Tajlandia. Dwa spełnione marzenia - Paweł Skiba - ebook
Opis

Dwoje ludzi i ich pierwsza wielka podróż. Tajlandia widziana ich oczami jest autentyczna jak smak ostrego chili. Czasem bez planu, czasem realizując dawno snute marzenia, podróżują przez cały kraj, chłonąc jego różnorodność. Potem powstaje opowieść, w której zachwyt odkrytym na nowo światem miesza się z barwną refleksją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 320

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Annie, na pamiątkę naszej pierwszej Podróży Życia

Życie przed podróżą

ŻYCIE PRZED PODRÓŻĄ

Zajmuję miejsce w pociągu Berlin-Warszawa Express. Wagon po brzegi wypełniony jest Niemcami wracającymi w rodzinne strony, co skutkuje drobnym przetasowaniem. A że przodem. A że bokiem. A że przy oknie. Dzień świra. Z tą różnicą, że tym razem to ja zagram główną rolę. Bagaż, jak zwykle, ograniczyłem do minimum. Tym bardziej że w Berlinie poczekam półtorej godziny na kolejny pociąg, który ma mnie zawieźć do Hamburga. Przesiadki mi nie służą. Ani te szybkie, ani te z dłuższym czasem oczekiwania. Już raz zostawiłem na dworcu garnitur i komplet koszul zapakowanych w piękny czarny pokrowiec kupiony dzień wcześniej w Tesco. Wtedy również jechałem do Hamburga. Więcej niż jedna sztuka bagażu to zawsze zbyt wiele. Dlatego dziś, nauczony doświadczeniem, co chwila niepewnie spoglądam na wiszące obok mnie dwie koszule, uszyte na miarę w stolicy Tajlandii. Szkoda byłoby je zostawić w Berlinie. Nie ze względu na cenę, która wcale nie była wysoka, lecz przez ich wartość sentymentalną. Za każdym razem, gdy zakładam jedną z nich, przypominam sobie, jak stałem przed wielkim lustrem w pracowni krawieckiej w centrum Bangkoku. Dziś jest niedziela, 1 czerwca 2014 roku. Po raz kolejny jadę do naszych zachodnich sąsiadów. Jutro rano włożę tę granatową, z domieszką jedwabiu. Klasyczny krój, eleganckie mankiety. Nie powinienem zbytnio rzucać się w oczy. Poznam nowych współpracowników, z którymi prawdopodobnie spędzę kilka najbliższych miesięcy. Będziemy sobie ochoczo pracować w niemieckim stylu – czyli od świtu aż do zmierzchu. Jeśli trafię na ludzkiego managera, który w czwartek pozwoli mi wyjść wcześniej, to już tego samego dnia około godziny jedenastej wieczorem spotkam Annę. Tę samą Annę, którą trzy lata temu poznałem w Finlandii i z którą później przejechałem Tajlandię, Laos, Wietnam i Kambodżę.

Od ponad czterech miesięcy nie było dnia, który spędzilibyśmy osobno. Aż do dziś. Brutalne zderzenie z rzeczywistością. Po powrocie z Tajlandii po raz pierwszy w życiu naprawdę nas dopadła. Już po kilku dniach. Rzeczywistość, która nakazuje spędzać dzień w pracy, a następnie nie mieć siły ani chęci na prawdziwe życie. Idealny, wręcz sztampowy model 8x8x8 (osiem godzin pracy, osiem godzin życia, osiem godzin snu) miałby zastosowanie, gdyby po pracy człowiek nie był wyprany z energii, a dojazd i powrót nie zajmowałyby mu kolejnych dwóch godzin, które przecież powinien przeznaczyć na życie. W podróży żyliśmy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Okazuje się, że w przyrodzie musi być równowaga i w tym przypadku nie może być inaczej, dlatego teraz musimy wszystko odpracować. Nie chodzi o to, że nasza praca jest ciężka. Zazwyczaj nie jest. Czy jest nudna? To kwestia sporna, aczkolwiek znam wiele nudniejszych zajęć. Jakby się dłużej zastanowić, mógłbym nawet powiedzieć, że lubię swoją pracę (oczywiście, dopóki nie muszę na zbyt długo jeździć do Niemiec). W kraju, który ciągle boryka się z bezrobociem, że będąc w naszej sytuacji, grzechem byłoby na cokolwiek narzekać. Nie zrozumie nas nikt, kto nie przeżył jeszcze swojej pierwszej podróży życia.

Pierwsza prawdziwa podróż ukształtowała w nas nowe, nieznane dotąd potrzeby i pragnienia. Na myśl przychodzi mi pamiętna lekcja biologii we włocławskim liceum, podczas której pani Łukaszewska tłumaczyła uczniom, dlaczego prymitywne organizmy, takie jak stułbia płowa, nie wykonują żadnych skomplikowanych czynności i nie rozwijają się ponad pewien określony próg. Ciało stułbi skonstruowane jest tak, że aby przetrwać, całe życie musi spędzać na zdobywaniu pożywienia. Nieustannie wyłapuje cząstki pokarmu z przepływającej przez jej ciało wody. Gdyby choć na chwilę zaprzestała codziennych czynności i skupiła się na jakimkolwiek innym zajęciu – nie przeżyłaby. My, ludzie, nie musimy bez przerwy jeść, spać ani pracować. Dzięki temu mamy czas i możliwości, aby osiągnąć coś więcej niż stułbia. Ktoś dawno temu pomyślał, że wygodniej byłoby przestać tracić czas na polowanie, i zaczął hodować zwierzęta, żeby zawsze były pod ręką. Zaspokoił jedną z podstawowych potrzeb i dzięki temu zyskał mnóstwo czasu, którego nadmiar, w połączeniu z zasobami energii niewykorzystanej na polowanie, spowodował, że człowiek zaczął odczuwać potrzeby wyższego rzędu: piękna, edukacji, odnalezienia swojego miejsca w społeczeństwie. Wiele lat później ktoś inny stwierdził, że w jego kraju pożywnego jedzenia jest na tyle dużo, że nie musi więcej męczyć zwierząt i wystarczy mu dieta wegańska. Wynika to zarówno ze zwiększającej się świadomości w dzisiejszym społeczeństwie, ale także zwyczajnie z dobrobytu. Gdy mamy bezproblemowy dostęp do jedzenia, edukacji i opieki zdrowotnej, pojawiają się w nas nowe potrzeby, o których osoba głodująca nie jest w stanie nawet myśleć.

Nie będę ukrywał, że mi się poszczęściło. Nigdy w życiu nie byłem głodny. Rodzice zawsze zachęcali mnie do nauki w szkole, a dodatkowo nauczyli, co jest naprawdę ważne. Moje podstawowe potrzeby zawsze były zaspokajane. W związku z tym, idąc przez życie drogą przeciętnego polskiego studenta, w końcu podjąłem pierwszą pracę. Zacząłem zarabiać własne pieniądze. Trudno opisać uczucie, którego doświadcza młody człowiek, gdy na jego puste konto wpływają uczciwie zarobione złotówki. Chce się wtedy pracować bardziej, szybciej, lepiej. Zarabiać więcej i więcej. Funkcjonowałem tak przez ponad cztery lata. Coraz więcej pieniędzy, coraz więcej czasu spędzanego w biurze. Coraz więcej projektów, klientów, kontaktów biznesowych. Coraz większy stres i odpowiedzialność. Pewnego dnia, siedząc przy firmowym komputerze, znów pomyślałem o lekcji biologii. Zacząłem zastanawiać się, jak wygląda moje życie. Każdego dnia rano budziłem się i jechałem do biura. Siadałem na tym samym krześle, przy tym samym komputerze. Spędzałem tak przynajmniej osiem godzin, a niejednokrotnie o wiele więcej. Wracałem do wynajętego pokoju, jadłem, zasypiałem. Czasami trochę sportu, czasami spotkanie z przyjaciółmi. Brakowało doby, aby zobaczyć się z Anną, która później okazała się kobietą mojego życia. Dni się zlewały. Postawmy sprawę jasno: byłem stułbią. Cały czas wyłapywałem złotówki z konta, tak jak stułbia cząstki pokarmu z wody…

Tak w mojej małej głowie zrodziła się nowa potrzeba: podróż, o której od dawna marzyłem. Podróż życia. Tajlandia. Odległy zakątek ziemi, nurkowanie oraz Muay Thai. Zupełnie inny świat. Nie było mowy o kilkudniowym wyjeździe. To miała być podróż, a nie urlop spędzony na plaży. Rozmawialiśmy o tym z Anną wielokrotnie, choć nigdy na poważnie. Przyszedł jednak ten moment – czas, by zacząć realizować swoje marzenia. Tylko skąd weźmiemy pieniądze? Niestety, podróż „za jeden uśmiech” to mit. Znałem osoby, które teoretycznie zostawiły dotychczasowe życie i wyjechały w podróż, mając pieniądze jedynie na bilet lotniczy w jedną stronę. Jednak wizja spania na ulicy i martwienia się, czy uda nam się znaleźć coś do jedzenia na kolejny dzień, zdecydowanie odbiegała od mojego wyobrażenia na temat podróży życia. Sądzę, że nie jest prawdą twierdzenie, iż wystarczy „sprzedać lodówkę i jechać”. Jeśli chcemy polecieć na drugi koniec świata, spać we względnie bezpiecznych miejscach i zwiedzać płatne zabytki – musimy mieć przynajmniej trochę oszczędności. A w tamtej chwili budżet potrzebny na sam przelot przekraczał już nasze możliwości.

Przecież nie weźmiemy kredytu na wyjazd. Właśnie, kredyt! Otóż był to okres, w którym zdecydowana większość naszych przyjaciół kupowała lub przynajmniej planowała zakup własnego mieszkania. Żyjemy w kraju, w którym w zasadzie każdy kupujący mieszkanie zmuszony jest zadłużyć się na dwadzieścia pięć czy trzydzieści lat. Świetlana przyszłość. Do tej pory zastanawiam się, skąd ludzie na najróżniejszych stanowiskach biorą pieniądze na spłatę miesięcznej raty, a do tego stać ich jeszcze na wiele innych rzeczy. Kredytu nigdy nie planowaliśmy, ale mogliśmy spróbować żyć tak, jakbyśmy kredyt mieli. Brzmi głupio? Ze służbowego komputera napisałem do Anny wiadomość o następującej treści:

Policzyłem, ile wynosiłaby miesięczna rata dwudziestopięcioletniego kredytu na mieszkanie. Pierwszego dnia każdego miesiąca będziemy przelewać na osobne konto po połowie tej „raty”. Tak, jakbyśmy nigdy nie mieli tych pieniędzy. Tak jak z ratą za mieszkanie. Wirtualny kredyt. Po dziesięciu miesiącach będziemy mieć aż nadto. Wypłacimy te pieniądze i polecimy w podróż życia.

Na odpowiedź nie czekałem długo:

Nie byłabym szczęśliwsza, nawet gdybyś mi się w tej chwili oświadczył.

Dziesięć miesięcy później, 29 stycznia 2014 roku, gdy na warszawskim Okęciu termometry wskazywały minus piętnaście stopni Celsjusza, wyglądaliśmy jak dwoje obdartusów w starych swetrach, które mieliśmy wyrzucić bezpośrednio po wylądowaniu w Bangkoku. Tam swetry byłyby tylko zbędnym obciążeniem. Mieliśmy jedynie bagaż podręczny. Niewielkie plecaki z podstawowym wyposażeniem. Sandały na naszych stopach o tej porze roku wywoływały radość wśród mijających nas podróżnych. My także patrzyliśmy na nie tak, jakby to wszystko nam się tylko śniło. Siedzieliśmy na lotnisku, wpatrzeni w nasze sandały z niewielkim, skrywanym uśmiechem, bojąc się jedynie o to, żeby się nagle nie obudzić. A w duszach grała nam już głośno tajska orkiestra. Sami w to nie wierzyliśmy, ale nasze marzenia zaczynały się spełniać.

CZĘŚĆ I

w której autor pisze list do policji, głaszcze tygrysa, znika w dżungli i próbuje magicznego trunku.

WITAMY W INNYM ŚWIECIE – BANGKOK

Około dziewiątej rano wylądowaliśmy w Bangkoku. Zobaczyliśmy największe jak dotąd w naszym życiu lotnisko. Znaleźliśmy śmietnik i ukradkiem zapełniliśmy go naszymi swetrami. Nie mogąc doczekać się prawdziwego podrównikowego klimatu, chcieliśmy jak najszybciej opuścić klimatyzowaną halę. Przekornie nie poszliśmy na postój taksówek, ale na stację podmiejskich pociągów. Wkrótce dotarliśmy do centrum miasta. Stanęliśmy na przystanku i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyliśmy na otaczający nas świat. Świat tak bardzo inny od naszego. Podziwialiśmy zgiełk tysiąca skuterów oraz gwar targowisk i ulicznych straganów rozsiewających setki zupełnie nieznanych nam zapachów. Zaczynało do nas docierać, że zmienił się również klimat. W styczniu wilgotność powietrza jest tutaj względnie niska, czego jednak nie można powiedzieć o temperaturze. Trzydzieści stopni Celsjusza pojawiło się ot tak, jak pstryknięcie palcami. W ciągu kilkunastu godzin zrobiło się nam o czterdzieści pięć stopni cieplej, a słowo „zima” nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Przechadzaliśmy się jedną z większych ulic. Mijaliśmy sklepy, sklepiki, stoiska. Właściwie każda dostępna przestrzeń była nimi wypełniona. Handlowali i gotowali wszyscy. Syn, wujek, babcia, dziadek… Mijaliśmy stoiska z owocami, warzywami, mięsem i rybami. W samym centrum miasta, przy ruchliwej ulicy. Zadziwiały nas owoce i warzywa, których nie widzieliśmy nigdy wcześniej, nawet na obrazkach, ale zdarzały się również dobrze nam znane banany, ananasy i mango. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że owoce będą jedną z rzeczy, za którymi najbardziej zatęsknimy po powrocie. Bananowe banany? Brzmi jak masło maślane, ale banany tajskie naprawdę są zupełnie inne niż te, które znamy z Polski – zdecydowanie bardziej bananowe, niż można by się spodziewać. Do tego mają około dziesięciu centymetrów długości i starczają na półtora kęsa. Wyobraźmy sobie tak małego banana, który zawiera w sobie tyle smaku, co cały duży banan (albo nawet dwa).

Nasze zmysły były bezlitośnie atakowane ze wszystkich stron. Najpierw patrzymy, później dotykamy, wąchamy i smakujemy. Oczywiście, o ile wystarczy odwagi. Kurze nóżki czy grillowane jaja nabite na patyk to chyba najmniej dziwne przekąski, jakie oferowali Tajowie. Prawdziwa egzotyka zaczyna się, gdy pojawiają się jajka z jaskraworóżową skorupką. Niczym wielkanocne pisanki, z którymi jednak nie mają nic wspólnego. Spędziły wiele dni pod ziemią, przechodząc najróżniejsze naturalne procesy, których w Polsce na co dzień staramy się unikać. Skorupkę maluje się na różowo, żeby tak przygotowane jajo łatwiej było rozpoznać.

Po wstępnych oględzinach Bangkoku skierowaliśmy kroki w stronę ambasady Wietnamu. Kilkukrotnie pytaliśmy pieszych o drogę. Po tych rozmowach zauważyliśmy, że o ile angielski jest mniej lub bardziej funkcjonalnym językiem, to znajomość mapy i szacowanie odległości to dla Tajów zupełna abstrakcja. Nie było najgorzej, jeśli pytany wiedział, gdzie znajduje się miejsce, którego szukamy. Zazwyczaj był w stanie wskazać kierunek oraz zasugerować podróż taksówką. Nieważne, na jaką odległość. W tej części Azji mieszkańcy nie lubią przemieszczać się pieszo. Stąd też nie rozumieją, że turysta z Polski może mieć na to chęć. Panuje powszechne przekonanie, że delikwenta najlepiej od razu wysłać na postój taksówek. Prawdziwy problem pojawiał się, gdy zapytaliśmy o drogę kogoś, kto nie miał najmniejszego pojęcia, dokąd chcemy dotrzeć. Ludzie zazwyczaj są tak mili dla przyjezdnych, że za wszelką cenę starają się pomóc. Czasami przypadkowy przechodzień potrafił zrezygnować ze swoich własnych planów i iść z nami, żebyśmy przypadkiem się nie zgubili. Jeśli sam nie znał drogi, to pytał innych przechodniów, którzy pytali następnych… i następnych… Czasami wyciągali też podręczne urządzenia elektroniczne i szukali informacji w Internecie. Wtedy też zorientowaliśmy się, że nazwy ulic na tabliczkach pisane są alfabetem tajskim oraz łacińskim. Tajowie zazwyczaj nie potrafią powiązać jednej nazwy z drugą. Trudno jest też znaleźć adres na internetowej mapie, korzystając wyłącznie z alfabetu łacińskiego… Ostatecznie jednak udało nam się dotrzeć do ambasady Wietnamu, a konkretnie do ambasady, która była zamknięta ze względu na obchody chińskiego Nowego Roku. Wietnam jest jednym z nielicznych państw azjatyckich, do których wizę trzeba zdobyć przed przyjazdem, więc informacja o zamknięciu ambasady przez kilka najbliższych dni zmusiła nas do modyfikacji naszych planów1.

– To co teraz robimy? – zapytałem. Nie mieliśmy żadnego konkretnego pomysłu, więc główny wpływ na decyzję miały bieżące potrzeby niższego rzędu. – Może czas by coś zjeść?

Po kilkunastogodzinnej podróży i iście parszywych posiłkach w samolocie głód rzeczywiście dawał się we znaki. W samolocie widzieliśmy Wietnamczyka jedzącego kostkę masła… widelcem, co było wyraźnym sygnałem, że azjatycka kuchnia rzeczywiście może subtelnie różnić się od naszej. Nadszedł czas, żeby poza ciekawymi przekąskami spróbować czegoś konkretnego. Jak wybrać miejsce? Najlepiej jeść tam, gdzie lokalna ludność2. Poszukiwania są o tyle łatwiejsze, że tak zwany street food jest wszędzie. Na każdej ulicy znaleźć można stoliki z miniaturowymi krzesełkami, a przy nich starszą panią z wielkim garem pełnym egzotycznej zupy lub innych pyszności.

Nasz pierwszy posiłek w Bangkoku zapamiętamy na długo. Trafiliśmy w niesamowicie zatłoczone miejsce, w którym lunch spożywało ponad sto osób. Ani jednej białej twarzy. Idealnie. To jest Tajlandia, której nam trzeba. Mnogość nieznanych zapachów, orientalnych przypraw i towarzyszący im harmider potwierdzały, że naprawdę jesteśmy w Azji. Kilka stoisk oferowało różnego rodzaju posiłki, aczkolwiek wybór utrudniała obecność wywieszonego na ścianach menu, które przemawiało do nas wyłącznie w języku tajskim. Na szczęście w Tajlandii łatwo znaleźć miejsca, w których gotowe dania znajdują się w otwartych garnkach lub metalowych misach. Wszystko jest na widoku, dzięki czemu tajskie menu wcale nie musi stanowić problemu. Tak też było i tym razem. Anna wskazała losowo wybranemu sprzedawcy jedną z zup. Wkrótce okazało się, że konsystencja owej zupy znacznie odbiega od tej, którą nazwalibyśmy apetyczną. Był to raczej rodzaj kleiku, podany z mięsem i chrupiącym makaronem. No dobrze, trzeba tylko zobaczyć, jak „takie coś” jedzą Tajowie… Otóż na każdym stole w każdej tajskiej jadłodajni stoją cztery szklanki wypełnione kolejno: kruszonymi paprykami chili, sosem rybnym z chili, chili z czosnkiem w occie oraz cukrem. Do szklanki zupy idealnie pasuje łyżka (nie łyżeczka) chili oraz taka sama ilość cukru. Jak mawiają, w Tajlandii dobre danie zawsze piecze dwa razy. Tak się też rzeczywiście dzieje. Szczególnie w mało turystycznych miejscach, gdzie wszystkie dania są już gotowe i doprawione zgodnie z gustem Tajów, a więc stosowną ilością chili. Często lokalni goście restauracji dosypują sobie kolejne porcje papryczki, natomiast biały turysta, taki jak ja, płacze niczym mała dziewczynka, jedząc nawet wersję bez dodatków. Oczywiście wszystko zależy od potrawy i kucharza. Kleik sam w sobie ostry nie był i sprawił Annie ogromną radość. Poza doprawianiem, pozostała jeszcze kwestia sztućców. Spodziewaliśmy się pałeczek, jednak rzeczywistość zweryfikowała stereotyp, który znaliśmy z telewizji. Otóż w Tajlandii w zasadzie każde danie jada się pałeczkami i… łyżką. Nie nożem, nie widelcem, lecz łyżką. Krótką i jednocześnie głęboką, tajską łyżką, zrobioną z cienkiej blachy.

Podczas posiłku obserwowaliśmy ludzi dookoła, patrzyliśmy, jak jedzą, jak rozmawiają, czyli jak żyją swoim codziennym życiem, które dla nas stanowiło niesamowitą atrakcję. Sprzedawcy byli bardzo otwarci na wszelkie pytania, jednak kompletnie nie znali języka angielskiego.

Syci i w pełni zadowoleni z życia ruszyliśmy dalej. Nie mieliśmy pojęcia, co i gdzie czeka na nas w Bangkoku. To ogromne i zatłoczone miasto, a my w tamtej chwili byliśmy jego malutką, niezauważalną częścią, stawiając niepewnie kroki gdzieś pomiędzy otaczającymi nas drapaczami chmur. Powoli przemierzaliśmy kolejne ulice, zaczepiani przez różnego rodzaju naganiaczy i spragnionych zarobku kierowców. Stanowią oni chyba największy mankament azjatyckiej kultury, a jednocześnie są jej nieodłącznym elementem, na który nie mamy najmniejszego wpływu. Na tym etapie podróży niełatwo było nas czymkolwiek zrazić. Po prostu szliśmy przed siebie, chłonąc klimat miasta wszystkimi zmysłami, a miłym panom grzecznie dziękując za usługi.

Zupełnie przypadkowo dotarliśmy pod samą bramę parku Lumpini. Nie mieliśmy oczywiście pojęcia, co to za miejsce, ale kiedy zobaczyliśmy wyrastające zza ogrodzenia egzotyczne drzewa, nie przeszło nam nawet przez myśl, żeby odmówić sobie wejścia do środka. W mgnieniu oka zgiełk miasta ucichł, a naszym oczom ukazali się biegacze, rowerzyści i rolkarze. Park Lumpini stanowił zielony punkt na mapie Bangkoku. Pierwszy raz zobaczyliśmy prawdziwe palmy kokosowe, w których cieniu leciwi Tajowie raczyli się grą w szachy. Nie brakowało tu również wypełnionych żywą egzotyką stawów. Usiedliśmy nad brzegiem jednego z nich, chroniąc się jednocześnie przed słońcem w cieniu tamaryndowca. Mijali nas kolejni usportowieni mieszkańcy Bangkoku. Kilka kroków za naszymi plecami widać było stojącą w plenerze siłownię. Patrząc na ten niczym nie zabezpieczony przed kradzieżą bogaty zbiór hantli, sztang i ławeczek treningowych, zastanawiałem się, jak długo przetrwałby w Polsce. Tymczasem w wodzie przed nami coś się poruszyło. Pewnie ryba. Na przeciwległym brzegu natomiast wygrzewał się zupełnie obojętny żółw. Obecność ludzi wyraźnie nie była wystarczającym powodem, aby zrezygnował z kąpieli słonecznej. Po chwili w wodzie znów coś zabulgotało. Ruchliwe dziś te ryby… W jednej chwili instynkt samozachowawczy kazał nam stanąć na równe nogi i odsunąć się od wody. W naszym kierunku płynął… dinozaur. Jakby nigdy nic podpłynął do brzegu i wyszedł na ląd. Półtorametrowy jaszczur przechadzał się po trawie najdalej dwa metry od nas. Był to dorosły waran paskowany, absolutnie niewzruszony naszą obecnością. Tajowie wyjaśnili nam ze śmiechem, że dinozaury nikomu nie robią krzywdy, a gdy za blisko podejdziemy, same odejdą. Żywe maskotki, zamieszkujące park Lumpini. Niesamowite. Mimo wszystko profilaktycznie oddaliliśmy się w celu zbadania pozostałych części parku. Po drodze spotykaliśmy całe grupy waranów wygrzewających się w słońcu. Niektóre osobniki czasami rzucały nam kontrolne spojrzenia (powodując tym samym wykonanie przez nas sporego kroku w tył). Zazwyczaj jednak nie poświęcały nam absolutnie żadnej uwagi.

Zbliżała się godzina piąta po południu. W strefie podrównikowej słońce zachodzi równie szybko, jak wschodzi. Jeszcze jest zupełnie jasno, a pięć minut później otaczają nas ciemności. Dlatego nadchodził czas, żeby udać się na spoczynek. Bangkok był jednym z nielicznych miast na naszej długiej liście, w którym mieliśmy z góry zaplanowany nocleg – i oczywiście nie był to nocleg w hotelu. Nocleg „za jeden uśmiech” czasami przytrafia się nawet w Azji. Na kilka dni przed podróżą, korzystając z internetowego serwisu couchsurfing, skontaktowaliśmy się z miłą Szwajcarką o imieniu Manuela. Zgodziła się udostępnić nam na kilka najbliższych nocy pokój w swoim domu na obrzeżach Bangkoku. Manuela uczyła języka niemieckiego. Wraz z partnerem z Portugalii wynajmowała spory dom, który stanowił tymczasowe schronienie dla turystów różnych narodowości. Wszystko zdawało się być na dobrej drodze. Jedynym problemem okazał się transport poza centrum miasta. Musieliśmy dostać się metrem w miejsce znajdujące się możliwie najbliżej domu Manueli. Tam, jak to ujęła, prawdopodobnie uda nam się złapać taksówkę. Taksówek nie brakowało. Odjeżdżały jedna za drugą. Do kilku nawet udało nam się wsiąść, a następnie wysiąść bezpośrednio po wskazaniu celu podróży. Korki i odległości w Bangkoku są na tyle duże, że kierowcom nie opłaca się wyjeżdżać poza centrum. Ma to również związek ze sposobem naliczania opłat w taksówce: dwadzieścia kilometrów w Bangkoku można było przejechać za sto sześćdziesiąt-sto siedemdziesiąt bahtów3. Mieszkaliśmy u Manueli przez kolejne trzy dni i obliczyliśmy, że średnio jeden na dziesięciu kierowców taksówek decyduje się na taką podróż. Na szczęście każdego dnia w końcu udawało nam się dotrzeć do domu. Manuela opowiedziała nam o Bangkoku, pożyczyła mapy i pokazała, jak dojechać w wyznaczone miejsca. Nieoceniona pomoc, której nie znajdzie się w standardowych przewodnikach. Dlatego też następnego dnia rano nie jechaliśmy do centrum taksówką, ale autobusem miejskim, z którego przesiedliśmy się na tramwaj wodny, wypełniony po brzegi pasażerami. Tramwaj był drewnianą łodzią wyposażoną w silnik oraz plastikową płachtę służącą za dach. Kasjerka, drobna pani w podeszłym wieku, zbierała po dwadzieścia bahtów od osoby, chodząc swobodnie po zewnętrznej krawędzi pędzącej łodzi. Podróż do centrum trwała niecałą godzinę. Przypadły nam miejsca stojące, co w prawie trzydziestopięciostopniowym upale skończyło się chwilowym zasłabnięciem Anny. Kolejne kilkunastogodzinne podróże w ciasnych busach robiły już na nas mniejsze wrażenie, bo każda przejażdżka kolejnym azjatyckim wynalazkiem wyrabiała w nas specyficzny rodzaj kondycji, niezbędny podczas podróży lokalnymi środkami transportu.

Był koniec stycznia 2014 roku, a w Bangkoku trwały liczne demonstracje. Ludność domagała się uczciwych, nieskorumpowanych wyborów i manifestowała swoją postawę na najbardziej ruchliwych ulicach miasta. Namioty rozstawione były jeden obok drugiego na skrzyżowaniach, rondach i wiaduktach. Tysiące ludzi żyło w ten sposób przez wiele tygodni. Demonstracje wyglądały jednak inaczej niż w Europie. Nie widzieliśmy agresji, walk z policją i tym podobnych incydentów. My, jako turyści, mieliśmy bezproblemowy wstęp na tereny demonstrantów. Nigdy nie doświadczyliśmy żadnej nieprzyjemności z ich strony. Kupowaliśmy ich jedzenie, przesiadywaliśmy w ich ulicznych restauracjach, a z niektórymi też rozmawialiśmy. Oczywiście nie na tematy polityczne. Polityka jest nam zupełnie obca, zarówno w Polsce, jak i w innych państwach. Nie mamy wpływu na to, co dzieje się w naszym własnym kraju, a co dopiero w Tajlandii.

Ze względu na demonstracje zrezygnowaliśmy ze zwiedzania pałacu królewskiego oraz słynnej ulicy Khao San. Postanowiliśmy wrócić w te miejsca trzy miesiące później, gdy sytuacja w mieście trochę się unormuje. Udaliśmy się natomiast w stronę Golden Mount. Jak wskazuje nazwa, jest to złota góra, dosłownie i w przenośni. Otacza ją piękny park, w którym zobaczyć można, między innymi, posągi przedstawiające chińskie znaki zodiaku. Wchodząc na szczyt, spotykaliśmy wielu mnichów, w tym jednego Anglika. Mnisi często są skorzy do rozmowy. Warunkiem jest jednak znajomość języka tajskiego. Zawsze można spróbować znaleźć jednego z młodszych mnichów, którzy opanowali język angielski. Wstęp do miejsc kultu religijnego w Tajlandii i krajach sąsiadujących możliwy jest tylko w odpowiednim stroju. Oznacza to, że wchodząc do świątyni trzeba mieć zakryte ramiona i nogi, przynajmniej za kolana, a dodatkowo należy zdjąć obuwie4. Na szczycie Złotej Góry znajduje się świątynia oraz sporej wielkości złota stupa5. Buddyści modlą się tam każdego dnia, zazwyczaj zostawiają również hojne datki w postaci banknotów, przypinanych jeden do drugiego zszywaczem. W ten sposób tworzone są falujące na wietrze łańcuchy pieniędzy. Wewnątrz świątyni znajdowało się siedem posągów Buddy przedstawiających Nauczyciela w kluczowych momentach jego życia. Każda scena na inny dzień, ponieważ Tajowie przypisują dużą wagę do dnia tygodnia, w którym się urodzili. W wybranym dniu można, wraz z modlitwą, ofiarować także gotówkę. Podobnie jest przecież w chrześcijaństwie. Siedem dni tygodnia, w ostatni dzień odpoczynek (Budda leżący), zbieranie datków. Różnica jest taka, że w Kościele katolickim ksiądz musi podejść do wiernych z tacą, natomiast do świątyni buddyjskiej ofiary pieniężne wierni przynoszą sami i nikt się o nie oficjalnie nie upomina.

Świątynię otaczał taras, z którego podziwiać można było panoramę Bangkoku. Bolesny, jak drzazga w oku, w naszej pamięci pozostał widok rozpadających się slumsów, znajdujących się w sąsiedztwie Golden Mount. Staliśmy na Złotej Górze, a pod nami, w ubóstwie, mieszkali ludzie. Na całym świecie nigdy nie brakuje pieniędzy na miejsca kultu. Bez względu na religię.

W okolicy Złotej Góry znajdowały się też inne, znacznie mniej popularne świątynie. Nie ustępowały jej ani pięknem, ani bogactwem. W tak upalny dzień stanowiły dla nas również schronienie przed dającym się we znaki słońcem. Nie wiedzieliśmy, dokąd się udać w dalszej kolejności. Nasz entuzjazm delikatnie osłabł ze względu na ogólne osłabienie organizmów, nieprzyzwyczajonych do podrównikowego klimatu. Siedzieliśmy na ławeczce i oglądaliśmy rząd kilkudziesięciu złotych posągów Buddy, kiedy naszą uwagę przykuła pewna pani, przystrajająca kwiatami coś na kształt sceny. Może dziś jest jakieś święto? Jak zwykle, nic nie wiedzieliśmy. Po chwili udało nam się dostrzec jedną, kluczową wręcz liczbę, ułożoną z kwiatów przez wspomnianą panią: 2557.

1 Z planowaniem od początku nie było u nas najlepiej. Może właśnie dlatego w  ostatecznym rozrachunku spędziliśmy w Wietnamie dwadzieścia nieplanowanych dni.

2 Bez dwóch zdań. Jeśli ktoś zatruł się w Tajlandii, to zazwyczaj w turystycznej restauracji, mającej siedzibę w pięknym, wyglądającym „higienicznie” budynku.

3 W 2014 roku jeden tajski baht (THB) miał wartość około dziesięciu groszy.

4 Zwyczaj zdejmowania obuwia występuje również w wielu innych miejscach, takich jak niektóre sklepy czy hotele, a przede wszystkim prywatne domy i mieszkania.

5 Budowla sakralna w kształcie stożka, zawierająca relikwie Buddy.

CHIŃSKIE MIASTO

Gdzie w stolicy Tajlandii obchody chińskiego Nowego Roku są najhuczniejsze? Oczywiście w Chińskiej Dzielnicy. Bez zastanowienia udaliśmy się więc na ulicę Yaowarat, czyli do samego serca Chinatown. To, co zobaczyliśmy już w pierwszych chwilach, przeszło nasze oczekiwania. Ulicę na całej długości wypełniał tłum. Wszechobecne były tradycyjne chińskie lampiony, a przy wejściu do dzielnicy postawiono czerwoną bramę z napisem „2557”. Liczba straganów z papierowymi smokami, metalowymi kotami machającymi jedną łapą oraz przede wszystkim stoisk z jedzeniem była ogromna. Bez wątpienia Tajlandia wkraczała w rok 2557 i postanowiła hucznie to uczcić. Ta data widniała od tej pory w wielu miejscach – od reklam i bilbordów, przez telewizję, aż po ręcznie spisywane policyjne protokoły (wątpliwa przyjemność czynnego uczestniczenia w tworzeniu takiego protokołu przytrafiła nam się już kilka dni później).

Chinatown było pełne ludzi różnych narodowości i mimo że wszyscy byli czymś zajęci, to w powietrzu wisiała atmosfera oczekiwania na coś… specjalnego, mistycznego. Nikt nie wiedział, co to ma być ani o której godzinie ma się wydarzyć, ale zarówno Tajowie, jak i turyści ustawiali się wzdłuż ulicy Yaowarat i czekali. W Azji bardzo trudno jest określić konkretną godzinę, o której ma mieć miejsce jakiekolwiek wydarzenie. Tajowie absolutnie nie przejmują się takimi drobnostkami, jak czas rozpoczęcia imprezy. Pierwszy raz powiedziano nam, że rozpoczęcia należy oczekiwać około godziny szesnastej. Mniej więcej dwie godziny później wciąż nic się nie działo. W międzyczasie zwiedziliśmy najgłębsze zakamarki Chińskiej Dzielnicy. Różnorodność towarów, które można tam kupić, jest nie do opisania. Herbaty leżakowały w ogromnych worach i sprzedawane były na kilogramy. Dziesiątki gatunków nieskalanych żadnymi dodatkami smakowymi ani zapachowymi, jak ma to miejsce w europejskich herbaciarniach. Ceny były również znacznie bardziej przystępne, niż się spodziewaliśmy. Kilkudziesięciolitrowe worki z przyprawami, takimi jak cynamon czy anyż, również nie należały do rzadkości. Na wielu stoiskach sprzedawano szafran w zaskakująco niskich cenach. Był tak tani, że przed zakupem postanowiliśmy zweryfikować jego autentyczność. I chyba słusznie – internauci zgodnie twierdzili, że to jedynie imitacja, czyli kwiat krokosza barwierskiego, który może zostać użyty do nadania koloru potrawom, jednak na tym jego podobieństwo do prawdziwego szafranu się kończy. Chińczycy handlowali również wieloma gatunkami suszonych grzybów, które wyglądały tak, że wszystkie bez wyjątku określiłbym jako trujące… Cóż, człowiek uczy się całe życie.

Kiedy tak chodziliśmy ulicami Chińskiego Miasta, wielokrotnie byliśmy zaczepiani przez kobiety oferujące wypuszczenie ptaków z klatki – oczywiście na szczęście. Niewielkie, kilkucentymetrowe ptaszki stłoczone były w miniaturowych klatkach w oczekiwaniu, aż ktoś zapłaci za ich uwolnienie. Niestety, wielu turystów, kierując się ludzkimi odruchami i chęcią uratowania ptaków, płaci kobietom za otwarcie klatki. A skoro zapłacili, to znaczy, że warto złapać ptaszka po raz kolejny, żeby znowu zarobić na uwolnieniu go… Myślę, że warto zastanowić się kilka razy przed wsparciem tego typu atrakcji. Czy gdyby ktoś na przykład bił psa i oczekiwał zapłaty za to, żeby przestał, to czy również byśmy mu zapłacili? Zamykanie dziesiątek ptaków w klatce bez jedzenia i picia to przecież dokładnie to samo…

Przy głównej ulicy sprzedawano dwa rodzaje produktów, które szczególnie przypadły nam do gustu. Po pierwsze, prostokątne lody o smaku kokosa, herbaty, mango, ananasa, tamaryndu czy duriana, nabijane na patyk w momencie sprzedaży. Do tego dodawany jest kawałek plastiku chroniący konsumenta przed przypadkowym ubrudzeniem. Zero opakowań, nadruków czy wymyślnych kształtów. Jeden rodzaj lodów o różnych smakach. Co za tym idzie, lody są o wiele tańsze niż te, które można kupić w sklepach, natomiast wcale nie ustępują im, jeśli chodzi o walory smakowe. Niestety, nie spotkaliśmy ich nigdzie poza Chinatown w Bangkoku. Drugim ulubionym przez nas produktem był sok, wyciskany ze świeżych owoców prosto do małych, plastikowych butelek. Zdecydowanie królowały cytrusy oraz owoce granatu.

Chwilę przed dwudziestą policja oczyściła teren. Mam tu na myśli dosłowne oczyszczenie, ponieważ poza usunięciem ludzi ze środkowej części ulicy wprowadzono również zespół osób odpowiedzialnych za błyskawiczne pozbieranie wszystkich śmieci. Następnie wszystkim kazano wyłączyć i schować wszelkiego rodzaju kamery, aparaty i telefony komórkowe. Co będzie się działo? Mieliśmy wrażenie, że tym razem nie jesteśmy jedynymi, którzy nic nie wiedzą. Po kilku minutach ulicą przejechał autobus, przewożący kilkunastu lub kilkudziesięciu panów w garniturach. Policja zasugerowała, żeby machać przyjaźnie rękoma (tak jak podczas przejazdu papieża). Autobus przejechał, ulicę odblokowano i w ciągu kilku minut wszystko wróciło do pierwotnego stanu. Znów pojawiły się papierowe smoki, złote koty i śliczne, smukłe, przyodziane w tradycyjne stroje Chinki, promujące orientalne hotele.

Tak dla nas zakończyły się obchody chińskiego Nowego Roku dwa tysiące pięćset pięćdziesiątego siódmego. Prawdziwe atrakcje, jak się później okazało, miały miejsce następnego dnia, gdy my siedzieliśmy skuleni w ciemnym, obskurnym pokoju hotelowym z dala od Bangkoku i rozmyślaliśmy, jak poradzić sobie w obcym kraju po utracie paszportu, karty płatniczej i kilku innych dokumentów.

PODRÓŻ W CZASIE – AYUTTHAYA

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

w której autor myśli o napisaniu następnej książki, walczy na ringu, uczy się nurkować, a potem nic już nie jest takie samo...

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

ANNA KORDAS

DWA SPEŁNIONE MARZENIA

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © 2016 Paweł Skiba Zdjęcia: Paweł Skiba, Magdalena Ciepłowska, Łukasz Ciepłowski, Fotolia Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2016 opracowanie plastyczne W. Cejrowski Sp. z o.o. Copyright © 2003 plastyczny kształt serii „Biblioteka Poznaj Świat” W. Cejrowski Sp. z o.o. Copyright © 2016 wydanie polskie Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. All rights reserved.

Projekt okładki i elementów graficznych: Łukasz Ciepłowski Redakcja: Anna Mędrzecka, Edyta Urbanowicz Korekta: Edyta Urbanowicz, Anna Mędrzecka, Piotr Koperski Mapy: Agnieszka Rajczak-Kucińska Dobór i opracowanie zdjęć: Łukasz Ciepłowski Kierownictwo artystyczne i merytoryczne: Wojciech Cejrowski

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-8127-065-6

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com