stopniu skoncentrowany na wszystkim, zdecydowany na wszystko, co niosło ocalenie, nareszcie wydostał się z wilgotnego, zimnego i ponurego domu, przebiegł gęsty i głuchy las i dopadł Moritza jak niosącą ocalenie ofiarę, aby go, jak postanowiłem po drodze do jego domu, dopóty zasypywać rewelacjami na swój temat, a więc i naprawdę niestosownymi impertynencjami, dopóki nie zaznam znaczącej ulgi, toteż ile się dało, odkrywałem i wyjawiałem swoją skrywaną przed nim przez lata egzystencję. Gdy te moje chyba rzeczywiście kompletnie niestosowne, aczkolwiek rozpaczliwe próby psychicznego i fizycznego odprężenia sięgnęły himalajów, nagle w Moritzowym domu dały się słyszeć kroki, mnie zupełnie nieznane, przeciwnie niż oczywiście wyszkolonemu w rozpoznawaniu kroków Moritzowi, kroki, które on najwidoczniej w jednej chwili zdołał zidentyfikować, co natychmiast rozpoznałem po jego reakcji na te nagłe kroki w sieni, bo w ogóle to najbardziej niezwykły był słuch Moritza, który siłą rzeczy najbardziej sprzyjał jego interesom, i Moritz, do tychże kroków w sieni całkowicie spokojny i milczący, o ile nie wręcz już wyczekujący, jak nagle pomyślałem, gdy tak siedział naprzeciw mnie z nogą założoną na nogę, raptem zerwał się z fotela do drzwi, by nasłuchiwać, co mogło oznaczać nie tylko interesantów, ale faktycznie kupców nieruchomości, i powiedział, jakby nie do mnie, tylko do siebie, Szwajcarzy, po czym wszystko nagle w Moritzowym domu ucichło; zaraz potem Szwajcarzy weszli do pokoju, pierwsi od miesięcy ludzie, nie licząc Moritza, z którymi wdałem się w rozmowę, a wraz z nimi w ścisłym tego słowa znaczeniu nadeszła wyczekiwana i najusilniej wytęskniona, nawet jeśli tego popołudnia faktycznie za wszelką cenę wymuszona i przygotowana przez moje niepohamowane rewelacje, i z tymi rewelacjami siłą rzeczy związane nieuniknione poniżenia i bezwstydne samooskarżenia wobec Moritza, ulga emocjonalna i psychiczna. Już podczas tego pierwszego spotkania ze Szwajcarem i jego partnerką życiową, która naturalnie nie była Szwajcarką, raczej Żydówką czy Ormianką, jak pomyślałem, w żadnym razie Europejką, umówiłem się z nią w obecności Szwajcara, który, jak się od razu domyśliłem, nie miał czasu na spacery, na spacer do lasu modrzewiowego, i nie wiem już dziś, ile spacerów z nią odbyłem, ale na spacery chodziłem z nią codziennie, a często nawet kilka razy dziennie, w każdym razie chodziłem z nią w tym czasie na spacery częściej i wytrwalej niż z jakimkolwiek innym człowiekiem, tak jak nigdy z nikim innym intensywniej i z większym zaangażowaniem umysłu nie mogłem poruszać wszelkich możliwych tematów, a co za tym idzie nie mogłem też intensywniej i z większym zaangażowaniem umysłu o najrozmaitszych sprawach myśleć, i nikt inny nie pozwolił mi tak głęboko wejrzeć w siebie ani ja nie pozwoliłem nikomu we mnie tak głęboko i tak bezwzględnie wejrzeć, jeszcze bezwzględniej i głębiej. A że Szwajcar niemal bezustannie jeździł po okolicznych miasteczkach w poszukiwaniu okuć drzwiowych i okiennych, rygli i kratek, śrubek i gwoździ oraz materiałów izolacyjnych i lakieru okrętowego do zaprojektowanego przez siebie i powstającego już, jak się dowiedziałem od niego samego podczas tego pierwszego spotkania, betonowego domu za cmentarzem, w związku z czym prawie nigdy nie można go było zastać w gospodzie (kwaterze Szwajcarów na czas budowy), ja sam nagle, a prawdopodobnie na pewno w ocalającym życiowo momencie, wyrwany przez tych dwoje z deprymującego, ba, na dobrą sprawę zagrażającego już egzystencji przygnębienia, znalazłem nagle w partnerce życiowej Szwajcara, jak się wkrótce okazało, Persjance pochodzącej z Szirazu, istotę regenerującą mnie na wskroś, a zatem na wskroś regenerującego partnera w chodzeniu, myśleniu, a zatem partnera do rozmów i filozofowania, jakiego nie miałem już od lat i jakiego najmniej spodziewałem się znaleźć w kobiecie. O ile w obecności Szwajcara, z którym spędziła już najwidoczniej kilkadziesiąt lat, Persjanka niemal cały czas milczała i poniekąd z powodu trwającego wiele, jeśli nie wiele dziesiątek lat przyzwyczajenia, była nawet nie małomówna, jak to często bywa w takim związku, lecz niemalże całkowicie niema, pomijając już, że pamiętam ją tylko w czarnym, znoszonym przez dziesiątki lat kożuchu, z zawsze postawionym kołnierzem, od chwili spotkania jej miałem wrażenie, że podobnie jak wiele kobiet w jej sytuacji i wieku, żyje ona w ustawicznym lęku przed przeziębieniem albo przed przemarznięciem i nie mogłaby się już obejść bez tego płaszcza, bez tego kożucha, który okrywał ją i chronił z jednej strony aż po kostki, a z drugiej po czubek głowy, i nie wspominając już, że gdy w obecności Szwajcara zabierała głos, to tylko po to, by mu zaprzeczyć, to pod jego nieobecność rozwinęła ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu potrzebę mówienia, którą można było wytłumaczyć chyba tylko właśnie tą upartą małomównością przy partnerze życiowym, jak i w ogóle utrzymującym się już prawdopodobnie od dłuższego czasu w stosunku do niego oporem. Była to nie tyle rozmowność, ile potrzeba mówienia, którą niejednokrotnie u kobiet związanych przez dziesiątki lat z takimi partnerami życiowymi jak Szwajcar można zaobserwować pod nieobecność tychże partnerów. I wtedy mówiła. Język niemiecki był dla niej obcym językiem, ile opanowała go podobnie jak angielski, francuski i grecki w sposób sprawiający przyjemność i nigdy naprawdę niewywołujący irytacji, i właśnie dzięki temu, że był to niemiecki cudzoziemki, do tego cudzoziemki zadomowionej wszędzie i nigdzie na świecie, urodzonej w Persji, wychowanej w Moskwie, która we Francji studiowała na uniwersytecie, i ostatecznie ze swoim niegdysiejszym kochankiem, a obecnym partnerem życiowym, będącym, jak sama powiedziała, wysoko kwalifikowanym inżynierem i światowej sławy budowniczym elektrowni, zjeździła cały świat, nie tylko zregenerował mi się słuch i odrodziła dyspozycja umysłu wrażliwego na tego typu egzotyczne melodie języka, ale ze względu na swój szczególny sposób mówienia i myślenia, w którym, logicznie, mówienie brało się z myślenia, a myślenie z mówienia, jakby całość była matematycznym, filozoficzno-matematycznym, a w konsekwencji filozoficzno-matematyczno-muzycznym procesem, Persjanka korygowała, regulowała, interpunktowała i kontrapunktowała moje własne myślenie i mówienie. Miesiące temu odwykłem od rozmawiania z ludźmi w sposób odpowiedni do moich uwarunkowań umysłowych, na dłuższą metę przygnębiało mnie obcowanie tylko z tubylcami, a ostatecznie i kontakt z samym tylko Moritzem, który choć niewykształcony, bez wątpienia potrafił operować ponadprzeciętnie wysoką jak na swoje warunki inteligencją, dawno temu już straciłem nadzieję na spotkanie człowieka, z którym mógłbym prowadzić nieskrępowaną konwersację i przy którym mógłbym podciągnąć swoje umiejętności konwersacyjne, a więc także intelektualne, z biegiem lat, wiodąc samotniczą egzystencję w swoim domu, skoncentrowany wyłącznie na pracy, na ukończeniu studium z zakresu nauk ścisłych (o antyciałach), utraciłem niemalże całkowicie kontakt z tymi, którzy niegdyś umożliwiali mi konfrontację, to jest konfrontację umysłową, w rozmowach i dyskusjach, coraz bardziej i jak sobie nagle uświadomiłem, nader niebezpiecznie odseparowałem się i oddaliłem od wszystkich tych ludzi, wnikając coraz bardziej rygorystycznie w przyrodoznawcze dzieło, i od pewnego momentu w ogóle już nie miałem siły podejmować tych wszystkich niezbędnych dla umysłu kontaktów, pojąłem wprawdzie nagle, że bez tych kontaktów nie zajdę zbyt daleko, że bez tych kontaktów prawdopodobnie w przewidywalnym czasie w ogóle nie będę mógł myśleć, a wkrótce nawet egzystować, ale brakowało mi sił, by powstrzymać z inicjatywy własnego umysłu to, co jak przeczuwałem, i tak już nadciągało, atrofię myśli wywołaną umyślnym separowaniem się od wszelkich intelektualnych kontaktów, a ostatecznie całkowita rezygnacja z jakichkolwiek kontaktów wykraczających poza te najniezbędniejsze, tak zwane lokalne, dotyczące po prostu najpilniejszych potrzeb egzystencjalnych w domu i jego bezpośrednim otoczeniu, a z korespondencji zrezygnowałem już wiele lat temu, całkowicie realizując się w naukach ścisłych, przegapiłem moment, gdy podjęcie porzuconych kontaktów, korespondencji, było jeszcze możliwe, wszelkie próby w tym kierunku spełzały na niczym, bo w gruncie rzeczy brakowało mi już całkowicie jeśli nie siły, to prawdopodobnie woli, i choć faktycznie jasno pojmowałem, że droga, którą obrałem i którą szedłem od wielu już lat, nie była drogą właściwą i mogła prowadzić tylko do całkowitej izolacji, izolacji nie samego umysłu, a zatem myśli, lecz faktycznie całego mojego jestestwa, całej egzystencji rzeczywiście przestraszonej już tą izolacją, to nie zrobiłem nic, by temu przeciwdziałać, dalej tą drogą podążałem, chociaż niejednokrotnie przerażała mnie ta droga, napawała nieustannym strachem, ale nie umiałbym już z niej zawrócić; katastrofę przewidywałem od dawna, ale nie potrafiłem jej zapobiec, i faktycznie nastąpiła ona o wiele wcześniej, zanim ją jeszcze rozpoznałem. Konieczność odizolowania się dla dobra nauki jest z jednej strony najważniejsza dla człowieka intelektu, z drugiej jednak strony największym niebezpieczeństwem jest to, że owa izolacja będzie zbyt radykalna i ostatecznie, wbrew oczekiwaniom, nie wpłynie pobudzająco, lecz hamująco, o ile nie wręcz unicestwiająco na pracę intelektu, i od pewnego momentu moje zamknięcie się na otoczenie dla dobra studium z zakresu nauk ścisłych (o antyciałach) wpływało na to właśnie studium z zakresu nauk ścisłych unicestwiająco. Do takiego wniosku dochodzi się zawsze zbyt późno, co do czego mój umysł upewnił się w sposób najdotkliwszy, i pozostaje tylko, jeśli w ogóle, beznadzieja, mianowicie proste przekonanie, że tego zaistniałego już stanu, pustoszącego umysł, uczucia, a koniec końców ciało, nie można już zmienić, i to w żaden sposób. Na dobrą sprawę przed pojawieniem się tu Szwajcarów egzystowałem całymi miesiącami w swoim domu w stanie apatii, w którym od dłuższego czasu możliwa była tylko obserwacja samego siebie, a o pracy, nie mówiąc już o pracy naukowej, w ogóle nie było co myśleć, całymi miesiącami, przyznaję, budziłem się tylko do najpotworniejszej obserwacji samego siebie, aż do całkowitego wyczerpania tą najpotworniejszą obserwacją samego siebie. Miałem nieustanną potrzebę przebywania z ludźmi, ale nie miałem siły, a zatem i możliwości nawiązania jakiegokolwiek kontaktu i tylko przy największym wysiłku umysłu i ciała byłem w stanie przynajmniej w pewnych po prostu koniecznych do życia odstępach czasu odwiedzić Moritza, zasiąść w Moritzowym domu na parę godzin, co jednak również przychodziło mi z największym trudem i zawsze było aktem skrajnego samozaparcia. Ludzie ducha bardzo szybko popadają w osamotnienie, gdy uznają, że muszą się skoncentrować na pracy naukowej albo w ogóle umysłowej, co się tyczy mnie, sądziłem, że generalnie muszę zrezygnować z kontaktów na rzecz pracy umysłowej, i stopniowo rezygnowałem, i swoją decyzją o rezygnacji z kontaktów uraziłem wielu, a ostatecznie wszystkich, z którymi kiedykolwiek miałem kontakt, co jednak ze względu na umysłową pracę było mi obojętne, bo podchodziłem do umysłowej pracy zawsze jak najbezwzględniej i już od najwcześniejszych lat nie znosiłem najmniejszych nawet zakłóceń umysłowej pracy, a wszystko, co stało na przeszkodzie pracy umysłowej, a zatem i postępom w naukowych studiach, usuwałem zawsze, mianowicie już przez całe życie, dlatego niebawem siłą rzeczy popadłem w nieuchronną izolację i byłem w końcu zupełnie osamotniony w pracy umysłowej, czyli studium z zakresu nauk ścisłych. A faktycznie wierzyłem, że mogę być sam ze swoją pracą naukową, że przez całe życie wytrzymam tylko ze swoim naukowym studium i osiągnę cel tylko za pomocą tego naukowego studium, co jednak stopniowo, a nagle z największą oczywistością okazało się całkowicie niewykonalne i całkowicie niemożliwe. Tak, faktycznie wierzyłem, że mogę żyć tylko i wyłącznie swoją pracą, to znaczy pracą naukową, bez czyjejkolwiek obecności, długo, bardzo długo w to wierzyłem, przez wiele lat, a może dziesięcioleci, aż to momentu, gdy przekonałem się, że żaden człowiek nie może żyć tylko i wyłącznie swoją pracą, bez drugiego człowieka. Ale co się tyczy mnie, tak dalece wpędziłem się egzystencjalnie w izolację, że musiało do mnie dotrzeć, iż stamtąd, gdzie się znalazłem, nie ma powrotu. I od pewnego momentu byłem już po prostu pogodzony z tym, że powrotu nie ma. W tym stanie egzystowałem w swoim domu przez lata i nie robiłem jakichkolwiek postępów, bo ze wszystkiego zrezygnowałem. Przez całe lata wszelkie moje wysiłki wydobycia się z tego stanu kończyły się niepowodzeniem już przy pierwszych próbach. Budziłem się i było to przebudzenie do całkowitego zniechęcenia życiem. Jeśli udawało mi się rano cokolwiek w sobie uruchomić, to tylko zawsze ten sam mechanizm niezdolności do życia i zniechęcenia życiem, a o pracy, choćby najdrobniejszej, nie mogłem nawet myśleć, co tylko z dnia na dzień powiększało moje przygnębienie. Zamiast pracować, siedziałem całymi dniami, tygodniami, miesiącami nad swoimi rozprawami, nie mając bladego pojęcia, jak się do nich zabrać. Budziłem się i zaczynałem się bać tych rozpraw, chodziłem tam i z powrotem po domu, najpierw na górze tam i z powrotem, potem na dole tam i z powrotem, i oddawałem się coraz bardziej kompletnie bezużytecznym czynnościom, które mnie tylko odrywały od zasadniczej pracy, i nadużywałem tych niedorzecznych, istotnie kompletnie niedorzecznych czynności i zabiegów, tylko po to, by oderwać się od umysłowej pracy, od moich przyrodoznawczych studiów i związanych z nimi rozpraw, których z czasem zacząłem się regularnie bać i które stopniowo przetransportowałem do pokoju na poddaszu i tam zamknąłem, by nie mieć z nimi styczności. Już sam widok tych rozpraw wywoływał we mnie mdłości. Już sama myśl o nich. Zastój w moich przyrodoznawczych studiach, pomyślałem, nastąpił już przed laty, nie da się dokładnie określić tego momentu, przegapiłem ten moment, gdybym go nie przegapił, mógłbym prawdopodobnie go uchwycić i poddać analizie cały swój stan, ale chociaż bardzo się starałem, moment ten i wszystkie procesy w tym momencie zachodzące pozostały dla mnie do dziś nieuchwytne. Możliwe, że uchwycenie tego rozstrzygającego momentu i analiza wszystkiego, co się z tym rozstrzygającym momentem wiąże, bywa ocalające. Ale ja tej możliwości nie miałem, bo sam moment był dla mnie nieuchwytny. Alienacja, tyle wiedziałem, stała się ostatecznie moją katastrofą, będąc wcześniej koniecznością i szczęściem, izolacja, którą sobie zaordynowałem ze względu na naukową pracę i która przyniosła mi w pierwszych latach zajmowania się naukami ścisłymi tak wartościowe wyniki, a ostatecznie umożliwiła największe postępy, stanowiła już od wielu lat moje największe nieszczęście. Ale rozpoznanie bez możliwości podjęcia działania uczyniło moje położenie jeszcze bardziej beznadziejnym. Ileż prób nawiązania kontaktu spełzło na niczym. Wszelkie pomysły nawiązania kontaktu dusiłem w zarodku. Na dobrą sprawę napisałem setki listów do wszelkich możliwych ludzi, by odnowić z tymi ludźmi kontakt, ale tych listów nie wysłałem, wszystkie te listy były zaadresowane, ale niewysłane, ułożone w stosy w pokoju, w którym zamknąłem rozprawy z zakresu nauk ścisłych. Wszystkie te listy z prośbą o nawiązanie kontaktu skierowane były do przyjaciół, do znajomych, do osób ze świata nauki. Pisałem je i już podczas pisania uświadamiałem sobie niemożność nadania tych listów, wysłania ich, doręczenia. Tak więc przez długie lata pisałem listy i nie wysyłałem ich, tylko odkładałem w pokoju służącym mi do naukowych studiów. Gdy samotność traci sens i staje się nagle bezproduktywna, musi się skończyć, myślałem częstokroć, ale nie umiałem zakończyć samotności, nie mogłem skończyć z samotnością. Nieustannie pragnąłem nawiązać kontakt, ale nie miałem na to siły, a skoro nie miałem nawet siły, by nawiązać kontakt ze swoją pracą naukową, jak mogłem sądzić, że uda mi się nawiązać kontakt z ludźmi. Brak kontaktów stopniowo rozwinął się w chorobę psychiczną, którą próbowałem objaśnić Moritzowi tego popołudnia, gdy poznałem u niego Szwajcarów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Ja. Die Billigesser

Ja © Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1978 All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

Billigesser © Suhrkamp Verlag Frankfurt am Main 1980 All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design

REDAKCJA: Monika Ziółek

KOREKTA: Katarzyna Heidrich-Żurkowska

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Monika Muskała, 2015 © Copyright fot the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2015

ISBN 978-83-07-03373-0


Konieczność odizolowania się dla dobra nauki jest z  jednej strony najważniejsza dla człowieka intelektu, z  drugiej jednak strony największym niebezpieczeństwem jest to, że owa izolacja będzie zbyt radykalna i  ostatecznie, wbrew oczekiwaniom, nie wpłynie pobudzająco, lecz hamująco, o  ile nie wręcz unicestwiająco na pracę intelektu, i  od pewnego momentu moje zamknięcie się na otoczenie dla dobra studium z  zakresu nauk ścisłych (o  antyciałach) wpływało na to właśnie studium z  zakresu nauk ścisłych unicestwiająco. Do takiego wniosku dochodzi się zawsze zbyt późno, co do czego mój umysł upewnił się w  sposób najdotkliwszy, i  pozostaje tylko, jeśli w  ogóle, beznadzieja, mianowicie proste przekonanie, że tego zaistniałego już stanu, pustoszącego umysł, uczucia, a  koniec końców ciało, nie można już zmienić, i  to w  żaden sposób.

Jeśli mamy obiekt, który nieustannie nas dręczy i  coraz uporczywiej nie daje nam spokoju, to należy próbować wciąż od nowa, choćby to było nie wiem jak jałowe i  nie wiem jak potworne i  beznadziejne.

Przecież poza porażkami nic nie ma. Mając przynajmniej wolę porażki, idziemy naprzód i  w  każdej sprawie i  we wszystkim musimy mieć przynajmniej wolę porażki, jeśli nie chcemy pójść na dno od razu, co faktycznie nie może być zamiarem, który nas tu trzyma.

Z  mojego doświadczenia wynika, że tubylcy są wobec obcych zawsze podejrzliwi, a  to, co czują, jeśli w  ogóle cokolwiek, tchnie brudem i  podłością, i  Szwajcarzy naturalnie nie stanowili wyjątku. Obcy, choćby nie wiem jak dobroduszny i  pełen dobrej woli, przybywający w  jak najlepszych zamiarach w  te strony, zostanie przez tubylców obsmarowany, znieważony, przykłady można mnożyć, zniszczony.

Taki człowiek, który wszystko wyłapuje i  dostrzega, wszystko obserwuje, i  to nieprzerwanie, nie cieszy się sympatią, budzi raczej obawy, i  ludzie zawsze mieli się przed takim człowiekiem na baczności, bo taki człowiek jest człowiekiem niebezpiecznym, a  niebezpieczni ludzie budzą nie tylko obawę, ale są znienawidzeni, z  tego względu muszę też siebie nazwać znienawidzonym człowiekiem.

Prawdę mówiąc, żyje ze swoim partnerem życiowym już tyle lat właśnie tak, w  milczeniu i  bez słowa. Żadnych rozmów między nimi, nawet krótkiej konwersacji. Całe lata mniej lub bardziej bez słowa z  człowiekiem, to znaczy ze Szwajcarem, z  którym nic jej już nie łączy.

Górę brał zaściankowy zmysł obywatelski, zdecydowany uprzątnąć z  drogi wszystko, co mu nie odpowiada, czyli przede wszystkim głowę i  ducha, a  rząd zaczął to znowu wykorzystywać, nie ten rząd, ale nagle wszystkie rządy europejskie. Masy uzależnione od brzucha i  dobytku wystąpiły przeciwko głowie i  duchowi. Kto myśli, temu nie można ufać, myślącego trzeba prześladować, znowu zaczęto w  najpotworniejszy sposób stosować to stare hasło.

Nieustannie próbujemy odkryć przyczyny, a  jednak nie jesteśmy w  stanie pójść dalej, komplikujemy i  plączemy jeszcze bardziej to, co jest już wystarczająco skomplikowane i  poplątane. Szukamy winnego naszego losu, który przeważnie, o  ile jesteśmy szczerzy, nazwać możemy tylko nieszczęściem. Rozmyślamy o  tym, co powinniśmy zrobić inaczej albo lepiej, i  o  tym, czego prawdopodobnie nie powinniśmy byli robić, bo jesteśmy skazani na to, ale to do niczego nie prowadzi. Katastrofa była nieunikniona, mówimy wtedy i  na pewien czas, choćby krótki, dajemy spokój. A  potem znowu zaczynamy od nowa zadawać pytania i  drążymy, drążymy, póki znowu nie zaplączemy się, na wpół wariując. Co chwilę poszukujemy winnego, jednego albo wielu, aby przynajmniej przez chwilę móc znieść to wszystko, i  trafiamy, o  ile jesteśmy szczerzy, na samych siebie.

Na przykładzie Szwajcara widać, że ktoś urodzony w  małomiasteczkowych warunkach może być wywindowany i  wyniesiony na najwyższe wyżyny tylko dlatego, że w  odpowiednim, rozstrzygającym w  życiu momencie spotkał człowieka o  kluczowym pod każdym względem znaczeniu, skonstruowanego co do joty dla niego i  jego talentów.

Wynika z  tego samo przez się, że ludzie zajęci tylko myślą i  faktycznie tylko dla myśli egzystujący stopniowo popadają w  całkowitą izolację, w  której tak długo myślą i  intensyfikują myślenie i  tak długo ignorują wszystko poza myśleniem, dopóki ich ta pasja nie przygniecie, nie przydusi i  nie unicestwi. Znamy wiele przykładów.