Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 428 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnicza wyspa. Tom II - Juliusz Verne

Drugi tom przygodowej książki Juliusza Verne’a, która opowiada o czasach wojny secesyjnej w Ameryce. Grupka uciekinierów spędza kilka lat na małej, niezamieszkanej wyspie, nazwanej później przez rozbitków imieniem prezydenta Lincolna. W skład grupy wchodzą: inżynier Smith, dziennikarz Spilett, marynarz Pencroff, chłopiec Harbert oraz służący Nab.
Seria wydawnicza Wydawnictwa Zielona Sowa „Podróże z Verne’em” zawiera 14 powieści Juliusza Verne’a. Obok utworów należących do kanonu twórczości francuskiego klasyka, prekursora science fiction, znalazły się w niej również pozycje mniej znane polskiemu czytelnikowi, jak utrzymane w konwencji powieści utopijnej ""Pięćset milionów hinduskiej księżniczki"" czy ""Dramat w Inflantach"", którego akcja toczy się wokół zbrodni i następującego po niej śledztwa. Starannie opracowane, opatrzone rzetelnymi przypisami książki, w nowych pełnych przekładach z języka francuskiego, rekomenduje Polskie Towarzystwo Juliusza Verne’a.

Opinie o ebooku Tajemnicza wyspa. Tom II - Juliusz Verne

Fragment ebooka Tajemnicza wyspa. Tom II - Juliusz Verne

Tajemnicza wyspa

* *

Redaktor serii:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Tytuł oryginału:

L'île mystérieuse

Redakcja:

Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Współpraca redakcyjna:

Piotr Słomian

Konsultacja i przypisy:

Andrzej Zydorczak

Ilustracje:

Jules-Descartes Férat

ze zbiorów Andrzeja Zydorczaka

Projekt graficzny okładki:

Dagmara Grabska

Skład:

Stefan Łaskawiec

Korekta:

Dorota Ratajczak

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2011

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (12) 266-62-94, tel. (12) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Część 2

Porzucony cd.

Rozdział XI

Zima • Folowanie wełny • Młyn • Natrętna myśl Pencroffa • Fiszbiny • Do czego może służyć albatros? • Paliwo przyszłości • Top i Jup • Burze • Zniszczenia w ptaszarni • Wyprawa na bagna • Cyrus Smith zostaje sam • Badanie studni

Wraz z początkiem czerwca nadeszła zima, jak to się dzieje na półkuli północnej w grudniu. Głównym zajęciem wyspiarzy stało się szykowanie ciepłych i solidnych ubrań.

Muflony z zagrody zostały pozbawione wełny, trzeba było jeszcze tylko zamienić ten cenny surowiec w materiał.

Nie potrzeba tu dodawać, że Cyrus Smith, nie mając do dyspozycji gręplarek, czesarek, gładziarek, rozciągarek i skręcarek czy innych maszyn do przędzenia wełny − tak zwanychmule-jennyczyself-acting1− ani warsztatu tkackiego, musiał poradzić sobie w prostszy sposób z przędzeniem i tkaniem. Miał zamiar wykorzystać pewną skłonność włókien wełny do zbijania się i łączenia pod wpływem ugniatania, czego rezultatem jest tak zwany filc. Filc można otrzymać za pomocą prostego spilśnienia wełny, zwanego także folowaniem. Operacja ta, chociaż zmniejsza elastyczność tkaniny, to znacznie zwiększa zdolność do utrzymywania ciepła. Wełna dostarczona przez muflony składała się z krótkich włosków, które nadawały się idealnie do spilśnienia.

Inżynier przy pomocy swoich towarzyszy, łącznie z Pencroffem − który znów musiał się oderwać od budowy statku − zaczął od przygotowań, które miały na celu pozbycie się z wełny substancji oleistej i tłuszczu, którymi jest ona przesiąknięta, czyli tak zwanego tłuszczopotu. Odtłuszczanie odbywało się w wielkich kadziach wypełnionych wodą podgrzaną do temperatury siedemdziesięciu stopni, w której zanurzano wełnę na dwadzieścia cztery godziny; następnie prano ją dokładnie w wodzie z sodą. Kolejnym etapem było folowanie wysuszonego już włókna, w wyniku czego otrzymywano dość zgrzebną, lecz solidną tkaninę, która co prawda w ośrodkach przemysłowych Europy czy Ameryki nie miałaby większej wartości, miała jednak wysokie notowania na „rynkach Wyspy Lincolna”.

Tego rodzaju materiał musiał być znany już w bardzo dawnych czasach, gdyż pierwsze na świecie tkaniny wełniane produkowane były właśnie przy użyciu metody, jaką miał zastosować Cyrus Smith.

Zawód inżyniera przydał się Cyrusowi Smithowi podczas konstruowania maszyny do folowania wełny, gdyż wiedział, w jaki sposób wykorzystać siłę mechaniczną wodospadu − do tej pory bezużyteczną − która stanowiła motor napędzający folusz.

Urządzenie było niezwykle proste: pień drzewa wyposażony w krzywki2, które na przemian podnosiły i opuszczały pionowe ubijaki, zwane stęporami, koryta na wełnę, zwane stępami, do których opadały ubijaki oraz solidna drewniana konstrukcja łącząca całą maszynę. Tak właśnie musiało ono wyglądać od wieków, aż do chwili, gdy ubijaki zastąpiono walcami ugniatającymi i poddano materiał już nie ubijaniu, lecz walcowaniu.

Cała operacja, którą kierował Cyrus Smith, poszła zgodnie z ich życzeniem. Wełna, uprzednio nasączona mydlinami, co miało z jednej strony zwiększyć poślizg, zmiękczyć i ułatwić zbijanie się włókien, a z drugiej zapobiec ich degradacji, wychodziła z pilśniarki w postaci grubej filcowej płachty. Skazy i nierówności charakterystyczne dla włókien wełny tak mocno się splątały i zazębiły jedne o drugie, że utworzyły materiał, z którego można było szyć równie dobrze ubrania, jak i koce. Nie był to oczywiście merynos ani też muślin czy kaszmir szkocki, ani ryps, ani atłas chiński lub orleański, ani alpaka, ani sukno czy flanela! Był to „filc linkolnijski”, a Wyspa Lincolna wzbogaciła się o jeszcze jedną gałąź przemysłu.

Koloniści zdobyli więc oprócz ciepłych ubrań grube koce, co pozwoliło im bez obawy czekać na sezon zimowy 1866-18673.

Większe chłody zaczęły się naprawdę około 20 czerwca i Pencroff musiał z wielkim żalem zawiesić prace nad budową statku, który miał być przecież gotowy na najbliższą wiosnę.

Marynarz wbił sobie do głowy, że musi zobaczyć wyspę Tabor, chociaż Cyrus Smith nie popierał tego pomysłu. Pencroffem powodowała jedynie ciekawość, a na żadną pomoc ze strony bezludnych skał nie można było przecież liczyć. Podróż na odległość stu pięćdziesięciu mil, na stosunkowo niewielkim statku, przez nieznane wody, miała prawo wzbudzać obawy. A co, jeśli statek znalazłszy się na pełnym morzu, nie zdoła dotrzeć do wyspy Tabor i nie będzie mógł też wrócić na Wyspę Lincolna? Jaki los czeka załogę na wodach Pacyfiku, który tak często nawiedzają żywioły i który pochłania tak wiele ofiar?

Cyrus Smith często dyskutował z Pencroffem o jego pomyśle i dziwił się jego dość dziwacznemu uporowi, z którego tamten być może sam nie zdawał sobie do końca sprawy.

− Zauważ, przyjacielu − rzekł mu kiedyś inżynier − że tyle dobrego mówił pan zawsze o Wyspie Lincolna, tyle razy wyrażał pan żal na samą myśl, że trzeba będzie ją kiedyś opuścić, a teraz pierwszy chce pan to uczynić.

− Opuszczę ją tylko na kilka dni, panie Cyrusie − odparł Pencroff. − Chcę jedynie popłynąć, zobaczyć co jest na tamtej wyspie i wrócić!

− Przecież ona nie może się równać z Wyspą Lincolna!

− Też jestem tego pewny!

− Więc po co chce pan ryzykować?

− Żeby się dowiedzieć, co się dzieje na wyspie Tabor!

− Ależ nic się tam nie dzieje! Tam nie może się nic dziać!

− Kto wie?

− A jeśli złapie pana jakaś burza?

− W porze letniej to mało prawdopodobne − odparł Pencroff. − Ale, panie Cyrusie, ponieważ trzeba być przygotowanym na wszystko, ośmielę się prosić o pozwolenie na zabranie na moją wyprawę Harberta.

− Pencroffie − rzekł inżynier, kładąc mu rękę na ramieniu − gdyby przydarzyło się jakieś nieszczęście panu i temu chłopcu, którego los uczynił naszym synem, czy sądzi pan, że kiedykolwiek zdołalibyśmy to odżałować?

− Panie Cyrusie − odpowiedział Pencroff z niewzruszoną pewnością siebie − nie sprawimy wam tego bólu. Zresztą porozmawiamy jeszcze o tej podróży, gdy nadejdzie ku temu odpowiednia pora. Podejrzewam, że gdy pan ujrzy nasz stateczek ukończony, opatrzony w maszty i liny, zobaczy pan, jak wspaniale unosi się na wodzie, gdy opłyniemy nim wyspę dookoła − bo zrobimy to razem − podejrzewam, że nie będzie pan miał obiekcji co do mojej wyprawy! Nie ukrywam, że pański stateczek będzie prawdziwym arcydziełem!

− Niech pan przynajmniej powie: nasz statek, Pencroffie! − odparł inżynier, chwilowo zupełnie rozbrojony.

Zakończyli rozmowę, żeby powrócić do tematu kiedy indziej, mimo to ani inżynierowi, ani marynarzowi nie udało się przekonać drugiej strony do swoich racji.

Pierwszy śnieg spadł w końcu czerwca. Uprzednio zaopatrzyli obficie zagrodę w pożywienie, żeby nie trzeba było chodzić tam codziennie, postanowili jednak zaglądać do niej przynajmniej raz w tygodniu.

Zastawili ponownie pułapki oraz wypróbowali po raz pierwszy przyrządy zrobione przez Cyrusa Smitha. Wygięte fiszbiny, uwięzione w lodowym pokrowcu i pokryte grubą warstwą tłuszczu, umieszczono na skraju lasu, którędy przechodziły zwierzęta zmierzające w stronę jeziora.

Ku wielkiemu zadowoleniu inżyniera wynalazek ten, zapożyczony od aleuckich rybaków, sprawdził się doskonale. Dwanaście lisów, kilka dzików, a nawet jaguar dały się na to nabrać. Zwierzęta znaleziono martwe, z żołądkami przebitymi wyprostowanymi fiszbinami.

W tym czasie podjęto pewne działania, o których należy wspomnieć, ponieważ była to pierwsza próba nawiązania przez kolonistów kontaktu z bliźnimi.

Gedeon Spilett myślał już wielokrotnie, żeby wrzucić do morza wiadomość zamkniętą w butelce, którą prądy morskie mogłyby zanieść w stronę zamieszkanego wybrzeża, lub powierzyć gołębiom liścik z prośbą o pomoc. Lecz czy można naprawdę wierzyć, że gołąb lub butelka pokonają odległość dzielącą wyspę od jakiejkolwiek innej ziemi, wynoszącą tysiąc dwieście mil? To było czyste szaleństwo.

Tymczasem 30 czerwca udało im się z niemałym trudem złapać albatrosa, którego Harbert lekko postrzelił w łapę. Był to przepiękny ptak z rodziny tych wielkich żeglarzy, których rozpostarte skrzydła osiągają szerokość dziesięciu stóp, a które mogą bez trudu pokonywać tak olbrzymie przestrzenie jak Ocean Spokojny.

Harbert miał ochotę zatrzymać tego wspaniałego ptaka, którego rana zagoiła się bardzo szybko, a nawet go oswoić, lecz Gedeon Spilett przekonał go, że nie można tracić okazji porozumienia się z innymi lądami Pacyfiku przez takiego wysłannika. Harbert poddał się, gdyż rozumiał, że jeśli albatros pochodzi z zamieszkanego przez ludzi regionu, z pewnością wróci tam, gdy tylko odzyska wolność.

Być może w głębi serca Gedeon Spilett, który wciąż pozostał kronikarzem, miał po prostu ochotę wysłać w nieznane zajmujący artykuł opisujący przygody kolonistów z Wyspy Lincolna. Jak wielki byłby to sukces dla reportera „New York Heralda” i dla samej gazety, w której zamieszczono by taką kronikę, gdyby tylko dotarła w ręce wielce szanownego Johna Benetta4, szefa gazety.

Gedeon Spilett zredagował więc treściwą notatkę, którą włożono do woreczka z mocnego, nagumowanego płótna, z prośbą do znalazcy, żeby przekazał ją do siedziby „New York Heralda”. Mały woreczek został zawieszony na szyi albatrosa, a nie u jego nogi, gdyż ptaki te mają zwyczaj odpoczywać na powierzchni wody; następnie zwrócono wolność temu szybkiemu powietrznemu kurierowi i koloniści nie bez emocji patrzyli za nim, jak znikał wśród dalekich mgieł na zachodzie.

− Ciekawe, dokąd poleciał − zastanawiał się Pencroff.

− W stronę Nowej Zelandii − odparł Harbert.

− Szczęśliwej podróży! − wołał marynarz, który nie spodziewał się wiele po tym sposobie korespondencji.

Zimą powrócono do zajęć wewnątrz Granitowego Pałacu: naprawiano ubrania, szyto między innymi żagle dla statku, wycięte z niekończącego się zasobu płótna stanowiącego powłokę balonu…

W lipcu zrobiło się bardzo zimno, lecz wyspiarze nie żałowali sobie ani drewna, ani węgla. Cyrus Smith zainstalował drugi kominek w dużej sali i od tej pory tam spędzali długie wieczory. Czas płynął im na rozmowach przy pracy lub na lekturze, gdy ich ręce były wolne.

Z prawdziwą radością siadali w dobrze oświetlonej świeczkami i ogrzanej węglem sali, po wzmacniającej kolacji, z dymiącą filiżanką kawy z owoców czarnego bzu, otoczeni kłębami wonnego dymu z fajek, słuchając huczącej na zewnątrz burzy. Odczuwaliby pełnię szczęścia, gdyby tylko mogli czuć się szczęśliwi z dala od bliskich, bez możliwości porozumiewania się z nimi. Zawsze rozmawiali o swoim kraju, o przyjaciołach, których pozostawili, o tej wielkiej Republice Amerykańskiej, której znaczenie mogło tylko rosnąć. Cyrus Smith, od zawsze zaangażowany w sprawy Unii, opowiadał ciekawe historie i dzielił się ze słuchaczami swoimi przemyśleniami i przewidywaniami.

Pewnego dnia Gedeon Spilett zwrócił się do inżyniera z pytaniem:

− Ależ drogi Cyrusie, ta cała rewolucja przemysłowa i handlowa, której stały rozwój pan przewiduje, czy nie pociąga ona za sobą zagrożenia, że zostanie prędzej czy później całkowicie zahamowana?

− Zahamowana? W jaki sposób?

− Gdy wyczerpią się złoża węgla, który można nazwać najcenniejszym z minerałów!

− Tak, istotnie najcenniejszym − odparł inżynier. − Natura potwierdziła to, tworząc diamenty, które nie są niczym innym, jak tylko czystym, skrystalizowanym węglem.

− Chyba nie chce pan powiedzieć, panie Cyrusie − wtrącił się Pencroff − że w paleniskach kotłów zamiast węglem kamiennym będzie się palić diamentami?

− Nie, przyjacielu − odpowiedział Cyrus Smith.

− Mimo to, upieram się − ciągnął Gedeon Spilett − że któregoś dnia zapasy węgla całkowicie się wyczerpią.

− Och! Jego złoża są jeszcze bardzo liczne, a sto tysięcy robotników, którzy wydobywają rocznie sto milionów kwintali metrycznych5, nie tak prędko je wyczerpie.

− Biorąc pod uwagę przyrost zużycia węgla kamiennego − upierał się Gedeon Spilett − możemy przewidzieć, że tych sto tysięcy robotników zmieni się wkrótce w dwieście tysięcy i tym sposobem podwoi się wydobycie.

− Bez wątpienia, ale oprócz złóż w Europie, które dzięki nowoczesnym maszynom można będzie eksploatować z większych głębokości, kopalnie w Ameryce i Australii jeszcze długo będą dostarczać przemysłowi węgla.

− Jak długo? − spytał reporter.

− Przynajmniej dwieście pięćdziesiąt lub trzysta lat.

− To dla nas pocieszająca wiadomość − rzekł Pencroff − ale bardzo niepokojąca dla naszych potomków!

− Znajdzie się coś innego − powiedział Harbert.

− Trzeba mieć taką nadzieję − odparł Gedeon Spilett − bo bez węgla nastąpi koniec maszyn, a bez maszyn − koniec kolei żelaznych, statków parowych, fabryk, koniec wszystkiego, czego wymaga postęp współczesnego życia!

− Ale co znajdziemy w zamian? − spytał Pencroff. − Czy umie sobie pan to wyobrazić, panie Cyrusie?

− Mniej więcej, przyjacielu.

− Co posłuży za paliwo zamiast węgla?

− Woda − odparł Cyrus Smith.

− Woda?! − zawołał Pencroff. − Woda do napędzania statków parowych i lokomotyw, woda do grzania wody?!

− Tak, lecz woda rozłożona na czynniki pierwsze − odparł Cyrus Smith. − Rozłożona za pomocą elektryczności, która stanie się wówczas siłą potężną i wygodną w użyciu, gdyż wszystkie wielkie odkrycia, dzięki jakiemuś niewytłumaczalnemu prawu, zdają się w odpowiednim momencie nawzajem uzupełniać. Tak, przyjaciele, wierzę, że pewnego dnia woda będzie wykorzystywana jako paliwo, że wodór i tlen, które się na nią składają, używane razem lub osobno, staną się niewyczerpanym źródłem ciepła i światła, i to znacznie silniejszym niż może być węgiel. Któregoś pięknego dnia do ładowni na statkach parowych i do

tendrów parowozów zamiast węgla będzie się ładować te dwa sprężone gazy, które będą się palić w paleniskach, wytwarzając niezmierną ilość kalorii. Tak więc nie ma się czego obawiać. Tak długo, jak Ziemia będzie zamieszkana, będzie dostarczać swym mieszkańcom odpowiedniej ilości paliwa, i ludziom nigdy nie zabraknie ani światła, ani ciepła, tak jak nie zabraknie plonów z królestwa roślin, zwierząt i minerałów. Wierzę, że gdy złoża węgla się wyczerpią, będziemy podgrzewać i grzać wodą. Woda jest węglem przyszłości.

− Chciałbym to zobaczyć − powiedział marynarz.

− Za wcześnie się urodziłeś, Pencroffie − stwierdził Nab, i były to jedyne słowa, jakie wypowiedział w dyskusji.

Lecz to nie Nab zakończył tę rozmowę, tylko szczekanie Topa, w którym dało się ponownie słyszeć tę dziwną, niepokojącą nutę, tak zaprzątającą myśli inżyniera. Jednocześnie Top znów zaczął krążyć wokół otworu studni mieszczącej się na końcu wewnętrznego korytarza.

− Dlaczego Top znowu tak szczeka? − zdziwił się Pencroff.

− Jup też jakoś dziwnie mruczy − dodał Harbert.

Rzeczywiście, orangutan przyłączył się do psa i wykazywał niedwuznaczne oznaki poruszenia; co ciekawe, zwierzęta były bardziej zaniepokojone niż rozzłoszczone.

− Nie ma wątpliwości, że studnia łączy się bezpośrednio z morzem − powiedział Gedeon Spilett − i że jakieś morskie zwierzę podpływa tu co jakiś czas, żeby zaczerpnąć powietrza.

− Tak, to jest oczywiste − zgodził się marynarz − nie ma na to innego wytłumaczenia… Więc uspokój się, Top! − dodał, zwracając się do psa. − A ty, Jup, marsz do swojego pokoju!

Małpa i pies zamilkły. Jup poszedł się położyć, lecz Top został w salonie i co chwila głucho warczał przez cały wieczór.

Nikt już więcej nie wspominał o tym incydencie, który jednak sprawił, że inżynier wyraźnie się zasępił.

Przez resztę lipca na przemian padał deszcz lub chwytały mrozy. Temperatura nie spadła tak nisko, jak poprzedniej zimy i nie przekroczyła ośmiu stopni Fahrenheita (około 13 stopni Celsjusza poniżej zera). Lecz choć było nieco cieplej, o wiele bardziej dręczyły ich burze i wichury. Nieraz morze zaatakowało tak gwałtownie, że wdarło się do Kominów. Można by sądzić, że jakieś podwodne wstrząsy unosiły monstrualne fale i rzucały nimi o ściany Granitowego Pałacu.

Gdy osadnicy wychylali się z okien, widzieli rozpryskujące się olbrzymie masy wody; podziwiali więc ten wspaniały spektakl bezsilnej wściekłości oceanu. Fale zmieniały się w olśniewającą pianę, a całe wybrzeże znikało pod tym wściekłym zalewem, po czym miało się wrażenie, że skały wynurzają się wprost z morza, którego bryzgi unosiły się na wysokość ponad stu stóp.

Podczas burz pokonanie jakiejkolwiek trasy na wyspie było trudne i wręcz niebezpiecznie, gdyż drzewa łamały się i spadały w poprzek drogi. Mimo to koloniści co tydzień szli doglądać zagrody. Na szczęście jej teren, ze swymi drzewami, szopami i ostrokołem, osłonięty południowo-wschodnim zboczem Góry Franklina, nie ucierpiał zbytnio z powodu huraganu. Z kolei ptaszarnia, położona na Płaskowyżu Rozległego Widoku, a przez to wystawiona bezpośrednio na porywy wiatru ze wschodu, doznała poważnych uszkodzeń. Gołębnik dwukrotnie stracił dach, zniszczyło się też ogrodzenie. Istniała konieczność wzmocnienia go, gdyż nie ulegało wątpliwości, że Wyspa Lincolna leżała w okolicy często nawiedzanej przez burze. Można było odnieść wrażenie, że znajdowała się wręcz w centrum cyklonów, które smagały ją niczym bat uderzający bąka. Tylko tutaj bąk stał nieruchomo, a obracał się wiatr.

W pierwszym tygodniu sierpnia wichury nieco straciły na sile i atmosfera odzyskała spokój, który, zdawało się, utraciła już na zawsze. Równocześnie znowu spadła temperatura, chwyciły siarczyste mrozy, i słupek termometru zszedł do ośmiu stopni Fahrenheita poniżej zera (22 stopnie Celsjusza poniżej zera).

Na 3 sierpnia zaplanowano wyprawę na południowo-wschodnią część wyspy, w stronę Bagien Oharów. Myśliwi mieli chrapkę na ptactwo wodne, które tam osiedliło się na zimę. Na bagnach aż roiło się od dzikich kaczek, kszyków, rożeńców, cyranek i perkozów dwuczubych6, dlatego też postanowili, że jeden dzień poświęcą na polowanie na te ptaki.

Nie tylko Gedeon Spilett i Harbert, ale też Pencroff i Nab wzięli udział w tej ekspedycji. Jedynie Cyrus Smith pod pretekstem jakiegoś ważnego zajęcia nie dołączył do nich i został w Granitowym Pałacu.

Myśliwi ruszyli więc drogą do Portu Balonu, prowadzącą w stronę bagien, obiecawszy uprzednio, że wrócą przed wieczorem. Zabrali z sobą Topa i Jupa. Gdy tylko przeszli przez most na Rzece Dziękczynienia, inżynier podniósł go do góry i wrócił do Granitowego Pałacu z zamiarem zrealizowania swego projektu, dla którego właśnie chciał zostać sam.

Zamierzał otóż zbadać drobiazgowo wewnętrzną studnię, której wlot otwierał się na poziomie korytarza Granitowego Pałacu, i która najpewniej prowadziła aż do morza, skoro swego czasu służył do odprowadzania nadmiaru wody z jeziora.

Dlaczego Top tak często krążył wokół tego otworu? Dlaczego tak dziwacznie szczekał, kiedy, powodowany jakimś niepokojem, zbliżał się do studni? Dlaczego również Jup podzielał jego niepokój? Czyżby studnia miała inne korytarze prócz tego prowadzącego pionowo do morza? Czy rozgałęziała się w kierunku innych części wyspy? Tego właśnie zamierzał się dowiedzieć Cyrus Smith, a przede wszystkim chciał to zrobić sam. Postanowił więc spróbować zgłębić tajemnicę studni podczas nieobecności towarzyszy, a odpowiednia ku temu okazja właśnie się nadarzyła.

Bez trudu mógł zejść aż na dno studni, używając drabinki sznurowej, bezużytecznej, odkąd skonstruował windę, której długość wydawała się odpowiednia. Tak też postąpił. Przyciągnął drabinkę do otworu, którego średnica miała około sześciu stóp, i rozwinął ją, przyczepiwszy uprzednio porządnie za górny koniec. Następnie zapalił latarnię, wziął rewolwer i kordelas, który zatknął sobie za pasek, i zaczął schodzić po pierwszych szczeblach.

Wokół była lita ściana; tylko od czasu do czasu widać było niewielkie występy skalne, po których zręczne stworzenie mogłoby się bez trudu wspiąć aż do górnego wylotu studni.

Inżynier spostrzegł to, lecz po dokładniejszych oględzinach występów przy świetle latarni nie znalazł żadnego śladu, żadnego zadraśnięcia świadczącego o tym, żeby ktoś − dawniej albo ostatnio − wdrapywał się po nich.

Cyrus Smith zszedł jeszcze głębiej, oświetlając sobie dokładnie skałę wokół siebie. Nie dostrzegł jednak niczego podejrzanego.

Gdy dotarł do ostatnich szczebli drabinki, poczuł pod sobą powierzchnię wody, całkowicie w tej chwili spokojnej. Ani na tym poziomie, ani w żadnym innym miejscu studni nie było widać wejścia do bocznego korytarza, który mógłby prowadzić w głąb masywu. Ściana, w którą Cyrus Smith uderzył raz i drugi rękojeścią kordelasa, wydawała się lita. Był to zbity granit, przez który żadnej żywej istocie nie udałoby się utorować przejścia. Żeby dotrzeć na samo dno studni i wspiąć się ponownie do jej wylotu, trzeba było przejść przez kanał, który cały czas wypełniała woda, kanał łączący studnię z morzem poprzez dolne warstwy nadbrzeżnych skał. Mogły go więc pokonywać jedynie morskie stworzenia. Gdzie kończył się ów tunel, do jakiego miejsca na wybrzeżu prowadził i na jaką głębokość, tego nie dało się niestety sprawdzić.

Zakończywszy swoje badania, Cyrus Smith wyszedł ze studni, wyciągnął drabinkę, przykrył ponownie otwór i mocno zamyślony wrócił do salonu w Granitowym Pałacu, mówiąc do siebie:

− Niczego nie zauważyłem, a przecież coś tam musi być!

Rozdział XII

Otaklowanie łodzi • Atak lisów • Ranny Jup • Pielęgnowanie Jupa •Jup wyleczony • Ukończenie budowy stateczku 

• Triumf Pencroffa • „Bonadventure” • Pierwszy próbny rejs na południe od wyspy

• Nieoczekiwana wiadomość

Wieczorem myśliwi wrócili z udanego polowania obładowani zwierzyną, niosąc jej tyle, ile tylko czterech mężczyzn mogło udźwignąć. Top niósł na szyi wianuszek rożeńców, a Jup był opasany sznurem z nawleczonymi kszykami.

− Zobacz, mój panie − zawołał Nab − oto zajęcie na najbliższe dni! Konserwy, pasztety; będziemy mieli urozmaicone zapasy! Ktoś jednak musi mi w tym pomóc. Liczę na ciebie, Pencroffie.

− Nie, Nabie − odparł marynarz. − Muszę się zająć otaklowaniem stateczku, będziesz musiał sobie poradzić beze mnie.

− A pan, Harbercie?

− Ja muszę się jutro wybrać do zagrody − odparł młodzieniec.

− A zatem pan mi pomoże, panie Spilett?

− Zrobię to dla ciebie, Nabie − odparł inżynier. − Ale uprzedzam, że jeśli zdradzisz mi swoje przepisy, zastrzegam sobie prawo do ich opublikowania.

− Jak pan sobie życzy, panie Spilett − odparł Nab. − Proszę bardzo.

I oto następnego dnia Gedeon Spilett stał się pomocnikiem Naba i urządził się w jego kulinarnym laboratorium. Uprzednio inżynier zapoznał go z rezultatem swojej wczorajszej wyprawy, i w tej kwestii reporter podzielał opinię Cyrusa Smitha, że chociaż nic nie udało się znaleźć, tajemnica wciąż istniała!

Silne mrozy trwały przez tydzień i osadnicy opuszczali Granitowy Pałac jedynie po to, żeby doglądać ptaszarni. W całym domostwie unosiły się smakowite zapachy, jakie roztaczały potrawy przygotowywane przez Naba i reportera; nie cały jednak plon polowania został przetworzony na konserwy, a ponieważ w te mroźne dni zwierzyna przechowywała się doskonale, dzikie kaczki i inne ptaki zostały zjedzone na świeżo i uznane za najsmaczniejsze spośród tych, jakich do tej pory mieli okazję próbować.

Przez cały ten tydzień Pencroff, wspomagany przez Harberta, który zręcznie posługiwał się igłą i nitką, pracowali z takim zapałem, że ukończyli szycie żagli dla statku. Odnalezione liny balonu i sznury siatki wykonane były z trwałych konopi, więc marynarz chętnie z nich korzystał. Żagle zostały obszyte solidnymi linami wzmacniającymi, a sznurów wystarczyło jeszcze na fały, wanty, szoty7 i tak dalej. Natomiast bloki, według rad Pencroffa i przy użyciu odpowiedniej tokarki, wykonał Cyrus Smith. Okazało się, że ożaglowanie i takielunek statku były gotowe zanim jeszcze cały statek został wykończony. Pencroff uszył nawet niebiesko-czerwono-białą banderę, do której barwników dostarczyły farbiarskie rośliny rosnące obficie na wyspie. Do trzydziestu siedmiu gwiazdek oznaczających trzydzieści siedem stanów Unii, widocznych zawsze na flagach Stanów Zjednoczonych, dodano jeszcze jedną, trzydziestą ósmą8 gwiazdę „stanu Lincolna”, gdyż Pencroff uważał, że wyspa już została przyłączona do wielkiej republiki.

− Nawet jeśli nie naprawdę, to jest przyłączona w naszych sercach − dodawał marynarz.

Na razie bandera została zawieszona w głównym oknie Granitowego Pałacu, a koloniści powitali ją trzykrotnym „Hurra!”.

Powoli kończyła się pora zimowa i wyglądało na to, że ich druga zima na wyspie minie bez większych incydentów, gdy w nocy z 11 na 12 sierpnia Płaskowyż Rozległego Widoku mógł zostać niemal kompletnie zdewastowany.

Po wypełnionym różnymi zajęciami dniu osadnicy spali głębokim snem, gdy nagle, około czwartej nad ranem, obudziło ich ujadanie Topa.

Tym razem pies nie szczekał przy otworze studni, lecz u progu drzwi, skacząc do nich, jak gdyby chciał je wyważyć. Jup z kolei wydawał z siebie cienkie piski.

− Co z tobą, Top! − zawołał Nab, który przebudził się pierwszy.

Pies jednak wciąż szczekał z coraz większą zajadłością.

− Co się dzieje? − spytał Cyrus Smith.

Wszyscy ubrali się pospiesznie, podbiegli do okien i otworzyli je.

Przed ich oczami rozciągała się biała płaszczyzna, ledwie widoczna w głębokich ciemnościach, jakie panowały wokoło. Koloniści niczego nie dostrzegli, lecz usłyszeli dobiegające z mroku osobliwe szczekanie. Najwyraźniej na wybrzeżu pojawiły się jakieś zwierzęta, których nie dało się jeszcze rozpoznać.

− Cóż to takiego? − krzyknął Pencroff.

− Wilki, jaguary albo małpy! − odparł Nab.

− Do diabła! Mogą się przedostać na sam szczyt płaskowyżu! − przestraszył się reporter.

− Do naszej ptaszarni! − zawołał Harbert. − I co z naszymi uprawami?

− Którędy się tu dostały? − dziwił się Pencroff.

− Może przez mostek na wybrzeżu − odparł inżynier − który pewnie zapomnieliśmy podnieść.

− Rzeczywiście − przytaknął Gedeon Spilett − chyba zostawiłem drogę otwartą…

− A to nam pan spłatał figla, panie Spilett! − zawołał marynarz.

− Co się stało, to się nie odstanie − rzekł Cyrus Smith. − Zastanówmy się lepiej, jak sobie z tym poradzić.

Taka oto szybka wymiana zdań nastąpiła pomiędzy Cyrusem Smithem i jego towarzyszami. Nie było wątpliwości, że zwierzęta przedostały się przez mostek i znalazły drogę na wybrzeże. Mogły też wspiąć się lewym brzegiem Rzeki Dziękczynienia i dotrzeć aż na Płaskowyż Rozległego Widoku. Trzeba było je wyprzedzić i w razie potrzeby pokonać.

− Cóż to za zwierzęta? − spytał ktoś po raz kolejny, w chwili gdy szczekanie stało się głośniejsze.

Ujadanie sprawiło, że Harbertowi, który przypomniał sobie, że słyszał je już kiedyś, podczas pierwszej wizyty u źródeł Czerwonego Potoku, ciarki przebiegły po plecach.

− To lisy! − rzekł.

− Ruszajmy! − zawołał marynarz.

Uzbroiwszy się w siekiery, karabiny i rewolwery, rzucili się do kosza windy i zjechali na sam dół.

Lisy stają się bardzo niebezpiecznymi zwierzętami, gdy pojawiają się całą gromadą i gdy są wygłodniałe. Mimo to koloniści bez wahania rzucili się w sam środek stada i pierwsze błyskające w ciemnościach strzały z rewolwerów sprawiły, że najbliższy szereg napastników cofnął się.

Najważniejszą sprawą było uniemożliwienie rozbójnikom przedostania się na Płaskowyż Rozległego Widoku, gdyż pola uprawne i ptaszarnia znalazłyby się wtedy w ich łapach, a szkody mogłyby okazać się olbrzymie, wręcz nieodwracalne, szczególnie jeśli chodzi o pole ze zbożem. Ponieważ jednak na płaskowyż można było się dostać jedynie od strony lewego brzegu Rzeki Dziękczynienia, wystarczyło zatarasować lisom przejście po tym wąskim pasie linii brzegowej między rzeką i granitową ścianą.

Nikt nie miał co do tego wątpliwości i wszyscy, na rozkaz Cyrusa Smith, ruszyli w stronę miejsca przez niego wskazanego, gdy tymczasem lisy skakały w ciemnościach.

Cyrus Smith, Gedeon Spilett, Harbert, Pencroff i Nab ustawili się, tworząc zaporę nie do przejścia. Top, z rozwartym groźnie pyskiem, stał w pierwszym szeregu, tuż za nim ustawił się Jup, uzbrojony w sękatą pałkę, którą wywijał niczym maczugą.

Noc była wyjątkowo ciemna. Jedynie w świetle wystrzałów dało się dostrzec migających napastników, których musiała być przynajmniej setka, a ich oczy błyszczały niczym rozżarzone węgliki.

− Nie możemy pozwolić im przejść! − zawołał Pencroff.

− Nie przejdą − odparł inżynier.

Istotnie nie przeszły, lecz to nie znaczyło, że nie próbowały. Ostatnie szeregi popychały zwierzęta stojące na przedzie, a walka z użyciem rewolwerów i siekier trwała dość długo. Zwłoki lisów gęsto słały się na ziemi, lecz zgraja zdawała się być nadal równie liczna, można było wręcz sądzić, że kolejne zwierzęta wciąż nadciągały od strony mostku.

Wkrótce koloniści musieli przejść do walki wręcz, nie obyło się też bez kilku ran, na szczęście lekkich. Harbert strzałem z rewolweru ocalił Naba, któremu jeden z lisów wskoczył na plecy niczym dziki tygrys. Top bił się z prawdziwą wściekłością, skacząc do gardła lisom i zagryzając je natychmiast. Jup, uzbrojony w pałkę, walił nią na oślep i żadną siłą nie dało się go zmusić do trzymania się w bezpiecznej odległości. Obdarzony wzrokiem pozwalającym przenikać panujące ciemności, zawsze znajdował się w centrum walki, wydając od czasu do czasu przenikliwy gwizd, który był u niego wyrazem szczególnej radości. W pewnej chwili zapuścił się nawet tak daleko, że w świetle wystrzału zobaczyli go otoczonego przez pięć czy sześć wielkich lisów, z którymi radził sobie z wyjątkowym opanowaniem.

Mimo wszystko walka zakończyła się zwycięstwem kolonistów, lecz dopiero po dwóch długich godzinach. Zapewne to pierwszy brzask przepłoszył napastników. Lisy wycofały się na północ przez mostek, który Nab natychmiast za nimi podniósł.

Gdy zrobiło się już dość jasno, żeby obejrzeć pole bitwy, osadnicy doliczyli się pięćdziesięciu martwych zwierząt leżących na wybrzeżu.

− A Jup? − zawołał Pencroff. − Gdzie jest Jup?

Jup zniknął. Nab wołał go, lecz po raz pierwszy Jup nie odpowiedział na apel przyjaciela.

Wszyscy ruszyli na poszukiwanie małpy, myśląc ze strachem, że mogła zginąć. Oczyścili teren z padliny i na poplamionym krwią śniegu odnaleźli wreszcie Jupa. Leżał pod stertą martwych lisów, których pokruszone szczęki i przetrącone grzbiety świadczyły o zetknięciu się ze straszliwą pałką dzielnej małpy. Nieszczęsny Jup trzymał jeszcze w łapie kikut swojej złamanej maczugi; gdy utracił narzędzie walki, lisy, mające nad nim liczebną przewagę, powaliły go, zadając mu głębokie rany w pierś.

− Wciąż żyje! − zawołał Nab, nachyliwszy się nad zwierzęciem.

− Uratujemy go − zapewnił marynarz. − Będziemy go pielęgnować, jakby był jednym z nas.

Zdawało się, że Jup zrozumiał jego słowa, ponieważ oparł głowę na ramieniu Pencroffa, jakby chcąc mu podziękować. Marynarz sam był ranny, lecz nieznacznie. Również obrażenia jego towarzyszy były powierzchowne, gdyż dzięki broni palnej mogli trzymać napastników w odpowiedniej odległości. Tak więc jedynie stan orangutana był naprawdę poważny.

Nab i Pencroff nieśli Jupa aż do windy, a z jego pyska wydobywały się tylko ciche jęki. Przewieziono go ostrożnie do Granitowego Pałacu. Ułożyli zwierzę na materacu wyjętym z jednego z posłań i bardzo starannie obmyli mu rany. Wyglądało na to, że orangutan nie doznał bardzo poważnych obrażeń, choć utrata krwi i rosnąca gorączka bardzo go osłabiły.

Po opatrzeniu ran położono go zatem do łóżka i narzucono surową dietę, „wszystko jak u prawdziwego człowieka”, jak stwierdził Nab, przygotowując mu porcję odżywczego naparu, do którego składników dostarczyła ziołowa apteczka znajdująca się w Granitowym Pałacu.

Jup zasnął. Z początku rzucał się niespokojnie, lecz wkrótce jego oddech stał się bardziej regularny, więc pozwolono mu odpoczywać w spokoju. Od czasu do czasu Top przychodził, można by rzec „na palcach”, odwiedzić swojego przyjaciela; zdawało się, że aprobuje wszystkie zabiegi, jakie wobec niego stosowano. Łapa Jupa zwisała z materaca, a Top lizał ją z bardzo zasmuconą miną.

Jeszcze tego samego ranka zakopali głęboko wszystkie lisie zwłoki, które zaciągnęli aż do Lasów Dalekiego Zachodu.

Atak, który mógł mieć niezwykle poważne skutki, był nauczką dla kolonistów. Nie kładli się teraz spać dopóki jeden z nich się nie upewnił, że wszystkie mostki zostały podniesione i nie istnieje obawa jakiejkolwiek napaści.

Tymczasem Jup, o którego życie obawiali się przez kilka dni, dzielnie walczył z chorobą. Mocny organizm zwyciężył, gorączka powoli opadała, i Gedeon Spilett, który znał się trochę na medycynie, uznał, że zwierzę wkrótce wróci do zdrowia. 16 sierpnia Jup zaczął jeść. Nab przygotowywał dla niego pyszne słodkie potrawy, które chory degustował z rozkoszą, bo jeśli miał jakąś słabostkę, to chyba tylko tę, że był łakomczuchem, a Nab nie robił nic, żeby go wyleczyć z tej przywary.

− Cóż pan chce? − mówił do Gedeona Spiletta, który czasami karcił go za takie rozpuszczanie zwierzęcia. − Przecież biedny Jup nie ma innych przyjemności, a ja nie umiem mu się inaczej odwdzięczyć za wszystkie jego przysługi!

Dziesięć dni później, 21 sierpnia, Jup wstał z łóżka. Rany zabliźniły się i widać było, że zwierzę szybko odzyska swoją zwykłą zwinność i żywotność. Jak wszystkich rekonwalescentów, opanował go wilczy głód, a reporter pozwalał mu jeść do woli, wierząc w instynkt zwierzęcia, którego czasami brakuje istotom rozumnym, i który z pewnością powstrzyma orangutana od przejedzenia. Nab był zachwycony, widząc jak jego uczniowi powraca apetyt.

− Jedz − mówił − jedz, mój Jupie, nie żałuj sobie! Przelałeś za nas krew, a w ten sposób pomagam ci ją odzyskać, to jedyne, co mogę dla ciebie zrobić!

Wreszcie 25 sierpnia usłyszeli głos Naba, nawołuuącego towarzyszy.

− Panie Cyrusie, panie Gedeonie, panie Harbercie, Pencroffie! Chodźcie tutaj!

Zaalarmowani tym wołaniem osadnicy, którzy siedzieli akurat w salonie, wstali i przybiegli do pokoju zarezerwowanego na czas choroby dla Jupa.

− Co się stało? − spytał reporter.

− Zobaczcie! − odparł Nab, śmiejąc się w głos.

I co ujrzeli? Imć pana Jupa, siedzącego na progu Granitowego Pałacu ze skrzyżowanymi po turecku nogami i palącego fajkę ze spokojną i poważną miną.

− Moja fajka! − zawołał Pencroff. − Zabrał moją fajkę! Poczciwy Jupie, daję ci ją w prezencie! Pal sobie, przyjacielu!

Jup wypuszczał z powagą gęste obłoki dymu, co najwyraźniej sprawiało mu wielką przyjemność.

Cyrus Smith nie sprawiał wrażenia nadmiernie zdziwionego tym wydarzeniem i zacytował kilka przykładów oswojonych małp, które na co dzień używały tytoniu.

Począwszy od tego dnia, Jup miał własną fajkę, którą powieszono u niego w pokoju razem z odpowiednim zapasem tytoniu. Nabijał ją sam, zapalał od rozżarzonego węgielka i wyglądał wtedy na najszczęśliwszego z człekokształtnych. Nietrudno sobie wyobrazić, że ta zbieżność gustów Jupa i Pencroffa jedynie zacieśniła przyjaźń łączącą dzielną małpę i poczciwego marynarza.

− Może on jest człowiekiem? − mawiał czasami Pencroff do Naba. − Zdziwiłbyś się, gdyby któregoś dnia przemówił do nas ludzkim głosem?

− Prawdę mówiąc, nie − odpowiadał Nab. − Dziwi mnie raczej fakt, że do tej pory tego nie uczynił!

− Ubawiłbym się mimo wszystko − ciągnął marynarz − gdyby pewnego pięknego dnia powiedział do mnie: „A gdybyśmy się tak zamienili fajkami, Pencroffie?”.

− Tak − odpowiadał Nab. − Jakie to nieszczęście, że jest od urodzenia niemową!

We wrześniu skończyła się zima i z wielką gorliwością powrócono do przerwanych prac.

Budowa statku posuwała się szybko naprzód. Był już całkowicie obity deskami z zewnątrz i wykańczano go wewnątrz, łącząc poszczególne części kadłuba z wręgami, które naginano, nagrzewając je w parze wodnej, aby idealnie pasowały do modelu.

Ponieważ drewna nie brakowało, Pencroff zaproponował inżynierowi, żeby wzmocnić kadłub od środka wodoszczelnymi potnicami9, co mogło zapewnić większą wytrzymałość statku.

Cyrus Smith, nie wiedząc, jakie niespodzianki rezerwuje im przyszłość, zgodził się na pomysł marynarza, żeby uczynić statek jak najbardziej wytrzymałym.

Potnice i pokład statku zostały całkowicie ukończone około 15 września. Chcąc uszczelnić wszystkie łączenia, wykonano pakuły z suchej trawy morskiej, a następnie poupychano je, pobijając drewnianym młotkiem, między deskami poszycia stateczku, potnicami i pokładem; następnie łączenia te zalano wrzącą smołą, której dostarczyły w potrzebnej ilości sosny z lasu.

Wyposażenie łodzi było bardzo skromne. Przede wszystkim została obciążona balastem, który stanowiły kawałki granitu o łącznej wadze dwunastu tysięcy funtów, zalanym zaprawą murarską. Ponad tym balastem ułożono górny pokład, natomiast wnętrze podzielono na dwa pomieszczenia, wzdłuż których ciągnęły się dwie ławy służące za kufry. Pięta masztu podtrzymywała równocześnie ściankę dzielącą dwie kajuty, do których wchodziło się z pokładu przez dwa luki, zaopatrzone w klapy.

Pencroff bez trudu znalazł odpowiednie drzewo na maszt. Wybrał młody, prosty świerk, pozbawiony sęków, który wystarczyło ociosać, dopasowując go do otworu w pokładzie, w który miał być włożony, i zaokrąglić na czubku. Okucia masztu, steru i kadłuba zostały wyprodukowane w kuźni urządzonej w Kominach. Były być może prymitywne, ale za to solidne. Wreszcie, w pierwszym tygodniu października wszystko było gotowe: reje, stenga, bom, rozprza żagli i pióro steru. Ustalono, że statek zostanie sprawdzony podczas rejsu dookoła wyspy, co pozwoli się przekonać, jak zachowuje się na wodzie i do jakiego stopnia można na nim polegać.

W tym czasie nie zaniechano jednak codziennych prac. Zagroda została przebudowana, gdyż stado muflonów i kóz powiększyło się o młode, które trzeba było wyżywić i zapewnić im schronienie. Koloniści odwiedzili również łowisko ostryg, królikarnię i złoża węgla kamiennego i rudy żelaza, a także kilka niezbadanych do tej pory partii Lasów Dalekiego Zachodu, które okazały się nadzwyczaj obfite w zwierzynę.

Odkryli także kilka nowych roślin, a chociaż nie nadawały się one do natychmiastowego spożycia, to mimo wszystko zasiliły zapasy Granitowego Pałacu. Były to gatunki przypołudników. Niektóre z nich przypominały gatunki rosnące na Przylądku Dobrej Nadziei, o mięsistych, jadalnych liściach, inne produkowały ziarna zawierające mączystą substancję.

10 października statek został zwodowany. Pencroff promieniał. Operacja udała się wspaniale. Wcześniej łódź, w pełni osprzętowana, została przetoczona na balach na brzeg morza, skąd zabrała ją fala przypływu. Wszyscy klaskali, a najgłośniej Pencroff, który przy tej okazji nie wykazał się specjalną skromnością. Jego poczucie dumy miało się utrzymać długo, gdyż po zbudowaniu statku objął jego dowodzenie i jednomyślnie nadano mu stopień kapitana.

Żeby zadośćuczynić kapitanowi Pencroffowi, trzeba było nadać stateczkowi nazwę. Po długich dyskusjach, wielu propozycjach i głosowaniu największe poparcie zdobyła nazwa „Bonadventure”10 − imię, jakie poczciwy marynarz otrzymał na chrzcie.

Gdy tylko „Bonadventure” uniosła fala przypływu, widać było, że statek trzyma się wspaniale na wodzie i że będzie się doskonale spisywał przy wszystkich rodzajach manewrów.

Poza tym jeszcze tego samego dnia zamierzali wykonać próbę podczas wyprawy na pełne morze. Pogoda dopisywała, wiał lekki wietrzyk, morze nadawało się idealnie do żeglugi, szczególnie wzdłuż południowego wybrzeża, gdyż już od godziny wiał wiatr z północnego zachodu.

− Na pokład! Na pokład! − wołał kapitan Pencroff. Przed odbiciem od brzegu trzeba było jeszcze zjeść śniadanie, a nawet zabrać z sobą na pokład trochę żywności, na wypadek gdyby wyprawa przedłużyła się aż do wieczora.

Cyrusowi Smithowi spieszno było wypróbować łódź, którą sam zaprojektował, chociaż za poradą marynarza w wielu punktach zmodyfikował swoje projekty. Nie ufał jednak łodzi aż tak bardzo jak Pencroff, a ponieważ ten nie wspominał już więcej o wyprawie na wyspę Tabor, inżynier łudził się, że 

marynarz zrezygnował ze swojego pomysłu. Cyrus Smith patrzyłby bowiem niechętnie, jak kilku jego towarzyszy wypływa tak daleko na tej właściwie bardzo małej łodzi, o wyporności nie większej niż piętnaście ton.

O wpół do jedenastej wszyscy stawili się na pokładzie, nawet Jup i Top. Nab i Harbert podnieśli kotwicę wbitą w piasek w pobliżu ujścia Rzeki Dziękczynienia, wciągnięto gaflowy grot, bandera linkolnijska powiewała na szczycie masztu, i „Bonadventure”, sterowany przez Pencroffa, wypłynął na pełne morze.

Żeby wypłynąć z Zatoki Unii, trzeba było najpierw płynąć z pełnym wiatrem w plecy. Dzięki temu dało się stwierdzić, że przy takim kursie prędkość statku jest zupełnie zadowalająca.

Minąwszy Cypel Skrzyni i Przylądek Pazura, Pencroff musiał płynąć ostro na wiatr, żeby posuwać się wzdłuż południowego wybrzeża wyspy, i po kilkakrotnej zmianie kursu mógł się przekonać, że „Bonadventure” może płynąć swobodnie na pięć rumbów do wiatru oraz że nie daje się znosić. Bardzo dobrze zachowywał się przy zwrocie przez sztag i miał „zryw”, jak mówią marynarze, gdyż przy zwrocie nawet zyskiwał na prędkości11.

Pasażerowie „Bonadventure” byli naprawdę zachwyceni. Mieli teraz dobry statek, który w razie potrzeby mógł im oddać niejedną przysługę, a przy pięknej pogodzie i dobrym wietrze wycieczka była naprawdę przeurocza.

Pencroff skierował się na pełne morze, jakieś trzy czy cztery mile od brzegu, będąc na trawersie12 Portu Balonu. Wyspa ukazała się oczom wszystkich w całej swej okazałości i w zupełnie nowym świetle: różnorodny krajobraz wybrzeża od Przylądka Pazura po Cypel Gada, na pierwszym planie lasy iglaste, odcinające się na tle młodych jeszcze pąków innych drzew, i Góra Franklina z białymi połaciami śniegu na szczycie, dominująca nad całością.

− Ależ tu pięknie! − zawołał Harbert.

− Tak, nasza wyspa jest piękna i dobra − zgodził się Pencroff. − Kocham ją, jak kochałem moją biedną matkę! Przyjęła nas, gdy brakowało nam wszystkiego. A dziś, czy jest coś, czego brakuje jej pięciorgu dzieciom, które spadły na nią z nieba?

− Niczego! − odparł Nab. − Niczego, kapitanie!

Obaj mężczyźni wydali trzykrotny okrzyk „Hurra!” na cześć ich wyspy.

Tymczasem Gedeon Spilett, oparty o stopę masztu, szkicował krajobraz rozciągający się przed jego oczami.

Cyrus Smith patrzył, nic nie mówiąc.

− No i jak, panie Cyrusie? − spytał Pencroff. − Co pan powie na nasz statek?

− Wygląda na to, że dobrze się spisuje − odparł inżynier.

− Świetnie! Czy sądzi pan teraz, że mógłby wypłynąć w jakąś dłuższą podróż?

− Jaką podróż, Pencroffie?

− Na przykład na wyspę Tabor?

− Przyjacielu − odparł Cyrus Smith − myślę, że w razie potrzeby moglibyśmy bez wahania zawierzyć „Bonadventure”, nawet gdyby chodziło o dłuższy rejs, ale jak pan wie, nie bez żalu patrzyłbym na pana odpływającego w stronę wyspy Tabor, skoro nic nas nie zmusza do tej wyprawy.

− Dobrze jest poznać swoich sąsiadów − argumentował Pencroff, który wciąż obstawał przy swoim pomyśle. − Wyspa Tabor jest naszą sąsiadką, a do tego jedyną! Uprzejmość wymaga, byśmy się tam udali, przynajmniej z jedną wizytą.

− Do diabła! − rzekł Gedeon Spilett. − Nasz przyjaciel Pencroff dał się ponieść konwenansom!

− Nie dałem się niczemu ponieść − obruszył się marynarz, którego uraził nieco sprzeciw inżyniera, choć ten nie zamierzał zrobić mu przykrości.

− Proszę pomyśleć, Pencroffie − rzekł Cyrus Smith − sam nie może pan popłynąć na wyspę Tabor.

− Wystarczy mi jeden towarzysz.

− Niech tak będzie − odparł inżynier. − A zatem chce pan pozbawić kolonię Wyspy Lincolna dwóch z pięciu mieszkańców?

− Z sześciu! − przypomniał Pencroff. − Zapomina pan o Jupie!

− Z siedmiu! − dodał Nab. − Top też się liczy!

− Bez obawy, panie Cyrusie − ciągnął Pencroff.

− To możliwe, Pencroffie, ale powtarzam, że to narażanie się bez potrzeby!

Uparty marynarz nic nie odpowiedział i poniechał dalszej rozmowy, bardzo zdecydowany podjąć temat przy innej okazji. Nie spodziewał się jednak, że pewien incydent przyjdzie mu z pomocą i zmieni w akt humanitaryzmu to, co było jedynie niezbyt uzasadnionym kaprysem.

„Bonadventure” podpłynął do brzegu i skierował się w stronę Portu Balonu. Należało sprawdzić przejście między ławicami piasku i rafami, żeby móc w razie potrzeby pozakładać pławy, skoro niewielka zatoczka miała być portem macierzystym statku.

Znajdowali się już nie dalej niż pół mili od brzegu i trzeba było zręcznie halsować, żeby płynąć pod wiatr. „Bonadventure” płynął z niewielką prędkością, gdyż wiatr, powstrzymywany przez wysoki brzeg, nie wypełniał prawie żagli, a morze o powierzchni gładkiej jak szyba marszczyło się niemal niedostrzegalnie tylko wtedy, gdy po jego powierzchni przebiegały fale.

Harbert stał na dziobie, żeby wskazywać drogę pomiędzy skałami. Nagle zawołał:

− Ostrzej do wiatru! Pencroffie, ostrzej do wiatru!

− Co się dzieje? − spytał marynarz, podnosząc się. − Jakaś skała?

− Nie… czekaj − powiedział Harbert. − Nie widzę dobrze… steruj jeszcze ostrzej do wiatru… dobrze… podpłyń bliżej…

Mówiąc to, Harbert wychylił się za burtę i zanurzył rękę w wodzie, po czym wyciągnął ją i zawołał:

− Butelka!

Istotnie trzymał w ręku zamkniętą butelkę, która dryfowała w odległości kilku kabli od brzegu.

Cyrus Smith wziął od niego butelkę, odkorkował ją, nie mówiąc ani słowa, i wyjął ze środka wilgotną kartkę, na której widniały te słowa:

Rozbitek… wyspa Tabor: 153 stopnie długości zachodniej 37 stopni 11 minut szerokości południowej.

Rozdział XIII

Decyzja o podróży • Hipotezy • Przygotowania • Trzech pasażerów • Pierwsza noc • Druga noc • Wyspa Tabor

• Poszukiwania na wybrzeżu • Poszukiwania w lesie • Nikogo nie ma • Zwierzęta

• Rośliny • Chatka • Pusto

Rozbitek! − zawołał Pencroff. − Porzucony kilkaset mil stąd, na wyspie Tabor! Ach, panie Cyrusie, teraz chyba nie będzie się pan sprzeciwiał mojej podróży?

− Nie, Pencroffie − odparł Cyrus Smith. − Musi pan wypłynąć jak najszybciej.

− Choćby jutro?

− Choćby jutro.

Inżynier trzymał w ręce papier, który wyciągnął z butelki. Przyglądał mu się uważnie przez kilka chwil, wreszcie ponownie zabrał głos:

− Sądząc już z samej formy tego dokumentu, przyjaciele, możemy stwierdzić, co następuje: po pierwsze, że rozbitek z wyspy Tabor jest człowiekiem obeznanym z żeglarstwem, ponieważ podaje szerokość i długość geograficzną wyspy, zgodne z tym, co sami znaleźliśmy w atlasie, z dokładnością do jednej minuty. Po drugie, jest Anglikiem lub Amerykaninem, ponieważ wiadomość napisana jest po angielsku.

− To całkiem logiczne − odparł Gedeon Spilett. − W dodatku obecność tego rozbitka wyjaśniałaby pojawienie się skrzyni ze sprzętem na wybrzeżu naszej wyspy. Jakiś statek musiał zatonąć, skoro jest rozbitek. Ktokolwiek to jest, ma szczęście, że Pencroff wpadł na pomysł zbudowania statku i wypróbowania go właśnie dzisiaj, gdyż butelka w każdej chwili mogła się przecież stłuc o skały.

− Rzeczywiście − rzekł Harbert − to szczęśliwy zbieg okoliczności, że „Bonadventure” przepływał tędy akurat wtedy, gdy butelka jeszcze się unosiła na wodzie!

− Czy to nie wydaje się panu dziwne? − spytał Cyrus Smith Pencroffa.

− Wydaje mi się to wielce szczęśliwe, to wszystko − odparł marynarz. − Co pan w tym widzi nadzwyczajnego, panie Cyrusie? Butelka w końcu musiała gdzieś dopłynąć, równie dobrze tutaj, jak i gdzie indziej.

− Może ma pan rację, Pencroffie − odparł inżynier − a mimo to…

− W końcu − zauważył Harbert − czy nie mamy jakiegoś dowodu na to, że butelka od dawna unosi się na falach?

− Żadnego − odparł Gedeon Spilett. − Wiadomość też wygląda, jakby została napisana stosunkowo niedawno. Co pan na ten temat sądzi, Cyrusie?

− To trudno sprawdzić, zresztą wkrótce się dowiemy! − rzekł Cyrus Smith.

W czasie tej rozmowy Pencroff nie siedział bezczynnie. Dokonał zwrotu i „Bonadventure” pod wszystkimi żaglami popłynął szybko w stronę Przylądka Pazura. Każdy rozmyślał o rozbitku z wyspy Tabor. Było to doniosłe wydarzenie w życiu kolonistów! Czy zdążą go jeszcze ocalić? Sami kiedyś byli rozbitkami, istniała jednak obawa, że komuś innemu nie poszczęści się tak jak im. Musieli więc ruszyć mu na pomoc.

Opłynięto Przylądek Pazura i około godziny czwartej „Bonadventure” zakotwiczył u ujścia Rzeki Dziękczynienia.

Jeszcze tego samego wieczora ustalono szczegóły ekspedycji. Mieliby w niej wziąć udział Harbert i Pencroff, bo tylko oni znali się na manewrowaniu statkiem. Jeśli wyruszą nazajutrz, 11 października, zdołają dotrzeć do celu 13 października w ciągu dnia, gdyż przy aktualnym kierunku wiatru wystarczyło czterdzieści osiem godzin, żeby pokonać odległość stu pięćdziesięciu mil. Spędzą na wyspie jeden dzień, trzy lub cztery kolejne zajmie im droga powrotna, można więc zakładać, że siedemnastego znajdą się ponownie u wybrzeży Wyspy Lincolna. Pogoda dopisywała, barometr szedł w górę bez większych wahań, wiatr się ustalił, wszystko więc układało się po myśli tych odważnych ludzi, których humanitarny uczynek miał skierować daleko od ich wyspy.

Ustalono zatem, że Cyrus Smith, Nab i Gedeon Spilett zostaną w Granitowym Pałacu. Gedeon Spilett jednak, który nigdy nie zapominał o swoim zawodzie reportera „New York Heralda”, zaprotestował głośno, twierdząc, że prędzej popłynie wpław, niż przepuści taką okazję. Pozwolono mu zatem wziąć udział w wyprawie.

Wieczór spędzili na wyposażaniu „Bonadventure” w posłania, narzędzia, broń, amunicję, kompas oraz zapasy pożywienia na czas około jednego tygodnia. Po ukończeniu załadunku koloniści wrócili do Granitowego Pałacu.

Nazajutrz o piątej rano pożegnali się − nie obeszło się przy tym bez wzruszeń z obu stron − i statek, złapawszy wiatr w żagle, ruszył w stronę Przylądka Pazura, który musiał opłynąć, żeby następnie skierować się prosto na południowy zachód.

„Bonadventure” był już ćwierć mili od brzegu, gdy pasażerowie dostrzegli na wysokości Granitowego Pałacu dwie postacie, które machały do nich na pożegnanie. Byli to Cyrus Smith i Nab.

− Drodzy przyjaciele! − zawołał Gedeon Spilett. − To nasza pierwsza rozłąka od piętnastu miesięcy!

Pencroff, reporter i Harbert ostatni raz pożegnali się z Granitowym Pałacem, który wkrótce zniknął za wysokimi skałami przylądka.

Przez pierwszych kilka godzin pasażerowie „Bonadventure” widzieli południowe wybrzeże Wyspy Lincolna, która wkrótce zaczęła przypominać zielony koszyk, z którego wystawała Góra Franklina. Odległość zniwelowała wzniesienia, lecz wyspa nie zachęcała swym wyglądem do lądowania u jej brzegów.

Około pierwszej po południu minęli Cypel Gada w odległości dziesięciu mil od lądu. Z tej odległości już bardzo niewyraźnie rysowała się linia zachodniego wybrzeża, które ciągnęło się aż po zbocza Góry Franklina. Trzy godziny później cała Wyspa Lincolna zniknęła za horyzontem.

„Bonadventure” prowadził się doskonale. Z łatwością wspinał się na fale i szybko posuwał naprzód. Pencroff wciągnął topsel13i płynął pod pełnymi żaglami po linii prostej, w kierunku wskazywanym przez kompas.

Od czasu do czasu Harbert zmieniał go przy sterze, a ręka młodzieńca była tak pewna, że marynarz nie mógł mu zarzucić zbyt ostrych manewrów.

Gedeon Spilett rozmawiał raz z jednym, raz z drugim, a w razie potrzeby pomagał przy żaglach. Kapitan Pencroff był bardzo zadowolony ze swej załogi i wciąż powtarzał, że będzie trzeba ją wynagrodzić, dając „jedną kwartę wina dla wachty każdej burty”14!

Wieczorem rogal księżyca, który dopiero szesnastego miał wejść w pierwszą kwartę, zarysował się na niebie i wkrótce zgasł. Noc był ciemna, lecz rozgwieżdżona, kolejny dzień zapowiadał się więc pięknie.

Pencroff z ostrożności opuścił topsel, nie chcąc narażać go na silny podmuch wiatru, który mógłby zerwać żagiel ustawiony przy szczycie masztu. Być może była to przesadna ostrożność, wziąwszy pod uwagę tak spokojną noc, lecz Pencroff był rozważnym marynarzem i nie można było go za to ganić.

Reporter spał przez część nocy. Pencroff i Harbert zmieniali się co dwie godziny przy sterze. Marynarz ufał Harbertowi jak sobie samemu, a zaufanie to usprawiedliwiały opanowanie i rozwaga młodzieńca. Pencroff podawał mu kursy niczym dowódca swojemu sternikowi, a Harbert nie pozwalał, żeby „Bonadventure” zboczył z obranej drogi.

Noc minęła spokojnie, tak samo jak dzień 12 października. Utrzymywali ściśle kurs na południowy zachód i o ile tylko „Bonadventure” nie zostanie zniesiony przez jakiś nieznany prąd morski, powinni wylądować dokładnie na wyspie Tabor.

W czasie tego rejsu otaczające ich morze było zupełnie puste. Od czasu do czasu duży ptak, albatros lub fregata, mijał ich w odległości strzału i Gedeon Spilett zastanawiał się, czy nie jest to przypadkiem jeden z tych potężnych powietrznych żeglarzy, któremu powierzył swój ostatni artykuł do „New York Heralda”. Ptaki były jedynymi istotami, które napotkali w tej części oceanu pomiędzy wyspą Tabor i Wyspą Lincolna.

− Przecież trwa teraz okres połowu wielorybów i statki wielorybnicze kierują się w stronę południowej części Pacyfiku − zauważył Harbert. − Doprawdy, wydaje mi się, że chyba nie istnieje bardziej bezludne morze niż to!

− Ależ ono wcale nie jest takie bezludne! − odpowiedział Pencroff.

− Co pan przez to rozumie? − spytał reporter.

− My tu jesteśmy! Czy traktuje pan nasz statek jak jakiś wrak, a nas jak morświny? − Pencroff zaśmiał się ze swojego dowcipu.

Od chwili opuszczenia Wyspy Lincolna do wieczora, czyli w ciągu trzydziestu sześciu godzin, „Bonadventure” pokonał, jak szacowali, odległość stu dwudziestu mil, z czego wynikało, że osiągnęli prędkość trzech i jednej trzeciej mili na godzinę. Wiał słaby wiaterek z tendencją do słabnięcia. Mimo to mieli nadzieję, że następnego dnia o świcie, o ile ich obliczenia były poprawne i jeżeli utrzymali dobry kierunek, zobaczą wyspę Tabor.

Dlatego też ani Gedeon Spilett, ani Harbert, ani Pencroff nie spali w nocy z 12 na 13 października. W oczekiwaniu na następny dzień nie mogli ukryć żywych emocji. Wyprawa, której się podjęli, miała tyle znaków zapytania! Czy znajdowali się już w pobliżu wyspy Tabor? Czy rozbitek, któremu przybywali z pomocą, wciąż na niej przebywał? Kim był ten człowiek? Czy jego obecność nie wniesie niepokoju do małej kolonii, tak bardzo do tej pory zjednoczonej? Czy zresztą rozbitek zgodzi się na zmianę jednego więzienia na drugie? Na wszystkie te pytania mieli nadzieję znaleźć odpowiedź następnego dnia, dlatego nie mogli zasnąć. O pierwszym brzasku wbili wzrok w horyzont na zachodzie.

− Ziemia! − zawołał Pencroff około szóstej rano.

A ponieważ było nie do pomyślenia, żeby Pencroff się mylił, wkrótce ziemia istotnie ukazała się ich oczom.

Trudno sobie wyobrazić radość małej załogi „Bonadventure”! Za kilka godzin staną na brzegu!

Niski brzeg wyspy Tabor, ledwo wynurzający się spośród fal, znajdował się w odległości nie większej niż piętnaście mil. Dziób „Bonadventure” skierowany na południową część wyspy otrzymał teraz kurs na wprost. W miarę jak słońce wznosiło się w górę na wschodzie, załoga statku dostrzegła kilka sterczących tu i ówdzie szczytów.

− Ta wyspa jest znacznie mniejsza od Wyspy Lincolna − zauważył Harbert − i prawdopodobnie, podobnie jak ona, również powstała na skutek jakiegoś podmorskiego wstrząsu.

O jedenastej przed południem „Bonadventure” znajdował się już tylko dwie mile od brzegu i Pencroff, szukając przejścia, przez które mógłby dopłynąć do brzegu, nawigował bardzo ostrożnie po nieznanych wodach.

Obejmowali teraz wzrokiem całą wysepkę, na której rysowała się kępa zielonych drzew gumowych oraz kilka innych wysokich drzew, przypominających te rosnące na Wyspie Lincolna. Było jednak zadziwiające, że nie widać było smużki dymu, która wskazywałaby na to, że wyspa jest zamieszkana przez człowieka, a na wybrzeżu również nie pozostawiono żadnego znaku!

Mimo to dokument mówił wyraźnie: musiał tu być rozbitek oczekujący pomocy!

Tymczasem „Bonadventure” zapuścił się w wąskie, wijące się kapryśnie przesmyki między rafami, pod czujnym okiem Pencroffa, który bacznie obserwował wszystkie zakręty. Harbert stanął przy sterze, a marynarz ustawił się na dziobie i przyglądał wodzie, gotów w każdej chwili ściągnąć żagiel, którego fał trzymał w dłoni. Gedeon Spilett przez lunetę obserwował wybrzeże, niczego jednak nie zauważył.

Wreszcie, mniej więcej około południa dziobnica „Bonadventure” dotknęła piaszczystego wybrzeża. Rzucono kotwicę, ściągnięto żagle, a załoga małego stateczku zeszła na ląd.

Nie było wątpliwości co do tego, że znaleźli się na wyspie Tabor, ponieważ według najnowszych map w tej części Pacyfiku, pomiędzy Nową Zelandią i wybrzeżem amerykańskim, nie było żadnej innej wyspy.

Stateczek solidnie przycumowano, żeby odpływ nie zdołał go zabrać; następnie Pencroff i jego dwaj towarzysze, odpowiednio uzbrojeni, wspięli się po wybrzeżu, zmierzając w stronę swego rodzaju stożka, wysokiego na dwieście pięćdziesiąt do trzystu stóp, położonego w odległości pół mili.

− Ze szczytu tego wzgórza − powiedział Gedeon Spilett − z pewnością uda nam się obejrzeć całą wyspę, co znacznie ułatwi poszukiwania.

− Zrobimy zatem to samo, co pan Cyrus na Wyspie Lincolna, gdy wspiął się na Górę Franklina − stwierdził Harbert.

− Właśnie − rzekł reporter. − To najlepsze, co można zrobić.

Tak rozmawiając, członkowie wyprawy szli skrajem równiny, która kończyła się dokładnie u stóp stożka. Chmary gołębi skalnych i morskich jaskółek, podobnych do tych z Wyspy Lincolna, latały nad nimi. W pobliżu lasu ciągnącego się wzdłuż lewego krańca łąki usłyszeli szelest w krzakach i zauważyli, że 

trawy poruszają się, co świadczyłoby o obecności płochliwych zwierząt; wciąż jednak nic nie wskazywało na to, że wyspa jest zamieszkana.

Dotarłszy do stóp stożka, Pencroff, Harbert i Gedeon Spilett szybko wspięli się na niego i przebiegli wzrokiem różne punkty na horyzoncie.

Rzeczywiście znajdowali się na wysepce, mającej nie więcej niż sześć mil obwodu. Jej linia brzegowa, niezbyt obfitująca w przylądki i cypelki, której nie rzeźbiły ani zatoki, ani małe zatoczki, miała formę wydłużonego owalu. Wokoło, aż po horyzont, rozciągało się całkiem puste morze. Nigdzie nie było widać żadnego lądu ani też żagla!