Tajemnicza sprawa panny Foster - Kasey Michaels - ebook
Opis

Cooper Townsend jest znanym w całej Anglii bohaterem wojennym. Ilekroć pojawi się w Londynie, matrony i debiutantki nie odstępują go na krok. Sławę zawdzięcza anonimowym, drukowanym w prasie opowiadaniom, które opisują jego szlachetne czyny. Po lekturze jednego z nich do Coopera zgłasza się panna Daniella Foster z prośbą o pomoc szantażowanej siostrze. Townsend jest oczarowany Daniellą, która jako jedyna kobieta nie adoruje go ani nie próbuje uwieść. Zgadza się jej pomóc i za wszelką cenę schwytać szantażystę. Wkrótce jednak sam otrzymuje list z pogróżkami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kasey Michaels

Tajemnicza sprawa panny Foster

Tłumaczenie:

PROLOG

Cooper Townsend stał przy wysokiej toaletce i patrzył na swoje odbicie w lustrze. Jego zielone oczy pociemniały ze złości, z chwili na chwilę coraz bardziej się wściekał. Musiał jednak przezwyciężyć gniew – gdyby to się nie udało, nie byłby w stanie trzeźwo myśleć.

Na domiar złego skończyły mu się fulary. Zdążył już pognieść trzy, odkąd w garderobie zjawił się jego przyjaciel Darby, wymachując drugim tomem dzieła Kronika bohatera.

Najwyraźniej poprzednia część, Mężne i miłosne uczynki Jego Lordowskiej Mości Coopera McGinleya Townsenda, wraz ze szczegółowymi relacjami z jego nadzwyczajnych misji przeciwko żabojadom podczas chwalebnej i zwycięskiej wojny Anglii z piekielnym Napoleonem, tom pierwszy, nie wystarczyła. To właśnie z jej powodu Cooper po dwóch tygodniach pobytu w stolicy wyjechał do nowo nabytej posiadłości, w której zamierzał odzyskać spokój i równowagę wewnętrzną, mimo że w rezydencji akurat gościła jego matka.

Powrócił do Londynu pod namowami swojego serdecznego druha, Gabriela Sinclaira, ale tylko na tydzień. Gdy otrzymał egzemplarz sygnalny u drugiego, ponownie zjawił się w posiadłości, tym razem jedynie po to, by spakować większość nowej garderoby, podjąć nieudaną próbę wyperswadowania matce wspólnego wyjazdu i znowu wyruszyć na mały sezon. Musiał znaleźć sobie żonę, choć wcale tego nie chciał. Po co komu żona, pytał sam siebie. Tylko Gabriel, całkowicie wbrew zdrowemu rozsądkowi, wydawał się zachwycony perspektywą utraty wolności.

Pośpieszne zaręczyny niekoniecznie musiały oznaczać rozwiązanie problemów Coopera, jednak trzeba było coś zrobić na dobry początek. Matrony przechodziły same siebie, a on pragnął samodzielnie wybrać połowicę. Nie chciał obudzić się któregoś pięknego ranka u boku rozchichotanej debiutantki ze świadomością, że jej matka lada moment wpadnie do sypialni ze świadkami oraz okrzykiem: „Ty hultaju! Jeszcze dzisiaj dajemy na zapowiedzi!”.

Taka wizja mogłaby się wydawać zarazem niemądra i nierealna, gdyby nie to, że pewna przedsiębiorcza młoda dama już zdążyła się zakraść do jego łóżka w hotelowym apartamencie. Na szczęście Ames przerzucił ją przez ramię i wyniósł na korytarz, gdzie czekała rozwścieczona matka dziewczęcia, która bezceremonialnie chwyciła córkę za ucho i nie przebierając w słowach, zrugała ją za nieudolność.

Po tym incydencie Cooper utwierdził się w przekonaniu, że musi jak najprędzej zniknąć z rynku kawalerów do wzięcia. Tylko wtedy miał szansę odzyskać spokój.

– Czytałeś? Książka ukazała się dzisiaj rano, więc może jeszcze nie doświadczyłeś tej niewątpliwej przyjemności – odezwał się Darby Travers, który przedstawiał się również jako wicehrabia Nailbourne, kiedy pragnął wywrzeć wrażenie na rozmówcy.

– Tak, czytałem – burknął Cooper i popatrzył chmurnie na przyjaciela. – Ten, kto to spłodził, a kogo nie zamierzam tytułować pisarzem, w swojej uprzejmości przesłał mi egzemplarz sygnalny, gdy w ubiegłym tygodniu bawiłem w Londynie. Na litość boską, Darby, przestań podtykać mi książkę pod nos i odłóż ją wreszcie!

– Za chwilę. Wiem już, że uratujesz nadobną dziewicę i nie spotka jej los gorszy od śmierci, ale pozwól mi doczytać zakończenie.

– No dobrze, skoro to takie ważne, to sobie doczytaj. – Cooper westchnął.

Wicehrabia wyrecytował przyjemnym, choć przesadnie rozbawionym barytonem.

Najurodziwsza z urodziwych i najcnotliwsza z cnotliwych młoda dama, której imię na zawsze pozostanie sekretem, skierowała spojrzenie bławatkowej barwy ocząt skąpanych w brylantowych łzach na nie dość, że skromnego, to jeszcze speszonego herosa i, ku jego zdumieniu tudzież zaskoczeniu, przywarła do jego mocarnego torsu swym miękkim ciałem, nie było zatem odwrotu, musiał ją tulić, czując pospieszne bicie jej dziewiczego serca w unoszącym się i opadającym perfekcyjnego kształtu biuście, ona zaś wychwalała jego rycerskość i inne atrybuty, w tym niesłychane męstwo, po czym, przytłoczona nawałą emocji, krzyczała bliska ekstazy i zarazem czepiała się jego rozłożystych barków, nie lękając się przy tym o swój honor, który złożyła w jego silne dłonie.

– To jest jeszcze gorsze, niż zapamiętałem – burknął Cooper. – Czy ten pożal się Boże pisarzyna nie słyszał o dobrodziejstwie kropek? Niemal zabrakło ci tchu, Darby, chyba że „przytłoczony nawałą emocji”, nic nie mogłeś na to poradzić.

– Zapewne jedno i drugie. Ty szczęściarzu – mruknął Darby, usiłując przewrócić ostatnią kartkę tandetnie wydanej książki. Nagle zmarszczył brwi. – „Wkrótce tom trzeci, pt. Dalsze przygody i wyczyny barona Coopera McGinleya Townsenda, herosa, jak również pełna odsłona prawdy o jego charakterze i osobistym usposobieniu, wszystko jedno, czy szatan z niego, czy święty”. – Darby podniósł wzrok na przyjaciela. – To tyle? Nic więcej? Na Boga, Coop, niedobrze. Każdy, kto może się poszczycić choćby i szczątkową wyobraźnią, od razu dojdzie do wniosku, że wykorzystałeś tę dziewoję, a jak powszechnie wiadomo, chociaż wyższym sferom brak inteligencji, to wyobraźnię mają nad wyraz rozbuchaną.

– Jestem tego świadom, niemniej dziękuję za przypomnienie.

Cooper ściągnął zmaltretowany fular z szyi i podał go starszemu sierżantowi Amesowi, który był jego adiutantem w trakcie bitwy pod Waterloo i który w pełni zasłużył na miano najbardziej gburowatego i wulgarnego pokojowca w całej Anglii.

– Paluchy poodrąbywać, ot i co – wymamrotał Ames, po czym rzucił Cooperowi świeży fular. – I wbić je kopniakiem w zadnicę.

– Och, tak daleko bym się nie posuwał. – Darby przechwycił fular w locie. – Coop zazwyczaj jest znośny, tylko teraz sprawia wrażenie rozstrojonego. Pozwól, przyjacielu, że cię wyręczę. Nie mam ochoty do grobowej deski tkwić w twojej garderobie.

Dwaj wysocy i przystojni, choć skrajnie różni, dżentelmeni stanęli razem przed lustrem. Jasnowłosy Coop mógłby uchodzić za anioła, a brunet Darby prezentował się szatańsko, a do tego zyskiwał na atrakcyjności za sprawą czarnej atłasowej przepaski na lewym oku.

– Amesowi chodziło o mojego anonimowego biografa, nie o mnie. – Coop uśmiechnął się szeroko i podniósł brodę, by umożliwić Darby’emu odpowiednie ułożenie fularu. – Poza tym wyraził nadzwyczaj wstrzemięźliwą – by nie rzec wielkoduszną – opinię. W gruncie rzeczy z pewnością miał na myśli zupełnie inną część anatomii tego padalca, prawda, Ames?

– Wpierw trzeba by ją znaleźć, jaśnie panie, a tak sobie myślę, że bez lupy by się nie obeszło, jeśli jaśnie pan rozumie, do czego zmierzam.

– Oddajże mi tę szmatę, bo jeszcze chwila i mnie udusisz. – Zniecierpliwiony Coop wyrwał fular z dłoni Darby’ego. – Powróciłem do Londynu w nadziei na wsparcie przyjaciół, a tymczasem Gabe wyjechał do swojej posiadłości i na domiar złego pozostawił tutaj twoją nieskromną osobę. Z drugiej jednak strony naiwnością byłoby oczekiwanie od ciebie jakiejkolwiek pomocy. I bez takiej zmory jak ty moje życie jest wywrócone do góry nogami.

– Uznam to za komplement. Przyznaj jednak, że choć jestem zmorą, to umiem świetnie wiązać fular, i to z zamkniętymi oczami… Pardon, okiem. Zatem sam się zajmuj swoimi sprawami. Ośmielę się tylko zauważyć, że za sprawą twojego pokojowca, który właśnie kończy „węzeł bohatera” na twojej szyi, wyglądasz tak, jakbyś włożył sobie na nią pętlę.

– Zawsze podziwiałem twoje poczucie humoru, Darby… – Cooper westchnął i z pomocą Amosa włożył frak. – Nie wiem, jak ci się czasem udaje powstrzymać śmiech. Twoim zdaniem ta historia jest zabawna, że boki zrywać, prawda?

– Zasadniczo raczej nie, ale przyznaję, świetnie się bawię, gdy widzę, jak skołowany jest mój przyjaciel, człowiek z natury spokojny i niewzruszony – odparł Darby. – Zastanów się sam, czy to naprawdę takie straszne, że okrzyknięto cię bohaterem? Damy w całym Mayfair wzdychają z zachwytu na samą myśl o tobie. Niejedna z zapałem przebiera palcami u stóp, gdy rozmowa zbacza na twój temat. Naprawdę masz szczęście.

Coop i Ames wymienili wymowne spojrzenia, a następnie pokojowiec poszedł po kartkę papieru, która leżała na biurku w sypialni zajmowanej przez Coopa w hotelu Pulteney.

– Ten list otrzymałem dzisiaj – wyjaśnił Coop, biorąc kartkę od pokojowca. – Ktoś wsunął go pod drzwi, jak to zwykle bywa w podrzędnych powieściach. Proszę, weź tę kartkę i przeczytaj ją na korytarzu, żebyś sam wyrobił sobie opinię. Ja tylko szybko przywitam się z mamą i zaraz do ciebie dołączę.

– Czy to coś zabawnego? – zainteresował się Darby, wsuwając list do kieszeni. -Chyba jednak nie… A może dzięki tej kartce dowiem się, skąd ten fular oraz twój szampański humor? Doskonale. Jeśli się nie zjawisz w ciągu dziesięciu minut, spodziewaj się mnie z powrotem.

Darby wyszedł, a Coop sięgnął po srebrne szczotki do włosów i zabrał się do porządkowania ciemnej niesfornej czupryny. Jak to ujął autor książki:

…dumna korona jego muśniętych pocałunkiem słońca loków nasuwała nieodparte skojarzenie z istną aureolą dobroci, nawet kiedy przeczesywał ich gęstwinę smukłymi, długimi palcami, jednocześnie stąpając ponad ruiną zwłok niegodziwego napastnika i obdarzając nieśmiałym uśmiechem nieznaną damę, którą uratował od losu gorszego niż śmierć.

„Od losu gorszego niż śmierć”. Właśnie tak to ujął Darby, kiedy sobie żartował – co dowodziło jedynie, że właściwie każdy jest w stanie napisać podobną książkę, o ile nie wysili zbytnio wyobraźni i ograniczy się do banału i lubieżności.

– Wielkie nieba, nie powinienem dworować sobie z przyjaciela – upomniał sam siebie Cooper i odłożył szczotkę. – Czy to naprawdę takie straszne, że zostałem okrzyknięty bohaterem? Darby, przyjacielu, nie masz pojęcia, co wygadujesz!

Inna rzecz, że początkowo nie było aż tak źle. Cooper służył ojczyźnie dwukrotnie, przywdziewając mundur ponownie po powrocie do Anglii w 1814 roku wraz z przyjaciółmi Darbym, Gabrielem oraz baronetem Jeremiaszem Rigbym. Zyskał nie lada sławę po niewielkiej, lecz zajadłej bitwie pod Quatre Bras, tuż przed ostatecznym zwycięstwem Wellingtona pod Waterloo.

Świat nigdy nie miał poznać pełnej prawdy o wydarzeniach tamtego dnia, co jego wysokość książę regent osobiście i dobitnie dał do zrozumienia Cooperowi, po czym ofiarował mu małą posiadłość, zacną sumkę oraz tytuł barona. Nagroda była imponująca, choć ten i ów mógłby ją nazwać próbą przekupstwa. Tak czy owak, Cooper szybko sobie uświadomił, że postąpi roztropnie i przezornie, przyjmując dar.

Świat jednak nic nie wiedział na ten temat.

Przeciętnych angielskich zjadaczy chleba oraz codzienną prasę najbardziej interesowało to, jak Cooper z niebywałą śmiałością uratował gromadę jasnowłosych brzdąców, przy czym ich liczba wahała się od trzech do pełnego tuzina, w zależności od źródła. Maluchy rzekomo zabłądziły i przypadkiem znalazły się na środku pola, na którym wkrótce miała się rozegrać batalia. Według szczególnie romantycznej wersji w sprawę zaangażowała się pewna piękna starsza kuzynka dzieci, która okazała Cooperowi daleko idącą wdzięczność za bohaterską postawę.

Po powrocie do Londynu Cooper stał się bardziej popularny niż bożonarodzeniowy pudding. W miesiącach po Waterloo, dokądkolwiek się udał, ludzie wołali za nim i pozdrawiali go.

Każdy chciał go zaprosić na drinka. Ludzie traktowali go jak najlepszego druha. Otrzymywał tyle zaproszeń na przyjęcia, pojedynki bokserskie i tym podobne, że wystarczyłoby ich dla szwadronu bohaterów.

Mimo to całkiem dobrze się bawił.

Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy na ulicach zaczęto za darmo rozdawać tom pierwszy.

Coop doskonale pamiętał, jak pewnego ranka otrzymał egzemplarz od Amesa. Na okładce taniej książki zobaczył siebie, a w zasadzie marnej jakości rysunek, który rzekomo przedstawiał jego osobę. Nieznany rysownik ukazał Coopa jako wysokiego i szczupłego mężczyznę, co było zgodne z prawdą, ale dramatycznie przesadził z burzą jasnych włosów oraz intensywnością zieleni oczu.

Na ulicach roiło się od tej przeklętej książki, a na domiar złego informacja z tyłu zapowiadała następną pozycję z serii:

Wkrótce dalsze przygody naszego wspaniałego barona po jego szczęśliwym powrocie z wojny, potajemnie dokonującego heroicznych uczynków w ojczyźnie jako szlachetny obrońca uciśnionych i zbawca kruchych niewiast potrzebujących jego śmiałego wsparcia.

W tym momencie matki gorąco zapragnęły go dla swoich córek, ojcom zaś przypadł do gustu jako najprawdziwszy heros. Któż nie chciałby się pochwalić znajomym zięciem śmiałkiem i bohaterem? Urocze młode panny zgodnie uznały Coopa za najatrakcyjniejszą partię roku.

– No tak! – westchnął. – Tyle tytułem mojego planu. A zamierzałem wziąć udział w małym sezonie i znaleźć sobie żonę, by położyć kres tej absurdalnej sytuacji.

– Jaśnie panie? – Pokojowiec zmarszczył brwi. – Nie jestem pewien, czy zrozumiałem.

– Mniejsza z tym, Ames. Znowu przypomniał mi się ten przeklęty list.

Coop przejął się do tego stopnia, że zapamiętał jego treść.

Dziesięć tysięcy funtów albo opublikuję następny tom, który zatytułuję: „Nasz bohater spada z piedestału, gdy ujawniona zostaje prawdziwa tożsamość rzekomo niewinnych istot uratowanych pod Quatre Bras, a towarzyszący temu skandal jest tak wielki, że dociera do królewskiej rodziny i wstrząsa nią głęboko”. Tak, jaśnie panie bohaterze, to jest szantaż, nie inaczej, ja zaś specjalizuję się w szantażach. Zechciej pozostać w Londynie, baronie Townsend, koniec z ucieczkami do bezpiecznej kryjówki w wiejskiej posiadłości. Wkrótce odezwę się ponownie.

– I widzisz, Ames, koniec z błyskotliwymi pomysłami. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, sytuacja stanie się dramatyczna. W Bogu nadzieja, że Darby ma już dość wyśmiewania mnie i zaproponuje pomoc.

Coop przyjął od pokojowca rękawiczki oraz bobrową czapkę i ruszył na schody.

– Przecież jaśnie pan i tak nie szukał żeniaczki – przypomniał mu sługa.

– Naturalnie, ale jeśli nie znajdę naszego niewydarzonego biografa, zapewne pożegnam się z posiadłością oraz tytułem. Nawet nie chcę myśleć, co na to powie moja matka…!

– To może być najgorsze, jaśnie panie, a jakże. – Ames aż się skrzywił. – Mamusia jaśnie pana i tak dużo mówi, a w dodatku nie przebiera w słowach, prawda?

– Dziękuję za przypomnienie – odparł Coop ze śmiechem. – Poinformuj ją, że zostałem pilnie zawezwany, więc spotkamy się przy kolacji. A teraz ruszam do boju z determinacją i bez zasypiania gruszek w popiele.

– Jak przystało na bohatera, jaśnie panie. – Ames wyprężył się i zasalutował.

– Cenię cię, Ames, ale i tak mógłbym cię zwolnić, gdybym to uznał za stosowne – ostrzegł go Coop, a pokojowiec pośpiesznie ukrył szeroki uśmiech pod sumiastymi wąsami.

Darby czekał w holu, niespokojnie krążąc od ściany do ściany.

– Wpadłeś jak śliwka w kompot, co? – Zwrócił list Coopowi. – Nic nowego.

– Nie odwracaj kota ogonem – zirytował się Coop. – To ty, pospołu z Gabe’em i Rigbym, popadasz co i rusz w tarapaty, a ja jestem tym roztropnym. To ja, nie kto inny, wyciągam waszą trójkę z bagna, a sam przyznasz, że często w nie wpadacie.

– Niech ci będzie. Co podpowiada ci teraz twoja roztropność, hm? Odnoszę wrażenie, że sam się pogrążasz, i to w szybkim tempie. Chyba zamierzasz odnaleźć tego drania i skręcić mu kark, co?

Wzburzenie Darby’ego nieco pokrzepiło Coopa.

– Cóż, właśnie taki mam plan – przyznał z zapałem. – Jak się domyśliłeś?

– Nie domyśliłem się. Jesteś zbyt kulturalny, by wpadać na takie pomysły. W związku z tym chyba nie mam co liczyć na to, że wyjawisz mi godność damy? Tej pięknej istoty, która mogła albo też nie mogła być na miejscu w dniu twojej śmiałej akcji ratunkowej.

– Cóż, Darby, chyba zapomniałem, jak ona się nazywała. Aż trudno uwierzyć.

Coop nagle się wzdrygnął, uświadomiwszy sobie, że przyjaciel go przechytrzył. Darby z każdego umiał wyciągnąć sekret.

– A jednak! – wykrzyknął Darby triumfalnie. – A zatem była jakaś kobieta. Przynajmniej tyle z ciebie wyciągnąłem. Jesteś bohaterem, człowiekiem czystego serca i prostym jak najwyższej jakości strzała. Poza tym jesteś również cholernym głupcem, gdyż wiem, że w sprawę zaangażowana jest nasza tłusta Florizel. Baronie, pora ruszać do hrabiego. Zaczynamy?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Spacer z Pulteney do najbliższego klubu był tak krótki, że Darby zaprotestował, gdy jego przyjaciel wyraził chęć skorzystania z dwukółki lub dorożki.

– Ale przecież ktoś może mnie rozpoznać – zauważył Coop półgłosem.

– Niby kto? – Darby skupił się na wkładaniu rękawiczek. – Nie, żebym wątpił w twoją skromność, jednak chyba lekko przewróciło ci się w głowie. Jak powszechnie wiadomo, próżność często idzie w parze ze sławą.

– Ponownie drwisz sobie ze mnie – westchnął Coop. – Dobrze wiesz kto. Wszyscy. Czasami mam ochotę się odwrócić i sprawdzić, czy ktoś nie przyczepił mi do pleców kartki z nazwiskiem.

– Doprawdy? Dokądkolwiek pójdziesz, oblegają cię tłumy? No i bardzo dobrze – ucieszył się Darby. – Sam na tym skorzystam, grzejąc się w blasku twojej sławy. Nie codziennie mam sposobność w tak piękny, słoneczny dzień pospacerować z bohaterem i wziętym kochankiem. Gabe i Rigby nie wiedzą, co tracą. Chodźmy, nie mogę się doczekać. Może po drodze natkniesz się na kolejną nadobną damę do uratowania.

Po tych słowach ruszyli przed siebie.

– Serdecznie witam szanownego pana – powiedział pierwszy mijany przez nich jegomość i zgiął się w uprzejmym ukłonie.

Coop miał ochotę odwrócić się do przyjaciela i wypowiedzieć klasyczne słowa z dzieciństwa: „A nie mówiłem?”.

– Dzień dobry – odparł i lekko się ukłonił ulicznemu sprzedawcy, który na trzymetrowej długości kiju prezentował kolekcję bobrowych czapek, bez wątpienia pamiętających lepsze dni.

– Moim zdaniem oczekuje napiwku, a nie dobrego słowa – zauważył Darby, nawet nie obniżając głosu. – Naturalnie, możesz też nabyć u niego nakrycie głowy, jednak na twoim miejscu raczej bym tego nie robił. Wszy to paskudna sprawa, sam rozumiesz, a ponieważ jesteś bohaterem, pospólstwo ma wobec ciebie pewne oczekiwania. Uprzejme powitanie było komplementem pod twoim adresem, więc uśmiechnij się miło, a ja zadbam o gratyfikację finansową. – Rzucił sprzedawcy wyłowionego z kieszeni miedziaka. – Masz, dobry człowieku, z pozdrowieniami od jaśnie pana barona. A teraz idziemy.

Cooper od razu się zorientował, że gapią się na nich już wszyscy przechodnie.

– Patrz, co narobiłeś, barani łbie – burknął z irytacją.

– Cóż takiego narobiłem? Nie mogłem dopuścić, by blask bohatera przygasł z powodu jego skąpstwa. Więcej godności, człowieku.

– Godności, powiadasz? Jak prędko zdołasz biec w tych lśniących trzewikach?

Handlarz z niedowierzaniem obejrzał monetę, uśmiechnął się od ucha do ucha i w triumfalnym geście uniósł rękę.

– Z drogi, ludzie! – wrzasnął. – Usunąć się, bo nasz bohater idzie! Zrobić przejście dla najodważniejszego z odważnych – barona Townsenda!

– Na litość boską… – żachnął się Coop. – Widzisz teraz, do czego doprowadziłeś?

– Tak jakby – przyznał Darby ze skruchą. – Sądziłem, że przesadzasz, ale sytuacja w istocie jest poważna. – Odwrócił się. – Idziemy. Tkwienie tutaj nie wydaje się dobrym rozwiązaniem.

Ludzie nadciągali ze wszystkich stron, kierując się prosto do Coopa. Dwóch młodzieńców z miotłami własnej roboty pośpiesznie przystąpiło do zamiatania przed nim drogi. W swoim zapale zaczęli rywalizować i wkrótce konkurencja przerodziła się w bijatykę na miotły, w której mniejszy młodzian zapewne mocno by ucierpiał, gdyby nie interwencja Coopa.

Niedługo potem, przykładając chustkę do imponującego krwiaka na tym policzku, który wszedł w mimowolny kontakt z kijem od jednej z mioteł, Coop kontynuował przechadzkę z Darbym. Nie można powiedzieć, aby biegli, lecz zdecydowanie przyspieszyli kroku, byle tylko uniknąć gromadzącego się zbiegowiska.

Tuż za nim skręcili w boczną uliczkę, Darby rozsądnie cisnął przez ramię kilka monet, dzięki czemu ścigający bohatera ludzie gwałtownie zahamowali i padli na kolana, okładając się pięściami w trakcie burzliwej walki o drobniaki.

– Czyżbym nareszcie ujrzał uśmiech na twojej twarzy? – spytał Darby z nadzieją w głosie. – Już się bałem, że za sprawą swojego samozwańczego biografa zupełnie zatraciłeś zdolność czerpania radości z życia. Zmykamy?

– I to niezwłocznie – przytaknął Coop. – W drogę, przyjacielu.

Gdy ponownie usłyszeli okrzyki tłumu, przyspieszyli kroku. Po chwili niemal biegli, starannie omijając podejrzane kałuże, pochylając się pod szarawym praniem na sznurku i kłaniając się uprzejmie bezzębnym kobietom, które za pensa były gotowe udostępnić im swoje wdzięki.

Przez pewien czas lawirowali uliczkami, aż w końcu zgubili ostatniego natręta. Niestety, do tego czasu Cooper zdążył kompletnie się zgubić w plątaninie zaułków.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał, nieco zbity z tropu ponurym spojrzeniem przysadzistego i krzepkiego jegomościa, który siedział na ławce przed budynkiem bez drzwi.

– Co takiego? – Darby przystanął i położył ręce na kolanach, żeby złapać oddech. – Pytałeś mnie czy tego przerażającego potwora, który właśnie na nas patrzy, jakbyśmy już obracali się na rożnie?

– Ciebie, naturalnie. I nie zatrzymuj się. Zakładałem, że wiesz, dokąd zmierzamy.

– I wiedziałem – podkreślił Darby. – Jakieś trzy zakręty temu. Kiedy ostatnio tak ganiałem po ulicach, byłem o wiele młodszy i znacznie mniej trzeźwy. A tak na marginesie, Coop, jesteś mi winien nowe trzewiki.

Coop nawet nie spojrzał na obuwie Darby’ego, wychodząc z założenia, że wszystko ma swoje granice – nawet przyjaźń. Tuż potem mocno pchnął go na bok, usłyszawszy nad sobą donośny głos kobiety, która ostrzegła ich, że zamierza opróżnić kubeł z pomyjami. Jak uprzedzała, tak uczyniła, chichocząc radośnie, gdy obu ledwie udało się uniknąć przymusowej kąpieli.

– Raczej nie wszyscy w Londynie czytali o twoich wyczynach, chyba że niektóre kobiety właśnie w taki sposób wyrażają radość ze spotkania – wysapał Darby, gdy w końcu ponownie przystanęli tuż przed Bond Street, do której dotarli raczej dzięki łutowi szczęścia niż rozumowi.

Obaj panowie otarli twarze rękawami i przyjrzeli się swoim strojom w poszukiwaniu śladów pozostawionych przez brudne ręce przechodniów, z których każdy pragnął dotknąć wielkiego bohatera.

– Pomijając sprawę moich trzewików, zabawa była przednia – dodał Darby. – Szkoda, że Rigby nie wybrał się z nami. Nasz pulchny przyjaciel skorzystałby na takich ćwiczeniach gimnastycznych.

– To wszystko? – Coop nadal ciężko dyszał. – Nie masz nic więcej do powiedzenia? Nie słyszałeś, jak się dopytywali, którą piękność rzekomo ostatnio uratowałem? Nie zwróciłeś uwagi na wywrzaskiwane sugestie, co powinienem z nią zrobić? Kilka propozycji było bardzo konkretnych.

– Owszem, słyszałem, ale wolałem udawać, że nie słyszę. Dostrzegłem, jak się zaczerwieniłeś, i to mi wystarczyło. Przynajmniej jednego z tamtych ludzi powinno się przynajmniej wytrzebić. Dlaczego nie zauważyłem tej popularności, kiedy bawiłeś w Londynie w ubiegłym tygodniu?

– Drugi tom moich rzekomych wyczynów i podbojów pojawił się, kiedy wróciłem na wieś. Po tym, jak otrzymałem wyróżnienie od księcia regenta, ludzie traktowali mnie dość dobrze. Owszem, pokazywali mnie palcami, zagadywali, do tego wielu koniecznie chciało uścisnąć mi prawicę lub przedstawić córkę. Pierwszy tom był wstrząsem i wywołał niemal chorobliwe zainteresowanie dam moją osobą, ale dopiero druga część oraz opowieści o tym, jakim to niby okazałem się bohaterem w Anglii, sprawiły, że ludzie poczuli coś więcej niż zwykłą wdzięczność. Pod moim domem zbierały się tłumy… Trzeba coś z tym zrobić, gdyż nie wytrzymam, Darby… Naprawdę dłużej tego nie wytrzymam… – westchnął Coop ze szczerym przygnębieniem.

– Masz rację. Wyobraź sobie, co się stanie, jeśli szantażysta spełni groźbę. Z pewnością musiałbyś emigrować. Uwielbienie tłumu z łatwością może się zmienić w nienawiść.

– Tak, już wcześniej przyszło mi to do głowy. Tymczasem jednak znajdźmy jakiegoś pucybuta.

– A potem napijmy się i coś zjedzmy – zgodził się Darby. – A ponieważ jednak nie jestem szczególnie wymagający, chętnie ograniczę się do napitku.

ROZDZIAŁ DRUGI

Daniella Foster, w rodzinie znana jako Dany, z uwagą wpatrywała się w turban z fioletowego jedwabiu, wyeksponowany na drewnianym stojaku w kącie przymierzalni. Odnosiła wrażenie, że tkwi w pomieszczeniu na zapleczu sklepu z sukniami już niemal wieczność, więc dla zabicia czasu gruntownie zbadała wszystkie jego zakamarki.

Nie nudziła się, gdyż nie znała pojęcia nudy. Interesowała się wszystkim, była ciekawa świata i od dzieciństwa fascynowało ją bliższe i dalsze otoczenie. Między innymi dlatego doszła do wniosku, że chętnie przymierzy turban i osobiście się przekona, jak się nosi tak osobliwe nakrycie głowy. Pragnęła sprawdzić, czy jest wygodne i czy swędzi pod nim skóra.

– I tak uważam, że ten turban jest ładny i wyglądałby na mnie po prostu doskonale – oświadczyła.

Jej siostra Marietta, hrabina Cockermouth, która właśnie przymierzała zamówioną suknię, ciężko westchnęła.

– Już ci mówiłam, Dany, że fiolet to kolor zarezerwowany dla wdów, podobnie jak turbany – odparła. – Co robisz? Nie dotykaj go.

– A niby dlaczego? – Dany zdjęła turban ze stojaka. – To niesprawiedliwe – mruknęła i zademonstrowała swoją wersję sprawiedliwości, wkładając nakrycie głowy na świeżo przyciętą i ułożoną gęstwinę rudozłotych włosów. – Widzisz? Kolor prawie idealnie pasuje do moich oczu.

– Masz niebieskie oczy – zauważyła hrabina.

– Ale nie w tym turbanie. Sama zobacz.

Dany stanęła przed siostrą, która w tym momencie przewyższała ją o ponad dwadzieścia centymetrów, gdyż krawcowa poleciła jej wspiąć się na okrągłe podwyższenie do przymiarek.

– Niejeden nazwałby cię wiedźmą. – Marietta zmarszczyła brwi. – Ten turban powinien gryźć się z twoimi włosami, a raczej z tym, co po nich zostało, kiedy w przypływie szaleństwa potraktowałaś je nożyczkami. Masz zbyt bladą skórę, twoje oczy są absurdalnie duże, a włosy… Dziwię się, że mama nie dostała apopleksji… A mimo to wyglądasz cudownie. Jesteś drobniutka, krucha i niewinna jak aniołek. Zawsze przepiękna. Nie umiałabyś wyglądać nieładnie i bardzo, ale to bardzo ci tego zazdroszczę.

Dany wspięła się na palce i pocałowała siostrę w policzek.

– Dziękuję ci, Mari – odparła. – Ale przecież wiesz, że moja uroda nie może się równać z twoją. Oliverowi wystarczył jeden rzut oka z drugiego końca sali u Almacka, by zakochać się w tobie szaleńczo, beznadziejnie i do grobowej deski… Och, Mari, nie płacz…

Dany spojrzała na pokojówkę Marietty, zajętą wyszukiwaniem chusteczki w torebce swojej pani, i na krawcową, która z zaciekawieniem przysłuchiwała się rozmowie.

– Pani hrabina jest ciężarna i bardzo dobrze. – Krawcowa skinęła siwą głową w kierunku pokojówki. – A przy ciąży to kobiety właśnie takie są, płaczliwe i w ogóle, zupełnie bez powodu. Będę musiała zostawić duże zakładki materiału, żeby dało się potem nadłożyć na szwach.

– Ja wcale nie jestem…

– Płaczliwa – wtrąciła się Dany pospiesznie i mocno uścisnęła dłonie siostry. – Nie, kochana, oczywiście, że nie jesteś płaczliwa. Nikt tak nie myśli. – Dany popatrzyła na krawcową i ruchem brody wskazała drzwi. Doszła do wniosku, że nie będzie wyprowadzała jej z błędu. Niech myśli, że Mari jest przy nadziei. Wszystko było lepsze niż ujawnienie prawdziwego powodu rzęsistych łez jej siostry. – Chciałaś wyjawić prawdę, przyznaj się – dodała, gdy krawcowa ze służącą wyszły, i pomogła siostrze zejść z wywyższenia.

– Z całą pewnością nie. Nadal się zastanawiam, co, u licha, skłoniło mnie do powiedzenia ci czegokolwiek. Z pewnością doświadczyłam chwilowego zaćmienia umysłu.

– Nie. – Dany patrzyła, jak jej siostra ostrożnie siada na krześle, z którego wcześniej usunęła szpilki. – Zrobiłaś to po napisaniu tych niemądrych listów do swojego „cichego wielbiciela”. A mama mówi, że to ty jesteś rozsądna, więc mam cię we wszystkim naśladować. Wiesz co, Mari? Ja bym przynajmniej zapytała mojego wielbiciela o imię. Och, weź tę chustkę i wydmuchaj nos – dodała, wydobywszy z torebki haftowany skrawek jedwabiu, który niemal przyłożyła do twarzy siostry.

– Mów ciszej, Dany. – Marietta zerknęła na lewo i prawo, jakby musiała się upewnić, czy w zagraconym pomieszczeniu na pewno nie zaszył się ktoś niepożądany. – I to nie moja wina – dodała szeptem. – Wszystkie mężatki z wyższych sfer mają cichych wielbicieli. To taka niezbyt rozsądna rozrywka, szczególnie miła wtedy, gdy nasi mężowie wyjeżdżają do domków myśliwskich, uprawiają hazard albo zajmują się tym, co ich bawi bardziej niż żony, których z reguły wolą unikać.

Dany odłożyła turban, doszedłszy do wniosku, że choć prezentuje się w nim ciekawie, to jednak swędzenie skóry jest nieznośne. W związku z tym postanowiła w przyszłości kupować turbany z bawełnianą podszewką.

– Doprawdy? Czy nadal nazywasz rozrywką sytuację, w której wielbiciel domaga się pięciuset funtów za milczenie i zwrot otrzymanych od ciebie listów? Czy to tylko część zabawy?

– Dobrze wiesz, że nie. – Marietta hałaśliwie wydmuchała nos. – Nie mam pięciuset funtów, a Oliver wróci za dwa tygodnie. To wszystko przez niego! Gdyby tylko poświęcał mi więcej uwagi… Kiedyś nie mogłam przepędzić go z łoża, a teraz… Nie, Dany, nie słuchaj mnie – zreflektowała się poniewczasie. – Jesteś przecież niezamężna.

– To prawda, lecz od pewnego czasu trudno mnie nazwać dzieckiem. Romantyczne uniesienia raczej nie są mocną stroną Olivera, prawda?

– On… zapomniał o moich urodzinach. – Marietta zwiesiła ramiona. – Wraz z tymi swoimi przyjaciółmi od siedmiu boleści pojechał włóczyć się po Szkocji i całkiem wyleciało mu z głowy, że mam swoje święto. A gdy pierwszy raz po ślubie obchodziłam urodziny, Oliver kupił mi brylantowe kolczyki. Za drugim razem otrzymałam bransoletkę z rubinami, a na trzeci rok ofiarował mi naszyjnik z trzema sznurami pereł. A teraz? Nic a nic. – Spojrzała na siostrę oczami szklistymi od łez. – Nie chcę być żoną, Dany. Pragnę stać się ukochaną Olivera, nie żoną.

Dany pomogła siostrze wstać i zabrała się do zdejmowania z niej sukni.

– Pamiętam, że niewiele brakowało, a odwołałabyś ślub – zauważyła.

– To wszystko wina Dextera. – Marietta ugięła nogi w kolanach i uniosła ręce nad głowę, żeby ułatwić Dany zadanie. – I nie mówmy o tym więcej.

Dany zawiesiła suknię na wieszaku przy zasłonie w drzwiach. Wiedziała, że czająca się tuż za progiem krawcowa tylko czeka na ewentualne plotki. Dlatego właśnie Dany postanowiła nie rozmawiać z Mariettą o Dexterze, a już na pewno nie o tym, jak ojciec zagroził mu wydziedziczeniem, jeśli przez niego siostra straci świetną partię.

„Oliver Oswald, hrabia Cockermouth, i Marietta Foster Oswald” – Marietta napisała te słowa w starym notatniku co najmniej dwieście razy. Jaśnie wielmożna pani hrabina Cockermouth. Nie posiadała się z dumy, póki Dex jej nie wyjaśnił, że słowo Cockermouth kojarzy się rozchichotanej młodzieży angielskiej wyłącznie z męskim organem płciowym i ustami, w dowolnej kombinacji.

– Oliver wszystko mi wyjaśnił – powiedziała Marietta, wkładając muślinową suknię w roślinne wzory, którą wybrała wcześniej na zakupy na Bond Street. – Ta nazwa wywodzi się od miejsca usytuowania pięknego i starego miasteczka…

– U ujścia rzeki Cocker, tam, gdzie łączy się ona z rzeką Derwent. – Dany podeszła, żeby pomóc siostrze. – Tak, wiem. Tata kazał mi dobrze to zapamiętać. Poza tym ofiarował mi śliczny pierścionek z perłą, kiedy obiecałam, że przestanę cię nazywać…

– Obiecałaś!

Dany uniosła ręce na znak kapitulacji.

– Liczyłam sobie wówczas zaledwie czternaście lat i nadal byłam niewinna, przynajmniej pod pewnymi względami. Po prostu nie wiedziałam, co mówię. Jak już wielokrotnie podkreślałam, winić za ten stan rzeczy należy mamę, nie mnie. A teraz pora wracać do domu – dodała nieoczekiwanie. – Wspólnie się zastanowimy, jak cię wydobyć z tarapatów, w które sama się wpakowałaś.

Marietta starannie wygładziła rękawiczki.

– W ogóle nie powinnam była jej o tym mówić – upomniała się z lekką irytacją, jakby Dany tu nie było. – Co mnie opętało, na litość boską? Naprawdę uznałam, że mogę liczyć na jakiekolwiek wsparcie z jej strony?

Odetchnęła głęboko, aby zapanować nad emocjami.

Kiedy ponownie zrobiła minę dumnej hrabiny, Dany doszła do wniosku, że gdyby tak bardzo nie kochała swojej pięknej siostry, z pewnością wybuchnęłaby śmiechem.

– Wszystko będzie dobrze Mari, obiecuję – zapewniła ją z przekonaniem.

– Hm – rozległo się chrząknięcie.

Dany pomyślała, że w tym wymownym dźwięku pobrzmiewa sugestia, może insynuacja, a kto wie, czy nie nadzieja.

Siostry odwróciły się jednocześnie i ujrzały na progu krawcową. Lady Cockermouth uniosła głowę.

– O ile pamiętam, nikt nie miał nam przeszkadzać – zauważyła z wyższością. – Ponieważ jednak już wychodzimy, proszę o dostarczenie mi gotowych sukni.

Marietta, zakłopotana i nieco zaskoczona, usiłowała przemawiać jak na arystokratkę przystało i udawała wielką damę, by zbić krawcową z tropu. Dany uważała, że siostra popełnia błąd i że znacznie lepiej, a wręcz bezpieczniej, byłoby odwołać się do współczucia starszej pani. Na dodatek należało wziąć pod uwagę wymowę jej chrząknięcia. Krawcowa niewątpliwie pragnęła się czegoś dowiedzieć.

– Pani Yothers? – odezwała się Dany. – Czy chciałaby pani zwrócić się z czymś do lady Cockermouth?

– A cóż takiego mogłaby… – zaczęła Marietta, ale Dany nie dała jej dojść do głosu.

– Mari, ominęłaś zmarszczkę na prawej rękawiczce – oznajmiła, wiedząc, że w inny sposób nie uciszy siostry. Marietta z całego serca nie cierpiała zmarszczek na rękawiczkach i dlatego zawsze nosiła tak obcisłe, że niemal blokowały krążenie krwi w jej dłoniach. – Tak, pani Yothers?

– Jaśnie pani, panienko, przepraszam najmocniej, ale żeby mieć pewność, że nikt tutaj nie będzie im przeszkadzał, postanowiłam odesłać pokojówkę, a sama pilnowałam za zasłonką. No i właściwie nic nie mogłam poradzić, żeby nie usłyszeć, że jaśnie pani wpadła tak trochę jak śliwka w kompot…

– Wcale nie…

– Och, myliłam się, to nie jest zmarszczka! – wykrzyknęła Dany pospiesznie. – Mari, przecież to plamka. Proszę mówić dalej, droga pani Yothers.

– Tak jest, panienko. A że wszystkie tu jesteśmy w kobiecym gronie, choć panienka taka młoda, i biedna jaśnie pani przy nadziei…

– Wcale nie jestem…

– Trzymaj, Mari, przecież nie chciałabyś przez przypadek zapomnieć swojej torebki. – Dany stanowczym ruchem trzasnęła siostrę torebką tak mocno, że Mariettę na moment zatkało i szczęśliwie nie mogła wydobyć z siebie ani słowa. – Pani Yothers? Słuchamy.

– Dobrze pamiętam, jak to było w mojej pierwszej. – Krawcowa popatrzyła na Mariettę ze współczuciem. – Ale powiem jaśnie pani, że będzie lepiej, tylko trzeba poczekać parę miesięcy. Potem zrobi się gorzej, ma się rozumieć, ale szybko się skończy to gorsze i będzie można robić to samo, co jaśnie panią doprowadziło do takiego stanu, że tak powiem. Ale nie o tym chciałam. Tak sobie myślę, że jaśnie pani to by się przydał bohater.

Dany przewróciła oczami. A więc o to chodziło z tym odchrząkiwaniem. Cóż za fatalne nieporozumienie.

– Bohater, proszę pani? – powtórzyła. – Pomysł wydaje się pierwszorzędny. Czy wie pani, gdzie znaleźć najbliższego bohatera?

Krawcowa z uśmiechem sięgnęła do kieszeni fartucha i zademonstrowała siostrom wymiętą, sfatygowaną książkę.

– A jakże, panienko, bardzo proszę, to dla panienki, i to na zawsze, bo i tak znam każdą kartkę na pamięć, a poza tym jak sobie pójdę na podwieczorek, to na piętrze i tak czeka na mnie zupełnie nowa część. Doszły mnie słuchy, że podobnież nawet lepsza od pierwszej.

Dany szybko odczytała tytuł na okładce: Kronika bohatera.

– Bohatera? Ależ, proszę pani, przecież to tylko jakaś wymyślona historyjka. Ten człowiek, jak mu tam… – Ponownie zerknęła na okładkę. – Jego lordowska mość Cooper McGinley Townsend? Zapewne jest równie prawdziwy jak pan Darcy z powieści panny Austen.

– Godzinę temu wydawał mi się najprawdziwszy w świecie, jak sobie spacerował razem z przyjacielem. Zobaczył, że jedna z moich dziewczyn wytrzeszcza na niego oczy przez okno, to uchylił przed nią kapelusza, bo taki grzeczny z niego dżentelmen, ot co. I wszyscy go znają, panienko. To najprzyzwoitszy, najdzielniejszy mężczyzna na tym świecie, i nic innego by nie robił, tylko wybawiał ludzi z kłopotów, a już w szczególności ładne i młode damy. Nie kto inny jak sam książę regent obdarował go tytułem i posiadłością. Na okrągło o nim słyszę, panienko. Bohaterem jest w każdym calu, dla wszystkich dam, wszyściutkich, to i nic dziwnego, że się za nim uganiają bez opamiętania. Biedaczyna.

Dany wpatrywała się w okładkę, myśląc o tym, jak niedorzeczny jest zamieszczony na niej rysunek. Nikt tak nie wyglądał, a w każdym razie nikt prawdziwy.

Gdyby jednak…

– Dany? – usłyszała głos siostry. – Daniello, na litość boską, cóż cię tak zafascynowało?

– Nic mnie nie zafascynowało – odparła i pospiesznie wsunęła książkę do kieszeni. – Tak się tylko zastanawiałam. Niewykluczone, że ma pani rację, droga pani Yothers. Mari, idziemy? Dziękujemy pani ogromnie. Jestem przekonana, że lady Cockermouth powróci w przyszłym tygodniu lub nawet wcześniej, by zamówić co najmniej pół tuzina kolejnych sukni, z których cztery będą dla mnie.

– Coooo? – Na szczęście nawet Marietta nie myślała aż tak powoli. – Ach, tak, w rzeczy samej, zamówię suknie. I jeszcze czepki, i… szale. Uwielbiam szale, a już najbardziej takie delikatne i zwiewne. No i oprócz tego…

Dany wzięła siostrę pod ramię, gotowa wyciągnąć ją ze sklepu, nim wszystkie pieniądze hrabiego zostaną utopione w odzieży.

– Pani Yothers rozumie, prawda, pani Yothers? – zapytała. – I ogromnie cię ceni jako stałą klientkę.

Krawcowa zarumieniła się po czubki uszu i dygnęła.

– W rzeczy samej, panienko – potwierdziła. – W moim zawodzie dyskrecja jest bardzo na miejscu. Jak to mawia mój syn, ani mru-mru.

– Dziękujemy pani. Mari, na nas już pora.

– Powinnyśmy były wyjść już dawno temu – burknęła Marietta, gdy jej pokojówka wstała z ławki przed sklepem i ruszyła trzy kroki z tyłu za siostrami. – W ogóle nie trzeba było tutaj przychodzić, biorąc pod uwagę mój delikatny stan. A już na pewno niepotrzebnie zabrałam tutaj ciebie. Przez ciebie zaciągnęłam dług wdzięczności wobec pani Yothers.

– Pieniądze na nią wydane będą dobrą inwestycją, jeśli się okaże, że ma rację – oznajmiła Dany z przekonaniem. – Poza tym przecież ona właściwie nic nie słyszała. Zachowywała się miło i życzliwie dlatego, że jesteś w ciąży.

– Nie jestem… Ech, do diabła z tym – zirytowała się Marietta. – Lepiej mi powiedz, co ci chodzi po głowie, choć na pewno mi się to nie spodoba i nie zaaprobuję twojego pomysłu. Mama kazała mi opiekować się tobą – nigdy o tym nie zapominaj.

– Mari, odpowiedź jest oczywista… – Dany westchnęła. – Nie zdołasz sama naprawić tego, co poszło nie tak, ja zaś zupełnie nie wiem, jakiej pomocy ci udzielić. A bohater? Moralnie niedościgniony, wielkiego serca i ducha, cudownie zręczny i taktowny… Myślę, że powinnyśmy zwrócić się do niego z prośbą o wsparcie.

– Wybij to sobie z głowy – oświadczyła Marietta drżącym głosem. – Ten biedny człowiek jest oblegany przez wszelkiego autoramentu damy z wyższych sfer. Młode, stare, panny na wydaniu i ich mamy, mężatki… Uganiają się za nim dzień i noc. Oliver powiedział mi, że ten nieszczęśnik musiał umykać z Londynu, przytłoczony natrętnymi zalotami i lawiną żenujących błagań. Jak twierdzi pani Yothers, nasz bohater wrócił i jestem absolutnie pewna, że damy ponownie robią z siebie idiotki, nadskakując mu na każdym kroku. Osobiście nie miałabym śmiałości.

– To nie jest problem, Mari. – Dany uśmiechnęła się szelmowsko. – Ponieważ ja bym miała. Szczerze mówiąc, już nie mogę się tego doczekać.

– Dany, nie odważysz się! Co ja wygaduję? Naturalnie, że się odważysz. – Marietta wyglądała na załamaną. – Daniello, posłuchaj, nie możesz tego zrobić. To po prostu niesłychane!

– Dlaczego? Przynajmniej wiem, jak się nazywa. Przypominam, że ty nie znalazłaś czasu, żeby poznać z imienia i nazwiska swego oblubieńca, kiedy postanowiłaś ukarać Olivera, a w rezultacie naraziłaś na szwank swoją reputację. W głowie się nie mieści, że podpisywałaś te niebezpieczne liściki. Doprawdy, nie mogłaś nabazgrać pod nimi: „Twoja ukochana pieszczotka” czy coś równie ohydnego…? Przynajmniej nie ryzykowałabyś.

– To byłoby niemądre – jęknęła Marietta. – On już wiedział, jak się nazywam.

– W tym sęk. W ogóle nie musiałaś się podpisywać pod tymi listami. Rety, znowu płaczesz? Mówię tylko to, co oczywiste. Lepiej się uspokój i daj mi pomyśleć. Muszę się zastanowić, jak dotrzeć do naszego bohatera – oznajmiła Dany.

– Baron nie jest moim bohaterem, a ty z całą pewnością nie będziesz go tropić jak lis zająca. – Marietta ostudziła zapał siostry. – Mama przysłała cię tutaj, żebyś poćwiczyła przed wiosennym sezonem. Moją rolą jest cię uczyć, szkolić i dawać ci przykład.

– I pierwszorzędnie ci idzie, nie ma co. – Dany uśmiechnęła się szeroko. – Pierwsza lekcja. Nie należy wymieniać niemądrej korespondencji z nieznanymi mężczyznami.

– Popełniłam tylko jeden błąd. – Marietta wydęła usta. – W dodatku zachowałam niewinność.

– A połowę winy ponosi Oliver. Może nawet więcej, zważywszy, że w grę wchodziła biżuteria. – Dany pokiwała głową. – Widzisz? Zapamiętałam drugą lekcję. Gdy rzecz dotyczy biżuterii, dopuszczalne są odstępstwa od reguły numer jeden.

– Żarty sobie stroisz – mruknęła Marietta, ale nie wydawała się ani trochę urażona.

– I przednio się przy tym bawię – dodała zadowolona z siebie Dany. – Zapowiada się emocjonująca rozrywka, a przyjechałam do Londynu przekonana, że czeka mnie bezbrzeżna nuda. Powiedz mi, Mari, co twoim zdaniem powinnyśmy teraz zrobić? Szkoda, że nie znamy adresu barona. Najprościej byłoby wysłać do niego oficjalny list z prośbą o spotkanie w niecierpiącej zwłoki sprawie osobistej, związanej z cnotą niewinnej damy. Czy też raczej powinnam zbliżyć się do niego w miejscu publicznym, dajmy na to w teatrze lub w trakcie jednego z przyjęć, na których zamierzamy się bawić w najbliższym tygodniu? Jak uważasz?

Dany sięgnęła do kieszeni i wyjęła książkę. Musiała przyznać sama przed sobą, że mogłaby godzinami wpatrywać się w zielone oczy mężczyzny na rysunku.

– Śmiem twierdzić, że rozpoznałabym tego człowieka, gdybym gdzieś na niego wpadła, naturalnie zupełnym przypadkiem. – Dany nagle zachłysnęła się powietrzem. – Och!

Tytuł oryginału A Scandalous Proposal

Pierwsze wydanie Harlequin Mills & Boon Ltd, 2016

Redaktor serii Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne Dominik Osuch

Korekta Lilianna Mieszczańska

© 2016 by Kathryn Seidick

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Powieść Historyczna są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-3204-3

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.