Tajemnicza róża. The Secret Rose - William Butler Yeats - ebook
Opis

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej. A dual Polish-English language edition.

Znakomite dzieło Yeatsa przybliża czytelnikowi nie tylko folklor irlandzki, ale także przybliża go do ezoteryki, która była czymś niezwykle ważnym w życiu tego genialnego mistrza pióra. Pikanterii utworowi dodaje szczypta erotyzmu ukazanego w formie dość nieprzyzwoitej, aby nie użyć dosadniejszego określenia.

Książka dla wymagającego czytelnika.

„Pisałem wprawdzie te opowieści w różnych czasach i w różne sposoby, nie mając z góry nakreślonego planu — jednakowoż łączy je wspólność przedmiotu, którym jest walka pierwiastka duchowego z porządkiem przyrodzonym. Jeżeli pisarz chce wzbudzić zajęcie w pewnym kółku ludzi, wśród których się wychował, lub zdaje mu się, że ma względem nich jakieś obowiązki, wolno mu obrać ich podania, ich dzieje, wierzenia i mniemania za symbol swej sztuki (gdyż ma prawo wolnego wyboru w rzeczach mniejszych od siebie), lecz nie powinien brać ich za osnowę swej sztuki. W każdym razie, o ile książka niniejsza ma nazbyt wiele zwidów i rojeń, to należy ją uważać za prawdziwie irlandzką, boć Irlandia, w której jeszcze na ogół przeważa żywioł celtycki, obok kilku mniej wybitnych cech zachowała dar jasnowidzenia, który zaginął doszczętnie w narodach szczęśliwszych i bardziej postępowych: nie mieliśmy jarzących świeczników, które by nas ustrzegły od spoglądania w ciemności, a gdy kto spoziera w ciemność, zawsze widzi w niej coś nieokreślonego”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


William Butler Yeats

Tajemnicza róża

The Secret Rose

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i angielskiej

A dual Polish-English language edition

na język polski przełożył Józef Birkenmajer

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Tekst polski wg edycji z roku 1925, tekst angielski zaś wg edycji z roku 1897. Polską pisownię uwspółczesniono w niewielkim zakresie.

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

http://www.armoryka.pl/

Tajemnicza róża

Co się tyczy życia, nasi słudzy nas w tym wyręczą.

Villiers de L’ Isle Adam

Helena, patrząc w zwierciadło i widząc zmarszczki, które wiek sędziwy wyrył na jej twarzy, płakała i dziwiła się, że aż dwukrotnie była porwana.

Leonardo da Vinci

Mój kochany A. E. — Tobie poświęcam tę książkę, bo, czy uznasz ją za dobrze, czy źle napisaną, zawsze może nawet więcej ode mnie odczujesz strapienia i zachwyty osób w niej występujących. Pisałem wprawdzie te opowieści w różnych czasach i w różne sposoby, nie mając z góry nakreślonego planu — jednakowoż łączy je wspólność przedmiotu, którym jest walka pierwiastka duchowego z porządkiem przyrodzonym; komuż więc mam poświęcić tę książkę, jak nie Tobie, jedynemu poecie w dzisiejszej Irlandii, który zdołał zachwycenia duchowe przelać w wiersze? Przyjaciele moi w Irlandii nieraz mnie nagabywali, kiedy zabiorę się do napisania prawdziwie narodowego poematu, czy romansu; rozumiałem, że mówiąc o poemacie czy romansie narodowym, mają na myśli poemat lub romans, oparty na jakimś sławnym zdarzeniu z dziejów Irlandii, i wysnuty z myśli i uczuć, ożywiających większość patriotów irlandzkich. Ja ze swej strony sądzę, że poezja i romans nie powinny powstawać przezzagłębianie się, choćby najsumienniejsze, w sławnych zdarzeniach i cudzych uczuciach, lecz przez wnikanie w ów drobniuchny a nieskończony, ledwo tlejący a przecież wiekuisty płomyczek, który nazywamy własną jaźnią. Jeżeli pisarz chce wzbudzić zajęcie w pewnym kółku ludzi, wśród których się wychował, lub zdaje mu się, że ma względem nich jakieś obowiązki, wolno mu obrać ich podania, ich dzieje, wierzenia i mniemania za symbol swej sztuki (gdyż ma prawo wolnego wyboru w rzeczach mniejszych od siebie), lecz nie powinien brać ich za osnowę swej sztuki. W każdym razie, o ile książka niniejsza ma nazbyt wiele zwidów i rojeń, to należy ją uważać za prawdziwie irlandzką, boć Irlandia, w której jeszcze na ogół przeważa żywioł celtycki, obok kilku mniej wybitnych cech zachowała dar jasnowidzenia, który zaginął doszczętnie w narodach szczęśliwszych i bardziej postępowych: nie mieliśmy jarzących świeczników, które by nas ustrzegły od spoglądania w ciemności, a gdy kto spoziera w ciemność, zawsze widzi w niej coś nieokreślonego.

W. B. Yeats

DO RÓŻY TAJEMNICZEJ

Tajemna Różo! Twoje nieskalane kwiecie

Hen, w godzin mych godzinie niechaj mnie oplecie,

Kędy ci, co przy Pańskim Grobie cię szukali

Albo i w wina kadzi, zamieszkują w dali

Od wrzawy i kłopotu snów, co były klęską,

A w głębi bladych powiek śnią baśń czarnoksięską

Przez ludzi zwaną Pięknem. — Niech twój liść otuli

Rubinowe i złote szłomy Mędrców-Króli

Siwobrodych... Też władcę, co z naocznych zwidów

Skonał na koniec w szału próżnego udręce,

Gdy, przyćmiewając żagwie, z pomroczy druidów

Wstał Krzyż z drzewa bzowego i Przekłute Ręce...

Tego też, co na brzegach, których wiatr nie muska,

Spotkawszy Fand, idącą wśród rosy rozbłysków,

Emira i świat cały zgubił — za całuska...

I tego, co wyżenął bogi z uroczysków

I póki sto poranków zorzą kwitło krasną,

Ucztował, aż mu przyszło śmierć opłakać własną...

I hardego snoprzędcę-króla, co zbył troski

Wraz z koroną, a zwąc piewców i lud wsioski,

Osiadł w lasach, wśród winem skalanych włóczęgów...

Tego też, co wyprzedał się z niw, domu, łęgów

I po lądach i wyspach lat wiele się szastał,

Aż pośród łez i śmiechu w końcu kędyś zastał

Kobietę, której była uroda tak wielka,

Że w świetle skradzionego jej włosów pukielka

Młócono nocą zboże... Ja też onej doby

Czekam, gdy wichr powieje miłości i złoby.

Kiedy gwiazdy na niebie — czy prędzej, czy później —

Rozwieją się i zgasną, jako iskry w kuźni?...

Może czas twój już nadszedł, twój wicher dmie w świecie

Z dala, Tajemnej Róży nieskalany kwiecie?

UKRZYŻOWANIE POWSINOGI

Drogą, idącą kręto od południa w stronę Sligo, szedł, a raczej biegł, pewien mężczyzna o rzadkich, ciemnych włosach i bladym obliczu. Zwali go jedni Cumhalem, synem Cormac’a, inni znowu Niesfornym Rumakiem, on zasię był wesołkiem. Odziany był w kusy kaftan wypłowiały, miał ostrokończyste trzewiki i mocno nabitą torbę. Godzi się dodać, że płynęła w nim krew Emaanów, a miejscem urodzenia było mu Pole Złota; atoli miejscami, gdzie jadał i sypiał, były cztery prowincje Eri, a miejsca jego zamieszkania na próżno byś szukał na powierzchni ziemi. Oczy jego błądziły od opackiej wieżycy Białych Braci i zabudowań miejskich aż do szeregu krzyżów, rysujących się na tle nieba ponad wzgórkiem, nieco na wschód od miasta, gdy tam spozierał, zaciskał pięść i potrząsał nią w stronę krzyżów. Wiedział, że nie były puste, gdyż ze skrzydeł łopotem krążyła nad nimi chmara ptastwa; pomyślał sobie, że właśnie niedawno powieszono na jednym z nich jakiegoś włóczykija, i mruknął:

— Już i to źle być powieszonym, ustrzelonym z łuku, ukamienowanym lub ściętym. Lecz żeby, brachu, ptastwo miało ci wydziobywać oczy, a wilki obgryzać stopy — to już zanadto! Chciałbym, żeby czerwony wichr Druidów już w kolebce zgładził żołnierza Dathiego, który przyniósł drzewo śmierci kędyś z krajów obcych, lub żeby i jego zmiażdżył piorun, który ugodził Dathiego u podnóża gór, albo też, żeby na samym dnie głębiny morskiej wykopały mu grób wodnice o zielonych włosach i zębach.

Gdy tak mówił, trząsł się od stóp do głów i twarz mu zrosiła się potem, sam nie wiedział czemu, bo napatrzył się już nieraz na krzyże. Przeszedłszy dwa wzgórza i warowną bramę, skręcił na lewo ku furcie opactwa. Była ona nabita grubymi ćwiekami, a gdy do niej zapukał, zjawił się braciszek, który był furtianem. Przybyszzażądał od niego noclegu w domu gościnnym. Na to zakonnik wziął na łopatę garść rozżarzonego torfu i powiódł go do wielkiego i obdrapanego czworaka, wysypanego bardzo już zabłoconym tatarakiem; przybywszy tam, zapalił świecę o knocie z sitowia, ustawioną w szczelinie pomiędzy dwoma kamieniami muru, następnie położył zarzewie na palenisko i podał mu dwie grudy jeszcze niezapalonego torfu oraz wiązkę słomy. Pokazał mu też derkę, wiszącą na gwoździu, policę, na której spoczywał bochenek chleba i dzban wody, tudzież kadź w ustronnym kącie.

Gdy braciszek wyszedł, wracając do swej celki przy furcie, Cumhal syn Cormaca jął dmuchać na tlejący torf, od którego chciał zapalić pęk słomy i dwie grudy; jednakowoż ani grudy, ani słoma nie chciały się zająć ogniem, bo były wilgotne. Wobec tego zdjął ostrokończyste trzewiki i wyciągnął z kąta kadź, zamierzając zmyć z nóg pył gościńca; woda była wszakże tak brudna, że nie mógł dojrzeć dna. Był głodny jak pies, bo przez cały dzień nie miał nic w ustach; to też nie dąsał się bez potrzeby na stągiew, lecz wziął i odkąsił bochenek razowca — wypluł go jednak natychmiast, bo chleb był twardy i stęchły. I to go nie rozgniewało, ponieważ nie pił już od wielu godzin; spodziewał się, że w końcu dnia dostanie piwa słodowego lub wina, więc nie czerpał wody z potoków, które omijał, by tym więcej nacieszyć się wieczerzą. Przeto przyłożył dzban do ust, leczzaraz odepchnął go od siebie, bo woda była gorzka i cuchnąca. Kopnął dzban, aż rozbił się o ścianę, i ściągnął derkę, aby się w nią otulić na noc. Lecz ledwo ją tknął, aż tu ona jak zacznie się ruszać, niby żywa, od skaczących pcheł! Na to już nie mógł opanować gniewu, więc rzucił się ku drzwiom przytuliska, lecz furtian, snadź przygotowany na takie wrzaski, zaryglował od zewnątrz wrzeciądze. Zatem nieszczęsny więzień wylał kadź i począł walić nią w drzwi, aż nadszedł braciszek, pytając, co mu dolega i czemu obudził go ze snu.

— Co mi dolega?! — wrzasnął Cumhal. — Czy grudy torfu nie są mokre jak piaski Trzech Róż? Czy w derce nie ma pcheł tylu i tak ruchliwych, jak fale morskie? A czy chleb nie jest tak twardy, jak serce klechy, który zapomniał o Bogu? Czy woda w dzbanie nie jest zgorzkniała u cuchnąca jak jego dusza? No i czy woda do umycia nóg nie jest tej barwy, jaką mieć będzie ów braciszek, gdy będzie gorzał w piekle wiekuistym?

Furtian sprawdził, czy zamek jest dość wytrzymały, i powrócił do swej celki, bo nazbyt był śpiący, by mógł mieć chęć do pogawędki. Cumhal walił jednak w drzwi bez ustanku, to też niebawem powtórnie usłyszał kroki braciszka; wtedy krzyknął na niego:

— O wy, nikczemne i okrutne plemię mnichów, wy prześladowcy gęślarzy i wesołków, nieprzyjaciele życia i radości! O plemię, co nie dobywasz miecza i nie głosisz prawdy! O plemię, które w kości narodu wlewasz tchórzostwo i kłam!

— Wesołku — rzecze furtian — ja też układam wiersze... nieraz je tworzę, siedząc w celce koło furty, to też przykro mi słuchać, jak pieśniarze lżą zakonników. Bracie, chciałbym się wyspać, więc podaję ci do wiadomości, że wszystkie rozporządzenia co do noclegów dla podróżnych wydaje sam zwierzchnik klasztoru, nasz miłościwy opat.

— Śpijże sobie — rzekł Cumhal. — Ja tymczasem zanucę wieszczą klątwę na opata.

I przeniósłszy kadź, podstawił ją pod okno, a stanąwszy na niej, jął śpiewać głosem wielce donośnym. Pienie to obudziło opata, iż usiadł w pościeli i zadął w srebrną ligawkę. Na głos jej nadbiegł furtian.

— Nie mogę oka zmrużyć z powodu tego hałasu — ozwał się opat. — Cóż się stało?

— To jakowyś wesołek — wyjaśnił furtian — który narzeka na paliwo, na chleb, na wodę w dzbanie, na kąpiołkę i na derkę. Terazzasię wyśpiewuje przekleństwo guślarskie na was, czcigodny księże opacie i na waszego ojca, na waszą matkę, na waszego dziadka i babkę, tudzież na wszystkich waszych krewniaków i kumów.

— Czy przeklina wierszami?

— Owszem, wierszami i to jeszcze jakimi! W każdym wierszu, prócz rymu, są po dwa asonanse!

Opat zerwał z głowy szlafmycę i zmiął ją w dłoniach; krągława kępka burych włosów na środku jego łysej głowy wyglądała jak ostrówek na środku stawu, gdyż w Connaught jeszcze nie zarzucono dawnej tonsury dla obyczaju, który właśnie się pojawiał.

— Jeżeli czegoś nie przedsięweźmiemy — rzekł — to on nauczy swych złorzeczeń i dzieci na ulicy i dziewczęta, przędące u wrót, i łotrzyków na Benn Bulben.

— Czyż więc mam iść — zapytał braciszek — dać mu wysuszonego torfu, świeży bochenek, czystą wodę do picia i do mycia nóg, oraz nową derkę, a nakłonić go w zamian do przysięgi na świętego Benignusa i na słońce i księżyc (by snadź nie zbrakło żadnego zobowiązania), że nie wygłosi swych pieśni ani dzieciom na ulicy, ani dziewkom przędącym wedle dźwierzy, ani opryszkom na Ben Bulben?

— Nie pomoże tu nic ani nasz Błogosławiony Patron, ani słońce i miesiąc — odparł opat — bo jutro czy pojutrze przyjdzie mu znów ochota przeklinać lub popisywać się takowymi rymami, to nauczy swych wierszy i dziatwę i dziewczęta i rozbójników. Co gorsza, jeszcze gotów opowiedzieć komu ze swych przyjaciół, jak to on nocował w przytulisku, ów zaś ze swej strony pocznie kląć i moje dobre imię dozna uszczerbku. Wiedz bowiem o tym, że wytrwania w zamiarze nie masz na swobodzie — jeno pod dachem i pośród czterech ścian. Przeto proszę cię, spieszaj i obudź Brata Kevina, Brata Gołąbka, Brata Wilkosza, Brata Łysego Patryka, Brata Łysego Brandona, Brata Jakuba i Brata Piotra — niech pojmają tego człeka, zwiążą go w łyki i ponurzają w rzece, ażeby mu się odechciało śpiewania. A rano, jeżeli będzie tym głośniej złorzeczył, ukrzyżujemy go.

— Krzyże wszystkie są pełne — rzekł furtian.

— Tedy należy wznieść jeszcze jeden. Jeżeli my z nim nie skończymy, to dokończy kto inny, bo któż może spokojnie jadać i sypiać, gdy po świecie włóczą się ludzie jemu podobni? Kiepsko wyglądalibyśmy wobec Świętego Benignusa, a kwaśne mielibyśmy oblicza, skoro przyjdzie on nas sądzić w Dniu Ostatecznym, gdybyśmy oszczędzili jego wroga, mając go w garści! Bracie, gęślarze i wesołkowie to pomiot szatański: wiecznie przeklinają i wiecznie podburzają pospólstwo, we wszystkim są nieobyczajni i bezwstydni i piekło mają w sercach. Wciąż tęsknią do Syna Lira, do Aengusa i Bridget, do Dagdy i Matki Dany, słowem, do wszystkich fałszywych bogów dawnych wieków; ciągle układają pienia ku czci owych królów i królowych diabelskich, Finvaragha, którego siedlisko jest poniżej Cruachmaa, Ryżego Aodha z Cnocna-Sidhe, Cleenę z Fal i Aoibhella z Szarej Opoki, a zowią go Donnem z Morskiej Toni; bluźnią zaś Bogu i Chrystusowi i Świętym Pańskim.

Mówiąc to, przeżegnał się, a skończywszy, nacisnął na uszy szlafmycę, by nie słyszeć krzyku, zamknął oczy i ułożył się do snu.

Brat furtian znalazł Brata Kevina, Brata Gołąbka, Brata Wilkosza, Brata Łysego Patryka, Brata Łysego Brandona, Brata Jakuba i Brata Piotra, siedzących na łóżkach i rozkazał im wstawać. Ci więc związali Cumhala, zaciągnęli go do rzeki i utaplali w tym miejscu, które później nazwano Brodem Buckleya.

— Wesołku — rzekł furtian, gdy odprowadzono go nazad do przytuliska — czemu rozum, który dał ci Bóg, obracasz na tworzenie bezbożnych a plugawych klechd i śpiewek? Boć takie to jest rzemiosło waszego cechu. Ja sam, wiera, mnóstwo takich klechd i piosneczek umiem prawie na pamięć, to też wiem, że mówię prawdę! I czemu to pieśniami sławicie onych biesów, Finvaragha, Ryżego Aodha, Cleenę, Aoibhella i Donna? Jać sam przecie jestem też człekiem nie lada zdolności i uczoności, lecz opiewam zawdy naszego miłościwego opata, naszego patrona Benignusa i władców krainy. Moja dusza jest cnotliwa i stateczna, ale twoja jest jako wichura, co niszczy ogrody. Wstawiałem się za tobą, jak umiałem, bo jestem również człekiem, co myśli to i owo, ale kto może pomóc takiemu zatraceńcowi, jak ty?

— Przyjacielu — odpowiedział wesołek — dusza moja istotnie podobna jest wichurze; porywa mnie tam i sam i niejedną rzecz nanosi mi do głowy lub z niej unosi — dlatego też nazywają mnie Niesfornym Rumakiem.

Odtąd już przez noc całą nie wymówił ani słowa, bo zęby szczękały mu od zimna.

Rankiem przyszedł doń opat wraz z braćmi i rozkazał mu przygotować się na ukrzyżowanie. Wyprowadzono go z przytuliska; gdy jeszcze nie przestąpił progu, stado cyranek przeleciało nad nim z donośnym gęgotem. Wzniósł ku nim ręce i zawołał:

— O wy wielkie cyranki, zaczekajcie no nieco, żeby dusza moja mogła wraz z wami powędrować na pustynne wybrzeże i ponad nieokiełznane morze!

Przy bramie zebrała się dokoła nich gromada żebraków, chcąc wyżebrać cośkolwiek od jakiego podróżnego lub pątnika, który pono spędził noc w przytulisku. Opat i bracia zaprowadzili wesołka w ustroń leśną opodal, gdzie rosło wiele drzew prostych i młodych; kazali ściąć mu jedno z nich i przymierzyć na całą długość ciała — tymczasem żebracy stanęli kręgiem dokoła nich, gwarząc i gestykulując. Następnie opat kazał mu odpiłować drugi, tym razem krótszy, kawałek drzewa i przybić tenże do pierwszego. W ten sposób powstał krzyż dla niego; nałożono mu go na barki, jako że ukrzyżowanie miało się dokonać na szczycie pagórka, gdzie już znajdowali się inni. O pół stajania drogi poprosił ich, by się zatrzymali i obaczyli, jak ich zabawi kuglarstwem, gdyż, jako powiadał, znane mu były wszystkie figle Aengusa, o sercu przebiegłym. Starsi mnisi jęli go przynaglać, lecz nowicjusze chcieli przypatrzyć się widowisku: więc też pokazał im wiele czarów, nawet wyciąganie żywych żab ze swych uszu. Po chwili jednak przystąpili do niego, mówiąc, że jego sztuki są nudne a po trochu i grzeszne, i kazali mu z powrotem wziąć krzyż na ramiona. Znowu o pół stajania drogi poprosił ich, by się zatrzymali i posłuchali jego żartów, ponieważ, jak powiadał, znane mu były wszystkie żarty Conana Łysego, którego plecy były porośnięte wełną owczą. A nowicjusze, gdy już się nasłuchali jego swawolnych opowiastek, znów kazali mu wziąć krzyż, gdyż zły wpływ na nich mieć mogło słuchanie takich dubów smalonych. Niebawem, zasię uszedłszy kumek drogi, poprosił ich, by przystanęli i posłuchali pieśni o Białopiersistej Deidre, jako wycierpiała wiele mąk i jak pomarli synowie Usny, by ją ocalić. Młodzi bracia mieli wprost szaloną chrapkę na te śpiewy, lecz gdy skończył, wpadli w gniew i obili go za to, że zbudził pożądania, drzemiące w ich sercach. Wtłoczyli mu krzyż na plecy i popędzili go na wzgórze.

Gdy wyszedł na szczyt, zdjęli zeń krzyż i jęli kopać dół, by ustawić w nim narzędzie śmierci — tymczasem żebracy zbierali się wiankiem, pogwarzając.

— Proszę o jedną łaskę przed śmiercią — ozwał się Cumhal.

— Nie pozwolimy ci już na żadną zwłokę — rzecze opat.

— Nie proszę wcale o zwłokę, bom już dobył miecza, powiedziałem prawdę i urzeczywistniłem swe marzenia — na tym poprzestanę.

— Czyż więc chciałbyś się wyspowiadać?

— O nie, na słońce i miesiąc! Proszę jedynie, by mi pozwolono posilić się tą strawą, którą mam w torbie. Noszę bowiem w sakwach żywność, ilekroć wybieram się w podróż, ale nie biorę do ust ani kęsa z niej, póki nie umieram prawie z głodu. Otóż od dwóch dni jeszczem nic nie przełknął.

— Najedz-że się więc — rzekł opat i poszedł ku braciom, by im dopomóc w kopaniu dołu.

Wesołek wyjął z torby bochenek oraz kilka ochłapów zimnej wieprzowiny smażonej i położył to wszystko na ziemi.

— Chcę dać dziesięcinę ubogiemu — odezwał się, odkrawając dziesiątą cząstkę bochenka i wieprzowiny. — Kto z was jest najbiedniejszy?

Podniosła się na to wrzawa nieopisana, gdyż żebracy jęli rozwodzić się na wyprzody nad swą nędzą i dolegliwościami, a żółte ich gęby zakłębiły się, niczym Gara Lough, gdy powódź napełni ją dopływami z moczarów.

Przysłuchiwał się przez chwilkę, a potem rzecze:

— Po prawdzie, tom ja tu najbiedniejszy, bo natłukłem się po twardych gościńcach i w zakątkach nadmorskich, a poszarpany kaftan z wypłowiałego sukna na mym grzbiecie i zdarte kończyste trzewiki, które mam na nogach, zawsze mi były uprzykrzeniem, ponieważ pochodzę z warownego miasta, gdzie pełno pięknych szat, które bardzo mnie zachwycały. Zaś najwięcej osamotniony byłem na drogach i nad morzem, gdyż w sercu słyszałem szelest wyszywanego różami odzienia tej, co chytrzejsza jest, niźli Aengus Chytre-serce, i pełniejsza wdzięcznych uśmiechów, niż Conan Łysy, i lepiej szermująca łzami, niż Białopiersista Deirdre, i powabniejsza, niż wschodzący świt dla tych, co zgubili się w ciemności. Z tego powodu przysądzam tę dziesięcinę — sobie samemu; wszakoż, ponieważ już załatwiłem wszystkie swe sprawy doczesne, rozdam ją pomiędzy was.

W rzeczy samej jął ciskać kęsy chleba i wieprzowiny pomiędzy dziadostwo, a żebracy zaczęli się bić o nie z wielką wrzawą, póki nie zjedli ostatniego ochłapu. Tymczasem mnisi przybili wesołka do krzyża, który wetknęli w jamę, po czym zasypali ją ziemią i ubili ją twardo i równo. Skończywszy tę czynność odeszli, jeno żebracy, siedząc dokoła krzyża, przyglądali się skazańcowi. Atoli gdy słońce miało zajść i oni zabrali się do odejścia, bo robiło się już zimno w powietrzu. Ledwo oddalili się krzynkę, aż-ci tu wilki, które ukazywały się na skraju pobliskiego wyrębu, podeszły bliżej, a ptaki zataczały coraz to ciaśniejsze kręgi.

— Poczekajcie jeszcze chwilkę, wy... powsinogi — zawołał słabym głosem ukrzyżowany do żebraków — i odpędźcie ode mnie zwierzęta i ptaki!

Lecz żebracy rozsierdzili się, że nazwał ich powsinogami, więc obrzucili go kamieniami i błotem i poszli sobie precz. Wówczas wilki zgromadziły się u stóp krzyża, a ptaki krążyły coraz to niżej. Wtem wszystkie ptaki wraz obsiadły mu głowę ramiona i barki i poczęły go dziobać, a wilki jęły obgryzać mu stopy.

— Powsinogi! — zajęczał — i wyście też zwrócili się przeciw powsinodze?

GŁOS RÓŻY

W pewien wieczór zimowy stary rycerz w pordzewiałej kolczudze jechał stępa po lesistym stoku południowym Benn Bulbenu, spozierając na słońce zachodzące nad morzem pośród szkarłatnych obłoków. Rumak jego był zziajany, jak gdyby po długiej podróży; sam zaś rycerz miał na szyszaku nie godła któregoś z sąsiednich włastów czy królów, lecz małą różę, utworzoną z rubinów, które co chwilę migotały jaskrawszym szkarłatem. Na ramiona opadały mu w rzadkich kędziorach białe włosy, a ich nieład przydawał smętku jego twarzy; była to twarz człeka, który jeno rzadko bywał w świecie i to zawsze na jego uprzykrzenie, jednego z tych marzycieli, którzy muszą czynić to, co marzą, i tych działaczy, którzy muszą marzyć o tym, co czynią.

Gdy już czas jakiś patrzał na słońce, opuścił wodze na kark koński i wyciągając ramiona ku wschodowi, przemówił:

— O Boska Różo Ognia Wewnętrznego, spraw, niech mi się na koniec otworzą podwoje twej ciszy!

Nagle o kilkaset kroków dalej w lesie na zboczu górskim rozległ się głośny kwik. Rycerzzatrzymał konia, nadsłuchując, i posłyszał za sobą tętent kroków i nawoływania.

— Biją je, ażeby weszły na wąską perć wedle przepaści! — rzekł ktoś, a za chwilę kilkunastu włościan, uzbrojonych w krótkie oszczepy, zrównało się z rycerzem. Ujrzawszy go, pozdejmowali niebieskie czapki i stanęli na uboczu.

— Gdzie tak dążycie z oszczepami? — zagadnął rycerz, a jeden z gromadki, który snadź był jej przywódcą, odrzekł:

— Zgraja kłusowników zeszła niedawno ze wzgórz i uprowadziła prosięta, należące do staruszka, co mieszka pod Glen Car Lough, wyruszyliśmy więc, by ich capnąć. Otóż, ponieważ wiemy, że są czterykroć liczniejsi od nas, przeto idziemy za nimi, by nie stracić z oczu drogi, którą oni poszli, i natychmiast doniesiemy o całym zajściu panu De Courcey, a jeżeli ów nie udzieli nam pomocy, to panu Fitzgeraldowi — ponieważ De Courcey i Fitzgerald niedawno zawarli pokój i obecnie sami nie wiemy, komu jesteśmy poddani.

— Ale przez ten czas — rzecze rycerz — prosięta będą już zjedzone.

— Kilkunastu ludzi nie zdoła uczynić nic więcej, a byłoby nierozsądkiem, by mieszkańcy całej doliny mieli wyruszać i narażać życie dla dwu, a choćby i dwu tuzinów prosiaków.

— Powiedzcież mi — rzecze rycerz — czy ów starzec, którego własnością, są te prosięta, jest bogobojny i prawdomówny?

— Jest tak prawdomówny, jak każdy, a pobożniejszy od wszystkich, bo co dnia rano przed śniadaniem odmawia pacierz do któregoś ze świętych.

— Wobec tego dobrze byłoby walczyć w jego sprawie — powiada rycerz — a jeżeli chcecie walczyć z kłusownikami, to ja przyjmę na siebie główne natarcie w potyczce, a chyba wiecie, że człek w zbroi sprosta wielu takim, jak oni, kłusownikom, odzianym w sukno i skóry.

Przywódca zwrócił się do swych towarzyszy i zapytał, czy przyjmują ten układ, lecz oni wyrazili obawę, czy powrócą do swych chat.

— Czy kłusownicy są ludźmi wiarołomnymi i bezbożnymi?

— Są wiarołomni w każdym przedsięwzięciu — rzekł jeden z wieśniaków — a nikt jeszcze nie widział, by się modlili.

— Wobec tego — rzekł rycerz — dam po pięć koron za głowę każdego opryszka, zabitego przez nas w potyczce! — i poprosił przywódcę, by mu pokazał drogę.

Ruszyli wszyscy hurmem. Po pewnym czasie wyszli na bitą drogę, skręcającą w las; kierując się wedle niej, podążyli znów dawnym torem i zaczęli wdzierać się na lesiste zbocze górskie. Niebawem drożynka stała się wąska i spadzista, iż rycerz musiał zejść z konia i zostawić go przywiązanego do drzewa. Wiedzieli dobrze, że są na właściwym tropie, gdyż w miękkiej glinie widać było odciski długonosych trzewików i zmieszane z nimi ślady rozciętych ratek prosięcych. Wkrótce droga stała się jeszcze bardziej urwista, a po zakończeniach odciśniętych racic poznano, że rabusie ciągnęli tu prosięta. Raz w raz długa koleina, wyżłobiona w glinie, wskazywała, że w tym miejscu ześliznęło się jedno z prosiąt i zmitrężono nieco czasu na jego wyciąganie.

Szli już tak ze dwadzieścia pacierzy, gdy zmieszany gwar głosów oznajmił im, że natknęli się na rabusiów. Wtem głosy umilkły i wieśniacy zrozumieli, że usłyszano pościg. Jęli przeć naprzód pośpiesznie a ostrożnie i w jakie pięć pacierzy ktoś obaczył skórzany kaftan, na wpół przysłonięty leszczyną. Znienacka świsnęła strzała i ugodziła w kolczugę rycerza, lecz ześliznęła się, nie czyniąc mu szkody; w ślad za nią pomknęła chmara strzał, brzęcząc koło uszu, niby wielkie pszczoły.

Chłopstwo ruszyło z kopyta przez górki i wądoły, nacierając na zbójników, którzy już byli wszyscy widoczni, stojąc wśród gąszczy z drgającymi jeszcze łukami w dłoniach; ponieważ bronią wieśniaków były jedynie oszczepy, więc musiało dojść do ręcznego starcia. Rycerz szedł na przodzie i zwalił z nóg najpierw jednego, potem drugiego z opryszków. Wieśniacy, krzycząc, runęli ławą i gnali łotrzyków przed sobą, aż dostali się na połoninę górską, gdzie ujrzeli oba prosiaki, ryjące spokojnie chudą trawę; obiegli je więc kołem i jęli zapędzać z powrotem na wąską drożynę. Stary rycerz szedł teraz na samym ostatku i obalał zbója jednego za drugim; żaden z wieśniaków nie odniósł poważniejszej rany, gdyż ów wziął na siebie cały napór potyczki, jak można było snadnie wnosić z krwawych pręg na jego zbroicy. Gdy zaś doszli do wylotu wąskiej perci, nakazał im, by zegnali prosięta w dolinę, a on tu zostanie, by osłaniać ich powrót. Na chwilę pozostał sam, a ponieważ był wycieńczony upływem krwi, może by go tu dokonali kłusownicy, których pobił, gdyby nie to, że wzięli nogi za pas ze strachu i zwiali z oczu.

Przeszła godzina, a oni nie powracali; rycerz nie mógł już dłużej wystać na straży, więc położył się na murawie. Upłynęło jeszcze pół godziny, dopiero na ścieżce poza nim ukazał się młody dryblas, który za kapeluszem miał pozatykanych sporo piór kogucich; jął się uwijać wśród poległych kłusowników i ucinać im głowy, następnie ułożył je wszystkie na stos przed rycerzem i ozwał się:

— Możny rycerzu, kazano mi tu przyjść i zażądać od was owych koron, które żeście przyobiecywali za głowy — za każdą głowę po pięć koron. Kazali mi wam powiedzieć, że modlili się do Boga i Matki Boskiej, byście mieli długi żywot, ale sami są biednymi ludźmi i chcieliby dostać te pieniądze, zanim pomrzecie. Wykładali mi to po kilkakroć, bo się bali, żebym nie zapomniał i obiecali, że mnie zbiją, jak zapomnę.

Rycerz uniósł się na łokciu i otworzywszy kaletkę, wiszącą u pasa, wyliczył po pięć koron na głowę. Głów było ryczałtem trzydzieści.

— Możny rycerzu — mówił dalej wyrostek — oni mi to jeszcze kazali, bym się zajął wami pieczołowicie, bym skrzesał wam watrę i przyłożył maści do ran.

Uzbierał patyków i listowia, a uderzając krzesiwkiem o stal nad garstką suchych listków, rozpalił trzaskające ognisko; następnie zdejmując zeń kolczugę, począł opatrywać rany. Czynił to jednak niezręcznie, jak zwyczajnie człek, wykonywający na domysł to, co mu opowiedziano; rycerz dał mu znak, by się zatrzymał, i rzecze:

— Wydaje mi się, że z ciebie chwat!

— Chciałbym was, panie, prosić o rzecz jedną. — Jeszcze mam kilka koron — rzekł rycerz — chcesz, bym ci je darował?

— O nie! — rzekł chłopak. — Nic dobrego z nich by dla mnie nie wyszło. Jest tylko jedna rzecz, o którą się troszczę, a do tego niepotrzebne mi są pieniądze. Chodzę ode wsi do wsi i ode wzgórza do wzgórza, a gdy mi się uda nadybać ładnego koguta, to go po cichu zwędzę i hajda z nim w las! Tam chowam go w kojcu, póki skądsi nie dychnę drugiego pięknego koguta, a wtedy zaprawiam je do walki. Ludziska powiadają, że jestem niebożątko i nie czynią mi krzywdy, ani też nie kazują mi nic wiela innego robić, jeno kiej niekiej wyprawiają na posyłki. Właśnie dlatego, żem niebożątko, wysłali mnie po korony — kto inny byłby im je ukradł; sami zaś nie odważyli się tu powracać, bo teraz gdy was nie ma przy nich, boją się kłusowników. Czyście słychali wielmożny panie, że gdy chrzczą kłusowników, to proszą wilków na kumów, a ich prawe ramiona to i wcale nie bywają chrzczone?

— Jeżeli nie chcesz przyjąć tych koron, mój poczciwy chłopcze, to boję się, że nie będę mógł dać ci niczego, chyba że chciałbyś posiadać tę starą kolczugę, której wnet nie będę już potrzebował.

— Cosi było, czego od was chciałem... — zamyślił się wyrostek. — Aha, jużem sobie przypomniał! Chciałem, byście mi ta powiedzieli, czemuście tak walczyli, niby jakoweś wielkoludy i osiłki z bajek, i to dla rzeczy tak błahej. Czyście wy są człek, jako my? A nuż jesteście starym czarnoksiężnikiem, co mieszka pośród tych wzgórków, a nagle zerwie się wichrzysko i rozsypie was w proch?

— Opowiem ci, kim jestem — odpowiedział rycerz — ponieważ ninie, będąc ostatnim z drużyny, mogę wszystko wyjawić i zaświadczyć przed Bogiem. Spojrzyj na Różę z rubinów na mym szłomie i przypatrz się wyobrażeniu mego życia i mej nadziei.

Po czym opowiedział chłopcu, co następuje, coraz częściej przerywając swą opowieść, a podczas gdy opowiadał, Róża połyskiwała barwą ciemnokrwistą w blaskach ogniska, młokos zaś pozatykał pióra kogucie w ziemię przed sobą i przesuwał je to w tę, to w ową stronę, niby lalki w jasełkach.

— Pochodzę z