Opis

 Opowieść o przyjaźni, dobroci i wielkiej tajemnicy

Pewnego deszczowego dnia dziewięcioletnia Mary Lennox przybywa do ponurej posiadłości swojego wujka, Archibalda Cravena. Jej nowy opiekun okazuje się dziwnym, nieprzystępnym człowiekiem. Jeszcze bardziej zagadkowy jest jego dom – położony na wrzosowisku dwór o stu pokojach, w którym nocą rozlega się czyjś płacz. Otacza go ogród, do którego nikomu nie wolno wchodzić. Mary postanawia rozwikłać tajemnicę nocnych krzyków i odnaleźć furtkę do zakazanego ogrodu. W jej poszukiwaniach niebagatelną rolę odegra mały ptaszek z czerwonymi piórkami na piersi…

Tajemniczy ogród to książka, która nigdy się nie zestarzeje. Historia Mary Lennox i jej przyjaciół, Colina Cravena i Dicka Sowerby’ego, oraz przepięknego, magicznego ogrodu, w którym każdy czuje się szczęśliwy, wzrusza i inspiruje młodych ludzi na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 312

lub

Frances Hodgson Burnett Tajemniczy ogród ISBN: 978-83-7785-971-1 Tytuł oryginału: The Secret Garden Copyright © for this Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015 Illustrations © 2007 Inga Moore Published by arrangement with Walker Books Limited, London SE11 5HJ. All rights reserved No part of this book may be reproduced, transmitted, broadcast or stored in an information retrieval system in any form or by any means, graphic, electronic or mechanical, including photocopying, taping and recording, without prior written permission from the publisher. Redakcja: Paulina Wierzbicka, Tomasz Zysk Projekt okładki: Barbara Kida Projekt graficzny i opracowanie techniczne: Barbara i Przemysław Kida Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

ROZDZIAŁ I

Nikt nie został przy życiu

Kiedy Mary Lennox została wysłana do Paszkociego Dworu, gdzie miała zamieszkać w domu wuja, prawie wszyscy twierdzili, że jest najbardziej niesympatycznym dzieckiem, jakie kiedykolwiek widziano. I była to szczera prawda. Wiecznie skwaszona, mała i chuda, z jasnymi rzadkimi włosami i drobną, szczupłą twarzą o lekko żółtawej cerze. Mary urodziła się w Indiach i nieustannie zapadała na zdrowiu. Jej ojciec był urzędnikiem administracji kolonialnej, wiecznie zapracowanym i ciągle chorym; matka zaś, słynna piękność, dbała jedynie o siebie, lubiła przyjęcia i zabawy, stale otaczała się młodym i wesołym towarzystwem. Nie pragnęła dziecka, toteż gdy Mary przyszła na świat, od razu trafiła pod opiekę niani, Hinduski zwanej ayah, której dano do zrozumienia, że jeśli zależy jej na względach pani, powinna trzymać dziecko jak najdalej od niej. Kiedy zatem Mary była chorowitym, nieznośnym i brzydkim niemowlęciem, usuwano ją matce sprzed oczu, a gdy stała się chorowitym, nieznośnym i zaczynającym chodzić dzieckiem, również usuwano ją matce z drogi.

Mary nie pamiętała, by z bliska widziała kogokolwiek innego oprócz swojej ciemnolicej ayah i hinduskiej służby. A ponieważ byli jej we wszystkim posłuszni, bo przecież mogła rozgniewać swymi wrzaskami ich białą panią, Mary w szóstym roku życia była najbardziej despotycznym i samolubnym stworzeniem, jakie kiedykolwiek żyło na kuli ziemskiej. Młoda nauczycielka, Angielka, która miała ją nauczyć czytać i pisać, tak jej nie lubiła, że po trzech miesiącach porzuciła posadę, a jej następczynie uciekały po jeszcze krótszym czasie. Gdyby zatem Mary sama nie zechciała nauczyć się czytać, chyba nigdy nie poznałaby alfabetu.

Pewnego wyjątkowo upalnego ranka Mary, która miała już około dziewięciu lat, zbudziła się bardzo zła, a humor jej jeszcze się pogorszył, gdy spostrzegła, że stojąca przy jej łóżku służąca to nie ayah.

— Po co przyszłaś? — rzekła do obcej. — Nie chcę cię! Przyślij mi moją ayah!

Kobieta, patrząc na dziewczynkę wystraszonym wzrokiem, wyjąkała, że ayah nie może przyjść. Kiedy Mary wpadła w pasję i zaczęła ją bić i szczypać, Hinduska, spoglądając na nią coraz bardziej wystraszona, wciąż powtarzała, że ayah w żaden sposób do panienki przyjść nie może.

Tego ranka wisiało w powietrzu coś niesamowitego. Wszystko działo się inaczej niż zwykle, kilku hinduskich służących było nieobecnych, ci zaś, których Mary widziała, skradali się lub uciekali z przerażeniem na twarzach. Ale nikt o niczym jej nie powiedział, ayah zaś nie przychodziła. Mary, pozostawiona samej sobie, wyszła wreszcie do ogrodu i zaczęła się bawić pod drzewami w pobliżu werandy. Udawała, że robi klomby, wtykając wielkie, szkarłatne kwiaty hibiskusa w małe kupki ziemi. Jej złość narastała, w miarę jak mruczała pod nosem obelgi, które zamierzała rzucić niani, gdy ta się wreszcie pojawi.

— Świnia! Świnia! Córka świni! — mamrotała, wiedząc, że to określenie jest dla Hindusa najstraszniejszą obelgą.

Zgrzytała zębami ze złości, gdy wtem usłyszała, jak jej matka rozmawia z kimś na werandzie przyciszonym głosem. Mary znała młodego blondyna o chłopięcym wyglądzie. Słyszała, że ten bardzo młody oficer przybył niedawno z Anglii. Mary patrzyła na niego, ale jeszcze uważniej na matkę. Obserwowała ją zawsze, ilekroć tylko udało jej się ją zobaczyć, ponieważ „biała pani” — matkę Mary najczęściej nazywano w ten sposób — była wysoką, smukłą, śliczną kobietą, zawsze ubraną w piękne suknie. Włosy matki przypominały falistą jedwabną przędzę, nosek miała mały, delikatny i wielkie roześmiane oczy. Jej suknie były cienkie i powłóczyste, wedle Mary było na nich „pełno koronek”. Dzisiaj wydawało się, że na „białej pani” koronek jest więcej niż zazwyczaj, lecz jej oczy się nie śmiały — szeroko rozwarte były błagalnie wzniesione ku twarzy młodego oficera.

Mary usłyszała jej słowa:

— Czy jest aż tak źle? Tak bardzo źle?

— Strasznie — odrzekł młody człowiek drżącym głosem. — Strasznie, pani Lennox. Powinna pani była wyjechać w góry przed dwoma tygodniami.

„Biała pani” załamała ręce.

— Och! Wiem, że powinnam była wyjechać! — zaszlochała. — Zostałam jedynie z powodu tego głupiego pikniku. Jakaż byłam szalona!

W tej samej chwili z pomieszczeń dla służby dobiegł tak rozpaczliwy lament, że pani Lennox gorączkowo chwyciła młodego oficera za ramię, Mary zaś poczęła drżeć na całym ciele. Lament i jęki stawały się coraz głośniejsze.

— Co to? Co się dzieje? — szepnęła przerażona pani Lennox.

— Znów ktoś umarł — odpowiedział młodziutki oficer. — Nic mi pani nie mówiła, że zaraza wybuchła między służbą.

— Bo nic o tym nie wiedziałam! — zawołała. — Niech pan pójdzie ze mną! — i wbiegła do wnętrza domu.

To, co potem się działo, było okropne i niesamowite. Mary w końcu zrozumiała, że wybuchła epidemia cholery w najgroźniejszej postaci i ludzie padają jak muchy. Ayah zabrano w nocy, a ów lament w pawilonach służby rozległ się właśnie w chwili jej śmierci. W nocy zmarły jeszcze trzy osoby spośród służby, a reszta w trwodze i popłochu uciekła. Marli też ludzie w okolicznych domach, a paniczny strach ogarnął wszystkich.

W panującym zamęcie i przerażeniu Mary — zapomniana przez wszystkich — ukryła się w dziecięcym pokoju, gdzie na przemian to płakała, to spała. Nikt o niej nie pomyślał, nikt jej nie szukał, a tymczasem działo się wiele rzeczy, o których nie miał jej kto powiedzieć. Wiedziała tylko, że ludzie chorują, słyszała też jakieś tajemnicze, przerażające odgłosy.

Po jakimś czasie dziewczynka wśliznęła się do jadalni. Było tu pusto, ale częściowo opróżnione półmiski stały jeszcze na stole, a krzesła wyglądały na poodsuwane w pośpiechu. Mary zjadła owoce i biszkopty, a dla ugaszenia pragnienia wypiła szklankę wina. Wino było słodkie, Mary nie znała jego mocy, toteż po krótkiej chwili odurzyło ją. Wróciła do swego pokoju i znów się tam zamknęła, przestraszona krzykami i tupotem kroków uciekających ludzi. Czując ogarniającą ją nieprzezwyciężoną senność, położyła się do łóżka i na długo straciła świadomość tego, co rozgrywało się wokół niej.

Tymczasem działo się wiele, ale Mary spała snem tak twardym, że nie zbudziły jej ani głosy ludzi, ani hałas, jaki towarzyszył wynoszeniu przedmiotów.

Po przebudzeniu Mary leżała jeszcze przez pewien czas, patrząc w sufit. W domu panowała zupełna cisza. Takiej ciszy nie zaznała nigdy przedtem… Nie słyszała żadnych głosów ani kroków, więc pomyślała, że widocznie już wszyscy wyzdrowieli i wszelkie obawy minęły. Ciekawa była również, kto zaopiekuje się nią teraz, po śmierci ayah. Zjawi się zapewne nowa ayah, może nawet będzie znać inne bajki. Mary była już, prawdę mówiąc, trochę znudzona tymi dawnymi. Nie płakała też wcale z powodu śmierci swojej niani, nie była bowiem dzieckiem uczuciowym i nigdy się nikim nie przejmowała. Hałasy, bieganina, jęki i lamenty spowodowane epidemią przestraszyły ją, lecz teraz była już tylko zła, że zapomniano o jej istnieniu. Wszyscy byli zbyt przerażeni, by myśleć o nielubianym dziecku. Gdy wybuchła cholera, każdy myślał tylko o sobie. Ale teraz, skoro już wszystko minęło, ktoś na pewno przyjdzie zobaczyć, co się dzieje z Mary.

Nikt się jednak nie zjawiał, a kiedy dziewczynka leżała, wyczekując, cały dom zdawał się zapadać w coraz głębszą ciszę.

Nagle Mary usłyszała, że coś czołga się po matach na podłodze. Wychyliwszy się z łóżka, ujrzała małego węża sunącego wzdłuż ściany i patrzącego na nią oczkami jak brylanty. Nie zlękła się, wiedząc, że to stworzonko nikomu nie czyni krzywdy. Tymczasem wąż spieszył się, jakby chciał jak najprędzej wydostać się z pokoju. W końcu wyśliznął się przez szparę pod drzwiami.

— Jak tu cicho i spokojnie — rzekła Mary do siebie. — Można by pomyśleć, że prócz mnie i tego węża w całym domu nikogo nie ma.

W tej samej chwili usłyszała jednak w ogrodzie, a następnie na werandzie kroki mężczyzn wchodzących do domu i rozmawiających przyciszonymi głosami. Nikt nie wyszedł im na spotkanie ani ich nie powitał, oni zaś, sądząc po odgłosach, otwierali kolejno drzwi do wszystkich pokoi i zaglądali do środka.

— Co za pustka! — usłyszała Mary. — Taka śliczna, urocza kobieta! Myślę, że i dziecko… Słyszałem, że miała córeczkę, choć nikt jej nigdy nie widział…

Mary stała pośrodku swego pokoju, gdy kilka minut później otworzyły się drzwi. Wyglądała brzydko i niesympatycznie, a przy tym drżała z głodu i oburzenia, że tak niegodziwie o niej zapomniano. Pierwszy wszedł starszy oficer, którego Mary widziała kiedyś rozmawiającego z ojcem. Wyglądał na zmęczonego i wstrząśniętego, ale gdy spostrzegł Mary, z przerażenia gwałtownie się cofnął.

— Barney! — wykrzyknął. — Tutaj jest dziecko. Opuszczone dziecko. I to w takim miejscu! Na miłość boską, kim jest ta mała?

— Jestem Mary Lennox — rzekła dziewczynka, prostując się dumnie. Pomyślała przy tym, że ten pan jest bardzo niegrzeczny, nazywając dom jej ojca „takim miejscem”. — Zasnęłam, gdy wszyscy chorowali na cholerę, i właśnie teraz się obudziłam. Czemu nikt do mnie nie przychodzi?

— To jest to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! — zawołał oficer, zwracając się do swego towarzysza. — Wszyscy o niej zapomnieli!

— Dlaczego o mnie zapomnieli? — zapytała Mary, tupiąc nogą. — Czemu nikt nie przychodzi?

Młody człowiek, którego nazwano Barneyem, spojrzał na nią z ogromnym smutkiem. Mary zdawało się nawet, że jego powieki zadrżały, jakby od łez.

— Biedne maleństwo! — rzekł. — Nikt nie może przyjść, bo nikt nie został już przy życiu.

W ten oto dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ojca ani matki, gdyż oboje umarli; że pochowano ich nocą, a nieliczni służący, którzy uniknęli śmierci, opuścili dom jak najspieszniej, zapominając o istnieniu „panienki”. A więc to była przyczyna tej głuchej ciszy. W całym domu pozostali przy życiu tylko ona i mały wąż.

ROZDZIAŁ II

Panna Mary Kapryśnica

Mary lubiła obserwować swą matkę z daleka — wydawała jej się urocza, ale prawie wcale jej nie znała. Nic więc dziwnego, że ani jej nie kochała, ani nie tęskniła po jej stracie, a ponieważ była dzieckiem nader samolubnym, wszystkie swe myśli skierowała ku sobie, podobnie jak robiła to wcześniej. Gdyby była starsza, może przeraziłaby ją myśl, że została całkiem sama na świecie, ale ponieważ dotąd troszczyli się o nią inni, sądziła, że zawsze już tak musi być. Ciekawa była tylko, czy znajdzie się teraz między miłymi ludźmi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą na wszystkie wybryki, jak to czyniła ayah i reszta hinduskiej służby.

Wiedziała, że nie zostanie zbyt długo w domu pastora, gdzie na razie ją umieszczono. Nie chciała tam zostać, bo pastor był biedny i miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w tym samym wieku. Ich ubranka były brudne, a one same ciągle się kłóciły i wydzierały sobie nawzajem zabawki. Mary znienawidziła zaniedbany dom pastora i była tak nieznośna dla wszystkich, że po dwóch dniach już żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Drugiego dnia dały jej przezwisko, które wprawiło ją w szaloną złość.

Pierwszy wpadł na ten pomysł Basil, chłopczyk o bladoniebieskich oczach i zadartym nosku. Mary go nie cierpiała. Bawiła się sama pod drzewem, tak jak tamtego fatalnego dnia, robiąc klombiki z ziemi i zaznaczając ścieżki. Basil stał w pobliżu i przyglądał się. Zabawa zainteresowała go i chłopczyk zasugerował:

— Czemu nie ustawisz kopca z kamyków, że to niby skały? — powiedział. — O, tutaj, w środku! — i pochylił się, by wskazać miejsce.

— Wynoś się! Nie cierpię chłopców, wynoś się! — wrzasnęła Mary.

Przez chwilę Basil był zły, ale potem zaczął się droczyć, tak jak robił to zawsze z siostrami — tańczył wokół niej i podskakiwał, śmiał się i śpiewał:

Panno Mary, kapryśnico,

Odwróć zagniewane lico!

W twym ogródku rosną kwiatki,

Róże, dzwonki i bławatki.

Śpiewał dopóty, dopóki reszta dzieci nie usłyszała i nie zaczęła się śmiać razem z nim. A im bardziej Mary się złościła, tym częściej śpiewali: „Panno Mary, kapryśnico”, nazywając ją tak później między sobą, a nawet wtedy, gdy się do niej zwracali.

— Pod koniec tygodnia pojedziesz do domu — powiedział do niej Basil. — A my się strasznie z tego cieszymy.

— Ja też strasznie się cieszę — odparła Mary. — Ale co to znaczy dom?

— Ona nie wie, co to znaczy dom! — rzekł Basil z oburzeniem. — Dom to jest, oczywiście, Anglia. Nasza babunia tam mieszka, a nasza siostra, Mabel, pojechała do niej w zeszłym roku. Ale ty nie masz babuni, ty pojedziesz do wuja, który się nazywa Archibald Craven.

— Nic o nim nie wiem — wyjąkała Mary.

— Wiem, że nic nie wiesz — odparł Basil. — Dziewczęta w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Twój wuj mieszka w ogromnym, opuszczonym domu na wsi i nikt u niego nie bywa. Jest nieznośny i nikogo nie chce przyjmować, a gdyby nawet chciał, to i tak nikt by do niego nie pojechał. W dodatku jest garbaty i okropny.

— Nie wierzę ci — odpowiedziała Mary, odwróciła się i zatkała uszy palcami, bo nie chciała już nic więcej słyszeć.

Później jednak długo myślała o wszystkim, co usłyszała, a gdy pani Crawford powiedziała jej tego wieczoru, że za kilka dni pojedzie do Anglii, do wuja — pana Archibalda Cravena mieszkającego w Paszkocim Dworze — Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętna, że nie wiedziano, co o niej sądzić. Starano się ją traktować serdecznie, lecz dziewczynka odwracała twarz, ilekroć pani Crawford chciała ją pocałować, a gdy pan Crawford klepał ją po ramieniu, stała sztywno, jakby połknęła kij.

— Dziwne dziecko — rzekła później pani Crawford ze współczuciem. — Jej matka była taka urocza i miła, a Mary to najbardziej niesympatyczne stworzenie, jakie w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją Panną Mary Kapryśnicą, a choć to nieładnie z ich strony, wcale im się nie dziwię.

— Gdyby jej matka częściej zaglądała do dziecięcego pokoju, Mary nabrałaby może miłego obejścia. Przykro o tym mówić teraz, gdy ta urocza kobieta już nie żyje, ale większość jej towarzystwa nie wiedziała nawet o istnieniu małej.

— Sądzę, że po prostu nie zajmowała się córką — z westchnieniem odparła pani Crawford. — Gdy umarła ayah, nikt nie pomyślał o tym biedactwie. Wszyscy się rozbiegli, zostawiając tę małą samą w opustoszałym domu. Kapitan McGrew mówił mi, że po prostu osłupiał, gdy znalazł ją w którymś pokoju.

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która odwoziła do szkół swoje dzieci. Własne potomstwo tak ją absorbowało, że była niezmiernie rada, mogąc w Londynie przekazać dziewczynkę pani Medlock, którą wysłał pan Archibald Craven. Nowa opiekunka, kobieta tęga, o mocno czerwonych policzkach i przenikliwych czarnych oczach, była gospodynią w Paszkocim Dworze. Miała jaskrawą czerwoną suknię, czarną jedwabną mantylkę z frędzlami i czarny kapelusz przybrany kwiatami z czerwonego aksamitu, które przy każdym poruszeniu głową trzęsły się i chwiały na wszystkie strony. Mary nie poczuła do niej sympatii, ale nie było w tym nic dziwnego, ponieważ nigdy do nikogo niczego takiego nie czuła. Zresztą od razu było widać, że pani Medlock niewiele sobie robi z Mary.

— Podobno jej matka była piękna — zwróciła się nowa opiekunka do żony oficera. — Ale córka nie odziedziczyła po niej urody, prawda?

— Może wyładnieje, gdy podrośnie — odparła dobrotliwie tamta. — Gdyby tylko nie była taka niegrzeczna i miała trochę milszy wyraz twarzy, bo jej rysy są raczej ładne. Zresztą dzieci tak się zmieniają…

— No, będzie się musiała bardzo zmienić! — odparła pani Medlock. — A nie mogę powiedzieć, by Paszkocia Polana miała dobry wpływ na dzieci.

Obie panie sądziły, że Mary ich nie słyszy, gdyż dziewczynka stała trochę z dala. Z okna hotelu, w którym się zatrzymali, przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie była ciekawa, jaki jest ten wuj i dom, w którym mieszka. Co to znaczy „garbaty”? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?

Odkąd zamieszkała między obcymi, czuła się samotna i zaczęła myśleć o dziwnych rzeczach, całkiem dla niej nowych. Zaczęła się mianowicie zastanawiać, dlaczego zawsze była niczyja, nawet wtedy, gdy jej rodzice jeszcze żyli. Inne dzieci należały do taty i mamy, tylko ona była niczyja. Miała służbę, jedzenie i sukienki. Ale nikt nie zwracał na nią uwagi. Mary nie wiedziała, że wszyscy uważali ją za niemiłą. Przeciwnie — sądziła, że to inni są nieprzyjemni, o sobie nigdy tak nie myślała.

Pani Medlock wydawała jej się okropna — raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i niegustownym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary szła przez stację do pociągu z odwróconą głową i trzymając się jak najdalej od swej opiekunki. Nie chciała, żeby widziano, że jadą razem. Była zła na samą myśl, że ludzie mogliby ją wziąć za córeczkę tej kobiety.

Ale pani Medlock nie przejmowała się ani Mary, ani tym, co dziewczynka o niej myśli. Była osobą, która „nie zawraca sobie głowy dziećmi”. W każdym razie tak by odpowiedziała, gdyby ją zapytano. Do Londynu nie chciała jechać nawet wtedy, gdy siostra jej, Maria, wydawała za mąż córkę. Ceniła sobie jednak wygodną, dobrze płatną posadę gospodyni w Paszkocim Dworze, którą mogłaby stracić, gdyby nie wykonała rozkazu pana Archibalda Cravena. Nie wyraziła zatem najmniejszego sprzeciwu, gdy jej chlebodawca rzekł w swój zwykły oschły sposób:

— Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę. Kapitan Lennox był bratem mojej żony, jestem więc opiekunem jego córki. Dziecko winno być przywiezione tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je.

Pani Medlock bez sprzeciwu spakowała się i ruszyła w podróż.

Mary wtuliła się w kąt wagonu z miną kwaśną i złą. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć. Chude rączki w czarnych rękawiczkach złożyła na kolanach i siedziała cicho. Czarna sukienka uwydatniała żółtość jej cery, a sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusika.

„Nigdy jeszcze nie widziałam tak niemiłego dziecka” — myślała pani Medlock. Nie pojmując, jak dziecko może siedzieć tak długo w zupełnym bezruchu, znużona przyglądaniem się dziewczynce, ostrym, twardym głosem zaczęła rozmowę:

— Opowiem panience co nieco o miejscu, do którego jedziemy — rzekła. — Czy wie panienka coś o swoim wuju?

— Nie — odparła Mary.

— Nie słyszała panienka nigdy, aby rodzice o nim mówili?

— Nie — odrzekła Mary i drgnęła, przypomniawszy sobie, że ojciec i matka w ogóle z nią nie rozmawiali, więc tym bardziej nigdy jej niczego nie opowiadali.

— Hm… — mruknęła pani Medlock, patrząc na jej zaciętą twarzyczkę. Zamilkła na jakiś czas, po czym ciągnęła dalej: — Sądzę, że trzeba panienkę jakoś przygotować. Jedziemy w dziwne miejsce.

Mary nic na to nie odpowiedziała, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, zaczerpnęła powietrza i dopiero po chwili się odezwała:

— Prawdę mówiąc, dom jest ogromny, lecz ponury. Pan Craven chlubi się nim na swój sposób, to znaczy, on sam też jest ponury. Dom stoi na krańcu rozległego wrzosowiska, ma już sześćset lat i prawie sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz i od lat nieużywana. Wiszą tam tylko obrazy, stoją piękne stare meble i wszędzie pełno jest antyków. Wokół jest ogromny park, pełen drzew z gałęziami sięgającymi do ziemi. — Przerwała na chwilę, aby zaczerpnąć tchu. — Tyle chciałam powiedzieć — zakończyła nagle.

Mary mimo woli poczuła zainteresowanie. Wszystko, o czym usłyszała, było inne niż w Indiach, a każda nowość ma swój urok. Nie chciała jednak dać po sobie poznać, że cokolwiek ją ciekawi — był to jeden z jej drażniących nawyków — siedziała zatem cicho.

— No i cóż — rzekła pani Medlock. — Co panienka o tym myśli?

— Nic — odparła. — Nie znam takich miejsc.

Odpowiedź ta wywołała krótki, urywany śmiech.

— Ech! Panienka jest zupełnie jak staruszka — powiedziała pani Medlock. — Czy nic panienkę nie obchodzi?

— Co za różnica, czy mnie obchodzi, czy nie — odparła Mary.

— Co to, to racja — potwierdziła pani Medlock. — Dlaczego panienkę biorą do Paszkociego Dworu, tego naprawdę nie wiem. Może to po prostu najłatwiejszy sposób na zapewnienie opieki. Bo że on nie będzie się o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On nigdy o nikogo się nie troszczy.

Zatrzymała się, jak gdyby coś sobie w porę przypominając.

— Ma krzywe plecy — rzekła — dlatego jest taki zły. Zawsze był zgryźliwy, w młodości też, i mimo swej fortuny nie zaznał szczęścia, dopóki się nie ożenił.

Mary zwróciła oczy na mówiącą, mimo że usiłowała udawać obojętność. Nie sądziła, że garbus może się ożenić, była więc nieco zdziwiona. Pani Medlock dostrzegła to, a jako niewiasta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej z tym większym zapałem. Był to zresztą jedyny sposób zabicia nudy podczas długiej podróży.

— Ona była słodkim, ślicznym stworzeniem, a on poszedłby dla niej po źdźbło trawy na koniec świata, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że zgodzi się zostać jego żoną, a jednak to uczyniła. Ludzie mówili, że tylko dla pieniędzy, ale to nieprawda, nieprawda — dodała z przekonaniem. — Gdy umarła…

Mary mimo woli drgnęła.

— Ach, więc umarła! — wykrzyknęła odruchowo.

Przypomniała sobie francuską bajkę pod tytułem Knyps z Czubkiem, którą niegdyś czytała. Była to opowieść o biednym garbusku i pięknej księżniczce, więc nagle zrobiło się jej żal pana Archibalda Cravena.

— Tak, umarła — powiedziała pani Medlock — i odtąd pan zdziczał jeszcze bardziej. Nie dba już o nikogo, nie chce widzieć ludzi. Przeważnie podróżuje, a gdy jest w Paszkocim Dworze, zamyka się w zachodnim skrzydle domu i dopuszcza do siebie tylko Pitchera. Ten Pitcher to już dziadyga, ale opiekował się niegdyś panem, gdy ten był jeszcze dzieckiem, i dobrze zna jego usposobienie.

Wszystko to było dziwne jak w bajce i nie usposobiło Mary wesoło. Czekał na nią dom o stu pokojach, prawie wszystkich zamkniętych na siedem spustów, stojący na krańcu wrzosowiska, zapomniany przez Boga i ludzi… Mary wyglądała przez okno, zacisnąwszy wargi. Zdawało się jej rzeczą całkiem naturalną, że w tej chwili deszcz począł siec ukośnymi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła jeszcze tamta śliczna kobieta, ożywiałaby otoczenie jak mama Mary — gwarem, wesołością, chodzeniem na zabawy w pięknych, ozdobionych koronkami sukniach. Ale obu nie było już na świecie.

— Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana. Daję głowę, że go panienka w ogóle nie zobaczy — rzekła pani Medlock. — I nie należy się spodziewać, żeby ktokolwiek zechciał z panienką rozmawiać. Trzeba będzie samej bawić się i troszczyć o siebie. Powiedzą panience, do których pokoi wolno jej wchodzić, a które należy omijać. Ogrodów jest pod dostatkiem. Nie można tylko kręcić się po domu i wścibiać nosa tam, gdzie nie wolno. Pan Craven nie życzy sobie tego.

— Wcale nie pragnę wścibiać wszędzie nosa — odparła Mary i tak jak nagle wcześniej zrobiło się jej żal pana Archibalda, tak teraz przestała go żałować, myśląc, że na pewno jest zły i zasłużył na to wszystko, co go spotkało.

Zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi sunącego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy nie miał przestać. Patrzyła tak długo i uparcie, aż wszystko zaczęło jej coraz bardziej szarzeć przed oczyma i znużona Mary zasnęła.

ROZDZIAŁ III

Przez wrzosowisko

Dziewczynka spała dość długo. Gdy się przebudziła, pani Medlock zdążyła już kupić na którejś stacji koszyczek ze śniadaniem, więc zjadły posiłek, na który składały się: pieczony kurczak i wołowina na zimno, chleb z masłem i gorąca herbata. Deszcz padał intensywniej niż przedtem, a czekający na stacjach ludzie poubierani byli w gumowe płaszcze, lśniące i ociekające wodą. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock rozkoszowała się herbatą, kurczakiem i wołowiną. Podjadłszy sobie, zasnęła, natomiast Mary siedziała, przyglądając się jej samej i kapeluszowi, który smętnie zsunął się na prawe ucho właścicielki. W końcu dziewczynka znów zasnęła, wtulona w kąt przedziału i ukołysana jednostajnym biciem deszczu o szyby. Było już zupełnie ciemno, gdy się zbudziła. Pociąg zatrzymał się na stacji, a pani Medlock energicznie nią potrząsała.

— Ale panienka zasnęła! — wykrzyknęła. — Czas otworzyć oczy! Jesteśmy już w Thwaite, a jeszcze szmat drogi przed nami.

Mary wstała, walcząc z sennością, a tymczasem pani Medlock zbierała pakunki. Dziewczynce nawet nie przyszło na myśl, aby jej pomóc, ponieważ w Indiach zawsze robiła wszystko służba i Mary zdawało się zupełnie naturalne, że inni jej usługują.

Stacyjka była mała i nikt oprócz nich tu nie wysiadł. Zawiadowca zaczął rozmawiać z panią Medlock w szorstki, ale życzliwy sposób, wymawiając wyrazy dziwnie rozwlekle; Mary przekonała się później, że tak właśnie mówiono w Yorkshire.

— Co to, już pani wróciła? I przywiozła pani tę małą?

— Owszem, to ona — odparła pani Medlock, wpadając również w jorkszyrską wymowę i wskazując ruchem głowy na Mary. — Jakże się miewa pańska żona?

— Nieźle, dziękuję. Powóz czeka po drugiej stronie.

Istotnie, przed podjazdem stacji stał wykwintny powóz. Mary spostrzegła, że służący, który pomógł jej wsiąść, również prezentował się dobrze. Jego długi gumowy płaszcz i ogromny pokrowiec na cylindrze lśniły i ociekały od deszczu jak zresztą wszystko wokół, nie wyłączając grubego zawiadowcy stacji.

Gdy służący zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok stangreta na koźle, dziewczynka usadowiła się wygodnie w miękkim kącie, lecz senność już zupełnie minęła. Wyglądała przez okno, pragnąc coś zobaczyć na drodze wiodącej do tego dziwnego domu, o którym opowiadała jej pani Medlock. Nie należała do dzieci lękliwych, więc nie była wystraszona, czuła jednak, że Bóg jeden wie, co może ją spotkać w domu, w którym jest sto zamkniętych pokoi, stojącym na krańcu wielkiego wrzosowiska.

— Co to jest wrzosowisko? — spytała nagle panią Medlock.

— Niech panienka wygląda wciąż oknem, a za jakie dziesięć mil sama zobaczy — odparła kobieta. — Musimy jechać pięć mil wrzosowiskiem, zanim dojedziemy do domu. Wiele panienka nie zobaczy, bo noc jest ciemna, ale coś niecoś będzie można dostrzec.

Mary nie zadawała już więcej pytań, lecz tylko uparcie wpatrywała się w okno. Latarnie rzucały przed powozem smugi światła i Mary dostrzegła w nich zarysy mijanej okolicy. Po opuszczeniu stacji, gdy przejeżdżali przez małą wioskę, dojrzała białe domki i światła w oberży. Potem minęli kościół, probostwo i coś w rodzaju kiosku z oświetloną witryną z zabawkami, słodyczami i innymi towarami. Później wyjechali na trakt i Mary dostrzegła żywopłoty i drzewa. Potem długo nie było nic godnego uwagi i czas zaczął się jej dłużyć.

Wreszcie konie zwolniły biegu, jak gdyby wjeżdżały na wzniesienie. Zdawało się, że wokół nie ma już ani żywopłotów, ani drzew. Mary nie widziała nic prócz nieprzeniknionej ciemności po obu stronach drogi. Pochyliła się naprzód i przytknęła twarz do szyby, gdy naraz powóz podskoczył.

— No, teraz to już na pewno jesteśmy na wrzosowisku — powiedziała pani Medlock.

Latarnie rzucały trochę światła na nierówną, kiepską drogę, która była jakby przecinką w gąszczu krzaków i czegoś nisko rosnącego, co kończyło się daleko na horyzoncie. Zerwał się wiatr, który wydawał dziwne poświsty, przeciągłe i dzikie.

— Czy to… czy to jest morze? — spytała Mary swą towarzyszkę.

— Nie, to nie morze — odparła pani Medlock — ale też nie pola ani góry, tylko niekończące się dzikie pastwiska, na których rosną tylko janowce i wrzosy, gdzie żyją tylko dzikie kucyki i owce.

— A mnie się wydaje, że to brzmi jak morze, gdyby tylko tutaj było — powiedziała Mary. — Szumi zupełnie tak samo.

— To wiatr jęczy w zaroślach. Na mój gust to dosyć dzikie i pustynne miejsce, choć mnóstwo ludzi je lubi, zwłaszcza gdy kwitną wrzosy.

Jechały tak coraz dalej w ciemność. Deszcz ustał, ale zerwał się silny wiatr, który świszczał i wydawał niemiłe odgłosy. Droga prowadziła to w górę, to w dół, kilka razy powóz przejeżdżał przez mostki, pod którymi szumiały spienione wody strumieni. Mary wydawało się, że jazda ta nigdy się nie skończy i że te bezkresne, zimne przestrzenie to ciemny ocean, który można pokonać tylko wąskim pasmem lądu.

„Nie podoba mi się to pustkowie” — powiedziała sobie w duchu i silniej zacisnęła cienkie wargi.

Konie pięły się pod górę, gdy Mary pierwsza dostrzegła światełko. Pani Medlock zobaczyła je również i odetchnęła z ulgą.

— Cieszę się — zawołała — świeci się u portiera! No, za chwilę napijemy się gorącej herbaty.

Owo „za chwilę” było raczej względne, bo powóz, wjechawszy przez bramę parku, musiał przebyć jeszcze dobre dwie mile aleją, nad którą stare drzewa, niemal stykające się konarami, tworzyły coś w rodzaju długiego, ciemnego sklepienia.

W końcu jednak wyjechali spomiędzy drzew i zrobiło się jaśniej. Zatrzymali się przed bardzo długim, niskim dworem, zbudowanym z nieregularnego kamienia. Mary zdawało się, że cały dom jest ciemny. Dopiero gdy wysiadła, dostrzegła słabe światełko w jednym z okien na piętrze.

Drzwi wejściowe były olbrzymie i ciężkie, zbite z masywnych, wspaniale rzeźbionych desek dębowych, nabijane wielkimi żelaznymi gwoździami i wzmocnione żelaznymi sztabami. Wchodziło się przez nie do ogromnego holu, który był tak słabo oświetlony, że Mary odeszła ochota przyglądać się starym portretom pań oraz postaciom panów w zbrojach. Gdy tak stała na kamiennej posadzce holu, wydawała się drobną, zagubioną tu czarną figurką i poczuła się dziwnie mała i opuszczona.

Elegancko ubrany chudy, stary człowiek stał obok lokaja, który otwierał im drzwi.

— Ma ją pani zabrać zaraz do jej pokoju — rzekł ochrypłym głosem. — Pan nie życzy sobie jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.

— Doskonale, panie Pitcher — odparła pani Medlock. — Jeśli wiem, czego ode mnie oczekują, niezawodnie to wykonam.

— Oczekują jedynie — rzekł Pitcher — że pan będzie miał zupełny spokój i że nie będzie musiał widywać nikogo, kogo widzieć nie pragnie.

Chwilę później pani Medlock poprowadziła Mary przez szerokie schody i długi korytarz, potem znów w górę po kilku stopniach, później znów przez inny korytarz i jeszcze jeden, aż dotarły do drzwi jej pokoju, w którym Mary zastała ogień na kominku i kolację na stole.

Pani Medlock odezwała się bez ceremonii:

— No, jesteśmy na miejscu. Ten pokój i jeszcze sąsiedni przeznaczone są dla panienki — to musi panience wystarczyć. Proszę o tym nie zapominać.

W taki oto sposób panna Mary Lennox znalazła się w Paszkocim Dworze i chyba nigdy w życiu nie czuła się tak zbuntowana, jak w tej chwili.

ROZDZIAŁ IV

Martha

Nazajutrz rano Mary otworzyła oczy w chwili, gdy do jej pokoju weszła młoda służąca, aby rozniecić ogień. Klęcząc przed kominkiem, dziewczyna hałaśliwie wygarniała niewypalone węgle. Mary przypatrywała jej się przez chwilę, po czym zaczęła rozglądać się po pokoju. Wydał się jej dziwny i ponury, jeszcze nigdy nie widziała podobnego. Ściany pokryte były tkaniną, na której wyhaftowano sceny myśliwskie: byli tam dziwacznie ubrani ludzie wśród drzew, myśliwi, konie i psy oraz piękne panie, a w dali widniały wierzchołki zamkowych wież. Mary poczuła, jak gdyby znajdowała się wraz z nimi w lesie. Przez okno dostrzegła wielką pofalowaną przestrzeń zupełnie pozbawioną drzew, wyglądającą jak bezbrzeżne, smutne, purpurowe morze.

— Co to takiego? — spytała, wskazując przez okno.

Młoda służąca, Martha, która właśnie stanęła w nogach jej łóżka, spojrzała we wskazanym przez dziewczynkę kierunku.

— To tam?

— Tak.

— To wrzosowisko — rzekła Martha z uśmiechem. — Czy panienka lubi wrzosowiska?

— Nie cierpię — odparła Mary.

— Bo panienka jeszcze nie przywykła — rzekła Martha, wracając do kominka. — Panience wydaje się ono teraz takie wielkie i puste. Ale ja wiem, że panienka z czasem strasznie je polubi.

— A ty je lubisz? — zagadnęła Mary.

— Ojoj! Jeszcze jak — odparła Martha, czyszcząc zawzięcie ruszt kominka. — Ja nasze wrzosowisko po prostu kocham i nie jest ono wcale puste. Pełno tam cudownych roślin, a jak pachną! Ślicznie jest tu na wiosnę i latem, gdy wszystko kwitnie i wrzosy są różowe. A pachnie, jakby kto miód rozlał! Tyle tam zapachów, że upić się można. Niebo jest hen wysoko, a pszczoły i skowronki tak miło brzęczą i dzwonią. Za nic nie chciałabym żyć z dala od naszych wrzosowisk!

Mary słuchała słów Marthy z uwagą i zdumieniem. Służba w Indiach była do niej zupełnie niepodobna. Tamci, uniżeni i służalczy, nigdy nie ośmieliliby się odezwać do państwa jak do równych sobie. Bili pokłony, nazywając ich „opiekunami biednych” i nadając im jeszcze inne nazwy. Indyjskiej służbie rozkazywano, a nie proszono o zrobienie czegoś. Nie było zwyczaju mówić do nich „proszę” i „dziękuję”, a Mary, gdy się rozzłościła, biła swą ayah po twarzy. Teraz pomyślała, co by się stało, gdyby uderzyła tę dziewczynę. Było to rumiane, pulchne i miłe stworzenie, ale zachowywała się tak śmiało, że dziewczynka zastanawiała się, czy Martha po prostu nie oddałaby jej uderzenia, chociaż Mary była jeszcze dzieckiem.

— Jesteś dziwna jak na służącą — rzekła wyniośle.

Martha przysiadła na piętach, trzymając w ręce szczotkę i roześmiała się bez gniewu.

— Dobrze to wiem — odparła wesoło. — Gdyby jaśnie pani żyła, tobym pewnie i pomocnicą pokojowej nie mogła być. Może by mi pozwolili pracować w kuchni, ale nie na pokojach. Jestem prosta i umiem mówić tylko po jorkszyrsku. Ale ten dom jest jakiś dziwny. Taki wielki, a rzekłby kto, że nie ma tu ani dziedzica, ani dziedziczki, jeno pan Pitcher i pani Medlock. Gdy jaśnie pan jest w domu, to o niczym nie chce słuchać. Zresztą on i tak ciągle podróżuje. Pani Medlock dała mi to miejsce z dobroci, ale powiedziała, że gdyby w Paszkocim Dworze było tak jak w innych dworach, nigdy nie mogłaby dopuścić mnie na pokoje.

— Czy ty masz być moją służącą? — spytała Mary ciągle tym samym wyniosłym, nabytym w Indiach tonem.

Martha znów zabrała się do czyszczenia kominka.

— Ja, proszę panienki, jestem służącą pani Medlock — odparła z godnością — ona zaś służy u jaśnie pana. Ja mam wykonywać robotę pokojowej i panience w tym i owym usłużyć. Ale panienka pewnie nie potrzebuje znów tak dużo obsługi.

— A kto mnie będzie ubierał? — zagadnęła Mary.

Martha znów przysiadła na piętach i przyglądała się Mary, jakby nie rozumiejąc, o co jej chodzi. Wreszcie ze zdumieniem spytała:

— To panienka sama nie potrafi?

— Co to znaczy? Nie rozumiem cię.

— Chciałam powiedzieć, że panienka chyba umie sama się ubrać.

— Nie umiem — rzuciła Mary z pogardą. — Nigdy w życiu nie ubierałam się sama. Zawsze ubierała mnie ayah.

— W takim razie wielki czas, żeby panienka nauczyła się sama to robić — rzekła Martha, widocznie nie zdając sobie sprawy ze swego zuchwalstwa. — Trzeba było już wcześniej zacząć. To panience dobrze zrobi, gdy sama koło swoich rzeczy pochodzi. Moja matka zawsze się dziwuje, jak dzieci bogatych państwa nie głupieją do cna od tego, że od maleńkości niańki je myją, ubierają i na spacer prowadzą jak te lalki!

— W Indiach są zupełnie inne zwyczaje — rzekła Mary pogardliwie.

Gadanina służącej już ją denerwowała, lecz Marthę niełatwo było speszyć.

— Hm, ja zaraz spostrzegłam, że tam musi być całkiem inaczej — odrzekła szczerze. — A ja myślę, że to wszystko przez to, że tam tyle czarnych ludzi zamiast białych. Jakem usłyszała, że panienka z Indyj przyjeżdża, tom myślała, że i panienka jest czarna.

Mary wściekła usiadła na łóżku.

— Co?! — zawołała. — Co?! Myślałaś, że jestem Hinduską?! Ty, ty, córko świni!

Martha spojrzała na Mary z lękiem i spąsowiała.

— Do kogo panienka tak mówi? — rzekła. — Nie wolno panience tak się złościć i nie powinna panienka tak brzydko mówić. A przeciw tym czarnym to ja właściwie nic nie mam. Księża mówią i piszą, że oni są nawet bardzo pobożni. I mówią, że taki czarny to zawsze człowiek i bliźni. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czarnego człowieka, więc okrutnie się cieszyłam, że nareszcie zobaczę z bliska choć jednego. Jakem tu rano weszła zapalić na kominku, tom się do panienki łóżka przysunęła na palcach i kołderki cichutko uchyliła, żeby na panienkę spojrzeć. A tu panienka biała! — rzekła z rozczarowaniem. — Nie czarniejsza niż ja, choć może trochę żółciejsza.

— Myślałaś, że jestem Hinduską?! Jak śmiałaś! Nie masz pojęcia o Hindusach! To nie są ludzie, to służący, którzy muszą nam się kłaniać. Nic nie wiesz o Indiach i w ogóle o niczym nie masz pojęcia.

Wpadła w pasję i czuła się zupełnie bezbronna wobec szczerego spojrzenia Marthy, a przy tym tak strasznie samotna i oddalona od wszystkiego, co było jej bliskie, że schowała twarz w poduszkę i wybuchnęła niepowstrzymanym szlochem. Płakała tak rozpaczliwie, że poczciwej Marcie zrobiło się jej żal. Podeszła do łóżka i pochyliwszy się nad dziewczynką, prosiła:

— Panienko! Nie trzeba tak płakać, doprawdy nie trzeba! Nie wiedziałam, że taką przykrość panience sprawię. W ogóle jestem głupia i nic nie rozumiem, jak panienka słusznie powiedziała. Bardzo panienkę przepraszam, proszę przestać płakać.

Było coś dodającego otuchy, coś rzeczywiście przyjacielskiego w jej prostej, szczerej mowie, coś, co bardzo pozytywnie wpłynęło na Mary. Przestała płakać i po chwili uspokoiła się. Martha była uradowana.

— No, a teraz, panienko, czas wstawać! Pani Medlock kazała mi podać panience śniadanie, a potem herbatę i obiad do przyległego pokoju. Tam jest urządzony pokój dla panienki. Pomogę się panience ubrać. Jeśli sukienki są zapinane na plecach, to oczywiście sama panienka poradzić sobie nie może.

Gdy Mary zdecydowała się nareszcie wstać z łóżka, Martha wyjęła z szafy sukienkę, ale nie tę, w której Mary przyjechała.

— To nie moja sukienka. Moja jest czarna — rzuciła Mary. Przyjrzała się z chłodnym uznaniem ładnej sukience z grubej, miękkiej, białej wełny. — Ale jest ładniejsza od mojej — dodała.

— Panienka musi się w nią ubrać — odrzekła Martha. — Pan Craven kazał ją kupić w Londynie. Powiedział przy tym: „Nie chcę, by mi po domu chodziło czarno ubrane dziecko jak dusza potępiona — tak powiedział. — To by ten dom czyniło jeszcze smutniejszym, niż jest. Ubierajcie ją w jasne kolory!” Moja matka mówi, że wie, o co mu chodziło. Mama zawsze wie, o co komu chodzi. Ona też nie lubi czarnego koloru.

— I ja nie cierpię czarnych rzeczy! — zawołała Mary.

W trakcie ubierania obie nauczyły się wiele nowego. Martha wprawdzie nie raz ubierała swoje rodzeństwo, ale nie widziała jeszcze takiego dziecka, które by stało jak pień i pozwalało robić za siebie wszystko, jakby nie miało własnych rąk i nóg.

— Czemu panienka sama się nie obuje? — spytała, gdy Mary spokojnie wystawiła nogę.

— Ayah zawsze nakładała mi buciki — odparła Mary ze zdziwieniem. — Taki był zwyczaj.

Mary często powtarzała: „Taki był zwyczaj”. Służba hinduska wciąż to powtarzała. Gdy kazano im zrobić coś, czego ich przodkowie nie robili od tysiąca lat, spoglądali ze słodkim uśmiechem, mówiąc: „Tego nie było w zwyczaju”, i wszyscy wiedzieli, że sprawa skończona.

Nie było też w zwyczaju, by Mary sama robiła cokolwiek; umiała tylko stać, pozwalając łaskawie, by ubierano ją jak lalkę. Dziś jednak, zanim gotowa była do śniadania, zaczęła się domyślać, że życie w Paszkocim Dworze nauczy ją wielu rzeczy całkiem dla niej nowych, takich jak wkładanie bucików i pończoch, zbieranie porozrzucanych rzeczy i tak dalej. Gdyby Martha była dobrze ułożoną panną służącą jakiejś wielkiej pani, wiedziałaby, że do niej należy wyszczotkowanie panience włosów, zapięcie bucików, a także pozbieranie i poskładanie rzeczy. Będąc tylko prostą, wiejską dziewczyną, wychowaną w chacie wśród wrzosowisk wraz z gromadką rodzeństwa, poczuwała się jedynie do pomagania maleństwom, które były jeszcze w powijakach lub dopiero zaczynały stawiać pierwsze kroki.

Gdyby Mary miała w sobie więcej wesołości, z pewnością ubawiłaby ją gadanina Marthy. Ale Mary traktowała ją wyniośle, dziwiąc się tylko jej śmiałości. Zrazu nie zwracała wcale uwagi na dziewczynę, ale gdy ta gadała i gadała bez końca, zaczęła z wolna przysłuchiwać się jej paplaninie.

— Oj, żeby panienka wiedziała! — trajkotała Martha. — Jest nas w domu dwanaścioro, a ojciec zarabia tylko szesnaście szylingów na tydzień. Mówię panience, że matka to nie wie czasem, skąd wziąć na chleb dla wszystkich. Cały dzień biegają po wrzosowisku, a matka mówi, że ich tuczy tutejsze powietrze, i pewna jest, że wszystkie bębny jedzą trawę jak dzikie kuce. A nasz Dick, co ma już dwanaście lat, oswoił sobie małego kucyka i mówi, że to jego.

— Gdzie sobie oswoił? — spytała Mary.

— Ano na wrzosowisku spotkał małego źrebaczka przy matce. Jak zaczął mu dawać kawałki chleba i świeżuchną zieloną trawkę, to się ze sobą zaprzyjaźnili. Tak się źrebiątko do niego przyzwyczaiło, że za nim chodzi i pozwala Dickowi siadać sobie na grzbiet. Dick to bardzo dobry chłopak i zwierzęta strasznie go lubią.

Mary nie miała nigdy na własność żadnego ulubionego zwierzątka, choć zawsze tego pragnęła. Zaczęła więc interesować się Dickiem, a ponieważ dotychczas zajmowała ją jedynie własna osoba, była to jakby jutrzenka nowego, lepszego uczucia.

Gdy weszła do przeznaczonego dla siebie drugiego pokoju, zauważyła, że jest on bardzo podobny do tego, w którym spała. Był to raczej pokój dorosłej osoby niż dziecka, z ponurymi, starymi portretami i ciężkimi, dębowymi sprzętami. Stół na środku zastawiony był pożywnym śniadaniem. Mary nigdy nie grzeszyła zbytnim apetytem i teraz patrzyła zupełnie obojętnie na postawione przed nią potrawy.

— Nie lubię tego — rzekła.

— Co? Panienka nie lubi owsianki? — wykrzyknęła Martha z niedowierzaniem.

— Nie lubię.

— Panienka nie wie, jakie to dobre. Trzeba posypać trochę cukrem.

— Nie lubię — powtórzyła Mary.

— A ja okropnie nie lubię, jak się takie dobre jedzenie marnuje — rzekła Martha. — Żeby tu nasze dzieci siedziały, toby w mig miska była pusta.

— Dlaczego? — spytała Mary chłodno.

— Dlaczego? — jak echo powtórzyła Martha. — Ano bo one nigdy nie mają żołądków pełnych, jak się patrzy. Głodne to, a jadła chciwe jak młode jastrzębie albo lisy.

— Ja nie wiem, co to znaczy być głodnym — rzekła Mary z obojętnością prawdziwej nieświadomości.

Martha była oburzona.

— Dobrze by panience zrobiło trochę się przegłodzić, ja to znam — powiedziała szczerze. — Nie mam cierpliwości, jak tak kto siedzi i tylko się gapi na chleb i mięso, a nie je. Mój Boże! Żeby tak naszym dzieciakom dać to wszystko, co tu jest na stole, byłaby uciecha, oj była!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki