Tak to już jest - Laurie Frankel - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

Opowieść o przemianie, rodzinie i rodzicielstwie, o tym, że bycie rodzicem to skok w nieznane, a rozwój dziecka to jedna z największych życiowych niewiadomych. To książka o tym, jak trudno być rodzicem dziecka transpłciowego.

Wyjątkowa opowieść o miłości, rodzinie i zmianie. Claude’a poznajemy, gdy ma pięć lat, jest najmłodszym z pięciu braci – uwielbia kanapki z masłem orzechowym, sukienki i marzy o byciu księżniczką. A kiedy podrośnie, powie, że chce być dziewczynką.

Rodzice Claude’a, Rosie i Penn, akceptują swoje dziecko takim, jakie ono jest, nie mają pewności jednak, czy mogą się tym podzielić z całym światem. I dlatego wybór Claude’a utrzymywany jest w tajemnicy. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia…

To opowieść o przemianie, rodzinie i rodzicielstwie, o tym, że bycie rodzicem to skok w nieznane, a rozwój dziecka to jedna z największych życiowych niewiadomych. Przede wszystkim jednak to książka o tym, jak trudno być rodzicem dziecka transpłciowego. Powieść została oparta w dużej mierze na autentycznych wydarzeniach: autorka sama ma syna, który zdecydował, że chce zmienić płeć.

Redaktorka wydawnictwa Poradnia K mówi:

„Frankel wykazała się odwagą, poruszając tak ważny temat. Jej książka może być drogowskazem dla ludzi, których życie postawiło w naprawdę trudnej sytuacji: gdy o swoje dzieci muszą zadbać nie tylko na co dzień, ale nieustannie zadają sobie pytanie, czy ich dziecko jest bezpieczne, czy nic mu nie grozi ze strony rówieśników i dorosłych. Naszym zdaniem Tak to już jest to książka z tych, które mają moc zmieniania świadomości społecznej”.

„Pięknie napisana, niesamowita historia rodzinna – po prostu wspaniała!”

– Reese Witherspoon, aktorka, laureatka Oscara, znana z roli w serialu „Wielkie kłamstewka”

„Wyjątkowa książka o rodzinnej tajemnicy. Zmusiła mnie do płaczu, sprawiła, że się śmiałam, skłoniła do myślenia” – Liane Moriarty, autorka bestsellera „Wielkie kłamstewka”

O Autorce:

Laurie Frankel to uznana amerykańska pisarka, laureatka wielu nagród, autorka trzech powieści („Tak to już jest”, „Na razie żegnaj” i „Atlas miłości”). Jej książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia pięć języków oraz wykupiono prawa do ich ekranizacji. Jest współzałożycielką organizacji wspierającej czytelnictwo Seattle7Writers. Uznano ją za jedną z pięćdziesięciu najbardziej wpływowych mieszkanek Seattle.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 526

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


THIS IS HOW IT ALWAYS IS
Copyright © 2017 by Laurie Frankel. Published by arrangement with Flatiron Books. All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019 Copyright © for the Polish translation by Dariusz Żukowski
Jacket design by Emily Mahon
Jacket photography: orange © Foodcollection RF/
Getty Images; watercolor © Polaolka/Shutterstock
Author photograph © Natalia Dotto
Adaptacja projektu okładki: JOANNA RENIGER
Projekt typograficzny i łamanie: MONIKA ŚWITALSKA
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: JUSTYNA MROWIEC
Korekta: AGNIESZKA TRZEBSKA-CWALINA, MAGDALENA GERAGA
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-40-2
Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.plFacebook.com/poradniak Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Dla D.R.M.H.M.F.

mojego kogoś

Czy to zawsze „lub”?

Czy to nigdy „i”?

– Stephen Sondheim, Tajemnice lasu

Czy ja sobie przeczę?

Niech będzie, więc sobie przeczę,

(Jestem wielki, składam się z mnogości).

– Walt Whitman, Pieśń o sobie

Część 1

Pewnego razu urodził się Claude

Ale najpierw urodził się Roo. Roosevelt Walsh-Adams.

Po przemyśleniu wszystkich typowych „za”, a nawet „przeciw”, postanowili zostawić mu dwa przedzielone myślnikiem nazwiska, tak by ich pierworodny mógł nosić nazwisko dziadka, nie kojarząc się przy tym za bardzo z prezydentem, co wydawało się zbyt dużym brzemieniem na barkach nowiutkiego człowieczka o wadze niecałych trzech kilogramów. Więc najpierw urodził się Roo, cały różowy, lepki, głośny i cudowny. Potem urodził się Ben. A potem dyskutowali, deliberowali i postanowili, że chcą jeszcze tylko jedno, więc urodzili się bliźniacy, których nazwali Rigel i Orion. I stało się jasne, że kiedy tylko dzieci skończą ze cztery lata, zaczną otwarcie psioczyć na swoje imiona, zwłaszcza gdy Rigel się dowie, że jego gwiazda to duży palec u nogi w konstelacji brata. Na razie jednak były za małe i za głośne, by je to obchodziło. Różnica między dwojgiem a czworgiem wydawała się astronomiczna i to dlatego ich rodzice zwrócili się z prośbą o pomoc do niebios.

Mając to wszystko w pamięci, Rosie Walsh – choć była kobietą solidnie wykształconą, wyznawczynią logiki i rozumu, osobą czyniącą pełny użytek z prawej półkuli swojego mózgu, i w dodatku lekarką, a więc specjalistką od tych spraw – piętnaście minut przed poczęciem Claude’a przeciągała łóżko spod ściany na środek pokoju, żeby stało zorientowane ze wschodu na zachód, a nie z północy na południe. Talmud, poinformowała ją matka, jednoznacznie stwierdza, że ten, czyje łóżko skierowane jest ku północy, powije wielu synów, i choć Rosie wątpiła w to całym sercem, podobnie jak w większość innych talmudycznych rewelacji, nie chciała ryzykować. Z tego samego powodu bez komentarza serwowała mężowi łososia na obiad, a na deser – choć oczywiście byli dorośli – ciasteczka pieguski, bowiem niemieckie wierzenia ludowe mówiły, że kto potrzebuje męskich potomków, powinien jeść czerwone mięso i słone przekąski, a jeśli pragnie mieć córki, niech cielesne igraszki uprawia popołudniami. Na tej samej stronie internetowej radzono położyć drewnianą łyżkę pod łóżkiem, by począć dziewczynkę, co Rosie także zrobiła, zaraz jednak poczuła się jak idiotka, więc wyjęła ją i odłożyła na komodę, ale wtedy pomyślała, że Penn to zobaczy i będzie z niej – całkiem słusznie – kpił, więc naprędce schowała łyżkę w pierwszym miejscu, które przyszło jej do głowy: pod łóżkiem. Nie mogła zaszkodzić.

Różne źródła, jedne bardziej wątpliwe od drugich, zalecały pozycję misjonarską, do czego chętnie się stosowała. Pozycja ta, na ile Rosie mogła stwierdzić, była jak lody waniliowe: ponoć nudna, ponoć stosowana tylko przez beznamiętne, pozbawione wyobraźni i znużone pary, ale tak naprawdę najlepsza. Lubiła wpatrywać się w twarz Penna z tak bliska, że rozmywała się jej przed oczami jak modernistyczny obraz. Lubiła to uczucie, kiedy napierał całym sobą na jej ciało. Uważała, że jeśli ktoś woli to robić do góry nogami albo od tyłu – albo jeśli dodaje karmelizowany bekon, wędzoną sól morską czy okruszki krakersów do lodów – to chyba rekompensuje sobie wadliwy towar.

Te same wątpliwe źródła zalecały także kobiecie powstrzymywanie się od orgazmów. Uznała to już jednak za nadgorliwość.

Dawno temu doktor Rosalind Walsh i jej mąż uprawiali seks spontanicznie i bez hamulców, seks domagający się spełnienia, seks, który musieli uprawiać, bo właściwie nie mieli wyboru. Teraz, z czworgiem dzieci i dwoma etatami, cieszyli się nim jeszcze bardziej, ale był mniej nieodzowny. Bardziej odzowny? W każdym razie poprzedzało go raczej planowanie i rozmowa niż zdzieranie z siebie nawzajem ubrań i rzucanie się o ściany. W tym tygodniu Rosie miała nocny dyżur w szpitalu. Penn pracował w domu. Zjedli lunch, później on zbierał materiały do swojej książki, a ona poszła poćwiczyć. Po treningu przesunęła łóżko na środek pokoju, podłożyła łyżkę i się rozebrała.

Penn przysiadł na brzegu łóżka, wciąż w okularach do czytania, z podświetlaczem w jednym ręku i artykułem o niedoborach żywności podczas drugiej wojny światowej w drugim.

– Nie chciałbym cię zniechęcać do tego, co ma tu się wydarzyć. – Odłożył artykuł, zdjął okulary, a potem ubranie, i położył się przy niej. – Ale wiesz, że właśnie w taki sposób wpakowaliśmy się w cały ten bałagan.

– Staraniami o dziewczynkę? – Miał rację. Zaklęcie „tym razem na pewno będzie dziewczynka” powtarzali sobie, decydując się na kolejne dzieciaki po Benie.

– Rozbierając się do naga w środku dnia – odparł Penn.

– Ale jaki bałagan? – Uśmiechnęła się.

– Widziałaś w tym tygodniu pokój zabaw?

– Nigdy tam nie wchodzę.

– „Bałagan” to mało powiedziane. Bo bałagan jest może nieprzyjemny, ale nie zagraża życiu. Gdyby nasz pokój zabaw był lotniskiem, ochrona uruchomiłaby procedury antyterrorystyczne.

– Zawsze razem – powiedziała, całując go w usta, potem w szyję, potem znowu w usta.

– Zawsze razem – odpowiedział z jej językiem w ustach.

Niedługo potem, choć też znowu nie tak szybko, klasycznym sposobem przytrafił im się Claude, choć żadne z ich trojga nie było tego wówczas świadome. Rosie zawsze uważała, że z ewolucyjnego punktu widzenia dobrze by było, gdyby kobieta czuła, jak plemnik wnika do jajeczka. Dzięki temu mogłaby przestać pić alkohol, jeść sushi czy delektować się niepasteryzowanym serem na dobry miesiąc przed tym, nim faktycznie większość osób zaczyna się tym przejmować. Poczęcie: taka ważna część życia, a przechodzi niezauważona. Kiedyś, dawno temu, po seksie zapadali we wspólną drzemkę splecionych kochanków, a ich kończyny drżały z wysiłku, albo prowadzili głębokie, znaczące, filozoficzne rozmowy do późna w nocy, albo czasami zaczynali kolejną sesję seksu. Teraz Penn wziął artykuł o niedoborach żywnościowych, czytał go przez siedem minut, leżąc nago, oparty o wezgłowie łóżka, potem zszedł na dół, żeby zacząć szykować kolację, a po trzydziestu pięciu minutach ruszył do przedszkola, by odebrać Rigela i Oriona. Rosie się ubrała, przygotowała do pracy, po czym poszła na przystanek po Roo i Bena. Tymczasem Claude cichutko pracował nad własnym istnieniem – komórki najpierw się połączyły, a później, przez kolejne dni, tygodnie i miesiące, dzieliły, dzieliły, dzieliły.

Ludzie często mówili do Rosie: „Co ty, katoliczka”, choć bez wznoszącej intonacji, bo to pozorne pytanie wcale nim nie było. Albo tytułem żartu: „Wiesz, mamy już dziś metody, żeby temu zapobiegać”. Albo: „Lepiej, że padło na ciebie niż na mnie”, choć to akurat było jasne na pierwszy rzut oka, albo: „One wszystkie twoje?”. Tak, wszystkie jej. Jedna z matek przed rokiem na zebraniu komitetu rodzicielskiego wzięła Rosie na bok i poradziła, żeby nie przypinała prezerwatyw pinezkami do tablicy korkowej obok łóżka, choćby wydawało się to bardzo wygodne, czego nauczyło ją doświadczenie, po czym ruchem głowy wskazała zlizującego ciasto z palców pierwszoklasistę w rogu sali. Rosie zawsze uważała, że kwestie związane z zakładaniem rodziny są równie intymne jak fizyczne czynności, które temu zwykle towarzyszą, i podobnie jak one nie nadają się na temat uprzejmej rozmowy – zwłaszcza w osądzającym tonie – z nowo poznanymi osobami. Ale to właśnie ją spotykało, i to zwykle kilka razy w tygodniu. Na przykład teraz na przystanku, kiedy czekała na Roo i Bena, a jedna połówka prawie-Claude’a zawzięcie płynęła, by połączyć się z drugą.

– Sama nie wiem, jak dajesz sobie radę.

To Heather. Sąsiadka. Kolejne typowe zagajenie: krytyka pod maską komplementu.

Rosie się roześmiała. Sztucznie.

– Jakoś muszę.

– No, znaczy się, ja mówię poważnie. – Chociaż nie mówiła poważnie. – Znaczy, Penn właściwie nie pracuje. Za to ty tak.

– Penn pracuje w domu – powiedziała Rosie. Znowu. Bo nie pierwszy raz odbywały tę rozmowę. Temat wracał, ilekroć spóźniał się autobus. Czyli zawsze, kiedy padał śnieg. Czyli w niektóre miesiące codziennie. Pomyślała, że Zarząd Szkół Publicznych w Madison w stanie Wisconsin powinien zapewnić kierowcom autobusów specjalny kurs jazdy w zimie – niegłupi pomysł, prawda? – lecz najwyraźniej była z nim osamotniona. Teraz jednak trwał gorący wrzesień i pachniało jak wtedy, gdy zbiera się na popołudniową burzę, więc nie miała pojęcia, skąd to spóźnienie.

– Znaczy, ja wiem, że on ma zajęcie. – Heather prawie każde zdanie zaczynała od „znaczy”, co Rosie uważała za niepotrzebne, bo słowa coś znaczą z natury. – Ale nie chodzi do pracy.

– Pisanie to praca. – Projekt Penna, który on sam nazywał ChaPe, skrót od „Cholerna Powieść”, nie dawał im jeszcze dochodów, ale Penn codziennie pilnie pisał. – Tylko że nie od dziewiątej do piątej.

– To takie zajęcie naprawdę się liczy?

– Ja też nie pracuję od dziewiątej do piątej. – Spojrzała na zegarek. Powinna być w szpitalu za nieco ponad godzinę. Nocne dyżury bywały ekstremalne, ale bez problemu dawały się wpisać w grafik. Czasem łatwiej było zrezygnować ze snu niż próbować znaleźć opiekę nad dziećmi, kiedy puszczano je wcześniej do domu, albo w wakacje i święta, albo w dni szkolenia nauczycieli, albo z powodu wywiadówek. W dodatku noce na oddziale ratunkowym często były spokojniejsze niż wieczory spędzane z rodziną. Nieraz nawet lało się mniej krwi.

– Ale, znaczy się, ty jesteś lekarką – powiedziała Heather.

– No i?

– Lekarka to prawdziwa praca.

– Pisarz także.

– Sama nie wiem, jak ty sobie dajesz radę – powtórzyła Heather, kręcąc głową. Po czym dodała rozchichotana: – Ani dlaczego.

Odpowiedzieć „jak” było łatwiej niż „dlaczego”. Radziła sobie tak, jak to człowiek zwykle sobie radzi we wszystkich niemożliwych sytuacjach. Jeden krok po kroku. Jeden dzień po drugim. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Można by tu rzucić jeszcze jakiś frazes ze słowem „jeden”, co brzmiałoby ironicznie, skoro życie w pojedynkę bardzo dawno zostawiła za sobą. Zagoniła chłopców – przynajmniej niektórych – do samochodu. Gdyby miała codziennie prowadzić tę samą przystankową rozmowę z Heather, mogłaby równie dobrze sama odbierać dzieci ze szkoły. Dojeżdżanie na przystanek i powrót autem do domu wydawały się jej absurdalne. Czy zadaniem autobusu szkolnego nie było zabieranie dzieci spod ich domów do szkoły? Kochała obszerne, stare wiejskie domostwo na sześciu hektarach terenu porośniętego krzewami, z których bezustannie sypały się nasiona. Była tam stodoła, a właściwie pozostałe po niej wspomnienie, był strumień dość tajemniczy i wartki, by dawać przyjemność z kąpieli, ale nie dość głęboki i szybki, by komuś zagrozić. Dom zaprojektowano dla rodziny rolników, takiej z mnóstwem dzieci, które wstają przed świtem, żeby wydoić krowy, nakarmić bydło czy co też tam maluchy robią na wsi. Rosie i Penn nie mieli nic do dojenia i żadnych zwierząt poza szczeniakiem (Jupiter, którą bliźniacy dostali w prezencie na czwarte urodziny), ale ich dzieci i tak prawie zawsze były na nogach przed świtem. Dom miał nie tylko mnóstwo pokoi, które bardzo się dzieciom przydawały, ale też idealny, zawsze pachnący talkiem pokoik niemowlęcy obok sypialni rodziców, który pomalowano na żółto na wypadek, gdyby na świat przyszła dziewczynka. Podłogi były nierówne. Ściany nie tłumiły dźwięków. Woda długo się grzała. Jednak Rosie uwielbiała ten chaotyczny dom, tak dobrze dopasowany do chaosu panującego w jej rodzinie. Jedną z jego zalet było to, że kiedy ktoś zadrasnął listwę profilową – a działo się to często – nikt się nie przejmował. Czasami jednak zamieszkiwanie na zwykłych klasycznych przedmieściach przy bocznej alejce, w której zatrzymywał się autobus szkolny, wydawało się prostsze. Niekiedy brakowało jej energii. Tego dnia też czuła się zmęczona. Nie wiedziała dlaczego. Musiała się jednak jakoś zmobilizować. Jej dzień pracy jeszcze się nawet nie zaczął.

W domu znowu zaczęła załatwiać wszystkie sprawy jedna po drugiej – jeden krok, jeden dzień, wszystko po jednym. Penn pocałował chłopców na powitanie, a ją na do widzenia, i wyszedł odebrać Rigela i Oriona. Rosie przejęła pałeczkę w kuchni: podsmażyła warzywa, które Penn wcześniej pokroił, przyprawiła ryż, który Penn ugotował, zgrillowała krewetki, które Penn zamacerował. (Jeszcze nie wiedziała, że mające wkrótce nastąpić spotkanie połówek Claude’a zniweczyło wszelki sens niejedzenia czerwonego mięsa w celu poczęcia dziewczynki). Gdy fasolka skwierczała na patelni, wyrzuciła resztki z pudełek na lunch, sprawdziła foldery z dokumentami, posortowała formularze. Gdy sos gęstniał, skończyła myć naczynia z poprzedniego wieczoru. Wycierając je, przerwała konkurs jazdy na wrotkach, który Roo i Ben już trzykrotnie urządzili w salonie. (To nie tak, że w końcu zdołała ich nakłonić, żeby przestali jeździć. Po prostu udało jej się przestać tym przejmować).

Roo nakrył do stołu. Ben nalał wodę do szklanek. Wtedy weszli Penn, Rigel i Orion, cała trójka mokra i rozemocjonowana: Penn sarkał na burzę, która jazdę przez miasto zamieniła w istne piekło, a Rigela i Oriona poruszyło coś, co miało związek z miniaturową piaskownicą – Rosie nie potrafiła zrozumieć, o co chodzi, ale wydawała z siebie rozumiejące pomruki. Skoro były korki, musiała wyjść wcześniej do pracy. A wcześniej oznaczało w tej chwili. Penn zdjął krewetki z grilla i wrzucił je do woka z warzywami, dodał ryż z garnka, sos i fasolkę, a potem przełożył porcję tej mieszanki do wielkiego pudełka na lunch, który razem z łyżką wcisnął Rosie do rąk, podczas gdy ona sprawdzała, ile spośród absolutnie niezbędnych rzeczy trafiło ostatecznie do jej torebki. Kilka się tam znalazło. Szybko rozdzieliła pocałunki i ruszyła w stronę samochodu. Jeśli były takie korki, jak opisywał Penn, zdąży zjeść w drodze do szpitala.

Tak właśnie dawała sobie radę. Jeden dzień. Jeden krok. Wszyscy za jednego. Nie, ona i Penn nie postanowili praktykować równości małżeńskiej w duchu zen ani doskonale zrównoważonego rodzicielstwa. Po prostu pracy było znacznie więcej niż dla dwojga, lecz ponieważ wypełniali nią każdą chwilę, część tego, co mieli do zrobienia, udawało się zrobić.

Przysługa za przysługę. Co dwie głowy, to nie jedna.

Pytanie „dlaczego” było trudniejsze. Rosie zastanawiała się nad nim przez całą drogę do szpitala – dwieście pięćdziesiąt siedem dni później, kiedy jechała urodzić Claude’a. Poród na dobre zaczął się przy kolacji, choć już od rana i po południu czuła, że się zbliża. Rozpoznawała te objawy – miała spore doświadczenie – i uznała, że urodzi za dzień, może dwa, więc choć skurcze stawały się coraz częstsze i intensywniejsze, przygotowała kolację. Między nakładaniem sałatki a kończeniem spaghetti nie pojawiały się już co siedem minut, lecz co trzy. Penn powiedział: „Co powiecie na deser?”, na co Rosie odparła: „Może zamiast deseru szpital?”.

Sposób powrotu do domu pozostawał kwestią otwartą, ale na razie wszyscy mieścili się w jednym samochodzie. Rosie spokojnie, choć nie bez wysiłku, usadowiła się na fotelu pasażera. Penn zabrał torby z rzeczami. Nie były przeznaczone dla Rosie, która prawie niczego nie potrzebowała. Nie należała do kobiet, które na okoliczność porodu przygotowują sobie ścieżkę dźwiękową albo kolaż, albo specjalną poduszkę, w dodatku zdołała się już przekonać, że nie potrzebowała nawet tych kilku rzeczy, które zabierała przy poprzednich okazjach. Tak więc w torbach nie było niczego dla matki. Zawierały zasoby niezbędne do przetrwania wielu godzin, a może nawet dni, w towarzystwie czterech małych rozbrykanych chłopców – książki, pociągi, klocki lego, klej w sztyfcie, soczki w kartonikach, batoniki z granoli, pluszaki, kocyki i ściśle określone jaśki. Sama Rosie nie potrzebowała żadnej specjalnej poduszki do szpitala. Tym różniła się od synów.

To, co dla jednego było śmieciem, dla innego skarbem. Wracamy do punktu wyjścia.

Przez całą drogę do szpitala, kiedy dzieciaki usadowione w fotelikach śpiewały piosenki z Piotrusia Pana – ich niania występowała w licealnym musicalu – Penn ściskał dłoń żony, bez powodzenia udawał, że w ogóle się nie przejmuje, i przestrzegał wszystkich ograniczeń prędkości, natomiast Rosie, która opierała się pokusie, by go ponaglać, przez całą drogę miała w głowie tylko jedno słowo: Poppy. Jeśli to będzie dziewczynka – a przecież musiała, musiała być, bo Rosie jadła ryby i ciastka, uprawiała seks popołudniami z głową na wschód i podłożyła łyżkę pod łóżko, a zresztą po prostu przyszła kolej na dziewczynkę – nazwie ją Poppy.

To imię wybrali już podczas pierwszej ciąży. Rosie zdecydowała się jednak na nie jeszcze wcześniej, siedząc pewnego ciemnego dnia na szpitalnym łóżku swojej siostrzyczki, gdy ich rodzice poszli na chwilę odpocząć do stołówki. Rosie zaplatała warkoczyki na peruce Poppy, a Poppy robiła to samo na główce lalki. Nagle Poppy powiedziała: „Nigdy nie będę mieć córeczki, której mogłabym zaplatać warkocze”. Mówiła chropawym głosem. Rosie wiedziała, że to efekt chemioterapii, ale wtedy odniosła wrażenie, że coś próbuje się wyrwać z wnętrza jej małej siostrzyczki – jakiś goblin, wiedźma czy demon, istota, która już zaczęła tu i ówdzie przezierać przez spękane szwy. Skrzeczący głos, rozkołysane spojrzenie zaczerwienionych oczu, siniaki, które pojawiały się powoli, a potem mnożyły się i rozlewały niczym fale fioletowego morza pod coraz delikatniejszą warstewką naskórka. Ta myśl nie tylko nie przerażała Rosie, lecz wręcz przynosiła jej ukojenie. Cieszyła się, że demon wychodzi z jej siostry, bo stawało się coraz bardziej pewne, że Poppy nie przetrwa tej strasznej, niewyobrażalnej, niewypowiadalnej choroby. Mogło się to jednak udać demonowi. Demoniczna Poppy wydawała się dużo silniejsza. Gotowa dużo zacieklej walczyć.

– Zajmiesz się Koniczynką? – zaskrzeczała Poppy. Jak wszystkie dzieci w rodzinie Walshów, nadawała lalkom imiona jak nazwy roślin.

Rosie przytaknęła. Nie była w stanie nic więcej zrobić. A potem Poppy odezwała się swoim normalnym głosem:

– Dokąd pojedziemy na wakacje?

– Kiedy?

– Jak stąd wyjdę.

– Nie wiem. – Jedynym wakacyjnym miejscem, jakie dotąd poznały, był dom dziadków, w którym śmierdziało jak w piwnicy. – A dokąd byś chciała?

– Do Syjamu – natychmiast odparła Poppy.

– Syjamu?

– Jak w filmie Król i ja. – Szpital miał kiepsko zaopatrzoną wideotekę i ta pozycja była jej ukoronowaniem. A Poppy dużo czasu spędzała w łóżku.

– Pojedziemy, dokąd tylko zechcesz – obiecała Rosie. – Kiedy tylko wyjdziesz. Chociaż chyba będziemy musiały poczekać cztery lata, aż zrobię prawo jazdy. Do tego Syjamu da się dojechać samochodem?

– Nie wiem. Chyba się da. – Poppy uśmiechnęła się wesoło. – Ale ty dobrze pleciesz warkocze. – To była jedyna zaleta raka. Peruka Poppy miała dużo dłuższe i mniej splątane włosy niż dawniej Poppy. – Twoja córka będzie naprawdę szczęśliwa.

I w tym właśnie momencie Rosalind Walsh, lat dwanaście, podjęła dwie decyzje: jej córka będzie mieć długie włosy, naprawdę długie, tak długie, że można na nich usiąść, i dostanie imię Poppy. W końcu Rosie odkryła też, że Syjam to obecnie Tajlandia, ale pojechała tam dopiero całe wieki później, i to wcale nie na wakacje. Tamtego dnia po raz ostatni siedziała sam na sam z siostrą.

Przez całą drogę do szpitala, gdy Penn mruczał: „Oddychaj, oddychaj”, a Roo śpiewał: „Będziesz krakać!”, a Ben, Rigel i Orion odpowiadali z pełną siłą ich dziecięcych głosików: „Krrraaa! Krrraaa!”, Rosie szeptała: „Poppy. Poppy. Poppy. Poppy”.

Dwadzieścia minut od chwili, gdy zajechali pod szpitalne drzwi, dziecko było gotowe.

– Przyj – mówił lekarz.

– Oddychaj – mówił Penn.

– Poppy – mówiła Rosie. – Poppy. Poppy. Poppy.

Czy to właściwa odpowiedź na pytanie „dlaczego”? Czy po prostu bez końca próbowała zrobić córkę, żeby zrealizować dawne marzenie siostry, marzenie dziesięciolatki? Czy wierzyła, że jej córka w wieku dziesięciu lat okaże się tamtą utraconą dziewczynką, tamtą Poppy, i przejmie pałeczkę tam, gdzie Poppy ją upuściła, by dokonać wszystkiego, czego w tamtym przerwanym, uciętym, zduszonym małym życiu zabrakło? Czy dopóki miała pełną macicę, Poppy albo jakaś jej wersja, jakiś cierpliwy, czujny, krążący Demon Poppy zdoła zebrać wszystkie jej rozproszone atomy i wrócić do domu? Czy to straszne wyobrażać sobie, że zmarła siostra zagnieżdża się w twojej macicy? Czy to objaw szaleństwa – raz za razem ponawiać tę samą czynność, oczekując innych rezultatów?

Jednej karty brak do talii. Jednego naczynia brak do kompletu. Jednego konia brak do... grupy koni.

A może gdzieś głęboko miała zakorzenione przekonanie, że im więcej dzieci, tym lepiej, bo nigdy nie wiesz, kiedy jedno możesz stracić? Po śmierci Poppy mama, tata i Rosie zupełnie się załamali. Jedno nie wystarczy. Jednemu zawsze brakuje pary. Nie są we dwie na dwoje rodziców. Nie ma już z kim się bawić, do kogo uciec, na kogo liczyć. Była świadoma tego, że jej matka zawsze widziała je obie, zawsze widziała Poppy gdzieś na krawędzi, w cieniu Rosie, u jej boku podczas przedstawień szkolnych, potańcówek i ceremonii dyplomowych. Poppy krok za Rosie i Pennem w dniu ich ślubu, miękki oddech Poppy przy uchu Rosie, gdy ta rodziła kolejne dzieci. Nawet gdy ojciec odszedł z tego świata tuż przed tym, gdy pojawił się na nim Roo, matka dostrzegała widmowy zarys Poppy stojącej na cmentarzu przy napęczniałym brzuchu Rosie, a gdy cicho płakała z żalu za wszystkim, co straciła, nie chodziło jej tylko o ich ojca. Wtedy przynajmniej znów zgadzały się rachunki: jedna na jedną.

Jedynka to najsamotniejsza liczba. Nigdy nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka.

Może to jest odpowiedź na pytanie „dlaczego”. A może po prostu Rosie i Penn lubili dzieci – nieprzewidywalną przyszłość, chaos i bałagan, i to, że wszystkie na początku są takie same, ale prawie natychmiast zaczynają się od siebie diametralnie różnić. Rosie uwielbiała rozpiszczane pandemonium jej wielkiej, szeroko rozpostartej rodziny, uwielbiała zdezorientowaną miłość przepełniającą jej wiejski, podobny do świetlicy dom, uwielbiała kakofonię, w której tylko ona potrafiła usłyszeć sens, i ten wirujący cyklon, pośrodku którego ona i Penn także wirowali z uśmiechem.

– Przyj – mówił lekarz.

– Oddychaj – mówił Penn.

– Poppy – mówiła Rosie.

A potem, niedługo później, lekarz powiedział:

– To jest chłopiec! Zdrowy, piękny, idealny, niecierpliwy chłopczyk. Szybko się uwinął. Dobrze, że nie trafiliście na korki.

Jednym płynnym ruchem, pomyślała Rosie. Jednego razu, dawno, dawno temu.

Ciągnie swój do swego. Mały braciszek. Przynajmniej chłopcy będą umieli się nim zająć.

Randka

Penn był jedynakiem. Na pierwszej randce Rosie spytała go:

– Powiedz, masz jakieś rodzeństwo?

Na co Penn odparł:

– Nie. Jestem jedynakiem.

Rosie na to:

– Ojej, tak mi przykro – jakby oznajmił, że zostały mu trzy miesiące życia albo że wychowali go weganie w mieszkaniu nad sklepikiem z bezglutenową żywnością.

– Dzięki, ale to nic takiego – powiedział i kilka uderzeń serca później zrozumiał, że to była całkowicie błędna odpowiedź. Nie potrafił się skoncentrować. W ogóle nic nie potrafił, bo krew krążyła w nim dwa razy szybciej niż normalnie, i od dobrych paru godzin, jeszcze zanim przyjechał po Rosie, nijak nie potrafił opanować dudnienia serca. Nie rozumiał, czemu tak się dzieje, dopóki jej nie zobaczył. Rosie była przyjaciółką koleżanki znajomej, a umówili się, bo ktoś, kogo nawet nie znał, pewnej nocy po pijaku w głupkowatym nastroju podczas imprezy uznał, że będą do siebie pasować. Penn robił właśnie licencjat i każdego dnia rano pytał sam siebie, po co mu to. Dziewczyna z zajęć z literatury średniowiecznej (nie miał zielonego pojęcia, co ten kurs mógł mieć wspólnego z pisaniem powieści) zaciągnęła w jego stronę jakąś inną, której nawet nie znał. Ta inna przez chwilę taksowała go wzrokiem i w końcu spytała:

– Chciałbyś się umówić z lekarką?

– Co proszę?

– Znam jedną lekarkę, którą kręcą poeci.

– Ja nie jestem poetą.

– No ale wiesz, o co mi chodzi.

– Nie wiem.

– Jest przeurocza. Myślę, że się sobie spodobacie.

– Ale ty nawet nie wiesz, jak mam na imię.

– Ją nie interesują imiona.

– Nie o to mi chodziło.

– Jest, jak jest.

Nie potrafił dyskutować z taką logiką. Jest, jak jest. Na „jest, jak jest” nie dało się już nic odpowiedzieć. Wzruszył ramionami. W owym czasie miał zasadę, żeby nie sprzeciwiać się żadnym nowym, potencjalnie dziwnym przygodom, które mogłyby się przerodzić w temat pisarski. Randka z lekarką, którą kręcą poeci, bo nieznajoma dziewczyna uznała to za dobry pomysł, wydawała się pasować do tej kategorii doświadczeń.

I tym właśnie miała być. Pisarską pożywką. Życiowym smaczkiem, realizacją filozofii nieodmawiania. Nie przerażało go to spotkanie, ale też szczególnie go nie wyczekiwał. Podchodził do randki całkowicie neutralnie, jak do szybkiego wyjścia po mleko do sklepu na rogu. Jednak gdy siedział w swoim studiu i czytał Piekło Dantego, mniej więcej na godzinę przed tym, gdy miał wziąć prysznic i się przebrać, serce zaczęło mu walić. Stwierdził, że się rumieni, ma sucho w ustach i pocą mu się dłonie. Poczuł absurdalną potrzebę przymierzenia kilku koszul, żeby sprawdzić, w której wygląda najlepiej. Zupełnie nieoczekiwanie zaczął się denerwować i nie miał pojęcia dlaczego. Może to początek grypy. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby do niej zadzwonić i odwołać randkę na wypadek, gdyby to było zaraźliwe, ale ona pracowała w szpitalu, więc pewnie potrafiła sobie radzić z zarazkami.

Zajechał pod jej mieszkanie. Siedział w samochodzie, starając się uspokoić oddech i powstrzymać drżenie kolan, ale kiedy stało się jasne, że mu się to nie uda, poddał się i zadzwonił do drzwi. Otworzyła, a on na jej widok wydusił: „Och...”.

Nie w tym rzecz, że Rosie była taka piękna, chociaż była, albo raczej on sądził, czy raczej czuł, że była. Musiał polegać tylko na niejasnym przeczuciu jej wyglądu, bo jej nie widział. Było tak, jak gdyby oślepiający blask słońca podświetlał jej sylwetkę od tyłu, tak że nie potrafił się jej dobrze przyjrzeć. Albo jakby tracił przytomność, a ciemne plamki wdzierały się z krawędzi pola widzenia na jego środek, który kurczył się niczym składany arkusz origami. Tak naprawdę jednak nie była oświetlona ani nie tracił przytomności. Czuł się jak wtedy, gdy samochód wpada w poślizg na oblodzonej drodze i zmysły wyostrzają się tak bardzo, że rejestrują każdy szczegół, a czas zwalnia, gdy czeka się i czeka w wirującym aucie, by się przekonać, czy zaraz nadejdzie śmierć. Nie mógł na nią patrzeć, bo każdy zmysł, każdy ułamek sekundy i każdy atom jego ciała się w niej zakochiwał. To było dziwne.

Penn robił licencjat, to prawda, ale był powieściopisarzem, a nie poetą, i nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia. W przeszłości gratulował też sobie, że kochał kobiety za ich umysł, a nie ciało. Ta jeszcze się nawet nie odezwała (choć skoro była lekarką, zakładał, że będzie bardzo inteligentna), on nie potrafił ocenić jej wyglądu, a mimo to i tak ją kochał. Miała już na sobie czapkę, apaszkę i grubą, sięgającą kostek kurtkę. W Wisconsin w styczniu nie dało się pokochać żadnej kobiety dla jej ciała. Stojąc tak głupkowato w wejściu, uświadomił sobie, że przecież to nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęła się jeszcze wcześniej. Mniej więcej półtorej godziny wcześniej, kiedy siedział na sofie, czytał Pieśń V i do tego czasu nie musnął jeszcze Rosie choćby przelotnym spojrzeniem. W jaki sposób jego ciało zdołało przewidzieć, co się wydarzy? Nigdy się tego nie dowiedział, lecz miało rację, a on bardzo szybko przestał się tym przejmować.

Dlatego w restauracji nie funkcjonował na sto procent. Po pierwsze, był rozkojarzony. Po drugie, był pewny. Już postanowił. Pisał się na to. Mogli sobie odpuścić wstępne pogaduszki. Kiedy więc promienna, świetlista Rosie obrała się ze wszystkich warstw, pod którymi okazała się cudowna, uśmiechnęła się do niego nieśmiało i powiedziała, że jej przykro, iż jest jedynakiem. W pierwszym odruchu odpowiedział: „to nic takiego”. Dopiero kilka sekund później, kiedy jego mózg wszedł na wyższe obroty, dodał:

– Zaraz, jak to? Dlaczego ci przykro, że jestem jedynakiem?

Zarumieniła się. On też by się zarumienił, ale w tym momencie jego krwiobiegu nie było już stać na żaden wysiłek więcej.

– Przepraszam – powiedziała. – Zawsze mi się wydawało... Moja siostra, emm... Nie czułeś się samotny?

– Nie za bardzo.

– Bo żyłeś blisko z rodzicami?

– Też nie bardzo.

– Bo jesteś pisarzem? Lubisz siedzieć sam w ciemności, zatopiony głęboko w myślach?

– Nie! – zaśmiał się. – Chociaż może trochę. Sam nie wiem. Chyba nie siedziałem w ciemnościach. Ale raczej nie czułem się samotny. A ty? Rozumiem, że masz rodzeństwo?

Blask Rosie przygasł, a Penn natychmiast pożałował swoich słów każdą cząstką ciała.

– Miałam siostrę. Zmarła, kiedy miałam dwanaście lat, a ona dziesięć.

– Ojej, Rosie, tak mi przykro... – Penn wiedział, że tym razem użył właściwych słów.

Pokiwała głową.

– Rak. Cholerne paskudztwo.

Zastanawiał się, co mógłby dodać, ale nic nie przyszło mu do głowy, więc zamiast tego sięgnął ku jej dłoni. Chwyciła go za rękę jak człowiek spadający w przepaść. Aż westchnął, tak mocno go ścisnęła, ale gdy próbowała poluzować palce, sam zacisnął swoją dłoń jeszcze mocniej.

– Jak miała na imię? – zapytał łagodnie.

– Poppy. – Nagle zaśmiała się, jakby zawstydzona. – Rosie, różyczka. Poppy, makówka. Moi rodzice interesowali się ogrodnictwem. Miała szczęście, że nie nazwali jej Gladiola. To naprawdę mogło się zdarzyć.

– To dlatego sądzisz, że życie jedynaka jest takie przykre? – Ucieszył się na widok jej uśmiechu. Nigdy nie spotkał nikogo, kto brak rodzeństwa uważałby za tragedię. – Bo twoje takie było?

– Chyba tak. – Wzruszyła ramionami. – Może dlatego od razu cię polubiłam. Oboje jesteśmy jedynakami.

Próbował skupić się na rozmowie, ale wciąż dźwięczało mu w uszach, że go polubiła.

Później, dużo później, powiedziała mu, że w jej przypadku było tak samo: miłość sprzed pierwszego wejrzenia. Chodziła po pokoju cały ranek, pewna, że to będzie ostatnia pierwsza randka w jej życiu. I o ile jego bardzo to denerwowało, o tyle ją uspokoiło. O ile on miał już dość wstępnych pogaduszek, o tyle ona wiedziała, że mają przed sobą cały czas tego świata. Zakładając, że czas na tym świecie to rzecz pewna. A tak nie jest.

Później, ale nie dużo później, Penn leżał w łóżku i uśmiechał się w ciemnościach do sufitu. Naprawdę starał się przestać, sam z siebie kpił, że tak się szczerzy, ale nie umiał się powstrzymać. Nie potrafił utrzymać na dystans, z dala od siebie, w zamknięciu tego drobnego sekretu, tego stuprocentowo pewnego, stabilnego jak gaz szlachetny, złociście lśniącego faktu: Poppy. Moja córka będzie mieć na imię Poppy. Nie podjął decyzji. Po prostu to sobie uświadomił. To było jasne od dawna – odkąd Rosie skończyła dwanaście lat, pół jego życia temu – tylko do tej pory o tym nie wiedział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki