Wydawca: Akurat Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 568 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemniczy mężczyzna - Kristen Ashley

Gwendolyn Kidd spotkała mężczyznę swoich marzeń. Jest przystojny, seksowny, a to, co zaczęło się od nocy wypełnionej anonimową rozkoszą, przeistoczyło się w trwający już półtora roku namiętny romans.

Rzeczywiście – to dość niezwykłe, że On zjawia się wyłącznie nocą, ale Gwen ma pewność, że jest tym jednym, i nawet nie próbuje mu się oprzeć…

Niestety w życiu dziewczyny zaczynają się dziać także niepokojące

rzeczy: Gwyn wpada w oko przystojnemu przywódcy bandy motocyklistów, zwraca też na siebie uwagę bezwzględnych gangsterów. Jakby tego było mało, zaczyna się nią interesować pewien czarujący policjant z Denver.

Wtedy do akcji wkracza Tajemniczy mężczyzna. Czy jednak odsiecz nie przybędzie za późno?

Pierwszy tom bestsellerowej serii, w której zagadki, tajemnice i niebezpieczne wydarzenia przeplatają się z miłosnymi uniesieniami i gorącą namiętnością.

Opinie o ebooku Tajemniczy mężczyzna - Kristen Ashley

Fragment ebooka Tajemniczy mężczyzna - Kristen Ashley

Tytuł oryginału: Mystery Man

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Maria Śleszyńska

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Dorota Kielczyk, Monika Frączak

Copyright © 2011 by Kristen Ashley

All rights reserved

For the cover illustration © iStockphoto/feedough

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Lisowska

ISBN 978-83-287-0595-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

Prolog Tajemniczy Mężczyzna

Poczułam, że kołdra zsuwa się ze mnie, a jego dłoń muska dół moich pleców. Ta dłoń była ciepła, gorąca wręcz; jak gdyby w jego żyłach krew pulsowała szybciej niż u przeciętnego mężczyzny.

Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było naprawdę.

Otworzyłam oczy, wokół panowała ciemność. Zawsze było ciemno, gdy się zjawiał.

Wtedy odezwał się mój zdrowy rozsądek, jak zawsze, gdy przychodził do mnie on. Zażądał, bym zamknęła oczy i kazała mu odejść.

Wiem, że by mnie posłuchał. Nie protestowałby. Odszedłby równie bezszelestnie, jak się pojawił. I nigdy już nie wrócił.

Powinnam była tak zrobić. To byłoby roztropne. To byłoby rozsądne.

Chciałam tak zrobić. Naprawdę. Ta myśl wracała za każdym razem.

Wtedy poczułam, jak łóżko ugina się pod ciężarem jego ciała. Położył się tuż obok. Przyciągnął mnie do siebie. Już miałam się odezwać, jednak zanim zdołałam dopuścić rozsądek do głosu, on zamknął mi usta pocałunkiem.

Przez następne dwie godziny nie byłam w stanie myśleć o niczym.

Zalała mnie fala doznań.

I było mi tak dobrze.

***

W pokoju nadal panował mrok, gdy jego cień się przesunął.

Leżałam w łóżku i przyglądałam mu się. Poruszał się cicho jak kot. Dziwne. Słyszałam tylko szelest jego ubrania, poza tym panowała cisza.

Nawet jego cień miał w sobie męski wdzięk, męską siłę. To też było dziwne. Przyglądając się, jak mój Tajemniczy Mężczyzna się ubiera, miałam wrażenie, że oglądam taniec twardziela czy macho, jeżeli coś takiego w ogóle istniało. Nie, z całą pewnością nie istniało poza ścianami mojej sypialni, kiedy mnie odwiedzał. A dokładniej, poza tymi chwilami, gdy szykował się do wyjścia.

To było tak fascynujące, że zasługiwało na większą widownię. Ale gdybym miała go komuś pokazać, tym samym musiałabym się nim podzielić. Choć pewnie i tak się nim dzieliłam z połową kobiet w Denver, tyle że każda z nich dostawała swój prywatny show. Takie pomysły wystarczająco namieszały mi już w głowie, podobnie jak sam fakt, że do mnie przychodził. Wpuszczałam go do środka, a on cudownie mnie doprowadzał do rozkoszy, po czym sam dochodził. A potem, tak jak tej nocy, zaczynaliśmy od nowa.

Nie miałam najmniejszej chęci się nim dzielić, choć pewnie niestety tak było.

Podszedł do łóżka. Wciąż mu się przyglądałam. Nachylił się. Poczułam ciepło jego dłoni, gdy palcami delikatnie objął moje kolano. Z czułością pocałował mnie w udo, jego gorące wargi musnęły moją skórę, wywołując słodkie deszcze. Naciągnął kołdrę, przykrywając mnie aż do talii.

Leżałam na brzuchu. Przekręciłam głowę, żeby nie spuścić go z oczu ani na chwilę, dłoń wsunęłam pod policzek ułożony na poduszce. Przesunął się i zanurzył palce w moich włosach, delikatnie je odgarnął, jego wargi znalazły się tuż przy moim uchu.

– Na razie, mała – szepnął.

– Na razie – szepnęłam w odpowiedzi.

Odrobinę się jeszcze przysunął i ustami podrażnił czułe miejsce tuż za uchem, potem musnął je językiem. Kolejny dreszcz rozkoszy przebiegł po całym moim ciele.

Naciągnął wyżej kołdrę i przykrył mi ramiona.

Na koniec odwrócił się i już go nie było.

Wszystko w zupełnej ciszy, nie skrzypnęły nawet drzwi. Po prostu zniknął. Jakby nigdy go tu nie było.

Strasznie dziwne.

Przez chwilę wpatrywałam się w drzwi sypialni. Moje ciało było wciąż rozgrzane, upojone i zmęczone. W głowie mi huczało.

Obróciłam się na plecy i szczelnie otuliłam kołdrą swoje nagie ciało. Leżałam, wpatrując się w sufit. Nie wiedziałam nawet, jak ma na imię.

– Boże – szepnęłam. – Ale ze mnie szmata.

Rozdział pierwszy Załatwię cię

Następny dzień spędziłam w domu przed komputerem.

Powinnam wziąć się do roboty. W ciągu dwóch tygodni musiałam skończyć trzy zlecenia, a ledwie zaczęłam. Byłam redaktorką pracującą na zlecenia. Płacono mi od godziny i jeśli jej faktycznie nie przepracowałam, nie zarabiałam nic. A zarabiać musiałam, żeby mieć co jeść i co na siebie włożyć. Moje ciało tak lubiło wszelakie ciuszki, tak ich pragnęło, że musiałam co jakiś czas ulegać zakupowej pokusie, inaczej sprawy mogłyby wymknąć się spod kontroli. Mój nałóg miał wiele twarzy, lubiłam różne stroje, niestety nie należały do nich te tańsze. Do tego remontowałam jeszcze dom. Nie miałam innego wyjścia, musiałam zarabiać.

No dobrze, to nie do końca prawda. Nie ja remontowałam dom. Część prac wziął na siebie mój ojciec, a resztą zajął się mój przyjaciel Troy. Powinnam raczej powiedzieć, że mam dom, który dzięki błaganiom i szantażom emocjonalnym remontują dla mnie inni.

Tak czy siak, konieczne były naprawy, nowe szafki i kafelki, które jakoś nie chciały same przywędrować do mnie ze sklepów budowlanych i oznajmić: „Chciałybyśmy z tobą zamieszkać, Gwendolyn Kidd, poprzyczepiaj nas do swoich ścian!”.

Takie rzeczy dzieją się niestety tylko w moich marzeniach, którym zresztą uwielbiam się oddawać, w moich snach na jawie.

Zupełnie jak wtedy, gdy siedziałam przed komputerem, wpatrzona w coś za oknem. Jedną stopę oparłam na siedzeniu krzesła, brodę ułożyłam na kolanie. Rozmyślałam o moim Tajemniczym Mężczyźnie, moim Boskim TM. Marzyłam, żeby przeżyć nasze spotkanie jeszcze raz. Byłabym inteligentniejsza, zabawniejsza, bardziej tajemnicza. Bardziej ponętna i błyskotliwa. Podbiłabym go poczuciem humoru, oczarowała wartką rozmową, znajomością polityki i światowych spraw. Opowiedziałabym mu o swojej działalności charytatywnej, przeszywając go przy tym spojrzeniem obiecującym życie pełne niekończących się orgazmów. Od razu poprzysiągłby mi wieczną miłość.

Albo przynajmniej wyjawił mi swoje imię.

W rzeczywistości byłam pijana i tyle.

Usłyszałam dzwonek do drzwi. Melodyjkę przerwał warkot, a ja otrząsnęłam się ze swojego wyrafinowanego snu na jawie, który zaczynał mi się już naprawdę podobać.

Poderwałam się, obiecując sobie, że zadzwonię do Troya i może uda mi się go przekonać, żeby za zgrzewkę piwa i pizzę domowej roboty naprawił mi dzwonek. Choć wówczas mógłby przyprowadzić tę swoją nową wkurzającą dziewczynę, która ciągle tylko marudziła albo kogoś obgadywała. Postanowiłam, że jednak zadzwonię w tej sprawie do ojca.

Zeszłam po schodach i przecięłam przestronny salon, ignorując zupełnie jego obecny stan. Pełno tam było pędzli i farb, szmat do czyszczenia, narzędzi elektrycznych i narzędzi nie całkiem elektrycznych, puszek, tubek, już sama nie wiem czego, a wszystko to fantazyjnie porozrzucane i przykryte warstwą pyłu. Udało mi przejść przez pokój, nie rwąc sobie włosów z głowy i nie wyjąc z rozpaczy. Robiłam postępy.

Dotarłam do drzwi wejściowych. Z obu stron ozdabiały je przepiękne wąskie witraże.

Dwa lata temu to właśnie one mnie skusiły.

Dwa lata temu, czyli jakieś sześć i pół miesiąca przed moim pierwszym spotkaniem z Tajemniczym Mężczyzną, weszłam do tego rozpadającego się domu i zobaczyłam witraże. „Biorę go” – oznajmiłam bez zastanowienia pośrednikowi, który aż cały się rozpromienił.

Mój ojciec, który nie zdążył jeszcze nawet wejść do środka, wzniósł tylko oczy do nieba. Długo mnie błagał. Przestrzegał jeszcze dłużej.

Ale i tak kupiłam ten dom.

Jak zwykle okazało się, że to ojciec miał rację.

Wyjrzałam przez wąskie boczne okienko i zobaczyłam Darlę, przyjaciółkę mojej siostry.

Cholera.

No, jasna cholera.

Nie znosiłam Darli, a Darla nie znosiła mnie. Po jakie licho do mnie przyszła?

Sprawdziłam, czy nie widać gdzieś za nią mojej siostry albo czy nie ukryła się w krzakach. Nie zdziwiłabym się, gdyby Ginger z Darlą rzuciły się na mnie, przywiązały do schodów i obrabowały mi dom. W moich mroczniejszych snach na jawie tak właśnie spędzały swój wolny czas. Byłam pewna, że nie jestem daleka od prawdy. Serio.

Nasze spojrzenia się spotkały. Darla wykrzywiła się, próbując wyglądać ładnie, ale do tego najpierw musiałaby nauczyć się delikatniej używać czarnej kredki do oczu. No i jeszcze błyszczyk mogłaby dobrać do koloru konturówki. Makijaż, który sobie zrobiła, raczej uroku jej nie dodawał.

– Widzę cię! – krzyknęła.

Westchnęłam.

Sięgnęłam do klamki, bo inaczej dziewczyna darłaby się wniebogłosy, a ja lubiłam swoich sąsiadów. Nie było powodu, żeby wysłuchiwali motocyklistki z piekła rodem, wydzierającej się pod moimi drzwiami o dziesiątej rano.

Uchyliłam je więc i stanęłam w progu, trzymając rękę na klamce.

– Cześć, Darla – przywitałam ją, starając się być możliwie miła, i nawet chyba mi się to udało.

– Mam w dupie twoje „cześć”. Jest Ginger? – spytała.

No właśnie!

Na pewno łazi i kradnie, co się da.

Siłą woli powtrzymałam się i nie przewróciłam oczami.

– Nie – odparłam.

– Lepiej od razu powiedz mi prawdę – zagroziła Darla. – Ginger, krowo, jeśli tam jesteś, to lepiej, kurwa, od razu wyłaź! – darła się, próbując zajrzeć do domu ponad moim ramieniem.

– Darla! Ciszej! – skarciłam ją.

– Ginger! Ginger, ty głupia, durna krowo! Rusz dupsko i wyłaź! – krzyczała, wyciągając szyję i stając na palcach.

– Zamknij się, Darla, mówię poważnie! Ginger tu nie ma. Nigdy tu nie przychodzi. Dobrze o tym wiesz. Zamknij się i spadaj – wycedziłam. Siłą wypchnęłam ją za próg i zatrzasnęłam za nią drzwi.

– Sama się zamknij! – wrzeszczała. – I nie bądź głupia. Wiem, że jej pomagasz…

Uniosła dłoń z wyprostowanym kciukiem, pozostałe palce wycelowane były we mnie. Nagle zgięła kciuk i wydymając policzki, wydała z siebie dźwięk przypominający wystrzał. W innej sytuacji doceniłabym pewnie jej zdolności aktorskie, ale teraz nie było mi do śmiechu, bo wpatrywała się we mnie przeszywającym wzrokiem. Nieźle mnie wystraszyła.

– Słucham? – szepnęłam, zamiast pogratulować jej talentu, który właśnie odkryłam.

Opuściła dłoń, stanęła na palcach w tych swoich motocyklowych buciorach i spojrzała mi prosto w oczy.

– Z-a-ł-a-t-w-i-ę c-i-ę. Ją zresztą też – wycedziła przerażająco spokojnym głosem. – Więc nie bądź głupia. Kumasz?

– Czy Ginger ma jakieś kłopoty? – spytałam niemądrze. To pytanie padało już tyle razy i zawsze odpowiedź była tylko jedna. Miała.

Darla spojrzała na mnie jak na wariatkę. Znowu uniosła dłoń i powtórzyła numer z wystrzałem. Tym razem celowała w głowę. Potem odwróciła się i z impetem ruszyła w stronę ulicy.

Odprowadziłam ją wzrokiem. Odruchowo zarejestrowałam, że miała na sobie obcisłą bluzkę bez rękawów, a na niej rozpiętą czarną skórzaną kurtkę. Do tego poprzecieraną dżinsową miniówkę – za taki zestaw mogliby ją aresztować w co najmniej kilku stanach, i to zarówno za obrazę moralności, jak i za brak gustu. Strój uzupełniały czarne kabaretki i motocyklowe buciory. Na dworze było z pięć stopni, a ona nie miała nawet szalika.

Moje myśli wirowały wokół efektów dźwiękowych zaprezentowanych przez Darlę i kłopotów mojej siostry.

Cholera. Jasna cholera.

Całą drogę autem przekonywałam samą siebie, że to dobry pomysł. Choć wiedziałam, że dobry to był mój pierwotny plan, zgodnie z którym zaraz po tym, jak Darla sobie poszła, miałam złapać za telefon i zadzwonić do ojca. Ten drugi plan był do dupy.

Mój ojciec i jego żona Meredith wyrzekli się Ginger już jakiś czas temu. Dokładnie rzec biorąc, w chwili, gdy tuż po powrocie z cudownych wakacji na malowniczej Jamajce zastali ją w swoim domu. Klęczała właśnie na podłodze w salonie, a głowę miała między nogami jakiegoś półnagiego faceta ze spuszczonymi spodniami. Koleś najwyraźniej był nieprzytomny, a Ginger na totalnym haju. Tak się czegoś naćpała, że nie zdawała sobie nawet sprawy, gdzie jest.

Salon, podobnie jak reszta domu, wyglądał jak po przejściu tajfunu.

To chyba jasne, dlaczego nie miałam najmniejszej ochoty opowiadać ojcu o kolejnych ekscesach Ginger. Zwłaszcza że to nie był wcale najgorszy jej numer, dla nich po prostu to był jej ostatni. Od tego czasu wiedli beztroskie życie bez Ginger i bardzo nie chciałam psuć im tego stanu.

Dlatego nie zadzwoniłam do ojca.

Zamiast tego pojechałam do chłopaka Ginger – Doga. Dog należał do gangu motocyklistów i był twardzielem jakich mało, ale lubiłam go. Był dowcipny i chyba kochał moją siostrę. Zmieniała się przy nim. Nie jakoś specjalnie, ale można było z nią wytrzymać.

Co prawda, Dog był najprawdopodobniej przestępcą, ale jak na ironię miał dobry wpływ na Ginger. A takie osoby nie pojawiały się zbyt często. Przez ostatnie dwadzieścia pięć lat nie pojawiła się ani jedna. Skoro Darla, jej jedyna przyjaciółka, niedwuznacznie zasugerowała mi, że tym razem Ginger wpadła w jeszcze większe tarapaty niż zazwyczaj, wiedziałam, że muszę coś zrobić. Ale jako że chodziło o Ginger, potrzebowałam wsparcia, a najlepiej by było, gdybym mogła podrzucić ten problem komuś innemu.

I dlatego wybrałam Doga.

Podjechałam do sklepu z częściami samochodowymi na Broadwayu. Znałam go, jeszcze zanim poznałam Doga, i odkryłam, że części samochodowe były tylko przykrywką dla ciemnych interesów. Miejsce nazywało się Ride, a ja zawsze umiałam znaleźć wymówkę, żeby pojechać tam na zakupy. W Ride były tylko naprawdę fajne rzeczy. Tam kupiłam płyn do wycieraczek i maty na siedzenia, które były świetne, najlepsze, jakie kiedykolwiek miałam. A gdy w wieku dwudziestu lat przechodziłam przez jedną z wielu faz i chciałam odpicować sobie auto, kupiłam tam opaskę na kierownicę z różowego futerka i błyszczącego króliczka Playboya do powieszenia na wstecznym lusterku.

Wszyscy wiedzieli, że na tyłach Ride mieści się potrójny warsztat, ale nie przyjmowano tam zwykłych samochodów czy motocykli. Przyjeżdżali tam tylko klienci z autami robionymi na zamówienie, i to z całego świata. W Ride robiono też własne auta i motory. Były niesamowite. Kiedyś czytałam o nich w magazynie „5280”. Podobno gwiazdy filmowe i inni celebryci zamawiali tam swoje bryki i z tego, co widziałam na zdjęciach, łatwo było się domyślić dlaczego. Sama bym taką zamówiła, ale jako że nie miałam luźnych setek tysięcy dolarów, umieściłam ją na swojej liście marzeń, zaraz pod diamentową bransoletką od Tiffany’ego, którą z kolei poprzedzały szpilki od Jimmy’ego Choo.

Wysiadłam z auta i ruszyłam w stronę sklepu, mając nadzieję, że wyglądam odpowiednio. Zebrałam włosy wysoko z tyłu głowy i związałam je w dziewczęcy kucyk, włożyłam biodrówki, buty na niskim obcasie i swoją motocyklową kurtkę, zupełnie inną niż ta Darli. Moja była ze skóry licowej, z lekkim pikowaniem na wysokiej talii. Obrębiona była krótkim, ciepłym futerkiem, którego miękkie kępki ozdabiały też rękawy. Moim zdaniem wyglądałam w niej superseksownie, a do tego udało mi się ją kupić z superrabatem. Jedynie do tego futerka nie byłam przekonana. Nie żebym sądziła, iż motocykliści przejmują się prawami zwierząt, myślałam raczej, że uznają to futerko za potwarz dla swojego stylu i mnie za nie zlinczują.

A co mi tam! Jest ryzyko, jest zabawa.

Wyprostowałam się i weszłam do przepastnego wnętrza. Skierowałam się do pierwszej z brzegu szerokiej lady. W sklepie była tylko jedna kasa, choć czasem bywał tu niezły tłum. Nie miałam numeru komórki Doga, więc chciałam po prostu spytać, czy ktoś wie, gdzie mogę go znaleźć. Nie spodziewałam się, że za kontuarem zobaczę tego długowłosego, barczystego i wytatuowanego od stóp do głów motocyklistę we własnej osobie. Po drugiej stronie lady stał jeszcze jeden groźnie wyglądający motocyklista, a po mojej – kolejni trzej. Wszyscy gapili się na mnie, od chwili gdy przekroczyłam próg sklepu.

– Siema, Dog – zagadnęłam z uśmiechem, podchodząc bliżej. Jego przeszywające spojrzenie spowodowało, że zatrzymałam się w pół kroku.

Ups.

Zmrużył oczy i nie próbował nawet ukryć tego, że sam mój widok potwornie go wkurzył.

– Nie myśl, że mnie nabierzesz! – ryknął. W ułamku sekundy spróbowałam przypomnieć sobie ciosy, których uczyłam się kiedyś na kursie samoobrony, tyle że byłam tylko na jednych zajęciach i trwały zaledwie pół godziny.

– Myślisz, że możesz tu sobie przychodzić i mnie wkręcać? – powtórzył, gdy nic nie odpowiedziawszy, stałam bez ruchu.

– Ale ja nie po to przyszłam – wydusiłam, bo przecież faktycznie tak było.

– Przysłała cię ta zdzira? – spytał, unosząc wysoko brwi.

Ups do kwadratu. Powiedział „zdzira”. To słowo nie ma może wielkiej wagi w świecie gangów motocyklowych, ale dla całej reszty populacji jest dość obraźliwym określeniem. Dobrze to nie wróżyło.

– Wiem, że to ona cię tu przysłała. Jezu, Gwen. Dostałaś jedno ostrzeżenie, kobieto, to się ogarnij. Zabieraj ten swój słodki tyłeczek i… wynoś się z stąd – poradził mi.

Nieźle. Dog uważa, że mam słodki tyłeczek. Co prawda właśnie mi groził, ale ponieważ nie był zupełnie odrażającym mężczyzną, wydało mi się to nawet miłe.

Skupiłam się jednak na ważniejszych sprawach. Wzięłam głęboki wdech i zrobiłam krok do przodu. Pozostali motocykliści ruszyli w moją stronę, a dokładniej rzecz ujmując, ruszyli na mnie z minami zbirów, więc się zatrzymałam.

– Nikt mnie nie przysłał – powiedziałam do Doga.

– Byłem dla ciebie miły, mała. Spadaj już – rzucił.

– Naprawdę nikt mnie nie przysłał. Była dziś u mnie Darla i nieźle mnie nastraszyła. Tak robiła – odparłam, podniosłam rękę i powtórzyłam numer z wystrzałem, choć moje efekty dźwiękowe nie umywały się do tego, co zaprezentowała Darla. – Była śmiertelnie poważna, dlatego od razu przyjechałam do ciebie, żeby dowiedzieć się, co tym razem ta moja siostra wymyśliła – dokończyłam.

– Dobrze nie jest – odparował Dog natychmiast. – Jest bardzo źle.

Zamknęłam oczy. Westchnęłam. Specjalnie głośno westchnęłam. Byłam w tym dobra. Przez moją siostrę często musiałam tak wzdychać. Miałam to przećwiczone. Otworzyłam oczy.

– Zakładam, że nie jesteście już razem – domyśliłam się.

– Nie, mała, nie jesteśmy – potwierdził Dog.

Cholera.

– Co tym razem wymyśliła? – spytałam.

– Wolisz nie wiedzieć – rzucił.

– Szuka jej policja? – Chociaż tyle chciałam wiedzieć.

– Pewnie tak – uciął.

– Coś jeszcze jest nie tak, prawda? – zapytałam, przyglądając mu się uważnie.

– Mała, Ginger ma mnóstwo różnych problemów. Ale jeżeli nawet szukają jej gliny, to jest to najmniejsze z jej zmartwień – odparł.

– O rany – szepnęłam.

Dog tylko pokiwał głową i rzucił spojrzenie komuś, kto stał za mną.

– Co to za jedna? – zapytał jakiś głęboki, ponury głos, zanim zdążyłam się obejrzeć, żeby sprawdzić, na kogo patrzy Dog.

Wtedy go zobaczyłam. Zazwyczaj nie podobają mi się motocykliści, ale dla tego kolesia mogłabym kupić sobie harleya. Był dość wysoki. Miał szerokie, muskularne bary, wytatuowaną szyję i ramiona. Od razu poczułam, że mogłabym je oglądać bez końca, może nawet napisać o nich książkę. Miał lekko szpakowate włosy, ale krucza czerń wciąż przeważała, były dość długie i lekko falujące, ale nie za bardzo, tak w sam raz. Miał też czarną przydługą kozią bródkę, która zwisała mu w genialny, typowy dla motocyklistów sposób. Widać było, że od kilku dni się nie golił. Ale to tylko dodawało mu uroku.

Na opaleniźnie dokoła jego niebieskich oczu widać było kilka jasnych błyszczących punktów. Można było podsumować go w jeden tylko sposób: Boski Motocyklista.

– Siema – szepnęłam. Przeniósł wzrok z Doga na mnie, a ja poczułam dreszcz.

Omiótł mnie spojrzeniem od stóp do głów. Kolejny dreszcz.

– Siema – odpowiedział tym swoim głębokim głosem.

I jeszcze jeden.

Och!

– Śruba, spoko, ona jest ze mną – wyjaśnił Dog. Odwróciłam się na pięcie i zobaczyłam, że Dog wyszedł zza lady i idzie w moim kierunku.

– Z tobą? – spytałam cicho, ale jego spojrzenie natychmiast mnie uciszyło.

– Zamknij się – rzucił Dog.

Zamknęłam się więc i odwróciłam plecami do Gorącego Motocyklisty.

– A Sheila o niej wie? – spytał.

– Sheila? – Spojrzałam pytająco na Doga, który teraz stał tuż obok mnie.

– To ile ty masz tych kobiet? – nie dawał za wygraną Boski Motocyklista.

– To nie moja kobieta, stary, to przyjaciółka. Jest w porządku – odparł Dog.

– No dobra, ale kim ona jest? – dopytywał Boski, przez innych zwany Śrubą.

– Ma na imię Gwen – powiedział Dog, a Śruba obrzucił mnie takim spojrzeniem, że zamarłam.

Potem jego usta ułożyły się miękko w kształt mojego imienia.

– Gwen – powiedział.

Kolejny dreszcz.

Zawsze dość przepadałam za swoim imieniem. Uważam, że jest ładne. Ale gdy wypowiedział je Śruba, zaczęłam je uwielbiać.

– To kim ty jesteś, Gwen? – to pytanie skierował już do mnie.

– Ja… ja jestem przyjaciółką Doga – odparłam.

– To już ustaliliśmy, skarbie – oznajmił. – A skąd znasz mojego kumpla?

– To siostra Ginger – wyjaśnił Dog. Potężne ciało Śruby natychmiast się napięło. Przez chwilę wyglądał tak przerażająco, że nie byłam w stanie oddychać.

– Mam nadzieję, że przyniosła kasę. – Głos Śruby był równie przerażający co jego postura, a nawet może jeszcze bardziej.

– Nie są z Ginger blisko. Już ci mówiłem, ona jest w porządku. Wyluzuj – przekonywał go Dog.

– Jest siostrą wroga – wycedził Śruba.

Serce zaczęło walić mi jak młotem.

Nie chciałam być siostrą wroga, nie chciałam mieć nic wspólnego z żadnym wrogiem, a już na pewno nie z wrogiem tego kolesia. Może i był przystojny, ale był też cholernie przerażający.

Trzeba to jakoś wyjaśnić. I to szybko.

Zdjęłam z ramienia torebkę i ją rozpięłam.

– Ech, Ginger. Skaranie boskie. Zawsze tak było, odkąd obcięła włosy moim lalkom Barbie. Miała wtedy trzy lata. Ja byłam starsza, właściwie już za duża na lalki. Ale to były moje lalki Barbie. Nie mogła ich zostawić w spokoju? I po co obcinała im włosy? – wyrzuciłam z siebie, zerkając na Doga. – Tylko wariaci tak robią. Powinniśmy byli się już wtedy domyślić. Trzylatka z nożyczkami, a potem tylko chaos i łzy. Zawsze były z nią kłopoty, zawsze. – Nie przerywając paplania, znalazłam w torebce książeczkę czekową i długopis.

Wyjęłam ją i otworzyłam, pstryknęłam długopis, przyłożyłam do kartki i spojrzałam na Śrubę.

– To ile jest wam winna? – spytałam poirytowana; nie miałam ochoty po raz kolejny ratować tyłka Ginger, zwłaszcza że chodziło o kasę i wkurzonych motocyklistów.

Wtedy zauważyłam, że Śruba się rozluźnił i już nie był taki przerażający. Wyglądał, jakby miał wybuchnąć śmiechem. Do twarzy mu z tym było.

Ale nie miałam czasu przyglądać się miłemu obliczu Śruby ani niczemu innemu (jego tatuażom czy włosom), chciałam wrócić do domu, przygotować dużą porcję ciasta na ciasteczka i zjeść ją całą na surowo. Całą.

– Ile? – prychnęłam.

– Dwa miliony trzysta pięćdziesiąt siedem tysięcy i sto siedem dolarów – wyrecytował Śruba. Poczułam, jak opada mi szczęka. Między wąsikami a kozią bródką Śruby pojawił się powalający śnieżnobiały uśmiech, który od razy wrył się gdzieś w moim mózgu. – I jeszcze dwadzieścia centów – dorzucił.

– O mój Boże – wyszeptałam.

– Potrzebujesz reanimacji usta-usta? – spytał Śruba, nachylając się. Zrobiłam krok w tył, zamknęłam usta i pokręciłam głową.

– Szkoda – zamruczał Śruba i wyprostował się.

– Moja siostra jest wam winna ponad dwa miliony dolarów? – szepnęłam.

– Tak – odpowiedział Śruba.

– Ponad dwa miliony? – upewniłam się jeszcze.

– Tak – potwierdził.

– A może zaszła jakaś pomyłka w księgowości? – zapytałam z nadzieją w głosie.

Śruba uśmiechnął się jeszcze szerzej. Skrzyżował swoje wielkie wytatuowane ramiona na szerokiej klacie i pokręcił głową.

– Może to w innej walucie, tylko zapomniałeś. W peso? – zasugerowałam.

– Nie – uciął.

– Nie mam tyle pieniędzy – wyjaśniłam, choć pewnie się tego spodziewał.

– Śliczną masz kurteczkę, słonko, ale już się domyśliłem – potwierdził moje przypuszczenia.

Z jednej strony fajnie, że futerko przy rękawach go nie zniechęciło. Z drugiej, to straszne, że moja siostra była mu winna aż dwa miliony dolarów.

– To może chwilę potrwać, zanim zbiorę taką sumę – wyjaśniłam. – Może nawet całą wieczność – dodałam.

– Kochana, nie możemy tyle czekać – odparł, wciąż szczerząc zęby. Wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem.

– Tego się obawiałam – wybąkałam, po czym pstryknęłam długopisem, zamknęłam książeczkę czekową, wszystko to wrzuciłam do torebki i zaczęłam tracić zmysły.

To znaczy miałam dobry powód, żeby je stracić. Ten powód nazywał się Ginger Penelope Kidd.

– Dlaczego ja? Dlaczego? – domagałam się odpowiedzi od Doga. – Spokojnie sobie przyszłam na świat, a siedem lat później, trach! Zostałam pokarana siostrzyczką z piekła rodem. Czemu nie mogę mieć siostry, z którą można plotkować i wymieniać się sekretami idealnego makijażu? Czemu nie mogę mieć siostry, która zadzwoni do mnie, gdy znajdzie superprzecenę i w dodatku zanim inni wszystko rozdrapią, przejrzy stertę ciuchów, wybierając te, w których wyglądałabym naprawdę oszałamiająco? Czemu nie mogę mieć siostry, która wpadałaby do mnie, żeby razem pooglądać Hawaii Five-O, wspólnie zachwycać się Steve’em McGarrettem i marzyć o camaro? Czemu? No, powiedźcie mi, czemu? – teraz już krzyczałam.

– Gwen, skarbie, spróbuj się trochę uspokoić – wymamrotał Dog. Przysięgam, że widziałam w jego oczach wahanie, czy nie powinien mi czasem przywalić, dla mojego własnego dobra.

– Uspokoić? – dalej krzyczałam. – Uspokoić? Jest wam winna dwa miliony dolarów. Obcięła włosy moim lalkom Barbie. Ukradła wisiorek, który babcia dała mi na łożu śmierci, i zastawiła, żeby kupić trawę. Na Święto Dziękczynienia upiła się i przy stole wsadziła mojemu chłopakowi rękę w spodnie. On był bardzo religijny, chodził do kościoła i w ogóle, a po wygłupach Ginger (bo ręka w spodniach to nie wszystko, przyłapał ją też na wciąganiu koki w łazience) uznał, że moja rodzina to banda wariatów, a może nawet kryminalistów. Zerwał ze mną tydzień później. Może i był religijny, właściwie jak się teraz nad tym zastanowię, to trochę nudny, ale wtedy mi się podobał. To był mój chłopak! – darłam się już na całe gardło.

– Słonko – powiedział Śruba, a ja zwróciłam się w jego stronę całym ciałem i zdałam sobie sprawę, że przysunął się bliżej.

– Co? – warknęłam, odrzucając głowę do tyłu.

Podniósł rękę, ujął mnie delikatnie za szyję.

– Mała, uspokój się – szepnął mi do ucha.

– Spoko, luz – odpowiedziałam również szeptem.

Jego oczy uśmiechnęły się do mnie.

Poczułam dreszcz.

Ciągle trzymał dłoń na mojej szyi i musiał to poczuć, bo jego palce jeszcze mocniej wbiły się w moją skórę. W jego oczach błysnęło coś, co wywołało kolejny dreszcz, tym razem tam, gdzie nie mógł go poczuć. Ale ja mogłam. I to jak.

Czas się zbierać.

– Mogłabym sprzedać telewizor i nerkę, ale obawiam się, że to i tak nie wystarczy, więc może lepiej będzie, jak moja siostra sama się tym zajmie – zasugerowałam nieśmiało, próbując uwolnić się z jego uścisku, choć jednocześnie bałam się poruszyć.

– Nikt nie każe ci nadstawiać głowy za Ginger – powiedział cicho.

– To dobrze – odparłam.

– Ani w ogóle za nikogo.

– To… dobrze? – wymamrotałam, bo nie chciałam nadstawiać głowy za Ginger ani za nikogo innego, naprawdę bardzo nie chciałam.

Jego silne palce wciąż obejmowały moją szyję, przyciągnął mnie lekko do siebie, tak że musiałam niemal stanąć na palcach, a jego twarz była nagle tuż obok. Bardzo blisko. Za blisko. Bałam się kolejnego dreszczu.

– Chyba nie rozumiesz, o czym mówię – ciągnął spokojnie dalej. – Jeśli z powodu Ginger zrobi się gorąco i znajdziesz się na celowniku, wspomnij tylko moje imię, kumasz?

O nie, czyli było naprawdę źle. Jakby dwumilionowy dług u gangu motocyklistów to było mało. Podejrzewałam, że trzeba się nieźle postarać, żeby wpaść w jeszcze większe tarapaty. Ale jeśli to w ogóle było możliwe, Ginger na pewno się udało.

– No… nie bardzo…. nic z tego nie rozumiem – powiedziałam z całą szczerością. Uznałam, że to najlepsza taktyka wobec Śruby.

– Słuchaj, słonko, jeżeli coś ci będzie grozić, to powołaj się na mnie. Moje imię zapewni ci ochronę – wyjaśnił. – Teraz kumasz?

– No… powiedzmy. Ale czemu miałoby mi coś grozić? – spytałam.

– Twoja siostra nasrała we własne gniazdo, nasrała w cudze gniazda, nasrała wszędzie. Weszłaś tu dziś jak gdyby nigdy nic. Ale nie właduj się podobnie, bo… – Zawiesił głos. – Nie każdemu spodobasz się tak jak mnie. Rozumiesz?

– Tak – powiedziałam cicho. Ucieszyło mnie, że mu się spodobałam, i jednocześnie zaczęłam bardzo żałować, że jednak nie zadzwoniłam do ojca albo, no nie wiem, nie wsiadłam do samolotu do Francji. – Ale… jeśli będę musiała powołać się na ciebie… co to właściwie znaczy? – wybąkałam.

– To znaczy, że mam cię na oku.

O rany.

– Na oku? – chciałam się upewnić.

Uśmiechnął się szeroko, ale nic nie odpowiedział.

– Ale co to właściwie znaczy? – powtórzyłam.

– To znaczy, że w razie czego wskoczę na motor i wyciągnę cię z opresji, ale pogadamy o tym, jak przyjdzie co do czego – rzucił.

– Na pewno nic mi nie będzie – zapewniłam go, modląc się w myślach, żeby to była prawda.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Puścił moją szyję, jednocześnie zsuwając z mojego ramienia torebkę, i zanim zdążyłam zaprotestować, już w niej grzebał. Stwierdziłam, że lepiej nie protestować. Raz już mnie dotknął i nie miałam najmniejszej ochoty na powtórkę. Nie byłam pewna, jak bym zareagowała, ale niestety mogłabym mu paść w ramiona. Poza tym uznałam, że raczej nie wygrałabym z nim przepychanki o torebkę, więc niech bierze, co chce. Miałam przy sobie swój najdroższy błyszczyk. Jeśli chce go zabrać i dać jednej ze swoich lasek, nie zamierzam protestować.

Znalazł moją komórkę, wyciągnął ją i otworzył, wstukał jakiś numer, zamknął, wrzucił z powrotem do torebki i zawiesił mi ją na ramieniu.

– Teraz masz już mój numer, kochanie. Będziesz mnie potrzebować, dzwoń. Nie będziesz mnie potrzebować, ale po prostu będziesz miała ochotę zadzwonić, dzwoń śmiało. Kumasz, mała? – spytał.

Poprawiłam torebkę na ramieniu i przytaknęłam. Musiałam mu się naprawdę spodobać.

Powstrzymałam kolejny dreszcz.

– Miło było cię poznać, Gwen – powiedział miękkim głosem.

– No, na razie – szepnęłam. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Dog się do mnie uśmiecha.

– Cześć – rzuciłam w jego stronę.

– Na razie, kotku – powiedział tak, jakbyśmy faktycznie mieli się znów spotkać. Musiałam powstrzymać kolejny dreszcz.

Odwróciłam się do grupy motocyklistów, którzy cały czas stali w głębi sklepu. Teraz wszyscy się uśmiechali, wyglądając przy tym jeszcze bardziej przerażająco, niż gdy mieli groźne miny.

– Cześć – powiedziałam i pomachałam im ręką.

– Na razie, mała – rzucili, kiwając lekko głowami.

A potem zabrałam się stamtąd w cholerę.

Rozdział drugi Podsłuch

Miałam o czym myśleć w drodze do domu.

Po pierwsze, zastanawiałam się nad swoją siostrą i nad tym, dlaczego się jej nie wyrzekłam jak mój ojciec i Meredith. Nie była nawet moją rodzoną siostrą, tylko przyrodnią. Wprawdzie nigdy nie przyłapałam jej w swoim salonie, robiącej laskę nieprzytomnemu kolesiowi, ale zrobiła wiele gorszych rzeczy. Dużo gorszych. Trzeba było już dawno z nią zerwać kontakt i o niej zapomnieć.

To ironia losu, że mój ojciec najpierw ożenił się z moją matką, która była niezłym ziółkiem, a potem poślubił anioła i z tego związku wyszło im dziecko z piekła rodem.

Mama zostawiła nas, kiedy miałam trzy lata, ale co jakiś czas wracała. Niewiele pamiętam, ale wiem, że była niesamowita. Miała gdzieś zakazy i dyscyplinę. Zawsze objadałyśmy się tłustym jedzeniem, które wszystko brudziło, zabierała mnie w fajne miejsca, dobrze się razem bawiłyśmy.

Aż pewnego razu poznała kolesia, który jej się naprawdę spodobał. To było podczas naszego wspólnego weekendu. Poszła z nim do hotelu, a mnie zostawiła na dworze z torebką cukierków i przykazaniem, żebym czekała, aż mnie zawoła.

Siedziałam więc na ławce, machałam nogami i zajadałam te cukierki. I tak przez kilka godzin. Zauważył to menadżer hotelu i wezwał policję. Zanim przyjechali, ja już gdzieś sobie poszłam, bo strasznie mi się nudziło, i to policjanci mnie znaleźli. Podyktowałam im numer do domu, którego tata kazał mi nauczyć się na pamięć. Zadzwonili i tata po mnie przyjechał. Wydzierał się potem na mamę, a jej nowy kochanek krzyczał, żeby byli ciszej, bo on chciałby się wyspać. Nigdy więcej już nie widziałam mamy. Nigdy.

Przez jakiś czas za nią tęskniłam, ale tak naprawdę nie znałam jej za dobrze, a wtedy Meredith stała się już częścią naszego życia.

Meredith była cudowna. Była najlepszą macochą na świecie. Była urocza i zabawna, i bardzo kochała mojego ojca. Bardzo. Zawsze trzymała w kuchni pyszne ciasteczka. Dla dziewczynki, którą właściwie wychowywał sam ojciec, i to zupełnie typowy ojciec, Meredith była ideałem.

Wzięli ślub, a ja sypałam im kwiatki. Ale nie byłam wcale jak wszystkie inne dziewczynki sypiące kwiatki – bo Meredith, idąc do ołtarza, jedną ręką trzymała pod ramię mojego ojca, a drugą podała mnie. Najważniejszy dzień w jej życiu był naszym wspólnym świętem. Wyraźnie pokazała wszystkim, że idzie do ołtarza nie tylko po to, żeby poślubić mężczyznę, ale żeby zbudować z nim rodzinę. Miałam sześć lat i nigdy nie zapomnę, jak wspaniale się dzięki niej wtedy czułam. Nigdy.

Ale taka była Meredith. Nie po raz pierwszy tak mnie wyróżniła. I nie po raz ostatni.

Później urodziła się Ginger i to było jak czas z moją mamą, tylko razy pięć milionów.

To był bardzo brutalny zwrot akcji – dla taty, dla Meredith i dla mnie.

Jadąc do domu, rozmyślałam też o Śrubie. O tym, co powiedział, jak wyglądał, jak się przy nim czułam.

Już i tak regularnie sypiałam z mężczyzną, którego imienia nie znałam. Spotkałam go w restauracji niecałe półtora roku wcześniej, wróciliśmy wtedy razem do mnie do domu. Przespałam się z nim i to był najlepszy seks w historii. Na szczęście, a może niestety, zależy jak na to spojrzeć, on wrócił po więcej. Za każdym razem udowadniał, że ta pierwsza noc nie była szczęśliwym przypadkiem, ale zapowiedzią wielu cudownych przeżyć.

Nie dałam mu klucza. Nie wiedziałam, jak dostawał się do środka. Ale jakoś to robił. Nie przychodził co noc. Czasem tylko raz w tygodniu, czasem dwa razy.

Zdarzało się, że nie było go cały tydzień. Raz czekałam aż trzy tygodnie i zaczynałam już panikować – i to uczucie mnie przeraziło.

Jednak on zawsze wracał. Zawsze.

Mając swojego Tajemniczego Mężczyznę, nie potrzebowałam Śruby, z którym na pewno wiązały się kłopoty. No dobrze, spodobałam mu się, poza tym wiedziałam, jak ma na imię, a on znał moje (swoją drogą, Tajemniczy Mężczyzna nigdy o moje nie spytał). Tylko że moja siostra była mu winna dwa miliony dolarów i Śruba potrafił był groźny.

Powiedział, że mogę być na celowniku i że może coś mi grozić. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie szukał, i miałam dość własnych kłopotów, w końcu byłam też córką swojej matki. Jeszcze tego brakowało, żeby Ginger wciągała mnie w swoje sprawy.

W drodze powrotnej myślałam też o swoim Tajemniczym Mężczyźnie. Dzień po nocnej wizycie moje myśli zawsze krążyły wokół niego. Zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak, że nie każę mu się wynosić. Martwiłam się, jak mając najsłodszego kochanka na świecie, dam radę znaleźć kogoś innego. Odkąd poznałam mojego TM, byłam może na trzech randkach i z nikim się nie kochałam. Żaden z nich nie umywał się nawet do TM, nie chciałam kolejnych randek ani kolejnych kroków. Mój TM tak cudownie całował.

Zupełnie popieprzył mi życie.

Nie, to nieprawda. Sama je sobie popieprzyłam.

Wszystkie te myśli kłębiły mi się w głowie, gdy parkowałam auto, a potem gdy doszłam do drzwi i przyglądając się swoim butom, przekręciłam klucz w zamku.

Nic nie mogło mnie przygotować na to, co się miało wydarzyć za chwilę, nawet gdybym nie bujała właśnie w obłokach, nie byłabym mniej zaskoczona.

Gdy tylko weszłam, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Czyjaś ręka popchnęła mnie z całej siły do tyłu. Jakiś mężczyzna napierał na mnie całym swoim ciężarem, przyciskając do drzwi. Podniosłam wzrok i spojrzałam w dziwnie znajome ciemne oczy.

Tylko raz widziałam je za dnia. Nigdy nie włączał światła, gdy przychodził do mnie w nocy.

Boże, zapomniałam już, jaki jest piękny. Nawet śniąc na jawie, nie umiałam oddać jego uroku.

– Co ty tu robisz? – szepnęłam.

– Czyś ty zupełnie zwariowała? – warknął prosto w moją twarz.

– Słucham? – zapytałam zaskoczona jego agresywnym tonem i samym pytaniem.

– Pojechałaś do Ride jak gdyby nigdy nic? Czyś ty zwariowała, do cholery? – wykrzyczał.

Zamrugałam zaskoczona. Po pierwsze, skąd wiedział, że byłam w Ride? Po drugie, czemu przyszedł w ciągu dnia? I po trzecie – skąd ta wściekłość na jego przepięknej twarzy?

– No, mała, słucham – zażądał odpowiedzi.

Kurczę. Był groźniejszy niż Śruba, Dog i cały ten gang motocyklistów razem wzięty.

– Gwen, czekam na odpowiedź. – W jego głosie pobrzmiewała groźba.

Znów zamrugałam.

– Wiesz, jak mam na imię?

Spojrzał na mnie z góry.

Zrobił krok w tył, przeczesał palcami swoje krótko przystrzyżone czarne włosy i pokręcił głową. Jednak ani na chwilę nie uwolnił mnie z przygniatającego uścisku.

– Jezu, jesteś niemożliwa.

– Słucham? – szepnęłam.

Oparł ręce na biodrach i nachylił się tak, by jego twarz znalazła się tuż przy mojej.

– Tak, Gwen, wiem, jak masz na imię. Nazywasz się Gwendolyn Piper Kidd. Masz trzydzieści trzy lata. Jesteś redaktorką freelancerką. Płacisz podatki i rachunki na czas, podobnie jak raty kredytu. Przez dwa lata byłaś żoną kolesia, który nie umiał utrzymać fiuta w spodniach. Od tego czasu ożenił się już trzy razy i właśnie jest w trakcie czwartego rozwodu. Twój ojciec to Baxter Kidd, były wojskowy, obecnie kierownik budowy, żona Meredith Kidd, osobista sekretarka znanego adwokata rozwodowego, który przypadkiem pomógł ci się wydostać z tego bagna, w które się władowałaś z tamtym dupkiem. Przyjaźnisz się z Camille Antonine, która pracuje jako recepcjonistka na posterunku policji, i Tracy Richmond, która pracuje, gdzie popadnie. Czasem bierzecie ze sobą Troya Loughlina. Ten koleś dałby się zabić, żeby cię przelecieć, ale ty nie masz o tym pojęcia, a on nie ma jaj. Twoja siostra to typowa łajza. A ty wydajesz za dużo na ubrania. Gdy wychodzisz na miasto, nosisz za krótkie spódniczki. A jedynym kolesiem, z którym się pieprzyłaś od półtora roku, jestem ja – wyrecytował.

Już po raz drugi tego dnia opadła mi szczęka.

Zamknęłam usta, ale znów się otwarły.

– Skąd tyle o mnie wiesz? – udało mi się wreszcie wydusić.

– Mała, wiem, z kim chodzę do łóżka – wypalił. Poczułam, że moje ciało wzdrygnęło się, jakby mnie uderzył. Jego słowa były jak cios. Nie zauważył tego, a może po prostu to zignorował.

– A teraz powiedz mi lepiej, co ci, do cholery, przyszło do głowy, żeby jechać do Ride, co?

– Musiałam pogadać z Dogiem – wyjaśniłam, bo nie byłam w stanie wydusić z siebie tysiąca innych rzeczy, które chciałam powiedzieć.

– Z Dogiem? – powtórzył zdziwiony.

– Tak – odparłam.

– Mała, wcześniej nikt się tobą specjalnie nie interesował, a teraz nagle znalazłaś się na celowniku – wykrzyczał.

– O co ci chodzi? – spytałam.

– To znaczy, że masz przerąbane – odparł.

Zaczynałam mieć już dość.

– No dobra, a co to znaczy twoim zdaniem? – ruszyłam się na centymetr od drzwi, prostując ramiona.

– Chyba się już zorientowałaś, że twoja siostra to straszne ścierwo – oznajmił.

Może Ginger i była strasznym ścierwem. Może mogliśmy nawet tak o niej mówić, ojciec, Meredith czy ja. Może nawet Śruba czy Dog, którym wisiała dwa miliony dolarów, mieli prawo tak ją nazywać.

Ale mężczyzna, który właśnie przede mną stał, którego znałam od tak dawna, ale po raz pierwszy widziałam w świetle dnia, ten, który właśnie okazał się kretynem, takiego prawa nie miał!

– Nie mów tak o Ginger – ostrzegłam.

Uniósł wysoko brwi. To było potworne, bo był tak cholernie przystojny, ta opalona skóra, te ciemne oczy, ta silnie zarysowana szczęka, te krótkie, gęste czarne włosy. Cała jego pięknie wyrzeźbiona twarz i ciało. Wyglądał na Hiszpana albo na Włocha. Był naprawdę cudowny. Najgorsze było to, że w tej chwili, z tymi brwiami uniesionymi wysoko, wydał mi się jeszcze piękniejszy, mimo że patrzył na mnie, jakbym była idiotką.

– Chcesz powiedzieć, że twoja siostra nie jest strasznym ścierwem? – zdziwił się.

– Nie, ale to nie znaczy, że możesz tak o niej mówić. Ja tak, ale ty nie – wyjaśniłam.

Skrzywił się.

– Ja pierdolę – zaklął pod nosem.

– Chyba już wystarczy – oznajmiłam i chciałam chwycić za klamkę, ale nie zdążyłam zrobić kroku, a już przyciskał mnie do drzwi całym swoim silnym, muskularnym, a przy tym zaskakująco ciepłym ciałem. Trzymając mnie za szyję, kciukami podniósł mój podbródek i zmusił, bym spojrzała mu w oczy.

– O nie, mała, jeszcze nie skończyliśmy – warknął, a ton jego głosu mnie zaniepokoił.

Bardzo się starałam, żeby znów nie rozdziawić ust, bo zaczynałam się go bać sto razy bardziej niż całego gangu motocyklistów. Udało mi się chyba tylko dlatego, że wciąż podtrzymywał mój podbródek kciukami.

– Puść mnie – zażądałam i z zadowoleniem stwierdziłam, że mój głos nawet na chwilę nie zadrżał.

Zignorował moje słowa i nawet się nie poruszył.

– Twoja siostra władowała się w niezłe bagno, a potem sama narobiła sobie wrogów, zupełnie świadomie. Wkurwiła niewłaściwych ludzi. W najlepszym wypadku znajdą ją gdzieś martwą. Wiem, że zbytnio się nie kochacie i że niemiło jest ci tego wszystkiego słuchać. Bardzo mi przykro, ale taka jest prawda.

– Puść mnie – powtórzyłam.

Ani drgnął.

– Po wizycie Darli trzeba było zatrzasnąć za nią drzwi, zapomnieć o wszystkim i wrócić do pracy. Ale nie. Musiałaś wparować do Ride, zwrócić na siebie uwagę Śruby, a wierz mi, mała, nie chcesz, żeby Śruba się tobą interesował. Przez to wszystko ujawniłaś fakt swojego istnienia ludziom, którzy nie powinni o nim wiedzieć. Ale to koniec. Od tej pory problemy twojej siostry to nie twoja sprawa. Zapomnij o niej. Nie wychylaj się, bądź rozsądna i nie ładuj się w kłopoty. Trzymaj się tylko znajomych miejsc i ludzi. Nie zmieniaj nic w swoim normalnym planie tygodnia. Rozumiesz? – skończył.

– Skąd wiesz, że była tu Darla? – spytałam.

Znów zmarszczył brwi. Wyglądał groźnie i wyraźnie miał dość.

– Zgadnij, Groszku. Zamontowałem podsłuch – rzucił.

– Podsłuch? – nie mogłam w to uwierzyć.

– Jesteś moją kobietą, więc mam cię na oku – wypalił.

Teraz to ja zmarszczyłam brwi.

– Jestem twoją kobietą?

– Mała, pieprzymy się, nie?

Co do tego nie było wątpliwości. Wprawdzie ukrywał twarz w mroku, ale to nie znaczy, że nic nie mówił. W łóżku był naprawdę dominujący, wszędzie poznałabym ten jego głęboki głos.

– No dobrze, może przyszedł czas, żebyśmy porozmawiali o naszym związku – stwierdziłam.

– No co ty, Gwen. Nasz związek wygląda tak, jak wygląda, właśnie dlatego, żebym nie musiał marnować czasu na podobne durne pogadanki – odparował.

Kurde, teraz to zaczynałam się już wkurzać.

– Lepiej mnie puść. Chyba powinieneś już iść – stwierdziłam.

– Pójdę, dopiero jak powiesz, że mnie posłuchasz – nie dawał za wygraną.

– Dobra, a teraz… idź już – rzuciłam.

Nawet nie drgnął i wciąż patrzył mi głęboko w oczy.

– Ej, dobra, idź już – powtórzyłam.

Nagle jego spojrzenie stopniało, a kciuki ześlizgnęły się z mojego podbródka.

– Wkurzyłaś się – powiedział miękko.

Czy on tak na poważnie?

– Aha – potwierdziłam.

– Już się nie złość – zażądał.

No nie, on nie mógł mówić poważnie.

– Myślałeś, że się ucieszę? – spytałam.

– Mała, myślisz, że ja nie mam lepszych rzeczy do roboty niż tu siedzieć? – spytał.

O Boże!

Czy ludziom pękają głowy? Bo miałam wrażenie, że moja za chwilę eksploduje.

– To może czas już ruszyć w drogę – zaproponowałam ostrym tonem.

– Ale jestem tutaj – nalegał.

– Może nie uwierzysz, ale inne twoje wizyty były dużo przyjemniejsze – palnęłam.

Wtedy się uśmiechnął, a moje serce na chwilę stanęło.

Ani razu nie widziałam jego uśmiechu, nawet podczas pierwszego wieczoru. Zawsze wydawał mi się bosko przystojny, ale jego uśmiech zwalił mnie z nóg.

O Boże, ten mężczyzna ma dołeczki.

I to dwa!

– Nie rozumiesz, czemu się wściekłem? – zapytał z łagodnym uśmiechem.

– Nie, nie rozumiem, i nic nie usprawiedliwia bycia kretynem. Dlatego proszę, jeśli jesteś taki zajęty, przestań marnować swój cenny czas i idź już – wyrzuciłam z siebie.

– Popełniłaś dziś błąd, Gwen – powiedział.

– Tak, dałeś mi to dość jasno do zrozumienia, kochanie – odparowałam.

Jego spojrzenie stało się jeszcze głębsze.

– Groszku, nie mów do mnie „kochanie”, kiedy jesteś zła – zażądał.

– A ty, kochanie, przestań nazywać mnie „Groszkiem” – odparowałam.

– Mówisz tak do mnie w łóżku – stwierdził. Nie byłam pewna, czy to dalej żądanie, czy tylko wspomnienie. Może i jedno, i drugie.

– Nie licz, że to się jeszcze powtórzy – rzuciłam.

Jego spojrzenie stało się gorące, delikatnie gładził moją twarz kciukami. Próbowałam się wyrwać, ale przytrzymał mnie mocnej.

– Nie powinnaś rzucać gróźb, których nie jesteś w stanie spełnić – powiedział miękko.

– Ile jeszcze razy mam ci powtarzać, żebyś się wynosił? – spytałam.

Nawet nie drgnął.

– To ja decyduję, kiedy jest koniec – oznajmił.

Poważnie? Czy to ma być żart?

– Miło czasem doświadczyć w życiu czegoś nowego, to odświeżające, pozwala zachować czujność – poradziłam mu.

– Nie ładuj się w to gówno, Gwendolyn. Konsekwencje mogą ci się nie spodobać – ostrzegł mnie.

– Jak masz na imię? – rzuciłam.

– Zawsze mówisz do mnie „kochanie” – odbił piłeczkę.

– Jak masz na imię? – powtórzyłam.

– Czasem „najdroższy” – ciągnął.

– Jak… masz… na imię? – naciskałam.

– Ale wolę „kochanie”.

Wzniosłam oczy do nieba.

– Boże – westchnęłam i tupnęłam nogą. Zdałam sobie sprawę, że trzymam ręce na jego biodrach, więc pchnęłam go z całej siły.

Nawet się nie zachwiał.

Spojrzałam na niego i od razu zrozumiałam swój błąd. Jego prawa ręką zniknęła, a jego usta muskały już moją szyję. Wargi cudownie drażniły to miejsce za uchem, dotknął mnie tam lekko językiem.

Wbrew swojej woli poczułam przeszywający dreszcz.

Jego usta powędrowały do moich, jego dłoń wróciła na moją brodę.

– Aha – szepnął.

Odsunął mnie od drzwi i – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – już go nie było.

Wpatrywałam się w zamknięte drzwi, po czym podeszłam do okna, żeby się upewnić, że sobie poszedł. Ja tu wciąż byłam. On zniknął.

Odwróciłam się i obrzuciłam spojrzeniem bałagan w swoim salonie.

Byłam prawie pewna, że poczuł ten dreszcz.

Rozdział trzeci Epifania

Mój dom kiedyś był wiejskim domem, który górował nad okolicznymi polami, ale teraz otaczały go znacznie nowocześniejsze budynki. Przetrwał w tym miejscu na przedmieściach Denver już pół wieku. Wejście ozdobione wąskimi witrażami prowadziło do salonu, który rozciągał się na całą szerokość frontu. Na prawo, za przesuwanymi szklanymi drzwiami, mieściła się jadalnia, która mogła być też składzikiem, ale w tej chwili nie było tam nic, pusta przestrzeń. Drzwi na lewo prowadziły do przestronnej kuchni. Na górze miałam trzy sypialnie, najmniejszą przekształciłam w miejsce do pracy i olbrzymią łazienkę.

Mój ojciec nie pozwolił mi się wprowadzić, dopóki razem ze swoim kolegą Rickiem nie wymienili w niej wszystkiego. Ojciec mówił, że groziła zawaleniem. Myślałam, że dramatyzuje, bo nie znosił i nadal nie znosi mojego domu. Nie wiem, czemu tak pomyślałam, bo mój tata rzadko dramatyzuje. Zgodnie z jego przewidywaniami na samym początku robót pod wanną faktycznie zarwała się podłoga.

Ojciec wyremontował więc łazienkę. Oczywiście najpierw odbudował podłogę. Teraz stały tam piękna wanna na lwich łapach i umywalka na postumencie, były podgrzewane wieszaki na ręczniki i inne dodatki. W sypialni i pracowni ojciec odnowił drewniane podłogi i zamontował wygodne rolety w oknach. Tracy, moja przyjaciółka, pomogła mi pomalować pokój do pracy. Po czym zaczęłam przyjemniejszy etap remontu, czyli zajęłam się dekorowaniem, a mój ojciec z Troyem zajęli się kuchnią. Wyremontowanie jej zajęło im aż pięć miesięcy, bo ciągle coś ich odrywało od pracy, mieli przecież własne sprawy, a do tego pojawiały się problemy z łazienką, a to dach zaczął przeciekać, a to wysiadł włącznik światła w mojej sypialni, a to zepsuł się piec. Ciągle coś się działo.

Niemniej teraz kuchnia prezentowała się wspaniale z szafkami w kolorze maślanego kremu. Na środku stał duży prostokątny drewniany stół z sześcioma krzesłami. Wybrałam blaty z ciosanego drewna. Dzięki swoim znajomościom w budowlance ojciec zdobył dla mnie piękne rzeczy, i to bardzo tanio. Były lekko z uszkodzone, ale w takich miejscach, że nie było tego widać. Urządziłam kuchnię w stylu rustykalnym z lekkim przymrużeniem oka. Od pokoleń w naszej rodzinie nikt nie uprawiał ziemi, ale moja kuchnia była kiedyś częścią wiejskiego domu i należała się jej ta rustykalność, a ja lubiłam czasem puścić wodze fantazji.

Kiedy TM wyszedł, ruszyłam do kuchni i zrobiłam masę na ciasteczka z czekoladą. Wzięłam miskę, łyżkę oraz kubek kawy i sięgnęłam po telefon.

Usiadłam z jedną stopą na podłodze, drugą oparłam na krześle i wgapiłam się w ekran.

Najlepiej było zadzwonić do Camille. Była szczera, była też mądra, a przy tym światowa, i nie traciła łatwo głowy. Camille mieszkała z Leo, gliniarzem. Byli razem od pięciu lat. To był dobry związek, pełen miłości, ale też wyzwań, bo zarówno Leo, jak i Camille mieli silne charaktery. Jeśliby się kiedykolwiek rozstali, byłoby to jak zerwanie Goldie Hawn i Kurta Russella, innymi słowy dowód na to, że świat chyli się ku upadkowi.

Camille wiedziała wszystko o TM i uważała, że jestem zupełnie szalona, iż wpuszczam go do domu w środku nocy, nie wiedząc nawet, jak ma na imię. Wielokrotnie radziła mi, żebym przy następnej wizycie najpierw kopnęła go w jaja, a potem zadzwoniła na policję.

Cóż.

Mogłam też zadzwonić do Tracy. Tracy była romantyczką. Ale nie umiała być szczera, nawet na torturach nie powiedziałaby nic, co mogłoby cię urazić czy być niemiłe. Tracy miała trzech chłopaków, wszyscy byli palantami, ale była z nimi, bo nie leżało w jej naturze, żeby z kimś zrywać, nawet jeśli ten ktoś był palantem. Oczywiście tylko do czasu, aż zaczynało się jej nudzić, wtedy znajdowała kogoś nowego. Tracy znosiła w pracy sporo upokorzeń, bo nie umiała się postawić.

Tracy była zachwycona historią z TM. Jej zdaniem któregoś dnia TM się ujawni, zapali światło, ujmie moją twarz w dłonie i powie, że jego słońce wschodzi i zachodzi tylko dla mnie. A potem błyskawicznie weźmie ze mną ślub jak z bajki i będzie mnie traktował jak księżniczkę do końca moich dni. Mimo że upłynęło już sporo czasu, Tracy dalej była święcie przekonana, że tak właśnie będzie. Nic nie było w stanie zachwiać jej pewności. Na wieść o ostatniej wizycie TM pewnie podskoczyłaby z radości. Zignorowałaby fakt, że w rzeczywistości to było głupie, natarczywe i przede wszystkim potwornie wkurzające najście.

Nie mogłam powiedzieć Troyowi, bo po tym, co powiedział o nim TM, zaczęłam trochę świrować. Troy to był Troy. Znałam go od zawsze, jeszcze przed Camille i Tracy. Był zawsze obok. Był obok, jeszcze zanim poznałam Scotta Leightona, w czasie gdy go poznałam, gdy za niego wyszłam i gdy Scott Leighton złamał mi serce. Troy był moim przyjacielem i sama myśl, że chciałby mnie przelecieć, przerażała mnie niemal na równi z tym, co wydarzyło się tego dnia.

Nabrałam na łyżkę trochę masy, wciąż gapiąc się na telefon.

Szybko przełknęłam ciasto, odłożyłam łyżkę i sięgnęłam po aparat. Podjęłam pierwszą dobrą decyzję od momentu, gdy dłoń TM dotknęła moich pleców wczoraj wieczorem.

Wybrałam numer, przełknęłam ślinę i przyłożyłam telefon do ucha.

– Co tam, Gwen? – Camille przywitała mnie tymi słowami.

– Wczoraj był u mnie Boski TM – zaczęłam.

– Gwen… – jęknęła.

Zapadła cisza.

– Wrócił dzisiaj. Był tu, jak wróciłam do domu, i wyszedł jakieś dwadzieścia minut temu.

Nadal cisza. Teraz wydała mi się absolutna, jakby wszystkie dźwięki na świecie wessała próżnia.

– Cam? – rzuciłam w tę próżnię.

– Wyszedł dwadzieścia minut temu? – spytała.

– Aha.

– Przyszedł w ciągu dnia?

– Aha.

– I nie spłonął ani nic?

– Nie – odparłam, uśmiechając się.

– Co się stało? – chciała wiedzieć.

Wtedy opowiedziałam jej o wszystkim, co się wydarzyło od wczorajszej nocy: o Darli, Dogu i Śrubie, o zaskakującej wizycie Boskiego TM, miłosnej pogawędce i próbie określenia zasad naszego związku.

– Kurde – jęknęła, gdy skończyłam.

– Co kurde? – spytałam.

– Dziewczyno, ja wiem, kto to jest ten Kane Allen pseudonim Śruba, to główny boss Chaos MC. Z całą pewnością nie chcesz mieć z nim do czynienia. Plotki mówią, że za swojej kadencji chciał wysprzątać klub i nawet mu się to udało, tylko że dla tych kolesi „wysprzątać” znaczy trochę coś innego niż dla ciebie czy dla mnie. Zapracowali na ten „Chaos” w nazwie, oni nie są tacy jak inni ludzie. Nie mają żadnych cywilizowanych zasad. Nie żyją w świecie prawa, ale w świecie, gdzie każdy walczy o przetrwanie, a rządzą instynkty. To zwierzaki. Gwen, ja nie żartuję.

O rany.

– Wiesz, w sumie ja się z nim nie umówiłam – przypomniałam.

– I nie próbuj. Nigdy. Nie będzie dla ciebie odwrotu. Rozumiesz? – spytała.

Ups.

– Cam, on był przerażający, nie zamierzam do niego dzwonić – upewniłam ją.

– Boże, mam nadzieję – powiedziała tonem, który zdradzał, że mi nie uwierzyła. Ale z drugiej strony poznałyśmy się w czasie zamieszania wokół mojego rozwodu ze Scottem, wiedziała wszystko o tym przystojnym kretynie – był przystojny, ale był kretynem. Wiedziała też o TM, który też był przystojny, znacznie przystojniejszy od Scotta, a okazał się do niego bardzo podobny, kolejny kretyn.

– Porozmawiam z Leo i spróbuję dowiedzieć się czegoś o tej twojej siostrze – ciągnęła Cam. – Jedno trzeba przyznać TM, dał ci dobrą radę. Musisz siedzieć cicho. Ginger to Ginger, od dawna prosiła się o prawdziwe tarapaty i wygląda na to, że je znalazła – powiedziała i wzięła głęboki wdech.

Wiedziałam, co to znaczy. Zamierzała powiedzieć coś, co mi się nie spodoba. Camille potrafiła mówić wprost, ale to nie znaczy, że była bezduszna. Była troskliwa i delikatna.

– Wiem, że to twoja siostra, dziewczyno – zaczęła właśnie tak delikatnie. – Ale Ginger Kidd na pewno poświęci każdego, żeby ratować swój chudy biały tyłek, i każdego pociągnie ze sobą na dno. Jest w tarapatach i jeśli dowie się, że może cię wykorzystać, to to zrobi. Nie będzie się zastanawiać – powiedziała.

Niestety to była prawda.

– Od tego momentu oficjalnie się jej wyrzekam – zadeklarowałam.

– Wreszcie – jęknęła Cam.

– Zadzwoń do mnie, jak porozmawiasz z Leo – poprosiłam.

– Gwen? – powiedziała.

– Tak, kochanie? – odparłam.

– Powiem mu też o TM.

O nie! Tylko nie to. Ojciec i Meredith nie wiedzieli o TM. Troy też nie. Leonard Freeman tym bardziej. Jedyne osoby, którym powiedziałam, to Camille i Tracy, każąc im przysiąc, że zachowają to w tajemnicy.

To wiele mówiło o mnie i o moim podejściu do TM. Wstydziłam się tego, co robiłam, i swoich motywów. Wychodziłam na zdesperowaną i puszczalską. A żadna dziewczyna nie powinna być ani jednym, ani drugim. Nigdy. Kochałam ojca, Meredith, Troya i Leo. Nie chciałam, żeby uznali, że jestem zdesperowaną zdzirą.

– Gwen – zaczęła Cam.

– Nie, Cam, nie. Nie mów Leo o Boskim TM – powiedziałam stanowczo.

– Posłuchaj, Gwen – zaczęła równie stanowczo. – Ten koleś potrafi przenikać przez ściany, ma środki, żeby cię szpiegować i podsłuchiwać. To znaczy, że na pewno jest w naszym systemie. A jeśli tam jest, to może Leo będzie w stanie go namierzyć – wyjaśniła.

– Może i tak, ale ja nie chcę, żeby Leo go namierzył – odparłam.

– Dlaczego? – Cam zaczęła się niecierpliwić. – Przecież on cię szpieguje.

– Może i tak, ale dziś właśnie oficjalnie wyrzekłam się swojej siostry i oficjalnie kończę swój porąbany związek nie związek z Boskim TM. To koniec. Raz na zawsze.

Znów zapadła cisza.

– Poważnie? – spytała.

– Tak, Cam, poważnie! – wykrzyczałam. – Mówiłam ci, jak ze mną rozmawiał, co powiedział o naszym związku. On mnie szpiegował. Wie o mnie wszystko. Powiedział, że to on decyduje, kiedy coś się kończy. Nie chciał mi powiedzieć, jak ma na imię! Już wcześniej to było porąbane i nie sądziłam, że może być gorzej, ale teraz jest. Czas się ocknąć. To koniec – wyrzuciłam z siebie.

Znów cisza.

– Mam nadzieję. Mówiłam to już wcześniej i powiem jeszcze raz. Naprawdę są przystojni kolesie, którzy nie są pieprzonymi dupkami. Nie muszą wykorzystywać dziewczyny, żeby się wybić. Naprawdę są kolesie, którzy wiedzą, jak należy traktować kobietę, i kiedyś na pewno takiego spotkasz, kochanie, ale tylko pod warunkiem że pozbędziesz się tego, który cię źle traktuje – wyrecytowała.

Cała Camille Antonie. Prosto z mostu. Mądra dziewczyna z głową na karku.

– To był dzień epifanii. Ginger i Boski TM to już historia – ogłosiłam z powagą.

– Alleluja – odpowiedziała Cam.

Po dziesięciu minutach skończyłyśmy rozmowę. Siedziałam potem przy stole, gapiąc się na telefon, i zjadłam ciasto, mając nadzieję, że wytrwam przy swoim wielkim postanowieniu.

Po czym wzięłam telefon i zadzwoniłam do Tracy.

Rozdział czwarty Przydałby się łom

Ze snu wyrwał mnie dźwięk tłuczonego szkła. Gwałtowny wyrzut adrenaliny do krwi sprawił, że na skórze poczułam dreszcze, a w palcach mrowienie.

Ktoś był w moim domu.

Wytężyłam słuch; panowała cisza, ale byłam pewna, że ktoś tam jest.

Boski TM poruszał się bezszelestnie. Nawet jeśli coś przestawiłam albo w domu trwały jakieś prace, wszystko omijał, przemieszczał się bezgłośnie, zupełnie jakby widział w ciemnościach.

Nie wpadłby na nic. I nigdy nie narobiłby takiego huku.

Sięgnęłam po telefon, żałując, że nie mam broni. Czy choćby kija baseballowego. Czegokolwiek, z czym poczułabym się mniej bezbronna. Mniej sama.

Sięgnęłam po telefon i wykręciłam 911.

– Dziewięćset jedenaście, w czym mogę pomóc? – usłyszałam.

– Nazywam się Gwendolyn Kidd. Mieszkam przy ulicy Vine trzysta trzydzieści dwa. Ktoś włamał się do mojego domu. Ktoś jest w moim domu. Przyślijcie policję. Muszę się rozłączyć, nie oddzwaniajcie, to nie żart – wyszeptałam.

Rozłączyłam się, cisnęłam telefon na łóżko i przetoczyłam się na drugi bok w stronę mojej śnieżnej kuli. Uwielbiałam ją. To była kula Rosiny Wachtmeister[1] z radosnym kotkiem w środku i kwiatkami tańczącymi przy ziemi. Gdy się ją odwróciło i mocno potrząsnęło, brokatowe pyłki wirowały wokół kotka.

Jeśli walnę tym kogoś w głowę, to może nie będzie już w stanie mnie zgwałcić, przemknęło mi przez myśl. Złapałam kulę i na palcach przebiegłam pod przeciwległą ścianę, oparłam się o nią mocno ramionami i wbiłam wzrok w drzwi.

Serce waliło mi jak młotem, słyszałam puls w uszach, całe ciało było napięte jak struna, czułam każdy jego fragment. Byłam przerażona, zupełnie straciłam głowę.

Ktoś tam był. Było cicho, ale czułam, że ktoś tam jest.

Nagle usłyszałam kroki w korytarzu.

O Boże, o Boże, o Boże.

Próbowałam sobie przypomnieć, ile czasu ma policja na przyjazd na miejsce. Zdaje się, że siedem minut, choć nie miałam pojęcia, czy to prawdziwy czas, czy nie.

Nie miałam siedmiu minut. Był już blisko.

Cichutko przysunęłam się do ściany, wpatrując się w drzwi. Były tylko przymknięte. Nie zamykałam ich do końca, zostawiałam je uchylone na milimetr. Zaczęłam tak robić, żeby słyszeć wchodzącego Boskiego TM. To nie były głośne drzwi, ale lekko skrzypiały.

Jednak gdy wychodził, nie zaskrzypiały nigdy.

Pierwsze, co zobaczyłam, to strumień światła, niezbyt jasnego, LED-owego. Potem dostrzegłam cień męskiej dłoni z wyciągniętymi palcami. Ich opuszki dotykały już moich drzwi. Zaczęły je uchylać.

Wstrzymałam oddech. Nie chciałam, żeby mnie usłyszał. Jeżeli miałam rozbić swoją kulę śniegową od Wachtmeister na jego głowie, zamierzałam zrobić to porządnie.

Podniosłam kulę, drzwi powoli się otwierały.

Wtedy usłyszałam syreny.

Dzięki ci, Panie.

Dłoń znieruchomiała, a potem zniknęła. Ruszył biegiem, słyszałam, jak dudniąc, zbiega po schodach.

Potem zapanowała cisza.

Odwróciłam się plecami do ściany i osunęłam na podłogę, tuląc do siebie swoją śniegową kulę z kotkiem.

***

Siedziałam w kuchni, gapiąc się na to, co działo się w moim salonie.

Zwinęłam się w kłębek na krześle. Na podkulone nogi naciągnęłam nocną koszulę, wcisnęłam brodę między kolana i mocno objęłam je ramionami.

Dobrze, że włożyłam na noc tę mięciutką koszulę w kolorze mokki, z krótkimi rękawami typu nietoperz, długą i seksowną. Normalnie takie koszule nie są szczególnie ładne, ale ta stanowiła wyjątek. Głównie dlatego, że była bardzo obcisła we właściwych miejscach. Wprost idealnie nadawała się na noc, kiedy nagle twój dom wypełnią przystojni gliniarze.

To właśnie na nich się gapiłam. Na przystojnych gliniarzy, których pełno było w moim domu. Kręcili się po salonie, wszystko oglądając i co jakiś czas pojadając masę na czekoladowe ciasteczka, którą wygrzebałam dla nich z lodówki.

Szyba obok drzwi została wybita, nie słyszałam nawet kiedy, a w salonie stłukła się lampa, która była przykryta dla ochrony przed pyłem – to mnie obudziło.

– Oprócz tego nie ma innych szkód – przekonywałam policjanta.

Powinnam chyba być uznana za eksperta w tej sprawie, jednak policjanci nie przyjęli mojego oświadczenia. Najpierw było ich dwóch, z dwóch zrobiło się czterech, potem sześciu, a potem aż ośmiu. Powiedzieli, że muszę poczekać, aż przyjedzie detektyw.

Nie znam się na policyjnych procedurach i nie mogę powiedzieć, że nie byłam im wdzięczna (zwłaszcza że to wszystko naprawdę potwornie mnie przeraziło), iż podeszli do sprawy poważnie. Nie dość, że przysłali cały szwadron policjantów, żeby pilnował mojego salonu i zajadał masę na ciasteczka, to mieli jeszcze sprowadzić detektywa. Jednak skoro nic nie zginęło, a mój gość wyraźnie zmierzał prosto do sypialni i raczej nie chodziło mu o moją kulę śniegową od Wachtmeister, to wszystko wskazywało na typowe włamanie, z którym powinien sobie poradzić zwykły policjant.

Domyśliłam się, że coś jest nie tak i że to coś nazywa się Ginger Kidd.

Nagle w salonie powstało zamieszanie, ktoś przyjechał. Po chwili go ujrzałam i nie mogłam przestać się gapić.

Serio, czy to jakiś kosmiczny żart?

W moich drzwiach stał wysoki mężczyzna, naprawdę wysoki mężczyzna. Miał ciemnobrązowe włosy i ciemnobrązowe oczy oraz wyrazisty zarys szczęki. Gęste włosy kręciły mu się lekko nad karkiem i kołnierzykiem skórzanej kurtki. Jego ciemne oczy były pełne smutku. Miał na sobie czekoladowobrązowy golf, na który narzucił ciemnobrązową skórzaną kurtkę. Do tego dżinsy, skórzany pasek i buty. Na pasku dyndała odznaka. Byłam pewna, że to on był na okładce kalendarza Policjanci z Denver. Postanowiłam, że z samego rana pójdę sobie taki kupić.

Ale dlaczego teraz? Czemu? Co ja takiego zrobiłam? Jednego dnia spotykam trzech superprzystojnych kolesi i wszyscy są poza moim zasięgiem. Pierwszy mnie przerażał i był do tego szefem klubu motocyklistów, najprawdopodobniej zrzeszającego samych przestępców, i niezbyt sympatycznego. Ten odpadał. Drugi też mnie przerażał, był przy tym tajemniczy, i był też kretynem. Ten też odpadał. Ten trzeci wcale mnie nie przerażał, był cudowny. Ale był też detektywem przypisanym do mojej sprawy, więc pewnie nie wolno mu było spoufalać się z ofiarą, czyli ze mną, więc on też odpadał!